Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

sobota, 28 grudnia 2013

Lombardia. Wokół jeziora Lugano - "Piccolo mondo antico".




Jak pisałam w pierwszym poście na temat jeziora Lugano jest on bardzo kręte i składa się z kilku odnóg. Starałam się, chociaż w niewielkiej części pokazać ich urodę, więc długo wędrowaliśmy  wspólnie wzdłuż jego brzegów, aby na koniec znów dotrzeć do tej części, którą po raz pierwszy zobaczyłam kiedy popłynęłam statkiem z Lugano. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że obszar leżący na północnym brzegu pomiędzy włoskim miastem Porlezza i szwajcarską Gandrią, nosi nazwę Valsolda. Ograniczają go szczyty Monte Boglia, Monte Fiorina i Monte dei Pizzoni, a  na zboczach i nad wodami jeziora znajdziemy dziesięć niewielkich, malowniczych wiosek.  Pewnego lata dotarłam tam ponownie, tym razem od strony lądu, i od tej pory to miejsce stało się dla mnie nie tylko celem częstych wycieczek, lecz przede wszystkim moją ulubioną okolicą gdzie przeżyłam najpiękniejsze momenty wzruszeń, oczarowanie pejzażem i historią tej ziemi. Te wędrówki spowodowały, że nieco później sięgnęłam po kilka książek; ich przeczytanie zaowocowało dalszymi poszukiwaniami i lekturami, a następnie przyszedł czas na zastanowienie się nad wieloma istotnymi tematami... Znalazło się tu miejsce nie tylko dla refleksji nad podobieństwem dziejów Galicji i Lombardii, które przez długi czas wchodziły w skład Austro-Węgier, lecz przede wszystkim nad  znaczeniem zasad moralnych i wiary w życiu człowieka, a także wartości cierpienia i poświęcenia, niejednokrotnie tak ważnego dla przejścia na wyższy stopień rozwoju duchowego. To wszystko wiązało się odkryciem pewnej przepięknej książki, opisującej dzieje Valsoldy, i niewielkiej grupy ludzi, których uczucia oraz problemy mimo nieco staroświeckiego anturażu nic nie straciły na aktualności. Co więcej, mimo iż od tamtych czasów minęło sto pięćdziesiąt lat, miejsca, jakie autor w niej opisuje, również prawie się nie zmieniły, więc mogłoby się zdawać, że za chwilę za zakrętem wąskiej uliczki zobaczymy rąbek czarnej sukni Luizy, a na balkonie z widokiem na jezioro usiądzie Franco ze swoją popołudniową kawą...


Jednak najbardziej zadziwiający jest sposób, w jaki odkryłam Valsoldę, oraz to, jak długą drogę przebyłam w przenośni i dosłownie, zanim tam dotarłam. Być może właśnie owa droga dała taki walor mojemu spotkaniu z tą ziemią, leżącą nieco na uboczu, która nie wystawia swoich uroków na pokaz, lecz strzeże ich zazdrośnie dla tych, co zadadzą sobie trud jej odkrycia i pokochają bez zastrzeżeń. Zaczęło się to wszystko dawno temu, kiedy po przyjeździe do Włoch przez krótkie trzy miesiące mieszkałam w Bari. W owym  czasie moja znajomość włoskiego  była bardzo mizerna; jednak mimo to nie stroniłam od oglądania telewizji, zarówno dla zabicia czasu, jak również  szybkiego osłuchania się z językiem. Pewnego razu miałam okazję obejrzeć film "Piccolo mondo antico" nakręcony (jak się później dowiedziałam) na podstawie powieści Antonio Fogazzaro. Nie mam pojęcia, co sprawiło, że historia wydała mi się znajoma, niewykluczone, że po prostu bardzo dawno temu czytałam tę książkę, bo chociaż nie znałam wielu słów, miałam wrażenie, że doskonale rozumiem, o co w chodzi w filmie. Być może było to również zasługą aktorów, Claudii Pandolfi i Alessandro Gassmana, którzy stworzyli bardzo wyraziste postacie? Kilka lat później przeczytałam ową powieść po włosku, (co było dość istotnym wyzwaniem ze względu na styl i słownictwo) a na koniec Marta kupiła mi na Allegro jej  polskie tłumaczenie.Tak czy inaczej, ta historia niezwykle mnie zafascynowała, więc spróbuję ją pokrótce streścić, tym bardziej,  że ma ona istotne znaczenie dla dalszego rozwoju wypadków.
Jak to już zostało powiedziane, akcja powieści toczy się na pograniczu szwajcarsko - lombardzkim, w spokojnym zakątku nad jeziorem Lugano, zwanym Valsolda. Jest rok 1850,  a w Europie jeszcze pobrzmiewają echa Wiosny Ludów. Lombardia nadal pozostaje pod władaniem Austrii, co powoduje, że lokalne społeczeństwo jest mocno podzielone na stronnictwo patriotyczne i pro- habsburskie, oczywiście nie brakuje również osób pracujących na rządowych posadach po prostu dla chleba, mimo że w duchu żywią antypatię dla okupantów. Stosunki pomiędzy Włochami i Austriakami są bardzo napięte, chyba bardziej niż w ówczesnej Galicji gdzie  cieszono się znaczną autonomią, i przypominają raczej te, jakie panowały w tej części Polski, która się znajdowała pod zaborem rosyjskim. Austriacy mieli świadomość, że nadal prowadzone są konspiracyjne działania mające na celu przyłączenie Lombardii do Królestwa Sardynii ( w jego skład wchodził sąsiedni Piemont), więc nie wahali się przed ostrymi represjami wobec podejrzanych, często zdarzały się  rewizje w domach osób znanych ze swoich  patriotycznych przekonań,  ich w efekcie nawet z pozornie zupełnie błahego powodu można było trafić do więzienia. Wystarczyło jakieś niezbyt oględne zdanie w przechowywanym liście, zagraniczna książka albo gazeta, czy też stara szabla, pamiątka po dziadku, aby podejrzany stawał się przestępcą winnym spisku zmierzającego do obalenia istniejącego porządku.
 W takiej sytuacji geopolitycznej rozkwita miłość Franca Maironi i Luizy Rigey. Franco należy do miejscowej arystokracji, jest to młodzieniec o gorącym sercu i otwartej głowie, kochający poezję i muzykę, zagorzały patriota. Wraz z babką, markizą Orsolą Maironi, swą jedyną krewną, mieszka w Cerssogno, w willi nad brzegiem jeziora.  Luiza pochodzi z burżuazji, jej ojciec, który był profesorem uniwersytetu już nie żyje, natomiast matka  ciężko choruje i nie opuszcza swego domu w małej górskiej wiosce Castello, gdzie mieszkają obie panie. Panienka jest dobrze wychowana, równie piękna jak mądra, oprócz tego odznacza się nieugiętym charakterem. Mimo jej osobistych zalet babka Franca absolutnie nie godzi się na ten nierówny związek, i oznajmia wnukowi, że go wydziedziczy, jeśli nie ożeni się w obrębie swojej sfery, z osobą, którą ona zaakceptuje. Pomiędzy babką i wnukiem istnieje także otwarty konflikt na tle politycznym, ponieważ markiza jest znana ze swych pro - austriackich sympatii.


