Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alpy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alpy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 października 2024

Lombardia i Piemont. Lago Maggiore oraz jego okolica.



Lago Maggiore, to jedno z największych włoskich jezior. Leży na pograniczu dwóch prowincji — jego wschodnia strona należy do Lombardii, natomiast zachodni brzeg to już Piemont. Od Mediolanu dzieli je około godzina jazdy pociągiem lub samochodem. W tym zaktualizowanym wpisie chciałabym powiedzieć cos więcej o jego topografii, a także o miejscach na jego obu brzegach, które miałam okazję zobaczyć i których pisałam na blogu. Czytelnik, który choćby wirtualne chciałby pójść w moje ślady, znajdzie tu wiele linków do postów ze zdjęciami i większą ilością szczegółów




Położone nieco na zachód od Jeziora Como, Lago Maggiore jest też od niego znacznie większe. Jego południowa część rozlewa się pośród płaskiej Równiny Padańskiej, natomiast północny kraniec otaczają łańcuchy Alp. W przeciwieństwie do Como, które w okresie wiosenno-letnim odbija zielone stoki gór i nabiera szmaragdowego koloru, Lago Maggiore w pogodny dzień ma kolor szafirowy a widziane z dużej wysokości staje się wręcz chabrowe. Przy kiepskiej pogodzie pojawiają się tu całkiem spore fale, którym zazwyczaj towarzyszą zadziwiająco ciemne chmury przesłaniające niebo. Wody jeziora stają się wtedy stalowo–szare, niczym wody naszego Bałtyku podczas zimowego sztormu.


W poprzek jeziora przebiega granica ze Szwajcarią, jednak nie ma to żadnego wpływu na podróż statkiem, którym można popłynąć z części włoskiej aż do szwajcarskiego Locarno. Jest to bardzo piękna wycieczka, lecz trwa wiele godzin, z tego powodu odradzałabym ją osobom nerwowym i źle znoszącym pobyt na ograniczonej przestrzeni pokładu. Wzdłuż brzegu jeziora prowadzą wygodne drogi, jest również pociąg relacji Mediolan–Locarno.


Mieszkańcy Mediolanu i okolicy pragnący tu spędzić miły dzień, mogą też  dotrzeć nad jezioro jednym z licznych pociągów lokalnych, należących do sieci "TreNord" relacji Mediolan-Laveno. Jeśli ktoś planuje jednodniową wycieczkę objazdową warto zapytać o możliwość nabycia całodobowego biletu kumulacyjnego ważnego na terenie Lombardii, gdyż dzięki niemu możemy bez przeszkód jeździć wszystkimi pociągami regionalnymi a także autobusami i środkami komunikacji miejskiej. 




Jeżeli lubimy przygodę i wędrówki gdzie oczy poniosą, jest to rozwiązanie idealne, ponieważ można wsiadać i wysiadać w dowolnym miejscu, nie troszcząc się o szukanie kasy biletowej. Jednak należy zwrócić uwagę, aby nie przekroczyć granicy prowincji i nie próbować podróży z lombardzkim biletem na terenie Piemontu! Jeśli środek lokomocji przekracza tę granicę, jest on ważny jedynie do ostatniego przystanku na terenie Lombardii a na część piemoncką należy wykupić drugi bilet. Z reguły wystarczy powiadomić o tym kierowcę autobusu, poprosić aby chwilę zaczekał z odjazdem, wysiąść na odpowiednim przystanku i opłacić pozostałą część trasy.


Podczas mojego pobytu we Włoszech Piemont jeszcze nie oferował biletów kumulacyjnych, ale warto zasięgnąć stosownej informacji, bo być może coś się zmieniło od tej pory. Podobne udogodnienie oferuje armator statków; płacąc określoną kwotę mamy możliwość pływania do woli przez cały dzień po włoskiej części jeziora, możemy zmieniać prom na statek i wysiadać, gdzie nam serce podpowiada. Bilety opiewają na określony dystans, zwykle należy poprosić o "biglieto cumulativo fino a..." czyli bilet kumulacyjny aż do...  tu należy określić, czy chcemy płynąć do Arony, czy też będziemy krążyć pomiędzy Laveno i Stresą lub wybieramy się również do eremu Świętej Katarzyny.


Oczywiście, mając jasno określony plan, możemy kupić zwykły bilet albo z opcją A/R czyli 'tam i z powrotem". Możliwości jest wiele, więc należy zapytać w kasie albo punkcie informacji turystycznej, gdzie pracownik przedstawi nam wszystkie dostępne warianty. W pełni sezonu rejsy są bardzo liczne, nieco gorzej jest wiosną i jesienią;  w  zimie ich większa część jest zawieszona, lecz mimo to, żegluga nigdy nie zamiera całkowicie. 




