Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomniki poległych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomniki poległych. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 listopada 2013

Lombardia. Chwała bohaterom, czyli pomniki poległych.


Podczas moich wędrówek po północnych rejonach Włoch, wielokrotnie widziałam pomniki poświęcone żołnierzom, którzy zginęli podczas działań wojennych. Takie monumenty można spotkać nie tylko w miastach, lecz również w małych wioskach, a jeśli nie jest to pomnik z prawdziwego zdarzenia, z pewnością na kościele lub gdzieś w centrum miejscowości napotkamy tablicę pamiątkową, gdzie wyryto imiona i nazwiska mężczyzn, którzy byli ich mieszkańcami, zanim zostali powołani pod broń.

Sądzę, że po wielu latach niewoli, kiedy Lombardia znajdowała się we władaniu Austrii, bycie żołnierzem w narodowej armii z pewnością mogło stanowić powód do dumy. Jednak Włosi nie mają szczególnego zamiłowania do wojaczki, więc odejście z rodzinnego domu, czy wioski, gdzie się spędziło całe życie, 
z pewnością stanowiło dla nich bardzo ciężkie doświadczenie. Trzeba tu dodać, że podczas Wielkiej Wojny włoska armia źle wyposażona i nieudolnie dowodzona, ponosiła ogromne straty. Szczególnie oddziały walczące na terenie Alp przeżyły prawdziwą gehennę. Te straszne cztery lata sprawiły, że zarówno ci, co je przetrwali, jak i ci, którzy stracili życie na polach bitew, zostali otoczeni glorią należną bohaterom. Nieco inaczej przestawiała się sprawa z żołnierzami walczącymi podczas II wojny, zapewne z przyczyny rozziewu pomiędzy szacunkiem dla ich poświęcenia i ofiary życia, jaką złożyli, a uczuciem niesmaku pozostałym po faszystowskim reżimie i późniejszym odwrocie w ostatnim momencie, co mówiąc szczerze, bardzo przypominało ucieczkę z tonącego okrętu. Jednak i dla tych żołnierzy znalazło się miejsce w zbiorowej pamięci, więc także ich nazwiska widnieją na pamiątkowych tablicach. Często też (zwykle nieopodal kościoła) można zobaczyć alejki, gdzie zasadzono drzewa ku czci poległych i ustawiono niewielkie tabliczki z ich nazwiskami. 

W Lombardii tradycje militarne są nadal w cenie, zwłaszcza w wśród tych, którzy służyli w wojsku przed utworzeniem armii zawodowej. W domu, gdzie mieszka były żołnierz, często na honorowym miejscu można zobaczyć alpejski kapelusz z piórem. Nadal też pamięta się rzewne alpejskie piosenki o prostym tekście, mówiącym o tęsknocie za ciepłym, rodzinnym domem, lęku przed śmiercią i trudach życia w okopach. W wielu miejscowościach są koła A.N.A. czyli stowarzyszenia zrzeszającego byłych alpejskich żołnierzy. Jedną z form działalności owych kół są chóry, specjalizujące się w śpiewaniu tradycyjnych, alpejskich utworów i dawnych piosenek żołnierskich. Pamiętam, jak na początku mojego pobytu w Lombardii, po raz pierwszy usłyszałam jedną z nich... 

Właśnie wracałam do domu wieczornym pociągiem z Mediolanu. Kiedy zatrzymaliśmy się na niewielkiej stacji w Varedo, otworzyłam okno, aby wyjrzeć na peron. Stała tam grupka niemłodych panów w charakterystycznych, filcowych kapeluszach z piórem, kamizelkach i kraciastych koszulach. Jeden z nich wsiadł do wagonu, a pozostali zaczęli coś cichutko nucić na pożegnanie. Ta rzewna melodia i zapadający wieczór sprawiły, że do dziś pamiętam tamto ulotne wrażenie... Po kilku latach, kiedy lepiej zaznajomiłam się z miejscową kulturą i tradycją, poznałam wiele alpejskich piosenek, również tę, którą wtedy słyszałam. Dowiedziałam się, że jest to La tradotta jeden z najbardziej znanych utworów z czasów Wielkiej Wojny . Jej tytuł to słowo oznaczające pociąg, którym żołnierze udawali się na front, jej tekst jest bardzo prosty, lecz niezwykle przejmujący:


La tradotta che parte

da Torino
a Milano non si ferma più,

ma la va diretta al Piave,

cimitero della gioventù.


