niedziela, 20 maja 2012

Lombardia. Monte San Zeno.




Wycieczka na Monte San Zeno była jedną z tych, do których zbierałam się jak przysłowiowa sójka za morze, bowiem czekała ona na realizację nieomal pięć lat... Pierwszy raz zwróciłam uwagę na tę górę dość dawno, podczas rejsu statkiem po Jeziorze Como. Było późne popołudnie i właśnie wracałam do domu po jednej z moich wypraw na prealpejskie szlaki. Mając do wyboru powrót do Como autobusem lub statkiem, wybrałam ten drugi, gdyż przy okazji chciałam zrobić kilka zdjęć. Byliśmy właśnie na wysokości Argegno, kiedy niespodziewanie załamała się pogoda i zaczęło zbierać się na burzę. Tak dobrze mi znana panorama okolicznych gór, nagle nabrała zupełnie innego wymiaru. Najczęściej widziałam ją przy dobrej pogodzie lub spowitą uroczym welonem lombardzkiej mgiełki; tym razem, na tle ciemnych, burzowych chmur kontury wzniesień rysowały się wyraziście, niczym na dziewiętnastowiecznej litografii stanowiącej ilustrację w romansie grozy.



Moją uwagę przykuło jedno z nich, przypominające kształtem zalesiony stożek (lub bardziej prozaicznie - ogromną kopę zielonego siana) znajdujące się w niecce leżącej u podnóża Monte Generoso, w części Prealp, zwanej Valle d’Intelvi. Zafascynował mnie  piękny, regularny kształt tego wzniesienia, więc zaczęłam przyglądać się z uwagą widokowi, jaki miałam przed sobą. Miałam wrażenie, że na szczycie zobaczyłam coś, co przypominało kościelną wieżę. Pomyślałam wtedy, że to dość dziwne miejsce na budowę kościoła z racji sporej odległości od okolicznych wiosek, niemniej, znając włoski obyczaj umieszczania kaplic i sanktuariów na szczytach gór, doszłam do wniosku, że to prawdopodobnie jedno z tych miejsc, gdzie wierni udają się na pielgrzymkę, ofiarowując swój trud w sobie tylko wiadomej intencji...Wtedy, na widok tego fascynującego wzniesienia przyszło mi do głowy, że byłaby to z pewnością bardzo ciekawa wyprawa. Próbowałam rozpytywać znajomych, czy wiedzą coś o tej tajemniczej górze i widocznej tam budowli, lecz nikt nie miał pojęcia, o jakie miejsce mi chodzi a tym bardziej o tym, jak tam dotrzeć. Wtedy przyszło mi do głowy, że dobrym źródłem informacji mogą być kierowcy lokalnych autobusów, rekrutujący się z Como i okolicznych wiosek, którzy z racji swej pracy ustawicznie krążą po całym regionie




Okazało się, że był to pomysł genialny w swojej prostocie! Pewnego razu, jadąc do Bellagio, gdy po drugiej stronie jeziora ukazało się interesujące mnie miejsce, wskazałam górę kierowcy i zapytałam, czy może mi coś powiedzieć na jej temat. Trafiłam na wiarygodne źródło, ponieważ ów pan był członkiem Klubu Alpejskiego i osobą dobrze poinformowaną. Dowiedziałam się wtedy, że ta góra to Monte San Zeno a na szczycie znajduje się  zabytkowy kościół, który przez wiele lat stał w ruinie. Kierowca uprzedził mnie, że szlak jest raczej mało uczęszczany i w związku z tym, może być nieco zapuszczony a cały szczyt góry porasta gęsta roślinność. Nie była to dobra wiadomość i  nieco ostudziła mój zapał, lecz idea odwiedzenia tego miejsca odżyła, kiedy weszłam w posiadanie książkowego przewodnika po pieszych szlakach turystycznych w okolicy Jeziora Como. Znalazłam też  inne, niezbędne mi wskazówki, dowiedziałam się również, że kościół wzniesiono w 1215 roku lecz w latach 50 skutkiem uderzenia pioruna stracił dach i dzwonnicę. Choć nigdy mi nie brakowało planów, ani zamierzeń czekających w długiej kolejce na realizację, umieściłam projekt wycieczki na San Zeno na mojej dość długiej liście miejsc do odwiedzenia. Dziwna rzecz, ale pomimo wręcz obsesyjnej chęci, aby dotrzeć na ów szczyt, z niewyjaśnionych powodów odczuwałam jakiś dziwny lęk na myśl o samotnej wyprawie, tym dziwniejszy, że przecież z reguły wszystkie wycieczki, również i te górskie, robiłam w pojedynkę.


Chyba właśnie z tego względu zwlekałam z jej realizacją, mimo iż niejednokrotnie jadąc autobusem do San Fedele, Pelio, czy innych wiosek Valle d’Intelvi, skąd prowadzą szlaki po tej malowniczej okolicy, San Zeno nieodmiennie przyciągało mój wzrok niczym magnes. Przez kilka lat nadaremnie szukałam kogoś, kto mógłby mi dotrzymać kompanii, lecz tak się składało, że na przeszkodzie stanęły problemy ze zgraniem dni wolnych od pracy, pogodą lub obowiązkami rodzinnymi moich potencjalnych towarzyszy. Tak minęło prawie pięć lat i wreszcie przyszedł dzień, kiedy powiedziałam sobie, iż albo pójdę sama, albo będę zmuszona zrezygnować z tego pomysłu. Ponieważ rezygnacja nie leży w mojej naturze, postanowiłam, że jeśli tylko pogoda będzie w miarę sprzyjająca, najbliższy wolny dzień bez względu na okoliczności, przeznaczę na tę wyprawę. Szczerze mówiąc, od początku wszystko składało się na opak... Obudziłam się otępiała z okropnym bólem głowy i z ledwością zdążyłam na pociąg do Como. Teraz czekała mnie jazda autobusem do Argegno, przesiadka do San Fedele d’Intelvi a następnie po prawie godzinnym oczekiwaniu, jazda jeszcze jednym autobusem do wioski Casasco d’Intelvi, gdzie zaczynał się właściwy, pieszy szlak. Jak widać, wyprawa na San Zeno była prawdziwą podróżą „rzemiennym dyszlem” jak mawiali nasi przodkowie. Dla zabicia czasu pospacerowałam po niewielkim San Fedele, gdzie podobnie, jak w większości górskich, lombardzkich wiosek, znajduje się interesujący romański kościół.
 

Gorzej, bo już w chwili wyjazdu z Como pogoda nie była najlepsza, mimo dość dobrej prognozy meteo (niestety, w tym regionie bardzo często mylnej). W głębi ducha miałam jednak nadzieję, że niebo się rozjaśni i zniknie foschia co poprawi  widoczność. Niestety, kiedy dojechałam do Casasco, na niebie pojawiły się jeszcze ciemniejsze, wyraźnie deszczowe chmury. Ponieważ pierwszy odcinek szlaku przebiega asfaltową drogą, przy której od czasu do czasu spotyka się pojedyncze zabudowania i gdzie ewentualnie można szukać schronienia, postanowiłam, że jednak przejdę jeszcze kawałek drogi i zawrócę, jeśli  aura nie zmieni się na lepsze. Na szczęście, ciemne chmury gdzieś się rozpłynęły i mimo nie najlepszej widoczności pogoda stała się znośna. Po przejściu kilku kilometrów asfaltową drogą, skręciłam w lewo i weszłam na ścieżkę prowadzącą w stronę szczytu. Monte San Zeno nie jest wysoką górą, liczy  jedynie 1025 m n.p.m. natomiast wioska Casasco jest położona dość wysoko, więc aby dotrzeć na szczyt miałam do pokonania zaledwie niespełna trzysta metrów przewyższenia i odległość około 5-6 kilometrów. Szlak prowadził poprzez las w pobliżu pastwisk, gdzie pasły się stada owiec; od czasu do czasu z wiatrem dobiegało mnie ich beczenie i dźwięk dzwoneczków. Wzdłuż ścieżki napotkałam liczne, drewniane krzyże, co wskazywało na fakt, iż jest to trasa pielgrzymek, podczas których wierni wędrują na górę odmawiając poszczególne tajemnice różańca.


