Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 września 2026

Mazurskie historie. Podwójny jubileusz, jeden cytat i pół miliona na koncie

Aby rozwiać wszelkie domysły, szybko wyjaśniam – nie, nie wygrałam w Lotto i nie otrzymałam spadku, a tytułowe pół miliona to 533 230 wejść na mojego bloga. Kilka dni temu zajrzałam do statystyk i z wielkim zaskoczeniem zobaczyłam, że ich liczba przekroczyła magiczną liczbę pięciuset tysięcy. Ponieważ w tym samym czasie skończyłam kolejny rok życia, a Sukienka w kropki też ma swoją okrągłą rocznicę, uznałam to za piękny prezent na mój podwójny, osobisty jubileusz.

Pół miliona – to brzmi poważnie, choć przecież wiem, iż to jedynie liczba wejść i nie oznacza, że pół miliona czytelników usiadło z kawą, by przeczytać wszystkie moje historie od początku do końca. Ale i tak zrobiło mi się przyjemnie, tym bardziej że, jak wspomniałam, było to w dniu moich urodzin.

Historia tego bloga jest trochę bardziej skomplikowana, niż mogłaby sugerować jego metryka widniejąca w zakładce „archiwum”. Zaczęłam go pisać pod koniec lata 2009 roku na Bloxie. Ponieważ platforma zmierzała do zakończenia działalności, w 2012 roku przeniosłam się na Bloggera, zabierając ze sobą stare posty. Tak się złożyło, że w tym czasie po rocznej przerwie wróciłam do pracy – początkowo na pół etatu, a nieco później w pełnym wymiarze. Ponieważ praca zawodowa i codzienne zajęcia pochłaniały lwią część mojej życiowej energii, w 2018 roku postanowiłam zrobić sobie kilkumiesięczną przerwę od blogowania, jednak  tak się stało, że te kilka miesięcy zamieniło się w niemal sześć lat.

Dlatego, kiedy patrzę na te pół miliona, nie myślę o siedemnastu latach, jakie minęły od założenia bloga. Myślę raczej o dziesięciu latach mojego rzeczywistego pisania, z kilkoma krótszymi i jedną naprawdę długą przerwą pośrodku, i chyba właśnie dlatego ta liczba zrobiła na mnie takie wrażenie.

Nie ukrywam, że prowadzenie bloga zawsze było ważną częścią mojego życia, gdyż, bez przesady, mogę powiedzieć, że Sukienka w kropki to ja. Są tu moje podróże, fotograficzne kadry, przemyślenia, i zapiski tego, co chciałabym zapamiętać. Coś, co zrodziło się nie z pogoni za algorytmami, ale z fascynacji i pasji do poznawania świata. Miejsce, gdzie nadal okruszek po okruszku umieszczam moje wspomnienia, które być może do tej pory nieubłagany czas zatarłby w mojej pamięci, gdzie mogę się podzielić swoimi opowieściami z czytelnikami, którzy uważnie patrzą na świat i uwielbiają odkrywać jego urodę.

Co ciekawe, tekstem najczęściej odwiedzanym przez te wszystkie lata stał się post z 2012 roku pt. „Lombardia. Mediolan niezbyt turystyczny”. Pokazałam w nim coś, co przez wiele lat widywałam o wiele częściej, niż bym sobie tego życzyła – Mediolan odarty z blichtru, miasto trudne, pełne ludzkich dramatów i walki o przetrwanie. Przez chwilę z niedowierzaniem patrzyłam na statystyki, gdyż ten tekst, przepełniony bolesną prawdą o zakrętach emigracyjnego życia, ma niemal osiem tysięcy odsłon.

Emigracyjne lata, choć niełatwe, były dla mnie czasem nowych doświadczeń i odkrywania świata, który znałam wcześniej jedynie z literatury. Wychowałam się za żelazną kurtyną – moimi nauczycielami były pełne wzniosłych idei „książki zbójeckie”, w których podróże, historia, sztuka i architektura odgrywały niepoślednią rolę i pokazywały inny świat, o którym nawet nie śmiałam marzyć. Wtedy nie mogłam przypuszczać, że kiedyś przyjdzie dzień, gdy ja również stanę się drobną częścią tej rzeczywistości, niczym jedno z wielu ziarenek piasku na bezkresnej plaży.