Siam partiti, siam partiti

in ventinove,

solo in sette siam tornati qua,

e gli altri ventidue

son rimasti tutti a San Donà'.


“Cara suora, cara suora son ferito,

a domani non arrivo più;

se non c’è qui la    

mia mamma, un bel fiore me lo porti tu?”.


A Nervesa a Nervesa c’è una croce,

mio fratello è sepolto là,

io ci ho scritto su “Ninetto" 

che la mamma lo ritroverà.


(Transport, który wyruszył z Turynu, nie zatrzymał się w Mediolanie, wiezie nas prosto nad Piave, gdzie pogrzebano naszą młodzież.

Wyruszyło nas dwudziestu dziewięciu, lecz zostało tylko siedmiu, dwudziestu dwóch pochowali na cmentarzu w San Dona'.

"Droga siostro, jestem ranny i nie dożyję jutrzejszego dnia, jeśli nie przybędzie moja mama, ty połóż mi kwiat na grobie".

W Nervesa jest grób mojego brata, napisałem na krzyżu “Ninetto”, żeby mama mogła go odnaleźć.)


Próbowałam przetłumaczyć ten tekst najlepiej, jak potrafię, lecz było to bardzo trudne, gdyż jest on niezwykle prosty i emocjonalny. Chcąc wyrazić jego sens, powinno się użyć dłuższych omówień lub słów, które, choć znaczą to samo, w żaden sposób nie oddają nastroju oryginału, co sprawia, że tłumaczenie wypada dość drętwo...

(Dla przykładu mogę tu powiedzieć, że suora co prawda po polsku znaczy siostra, lecz nie chodzi tu o osobę z rodziny, ale o zakonnicę lub siostrę Czerwonego Krzyża pielęgnującą rannych, zaś cimitero della gioventu'  można rozumieć dwojako, jako miejsce, gdzie pogrzebano wielu młodych ludzi, lecz także jako cmentarz utraconej młodości, albo straconego pokolenia).

Na zakończenie chciałabym jeszcze podzielić się zdjęciem pięknej tablicy pamiątkowej poświęconej wszystkim zmarłym, jaką swego czasu znalazłam na cmentarzu w Torno.


A TUTTI I MORTI
 DI QUESTA TERRA
CHE PIU NON HANNO
NE NOME NE TOMBA
FIORI E PREGHIERE
NEL COMUNE RIMPIANTO
PER IL RICORDO PERENNE


(Wszystkim zmarłym, którzy nie mają imienia ani grobu, kwiatów ni modlitwy, we wspólnym żalu, na wieczną pamiątkę)


Osoby, które chciałyby zobaczyć więcej zdjęć pomników poświęconych poległym żołnierzom zapraszam do albumu poniżej


Jeśli ktoś miałby ochotę obejrzeć video z nagraniem piosenki "La Tradotta" zapraszam do kliknięcia w strzałkę na zdjęciu. Na You Tube jest ona dostępna w kilku wersjach, może nawet lepiej zaśpiewanych, lecz wybrałam tę, ze względu na autentyczne fotografie z czasów Wielkiej Wojny, stanowiące niezwykle wymowną ilustrację do tego utworu.



P.S. Z czasem dowiedziałam się, że panowie śpiewający na dworcu Varedo, byli członami lokalnego chóru, który wykonuje  tradycyjne piosenki.

niedziela, 6 stycznia 2013

Lombardia. Menaggio i jego okolice.



Menaggio jest jedną z większych miejscowości na lewym brzegu jeziora Como. Centralny punkt miasta to śliczny placyk o nieregularnym kształcie, otwarty na jezioro. Jego przedłużeniem jest bulwar, jeden z najładniejszych, jakie widziałam w tej okolicy. Są tu piękne fontanny, zadbane drzewa oraz mnóstwo kwiatów a od jeziora oddziela go elegancka, misterna balustrada z kutego żelaza. Spacerując po bulwarze, można do woli cieszyć oczy widokiem przepięknego pejzażu, gdyż Menaggio leży mniej więcej w połowie długości jeziora, w miejscu, gdzie akwen dzieli się trzy rozgałęzienia.

