Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

sobota, 23 listopada 2013

Lombardia. Wędrując wokół Jeziora Lugano, Brusimpiano - Ardena, sanktuarium i fortyfikacje.




Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Lavena Ponte Tresa nad jeziorem Lugano  i rozejrzałam się wokoło, mój wzrok zatrzymał się na  długim wzniesieniu po prawej stronie. Porastał je ciemnozielony las, a dzięki pięknej pogodzie na tle niebieskiego nieba wszystkie szczegóły pejzażu widać było jak na dłoni. Zapowiedź tego wspaniałego widoku miałam już wtedy kiedy dojeżdżałam do celu, ponieważ droga wiedzie dość wysoko pomiędzy górami, i dopiero nieopodal miasta schodzi w dół serpentyną, więc z okien autobusu świetnie widać całą okolicę i jezioro w dole. Podobną wspaniałą wizytówkę prezentuje również miasto Como przybyszowi, który przyjeżdża pociągiem lub samochodem od północnej strony. Wspominam o tym nie bez powodu, gdyż kiedy po raz pierwszy byłam w Como, mój wzrok zatrzymał się na zielonym wzgórzu ponad miastem, gdzie widniała piękna biało -różowa willa w stylu liberty, a ten widok spowodował, że natychmiast zapragnęłam jak najszybciej znaleźć się tam, na górze...




Tu natomiast mój wzrok przyciągnął niewielki kościółek z barokową fasadą w ciepłych barwach, zatopiony w zieleni. Nieopodal widać było szeroką przesiekę i w pierwszej chwili miałam nadzieję, że jest tam kolejka linowa, lecz szybko zorientowałam się, że to jedynie trakcja elektryczna, więc jeśli chciałam tam dotrzeć pozostawał mi spacer na własnych nogach. Kiedy obejrzałam bulwar i tę część miasteczka, która do niego przylega, postanowiłam niezwłoczne poszukać drogi na górę, a w zasadzie zasięgnąć informacji na ten temat. Zwykle dopisywało mi szczęście jeśli chodzi o dobór przygodnych informatorów i na ogół na moje pytania otrzymywałam bardzo szczegółową odpowiedź  wraz z różnymi dodatkowymi wskazówkami. Szczerze powiem, że było to nadzwyczaj miłe, i mam wrażenie, że oprócz zwykłej ludzkiej grzeczności dochodził tu do głosu lokalny patriotyzm mieszkańców, dumnych z tego, że mogą przybyszowi z innych stron pokazać uroki swej ziemi.

 Podobnie było i tym razem, zagadnęłam pewną starszą panią,
i dowiedziałam się, że ów kościółek to sanktuarium w Ardenie, niewielkiej frakcji miejscowości Brusimpiano a drogi są dwie; jedna to asfaltowa droga jezdna (zdecydowanie dłuższa) i mulatiera, która co prawda szybko mnie zaprowadzi na górę, jednak ma tę niedogodność, że w zasadzie jest nieużywana i z tego powodu nieco zaniedbana. Pani powiedziała mi też, że za czasów jej młodości okoliczna ludność często chodziła tamtędy na modlitwę, jednak to się zmieniło, ponieważ dziś te praktyki nie są już tak powszechne, a do tego większość wiernych jeździ tam samochodami w związku z czym, obecnie owa mulatiera służy przede wszystkim turystom, którzy podobnie jak ja, preferują piesze wędrówki.
Pani wspomniała też, że po drodze mogę zobaczyć okopy i stanowiska należące do Linii Cadorna. Był to jeszcze jeden argument za wybraniem tej drogi, bo chociaż jestem przeciwniczką wszelkich wojen, zawsze mnie interesowały również i te świadectwa przeszłości.  W okolicy jest wiele takich stanowisk, rozrzuconych w różnych miejscach wzdłuż granicy ze Szwajcarią, pomiędzy Varese i Luino; podobne umocnienia widziałam również w górach nad jeziorem Como.
Mulatiera rzeczywiście wyglądała na nieuczęszczaną, w niektórych miejscach było sporo połamanych gałęzi a nawet przewróconych drzew leżących w poprzek drogi. Jej szerokość wskazywała na to, że była to raczej tzw. strada militare, a nie dróżka, którą wieśniacy przemieszczali się na pola i pastwiska. Muszę powiedzieć, że ta krótka trasa którą można swobodnie przejść w ciągu trzydziestu minut, sprawiła na mnie bardzo niemiłe wrażenie,  nie ukrywam, że szłam robiąc sobie w duchu wyrzuty że chyba jakiś diabeł mnie podkusił abym wybrała tę drogę, bo skóra mi ścierpła na plecach kiedy dotarłam do okopów połączonych tunelami i krytymi przełazami, dzięki którym niegdyś można było bezpiecznie pokonywać różnicę poziomów. Przyjrzałam im się z zewnątrz, ponieważ nie mając żadnego przygotowania w tej mierze, czy chociażby latarki nie odważyłabym się w pojedynkę zapuszczać do ich wnętrza. Oprócz tego, jak już pisałam, przez całą drogę czułam dziwny i niewytłumaczalny niepokój...
Osoby, które regularnie  czytają tego bloga, być może pamiętają, jak już wcześniej wspominałam o tym, że kilkakrotnie zdarzało mi się, iż miałam wrażenie, że znajduję się w miejscu emanującym jakąś nadzwyczajną energią. Czasem było to uczucie przyjemne, pozwalające mi doładować mój wewnętrzny akumulator, zaś innym razem towarzyszył mi zupełnie irracjonalny lęk i poczucie zagrożenia. Z natury jestem osobą rozsądną, nie szukam sensacji tego rodzaju, poza tym uważam, że podobne odczucia w większości dają się wytłumaczyć w sposób jak najbardziej naukowy, zaś to, czy te wrażenia odbieramy zupełnie jednoznacznie, czy też jako zaledwie dostrzegalną zmianę aury, w dużej mierze zależy od naszej osobniczej wrażliwości,  która może być zmienna na różnych etapach naszego życia. Jednak nie odżegnuję się od poglądu, że na ziemi i niebie są rzeczy, o jakich nie śniło się filozofom, gdyż nie wszystko co nas otacza daje się zważyć i zmierzyć, a pierwotna, zwierzęca część naszej natury czasami dochodzi do głosu,  i wtedy mamy do czynienia z emocjami, których nie potrafimy zrozumieć...