Codzienność w nowym świecie przyniosła mi wiele wyzwań, lecz w zamian nauczyła mnie odporności na przeciwności losu i pokory w chwilach powodzenia. Nostryfikacja dyplomu, a następnie zdobywanie doświadczeń zawodowych i społecznych na obcym gruncie to był trudny życiowy egzamin, ale wiedziałam, że muszę myśleć pozytywnie, zamiast skupiać się na rozpamiętywaniu większych i mniejszych niepowodzeń. Starałam się wyciągać z nich naukę i iść dalej, bo wiedziałam, że determinacja jest matką sukcesu. Ten czas, pełen wzlotów i niewolny od upadków, przyniósł mi wiele wspaniałych chwil, ponieważ mogłam obcować z tym, co zawsze było bliskie mojemu sercu, i podziwiać harmonię piękna natury połączonego z dziełami rąk utalentowanych artystów oraz rzemieślników.

W pewnym sensie byłam tam niczym małe dziecko, które niejednokrotnie upada, zanim nauczy się chodzić, a do tego wciąż musi poznawać nowe słowa i mierzyć się z trudnymi emocjami. Mój blog jest świadectwem tego wieloletniego doświadczenia, lustrem, w którym mogę się przejrzeć po latach i zadać sobie pytanie: kim się stałam i co z tego we mnie przetrwało? Czy zmarnowałam to, czego wtedy nauczyłam się o sobie i o świecie, czy pozwoliłam, żeby kurz niepamięci przysypał uczucia, które kiedyś były dla mnie tak istotne?

Dzień urodzin to dobry moment, żeby po raz kolejny zadać sobie te pytania i szczerze na nie odpowiedzieć. Jeśli odpowiedź nie jest zadowalająca, warto się zastanowić, co jest tego przyczyną – okoliczności, na które nie mieliśmy wpływu, czy świadoma rezygnacja z własnych standardów?

W tytule posta wspomniałam o pewnym cytacie – w zasadzie nie jest to cytat, lecz tytuł sztuki Tadeusza Kantora, wielkiego wizjonera, filozofa i artysty, który zmarł w 1990 roku. Ostatnim dziełem tego twórcy, które zostało wystawione już po jego śmierci, był spektakl „Dziś są moje urodziny”. Jest to, jak sam mówił, jego „biedny pokój wyobraźni”, w którym pojawiają się wspomnienia dzieciństwa i czasów wojny, a także postacie „drogich nieobecnych” – rodziny oraz przyjaciół, którzy odeszli na zawsze.

Podobnie jak inne spektakle teatru Cricot 2, widziałam go w Teatrze Telewizji na początku lat 90. Było to niezapomniane przeżycie, przepełnione wielką ilością odniesień i symboli, które tłoczyły się w mojej głowie niczym postacie widziane w onirycznym śnie, gdzie wszystko jest wiadome, więc nie trzeba tego ubierać w słowa.

Treść tej sztuki tak bardzo zapadła mi w pamięć, że przez kolejne lata mimowolnie, niczym mantrę, powtarzałam jej tytuł w dniu moich urodzin. Te słowa były impulsem, który kazał mi obejrzeć się za siebie, na drogę, którą przebyłam, pomyśleć o tym, kim się stałam przez miniony rok i dokąd zmierzam.

Dwa lata temu, w noc poprzedzającą moje urodziny, miałam niezwykle symboliczny sen. Śniło mi się, że zapada wieczór, jestem w hotelu, skąd mam wyruszyć w podróż powrotną do domu, ale nie mogę tego zrobić, ponieważ gdzieś zaginęły moje walizki. Ogarnął mnie wielki niepokój i za wszelką cenę starałam się je odnaleźć. Byłam tym bardzo zaaferowana, aż do chwili, kiedy przyszło mi do głowy, że strata bagażu nie ma znaczenia, bo nie było w nim nic, bez czego nie mogłabym się obejść.

Windą zjechałam na najniższy poziom i przez słabo oświetlony podziemny tunel wyszłam na piękną, spokojną ulicę zalaną ciepłym światłem latarni, która miała być początkiem mojej drogi do domu. Kiedy się obudziłam, nie miałam wątpliwości, o czym mówił mi ten sen i że było to ważne przesłanie płynące z mojej podświadomości. Trzy lata wcześniej zakończyłam pracę zawodową i miałam zamiar korzystać z uroków życia na emeryturze, jednak stało się inaczej, niż planowałam. Te trzy lata były wypełnione fizycznym bólem – w tym czasie przeszłam dwie poważne operacje i długą rehabilitację. Ponieważ właśnie zaczęłam dochodzić do siebie tamte urodziny stały się dla mnie momentem przełomowym i w pewnym sensie musiałam wszystko zacząć od nowa.