Patrząc przed siebie, na wprost widzimy cypel półwyspu Bellagio a nieco dalej, po drugiej stronie jeziora, pełne wdzięku miasteczko Varenna i stoki gór należące do pasma Valsassina, wznoszące się na wysokość ponad 2ooo m n.p.m. Zawsze ze szczególną przyjemnością zwracałam oczy w kierunku szczytu Monte Legnone, gdyż fascynował mnie jego trochę dziwaczny kształt z wyraźnymi krawędziami, niczym lekko przekrzywiony, zdeformowany ostrosłup. 



Monte Legnone to wysoka góra, więc czasem się zdarza, że nawet w lecie jest przyprószona śniegiem, a wtedy przy ładnej pogodzie wspaniale się odcina na tle błękitnego nieba.

Jednak powietrze nad jeziorem niejednokrotnie jest nieco ciężkie, więc lekki opar wilgoci spowija je wraz z górami swoim delikatnym welonem, co sprawia, że okoliczne szczyty wyglądają niczym gromada duchów, gdyż ich sylwetki są ledwie widoczne. Taka pogoda jest nieco przytłaczająca i odbiera energię, lecz jeśli chodzi o wrażenia estetyczne, zapewnia ich nie mniej niż słoneczna aura i doskonała widoczność. Czasami (choć bardzo rzadko) zdarza się, że nawet przez cały dzień nad jeziorem pozostaje nie lekki i prześwitujący opar, lecz prawdziwy, gęsty tuman mgły, a wtedy widoczność jest ograniczona do minimum i nie ma mowy o podziwianiu panoramy jeziora.

Od wiosny do jesieni w Menaggio jest zawsze wielu turystów i podobnie jak we wszystkich miejscowościach w tej okolicy, na ulicach często słyszy się język angielski lub niemiecki. Przybysze mają do dyspozycji stare, luksusowe hotele, lecz nie brakuje też mniejszych hotelików, pensjonatów, pokoi do wynajęcia i campingów. Miasto z jednej strony przylega do jeziora, natomiast z drugiej wspina się na niewielkie wzniesienie, gdzie do dziś znajdują się pozostałości średniowiecznej zabudowy. Z jego dolnej części w górę prowadzi uliczka mająca kształt schodów o płaskich stopniach, których jest około setki. To bardzo malownicze miejsce i można tam zobaczyć wiele pięknych, starych domów. W jednym z nich o murach pokrytych kaskadami winobluszczu urodził się błogosławiony Gabriel Malagrida, jezuita i misjonarz. Bardzo polubiłam Menaggio i jego zakątki, gdyż jest tam wiele miejsc, które zapadły mi w pamięć i serce. Jedno z nich, to niewielki, neogotycki kościółek pod wezwaniem świętej Marty, zapewne po części dlatego, że to patronka mojej córki, lecz również ze względu na jego śliczną białą fasadę, ozdobioną subtelnymi detalami i ornamentami wykonanymi z terakoty. Jego fronton zdobi piękna rozeta i portal z freskiem przedstawiającym Madonnę z Dzieciątkiem.

Całość jest tak wysmakowana i ma tak doskonałe proporcje, że nie sposób przejść obojętnie bez zwrócenia uwagi na tę niewielką świątynię. W Menaggio byłam wielokrotnie, ponieważ był to jeden z moich punktów wypadowych w okoliczne góry. Także tu przesiadałam się na autobus, kiedy chciałam pojechać do niedalekiego Lugano, przygranicznego miasta w szwajcarskim kantonie Ticino lub do Valsoldy, mojego ukochanego zakątka nad jeziorem Lugano. Jak już pisałam, część miasta leży nieco wyżej, na przełęczy pomiędzy dwiema górami. Po prawej stronie znajduje się Monte Grona, ze swoim skalistym, poszarpanym szczytem, po lewej zaś Monte Nava, której stoki oddzielają Menaggio od pobliskiego Griante. Kiedyś późnym popołudniem, podczas gdy płynęłam promem z Bellagio do Menaggio, na stoku Monte Nava wysoko ponad miastem pośród drzew zobaczyłam coś, co swoim kształtem przypominało niewielką kaplicę z sygnaturką na dachu. W pierwszej chwili sądziłam, że to złudzenie wywołane przez oślepiające słońce chowające się właśnie za okolicznymi wzniesieniami, jednak zaintrygował mnie ten widok, więc zaczęłam przepytywać mieszkańców i wertować mapy. W ten sposób dowiedziałam się, że to Crocetta, jeden z punktów widokowych, które w języku włoskim nazywa się belvedere, czyli po prostu piękny widok.