Tym razem sądziłam, że to przykre uczucie powoduje obraz opuszczenia graniczący z ruiną, zwalone drzewa, połamane gałęzie i murki porośnięte mchem po obu stronach drogi. Miałam ochotę uciekać gdzie pieprz rośnie, i byłam po prostu szczęśliwa, kiedy tak jak mi powiedziała moja informatorka, droga dość szybko zaprowadziła mnie na niewielką łąkę u podnóża tarasu, na którym wzniesiono kościół. Niewiele wiadomo o tym, jak się przedstawia historia tego miejsca, podobno w wiekach średnich było tu oratorium przy którym mieszkał pustelnik, mówi się też, że swego czasu otaczano tu szczególną czcią wizerunek Czarnej Madonny, do którego zanoszono modły w czasach zarazy, jaka nawiedziła te okolice. Obecny kościół pochodzi z XVII wieku a w głównym ołtarzu widnieje obraz "Madonna del Latte", czyli Maria karmiąca Dzieciątko Jezus, który jak się przypuszcza pochodzi ze szkoły Bernardino Luini, i jest datowany na XV wiek. Kościół jest niewielki ale bardzo harmonijny, a jego główną ozdobą jest piękny portal i zegar słoneczny umieszczony na południowej ścianie. Z tym kościołem wiąże się pewna niezwykła historia; podobno w latach siedemdziesiątych XX wieku miały tu miejsce zadziwiające zjawiska, zakwalifikowane jako paranormalne, mówi się o przedmiotach przemieszczających się samoistnie i unoszonych w powietrze przez nieznane siły, a także o tym, iż w biały dzień zaczynały dzwonić dzwony, mimo że nie było widać nikogo, kto by je wprawiał w ruch. Nie wiem na ten temat nic więcej, ale widocznie tajemnicze zjawiska ustały tak samo nagle, jak się pojawiły. Natomiast w jakiś czas później zupełnie przypadkowo znalazłam w internecie kilka ciekawostek na temat fortyfikacji, które mnie tak wytrąciły z równowagi. Otóż wynikało z nich, że te sensacje nie były tylko moim udziałem, i swego czasu zainteresowali się nimi "łowcy duchów" czyli osoby próbujące w sposób fizykalny zbadać zjawiska uchodzące za paranormalne przy użyciu bardzo czułej i skomplikowanej aparatury. Szczerze mówiąc, nie jest dla mnie do końca jasne, czy dwaj poszukiwacze potwierdzili fakt istnienia w tym miejscu niewyjaśnionych zjawisk, ale jeśli ktoś ma ochotę  może zapoznać się ich działaniami, ponieważ mają oni stronę internetową (podaję link gdzie prezentują swoje badania w opisywanym przeze mnie rejonie http://www.progettoserp.com/indagini-sopralluoghi/sopralluoghi/trincee-1-e-2-guerra-mondiale-ardena-varese/  można też zobaczyć zdjęcia jakie zrobili w trakcie https://www.facebook.com/media/set/?set=a.430212637044966.102752.212938632105702&type=3

Jednak jak już wspomniałam, te przykre sensacje minęły jak zły sen kiedy dotarłam na taras przed kościółkiem gdzie wszystko rozjaśniał blask słońca i skąd roztaczał się widok na jezioro i góry. Przed sobą miałam miasteczko z mostem stanowiącym przejście graniczne, Monte Lema, o której pisałam w poprzednim poście, a po lewej stronie była Monte Caslano i przesmyk u jej podnóża, gdzie właśnie przepływał statek zmierzający z Ponte Tresa do Porto Ceresio i dalej, do Lugano.