Stacja końcowa kolei TreNord w Laveno, podobnie jak ta w Como, znajduje się niemal na samym skraju akwenu. Wystarczy wyjść z pociągu i przejść przez ulicę by wsiąść na prom, który przewiezie nas na przeciwległy brzeg jeziora. Tam, w miejscowości Intra znajduje się duży port, będący swego rodzaju węzłem komunikacyjnym żeglugi śródlądowej w tej okolicy. Można stąd popłynąć zarówno na północ, do Szwajcarii, jak i na południową, włoską stronę, gdzie znajdziemy liczne atrakcje, warte naszej uwagi.


Są to między innymi dwa przepiękne parki — ogród botaniczny willi Taranto w Verbanii (link jest tu Verbania, Villa Taranto, czyli spełnione marzenie Kapitana.) i ogrody willi Pallavicino w Stresie, gdzie dodatkowo można  zobaczyć z bliska wiele gatunków zwierząt. Po drugiej stronie jeziora leży widoczny w oddali klasztor Świętej Katarzyny Na Skale, który opisywałam w poprzednim poście pt. Lago Maggiore, Santa Caterina del Sasso..


Statki kursujące po  jeziorze zawijają również do niewielkich, lecz bardzo malowniczych miejscowości a wśród nich największą popularnością cieszy się właśnie Stresa. Leży ona u podnóża góry noszącej nazwę Monte Mottarone, na jej szczyt można wejść jedną z licznych ścieżek lub wygodnie wjechać kolejką linową (relacja z wycieczki jest tu Jedna góra, dwa światy, czyli Monte Mottarone). Mniej więcej w połowie drogi znajduje się stacja przesiadkowa "Giardino Alpinia", nazwana tak od interesującego ogrodu botanicznego, w którym rosną rośliny alpejskie w swoim naturalnym środowisku.


Wjazd kolejką na górę zapewnia niezapomniane wrażenia; w miarę, jak wagonik się wznosi, ogarniamy wzrokiem coraz większą połać jeziora i położoną na wprost Stresy Zatokę Boromeuszy (Golfo Borromeo) z trzema wysepkami leżącymi w jej obrębie. Rodzina hrabiów Borromeo jest sławna między innymi z tego, że wydała jednego ze świętych, znanego nam, Polakom, jako Św. Karol Boromeusz.   





Te trzy nieduże wyspy są znane jako Isole Borromee i w dalszym ciągu należą do żyjących współcześnie potomków owej rodziny. Najmniejsza z nich to Isola Madre, niewielki skrawek ziemi, gdzie wzniesiono  willę otoczoną pięknym ogrodem. Druga z wysp to Isola Bella o której pisałam w poście Isola Bella - jej pałac i czarodziejskie ogrody., ongiś wspaniała siedziba głowy rodu, która ma bardziej reprezentacyjny charakter. Znajduje się tam imponujący, barokowy pałac otwarty dla zwiedzających i jedyny w swoim rodzaju, tarasowy ogród w stylu włoskim. Ogrodowe tarasy zdobią posągi, niezliczone, bardzo zadbane rośliny oraz piękna fontanna, wyglądająca niczym teatralna dekoracja.


Dodatkową atrakcją jest mieszkająca tam rodzina białych pawi, swobodnie krążąca wśród odwiedzających. Kilka lat temu na wyspach miał miejsce bardzo głośny we Włoszech ślub Lawinii Borromeo i Johna "Jaki" Elkanna. Młody Elkann jest jednym z dziedziców Giovanniego Agnelli a po śmierci dziadka został jego następcą i objął prezesurę firmy "Fiat".

Ślub odbył się w prywatnej kaplicy na Isola Madre, w bardzo wąskim gronie składającym się jedynie z najbliższych krewnych. Następnie nowożeńcy, wraz ze swoim niewielkim orszakiem, udali się motorówkami do pałacu na Isola Bella, gdzie odbyło się huczne wesele, na którym pojawił się już cały  wielki świat czyli potentaci przemysłowi i arystokracja a także wiele osób związanych z kulturą.




Mimo tych niewątpliwych ogrodowo-pałacowych wspaniałości, również trzecia z wysp, zwana Isola Pescatori, czyli Wyspa Rybaków. O niej opowiadam w poście pt. Wyspa Rybaków, czyli Isola dei Pescatori.– cieszy ona się sporym gronem swoich zagorzałych zwolenników, do których również się zaliczam. Długa i wąska, do dziś zachowała swój rybacki charakter, choć nie brakuje tu także pracowni artystycznych wytwarzających majolikę, sklepików z pamiątkami i uroczych restauracyjek.