 Franco postanawia, że nie wyrzeknie się swych uczuć oraz poglądów za cenę majątku, i potajemnie żeni się z Luizą. Małżeństwo zostaje zawarte pod osłoną nocy w kościele w Castello, a w kilka godzin po ślubie  przyjaciel Franca, profesor Gilardoni wyznaje mu, że porządkując dokumenty swego zmarłego ojca, przypadkiem odkrył kopię testamentu markiza Maironi, dziadka Franca, z którego wynika, że cały majątek zapisał on nie żonie, lecz wnukowi. Franco nie chce zrobić użytku z dokumentu, ponieważ  wejście w prawa do spadku wymagałoby procesu sądowego, i udowodnienia babce, że jest oszustką, co jego zdaniem okryłoby hańbą całą rodzinę. Zabrania przyjacielowi wspominać o tym komukolwiek, a zwłaszcza babce i Luizie, prosi go o spalenie testamentu, lecz mimo danej obietnicy profesor nie spełnia jego życzenia. Markiza, będaca osobą małoduszną i pozbawioną skrupułów wyrzeka się wnuka, kiedy dowiaduje się o jego potajemnym małżeństwie. Młodzi zamieszkują u Piera Ribeiry, wuja Luizy, który posiada dom w niedalekiej Orii. Wuj pracuje jako inżynier w Como, więc przebywa z nimi jedynie okazjonalnie. Wkrótce umiera matka Luizy. Młoda para żyje z niewielkiego funduszu, jaki Franco ma po matce i dzięki finansowej pomocy wuja. Pomiędzy małżonkami coraz bardziej uwidaczniają się różnice charakteru i światopoglądu, Luiza jest bowiem osobą bardzo zasadniczą,  w duchu skłania się do filozoficznych poglądów swego ojca, zagorzałego materialisty; natomiast Franco żarliwie wierzy w Boga, a jego podejście do życia jest pełne ideałów, zamiłowania do sztuki i pracy w ogrodzie, gdzie każdą roślinę traktuje jak równą sobie istotę. Wszystko to nieco drażni Luizę, i powoduje, że w pewnym sensie ma ona do męża ukrytą pretensję, iż żyje w swojej wieży z kości słoniowej, kiedy ona i wuj troszczą się o  byt materialny. Mimo tych różnic nadal łączy ich głęboka i namiętna miłość. Przychodzi na świat córka Franca i Luizy, Maria zwana Ombrettą, a kiedy dziecko ma trzy lata zdarza się coś, co sprawia, że egzystencja rodziny chwieje się w posadach. Okazuje się, że babka Franca nie zaprzestaje swoich intryg z austriacką policją skierowanych przeciwko wnukowi. Przybierają one na sile, gdy markiza dowiaduje się od profesora Gilardoni, że Francowi jest znana historia testamentu. Zresztą Franco i bez tego jest dla Austriaków osobą wysoce  podejrzaną, gdyż jest powszechnie wiadome, że spotyka się z liberałami i emisariuszami pracującymi na rzecz zjednoczenia Włoch. Dochodzi do nocnej rewizji domu wuja Piera i ostrzegawczego aresztowania Franca, który dość szybko zostaje zwolniony, ponieważ tym razem babce zależało jedynie na jego zastraszeniu. Wkrótce markiza powoduje, że wuj Piero zostaje odprawiony na emeryturę, skutkiem czego jego zasoby pieniężne znacznie się kurczą a rodzinie zaczyna brakować środków na godziwe życie. W tej sytuacji Franco z bólem serca podejmuje decyzję o rozstaniu z bliskimi  i wyjeżdża do Turynu, gdzie podejmuje pracę w redakcji gazety. Ten wyjazd jest istotny także dla jego bezpieczeństwa, ponieważ policja nadal żywo się nim interesuje. W Turynie przyłącza się do grupy miejscowych radykałów, którzy nie przestają pracować na rzecz zjednoczenia Włoch i wyrugowania Austriaków z Lombardii i Veneto.


Dla Luizy i jej wuja nastają bardzo ciężkie czasy, młoda kobieta nie tylko rezygnuje z wielu rzeczy aby ograniczyć wydatki na utrzymanie domu, podejmuje również pracę przy przepisywaniu tekstów. Wtedy niespodziewanie ponownie wychodzi na światło dzienne sprawa testamentu. Luiza, która przez przypadek się o nim dowiaduje, przeżywa ogromną rozterkę duchową, gdyż ma świadomość, że  jej pogląd  na tę sprawę jest w niezgodzie z decyzją Franca, natomiast osobiście uważa, iż nie należy tolerować podobnego oszustwa. Postanawia spotkać się z markizą i powiedzieć jej to prosto w oczy, a ponieważ wie, że ma ona przybyć do sąsiedniego Albogasio, wyrusza, aby tam poczekać na jej przybycie. Jednak  do rozmowy nie dochodzi, ponieważ nadbiegają kobiety z wioski, wołając, że coś złego przydarzyło się małej Ombretcie. Okazuje się, że mimo iż w domu było kilka dorosłych osób, dziewczynka sama zeszła do darseny gdzie cumowano łódkę, żeby pobawić się małym stateczkiem i wpadła do wody. Mimo całonocnych wysiłków miejscowego lekarza dziecko umiera. Franco potajemnie przybywa do domu, i choć stara się wesprzeć żonę, dramatyczny wypadek stawia między nim i Luizą barierę nie do przebycia. Franco ponownie wyjeżdża do Turynu, a jego głęboka i żarliwa wiara w Boga pozwala mu przetrwać i pogodzić się ze stratą dziecka. Natomiast Luiza pogrąża się w rozpaczy graniczącej z szaleństwem, nie tylko codziennie chodzi na cmentarz i zachowuje się jakby dziecko nadal żyło, ale zaczyna uczestniczyć w seansach spirytystycznych, gdzie próbuje przywoływać ducha córki. Wuj Piero stara się jej pomóc w tym trudnym okresie, lecz otwarcie potępia takie postępowanie mówiąc, że jest to wbrew rozsądkowi i naturze. Wspomina również, że powinna urodzić drugie dziecko, co dla Luizy jest czymś absolutnie nie do pomyślenia. Tymczasem nadchodzą wielkie zmiany polityczne, jakie przynosi rok 1959. Królestwo Sardynii przy pomocy Francji szykuje się do wojny z Austrią, więc Franco wierny swym ideałom zaciąga się w szeregi armii. Pisze do żony list, prosząc ją, aby spotkała się z nim na Isola Bella, wyspie leżącej na Lago Maggiore. Luiza nie chce tego spotkania, ponieważ uważa, że jej miłość do męża umarła, i obawia się, że będzie on oczekiwał zbliżenia, na jakie ona nie potrafi się zdobyć. Jednak kiedy wuj Piero dowiaduje się o liście grozi Luizie, że mimo  jest chory pojedzie, aby spotkać się z Frankiem i wyjawi mu brutalną prawdę o stanie jej ducha i umysłu.

 Luiza rozumie, że mąż może umrzeć  na polu bitwy ze świadomością iż kobieta, z którą związał się na dobre i złe opuściła go decydującej  chwili, więc mimo swych rozterek postanawia również  pojechać i pożegnać się z mężemDla obojga jest to bardzo trudne spotkanie ze względu lata rozłąki i cierpienie będące ich udziałem, jednak Franco, człowiek otwarty i prostolinijny, nie pozwala, aby ten zły nastrój ich rozdzielił. 
Mówi żonie o swoich uczuciach, o tym, jak mu było ciężko żyć po śmierci dziecka, ze świadomością, iż nie jest w stanie wspierać jej  w trudnych momentach, kiedy tak bardzo była im  potrzebna wzajemna bliskość i zrozumienie.
Przypomina Luizie początek ich miłości, i prosi, aby powtórzyła słowa, jakimi przed laty wyznała mu że go kocha. Ta prośba oraz wspomnienia, powodują, że w Luizie budzą się wszystkie dobre uczucia, jakie nadal ma dla Franca, i małżonkowie spędzają razem noc w hotelu na wyspie. Następnego dnia Luiza i Piero żegnają Franca, który wsiada na statek aby popłynąć na piemoncki brzeg, skąd wyruszy na wojnę. Wuj idzie na taras, żeby jeszcze raz popatrzeć na piękne widoki roztaczające się wokół, i niespodziewanie umiera na serce. Luiza jeszcze nie wie, że w jej łonie kiełkuje nowe życie...