Piękne widoki wiosny rozkwitającej wokoło szybko zatarły niemiłe wrażenie jakie mi towarzyszyło podczas wędrówki przez las, ale dziś, kiedy wracam do wspomnień o tamtym dniu, nadal zadaję sobie pytanie, co właściwie mi się przydarzyło? Czy był to tylko nieprzyjemny nastrój wywołany widokiem tego zaniedbanego i odosobnionego miejsca, czy może ja również jestem jedną z tych osób, które mogą zaświadczyć, że jest to naprawdę miejsce niezwykłe...
Więcej zdjęć jak zwykle w albumach>
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5949149461969301265

https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/Ardena

sobota, 16 listopada 2013

Szwajcaria. Górskie fascynacje - Monte Lema.






















Jak wiele innych moich wycieczek, również ta na Monte Lema miała ciekawą genezę i dłuuugą historię, a zaczęła się ona zupełnie przypadkiem, dzięki pewnemu włoskiemu małżeństwu. Pracowałam wtedy w Domu Opieki w Saronno, gdzie jedną z pensjonariuszek była niepełnosprawna pani, osoba o wielkiej kulturze osobistej, która mimo  wieku i problemów zdrowotnych, nie miała zamiaru odstąpić od swojej pasji do podróży. Jej mąż co prawda mieszkał  na zewnątrz, ale większość czasu spędzał w naszej strukturze, więc z biegiem czasu, kiedy z obojgiem zawarłam bliższą znajomość, niejednokrotnie dzieliliśmy się wrażeniami z naszych wycieczek. W sobotę lub niedzielę przy sprzyjającej pogodzie ów pan wynajmował niewielkiego busa do którego można było wstawić wózek inwalidzki, i zabierał żonę na wyprawę. Pewnego razu wybrali się do Szwajcarii, gdzie nieopodal Lugano wznosi się góra zwana Monte Tamaro, mająca niemal 2000 m wysokości. Można tam wygodnie wjechać kolejką linową do czego nigdy nie brakuje chętnych, gdyż jest to miejsce znane z tego, że oferuje piękny widok na Jezioro Lugano i całą okolicę. Po powrocie opowiedzieli mi o tym co zobaczyli, i bardzo mnie zachęcali do pójścia w ich ślady. Żeby dać mi choć częściowe wyobrażenie o atrakcyjności wycieczki, przywieźli mi ulotkę z mapką. Kiedy ją dokładnie obejrzałam, zorientowałam się, że chodzi o masyw, który widziałam będąc w Potro Ceresio, gdzie zamykał horyzont po lewej stronie, wznosząc się ponad wodami Jeziora Lugano.





















Ten sam górski grzbiet jest też doskonale widoczny podczas pobytu nad północną częścią Lago Maggiore, ponieważ oddziela te dwa sąsiadujące ze sobą akweny. Po jego zboczach przebiega włosko-szwajcarska granica, ma on długość ponad 15 km i kilka szczytów, w tym dwa leżące na przeciwległych krańcach; to wspomniana już wcześniej Monte Tamaro (1962m)  i Monte Lema  (1624m) znajdująca się niedaleko miasteczka Ponte Tresa. Oczywiście jest tu szlak pieszy prowadzący na górę, lecz dla osób które nie są skłonne do tego rodzaju wyczynów zbudowano również wygodną kolejkę linową.