Rodzina Borromeo ma w swym posiadaniu także zamek w miejscowości Angera, leżący na południowym końcu jeziora, na wprost innego urokliwego miasteczka, zwanego Arona, gdzie wzniesiono kolosalny pomnik Karola Boromeusza, jeśli ktoś chciały dowiedzieć się o nim czegoś więcej, zapraszam do przeczytania wpisu Arona, "Sancarlone" - monumentalny pomnik św. Karola Boromeusza..





Północny kraniec Lago Maggiore ma zupełnie odmienny charakter, lecz i w jego obrębie nie brakuje ciekawych miejsc. Jest tam niewielkie, urocze miasteczko Ghiffa, ze swoim Sacro Monte, o którym pisałam w tym poście Ghiffa, czyli Sacro Monte niedokończone. i Muzeum Kapeluszy, gdzie można dowiedzieć się różnych ciekawostek na temat procesu powstawania tych nakryć głowy oraz obejrzeć maszyny służące do ich wyrobu.


Jeszcze dalej na północ, nieopodal miasteczka Cannero, znajdują się na jeziorze dwie mikroskopijne wysepki, gdzie niegdyś wznosiły się obronne zamki, znane jako Castelli di Cannero. Mają one za sobą bardzo bogatą historię, niestety, dziś pozostały z nich jedynie malownicze ruiny, sprawiające wrażenie, że wyrastają wprost z toni jeziora. O ich burzliwej historii opowiada post Lago Maggiore - Castelli di Cannero, czyli zamki na wodzie.



Tuż przy samej granicy ze Szwajcarią leży Cannobio, gdzie warto zobaczyć miejsce znane jako L'Orrido di Sant' Anna. Jest to głęboki wąwóz, w którym płynie strumień, noszący tę samą nazwę co miasteczko. Nad nim, nieopodal kamiennego mostu, stoi niewielki kościółek pod wezwaniem Świętej Anny; od niego to wywodzi się nazwa wąwozu, byłam tam swego czasu, a relację z wycieczki można znaleźć tu Cannobio, Orrido di Sant' Anna..


Cannobio to ostatnia z miejscowości po stronie włoskiej, na znajdującym się nieopodal przejściu granicznym dla pieszych, podobnie, jak w innych, przygranicznych miejscowościach, panuje zazwyczaj dość znaczna swoboda ruchu. Ja także kilkakrotnie przekraczałam granicę ze Szwajcarią w różnych miejscach, gdzie nikt nie pytał mnie ani o dokumenty, ani o czas, jaki mam zamiar spędzić w tym kraju. Jedynie dwa razy spotkałam się z kontrolą paszportową, raz w pociągu na trasie Mediolan–Lugano i po raz drugi, kiedy przypłynęłam statkiem do Locarno.




Właściwie należałoby jeszcze raz wspomnieć o panoramie wokół jeziora, która chyba nie pozostawia obojętnym nikogo z odwiedzających te strony... Tak, jak pisałam wcześniej, południowa część jeziora ma w większości płaskie brzegi z nielicznym i  niewysokimi pagórkami, natomiast na północy okolica jest zdecydowanie górzysta. Wyższe wzniesienia są po lewej, zachodniej stronie a ponieważ większość z nich znacznie przekracza wysokość 1000 m, często aż późnej wiosny ich szczyty pokrywa warstwa śniegu, co w połączeniu z szafirowym kolorem wody i nieba, daje obraz wprost niewyobrażalnej urody. Wschodni brzeg to łagodne, zielone łańcuchy Prealp, pomiędzy nimi, nieco dalej na wschód, znajduje się  jezioro Lugano, podobnie jak Lago Maggiore podzielone na część włoską i szwajcarską.

Kiedy kończy się nasz rejs po jeziorze a statek skieruje się do Laveno, nieopodal, po lewej stronie, widzimy charakterystyczną, trójkątną skałę, wyłaniającą się z wody. Jest to Rocca di Calde’ miejsce warte, aby je odwiedzić, ze względu na interesujący, romański kościół pod wezwaniem Świętej Weroniki, gdzie z tarasu przed świątynią roztacza się jeden z najpiękniejszych widoków na jezioro - zdjęcia i relacja z tej wyprawy jest w tym poście Castelveccana, czyli z dala od zgiełku.