Ta książka, którą tu dość pobieżnie streściłam, jest pierwszą z czterech części tetralogii, gdzie  Antonio Fogazzaro uważany za wybitnego pisarza owej epoki (był kandydatem do Nagrody Nobla), zawarł swe poglądy i idee. Z pozostałych tomów ( ich akcja toczy się w okolicy Vicenzy i Rzymu) dowiadujemy się, że Franco umarł skutkiem rany, jaką odniósł w walce, a Luiza także odeszła na zawsze niedługo po narodzinach drugiego dziecka. Protagonistą staje się ich syn poczęty na Isola Bella, który po wujecznym dziadku otrzymał imię Piero. Splatają się w nim dominujące cechy obojga rodziców, co sprawia, że jest on postacią naprawdę nieprzeciętną. Piero pod wpływem okoliczności życiowych przechodzi istotną przemianę duchową, i niczym święty Franciszek bez reszty poświęca się  idei odnowy kościoła katolickiego, który sam Fogazzaro uważał za instytucję skostniałą, i daleką od prawdziwie chrześcijańskiego ducha. Jednak mimo tych szczytnych celów, jakie sobie postawił autor, pozostałe części cyklu  pod względem literackim nieco słabsze od pierwszej,  brakuje im dramatycznego napięcia i dyskretnego humoru, które sprawiają, że w pierwszej powieści widzimy kawałek prawdziwego życia. Są one bardziej wyrozumowane, niż odczute i przeżyte, jakby autor tworzył szereg scen, będących nie tyle zwierciadłem życia, co ilustracją jego tezy filozoficznej. To sprawia, że postacie bohaterów nie przemawiają do czytelnika z tą siłą prawdy, jaka cechowała pierwszą część. Natomiast "Piccolo mondo antico"  to nie tylko piękna, choć bolesna historia dwojga ludzi, którym przypadła w udziale trudna miłość w trudnych czasach, to również historia miejsca gdzie żyją,  pokazująca jego niewątpliwe, choć surowe piękno. Całość jest wspaniale opowiedziana, z głęboką analizą psychologiczną wszystkich postaci, zarówno głównych bohaterów, jak i całej galerii pomniejszych, (o których tu nie wspominałam) dzięki czemu powieść jest również ciekawym przyczynkiem do poznania owej epoki. 
W następnych postach chciałabym opisać moje wędrówki śladami Antonia Fogazzaro oraz jego bohaterów, o tym jak poznawałam Valsoldę gdzie toczy się akcja powieści i emocje, jakie temu towarzyszyły...Zapraszam na ciąg dalszy.


środa, 25 grudnia 2013

Powrót i życzenia Świateczne.




Wszystkim 
czytelnikom
mego bloga
życzę tego,
co najlepsze,
zdrowia, 
szczęścia
i spełnienia
marzeń.

Niech Wam się darzy w życiu prywatnym i zawodowym! Tym co kochają podróże życzę wycieczek do pięknych miejsc skąd wyniosą niezapomniane wrażenia a miłośnikom książek cudownych lektur i wspaniałych intelektualnych przygód.

Przy okazji pragnę też serdecznie podziękować tym wszystkim, którzy mnie odwiedzili w ostatnich dniach i w komentarzach pozostawili mi słowa wsparcia. To był dla mnie bardzo trudny moment, ponieważ na przestrzeni roku po raz drugi przydarzył mi się problem z oczami, co mogło mieć naprawdę poważne konsekwencje z utratą wzroku włącznie. Jednak na moje szczęście także tym razem skończyło się na niewielkim krwotoku i nie doszło do uszkodzenia siatkówki, więc teraz potrzeba jedynie trochę czasu, aby oko się zregenerowało. Myślę, że te wolne dni wykorzystam na przeczytanie tego, co się ukazało na zaprzyjaźnionych blogach a niebawem sama również coś zamieszczę, bo przecież temat przepięknych terenów nad jeziorem Lugano nie został wyczerpany...

sobota, 14 grudnia 2013

Przerwa (dla poratowania zdrowia).

Mimo wielu pomysłów na posty muszę zamilknąć na jakiś czas...Spotkała mnie niemiła niespodzianka z okiem a właściwie powtórka z historii, choć tym razem dotyczy oka lewego a nie prawego. W ubiegłym roku w lecie zaczęła mi się odklejać siatkówka właśnie w prawym oku, po kilku miesiącach wszystko doszło do normy i w zasadzie zdążyłam o tym zapomnieć. Niestety, diabeł nie śpi i przytrafiło mi się to samo z drugim okiem, w związku z czym muszę na razie zapomnieć o komputerze, pisaniu postów, czytaniu i komentowaniu, mam nadzieję że nie na długo! Pozdrawiam wszystkich, piszcie dalej a ja będę czytać jak mi się wzrok poprawi (obecnie nie jest dobrze, niestety)

czwartek, 5 grudnia 2013

Szklanka, telefon i moneta....

Zaprzyjaźnieni  czytelnicy tego bloga zapewne zauważyli nowe logo w prawym górnym rogu strony. Jest to zajawka  zabawy wymyślonej przez Fidrygaukę,  która zapowiada się bardzo obiecująco i już widać z zamieszczonych komentarzy, że wzbudziła spore zainteresowanie. Jeśli chcecie wiedzieć na ten temat coś więcej  przeczytacie o tym tutaj


Jeśli o mnie chodzi, zachęta  padła na podatny grunt i mimo notorycznego braku czasu postanowiłam, że  ja także się do niej przyłączę i opiszę to, co mi przyszło na myśl w związku z trzema słowami, które widnieją w tytule, gdyż owo hasło  zaproponowane przez Fidrygaukę natychmiast nasunęło mi mnóstwo skojarzeń. Pierwsza rzecz, jaka mi przyszła do głowy, to szklanka stojąca na półce mojej łazienki. Trzymam w niej różne drobne, a użyteczne przedmioty, i dzięki temu nigdy nie mam problemu z ich odnalezieniem. Poza tym lubię ją ponieważ jest ładna, ma nietypowy kształt, a do tego zdobi ją wizerunek pierrota z łezką w oku. Mam tę szklankę już wiele lat, bo od chwili kiedy zamieszkałam w Lombardii. Weszłam w jej posiadanie przez użyczenie, zaś później, kiedy opuszczałam gościnny dom rodziny Pessina, za przyzwoleniem Patrycji zabrałam ją ze sobą do Polski (wraz z kilkoma innymi miłymi drobiazgami) aby mi przypominała czas spędzony w moim włoskim domu. Przez te wszystkie lata przywykłam do jej widoku, i na co dzień raczej się nie zastanawiam nad jej istnieniem, jednak zdarza się czasem, że kiedy na nią patrzę, przypominam sobie różne momenty z mojej emigracyjnej egzystencji. Nie odkryłam tu Ameryki, bo ten mechanizm pięknie opisał Proust w swojej wspaniałej książce, gdzie smak magdalenki umoczonej w herbacie wywołuje u bohatera całą lawinę wspomnień, one rodzą następne, i tak poznajemy przepiękną historię jego dzieciństwa, na którą patrzymy niczym na warsztat tkacza, gdzie powstaje wspaniały gobelin pełen barwnych postaci. Również moja skromna szklanka wraz z wieloma innymi przedmiotami, książkami i zdjęciami, jest dla mnie takim katalizatorem moich włoskich przeżyć i wspomnień. Ale chciałabym napisać o jeszcze jednym skojarzeniu, jakie wywołuje to słowo, myślę tu o popularnych rozważaniach na temat zagadnienia, czy szklanka jest do połowy pełna, czy do połowy pusta? Otóż kiedy zastanawiam się nad tym pytaniem mam wewnętrzną pewność, że moja jest po prostu wypełniona w połowie i chciałabym, aby tak było zawsze. Może to zasługa tego, że jako zodiakalna Panna, urodzona w momencie kiedy lato osiąga swój punkt przełomowy, mam wrodzoną potrzebę wewnętrznej równowagi? Nie powiem, że przychodzi mi to łatwo, lub nie daj Boże, automatycznie! Zachowanie tego błogosławionego stanu to ciężka praca i ogromny wysiłek mentalny. Jak większość istot ludzkich, przez wiele lat miotałam się pomiędzy różnymi skrajnościami, aż do chwili, kiedy los mnie rzucił na obcą ziemię. Było to bardzo bolesne doświadczenie, jednak w tym trudnym czasie nie tylko poznałam własne  możliwości i siłę jaka we mnie drzemie, ale przede wszystkim nauczyłam się robić z nich użytek. Ile pracy nad sobą mnie to kosztowało, wiem tylko ja...Jednak dzięki nim udało mi się zachować zdrowie psychiczne, odkryć uroki samotnego życia, które z biegiem czasu przestało być dla mnie ciężarem a stało się darem od losu, szansą,  jaką otrzymałam aby wniknąć w głąb mojej jaźni, zrozumieć siebie, i stworzyć mój własny system wartości. Czas, kiedy na powrót nauczyłam się patrzeć oczami dziecka które odkrywa nieznany świat, czasem obcy i niezrozumiały, ale zawsze fascynujący... Oderwana od wszystkiego co było treścią mojego życia, jako jedyny łącznik z domem i z krajem miałam telefon, z którego korzystałam często i chętnie, tym bardziej, że dzięki niemu mogłam mówić po polsku, do czego poza tym nie miałam zbyt wielu okazji. W sensie materialnym sporo mnie to kosztowało, gdyż niejednokrotnie wisiałam na nim aż do bólu głowy, udzielając moim dzieciom niezliczonych rad i porad, oraz bez końca omawiając szczegóły ich codziennej egzystencji. Nie byłam w tym nałogu odosobniona, ponieważ we Włoszech wszyscy uwielbiają swoje komórki i rozmawiają bez skrępowania w miejscach publicznych, pełnym głosem poruszając tematy, które nazwałabym jeśli nie intymnymi, to przynajmniej wymagającymi względnej dyskrecji. Widok osoby w samochodzie poruszającej się z niedozwoloną prędkością po górskich drogach, prowadzącej jedną ręką podczas gdy w drugiej trzyma telefon absolutnie nie należy do rzadkości; co gorsza, podobnie postępują niektórzy kierowcy publicznych środków transportu. Kiedy jeździłam autobusem do pracy w Muggio, moją zmorą był kierowca który co prawda korzystał z zestawu słuchawkowego ale za to "nadawał" bez chwili przerwy przez całą drogę, a ponieważ zwykle o tej godzinie w autobusie było niewielu pasażerów jego głos rozlegał się donośnie, dzięki czemu mogłam być na bieżąco z wiadomościami na temat tego gdzie był, z kim się spotkał, i co zjadł. Podobną wiedzę, tym razem na temat współpasażerów, zapewniała mi jazda lokalnym pociągiem; ta niosła również dodatkowe atrakcje, gdyż oprócz rozmów po włosku można było wysłuchać relacji we wszystkich językach świata, co wymownie świadczyło o tym, że tutejsze społeczeństwo jest naprawdę mieszanką narodowości i kultur. Co więcej, z reguły nikt nie myślał o tym aby mówić półgłosem, wręcz przeciwnie, większość rozmówców dawała wyraz swojej pewności siebie ze swadą nie mającą nic wspólnego z zasadami dobrego wychowania. Przy tej okazji zauważyłam , że w zasadzie jedynie języki azjatyckie i afrykańskie są dla mnie barierą nie do przebycia, gdyż francuski, portugalski, hiszpański i rumuński są zadziwiająco podobne do włoskiego więc można pojąć ogólny sens rozmowy, natomiast ukraiński, rosyjski i angielski mimo że żadnego z nich nie znam zbyt dobrze, także daje mi możliwość przynajmniej częściowego zrozumienia w czym rzecz, nawet jeśli tak naprawdę zupełnie mi na tym nie zależało... 