Na San Zeno prowadzi kilka ścieżek. Ta z Casasco choć  dość długa, jest chyba najłatwiejsza i w sumie dobrze utrzymana, wznosi się bardzo łagodnie, dopiero na  ostatnim kilometrze biegnie po stromym zboczu. Kiedy dotarłam do celu zastałam kościół  zamknięty, lecz jak się okazało, został on pieczołowicie odrestaurowany. Ślady restauracji są wyraźnie widoczne, ponieważ stara i nowa część znacznie różnią się kolorem. Kościółek to bardzo prosta budowla z niewysoką dzwonnicą, wzniesiona z lokalnego, szarego kamienia. Mimo zamkniętych drzwi do wnętrza można zajrzeć przez zakratowane okienko, co pozwala zobaczyć ołtarz z wykonanym współcześnie wizerunkiem Świętego Zenona. Obiekt ten, niezależnie  swojej wartości historycznej, przez wiele lat był kompletnie opuszczony. Tak się złożyło, że w czasie, kiedy dojrzewałam do realizacji tego pomysłu nadal trwały tam prace restauracyjne. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam tę tajemniczą budowlę na tle ciemniejącego nieba, była ona ledwie widoczna spośród otaczającej ją roślinności, Obecnie szczyt góry oczyszczono z drzew i krzewów, co daje możliwość oglądania wspaniałej panoramy okolicy, z jeziorem Como widocznym w niecce otaczających je gór. Niestety, tym razem pogoda nie dopisała na tyle, abym mogła naprawdę cieszyć się widokiem, jaki można podziwiać w słoneczny dzień, nie mówiąc o zrobieniu przyzwoitych zdjęć. Był to niewątpliwie minus tej wycieczki, lecz nie powiem, żeby mnie to specjalnie zmartwiło. 


Abstrahując od niemiłej niespodzianki, jaką sprawiła mi pogoda, miałam ogromną satysfakcję, ponieważ osiągnęłam to, co tak długo chodziło mi po głowie i w tym momencie było to dla mnie najważniejsze. Oczywiście, byłam też bardzo zadowolona z tego, że zobaczyłam to miejsce nie w ruinie, ale doprowadzone do stanu, na jaki zasługuje, zadbane i otoczone opieką. Na niewielkiej łączce obok kościoła, zrobiłam sobie mały piknik. Nieopodal posilała się włoska rodzina z dwójką bliźniaków, która pojawiła się prawie równocześnie ze mną. Jak się okazało, przyszli oni od strony Cerano, wioski leżącej u podnóża góry, o wiele niżej niż Casasco. Od nich dowiedziałam się ciekawych szczegółów na temat rewitalizacji tego miejsca. Wymieniliśmy się także informacjami na temat ścieżek; zdecydowałam, że z powrotem pójdę drogą, którą przyszli Włosi i vice-versa, oni postanowili wracać tą, którą ja przybyłam. Ścieżka, którą poszłam w dół, była dość stroma, zapuszczona i pełna wyrw po niedawnych ulewach, lecz o wiele krótsza, więc po niedługim czasie znalazłam się w Cerano. Nie obawiałam się problemów z powrotem do San Fedele, gdyż wyruszając na wyprawę zawsze mam przy sobie książeczkę z rozkładem jazdy lokalnych autobusów, co pozwala mi na ewentualną zmianę trasy, jeśli zachodzi taka konieczność.


Po drodze zastanawiałam się, dlaczego tak długo zwlekałam z realizacją tego pomysłu i skąd się wziął ten irracjonalny lęk, który mnie powstrzymywał. Wtedy przyszła mi do głowy myśl, że być może to moja "kocia intuicja" podpowiadała mi, iż to jeszcze nie jest odpowiedni czas? Gdybym poszła tam wcześniej, zastałabym prace budowlane w toku a szczyt góry zarośnięty drzewami i krzakami, bez możliwości popatrzenia na okolicę, co przecież zawsze jest najpiękniejszym momentem, kiedy wreszcie osiąga się cel wędrówki... Było mi nieco żal straconej okazji sfotografowania jeziora z tej wysokości, ale mówi się trudno! Podobne widoki widziałam już wiele razy, więc w moich albumach nie brakowało podobnych ujęć. Na pociechę udało mi się zrobić portret fiołka alpejskiego w jego naturalnym środowisku oraz zdjęcie interesującej rzeźby, wykonanej przez anonimowego artystę w pniu, czy też korzeniu, którą zupełnie nieoczekiwanie zobaczyłam na skraju lasu.


Jak większość obiektów tego rodzaju, również kościółek na Monte San Zeno posiada swoją bardzo ciekawą historię, ściśle związaną z nieprzeciętnymi zdolnościami niegdysiejszych mieszkańców tej okolicy. Z Valle d’Intelvi wywodzili się  romańscy i średniowieczni rzeźbiarze oraz architekci, którzy przeszli do historii sztuki jako magistri antelami od nazwiska mistrza zarządzającego pracownią lub intelvesi od nazwy krainy, z której pochodzili. Najsławniejszym z nich był właśnie Benedetto Antelami, jego wspaniałe płaskorzeźby zdobią między innymi baptysterium w Parmie i Duomo w Fidenzie. Legenda związana z kościółkiem na górze nieopodal Casasco mówi, że grupa artystów - kamieniarzy,  pracujących przy wzniesieniu i dekoracji kościoła San Zeno w Veronie, podczas powrotu w rodzinne strony, została zaskoczona na jeziorze Como przez niezwykle gwałtowną burzę. Nieszczęśni podróżni zagrożeni utratą życia, żarliwie modlili się o ocalenie właśnie do św. Zenona. Na szczęście burza ucichła i zostali uratowani, więc w podzięce zbudowali tę niewielką świątynię. Przypomina o tym tablica wmurowana w lewą ścianę prezbiterium kościoła. Kiedy wyszłam z lasu na drogę prowadzącą do Cerano, jeszcze wiele razy oglądałam się za siebie, aby spojrzeć na górę i kościół na jej szczycie. Miałam trochę czasu do odjazdu, więc obejrzałam zabytkowy kościół po wezwaniem San Tomaso, który również ma bogatą historię. Jego budowę rozpoczęto we wczesnym średniowieczu, o czym przypomina tysiącletnia dzwonnica, zwana wieżą królowej Teodolindy.


Ten uroczy mostek znajduje się na ostatnim odcinku drogi, tuż przed Cerano. Na mostku wierni towarzysze moich wędrówek: plecak , kijek i kapelusz.