Samo Laveno leży u podnóża dość sporego wzniesienia, noszącego nazwę Sasso di Ferro, można tam wejść jedną z licznych i bardzo wygodnych ścieżek lub wjechać wyciągiem kubełkowym, który funkcjonuje od wiosny do jesieni. Na szczycie góry znajduje się punkt widokowy, zwany Poggio Sant' Elsa i restauracja z obszernym tarasem. Przy dobrej pogodzie jest stąd niezapomniany widok na włoską część jeziora, otaczające je Alpy z masywem Monte Rosa na czele, Wyspy Boromeuszy i białe wyrobiska w zboczach gór na zachodnim brzegu.


To właśnie tam leży niewielka miejscowość Candoglia, znana ze swoich kamieniołomów, gdzie wydobywa się piękny szary i biało-różowy marmur, z którego zbudowano mediolańskie Duomo. Niegdyś, bloki tego surowca transportowano stąd drogą wodną przez jezioro, następnie rzeką Ticino i systemem kanałów, aż do Mediolanu — nieco więcej na temat mediolańskich kanałów można przeczytać w jednym z moich starszych wpisów pt. Milano - ancora!. 


Nie mniej piękny jest widok na południu, otulony lazurową mgiełką, z panoramą Doliny Padu i rozległym, zielonym  wzniesieniem Campo dei Fiori. Ze względu na sprzyjające prądy powietrza, Sasso di Ferro jest jednym z ulubionych miejsc do uprawiania lotniarstwa a ponieważ jest tu też lotniarska szkółka, więc nie jeden raz zdarzyło mi się widzieć nawet po kilkadziesiąt osób, latających jednocześnie. W sezonie wiosenno-letnim jest to również jedno z ulubionych miejsc piknikowych, zarówno ze względu na piękno okolicy, jak i z powodu wspaniałego, rześkiego powietrza, którego tak bardzo brakuje w mglistej Lombardii.


Osobiście najbardziej lubiłam wycieczki w te strony nie w środku lata, lecz w kwietniu (o jednej z nich pisałam tu Laveno-Mombello i Sasso di Ferro.) lub maju albo na przełomie września i października. Kiedy nadchodzi fala upałów, powietrze nad jeziorem często traci przejrzystość, foschia utrudnia obserwację okolicy oraz robienie zdjęć i robi się bardzo duszno. Natomiast wiosna a także wczesna jesień to wymarzony okres zarówno na wędrówki, jak i fotografowanie. 


Jeśli ktoś ma ochotę na obejrzenie innych zdjęć z Lago Maggiore, wystarczy że kliknie w jeden z linków. do Zdjęć Google


https://photos.google.com/album/AF1QipMm-pz1CE-j2FVY99Lg3e60HYQp1TU10fEy7-iL?hl=pl

Lub

https://photos.google.com/album/AF1QipNaJUkpOIfkqbH-xm7q5A6SUNN1gwShHN5uGB7D?hl=pl


wtorek, 28 listopada 2023

Do Szwajcarii przez przełęcz San Gottardo. Kaskady Trummelbach i Lucerna.


Przełęcz San Gottardo maleńka postać samotnego turysty na tle niebotycznych szczytów pobielonych śniegiem

Szwajcaria to kraj kojarzy się z wysokimi alpejskimi przełęczami, spektakularnymi dolinami, turkusowymi jeziorami i miastami pełnymi zabytków. Tym razem chcę sie podzielić wrażeniami z wycieczki, podczas której mogłam zobaczyć jedne z najbardziej znanych miejsc w centralnej części kraju – historyczną przełęcz św. Gotarda, malowniczą Dolinę Tremola, Lucernę z jej słynnymi krytymi mostami oraz Lauterbrunnental, nazywaną doliną siedemdziesięciu dwóch wodospadów z których najsłynniejsze są Staubbach i Trummelbach.

Chińskie przysłowie mówi "Lepiej zobaczyć coś raz, niż usłyszeć o tym tysiąc razy"- trudno się z tym nie zgodzić — przeczytane relacje z podróży albo obejrzane zdjęcia, zawsze są jedynie niewielkim wycinkiem tego, co możemy zobaczyć na własne oczy. Jednak bez wątpienia mogą być świetną inspiracją, by wyruszyć w podobną podróż i swe wrażenia porównać z opowieściami i mirażami naszej wyobraźni.

Choć na co dzień najchętniej podróżowałam samodzielnie, tym razem zdecydowałam się skorzystać z jednodniowej wycieczki autokarowej organizowanej przez biuro podróży w Saronno. Bez własnego samochodu dotarcie do wszystkich tych miejsc byłoby znacznie trudniejsze, a program zapowiadał się wyjątkowo interesująco.