Nie powiem, że ten brak dobrych manier nie działał mi na nerwy; pół biedy, jeśli taki krzykacz siedział w głębi wagonu, gorzej było gdy miałam go w bezpośrednim sąsiedztwie. Kiedyś zdarzyło mi się, że w wieczornym pociągu z Mediolanu usiadła obok mnie jakaś pani wyglądająca na  pracownicę banku, która po chwili  wyciągnęła telefon i na cały głos zaczęła komuś opowiadać swoje straszne doświadczenia z miejsca pracy (nie szczędząc szczegółów pozwalających na identyfikację) gdzie podobno była prześladowana przez okrutnego szefa. Zastanawiałam się, co by to było gdyby z zatłoczonym do granic możliwości pociągu siedział jakiś krewny lub znajomy owego szefa...O tym, że pewne fakty należy zachować dla siebie przekonał się również sam Berlusconi i wiele osób z jego otoczenia, a to za sprawą podsłuchów telefonicznych, które jak się okazało są powszechną (choć najczęściej nielegalną) metodą zdobywania wiadomości. Mimo zakazu takich praktyk podsłuchują wszyscy wszystkich, a skala tego zjawiska jest po prostu niespotykana, co gorsza, to co może zainteresować tzw. ogół, natychmiast jest szeroko upubliczniane.
Kompletny bezwstyd jaki temu towarzyszy, jest po prostu zatrważający, wiele osób z kręgu pożal się Boże, VIP-ów, absolutnie nie przejmuje się tym co im się wyciąga zza pazuchy, wychodząc z założenia, że nie ważne co się mówi, byleby mówiono. Jeśli komuś się wymknie coś, czego nie powinien powiedzieć, wykręca się kota ogonem mówiąc, że to nie było powiedziane serio, albo wprost przyznając się do kłamstwa lub konfabulacji. Tak zrobiła jedna z panienek premiera, która podczas telefonicznej rozmowy (podsłuchanej i nagranej) powiedziała do swojej koleżanki, że obiecano jej kilka milionów euro za milczenie, ponieważ w chwili ich intymnych spotkań była nieletnia. Kiedy sprawa wyszła na jaw oznajmiła po prostu że zmyślała, ponieważ chciała wzbudzić zazdrość innych dziewczyn z "haremu" a poza tym jest patologiczną kłamczuchą i lubi konstruować różne nieprawdziwe historie. Kiedyś mówiono że nic tak nie plami kobiety jak atrament (mając oczywiście na myśli intymne wynurzenia w listach) dziś zgodnie z duchem czasu można powiedzieć, że utrata czci jest możliwa dzięki niezbyt oględnym rozmowom telefonicznym...

Zastanawiałam się niejednokrotnie jak to się dzieje, że telefon który przecież powinien nam służyć za narzędzie do komunikowania się w nagłych, nie cierpiących zwłoki sprawach, wielu osobom jest nieodzowny do podtrzymywania  kontaktów międzyludzkich, namiastką rodzinnych rozmów przy stole czy przyjacielskich pogaduszek przy kawie...Nieopanowany rozwój telefonii komórkowej sprawił, że pomału odchodzą do lamusa automaty telefoniczne. Co prawda w czasie gdy mieszkałam we Włoszech nadal można było je zobaczyć w różnych newralgicznych punktach miasta, przede wszystkim w metrze gdzie służą jako telefony alarmowe, gdyż podobnie jak w innych krajach można z nich zadzwonić gratis na Policję, do Straży Pożarnej, czy wezwać karetkę Pogotowia. Kiedy przyjechałam do Włoch, oprócz nowoczesnych telefonów publicznych na kartę magnetyczną nadal były w użyciu starsze modele, gdzie wrzucało się  drobne monety; jednak dość szybko zostały one zlikwidowane w związku z wycofaniem narodowej waluty i przyjęciem euro. Z włoskimi lirami zetknęłam się zaledwie przez kilka tygodni i na dobrą sprawę nawet nie pamiętałabym jak wyglądały, gdyby nie to, że  do dziś zachowałam kilka znaleźnych pieniążków... 
 Dzięki mojej babci mam pewien nawyk, którego rygorystycznie przestrzegam; zawsze podnoszę nawet najmizerniejszy grosik jeśli takowy mi upadnie, jak również monety które ktoś inny zgubił (oczywiście tylko wtedy gdy właściciela nie ma w zasięgu wzroku) nie tyle ze skąpstwa, co z szacunku dla pieniędzy.