  Jest ona nieco odmienna od innych kolejek, ponieważ nie kursuje tu jeden wagonik lecz skład złożony z trzech niewielkich kabin, dzięki czemu pasażerowie nie muszą się tłoczyć, i w zasadzie każdy z nich ma swobodny dostęp do okien oraz widoku na zewnątrz. Gdybym mogła wybierać, wolałabym wejść na górę na własnych nogach, ale czas na tę wycieczkę miałam mocno ograniczony, i nie mogłam sobie pozwolić na stratę kilku dodatkowych godzin. Aby dotrzeć do stacji kolejki linowej miałam do przebycia ponad sześćdziesiąt
kilometrów z licznymi przesiadkami. Co prawda nie raz w takich sytuacjach żałowałam że nie mam prawa jazdy, gdyż samochodem z pewnością mogłabym dotrzeć na miejsce o wiele szybciej lecz mimo wszystko ta perspektywa jazdy "rzemiennym dyszlem" nigdy mnie nie zrażała do podróży. Tym razem skoro świt musiałam dotrzeć na dworzec w Saronno skąd pociągiem dojechałam do Varese, aby wsiąść do autobusu jadącego do Ponte Tresa. Tu już mogłam z bliska popatrzeć na cel mojej podróży, jednak po przejściu mostu i posterunku granicznego miałam przed sobą następny odcinek drogi do pokonania, co też uczyniłam wsiadając do szwajcarskiego pociągu relacji Ponte Tresa -  Lugano. Wysiadłam na dworcu w  Magliaso, aby znów przesiąść się do autobusu, którym pojechałam aż do wioski Miglieglia, gdzie jest stacyjka kolejki linowej. Nigdy się specjalnie nie użalałam na te zmiany środka lokomocji, a nawet je lubiłam, ponieważ miałam wtedy poczucie czegoś ekscytującego, niczym podróż w nieznane; jednak nie da się ukryć, że pociągało to za sobą sporą stratę czasu, jaki mogłabym przeznaczyć na wędrówkę sensu stricto.
Podczas jazdy kolejką  miałam okazję popatrzeć na  trawiaste zbocze góry, gdzie jak na dłoni widać było białą serpentynę ścieżki kończącej się nieopodal zabudowań schroniska. Nieco dalej zauważyłam dziwną budowlę, która jak się później okazało, kryje w sobie obserwatorium astronomiczne. Na górze było sporo ludzi, nie tylko pasjonatów trekkingu, ale również tych, których tam sprowadziły świetne warunki do uprawiania lotniarstwa. Kiedy zeszłam nieco niżej, na płaskim terenie stanowiącym swego rodzaju taras, spotkałam także wielu miłośników szybownictwa. Co prawda nie były to aparaty zdolne unieść człowieka lecz okazałe modele sterowane radiem, jednak widać było, że ich właściciele świetnie się bawią, obserwując jak wznoszą się i opadają niesione prądem powietrza. To co mnie przyjemnie zaskoczyło, to ogromny spokój panujący na górze. Ludzie rozproszeni na sporym obszarze łagodnie wysklepionego wierzchołka nie przeszkadzali sobie nawzajem w kontemplowaniu tego cudu natury, jakim jest widok gór; tym wspanialszy, że pomiędzy nimi widać było błękitne wody jezior. Dość długo chodziłam po szczycie, wracając do raz już obejrzanych widoków, gdyż po niebie przepływały liczne cumulusy, a ta gra światła i cienia powodowała, że wciąż odkrywałam nowe elementy w tej oszałamiającej panoramie.Na wschodzie można było dostrzec jezioro i miasto Lugano na tle szmaragdowych stoków Valle d'Intelvi, za nimi trójkątne, skaliste szczyty Grigni i Legnone, a na północy pokryte śniegiem Alpy, ciągnące się długim łukiem w stronę zachodu, gdzie na pierwszym planie, daleko w dole, poniżej zalesionego zbocza, leżało ciemnoniebieskie Lago Maggiore. Nie mniej piękny widok był na południu, ze ślicznymi stożkami zielonych Prealp, gdzie uważne oko mogło zauważyć dwa małe, niebieskie lusterka wody. Były to jeziorka Ganna i Ghirla, leżące na trasie Varese - Ponte Tresa, znane mi z poprzednich wypraw w tamte strony.

Mimo że na szczycie spędziłam sporo czasu wcale mi się on nie dłużył, podobnie chyba było z innymi osobami, jakie tam spotkałam, że wspomnę choćby dziewczynę siedzącą pod wiatrowskazem, która jak zahipnotyzowana wpatrywała się w przestrzeń... Jednak mimo całego zachwytu nad widokiem, jaki się przede mną roztaczał, ciągnęła mnie perspektywa wędrówki wzdłuż grzbietu, w stronę Monte Tamaro, choć zdawałam sobie sprawę, że nie dysponując należytą ilością czasu, nie zajdę daleko. Na przejście całego szlaku trzeba poświęcić przynajmniej trzy i pół godziny, co w tym przypadku nie wchodziło w grę, ponieważ czekała mnie jeszcze długa droga powrotna. Mimo to, poszłam przed siebie ścieżką wspinając się na kolejne garby masywu, aż do momentu, kiedy definitywnie musiałam zawrócić, aby nie stracić zaplanowanych połączeń kolejowo - autobusowych, i przed nocą dotrzeć do Saronno. Kiedy ponownie zjechałam kolejką linową do Miglieglia okazało się, że mam nieco czasu do odjazdu autobusu, więc postanowiłam obejrzeć miejscowy cmentarz, na którym znalazłam kilka starych i bardzo interesujących nagrobków. Na przystanek poszłam okrężną drogą, i dzięki temu dotarłam do malutkiego placyku gdzie zobaczyłam fontannę, a raczej studnię publiczną, jedyną w swoim rodzaju, bowiem zamiast obelisku, postaci kobiecej, czy też mitologicznej, na jej szczycie umieszczono ni mniej, ni więcej, tylko wierzgającego osiołka. Ten widok nadzwyczajnie poprawił mi humor, bo  pomyślałam sobie, że mieszkańcy muszą być ludźmi o niebanalnym poczuciu humoru, tym bardziej, że na kranie, z którego wypływała woda umieszczono metalowego ślimaka z pokaźną muszlą na grzbiecie, mogącego służyć za zaczep dla wiaderka. Zmęczona fizycznie ale w doskonałym nastroju, wsiadłam do autobusu jadącego wprost do Ponte Tresa. Na szczęście cała podróż  poszła sprawnie, więc po powrocie ja również z satysfakcją mogłam się podzielić moimi niezapomnianymi wrażeniami...