Wybrałam wycieczkę do Szwajcarii, gdyż skusiła mnie możliwość zobaczenia Lucerny i jej niezwykłej starówki z malowanymi fasadami kamienic i krytymi mostami. Kiedy mieszkałam w Limbiate codziennie miałam przed oczami fragment panoramy tego miasta przedstawiający rzekę i ukwiecony drewniany most, namalowany na pamiątkowym talerzyku, wiszącym w kuchni. Ten widok poruszył moją wyobraźnie i utkwił mi w pamięci więc nie mogłam przepuścić okazji, żeby zobaczyć go na żywo

Kilkakrotnie  byłam w Kantonie Ticino, który bardzo mi sie podobał, więc ucieszyłam się z możliwości zobaczenia również innych rejonów Szwajcarii. Oprócz Lucerny mieliśmy zwiedzić piękną alpejską dolinę Lauterbrunnental, słynącą ze swoich siedemdziesięciu dwóch wodospadów, gdzie głównym punktem programu był wodospad Trummelbach. 

Z Saronno wyjechaliśmy skoro świt, nasz autokar wypełniony do ostatniego miejsca ruszył w kierunku Como i Chiasso. Tu przekroczyliśmy granicę ze Szwajcarią, a następnie przez Lugano i Bellinzonę udaliśmy się w stronę przełęczy San Gottardo. 

Na przełęczy czekała na nas wspaniała niespodzianka — jechaliśmy trasą szybkiego ruchu, która wiedzie nieopodal starej dziewiętnastowiecznej drogi która pnie się niezliczonymi zakosami po zboczach Doliny Tremolo. Widok z okien autokaru był po prostu niesamowity, ciasne zakręty serpentyny pięły się po zielonej ścianie stromego zbocza, przyprawiając o zawrót głowy samym swym widokiem. Żałowałam, że z racji szybkości, z jaką jechał autokar, nie byłam w stanie robić zdjęć, gdyż sceneria zmieniała się po prostu w mgnieniu oka. 

Nowa droga również jest serpentyną, lecz jej zakręty nie są aż tak liczne. Niebawem osiągnęliśmy najwyższy punkt na przełęczy (2108 m n.p.m.), gdzie autokar zatrzymał się na chwilę, abyśmy mogli popatrzeć na przepiękną panoramę Alp Lepontyńskich (tam zrobiłam zdjęcie tytułowe). Po tym krótkim postoju pojechaliśmy dalej i niebawem mogliśmy podziwiać głęboką, szmaragdowo-zieloną dolinę Schollenen.

Piękna zielona dolina pomiędzy zboczami porośniętymi świerkowym lasem

Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów dojechaliśmy do dwóch jezior rynnowych — Brienzersee i Thunersee. Ich nazwy pochodzą od miejscowości, leżących na przeciwległych krańcach akwenów, a pomiędzy nimi jest wąski przesmyk lądu, gdzie rozsiadło się miasteczko (nomen omen) Interlaken. 

Tu autobus skręcił na południe i wjechał w dolinę Lauterbrunnental. Środkiem doliny płynie rzeka o spienionych, białych wodach, nie bez powodu nosząca nazwę Weisse Lutschine (Biała Lutschine). Wzdłuż jej koryta biegnie droga prowadząca w głąb szerokiej doliny, otoczonej pasmami Alp Berneńskich. Z lewej strony autokaru widzieliśmy ich pochyłe, zalesione stoki, zaś z prawej kilkusetmetrowe pionowe skalne ściany, gdzie z ogromnej wysokości spadały w dół większe i mniejsze strumienie wody, tworząc przepiękne wodospady. 

Miałam nadzieję, że zatrzymamy się w tym miejscu choć na chwilę, tym bardziej że przejeżdżaliśmy koło największego z nich, niemal trzystumetrowego wodospadu Staubbach. Niestety, nie mieliśmy tego w planie, a poza tym czekała na nas główna atrakcja, czyli wodospad Trummelbach. Bardzo żałowałam, ale musiałam się zadowolić robieniem zdjęć doliny przez okno autokaru, który na moje szczęście w tym miejscu jechał dość wolno. Obiecałam sobie, że jeśli będzie taka możliwość, spróbuję fotografować  również w drodze powrotnej, co mi się zresztą udało, bo już wiedziałam, na czym mam skupić uwagę.


Szwajcarska wioska na tle potężnej skalnej ściany z której spływa wodospad

Niebawem dotarliśmy do końca doliny, gdzie w głębi był parking, schronisko i kilka dużych plansz informacyjnych na temat wodospadu. Szczerze mówiąc, nie odrobiłam lekcji i przed wyjazdem nic nie poczytałam na ten temat, więc byłam zaskoczona informacją, że jedynie jego niewielka część, znajduje się na zewnątrz, a cały ten ogromny strumień wody kłębi się w skalnych korytarzach we wnętrzu góry. 