P.S. Jak się niedawno dowiedziałam, prace restauracyjne trwały jeszcze długo po mojej wycieczce. Po ich zakończeniu kościół konsekrowano w 2015 roku i nadano mu miano "Kościoła na trzecie tysiąclecie". 


Więcej zdjęć  z Monte San Zeno oraz Valle d'Intelvi można jak zwykle zobaczyć w albumie>


wtorek, 15 maja 2012

Lombardia. Civate, opactwo San Pietro al Monte.



Jadąc drogą z Como do Lecco, po lewej stronie mijamy ciąg zielonych wzniesień, które stanowią pierwszy łańcuch Prealp. Jest tu wiele ciekawych miejsc i interesujących pieszych szlaków turystycznych. To pasmo często jest nazywane naturalnym balkonem Lombardii, ze względu na piękne widoki, roztaczające się z górskich szczytów w większości liczących ponad 1000 m n.p.m. W pobliżu Lecco znajdują się dwa z nich: Monte Cornizzolo i Monte Rai, tu też zaczynają się liczne ścieżki, prowadzące na okoliczne wzniesienia oddzielające płaską dolinę Padu od alpejskich olbrzymów.

W pogodne dni, Lombardia widziana z góry, wygląda bardzo pięknie. Błękitno -zielona, na ogół jest spowita leciutkim oparem wilgoci, sławetną lombardzką mgiełką, zwaną "foschia", która opalizuje w słońcu i sprawia, że okoliczne wzniesienia i miejscowości wyglądają niczym urocza fatamorgana. Na stoku Monte Cornizzolo znajduje się obiekt o niezwykłej wartości z punktu widzenia historii i architektury, romańska bazylika San Pietro al Monte. O jej istnieniu dowiedziałam się przez przypadek, kiedy pewnej jesieni wybrałam się do Cantu, małego miasteczka położonego w pobliżu Como, gdzie we frakcji zwanej Galliano, znajduje się jeden z najcenniejszych zabytków Lombardii, romański kościół San Vincenzo, bardzo piękna bazylika z cennymi freskami i stojącym obok baptysterium o kształcie rotundy. Podczas rozmowy z oprowadzającym mnie wolontariuszem dowiedziałam się, że w niedalekim Civate (a właściwie na stoku pobliskiej góry Monte Cornizzolo) znajduje się prawdziwa perła romańskiego stylu, kompleks noszący nazwę San Pietro al Monte. 


Bardzo mnie zainteresowała ta wiadomość a moją ciekawość podsyciła entuzjastyczna opowieść przewodnika, ponieważ jak już pisałam, styl romański jest mi szczególnie bliski. Podczas moich wędrówek miałam okazję zobaczyć wiele pięknych, tysiącletnich kościołów, gdyż Lombardia i sąsiednie Ticino już w VI w były kolebką mistrzów, którzy na przestrzeni kilkuset lat rozsławiali lombardzki styl nie tylko we Włoszech, lecz również w wielu krajach Północnej Europy. Stąd wywodzą się artyści i rzemieślnicy znani w historii sztuki, jako "magistri comacini"  "luganesi" i "antelami". Zadziwiającym zbiegiem okoliczności jest to, iż w małych miejscowościach położonych na zielonych wzniesieniach Valle d'Intelvi oraz w okolicy Como i Lugano, urodziło się tak wielu uzdolnionych kamieniarzy i architektów. To właśnie oni, tworząc wędrowne grupy, przemieszczające się po Europie z jednej wielkiej budowy na drugą, byli zaczątkiem późniejszych organizacji masońskich. 


Na wzniesionych przez siebie budowlach zostawiali swoisty podpis - wykutą w kamieniu różę o sześciu płatkach, starożytny symbol, niekiedy nazywany też "alpejskim słońcem". Kiedy nadeszła wiosna a wraz z nią czas sprzyjający wypadom w góry, wybrałam się lokalnym autobusem do Civate. Po ponad godzinnym marszu ścieżką prowadzącą na szczyt Monte Cornizzolo, dotarłam do  opactwa, leżącego na wysokości ponad 662 m n.p.m. Istotnie, mój informator miał stuprocentową rację zachęcając mnie do odwiedzenia tego miejsca. San Pietro al Monte to rzeczywiście przepiękny, imponujący zespół budynków, wykonanych z szarego, lokalnego kamienia. Z jego powstaniem wiąże się interesujący przekaz na pograniczu historii i legendy. Mówi on, iż w tym miejscu w roku 772 Adelchi (Adalgiso) syn Dezyderiusza, ostatniego króla Longobardów, w trakcie polowania został zraniony przez rozsierdzonego dzika.

Rany były na tyle poważne, że strapiony ojciec ślubował zbudować kaplicę w intencji ocalenia potomka. Adelchi istotnie wyzdrowiał, podobno za sprawą wody z miejscowego źródła, którą obmywano jego rany. Inna wersja legendy mówi, iż ścigany dzik wpadł do maleńkiej, górskiej kaplicy, którą opiekował się pewien mnich. Zwierzę schroniło się przy ołtarzu a ścigający je królewicz w tym momencie stracił wzrok, lecz podobno odzyskał go dzięki wodzie z cudownego źródła i modlitwie zakonnika. Po uzdrowieniu syna król Dezyderiusz przyjął wiarę chrześcijańską, dotrzymał też ślubowania i z jego rozkazu na stoku góry zbudowano kaplicę wotywną. W drugiej połowie IX wieku, na jej miejscu powstało obecne opactwo, które na przestrzeni następnych dwóch stuleci znacznie rozbudowano. Niestety, w XII wieku mnisi weszli w układy z wrogiem Mediolanu, Fryderykiem Barbarossą, co po zwycięstwie nad cesarzem stało się przyczyną ich wygnania. W kwitnącym niegdyś klasztorze zostało zaledwie kilku braci - pustelników a w XVI wieku opactwo przejął zakon oliwetanów. 

Kiedy Napoleon utworzył w Lombardii Republikę Cisalpińską, opustoszało ono definitywnie, jednak na szczęście nie popadło w kompletną ruinę a obecnie jest pod dobrą opieką. 
W okresie, kiedy  się tam wybrałam, wewnątrz świątyni trwały prace renowacyjne. Zważywszy na jej tysiącletnią, burzliwą historię i długie okresy opuszczenia, jest ona naprawdę bardzo dobrze zachowana. W znacznym stopniu odzyskała też swój pierwotny splendor, dzięki pracom konserwatorskim podjętym w 1927 roku i trwającym do dziś. Kompleks składa się z właściwego kościoła, przylegającego do niego budynku klasztornego i niewielkiego oratorium, pod wezwaniem San Benedetto. Interesujący jest fakt, iż budowli tak skonstruowanych we Włoszech praktycznie się nie spotyka, choć podobne opactwa można zobaczyć we Francji. Ma ono niezwykły, nietypowy kształt - kościół posiada tylko jedną nawę (w przeciwieństwie do większości  romańskich bazylik z reguły trójnawowych) i swego rodzaju atrium z monumentalnymi schodami. Wnętrze zdobią piękne, dobrze zachowane freski i wspaniałe cyborium, pod którym mieści się ołtarz. 