 Babcia zawsze mi powtarzała, że każdy znaleziony grosz przynosi nam szczęście a jeśli chcemy je zatrzymać należy na niego splunąć trzy razy a przynajmniej powiedzieć symbolicznie "tfu, tfu, tfu", następnie schować do portmonetki i w żadnym razie nie wydawać lecz nosić przy sobie "na rozmnożenie".
 Można w to wierzyć lub nie, ale nadzieja na cudowny przypływ gotówki to miła rzecz...Kiedy wyjeżdżałam do Włoch i wsiadałam do autobusu na dworcu w Olsztynie znalazłam dwuzłotową monetę; natomiast wysiadając po przyjeździe do Bari banknot o nominale 1000 lirów, co oczywiście uznałam za nadzwyczaj dobrą wróżbę. Dwuzłotówka jak sądzę nadal leży w szkatułce wśród znaleźnych monet, natomiast banknot trzymam w moim starym portfelu wraz z paszportem i włoskimi dokumentami. Gdybym miała szczerze odpowiedzieć na pytanie czy ta wróżba się spełniła, to musiałabym powiedzieć że tak, moja sytuacja finansowa we Włoszech była co najmniej zadowalająca, jednak stare przysłowie nie bez powodu mówi, że samo posiadanie pieniędzy nie jest gwarancją szczęścia... gdybym nie miała w sobie pasji do poznawania świata, zapewne nie raz bym gorzko opłakała każdego zarobionego centa. 

Tęsknota za Polską i moją rodziną która mi towarzyszyła na co dzień, dzięki tej pasji do zwiedzania i wędrówek była nieco mniej dolegliwa, a całe piękno jakie miałam nieomal na wyciągnięcie ręki sprawiało, że wszystkie ciężary emigracyjnego żywota wydawały się znacznie łatwiejsze do udźwignięcia. Muszę powiedzieć, że było to coś, z czego nie chciałam i nie mogłam zrezygnować, bo w głębi duszy czułam, że jest to moja szansa nie tylko na poznanie nowych miejsc, że to także swego rodzaju okup od życia, jaki mi dało w zamian...To była moja "szklanka" gdzie kreska jest dokładnie pośrodku, a czy ktoś ją nazwie do połowy pełną czy do połowy pustą, to tylko kwestia interpretacji...

sobota, 23 listopada 2013

Lombardia. Wędrując wokół Jeziora Lugano, Brusimpiano - Ardena, sanktuarium i fortyfikacje.




Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Lavena Ponte Tresa nad jeziorem Lugano  i rozejrzałam się wokoło, mój wzrok zatrzymał się na  długim wzniesieniu po prawej stronie. Porastał je ciemnozielony las, a dzięki pięknej pogodzie na tle niebieskiego nieba wszystkie szczegóły pejzażu widać było jak na dłoni. Zapowiedź tego wspaniałego widoku miałam już wtedy kiedy dojeżdżałam do celu, ponieważ droga wiedzie dość wysoko pomiędzy górami, i dopiero nieopodal miasta schodzi w dół serpentyną, więc z okien autobusu świetnie widać całą okolicę i jezioro w dole. Podobną wspaniałą wizytówkę prezentuje również miasto Como przybyszowi, który przyjeżdża pociągiem lub samochodem od północnej strony. Wspominam o tym nie bez powodu, gdyż kiedy po raz pierwszy byłam w Como, mój wzrok zatrzymał się na zielonym wzgórzu ponad miastem, gdzie widniała piękna biało -różowa willa w stylu liberty, a ten widok spowodował, że natychmiast zapragnęłam jak najszybciej znaleźć się tam, na górze...




Tu natomiast mój wzrok przyciągnął niewielki kościółek z barokową fasadą w ciepłych barwach, zatopiony w zieleni. Nieopodal widać było szeroką przesiekę i w pierwszej chwili miałam nadzieję, że jest tam kolejka linowa, lecz szybko zorientowałam się, że to jedynie trakcja elektryczna, więc jeśli chciałam tam dotrzeć pozostawał mi spacer na własnych nogach. Kiedy obejrzałam bulwar i tę część miasteczka, która do niego przylega, postanowiłam niezwłoczne poszukać drogi na górę, a w zasadzie zasięgnąć informacji na ten temat. Zwykle dopisywało mi szczęście jeśli chodzi o dobór przygodnych informatorów i na ogół na moje pytania otrzymywałam bardzo szczegółową odpowiedź  wraz z różnymi dodatkowymi wskazówkami. Szczerze powiem, że było to nadzwyczaj miłe, i mam wrażenie, że oprócz zwykłej ludzkiej grzeczności dochodził tu do głosu lokalny patriotyzm mieszkańców, dumnych z tego, że mogą przybyszowi z innych stron pokazać uroki swej ziemi.

 Podobnie było i tym razem, zagadnęłam pewną starszą panią,
i dowiedziałam się, że ów kościółek to sanktuarium w Ardenie, niewielkiej frakcji miejscowości Brusimpiano a drogi są dwie; jedna to asfaltowa droga jezdna (zdecydowanie dłuższa) i mulatiera, która co prawda szybko mnie zaprowadzi na górę, jednak ma tę niedogodność, że w zasadzie jest nieużywana i z tego powodu nieco zaniedbana. Pani powiedziała mi też, że za czasów jej młodości okoliczna ludność często chodziła tamtędy na modlitwę, jednak to się zmieniło, ponieważ dziś te praktyki nie są już tak powszechne, a do tego większość wiernych jeździ tam samochodami w związku z czym, obecnie owa mulatiera służy przede wszystkim turystom, którzy podobnie jak ja, preferują piesze wędrówki.
Pani wspomniała też, że po drodze mogę zobaczyć okopy i stanowiska należące do Linii Cadorna. Był to jeszcze jeden argument za wybraniem tej drogi, bo chociaż jestem przeciwniczką wszelkich wojen, zawsze mnie interesowały również i te świadectwa przeszłości.  W okolicy jest wiele takich stanowisk, rozrzuconych w różnych miejscach wzdłuż granicy ze Szwajcarią, pomiędzy Varese i Luino; podobne umocnienia widziałam również w górach nad jeziorem Como.
Mulatiera rzeczywiście wyglądała na nieuczęszczaną, w niektórych miejscach było sporo połamanych gałęzi a nawet przewróconych drzew leżących w poprzek drogi. Jej szerokość wskazywała na to, że była to raczej tzw. strada militare, a nie dróżka, którą wieśniacy przemieszczali się na pola i pastwiska. Muszę powiedzieć, że ta krótka trasa którą można swobodnie przejść w ciągu trzydziestu minut, sprawiła na mnie bardzo niemiłe wrażenie,  nie ukrywam, że szłam robiąc sobie w duchu wyrzuty że chyba jakiś diabeł mnie podkusił abym wybrała tę drogę, bo skóra mi ścierpła na plecach kiedy dotarłam do okopów połączonych tunelami i krytymi przełazami, dzięki którym niegdyś można było bezpiecznie pokonywać różnicę poziomów. Przyjrzałam im się z zewnątrz, ponieważ nie mając żadnego przygotowania w tej mierze, czy chociażby latarki nie odważyłabym się w pojedynkę zapuszczać do ich wnętrza. Oprócz tego, jak już pisałam, przez całą drogę czułam dziwny i niewytłumaczalny niepokój...
Osoby, które regularnie  czytają tego bloga, być może pamiętają, jak już wcześniej wspominałam o tym, że kilkakrotnie zdarzało mi się, iż miałam wrażenie, że znajduję się w miejscu emanującym jakąś nadzwyczajną energią. Czasem było to uczucie przyjemne, pozwalające mi doładować mój wewnętrzny akumulator, zaś innym razem towarzyszył mi zupełnie irracjonalny lęk i poczucie zagrożenia. Z natury jestem osobą rozsądną, nie szukam sensacji tego rodzaju, poza tym uważam, że podobne odczucia w większości dają się wytłumaczyć w sposób jak najbardziej naukowy, zaś to, czy te wrażenia odbieramy zupełnie jednoznacznie, czy też jako zaledwie dostrzegalną zmianę aury, w dużej mierze zależy od naszej osobniczej wrażliwości,  która może być zmienna na różnych etapach naszego życia. Jednak nie odżegnuję się od poglądu, że na ziemi i niebie są rzeczy, o jakich nie śniło się filozofom, gdyż nie wszystko co nas otacza daje się zważyć i zmierzyć, a pierwotna, zwierzęca część naszej natury czasami dochodzi do głosu,  i wtedy mamy do czynienia z emocjami, których nie potrafimy zrozumieć...


