Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opactwo Piona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opactwo Piona. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 maja 2012

Lombardia. Opactwo Piona.


panorama północnej części  jeziora  Como

Wśród licznych willi, pałaców i malowniczych zakątków rozsianych wokół Jeziora Como istnieje miejsce, które od stuleci przyciąga nie bogactwem ani sławą, lecz niezwykłą atmosferą spokoju i harmonii oraz niezwykłą historią. Opactwo Piona, położone na niewielkim półwyspie Olgiasca u północnych krańców jeziora, należy do najcenniejszych zabytków romańskich Lombardii. Otoczone wodą, górami i zielenią starych drzew sprawia wrażenie świata istniejącego poza zwykłym biegiem czasu. Nic więc dziwnego, że od pierwszej wizyty miejsce to wywarło na mnie wyjątkowe wrażenie.

Nie ukrywam, że moje upodobania estetyczne zmieniały się wraz z wiekiem, jednak dziś, kiedy patrzę na świat z perspektywy minionego czasu, najwyżej sobie cenię surową powagę oraz prostotę stylu romańskiego. Ta wzruszająca prostota, czasem wręcz granicząca z naiwnością, jest dla mnie największym walorem tego okresu. Nie chcę umniejszać artystycznej wartości dzieł, które powstały w  innych epokach, lecz w sztuce, zwłaszcza sakralnej,  skromność i brak rozbuchanych dekoracji, wydają mi się najbliższe duchowi Ewangelii. Zauroczyły mnie ciężkie bryły romańskich budowli, ich wąskie okienka, przez które widać skrawek błękitnego nieba i nadgryzione zębem czasu niezgrabne kolumienki z zaskakująco ozdobnymi kapitelami. 




Kocham też freski, delikatne linie motywów roślinnych i zwierzęcych,  postacie o dziwnych proporcjach, sztywne niczym na bizantyjskich mozaikach, ich za duże lub za małe głowy, ręce o zbyt długich palcach i charakterystycznie ustawione bose stopy w rzymskich sandałach... W ciągu mojego dziesięcioletniego pobytu we Włoszech widziałam ich wiele, lecz nigdy mnie nie znużył ten styl, jednocześnie archaiczny i ponadczasowy, płynący z głębi ludzkiej jaźni, niczym rysunki dzieci, które mimo swojej nieporadności bezbłędnie oddają istotę rzeczy.

Właśnie ta dziecięca naiwność tak mnie zafascynowała... Patrząc na sztukę romańską, zawsze miałam poczucie niemal pozazmysłowej więzi z mistrzem, który w zamierzchłych czasach brał do ręki dłuto lub pędzel, aby podzielić się swoim sposobem widzenia świata. To właśnie w tych kościołach i opactwach, zbudowanych z szarego, górskiego kamienia, nie mogłam się oprzeć poczuciu, że przez sam fakt obecności w tych miejscach i wzruszenia, które we mnie budzą, staję się częścią tego samego świata, do którego należeli ich budowniczowie...

Podczas moich wędrówek spotkałam wiele takich świątyń i klasztorów, przed niektórymi z nich postawił mnie czysty przypadek, inne zaś były głównym celem mojej wyprawy. Opactwo Piona należy do tej drugiej kategorii, lecz z racji niedogodności związanych z dotarciem do celu, wybierałam się tam przez kilka długich lat. 

Opactwo Piona leży w górnej części Jeziora Lario na jego wschodnim brzegu (powszechnie jest ono znane jako Como, choć według wielu map tę nazwę nosi jego zachodnia odnoga) nad malowniczą zatoczką utworzoną przez półwysep Olgiasca. Bez trudu mogłabym tam dotrzeć samochodem w ciągu mniej więcej półtorej godziny, jadąc do Lecco i dalej, wschodnim brzegiem. Jednak ja w czasie moich wycieczek korzystałam z transportu publicznego, a to znacznie komplikowało sprawę z powodu konieczności kilku przesiadek.

Istnieje też możliwość dotarcia do Piony statkiem wypływającym z Como, jednak jest to impreza  czasochłonna, a do tego pozostawia niewiele czasu na zwiedzanie. Statek typu rapido płynący bezpośrednio porusza się bardzo szybko i rzadko zawija do portów, co sprawia, że w czasie rejsu trudno się sycić przepięknym pejzażem. Ponieważ musiałabym jeszcze dotrzeć pociągiem do miasta Como, gdybym wybrała ten wariant, w podróży musiałam spędzić (łącznie z drogą powrotną) ponad pięć godzin.