Z nawy kościelnej można zejść do podziemnej krypty, najstarszej części świątyni. Byłam pod ogromnym wrażeniem tej niezwykłej architektury, jak i wspaniale ozdobionego wnętrza. Wprost nie mogłam oderwać oczu od  fresku przedstawiającego Apokalipsę, na którym zasęp aniołów włóczniami spycha w otchłań Szatana, mającego postać ogromnego smoka. W jego centralnej części wyobrażono Chrystusa siedzącego na tronie, lecz z niewiadomych przyczyn czyjaś ręka usunęła część malowidła i w miejscu jego głowy widzimy jedynie szarą plamę tynku. O dziwo, podobny brak ma miejsce na fresku w oratorium, którego jednak nie widziałam, gdyż w czasie mojej wizyty było zamknięte z powodu toczących się prac. Mimo upływu czasu freski są bardzo dobrze zachowane, ich rysunek nadal jest wyraźny a kolory żywe.   

W okolicy Como, mimo obecności Longobardów, dość długo utrzymywały się wpływy Cesarstwa Wschodniego, co prawdopodobnie spowodowało stylistyczne podobieństwa pomiędzy mozaikami bizantyjskimi  i lombardzkimi freskami. Widzimy tu podobne hieratyczne pozy, postacie stojące ciasno jedna przy drugiej oraz ręce z otwartymi dłońmi wzniesione w  geście błogosławieństwa. W świątyni możemy też podziwiać wspaniałe kolumny pokryte stiukiem i ozdobione motywami roślinnymi, zadziwiające swoją delikatnością a także dwa wyobrażenia ze świata mitycznego: chimerę i gryfa. Umieszczono je na  płytach po obu stronach niewielkiego korytarzyka, prowadzącego do krypty. Stanowią one niezwykły kontrast z surowym, kamiennym wnętrzem kościoła, zarówno ze względu na subtelny rysunek przywodzący na myśl wschodnie arabeski, jak i delikatny kolor terakoty, w której je wykonano. Mimo swego odosobnionego położenia, San Pietro al Monte to miejsce nadal żywe i uczęszczane; ludzie przybywają tu zarówno od strony Civate, jak i drogą prowadzącą ze szczytu Monte Cornizzolo.



Obok kościoła jest rozległa łąka, gdzie można odpocząć podziwiając ten przepiękny kompleks, na tle skalistego grzbietu Monte Rai i soczystej zieleni lasu, porastającego dolne partie zbocza. Zabytek od 1975 roku ma swoją grupę wolontariuszy, która zajmuje się obsługą logistyczną, oprowadzaniem turystów, pomocą w pozyskiwaniu funduszy na prace konserwatorskie oraz opracowaniem i wydawaniem materiałów wizualnych.

Do wioski schodziłam w towarzystwie jednego z tych niezwykłych ludzi. Nawiązaliśmy bardzo sympatyczną rozmowę a przy tej okazji ów pan opowiedział mi historię powstania  koła "Przyjaciół San Pietro al Monte". Usłyszałam wtedy zdanie, które chyba zapamiętam na zawsze.

"Proszę pani, ten kościół stoi tysiąc lat, dlatego my musimy zrobić wszystko, żeby stał nadal".


Niestety, ostatni rok przyniósł realne zagrożenie, nie tylko dla środowiska naturalnego Monte Cornizzolo, lecz także dla samego opactwa. Otóż międzynarodowa spółka "Holcim" mająca jeden ze swych zakładów w niedalekim Merate, snuje projekty pozyskiwania surowca do produkcji cementu w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Planuje się stworzenie tunelu i wydobywanie kruszywa z wnętrza góry w odległości ok 400 metrów od tego zabytku! Ten pomysł spotkał się z dużym sprzeciwem lokalnych władz i mieszkańców okolicy, co pozwala mieć nadzieję, że tym razem rozsądek, szacunek dla historii oraz dorobku kulturalnego Lombardii, przeważą nad żądzą pieniądza.

P.S. Jak pisałam, ta sprawa bardzo mi leżała na sercu, więc nawet po powrocie do Polski, co jakiś czas śledziłam doniesienia na ten temat, zamieszczane we włoskim internecie. Obecnie wszystko wskazuje na to, że opór społeczny, który przerodził się w wieloletnią batalię na argumenty, przeważył szalę i spółka Holcim ostatecznie zrezygnowała ze swego pomysłu.

Więcej zdjęć  w albumie >


sobota, 12 maja 2012

Lombardia. Opactwo Piona.

Ten wpis chciałabym zadedykować Adzie, która podobnie jak ja, ma sentyment do stylu romańskiego.



Jak już wielokrotnie wspominałam, architektura i malarstwo były moją pasją od wczesnego dzieciństwa. Oczywiście, nie można tu mówić o jakimś świadomym odbiorze, gdyż w owym czasie moja wiedza na ten temat była minimalna, lecz raczej o swego rodzaju instynktownym podziwie dla rzeczy pięknych i harmonijnych. Zawsze pociągały mnie wszelkiego rodzaju książki, albumy i fotografie związane ze sztuką, które chętnie oglądałam od najmłodszych lat życia. Kiedy jako małe dziecko zamieszkałam na Mazurach, bardzo tęskniłam za domkiem babci w niewielkiej podwarszawskiej miejscowości, gdzie się urodziłam. Z tego też powodu, moja mama co jakiś czas wsiadała wraz ze mną do pociągu i jechałyśmy w odwiedziny. Pamiętam, że kiedy  przyjeżdżałyśmy do Warszawy, niejednokrotnie upierałam się, aby z bliska zobaczyć pomnik lub kościół, który widziałam w perspektywie ulicy. Czasami mama spełniała te zachcianki, ale zdarzało się też, że odmawiała a wtedy wydawało mi się, że moje życie straciło wszelki sens i ominęło mnie coś cudownego, bez czego nie potrafię egzystować... 


Minęło trochę czasu, a ja nieco podrosłam, lecz w dalszym ciągu corocznie większość wakacji spędzałam u babci w miejscowości, gdzie się urodziłam i gdzie spędziłam pierwsze lata życia; mając trzynaście, czternaście lat, niejednokrotnie wybierałam się sama do Warszawy, aby odwiedzić jakieś muzeum lub pozwiedzać ciekawe zakątki miasta. (Swoją drogą, jak inne było życie w tamtych czasach, że moja babcia nie bała się o mnie, kiedy wybierałam się na te samotne wyprawy...)
Najchętniej przemierzałam na piechotę trasę od Starego Miasta do Łazienek, przy okazji oglądając kościoły i podziwiając pięknie odbudowane kamienice. Był to czas, kiedy moim ulubionym stylem był barok i płomienisty gotyk, choć nie gardziłam również miękkimi liniami secesji. Sądzę, że nadmiar ozdób i pokrętne linie współgrały z moim stanem ducha, charakterystycznym dla okresu dojrzewania, kiedy dopada nas wewnętrzny niepokój a świat wydaje się otchłanią chaosu. Z biegiem czasu, moje preferencje nieco się zmieniły, zaczęłam doceniać spokój i równowagę a im najbardziej odpowiadał styl klasycystyczny. 