Tym razem sądziłam, że to przykre uczucie powoduje obraz opuszczenia graniczący z ruiną, zwalone drzewa, połamane gałęzie i murki porośnięte mchem po obu stronach drogi. Miałam ochotę uciekać gdzie pieprz rośnie, i byłam po prostu szczęśliwa, kiedy tak jak mi powiedziała moja informatorka, droga dość szybko zaprowadziła mnie na niewielką łąkę u podnóża tarasu, na którym wzniesiono kościół. Niewiele wiadomo o tym, jak się przedstawia historia tego miejsca, podobno w wiekach średnich było tu oratorium przy którym mieszkał pustelnik, mówi się też, że swego czasu otaczano tu szczególną czcią wizerunek Czarnej Madonny, do którego zanoszono modły w czasach zarazy, jaka nawiedziła te okolice. Obecny kościół pochodzi z XVII wieku a w głównym ołtarzu widnieje obraz "Madonna del Latte", czyli Maria karmiąca Dzieciątko Jezus, który jak się przypuszcza pochodzi ze szkoły Bernardino Luini, i jest datowany na XV wiek. Kościół jest niewielki ale bardzo harmonijny, a jego główną ozdobą jest piękny portal i zegar słoneczny umieszczony na południowej ścianie. Z tym kościołem wiąże się pewna niezwykła historia; podobno w latach siedemdziesiątych XX wieku miały tu miejsce zadziwiające zjawiska, zakwalifikowane jako paranormalne, mówi się o przedmiotach przemieszczających się samoistnie i unoszonych w powietrze przez nieznane siły, a także o tym, iż w biały dzień zaczynały dzwonić dzwony, mimo że nie było widać nikogo, kto by je wprawiał w ruch. Nie wiem na ten temat nic więcej, ale widocznie tajemnicze zjawiska ustały tak samo nagle, jak się pojawiły. Natomiast w jakiś czas później zupełnie przypadkowo znalazłam w internecie kilka ciekawostek na temat fortyfikacji, które mnie tak wytrąciły z równowagi. Otóż wynikało z nich, że te sensacje nie były tylko moim udziałem, i swego czasu zainteresowali się nimi "łowcy duchów" czyli osoby próbujące w sposób fizykalny zbadać zjawiska uchodzące za paranormalne przy użyciu bardzo czułej i skomplikowanej aparatury. Szczerze mówiąc, nie jest dla mnie do końca jasne, czy dwaj poszukiwacze potwierdzili fakt istnienia w tym miejscu niewyjaśnionych zjawisk, ale jeśli ktoś ma ochotę  może zapoznać się ich działaniami, ponieważ mają oni stronę internetową (podaję link gdzie prezentują swoje badania w opisywanym przeze mnie rejonie http://www.progettoserp.com/indagini-sopralluoghi/sopralluoghi/trincee-1-e-2-guerra-mondiale-ardena-varese/  można też zobaczyć zdjęcia jakie zrobili w trakcie https://www.facebook.com/media/set/?set=a.430212637044966.102752.212938632105702&type=3

Jednak jak już wspomniałam, te przykre sensacje minęły jak zły sen kiedy dotarłam na taras przed kościółkiem gdzie wszystko rozjaśniał blask słońca i skąd roztaczał się widok na jezioro i góry. Przed sobą miałam miasteczko z mostem stanowiącym przejście graniczne, Monte Lema, o której pisałam w poprzednim poście, a po lewej stronie była Monte Caslano i przesmyk u jej podnóża, gdzie właśnie przepływał statek zmierzający z Ponte Tresa do Porto Ceresio i dalej, do Lugano.







Piękne widoki wiosny rozkwitającej wokoło szybko zatarły niemiłe wrażenie jakie mi towarzyszyło podczas wędrówki przez las, ale dziś, kiedy wracam do wspomnień o tamtym dniu, nadal zadaję sobie pytanie, co właściwie mi się przydarzyło? Czy był to tylko nieprzyjemny nastrój wywołany widokiem tego zaniedbanego i odosobnionego miejsca, czy może ja również jestem jedną z tych osób, które mogą zaświadczyć, że jest to naprawdę miejsce niezwykłe...
Więcej zdjęć jak zwykle w albumach>
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5949149461969301265

https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/Ardena

sobota, 16 listopada 2013

Szwajcaria. Górskie fascynacje - Monte Lema.






















Jak wiele innych moich wycieczek, również ta na Monte Lema miała ciekawą genezę i dłuuugą historię, a zaczęła się ona zupełnie przypadkiem, dzięki pewnemu włoskiemu małżeństwu. Pracowałam wtedy w Domu Opieki w Saronno, gdzie jedną z pensjonariuszek była niepełnosprawna pani, osoba o wielkiej kulturze osobistej, która mimo  wieku i problemów zdrowotnych, nie miała zamiaru odstąpić od swojej pasji do podróży. Jej mąż co prawda mieszkał  na zewnątrz, ale większość czasu spędzał w naszej strukturze, więc z biegiem czasu, kiedy z obojgiem zawarłam bliższą znajomość, niejednokrotnie dzieliliśmy się wrażeniami z naszych wycieczek. W sobotę lub niedzielę przy sprzyjającej pogodzie ów pan wynajmował niewielkiego busa do którego można było wstawić wózek inwalidzki, i zabierał żonę na wyprawę. Pewnego razu wybrali się do Szwajcarii, gdzie nieopodal Lugano wznosi się góra zwana Monte Tamaro, mająca niemal 2000 m wysokości. Można tam wygodnie wjechać kolejką linową do czego nigdy nie brakuje chętnych, gdyż jest to miejsce znane z tego, że oferuje piękny widok na Jezioro Lugano i całą okolicę. Po powrocie opowiedzieli mi o tym co zobaczyli, i bardzo mnie zachęcali do pójścia w ich ślady. Żeby dać mi choć częściowe wyobrażenie o atrakcyjności wycieczki, przywieźli mi ulotkę z mapką. Kiedy ją dokładnie obejrzałam, zorientowałam się, że chodzi o masyw, który widziałam będąc w Potro Ceresio, gdzie zamykał horyzont po lewej stronie, wznosząc się ponad wodami Jeziora Lugano.





















Ten sam górski grzbiet jest też doskonale widoczny podczas pobytu nad północną częścią Lago Maggiore, ponieważ oddziela te dwa sąsiadujące ze sobą akweny. Po jego zboczach przebiega włosko-szwajcarska granica, ma on długość ponad 15 km i kilka szczytów, w tym dwa leżące na przeciwległych krańcach; to wspomniana już wcześniej Monte Tamaro (1962m)  i Monte Lema  (1624m) znajdująca się niedaleko miasteczka Ponte Tresa. Oczywiście jest tu szlak pieszy prowadzący na górę, lecz dla osób które nie są skłonne do tego rodzaju wyczynów zbudowano również wygodną kolejkę linową.