Po przeanalizowaniu wszystkich tras, postanowiłam, że z Como pojadę autobusem wzdłuż zachodniego brzegu do miasteczka Gravedona, skąd kursuje statek do opactwa. To był dobry plan, który dał mi okazję  przyjrzenia się tej części akwenu, której w zasadzie nie znałam. Północną część jeziora otaczają dużo wyższe góry o skalistych szczytach, rzadziej widzi się tam zabytkowe wille z prywatnymi przystaniami, za to z racji silnych wiatrów jest to prawdziwy raj dla żeglarzy i surferów. Miasteczko Gravedona ma dodatkowy magnes w postaci wspaniałego zabytku z epoki romańskiej, jakim jest kościół Madonna del Tiglio, o którym napiszę przy innej okazji. 

Podczas oczekiwania na statek, mogłam przyjrzeć się panoramie przeciwległego brzegu, gdzie wśród ciemnej zieleni drzew widać było maleńką zatoczkę — to właśnie tam znajdowała się Piona. Ponad nią wznoszą się góry Legnone i dużo od niej niższa Legnoncino. Natomiast po lewej stronie perspektywę zamyka skalista ściana Sasso Canale o postrzępionym szczycie otulonym białymi chmurami. Jak zwykle zachwyciłam się tym szmaragdowo-błękitnym widokiem, otulonym leciutkim welonem wilgotnego oparu, który sprawia, że  kontury gór rozmywają się i nabierają miękkości.

Kiedy statek przybił do przystani opactwa, okazało się, że jest tam wielu odwiedzających, w tym kilka zorganizowanych grup. Szczerze mówiąc, było to sporą niedogodnością, gdyż trudno kontemplować piękno świątyni, kiedy wokoło biegają znudzone dzieci, co chwilę ktoś nam wchodzi w pole widzenia albo znienacka liże nas piesek, trzymany przez właściciela w torbie lub pod pachą. Mimo to, urok tego miejsca jest niezaprzeczalny, choć w pierwszej chwili nieco mnie zaskoczyły rozmiary opactwa, które w otoczeniu wielkich starych drzew wygląda na mniejsze niż jest w istocie. 

Kościół i klasztor wzniesiono z jasnoszarego, lokalnego kamienia, którego jest pod dostatkiem w tej okolicy. Obecne budynki są datowane na początek drugiego tysiąclecia, lecz historia Piony jest o wiele dłuższa. W VII wieku istniało w tym miejscu niewielkie oratorium pod wezwaniem Świętej Justyny Męczenniczki — tutejsi mnisi sprawowali opiekę duchowną nad mieszkańcami okolicy oraz zajmowali się pochówkiem zmarłych. W XI wieku zostali objęci reformą kluniacką i weszli w skład zakonu benedyktynów. Był to dobry okres, poskutkował nie tylko wzrostem prestiżu klasztoru, ale również jego rozbudową. Wzniesiono jednonawowy kościół, który w późniejszych czasach wzbogacono o barokową dzwonnicę. O dawnym oratorium przypomina kamienna stela z pamiątkowym napisem, umieszczona wewnątrz świątyni na zlecenie Agrypina, biskupa Como, który sprawował ten urząd w latach 607–615.

Mnie szczególnie zachwyciły dwie marmurowe kropielnice u wejścia, mające formę mis dźwiganych przez lwy które trzymają  w szponach baranki.* Lwy niezbyt przypominają zwierzę, jakie mają przedstawiać, bowiem są raczej symbolicznym wyobrażeniem lwiego okrucieństwa, a nie wiernym wizerunkiem. Ich nienaturalnie okrągłe głowy świadczą o tym, iż artysta, który je wykuł nigdy nie widział żywego lwa, za to starał się oddać wrażenie grozy, poprzez umieszczenie w jego otwartym pysku dwóch rzędów straszliwych, trójkątnych zębów. To symboliczny wizerunek Księcia Ciemności, trzymającego ludzkie dusze w szponach grzechu, które znak krzyża i woda wiary może obmyć ze zmazy i przywrócić im stan łaski. 