Mam nadzieję, że zamieszczone zdjęcia przynajmniej w części potwierdzają powszechną opinię, że szlak Monte Lema - Monte Tamaro zapewnia jedne z najwspanialszych widoków, jakie oferują wycieczki w Prealpy. Co prawda pogoda (jak to często bywa w tej części świata) nie sprzyjała fotografowaniu, ponieważ znaczna ilość wilgoci w powietrzu odbierała mu przejrzystość. Pejzaż widziany gołym okiem dzięki tym delikatnym welonom foschii wyglądał tajemniczo i romantycznie, lecz ponad Alpami gromadziły się coraz większe chmury kłębiaste zapowiadające nadejście deszczu. Nad szczytem Monte Lema obłoki również przepływały często i wyjątkowo nisko, więc  kilkakrotnie znalazłam się w ich gęstej otulinie, co sprawiało niesamowite wrażenie kiedy wszystko wokół nagle znikało, a blask słońca stawał się tylko nierzeczywistym wspomnieniem...
Osoby mające ochotę na obejrzenie innych zdjęć zapraszam do albumu>
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5946191650073062881?sort=1

lub>https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/MonteLema03

wtorek, 5 listopada 2013

Lombardia. Festa patronale, czyli święty Marcin w Bovisio- Masciago.

festa San Martino


Każda miejscowość we Włoszech ma swojego świętego patrona, zaś w dniu, który jest mu poświęcony, w wielu z nich odbywa się Festa Patronale, czyli festyn ludowy połączony z uroczystościami kościelnymi ku jego czci. Po raz pierwszy takie święto oglądałam w Bari, gdzie co roku przez trzy majowe dni trwają imponujące obchody upamiętniające przybycie do miasta relikwii świętego Mikołaja. Kiedy zamieszkałam w Limbiate, zdarzyło mi się zobaczyć podobne, choć nie tak huczne obchody, w sąsiedniej miejscowości zwanej Masciago. Niegdyś była to malutka wioska, która jednak z czasem znacznie się rozrosła, aż doszło do połączenia jej terytorium z obszarem należącymi do sąsiedniego Bovisio i dziś te dwie miejscowości stanowią jedną gminę, zwaną Bovisio-Masciago. W zasadzie bliżej mi tam było niż do centrum Limbiate, od którego dzieliło mnie ponad dwa kilometry, podczas gdy wychodząc z domu mogłam w głębi ulicy zobaczyć dworzec kolei podmiejskiej w Bovisio - Masciago; aby tam dojść potrzebowałam najwyżej pięciu minut. 
  Obchody patronackie mają w Masciago sporą tradycję; pierwsza taka uroczystość miała miejsce w listopadzie 1945 roku kiedy to zdemobilizowani żołnierze którzy niedawno wrócili z frontu, postanowili  osłodzić współmieszkańcom  czasy powojennej mizerii, organizując pochód z udziałem wojaków w historycznych mundurach. Powstał wtedy pomysł aby przedstawić epizody z życia Świętego Marcina, patrona wioski, który jak powszechnie wiadomo wsławił się tym, iż oddał połowę swego płaszcza ubogiemu cierpiącemu z powodu zimna. Stworzono odpowiedni scenariusz i od tej pory jest on powtarzany  podczas dorocznego festynu. Uroczystości te łączą się z tradycyjnym  jarmarkiem, można więc przy okazji zaopatrzyć się w  słodycze, wędliny i sery wytwarzane w małych lokalnych firmach, oraz różne urocze drobiazgi odpowiednie na gwiazdkowe prezenty.
Święty Marcin
Niestety, listopad nawet w słonecznej Italii bywa czasem deszczowy i zimny, więc tak się feralnie złożyło, że kiedy się wybrałam aby obejrzeć te uroczystości, pogoda raczej nie pozwoliła widzom na nacieszenie się świętem. Siąpił uporczywy deszcz, który chwilami przechodził wręcz w ulewę. Mimo to, uczestnicy orszaku i jego obserwatorzy nie stracili ducha, i honorowo wytrwali do końca. W centrum Masciago na jednym z domów zobaczyłam mozaikę przedstawiającą Świętego Marcina który przecina mieczem swój żołnierski płaszcz na połowę aby podzielić się nim z półnagim biedakiem. Widząc że nieopodal gromadzi sporo ludzi, również i ja przystanęłam, żeby oczekiwać na rozpoczęcie uroczystości. 
Boviso Masciago
Na ulicach nieopodal kościoła rozstawiono liczne stoiska ze słodyczami robionymi w tradycyjny sposób. Królowały "torroni", czyli nugatowe batony, które są nieodłącznym elementem włoskiego Bożego Narodzenia, a także słodycze z kandyzowanych owoców i jadalnych kasztanów. 
festa San Martino