  Jest ona nieco odmienna od innych kolejek, ponieważ nie kursuje tu jeden wagonik lecz skład złożony z trzech niewielkich kabin, dzięki czemu pasażerowie nie muszą się tłoczyć, i w zasadzie każdy z nich ma swobodny dostęp do okien oraz widoku na zewnątrz. Gdybym mogła wybierać, wolałabym wejść na górę na własnych nogach, ale czas na tę wycieczkę miałam mocno ograniczony, i nie mogłam sobie pozwolić na stratę kilku dodatkowych godzin. Aby dotrzeć do stacji kolejki linowej miałam do przebycia ponad sześćdziesiąt
kilometrów z licznymi przesiadkami. Co prawda nie raz w takich sytuacjach żałowałam że nie mam prawa jazdy, gdyż samochodem z pewnością mogłabym dotrzeć na miejsce o wiele szybciej lecz mimo wszystko ta perspektywa jazdy "rzemiennym dyszlem" nigdy mnie nie zrażała do podróży. Tym razem skoro świt musiałam dotrzeć na dworzec w Saronno skąd pociągiem dojechałam do Varese, aby wsiąść do autobusu jadącego do Ponte Tresa. Tu już mogłam z bliska popatrzeć na cel mojej podróży, jednak po przejściu mostu i posterunku granicznego miałam przed sobą następny odcinek drogi do pokonania, co też uczyniłam wsiadając do szwajcarskiego pociągu relacji Ponte Tresa -  Lugano. Wysiadłam na dworcu w  Magliaso, aby znów przesiąść się do autobusu, którym pojechałam aż do wioski Miglieglia, gdzie jest stacyjka kolejki linowej. Nigdy się specjalnie nie użalałam na te zmiany środka lokomocji, a nawet je lubiłam, ponieważ miałam wtedy poczucie czegoś ekscytującego, niczym podróż w nieznane; jednak nie da się ukryć, że pociągało to za sobą sporą stratę czasu, jaki mogłabym przeznaczyć na wędrówkę sensu stricto.
Podczas jazdy kolejką  miałam okazję popatrzeć na  trawiaste zbocze góry, gdzie jak na dłoni widać było białą serpentynę ścieżki kończącej się nieopodal zabudowań schroniska. Nieco dalej zauważyłam dziwną budowlę, która jak się później okazało, kryje w sobie obserwatorium astronomiczne. Na górze było sporo ludzi, nie tylko pasjonatów trekkingu, ale również tych, których tam sprowadziły świetne warunki do uprawiania lotniarstwa. Kiedy zeszłam nieco niżej, na płaskim terenie stanowiącym swego rodzaju taras, spotkałam także wielu miłośników szybownictwa. Co prawda nie były to aparaty zdolne unieść człowieka lecz okazałe modele sterowane radiem, jednak widać było, że ich właściciele świetnie się bawią, obserwując jak wznoszą się i opadają niesione prądem powietrza. To co mnie przyjemnie zaskoczyło, to ogromny spokój panujący na górze. Ludzie rozproszeni na sporym obszarze łagodnie wysklepionego wierzchołka nie przeszkadzali sobie nawzajem w kontemplowaniu tego cudu natury, jakim jest widok gór; tym wspanialszy, że pomiędzy nimi widać było błękitne wody jezior. Dość długo chodziłam po szczycie, wracając do raz już obejrzanych widoków, gdyż po niebie przepływały liczne cumulusy, a ta gra światła i cienia powodowała, że wciąż odkrywałam nowe elementy w tej oszałamiającej panoramie.Na wschodzie można było dostrzec jezioro i miasto Lugano na tle szmaragdowych stoków Valle d'Intelvi, za nimi trójkątne, skaliste szczyty Grigni i Legnone, a na północy pokryte śniegiem Alpy, ciągnące się długim łukiem w stronę zachodu, gdzie na pierwszym planie, daleko w dole, poniżej zalesionego zbocza, leżało ciemnoniebieskie Lago Maggiore. Nie mniej piękny widok był na południu, ze ślicznymi stożkami zielonych Prealp, gdzie uważne oko mogło zauważyć dwa małe, niebieskie lusterka wody. Były to jeziorka Ganna i Ghirla, leżące na trasie Varese - Ponte Tresa, znane mi z poprzednich wypraw w tamte strony.

Mimo że na szczycie spędziłam sporo czasu wcale mi się on nie dłużył, podobnie chyba było z innymi osobami, jakie tam spotkałam, że wspomnę choćby dziewczynę siedzącą pod wiatrowskazem, która jak zahipnotyzowana wpatrywała się w przestrzeń... Jednak mimo całego zachwytu nad widokiem, jaki się przede mną roztaczał, ciągnęła mnie perspektywa wędrówki wzdłuż grzbietu, w stronę Monte Tamaro, choć zdawałam sobie sprawę, że nie dysponując należytą ilością czasu, nie zajdę daleko. Na przejście całego szlaku trzeba poświęcić przynajmniej trzy i pół godziny, co w tym przypadku nie wchodziło w grę, ponieważ czekała mnie jeszcze długa droga powrotna. Mimo to, poszłam przed siebie ścieżką wspinając się na kolejne garby masywu, aż do momentu, kiedy definitywnie musiałam zawrócić, aby nie stracić zaplanowanych połączeń kolejowo - autobusowych, i przed nocą dotrzeć do Saronno. Kiedy ponownie zjechałam kolejką linową do Miglieglia okazało się, że mam nieco czasu do odjazdu autobusu, więc postanowiłam obejrzeć miejscowy cmentarz, na którym znalazłam kilka starych i bardzo interesujących nagrobków. Na przystanek poszłam okrężną drogą, i dzięki temu dotarłam do malutkiego placyku gdzie zobaczyłam fontannę, a raczej studnię publiczną, jedyną w swoim rodzaju, bowiem zamiast obelisku, postaci kobiecej, czy też mitologicznej, na jej szczycie umieszczono ni mniej, ni więcej, tylko wierzgającego osiołka. Ten widok nadzwyczajnie poprawił mi humor, bo  pomyślałam sobie, że mieszkańcy muszą być ludźmi o niebanalnym poczuciu humoru, tym bardziej, że na kranie, z którego wypływała woda umieszczono metalowego ślimaka z pokaźną muszlą na grzbiecie, mogącego służyć za zaczep dla wiaderka. Zmęczona fizycznie ale w doskonałym nastroju, wsiadłam do autobusu jadącego wprost do Ponte Tresa. Na szczęście cała podróż  poszła sprawnie, więc po powrocie ja również z satysfakcją mogłam się podzielić moimi niezapomnianymi wrażeniami...

Mam nadzieję, że zamieszczone zdjęcia przynajmniej w części potwierdzają powszechną opinię, że szlak Monte Lema - Monte Tamaro zapewnia jedne z najwspanialszych widoków, jakie oferują wycieczki w Prealpy. Co prawda pogoda (jak to często bywa w tej części świata) nie sprzyjała fotografowaniu, ponieważ znaczna ilość wilgoci w powietrzu odbierała mu przejrzystość. Pejzaż widziany gołym okiem dzięki tym delikatnym welonom foschii wyglądał tajemniczo i romantycznie, lecz ponad Alpami gromadziły się coraz większe chmury kłębiaste zapowiadające nadejście deszczu. Nad szczytem Monte Lema obłoki również przepływały często i wyjątkowo nisko, więc  kilkakrotnie znalazłam się w ich gęstej otulinie, co sprawiało niesamowite wrażenie kiedy wszystko wokół nagle znikało, a blask słońca stawał się tylko nierzeczywistym wspomnieniem...
Osoby mające ochotę na obejrzenie innych zdjęć zapraszam do albumu>
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5946191650073062881?sort=1

lub>https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/MonteLema03

wtorek, 5 listopada 2013

Lombardia. Festa patronale, czyli święty Marcin w Bovisio- Masciago.