Wodospad Trummelbach ze względu na jego specyfikę można oglądać jedynie latem. Służą do tego wykute w skale chodniki i platformy widokowe, na które można dojechać dzięki skomplikowanemu systemowi szybów i wind. Cały wodospad ma około 140 metrów wysokości i składa się z dziesięciu krętych tuneli na różnych poziomach. Jego wody pochodzą z topniejących lodowców na zboczach Eigeru, Jungfrau i Mnicha. Woda w łożysku wodospadu przemieszcza się w ilości aż 20 000 litrów na sekundę, spada z ogromną siłą i w dalszym ciągu żłobi skałę. Podobno ilość wypłukanego materiału oblicza się aż na 20 000 ton rocznie! Aby obejrzeć ten cud natury, trzeba cierpliwie poczekać na swoją kolej, gdyż chętnych jest sporo, a ze względów bezpieczeństwa tworzy się niezbyt duże, bo czterdziestoosobowe grupy.




Nowoczesna, szybkobieżna winda przewozi zwiedzających na wysokość 100 m po czym cała grupa przemieszcza się w dół po chodnikach i platformach, dzięki którym wodospad można oglądać z bliska. Nie ma problemu, że ktoś zabłądzi albo stanie mu się krzywda, ponieważ droga, choć kręta, nieuchronnie prowadzi do wyjścia, a solidne barierki zabezpieczają przed upadkiem. Korytarze są oświetlone lampami elektrycznymi, mimo to panuje w nich półmrok, wiec robienie zdjęć jest bardzo trudne, a chwilami wręcz niemożliwe.

Woda spadająca z wielką siłą tworzy w powietrzu tysiące kropelek, i chlapiąc bez miłosierdzia, zalewa obiektyw. To samo dotyczy zwiedzających — oglądanie wodospadu bez nieprzemakalnej kurtki z kapturem jest skazane na porażkę, tym bardziej że w korytarzach jest nie tylko mokro, ale i zimno. Szczerze mówiąc, osobiście czułam się tam niesamowicie oszołomiona — półmrok, woda spadająca z hukiem w szaleńczym pędzie i konieczność ciągłego ocierania oczu z wszechobecnej wilgoci sprawiły, że czułam się niczym w transie. Kiedy przemierzyłam całą trasę i wreszcie wyszłam na zewnętrzny taras, na widok zieleni i słońca niemal westchnęłam z ulgą.




Oczywiście, było to bardzo ciekawe doznanie, jednak bez wątpienia dość zaskakujące ekstremalnymi warunkami, jakie panują w głębi zbocza. Nie jest to wycieczka dla wszystkich, nie można zabierać na nią młodszych dzieci oraz zwierząt, jest też niewskazana dla osób nie do końca sprawnych fizycznie, cierpiących na klaustrofobię, czy łatwo wpadających w panikę. Moje wrażenia były dość mieszane, gdyż była to ważna lekcja poglądowa ukazująca niesamowitą potęgę natury, jednak mój system nerwowy z trudem zniósł natłok bodźców podczas zwiedzania. Z jednej strony cieszyłam się, że było mi dane to doświadczenie, jednak w duchu myślałam, że gdybym miała wybór, to chyba bym wolała z bliska przyjrzeć się wodospadowi Staubbach i rozbryzgom jego wód w blasku słońca. 

Krótki piknik nad rzeką i kawa w schronisku, zakończyły tę część wycieczki. Kiedy nasza grupa zebrała się ponownie, wyruszyliśmy drogą wzdłuż rzeki, lecz tym razem w odwrotną stronę. Znów przez okna autokaru mogliśmy oglądać srebrne strugi wodospadów spadających ze skalnych ścian i góry wypiętrzające się coraz wyżej w głębi doliny, w miarę jak rosła przestrzeń, która nas od nich dzieliła.






Po wyjeździe z doliny pojechaliśmy na północny wschód, w stronę ostatniego etapu naszej wycieczki. Po drodze minęliśmy bardzo malowniczy południowy kraniec Jeziora Czterech Kantonów, i niebawem wysiedliśmy w Lucernie. Jest to miasto niespełna stutysięczne i uchodzi za jedno z najpiękniejszych w Szwajcarii. Polemizowałabym z tą opinią, ponieważ osobiście wyżej stawiam Lugano czy Locarno, ale to dlatego, że według mnie mają więcej niewymuszonego wdzięku. W Szwajcarii wysoko cenię prześliczne, górskie wioski, jednak miasta, choć nie brak w nich uroczych elementów, według mnie trochę wieją chłodem. 