Nie brakowało też stoisk gdzie sprzedawano wędliny i sery, również wyprodukowane  według tradycyjnych receptur.

festa San Martino
Tym razem nie cieszyły się one nadzwyczajnym powodzeniem, gdyż widzowie stojąc pod parasolami oczekiwali na nadciągający orszak. O dziwo, nikogo nie zrażał padający deszcz, oraz dość długi czas wyczekiwania, nikt się nie ruszał z miejsca, gdyż jak się dowiedziałam, ważne jest żeby w wąskich uliczkach starej części miasta wybrać sobie odpowiednie stanowisko, skąd będzie można dobrze zobaczyć cały korowód towarzyszący świętemu.
festa San MartinoWreszcie nadszedł protagonista orszaku odgrywający rolę ubogiego, któremu Marcin odda połowę płaszcza. Pierwszy odtwórca tej postaci, nieżyjący już pan Antonio, pełnił tę funkcję niemal dwadzieścia lat, i podobno zawsze występował boso mimo iż niejednokrotnie było bardzo zimno, a czasem nawet padał śnieg. W chwilę po przejściu biedaka ukazał się naszym oczom główny bohater, święty Marcin na swym białym koniu, któremu towarzyszył oddział rzymskich legionistów i kawalerzyści w historycznych kostiumach. Jeźdźcy przyodziani w szaty rodem raczej ze średniowiecza i renesansu, mimo że nie związani z epoką świętego, wzbudzili entuzjazm zgromadzonych, ze względu na pięknie wyćwiczony "hiszpański"krok swoich rumaków.

festa San MartinoWszyscy uczestnicy mogli się poszczycić bardzo pięknymi kostiumami, wykonanymi z wielką starannością. Jak się dowiedziałam od moich znajomych, role w tym spektaklu odgrywają corocznie te same osoby, aż do czasu, kiedy ze względu na wiek lub inne okoliczności, zdecydują się odstąpić tę  zaszczytną funkcję komuś innemu. Sam  festyn przygotowuje się dość długo, więc specjalnie powołany komitet organizacyjny ma pełne ręce roboty, a jego sprawne przeprowadzenie jest oczywiście powodem do dumy dla wszystkich biorących udział w tych pracach.
 San Martino
Po pokazie kawalerzystów ukazali się rzymscy legioniści, za nimi szła grupa przedstawiająca biednych wieśniaków, a następnie cały orszak przemaszerował na przykościelne boisko sportowe, gdzie miało się odbyć finałowe przedstawienie.
San Martino
Bovisio Masciago