Aby tam dotrzeć, najlepiej część drogi pokonać autobusem i wysiąść na przystanku w przylegającej do Menaggio miejscowości Croce. Dalej wiedzie wijąca się asfaltowa serpentyna, biegnąca pośród uroczych domków i tarasowych ogrodów. Wraz z ostatnimi zabudowaniami kończy się asfalt, a dalej prowadzi jedynie ścieżka biegnąca w górę pośród kasztanowego lasu. Po jej prawej stronie widać długie, doskonale zachowane okopy i podziemne przejścia oraz betonowe schrony i stanowiska strzelnicze. Niegdyś należały one do Linii Cadorna, sieci umocnień zbudowanych w przededniu Wielkiej Wojny dla obrony północnej części kraju. Na skraju niemal pionowej skalnej ściany stoi okazały, również betonowy krzyż, od którego pochodzi nazwa tego miejsca. Nieopodal jest nieduża polana, gdzie na pomoście ponad okopami wzniesiono kaplicę, poświęconą pamięci żołnierzy poległych na wszystkich frontach świata. Ta kaplica, jak wiele innych obiektów tego rodzaju, powstała z inicjatywy Klubu Alpejskiego i jest otoczona opieką jego członków. Dość długo chodziłam wokoło, podziwiając urodę tego miejsca oraz inwencję architekta. Niezwykły jest nie tylko pomysł postawienia kaplicy ponad okopem, dzięki czemu można pod nią przejść na drugą stronę, na sam skraj urwiska. Ciekawe jest też to, że dłuższe ściany budynku są otwarte na przestrzał, a w otworach umieszczono ażurowe kraty, więc stojąc za nim w powstałym prześwicie widzimy nie tylko wnętrze, ale również jezioro i otaczające je góry.


Crocetta znajduje się na wysokości ok. 400 m ponad poziomem jeziora, co sprawia, że można stąd ogarnąć wzrokiem jego całą północną część — przy dobrej pogodzie widać również szczyty Valchiavenny, a nawet odległą Berninę. Jezioro Como oglądane z tej dość znacznej wysokości, niczym lustro odbija błękit nieba i nabiera niesamowitego koloru głębokiego szafiru. 

Jak zwykle podczas moich wędrówek z pasją oddałam się fotografowaniu, jednak żadne zdjęcie nie jest w stanie przekazać istoty piękna tego pejzażu, jego głębi, blasku, zapachu kasztanowych lasów i ogromu przestrzeni, jaka się przed nami otwiera...

Nieopodal Crocetty jest też inny kościółek związany z tradycją alpejską — Madonna di Paullo. Został zbudowany przez miejscową ludność ku czci Madonny, do której modlili się żołnierze pochodzący z tej okolicy, kiedy zamknięci w obozach jenieckich, prosili Boga o szczęśliwy powrót do domu.


Podczas moich wędrówek po górach niejednokrotnie na dość znacznej wysokości napotykałam kościółki i kapliczki, wzniesione z dala od ludzkich siedzib. Mimo tego oddalenia zazwyczaj są one bardzo zadbane i nadal stanowią miejsce obrządku religijnego. Dzieje się tak podczas większych świąt kościelnych a szczególnie w dniu święta patrona danej miejscowości (w Menaggio jest to święty Stefan). Wierni udają się wówczas na zbiorową pielgrzymkę do tych odległych świątyń, aby wspólnie uczestniczyć w uroczystej mszy. Święta patronackie we Włoszech oprócz charakteru religijnego, mają też ścisły związek z lokalną kulturą. Z reguły jest to kilkudniowy festyn z różnymi atrakcjami — przy tej okazji można wysłuchać koncertu muzyki tradycyjnej, obejrzeć sztukę wystawioną przez amatorskie koło teatralne, pokaz ginących rzemiosł lub prezentację prac miejscowych twórców, można też pobuszować na jarmarku wśród straganów z lokalnymi produktami, czy na targu staroci.