Teraz, kiedy jestem osobą dojrzałą, patrzącą na świat z perspektywy minionego czasu, najwyżej sobie cenię surową powagę oraz prostotę stylu romańskiego; właśnie prostota, czasem nawet granicząca z naiwnością, jest dla mnie największym walorem tego okresu. Mimo to, absolutnie nie chciałabym umniejszać artystycznej wartości dzieł z innych epok, lecz w sztuce, zwłaszcza sakralnej, ta skromność i brak rozbuchanych dekoracji, wydaje mi się najbliższa duchowi Ewangelii. Zauroczyły mnie ciężkie bryły romańskich budowli, ich wąskie okienka, przez które widać skrawek błękitnego nieba i nadgryzione zębem czasu, niezgrabne kolumienki z zaskakująco ozdobnymi kapitelami. Kocham też freski, delikatne linie motywów roślinnych i zwierzęcych,  postacie o dziwnych proporcjach, sztywne niczym na bizantyjskich mozaikach, ich za duże lub za małe głowy, ręce o zbyt długich palcach i charakterystycznie ustawione bose stopy w rzymskich sandałach... W ciągu mojego dziesięcioletniego pobytu we Włoszech widziałam ich wiele, lecz nigdy mnie nie znużył ten styl, jednocześnie archaiczny i ponadczasowy, płynący z głębi ludzkiej jaźni, niczym rysunki dzieci, które mimo swojej niezręczności bezbłędnie oddają istotę rzeczy.


Właśnie ta dziecięca naiwność tak mnie zafascynowała... Patrząc na sztukę romańską, zawsze miałam poczucie mistycznej więzi z mistrzem, który w zamierzchłych czasach brał do ręki dłuto lub pędzel, aby podzielić się swoim sposobem widzenia świata. To właśnie w tych kościołach i opactwach, zbudowanych z szarego, górskiego kamienia, nie mogłam się oprzeć poczuciu, że przez sam fakt mojej tam obecności staję się częścią tego samego świata, do którego należeli ich budowniczowie... Podczas moich wędrówek spotkałam wiele takich świątyń i klasztorów, przed niektórymi z nich postawił mnie czysty przypadek, inne zaś były głównym celem mojej wyprawy. Opactwo Piona należy do tej drugiej kategorii, lecz z racji niedogodności związanych z dotarciem do celu, wybierałam się tam przez kilka długich lat. 


Było ono dla mnie dość trudno dostępne, leży bowiem w górnej części Jeziora Lario na jego  wschodnim brzegu (potocznie jest ono nazywane Como, choć według atlasów tę nazwę nosi jedynie  zachodnia odnoga). Można tam bez trudu dotrzeć samochodem w ciągu mniej więcej półtorej godziny, jadąc na wschód w stronę Lecco i dalej, wschodnim brzegiem, ale ja w czasie moich wycieczek korzystałam z transportu publicznego, co znacznie komplikowało sprawę. Istnieje też możliwość dotarcia do Piony statkiem z Como, jednak jest to impreza dość droga i czasochłonna a do tego pozostawia niewiele czasu na zwiedzanie. Statek płynący tam bezpośrednio z reguły porusza się bardzo szybko i rzadko zawija do przystani, co sprawia, że obserwacja okolicy jest utrudniona i trudno się sycić przepięknym pejzażem. W moim przypadku czekałaby mnie podróż pociągiem do miasta Como a następnie dość długi rejs statkiem; w sumie w podróży musiałam spędzić (łącznie z drogą powrotną) prawie pięć godzin.


Po dokładnym przestudiowaniu wszystkich rozkładów jazdy doszłam do wniosku, że będzie prościej jeśli z Como pojadę autobusem wzdłuż zachodniego brzegu do miasteczka Gravedona, gdzie będę mogła wsiąść na statek a ten przewiezie mnie na przeciwległy brzeg, gdzie leży opactwo. To był dobry plan, pozwolił mi też na przyjrzenie się północnej części jeziora, której w zasadzie nie znałam, w przeciwieństwie do jego części południowej i okolicy Como. Na północy otaczają je dość wysokie góry o skalistych szczytach, nie widzi się też mnóstwa cukierkowych willi z prywatnymi przystaniami, za to z racji silnych wiatrów jest to prawdziwy raj dla żeglarzy i surferów. Miasteczko Gravedona również ma swój wspaniały zabytek z epoki romańskiej, kościół Madonna del Tiglio (o którym napiszę przy innej okazji). Oczekując na statek mogłam nacieszyć się panoramą przeciwległego brzegu, gdzie wśród ciemnej zieleni drzew widać było maleńką zatoczkę - to właśnie była Piona. Ponad nią góruje masyw Legnone i nieco mniejsza góra Legnoncino a po lewej stronie perspektywę zamyka skalista ściana Valchiavenny. Jak zwykle, zachwyciłam się tym widokiem w szmaragdowo - błękitnym kolorze, otulonym leciutkim welonem wilgotnego oparu sprawiającego, że kontury gór nabierają miękkości. 

Kiedy statek przybił do przystani opactwa okazało się, że z racji, iż była to niedziela i pełnia lata, zjawiło się tam wielu odwiedzających, w tym kilka zorganizowanych grup. Szczerze mówiąc, było to sporą niedogodnością, gdyż trudno kontemplować arkana sztuki, kiedy wokoło biegają znudzone dzieci, co chwilę ktoś nam wchodzi w pole widzenia albo ni stąd ni zowąd, liże nas piesek trzymany przez właściciela pod pachą. Mimo to, urok tego miejsca jest niezaprzeczalny, choć nieco mnie zaskoczyły niewielkie rozmiary opactwa, otoczonego bardzo okazałymi drzewami. Kościół i klasztor wzniesiono z jasnoszarego, lokalnego kamienia, którego jest pod dostatkiem w tej okolicy. Obiekt, jaki dotrwał do naszych czasów, jest datowany na początek drugiego tysiąclecia, lecz rzeczywista historia klasztoru jest o wiele dłuższa. W VII wieku istniało tu bowiem niewielkie oratorium pod wezwaniem Świętej Justyny Męczenniczki, tutejsi mnisi sprawowali opiekę duchowną nad mieszkańcami okolicy oraz zajmowali się pochówkiem zmarłych. W XI wieku zostali oni objęci reformą kluniacką i weszli w skład zakonu benedyktynów. Był to dobry okres, poskutkował nie tylko wzrostem prestiżu klasztoru, ale również jego rozbudową. Wzniesiono obecny jednonawowy kościół, który w późniejszych czasach wzbogacono o barokową dzwonnicę. Wewnątrz świątyni przechowywana jest stela z napisem wykutym na zlecenie Agrypina, biskupa Como, który mówi o założeniu w tym miejscu pierwszego oratorium. Mnie jednak szczególnie zachwyciły dwie marmurowe kropielnice u wejścia, mające formę mis dźwiganych przez lwy, z których każdy trzyma w szponach baranka. 

Lwy niezbyt przypominają zwierzę, jakie mają przedstawiać, bowiem są raczej symbolicznym wyobrażeniem lwiego okrucieństwa a nie wiernym wizerunkiem. Ich nienaturalnie okrągłe głowy świadczą o tym, iż artysta, który je wykuł nie widział nigdy żywego lwa, za to starał się oddać wrażenie grozy, poprzez umieszczenie w jego otwartym pysku dwóch rzędów straszliwych, trójkątnych zębów. To symboliczny wizerunek Księcia Ciemności, trzymającego ludzkie dusze w szponach grzechu, którą znak krzyża i woda wiary może obmyć ze zmazy i przywrócić jej stan łaski... Podobne kamienne lwy spotykałam też w innych miejscach i nieodmiennie przyciągały mój wzrok, swoją tak oczywistą symboliką i naiwnością wyobrażenia. Bywa, że ich kształt zatarł czas, więc dziś są one zaledwie cieniem pierwotnej formy i niejednokrotnie można odróżnić jedynie okrągły kształt wzniesionej głowy oraz zarys łap... Obecność symboli zawsze była czymś bardzo mi bliskim, czego niejednokrotnie nawet nie starałam się zrozumieć ani ubrać w słowa, raczej zdawałam się na moją podświadomość lub po prostu instynkt, podpowiadający mi, iż pewien detal czy ornament, jest w jakiś sposób związany z moim „ja” że to coś istotnego, co niesie ważną dla mnie, zaszyfrowaną wiadomość. Nie próbowałam tego analizować, wystarczyło mi, że "to" jest a ja nie tylko dostrzegam jego obecność, lecz ją odczuwam całym moim jestestwem. 