festa San Martino


Każda miejscowość we Włoszech ma swojego świętego patrona, zaś w dniu, który jest mu poświęcony, w wielu z nich odbywa się Festa Patronale, czyli festyn ludowy połączony z uroczystościami kościelnymi ku jego czci. Po raz pierwszy takie święto oglądałam w Bari, gdzie co roku przez trzy majowe dni trwają imponujące obchody upamiętniające przybycie do miasta relikwii świętego Mikołaja. Kiedy zamieszkałam w Limbiate, zdarzyło mi się zobaczyć podobne, choć nie tak huczne obchody, w sąsiedniej miejscowości zwanej Masciago. Niegdyś była to malutka wioska, która jednak z czasem znacznie się rozrosła, aż doszło do połączenia jej terytorium z obszarem należącymi do sąsiedniego Bovisio i dziś te dwie miejscowości stanowią jedną gminę, zwaną Bovisio-Masciago. W zasadzie bliżej mi tam było niż do centrum Limbiate, od którego dzieliło mnie ponad dwa kilometry, podczas gdy wychodząc z domu mogłam w głębi ulicy zobaczyć dworzec kolei podmiejskiej w Bovisio - Masciago; aby tam dojść potrzebowałam najwyżej pięciu minut. 
  Obchody patronackie mają w Masciago sporą tradycję; pierwsza taka uroczystość miała miejsce w listopadzie 1945 roku kiedy to zdemobilizowani żołnierze którzy niedawno wrócili z frontu, postanowili  osłodzić współmieszkańcom  czasy powojennej mizerii, organizując pochód z udziałem wojaków w historycznych mundurach. Powstał wtedy pomysł aby przedstawić epizody z życia Świętego Marcina, patrona wioski, który jak powszechnie wiadomo wsławił się tym, iż oddał połowę swego płaszcza ubogiemu cierpiącemu z powodu zimna. Stworzono odpowiedni scenariusz i od tej pory jest on powtarzany  podczas dorocznego festynu. Uroczystości te łączą się z tradycyjnym  jarmarkiem, można więc przy okazji zaopatrzyć się w  słodycze, wędliny i sery wytwarzane w małych lokalnych firmach, oraz różne urocze drobiazgi odpowiednie na gwiazdkowe prezenty.
Święty Marcin
Niestety, listopad nawet w słonecznej Italii bywa czasem deszczowy i zimny, więc tak się feralnie złożyło, że kiedy się wybrałam aby obejrzeć te uroczystości, pogoda raczej nie pozwoliła widzom na nacieszenie się świętem. Siąpił uporczywy deszcz, który chwilami przechodził wręcz w ulewę. Mimo to, uczestnicy orszaku i jego obserwatorzy nie stracili ducha, i honorowo wytrwali do końca. W centrum Masciago na jednym z domów zobaczyłam mozaikę przedstawiającą Świętego Marcina który przecina mieczem swój żołnierski płaszcz na połowę aby podzielić się nim z półnagim biedakiem. Widząc że nieopodal gromadzi sporo ludzi, również i ja przystanęłam, żeby oczekiwać na rozpoczęcie uroczystości. 
Boviso Masciago
Na ulicach nieopodal kościoła rozstawiono liczne stoiska ze słodyczami robionymi w tradycyjny sposób. Królowały "torroni", czyli nugatowe batony, które są nieodłącznym elementem włoskiego Bożego Narodzenia, a także słodycze z kandyzowanych owoców i jadalnych kasztanów. 
festa San Martino














Nie brakowało też stoisk gdzie sprzedawano wędliny i sery, również wyprodukowane  według tradycyjnych receptur.

festa San Martino
Tym razem nie cieszyły się one nadzwyczajnym powodzeniem, gdyż widzowie stojąc pod parasolami oczekiwali na nadciągający orszak. O dziwo, nikogo nie zrażał padający deszcz, oraz dość długi czas wyczekiwania, nikt się nie ruszał z miejsca, gdyż jak się dowiedziałam, ważne jest żeby w wąskich uliczkach starej części miasta wybrać sobie odpowiednie stanowisko, skąd będzie można dobrze zobaczyć cały korowód towarzyszący świętemu.
festa San MartinoWreszcie nadszedł protagonista orszaku odgrywający rolę ubogiego, któremu Marcin odda połowę płaszcza. Pierwszy odtwórca tej postaci, nieżyjący już pan Antonio, pełnił tę funkcję niemal dwadzieścia lat, i podobno zawsze występował boso mimo iż niejednokrotnie było bardzo zimno, a czasem nawet padał śnieg. W chwilę po przejściu biedaka ukazał się naszym oczom główny bohater, święty Marcin na swym białym koniu, któremu towarzyszył oddział rzymskich legionistów i kawalerzyści w historycznych kostiumach. Jeźdźcy przyodziani w szaty rodem raczej ze średniowiecza i renesansu, mimo że nie związani z epoką świętego, wzbudzili entuzjazm zgromadzonych, ze względu na pięknie wyćwiczony "hiszpański"krok swoich rumaków.

festa San MartinoWszyscy uczestnicy mogli się poszczycić bardzo pięknymi kostiumami, wykonanymi z wielką starannością. Jak się dowiedziałam od moich znajomych, role w tym spektaklu odgrywają corocznie te same osoby, aż do czasu, kiedy ze względu na wiek lub inne okoliczności, zdecydują się odstąpić tę  zaszczytną funkcję komuś innemu. Sam  festyn przygotowuje się dość długo, więc specjalnie powołany komitet organizacyjny ma pełne ręce roboty, a jego sprawne przeprowadzenie jest oczywiście powodem do dumy dla wszystkich biorących udział w tych pracach.
 San Martino
Po pokazie kawalerzystów ukazali się rzymscy legioniści, za nimi szła grupa przedstawiająca biednych wieśniaków, a następnie cały orszak przemaszerował na przykościelne boisko sportowe, gdzie miało się odbyć finałowe przedstawienie.
San Martino
Bovisio Masciago















San Martino
San MartinoSan MartinoSan MartinoPrzedstawienie rozpoczęto od sceny, podczas której Marcin przecina mieczem swój płaszcz, aby połowę  oddać marznącemu biedakowi. Ten szlachetny gest może go narazić na gniew cesarza, lecz szlachetny Marcin nie myśli o konsekwencjach.
San Martino
W noc przed przybyciem cesarza Marcinowi ukazuje się Jezus, który oddaje mu utraconą połowę okrycia mówiąc mu, iż obdarowując biednego również jego okrył swym płaszczem. Marcin po tym zdarzeniu postanawia przyjąć chrzest.
San Martino
W następnej scenie na swym pięknym rydwanie nadjechał cesarz, aby przyjąć paradę legionów i rozdzielić nagrody. Również  Marcin ma odebrać nagrodę, lecz ku ogólnemu zaskoczeniu prosi aby pozwolono mu odejść z armii. Jego życzeniu staje się zadość, i przyszły święty opuszcza szeregi wojska.
san Martino\
Marcin zostaje pozbawiony wspaniałego munduru legionisty; przywdziewa skromny habit i rozpoczyna życie wśród biedaków, którym głosi zasady wiary chrześcijańskiej wspierając ich swoją obecnością. Jest otoczony powszechnym szacunkiem społeczności wśród której przebywa.
San Martino
Jego pobożność oraz prawość zdobywa mu powszechną miłość współwyznawców. Zostaje powołany na biskupa, a po latach pracy i wyrzeczeń umiera, otoczony aurą świętości.
Przedstawienie jakie wtedy oglądałam przygotowano z dużą starannością, i trzeba przyznać, że wykonawcy mogli zaimponować swoją naprawdę godną podziwu wytrzymałością na kaprysy pogody. Rano w dniu święta była ona dość znośna, lecz pogorszyła się raptownie tuż przed rozpoczęciem uroczystego pochodu, więc większa część przedstawienia odbyła się w strumieniach deszczu od którego nawet parasol nie był w stanie osłonić. Widzowie jakoś sobie z tym radzili, natomiast osoby biorące udział w orszaku musiały wystawić się na niepogodę, a mimo to, nikt z występujących nie przejawiał żadnych zapędów aby przedstawienie skrócić czy przyśpieszyć, i wszyscy w swoich dość przewiewnych kostiumach mężnie trwali aż do samego końca. 
Szczególny hart ducha wykazali panowie grający rolę braci pustelników, występujący  w sandałach na bosych nogach. Współczułam im, gdyż sama mimo porządnych butów, kurtki i czapki, trzęsłam się z zimna. Deszcz pokrzyżował plany także właścicielom straganów, bo choć ceny oferowanych przysmaków nie należą do najniższych, zwykle listopadowe jarmarki cieszą się wielkim zainteresowaniem z powodu nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia. Ku mojemu rozczarowaniu nie udało mi się obejrzeć pokazu związanego z hodowlą jedwabników i produkcją jedwabiu, co niegdyś w tych stronach było rzemiosłem mającym ogromną tradycję. W namiocie gdzie odbywał się ów pokaz zgromadziło się dość sporo ludzi i zrobił się straszny tłok, w tej sytuacji niewiele było widać z przeprowadzonej prezentacji, więc na pociechę mogłam jedynie posłuchać chóru wykonującego tradycyjne piosenki. Nieco rozczarowana zjadłam obowiązkową porcję gorących kasztanów (nieprawdą jest, jakoby najlepsze były na Placu Pigalle, myślę że te pieczone w Lombardii niczym im nie ustępują) i udałam się w domowe pielesze. Po drodze przyszła mi do głowy pewna myśl...Jak by to było pięknie, gdybyśmy w Ostródzie w dwudziestym czwartym dniu kwietnia mogli zobaczyć egzekucję smoka... W końcu w herbie naszego miasta  mamy Świętego Jerzego !