Podobne kamienne lwy spotykałam też w innych miejscach i nieodmiennie przyciągały mój wzrok, swoją złożoną symboliką i naiwnością wyobrażenia. Niejednokrotnie czas zatarł ich kształt do tego stopnia, że są zaledwie cieniem pierwotnej formy i można odróżnić jedynie kształt wzniesionej głowy oraz zarys łap... Obecność symboli zawsze była czymś bardzo mi bliskim, czego nie muszę ubierać w słowa zdając się na intuicję i podświadomość. To one podpowiadają mi, że detal czy ornament jest w jakiś tajemniczy sposób związany z moim „ja” i stanowi coś istotnego, co niesie mi ważną zaszyfrowaną wiadomość. Nie próbuję tego analizować rozumowo, wystarczy mi, że "to" jest, a ja nie tylko dostrzegam jego obecność, lecz odczuwam ją całym moim jestestwem.

Tu chyba znajduje się źródło tego wewnętrznego spokoju i poczucie harmonii świata, jakie dają mi romańskie kościoły, ze swymi surowymi murami, łagodnymi krzywiznami absyd i poczerniałymi belkowaniami sklepień. W innych świątyniach mój wzrok goni za tysiącem szczegółów a umysł analizuje kunszt artystów, którzy go ozdobili. Kościół romański po prostu jest. Kamienne płyty wydeptane przez tysiące nóg, zachęcają do zgięcia kolan i zatopienia się w niemej modlitwie lub po prostu we własnych, najskrytszych myślach. Kolumny i łuki absyd, są niczym ręce wzniesione do nieba a niewielkie okienka niczym oczy, patrzące na świat, jaki jest na zewnątrz nas...





Po niesprzyjającej kontemplacji atmosferze zatłoczonego kościoła, wewnętrzny ogród opactwa (choć również tam było kilku zwiedzających) wydawał się oazą spokoju. Jest to wspaniały przykład klasztornego założenia, jego symboliczny kształt jest odzwierciedleniem Świata Idealnego, którego wyrazem jest Brama Niebios, Klasztorny Raj. Kwadratowy wirydarz otaczają portyki z pięknymi kolumnami, umieszczonymi pomiędzy czterema potężnymi słupami narożnymi, symbolizującymi Trójcę Świętą, istotę ludzką, cztery żywioły i cztery strony świata. 

Ilość kolumn w poszczególnych rzędach jest nieregularna; jeden z boków ma ich jedenaście, na pamiątkę jedenastu apostołów, którzy pozostali przy Chrystusie po zdradzie Judasza. W drugim jest ich dziesięć, niczym dziesięć przykazań, trzeci liczy dwanaście, bo dwanaście było plemion Izraela, a czwarty osiem, gdyż ósemka wyraża nieskończoność i jest symbolem zmartwychwstania.

Na środku wirydarza rośnie ogromne drzewo laurowe, symboliczne Drzewo Życia, a obok niego umieszczono kamienną studnię, Zdrój Zapieczętowany. 

Był to chyba najpiękniejszy klasztorny wirydarz, jaki widziałam; jego ozdobne kolumny są zapowiedzią nowej epoki a ściany ponad nimi, zbudowane z szarego kamienia i różowawej cegły, zdobią niewielkie, dwudzielne okienka zwane bifora. Kiedy go zobaczyłam, słońce malowało jasne kwadraty na posadzce portyku i oświetlało freski na jego ścianach. Do naszych czasów zachowała się jedynie ich niewielka część, przedstawiają one sceny z życia św. Benedykta, męczeństwo świętego Wawrzyńca, świętych Małgorzaty i Katarzyny, sceny rodzajowe stanowiące rodzaj obrazkowego kalendarza oraz bardzo zniszczony fresk z późniejszej epoki z motywem „Noli me tangere". 

Wraz z upływem czasu ich niegdyś jaskrawe kolory wyblakły, kształty uległy zatarciu, nikt też nie zna imienia ich twórcy...Na zwornikach pomiędzy kolumnami można zobaczyć liczne płaskorzeźby przedstawiające orły, symbol duszy wznoszącej się do Boga. Ku mojemu zaskoczeniu, dostrzegłam tam niewielką główkę, czy też raczej łeb zwierzęcia o demonicznym wyrazie. Wiele osób dziwi ten symbol, snuto nawet przypuszczenia o jakimś satanistycznym odchyleniu kamieniarza, który ją stworzył. Wydaje mi się, że jest to dość bezsensowna teoria i sądzę, że raczej umieszczono ją tam jako swego rodzaju memento a także ostrzeżenie, że nawet w miejscu przeznaczonym na modlitwę i kontemplację, możemy wpaść w sidła demona grzechu. 