Tu chyba znajduje się źródło tego wewnętrznego spokoju i poczucie harmonii świata, jakie dają mi romańskie kościoły, ze swymi surowymi murami, łagodnymi krzywiznami absyd i poczerniałymi belkowaniami sklepień. W innych świątyniach mój wzrok goni za tysiącem szczegółów a umysł analizuje kunszt artystów, którzy go ozdobili. Kościół romański po prostu jest. Kamienne płyty wydeptane przez tysiące nóg, zachęcają do zgięcia kolan i zatopienia się w niemej modlitwie lub po prostu we własnych, najskrytszych myślach. Kolumny i łuki absyd, są niczym ręce wzniesione do nieba a niewielkie okienka niczym oczy, patrzące na świat, jaki jest na zewnątrz nas...

Po niesprzyjającej kontemplacji atmosferze zatłoczonego kościoła,  wewnętrzny ogród opactwa (choć również tam było kilku zwiedzających) wydawał się oazą spokoju. To wspaniały przykład klasztornego założenia a jego symboliczny kształt jest odzwierciedleniem Świata Idealnego, którego wyrazem jest Brama Niebios, Klasztorny Raj. Kwadratowy wirydarz otaczają portyki z pięknymi kolumnami, umieszczonymi pomiędzy czterema potężnymi słupami narożnymi, symbolizującymi Trójcę Świętą, istotę ludzką, cztery żywioły i cztery strony świata. 


Ilość kolumn w poszczególnych rzędach jest nieregularna; jeden z boków ma ich jedenaście, na pamiątkę jedenastu apostołów, którzy pozostali przy Chrystusie po zdradzie Judasza. W drugim jest ich dziesięć, niczym dziesięć przykazań, trzeci liczy dwanaście, bo dwanaście było plemion Izraela a czwarty osiem, gdyż ósemka wyraża nieskończoność i jest symbolem zmartwychwstania. Na środku wirydarza rośnie ogromne drzewo laurowe, symboliczne Drzewo Życia, obok niego umieszczono kamienną studnię, Zdrój Zapieczętowany. Był to chyba najpiękniejszy klasztorny wirydarz, jaki widziałam; jego ozdobne kolumny są zapowiedzią nowej epoki a ściany ponad nimi, zbudowane z szarego kamienia i różowawej cegły, zdobią niewielkie, dwudzielne okienka "bifora". Kiedy go zobaczyłam, słońce malowało jasne kwadraty na posadzce portyku i oświetlało freski na jego ścianach. Do naszych czasów zachowała się jedynie ich niewielka część, przedstawiają one męczeństwo świętego Wawrzyńca, świętych Małgorzaty i Katarzyny oraz część fresku z późniejszej epoki z motywem „Noli me tangere". 

Wraz z upływem czasu  niegdyś jaskrawe kolory wyblakły, kształty uległy zatarciu, nikt też nie zna imienia ich twórcy...Na zwornikach pomiędzy kolumnami można zobaczyć liczne płaskorzeźby przedstawiające orły, symbol duszy wznoszącej się do Boga. Ku mojemu zaskoczeniu, dostrzegłam tam niewielką główkę, czy też raczej łeb zwierzęcia o demonicznym wyrazie. Wiele osób dziwi ten symbol, snuto nawet przypuszczenia o jakimś satanistycznym odchyleniu kamieniarza, który ją stworzył. Wydaje mi się, że jest to dość bezsensowna teoria i sądzę, że raczej umieszczono ją tam jako swego rodzaju memento, ostrzeżenie, że nawet w miejscu przeznaczonym na modlitwę i kontemplację, możemy wpaść w sidła demona grzechu. 
Świetność opactwa nie trwała długo, w XV wieku zaczęło ono podupadać, aby ulec likwidacji w czasach Napoleona, kiedy to przeszło w ręce osób nie związanych z kościołem. 

Kilkakrotnie sprzedawane, w latach trzydziestych XX stulecia stało się własnością Pietro Rocca, którego dotknęła ogromna rodzinna tragedia. Otóż jego brat Cesare, wraz z żoną Lidią przebywał w Erytrei, gdzie był zatrudniony jako inżynier przy budowie drogi. Miało to miejsce w czasie wojny abisyńskiej, której front przebiegał nieopodal placu budowy. Kiedy doszło do przerwania jego linii, małżonkowie Rocca i inni włoscy pracownicy zostali zamordowani. Pietro Rocca postanowił wtedy, że poświęci swe siły i majątek, aby dać nowe życie opactwu i stworzyć w ten sposób pomnik upamiętniający tę tragedię; w związku z tym, na jednej ze ścian nieopodal wejścia, umieszczono pamiątkową tablicę poświęconą Cesare i Lidii Rocca. Zamysł Pietra ostatecznie zrealizowano (z niemałym trudem i przy współudziale wielu osób), dopiero w 1970 roku. Zakonnicy, którzy tu dziś mieszkają, zajmują się kościołem i klasztorem, pielęgnują należący do niego ogród a także prowadzą Oazę Benedyktyńską, gdzie pracują z osobami pragnącymi wyjść z narkomanii. Podobnie jak w większości klasztorów, jest tu sklep, gdzie można kupić zioła, nalewki, soki, miód, drobne rękodzieło a także obrazy, gdyż jeden z braci, Fra Pier, jest malarzem. Wczesnym popołudniem ponownie wsiadłam na statek, pogoda była przepiękna, słońce stało wysoko i wiał dość silny wiatr.


Na jezioro wypłynęła duża grupa ludzi ze szkółki surfingowej; szybowali po wodzie na swoich deskach z kolorowo obrzeżonymi żaglami, niczym stado fantastycznych ptaków. Patrzyłam na ich lot i myślałam o dawnym świecie, jakiego już nie ma, po którym przetrwała jedynie pamięć, paradoksalnie ocalona poprzez osobistą tragedię, wojnę i śmierć...

niedziela, 6 maja 2012

Lombardia. Mediolan, dach Duomo.



Dach Katedry okazał się jedną z najmilszych niespodzianek, jakie Mediolan kryje w swoim zanadrzu. Kiedy zaczęłam poznawać miasto, nie miałam pojęcia o tej atrakcji, gdyż oglądając kościół z zewnątrz, skupiałam się przede wszystkim na jego niezliczonych detalach architektonicznych. Mediolańska katedra swój obecny kształt przybrała (zważywszy na jej długą historię) w zasadzie niedawno i chyba bije rekord pod względem liczby posągów, płaskorzeźb, pinakli i ażurowych attyk. Patrząc na to niezmierzone bogactwo, nie zastanawiałam się nad obecnością niewielkiej, brzydkiej budki przyklejonej do bocznej ściany, a napis „salita”, czyli „wejście na górę”, umknął mojej uwadze.