San Martino
San MartinoSan MartinoSan MartinoPrzedstawienie rozpoczęto od sceny, podczas której Marcin przecina mieczem swój płaszcz, aby połowę  oddać marznącemu biedakowi. Ten szlachetny gest może go narazić na gniew cesarza, lecz szlachetny Marcin nie myśli o konsekwencjach.
San Martino
W noc przed przybyciem cesarza Marcinowi ukazuje się Jezus, który oddaje mu utraconą połowę okrycia mówiąc mu, iż obdarowując biednego również jego okrył swym płaszczem. Marcin po tym zdarzeniu postanawia przyjąć chrzest.
San Martino
W następnej scenie na swym pięknym rydwanie nadjechał cesarz, aby przyjąć paradę legionów i rozdzielić nagrody. Również  Marcin ma odebrać nagrodę, lecz ku ogólnemu zaskoczeniu prosi aby pozwolono mu odejść z armii. Jego życzeniu staje się zadość, i przyszły święty opuszcza szeregi wojska.
san Martino\
Marcin zostaje pozbawiony wspaniałego munduru legionisty; przywdziewa skromny habit i rozpoczyna życie wśród biedaków, którym głosi zasady wiary chrześcijańskiej wspierając ich swoją obecnością. Jest otoczony powszechnym szacunkiem społeczności wśród której przebywa.
San Martino
Jego pobożność oraz prawość zdobywa mu powszechną miłość współwyznawców. Zostaje powołany na biskupa, a po latach pracy i wyrzeczeń umiera, otoczony aurą świętości.
Przedstawienie jakie wtedy oglądałam przygotowano z dużą starannością, i trzeba przyznać, że wykonawcy mogli zaimponować swoją naprawdę godną podziwu wytrzymałością na kaprysy pogody. Rano w dniu święta była ona dość znośna, lecz pogorszyła się raptownie tuż przed rozpoczęciem uroczystego pochodu, więc większa część przedstawienia odbyła się w strumieniach deszczu od którego nawet parasol nie był w stanie osłonić. Widzowie jakoś sobie z tym radzili, natomiast osoby biorące udział w orszaku musiały wystawić się na niepogodę, a mimo to, nikt z występujących nie przejawiał żadnych zapędów aby przedstawienie skrócić czy przyśpieszyć, i wszyscy w swoich dość przewiewnych kostiumach mężnie trwali aż do samego końca. 
Szczególny hart ducha wykazali panowie grający rolę braci pustelników, występujący  w sandałach na bosych nogach. Współczułam im, gdyż sama mimo porządnych butów, kurtki i czapki, trzęsłam się z zimna. Deszcz pokrzyżował plany także właścicielom straganów, bo choć ceny oferowanych przysmaków nie należą do najniższych, zwykle listopadowe jarmarki cieszą się wielkim zainteresowaniem z powodu nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia. Ku mojemu rozczarowaniu nie udało mi się obejrzeć pokazu związanego z hodowlą jedwabników i produkcją jedwabiu, co niegdyś w tych stronach było rzemiosłem mającym ogromną tradycję. W namiocie gdzie odbywał się ów pokaz zgromadziło się dość sporo ludzi i zrobił się straszny tłok, w tej sytuacji niewiele było widać z przeprowadzonej prezentacji, więc na pociechę mogłam jedynie posłuchać chóru wykonującego tradycyjne piosenki. Nieco rozczarowana zjadłam obowiązkową porcję gorących kasztanów (nieprawdą jest, jakoby najlepsze były na Placu Pigalle, myślę że te pieczone w Lombardii niczym im nie ustępują) i udałam się w domowe pielesze. Po drodze przyszła mi do głowy pewna myśl...Jak by to było pięknie, gdybyśmy w Ostródzie w dwudziestym czwartym dniu kwietnia mogli zobaczyć egzekucję smoka... W końcu w herbie naszego miasta  mamy Świętego Jerzego !

piątek, 1 listopada 2013

Chwała bohaterom, czyli pomniki poległych w Lombardii.


Podczas moich wędrówek po północnych rejonach Włoch wielokrotnie widziałam pomniki poświęcone żołnierzom, którzy zginęli podczas działań wojennych. Takie monumenty można spotkać nie tylko w miastach, lecz również w małych wioskach, a jeśli nie jest to pomnik z prawdziwego zdarzenia, to z pewnością będzie to tablica pamiątkowa, gdzie wyryto imiona i nazwiska mężczyzn, którzy niegdyś byli ich mieszkańcami zanim zostali powołani pod broń. 

Myślę, że po latach niewoli, kiedy to Lombardia znajdowała się we władaniu Austrii, bycie żołnierzem w narodowej armii z pewnością mogło stanowić powód do dumy, jednak Włosi nie mają szczególnego zamiłowania do wojaczki, więc odejście z rodzinnego domu, czy wioski gdzie się spędziło całe życie, 
z pewnością stanowiło dla nich bardzo ciężkie doświadczenie, tym bardziej, że podczas Wielkiej Wojny włoska armia źle wyposażona i nieudolnie dowodzona, ponosiła ogromne straty. Szczególnie oddziały walczące na terenie Alp przeżyły prawdziwą gehennę. Te straszne cztery lata sprawiły, że zarówno ci, co je przetrwali, jak i ci, którzy stracili życie na polach bitew, zostali otoczeni glorią należną bohaterom. Nieco inaczej przestawiała się sprawa z tymi walczącymi podczas II wojny, zapewne z przyczyny rozziewu pomiędzy szacunkiem dla ich poświęcenia i ofiary życia, jaką złożyli, a uczuciem niesmaku pozostałym po faszystowskim reżimie i późniejszym odwrocie w ostatnim momencie, co mówiąc szczerze, bardzo przypominało ucieczkę z tonącego okrętu. Jednak i dla tych żołnierzy znalazło się miejsce w zbiorowej pamięci, więc także ich nazwiska widnieją na pamiątkowych tablicach. Często też (zwykle nieopodal kościoła) można zobaczyć alejki gdzie zasadzono drzewa ku czci poległych i ustawiono niewielkie tabliczki z ich nazwiskami. 