Znakiem rozpoznawczym Lucerny są dwa kryte mosty spinające brzegi rzeki Reuss, czyli Kapellbrucke (Most Kapliczny) i Spreuerbrucke (Most Plewny). Kapellbrucke znajduje się nieopodal miejsca, gdzie rzeka wpada do jeziora.  Obecnie ma 204 metry i nadal jest  bardzo długi, choć od czasu powstania w związku z umocnieniem i zabudowaniem brzegów rzeki  skrócono go o 71 metrów. Jest to najstarszy most drewniany w Europie, szacuje się, że powstał w połowie XIV wieku. 

Kapellbrucke dwukrotnie uległ częściowej destrukcji, raz podczas wielkiej powodzi w XVIII wieku, a po raz drugi w 1993 roku z powodu pożaru. Podczas tych dwóch tragicznych zdarzeń uległa zniszczeniu część bardzo oryginalnych, trójkątnych malowideł, jakie w XVII wieku umieszczono pod krokwiami dachu. Pierwotnie było ich sto pięćdziesiąt osiem — po powodzi zostało sto dwanaście, ale pożar strawił lub poważnie uszkodził aż osiemdziesiąt sześć z nich. Na szczęście most odrestaurowano i wyciągnięto wnioski z tego zdarzenia — w jego obrębie nie wolno używać żadnych źródeł ognia z papierosami włącznie, a oprócz tego, zainstalowano czujniki dymu. 

Most jest usytuowany ukośnie do nurtu rzeki; mniej więcej w połowie przylega do niego ośmiokątna Wieża Wodna (Wasserturm) wzniesiona z piaskowca. Na przestrzeni wieków była ona częścią miejskich umocnień, a także więzieniem i skarbcem. Most Kapliczny zrobił na mnie ogromne wrażenie. Jest wykonany z ciemnego drewna o mahoniowym odcieniu, kryty gontem i ozdobiony mnóstwem kwiatów co na tle wód rzeki wygląda po prostu zjawiskowo.

Bardzo żałowałam, że pogoda trochę się popsuła, powietrze straciło przejrzystość, a na niebie pojawiła się warstwa pierzastych chmur, za którymi skryło się słońce. Nie była to aura sprzyjająca robieniu zdjęć i mogłam sobie jedynie wyobrazić, jak pięknie wygląda most w całej krasie swoich kolorów.






Drugi z drewnianych mostów, czyli Most Plewny, nazwany tak z powodu młyna, niegdyś działającego w pobliżu, jest dużo krótszy i na pierwszy rzut oka skromniejszy. Również on został zniszczony przez wielką powódź, a następnie odbudowany. Wzniesiono go z podobnego budulca, co Most Kapliczny, także i tu zobaczymy cykl trójkątnych malowideł na desce, ze scenami w stylu "dance macabre". Oprócz tego zdobi go mnóstwo kwiatów i śliczna czerwona wieżyczka; na jej ścianie umieszczono ciekawe malowidło, przedstawiające Ukrzyżowanie. 

Trochę przewrotnie, to właśnie ten most, choć nie tak spektakularny, bardziej przypadł mi do gustu, chyba ze względu na swój kameralny charakter.






Z racji znacznych odległości do przebycia, nasza wycieczka miała ścisły limit czasowy — siłą rzeczy nie mieliśmy go wystarczająco dużo, aby dokładnie obejrzeć miasto. Jednak nie sposób było zrezygnować ze spaceru po starówce, która jest znana z okazałych kamienic o pięknie malowanych fasadach, a także zobaczenia placu, gdzie wznosi się ratusz. W tej części miasta jest też kilka ciekawych fontann, w tym ta najbardziej znana, przedstawiająca legendarną fikcyjną rodzinę Fritschi, radosny symbol karnawału.* Nieopodal napotkałam jeszcze jedną sympatyczną rzeźbę, przedstawiającą pasterza okrytego peleryną i jego dwie owieczki.





Saronno i Lucernę dzieli odległość 220 km, więc późne popołudnie było właściwym momentem, aby wyruszyć w drogę powrotną. Wracaliśmy tą samą trasą, jednak tym razem nie jechaliśmy drogą prowadzącą przez przełęcz, lecz tunelem wydrążonym w górskim masywie. Tunel San Gottardo ma długość nieco ponad 16 km, więc przejazd nim trwa kilkanaście minut. Jest on jednym z bezpieczniejszych, dzięki licznym drogom ewakuacyjnym, jednak i tu nie obyło się bez tragedii, kiedy w 2001 roku wybuchł straszliwy pożar, w którym straciło życie ponad dwadzieścia osób. 