Jednak pewnego razu, zupełnie przypadkowo, patrząc z większej odległości na katedrę, dostrzegłam ludzkie sylwetki pomiędzy pinaklami. Zapytałam jakiegoś przechodnia, co robią te osoby na dachu. Otrzymałam bardzo wyczerpującą odpowiedź i dzięki temu dowiedziałam się, że dach jest dostępny dla zwiedzających. Można się tam dostać windą albo po schodach (wejście to była właśnie owa tajemnicza budka) i że warto się tam pofatygować. Oczywiście, nie trzeba było mi tego powtarzać dwa razy. Przekonałam się na własne oczy, że warto było pokonać 201 stopni schodów (stromych, wąskich i pełnych zakrętów), aby znaleźć się na dachu. Jest on zupełnie inny, niż można by oczekiwać - pokryty nie dachówką ani miedzianą blachą, lecz płytami z marmuru, tego samego, którym oblicowano całą Katedrę. Dla przeciętnie sprawnej osoby wejście na dach nie jest szczególnym wyczynem, a stopnie pokonuje się nadspodziewanie szybko. Jedynym utrudnieniem jest wymijanie innych ludzi, zwłaszcza na licznych zakrętach, gdyż chwilami robi się tu naprawdę tłoczno.



Natomiast po dotarciu do celu przed zwiedzającym otwierają się doprawdy nieoczekiwane i zaskakujące perspektywy. Jest to niesamowite uczucie, kiedy można zobaczyć z bliska te wszystkie detale, subtelne niczym koronka, posągi świętych, męczenników i fantastyczne w formie rzygacze. Dach składa się z ułożonych piętrowo tarasów, gdzie przy dobrej pogodzie krążą tłumy zachwyconych turystów. Nad prezbiterium znajduje się dodatkowa konstrukcja w kształcie misternej wieży, zwieńczona pozłacaną figurą Madonny. Mieszkańcy Mediolanu są z niej bardzo dumni i nadali jej pieszczotliwą nazwę „Madonnina”.



Z góry rozciąga się przepiękny widok na dachy miasta, Plac Duomo i pobliską Galerię Wiktora Emanuela. Podczas mojej pierwszej wizyty miałam to szczęście, że dzień był pogodny i mogłam podziwiać łańcuch ośnieżonych Alp na horyzoncie. Jednak największe wrażenie zrobiły na mnie ażurowe przypory, ciągnące się wzdłuż głównego korpusu Duomo, na wysokości pierwszego tarasu. Krążąc po dachu i podziwiając ogrom pracy architektów i rzeźbiarzy, nabrałam szacunku dla mieszkańców Mediolanu i ich determinacji w chęci uczynienia ze swojej katedry czegoś niepowtarzalnego, chociaż muszę przyznać, że osobiście nie do końca mi się ona podoba, ponieważ mojemu sercu bliższe są budowle w innym stylu. Po tej pierwszej przechadzce jeszcze kilkakrotnie byłam na dachu Duomo aby popatrzeć z góry na miasto i po raz kolejny szukać interesujących detali, które być może umknęły moim oczom. 



Dzięki temu mogłam zobaczyć go w delikatnym błękicie letniego dnia, wydobywającego naturalny, biało-różowy kolor marmuru, a później, podczas przepięknego, jesiennego popołudnia (było to niezapomniane przeżycie), gdy pomarańczowy blask zachodzącego słońca nasycał marmur barwą miodu, a niebu nadawał odcień ultramaryny. Jednak najbardziej fascynowało mnie to, że miałam wrażenie, iż architektura i zwiedzający stanowią w pewnym sensie odrębny świat, małą próbkę społeczności, zawieszoną w przestworzach. Podobnie jak na placu u stóp Katedry, również na dachu można zobaczyć zarówno zorganizowane wycieczki z przewodnikiem, zadumanych samotników, flirtujące pary, jak i wygłupiające się dzieci. Ludzie jedzą, opalają się i robią zdjęcia, a wszystko to dzieje się w milczącej asyście niezliczonych posągów i wszędobylskich gołębi...



Wszystkich czytelników zachęcam do obejrzenia pozostałych zdjęć w albumie>


wtorek, 1 maja 2012

Lombardia. Mediolan. May Day!



Święto Pracy "alla italiana" po raz pierwszy zobaczyłam w mediolańskiej telewizji. Był to niezbyt długi reportaż, jednak zdołałam zauważyć, że jest to święto bardzo wesołe i kolorowe, zupełnie odmienne od nadętych pochodów, w jakich brałam udział jako nieletnie dziecię wraz z całą moją szkołą lub później, jako pracownica szpitala, kiedy to trzeba było nawet złożyć podpis na liście obecności. To co zobaczyłam we włoskiej TV, przypominało raczej zielony karnawał albo piknik w centrum miasta. W następnym roku tak się złożyło, że 1-go maja nie miałam dyżuru, więc wybrałam się do Mediolanu, aby zobaczyć manifestację.

Atmosfera w mieście była świąteczna; na Piazza Castello porozstawiano przenośne stoiska z powiewającymi związkowymi i organizacyjnymi flagami, można też było zaopatrzyć się różnego rodzaju lewicową i lewacką literaturę oraz ulotki i plakaty. Na innych straganach wisiały kolorowe koszulki z propagandowymi hasłami; dominował kolor czerwony a wśród wizerunków WIECZNIE ŻYWY "CHE" Guevara; nie zabrakło też Lenina oraz tradycyjnych symboli sierpa i młota. Podkład muzyczny stanowiły utwory zbuntowanego barda - poety Fabrizio de Andre, gdyż jego piękne, pełne poezji i ognia (choć  czasem bardzo kąśliwe i ironiczne) utwory cieszą się wielką estymą w lewicujących kręgach. Po drodze spotykałam tłumy ludzi kolorowo ubranych, z chorągiewkami, kwiatami i balonikami. Mijałam grupy na rowerach ozdobionych pękami zielonych gałązek, zorganizowane, jadące czwórkami przez całą szerokość jezdni. Ulice obstawiali policjanci a ruch samochodowy w centrum był kompletnie wstrzymany. Mimo to, nie wiedziałam na co się zanosi, dopóki nie doszłam do końca via Torino i nie zaczęłam się zbliżać do Corso di Porta Ticinese. Najpierw dobiegł mnie odgłos werbli, później zaczęłam odróżniać tony muzyki. Tłum gęstniał a kiedy doszłam do Corso, zorientowałam się, że to tu właśnie zaczyna się pierwszomajowy pochód.

Nagle z tłumu wyskoczyła grupka zakapturzonej młodzieży z twarzami zasłoniętymi bandanami lub arafatkami; w lewej ręce szablon, w prawej puszka sprayu i w mgnieniu oka mury pokryły się napisami -MAY DAY!-MAY DAY!  Grupka ta zniknęła w piorunującym tempie, tak samo, jak się pojawiła. Gdyby nie napisy pozostawione na murach, trudno było by mi uwierzyć w to, co widziałam. Tymczasem pochód się uformował i rozpoczął swój przemarsz. Nie sposób opisać wszystkiego, co można zobaczyć z okazji pierwszomajowej manifestacji: frakcje, stowarzyszenia, grupy związkowe i etniczne, centra socjalne oraz licznych niezrzeszonych, którzy biorą udział pochodzie z własnej i nieprzymuszonej woli. W tym dniu zwykle odbywają się dwie manifestacje - jedna oficjalna - władze, przedstawiciele, etc. z programowymi przemówieniami działaczy związkowych i polityków. I druga, luzacka, choć też jak najbardziej legalna, którą ludzie organizują sami dla siebie, niczym wielką majówkę. Patronem tego drugiego pochodu jest San Precario (w tłumaczeniu na polski jego imię brzmiałoby "Święty Tymczasowy") jest to ironiczna gra słów, ponieważ to, co w Polsce nazywane jest "śmieciowymi umowami " czyli praca bez stałego etatu i zabezpieczenia socjalnego, we Włoszech jest określane mianem prekariat.