Płótno namalowano na konkurs ogłoszony w Rzymie przez Stolicę Apostolską pod koniec I wojny światowejŚwietność opactwa nie trwała długo, w XV wieku zaczęło ono podupadać, aby ulec likwidacji w czasach Napoleona, kiedy  przeszło w ręce osób nie związanych z kościołem. Kilkakrotnie sprzedawane, w latach trzydziestych XX stulecia stało się własnością Pietro Rocca, którego dotknęła ogromna rodzinna tragedia. Otóż jego brat Cesare, wraz z żoną Lidią przebywał w Erytrei, gdzie był zatrudniony jako inżynier przy budowie drogi. Miało to miejsce w czasie wojny abisyńskiej, której front przebiegał nieopodal placu budowy. Kiedy doszło do przerwania jego linii, małżonkowie Rocca i inni włoscy pracownicy zostali wymordowani przez rebeliantów, a to z kolei spowodowało akcję odwetową ze strony Włochów. Podobno w rzeczywistości Lidia zginęła zastrzelona z rewolweru przez męża, który chciał jej zaoszczędzić gwałtu i tortur, gdyż wiadomym było, że obydwie walczące strony strony dopuszczały się niewyobrażalnych okrucieństw wobec zwyciężonych. Pietro Rocca postanowił, że poświęci swe siły i majątek, aby dać nowe życie opactwu i stworzyć w ten sposób pomnik upamiętniający tę tragedię. Przypomina o tym tablica pamiątkowa na jednej ze ścian nieopodal wejścia, poświęcona Cesare i Lidii Rocca. Zamysł Pietra ostatecznie zrealizowano (z niemałym trudem i przy współudziale wielu osób), dopiero w 1970 roku. Zakonnicy, którzy tu dziś mieszkają, zajmują się kościołem i klasztorem, pielęgnują należący do niego ogród a także prowadzą Oazę Benedyktyńską, gdzie pracują z osobami pragnącymi wyjść z narkomanii. Podobnie jak w większości klasztorów, jest tu sklep, gdzie można kupić zioła, nalewki, soki, miód, drobne rękodzieło oraz obrazy, gdyż jeden z braci, Fra Pier, jest malarzem. 


Wczesnym popołudniem ponownie wsiadłam na statek. Pogoda była przepiękna, słońce stało wysoko i wiał dość silny wiatr. Na jezioro wypłynęła duża grupa kursantów ze szkółki surfingowej, wszyscy razem szybowali po wodzie na swoich deskach z kolorowo obrzeżonymi żaglami, niczym stado fantastycznych ptaków. Patrzyłam na ich lot i myślałam o dawnym świecie, po którym przetrwała jedynie pamięć, paradoksalnie ocalona poprzez osobistą tragedię, wojnę i śmierć...

* Wracając myślami do mojej wizyty w Pionie i patrząc na te fascynujące kropielnice z dzisiejszej perspektywy, nie mogę nie wspomnieć o tajemnicy, którą te rzeźby skrywały przez lata. Kiedy pisałam ten tekst w 2012 roku, dostęp do niszowych źródeł ikonograficznych był mocno ograniczony. Dziś wiadomo z całą pewnością, że lwy oraz dźwigane przez nie marmurowe misy nie stanowią jednolitej całości i pochodzą z zupełnie różnych epok.

Uważa się, że lwy, powstały z XII lub XIII wieku a ich autorstwo przypisuje się kamieniarzom znanych jako magistri campionesi, (mistrzowie z Campione, niewielkiej miejscowości nad jeziorem Lugano). Obecnie na swych grzbietach dźwigają kropielnice z wodą święconą, ale jak donoszą zapisy z wizyt pasterskich biskupa Como, Feliciana Ninguardy, w XVI i XVII wieku stanowiły podstawę ambony. Istnieje również teoria, że jeszcze wcześniej podtrzymywały kolumny portyku, który został usunięty podczas jednej z przebudów.
 (Aktualizacja 21.06.2026)

Więcej zdjęć z opactwa jest w albumie