Niestety, pożary nadal się zdarzają, choć po wprowadzeniu dodatkowych zabezpieczeń ich skutki nie są tak dramatyczne. Starałam się o tym nie myśleć, ale widok potężnych wentylatorów tłoczących powietrze i wyświetlacze, umieszczone co kilkadziesiąt metrów, nie pozwalały zapomnieć o zagrożeniach. Dzięki ciągłemu monitoringowi każdy kierowca jest na bieżąco informowany, czy porusza się z zalecaną prędkością — jeśli nie jest odpowiednia, widzi nakaz zwolnienia lub przyspieszenia.

Te wskazówki ukazujące się na wyświetlaczach mają na celu wymuszenie zachowania stałej odległości pomiędzy pojazdami, co z pewnością pozytywnie wpływa na bezpieczeństwo. 

Po wyjeździe z tunelu i przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów znów znaleźliśmy się w znajomym pejzażu Kantonu Ticino, zdominowanym przez niezbyt wysokie góry o zielonych stokach. Jeszcze tylko minęliśmy Bellinzonę z jej trzema zamkami, Jezioro Lugano z autostradą prowadzącą po długim moście, granicę w Chiasso i wreszcie przywitaliśmy  Como, gdzie wszystko nam mówiło, że zbliża się koniec podróży. Kiedy przyjechaliśmy do Saronno, zapadał wieczór — za nami był naprawdę długi dzień, pełen niezwykłych wrażeń...

Po tej wycieczce utwierdziłam się w przekonaniu, że Szwajcaria jest krajem rządzącym się własnymi zasadami i niezwykle dobrze zorganizowanym. Czasem jest to dolegliwe (przekonałam się o tym, kiedy nie mogłam zapłacić kartą za lody, ponieważ kwota należności była za niska), ale za to wszystko, co w tym kraju robi się dla infrastruktury celem przyciągnięcia turystów, naprawdę należy się wielki szacunek. 

Przedsięwzięcia takie jak umożliwienie zwiedzania wodospadu Trummelbach, wysokogórska linia kolejowa na Jungfrau, różne wymyślne kolejki linowe, wyciągi narciarskie, mosty i wiadukty pozwalające dotrzeć do na pozór niedostępnych miejsc, to nie tylko świadectwo wspaniałej myśli technicznej, ale i potężne inwestycje w turystykę. Dzięki takiemu podejściu do Szwajcarii przez cały rok ciągną tłumy ludzi, aby zwiedzać, odpoczywać i uprawiać sporty, a przy okazji zostawić mnóstwo pieniędzy.

Gdybym miała podsumować tę wycieczkę, musiałabym powiedzieć, że miała ona swoje plusy i minusy. Zaletą było to, że w ciągu jednego dnia zobaczyłam Lucernę, która od dawna zajmowała moją wyobraźnię i oszałamiający wodospad Trummelbach, do których z pewnością nie dotarłabym w tak krótkim czasie, gdybym chciała podróżować komunikacją publiczną. Ta wycieczka dała mi jeszcze dodatkowy bonus, coś czego się nie spodziewałam: niesamowite widoki na przełęcz św. Gotarda i zachwycającą panoramę Alp Lepontyńskich. Natomiast fakt, że musiałam poruszać się w określonym tempie i rygorystycznie trzymać planu oraz ram czasowych, był to dla mnie duży minus, bo uwielbiam elastycznie zarządzać czasem przeznaczonym na zwiedzanie.

Podsumowując: coś za coś, bo jakby nie było, nie da się zjeść szwajcarskich czekoladek, a jednocześnie wciąż mieć ich pełne pudełko!

*Plac przy fontannie jest miejscem, gdzie co roku rozpoczyna się tradycyjny karnawał, a sama fontanna to kolorowy, neorenesansowy pomnik z 1918 roku. Jej szczyt zdobi postać chorążego niosącego sztandar, poniżej znajdują się pełne ekspresji maski karnawałowe członków rodziny Fritschi i błaznów plujących wodą. Rodzina składa się z Brata Fritschiego (to legendarna postać z XV wieku, prawdopodobnie był to rolnik, który zapisał w testamencie swój majątek na wino i poczęstunek dla ubogich podczas karnawału), jego żony Fritewe, dziecka, niani i sługi. Karnawał jest bardzo malowniczy, jest to jena z największych imprez karnawałowych w Szwajcarii.

Więcej zdjęć z tej wycieczki jest w albumie>