Niestety, San Precario ma pod swoim wezwaniem coraz większe rzesze sfrustrowanych i niezadowolonych ludzi... W pochodzie, na masce samochodu, obwożona jest figura naturalnej wielkości przedstawiająca tego świętego w postaci osobnika, który na kolanach i ze złożonymi modlitewnie rękami prosi o pracę (ew. dziękuje uniżenie za to, że ją dostał). W przygotowaniach do pochodu bardzo aktywny udział biorą centra socjalne. Niektóre z nich są wprost znienawidzone przez prawicę i uważane za wylęgarnię anarchistów, lewaków oraz antyglobalistów, przeszkadzających we wprowadzaniu reform służących krajowi (czytaj: partii rządzącej). Centra i organizacje przygotowują swoją ciężarówkę lub minibusa, zdobiąc te  pojazdy z wielką fantazją. Oprócz wrażenia estetycznego, dekoracje te najczęściej niosą również istotny przekaz ideologiczny. Na samochodzie jedzie zespół muzyczny albo pokaźna konsola z didżejem, beczki z piwem lub winem a za nim idą aktywiści i członkowie. Starsi i młodsi, parami i w pojedynkę, na rowerach i pieszo. Niektórzy z potomstwem za rękę albo na rękach, są też tacy, co taszczą swe maluchy w nosidle na plecach lub w wózku. Wraz z ludźmi idą liczne pieski małe i duże a muzycy jadący na ciężarówkach grają co sił.




Część muzykujących zespołów bierze aktywny udział w manifestacji idąc pieszo wraz z całym pochodem, co z pewnością nie jest łatwe, ponieważ ma on do przebycia bardzo długą trasę i trwa kilka godzin. Wiele osób przebiera się w karnawałowe stroje, zakłada maski lub fantazyjne kapelusze. Ludzie niosą transparenty, szturmówki oraz rozmaite hasła wypisane na kartonie przymocowanym do drążków. Swego czasu (bodajże w 2003 roku) ogromne wrażenie zrobiła na mnie grupa komunistów ze Sri Lanki. W tym wesołym tłumie wyróżniali się porządkiem w swoich szeregach i śmiertelną powagą na twarzach. Szli równymi, karnymi czwórkami a każdy z nich niósł czerwoną szturmówkę z wizerunkiem sierpa i młota oraz nazwą organizacji. Na ogół cudzoziemcy biorą liczny udział w tych manifestacjach, traktując je jako okazję do wyartykułowania własnych  problemów i zaznaczenia swojej obecności we włoskim społeczeństwie. Bowiem mimo tej zabawowej otoczki, nietrudno zauważyć co ludziom „leży na wątrobie” wystarczy popatrzeć na hasła, pod którymi to wszystko się odbywa.

Najbardziej palące problemy to brak bezpieczeństwa socjalnego, zaniżone płace, narastające bezrobocie, zwłaszcza wśród ludzi w wieku przedemerytalnym, niedostateczna ilość ofert pracy dla absolwentów, praca na czarno i tzw. „biała śmierć” czyli śmiertelne wypadki przy pracy, jakie mają miejsce najczęściej z powodu naruszania przez pracodawców zasad BHP. Do tego należy także dodać brak akceptacji dla obecności włoskiego wojska w działaniach poza granicami kraju, co budzi spory społeczny sprzeciw. Jednak Włosi mają to do siebie, że potrafią pogodzić nawet najbardziej radykalną ideologię z zabawą a tę świąteczną atmosferę podkręca się na wszelkie możliwe sposoby. Co jakiś czas wszyscy się zatrzymują, tańczą na ulicy, piją niskoprocentowe alkohole lub drinki sprzedawane z ciężarówek. Są też tacy, którzy sięgają po mocniejsze podniety - niejednokrotnie daje się wyczuć zapach marihuany, nierzadko też widać gołym okiem, że ktoś jest pod wpływem czegoś o wiele silniejszego niż skręt.

Pochód nie przemieszcza się prostą, najkrótszą drogą, jego trasa ma kształt zbliżony do rozciągniętej litery „S”. Kiedy manifestanci miną okolicę Dumo, cała ta ogromna grupa ludzi wykonuje następny zakręt, aby dojść do Piazza Castello, gdzie ulega rozwiązaniu. Jednak zabawa trwa dalej; na placu przed zamkiem Sforzów oraz w parku Sempione na jego tyłach, jeszcze długo w noc trwają koncerty, organizowane są konkursy i wiele innych atrakcji. Pochód pierwszomajowy w Mediolanie widziałam kilkakrotnie, jednak mam nieodparte wrażenie, że wraz z narastającym kryzysem zaczyna się on przeradzać z ludowego festynu w sposób na odreagowanie głębokiej, społecznej frustracji. Jest mniej wesoło, bardziej agresywnie, nie trzeba też długo szukać, aby zobaczyć kogoś (niestety, najczęściej bardzo młodego) kompletnie pijanego lub odurzonego narkotykami, zamroczonego, leżącego na ulicy. Wszystko to sprawia bardzo niemiłe wrażenie, iż to radosne święto zaczyna się dewaluować. Sądzę, że jest to jeszcze jeden przejaw nie tylko kryzysu ekonomicznego, ale przede wszystkim społecznego, który we Włoszech jest coraz bardziej widoczny. W tej sytuacji, chyba nie bez powodu zawołaniem jest MAY DAY! co przecież oznacza nie tylko Majowy Dzień, lecz jest też powszechnie znane, jako wołanie o pomoc w obliczu śmiertelnego zagrożenia.




Centro Sociale (Centrum Wspólnoty) – to miejsce, gdzie ludzie (najczęściej ze środowisk robotniczych, choć nie tylko) z danej dzielnicy, spotykają się czasem jedynie po to, aby wspólnie spędzić czas, lecz są też takie, które podejmują bardzo istotne działania w sferze kulturalnej i politycznej. Ich największy rozwój przypada na koniec lat sześćdziesiątych; jest to bardzo interesujący i ważny aspekt życia społecznego we Włoszech. Szczególną rolę odegrały tzw. Centri Sociali Autogestiti ( Samodzielnie Zarządzane Centra Wspólnoty) związane z kontrkulturą młodzieżową, postrzegane jako anarchistyczne lub w najlepszym razie lewicowe. Ich historia jest odzwierciedleniem konfliktów społecznych, z jakimi boryka się włoskie społeczeństwo. W Mediolanie dużą rolę odegrało bardzo prężne Centrum "Leoncavallo". Ma ono niezwykle burzliwe dzieje, kilkakrotnie próbowano je zlikwidować a dwóch osiemnastoletnich członków centrum, Fausto i Iaio, poniosło śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach. Panuje opinia, że zabójcami byli członkowie prawicowej bojówki, lecz ich rodziny i przyjaciele uważają, iż brały w tym udział służby specjalne.

Zdjęcia z pochodu 1- majowego są w albumie>