W Lombardii tradycje militarne są nadal w cenie, zwłaszcza w wśród tych, którzy służyli w wojsku przed utworzeniem armii zawodowej, więc w domu gdzie mieszka były żołnierz często na honorowym miejscu można zobaczyć alpejski kapelusz z piórem. Nadal pamięta się rzewne alpejskie piosenki o prostym tekście, mówiącym o tęsknocie za ciepłym rodzinnym domem, lęku przed śmiercią, i trudach życia w okopach... W wielu miejscowościach są koła A.N.A. czyli stowarzyszenia zrzeszającego byłych alpejskich żołnierzy, a jedną z form działalności owych kół są chóry specjalizujące się w śpiewaniu tradycyjnych alpejskich utworów, i dawnych piosenek żołnierskich. Pamiętam, jak na początku mojego pobytu w Lombardii, po raz pierwszy usłyszałam jedną z nich... Właśnie wracałam do domu wieczornym pociągiem z Mediolanu; kiedy zatrzymał się on na niewielkiej stacji w Varedo, otworzyłam okno, aby wyjrzeć na peron. Stała tam grupka niemłodych panów, w charakterystycznych filcowych kapeluszach z piórem, kamizelkach, i kraciastych koszulach. Jeden z nich wsiadł do wagonu, a pozostali zaczęli coś cichutko nucić na pożegnanie. Ta rzewna melodia i zapadający wieczór, sprawiły, że do dziś pamiętam tamto ulotne wrażenie... Po kilku latach, kiedy lepiej zaznajomiłam się z miejscową kulturą i tradycją, poznałam wiele alpejskich piosenek, również tę, którą wtedy słyszałam, i dowiedziałam się, że jest to jeden z najbardziej znanych utworów z czasów Wielkiej Wojny, noszący tytuł "La tradotta". To słowo oznacza pociąg którym żołnierze udawali się na front, a sam tekst jest niezwykle przejmujący:

La tradotta che parte da Torino,
a Milano non si ferma più,
ma la va diretta al Piave, cimitero della gioventù.


Siam partiti, siam partiti in ventinove,
solo in sette siam tornati qua,
e gli altri ventidue son rimasti tutti a San Donà.

“Cara suora, cara suora son ferito, a domani non arrivo più;
se non c’è qui la    
 mia mamma, un bel fiore me lo porti tu?”.

A Nervesa, a Nervesa c’è una croce,
mio fratello è sepolto là,
io ci ho scritto su “Ninetto”,
che la mamma lo ritroverà.


(Transport, który wyruszył z Turynu nie zatrzymał się w Mediolanie, wiezie nas prosto nad Piave, gdzie pogrzebano naszą młodzież.
Wyruszyło nas dwudziestu dziewięciu, lecz zostało tylko siedmiu, dwudziestu dwóch spoczęło na cmentarzu w San Dona'.
"Droga siostro, jestem ranny i nie dożyję jutrzejszego dnia, jeśli nie przybędzie moja mama ty połóż mi kwiat na grobie".
W Nervesa jest grób mojego brata, napisałem na krzyżu "Ninetto" żeby mama mogła go odnaleźć.)


Próbowałam przetłumaczyć ten tekst najlepiej jak potrafię, lecz było to bardzo trudne, gdyż jest on niezwykle prosty i esencjonalny. Chcąc wyrazić jego sens powinno się użyć dłuższych omówień, lub słów, które mimo iż znaczą to samo, w żaden sposób nie oddają nastroju oryginału, co sprawia, że tłumaczenie wypada dość drętwo...
(Dla przykładu mogę tu powiedzieć, że "suora" co prawda po polsku znaczy "siostra", lecz nie chodzi tu o osobę z rodziny, ale o zakonnicę, lub siostrę Czerwonego Krzyża pielęgnującą rannych, zaś "cimitero della gioventu' " można rozumieć dwojako, jako miejsce  gdzie pogrzebano wielu młodych ludzi, lecz także jako cmentarz utraconej młodości, albo straconego pokolenia).


Na zakończenie chciałabym podzielić się zdjęciem pięknej tablicy pamiątkowej, poświęconej wszystkim zmarłym, jaką swego czasu znalazłam na cmentarzu w Torno.

A TUTTI I MORTI DI QUESTA TERRA
CHE PIU NON HANNO
NE NOME NE TOMBA
FIORI E PREGHIERE
NEL COMUNE RIMPIANTO
PER IL RICORDO PERENNE

(Wszystkim zmarłym, którzy nie mają imienia ani grobu, kwiatów ni modlitwy, we wspólnym żalu, na wieczną pamiątkę)
Osoby, które chciałyby zobaczyć więcej zdjęć pomników 
poświęconych poległym żołnierzom zapraszam do albumu>
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5941256181875906209?banner=pwa
lub>
https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/PomnikiPolegYch02

Natomiast jeśli ktoś miałby ochotę obejrzeć video z nagraniem piosenki "La Tradotta" zapraszam do kliknięcia w strzałkę na zdjęciu. Na You Tube jest ona dostępna w kilku wersjach, może nawet lepiej zaśpiewanych, lecz wybrałam tę, ze względu na autentyczne fotografie z czasów Wielkiej Wojny, stanowiące niezwykle wymowną ilustrację do tego utworu.