Dziś, patrząc na minione lata z perspektywy czasu, nie żałuję, że moje życie wielokrotnie wystawiło mnie na próbę. To, co przeżyłam, dało mi coś, czego wcześniej nie miałam – większą świadomość siebie i doświadczenie. Cała reszta – smutki, lęki i niepewność – to tylko zbędny bagaż, który mogę zostawić bez żalu.



poniedziałek, 30 października 2017

Wspomnienie o P.



Chciałabym coś napisać o P..... takim, jakim go znałam i którego nigdy nie poznałam naprawdę... Kiedy o nim myślę, widzę ciąg obrazów, a na każdym z nich jest ktoś inny. To tak, jakbym rozsypała zdjęcia z jego życia, krótkiego, bo kiedy odszedł na zawsze, zaledwie zaczęły się dla niego dojrzałe lata, a jednocześnie tak długiego, jeśli zmierzyć je długością udręki, jaką mu przyniosło. Czy to wszystko stało się dlatego, że to on nim źle pokierował, gdyż zabrakło mu zdolności do przewidzenia nieuniknionych konsekwencji? A może było to dążenie do autodestrukcji, bo zwątpił w swą wartość i wartość życia, które zostało mu dane?  Dla mnie P..... na zawsze zostanie chłopaczkiem siedzącym na parapecie okna, wołającym na mój widok "o, Kicia idzie!"  Byłam wtedy Kicią, miałam dziewiętnaście lat, włosy czesałam w dwa kucyki, obydwoje byliśmy mili i słodcy... Co życie zrobiło z nami albo co my zrobiliśmy z naszym życiem? Gdzie się podziała słodycz, ufność i niewinność? Jak to się stało, gdzie przekroczyliśmy punkt zwrotny i za jakie błędy przyszło nam zapłacić?

Widzę P..... jego niewinne oczy i złote loczki czterolatka, miłego dziecka, takiego grzecznego i dobrze ułożonego; kilka lat krótka później migawka — moment, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam jego strach i zagubienie....

Miał wtedy dwanaście a może trzynaście lat, czy właśnie wtedy zaczęła się jego ucieczka od siebie, bo zwątpił w sens tego, co go otacza? A może stało się to jeszcze później, gdy jako nastolatek, ciągle grzeczny i sympatyczny, ale jakiś zamknięty w sobie, zawsze był niby odgrodzony szkłem. Kiedy z nim rozmawiałam, miałam wrażenie, że jest niczym ryba pod taflą wody, którą chcę złapać gołą ręką — jest tuż, ale moja ręka nieodmiennie pozostaje pusta... Później zaczęła się jego droga w dół, pamiętam, widzę go w ten dzień, zanim przyjechała po niego żandarmeria, spotkaliśmy się w mieście — nadal mam tę scenę przed oczami — jego długi, szary płaszcz i dziwny uśmiech, kiedy zapytałam, czy jest na urlopie, a on mi odpowiedział ... "Tak, mam parę dni urlopu". Ten samowolny urlop od kamaszy i ucieczka z konwoju na parę lat zaprowadziły go do Barczewa, później były kolejne upadki, kłamstwa i urojenia, świat szczęśliwy i bezpieczny, spokojne miejsce, jakie usiłował sobie stworzyć jedynie w swej wyobraźni.

Tyle wcieleń P..... pamiętam, każdy z nich był inny, lecz który z nich prawdziwy? Jego życie stało się teatrem, gdzie wciąż zmienia się maski oraz przebrania, aż nikt już nie wie, jak naprawdę wygląda aktor...

P...... w pewien szczególny sposób był punktem odniesienia w moim życiu. Nasze kontakty, później tak rzadkie, zostawały w mojej pamięci niby kamienie wyznaczające drogę — kiedy dowiedziałam się o jego śmierci, było to tak, jakby umarła część mnie. Na zawsze też pozostało we mnie poczucie, że P...... swoim życiem zapłacił cenę, jaką mógł zapłacić każdy z nas, jednak być może inni mieli szczęście, którego jemu zabrakło, a może mimo swoich win wykpili się od zapłaty? W noc po tym, jak zamknął za sobą ostatnie drzwi, modliłam się o spokój dla jego duszy i o znak dla mnie; prosiłam o wskazówkę, dlaczego tak się dzieje, że nici życia plączą się w węzeł nie do rozwikłania? Moja prośba została wysłuchana, tej nocy miałam sen i wiem, że była to odpowiedź na moje pytania. Śniłam, że jestem w domu, gdzie nieco wcześniej pracowałam z pacjentem umierającym na raka. Ale to nie on był ważny, jego tam nawet nie było, jedynie jego żona i jakiś mężczyzna, krewny, czy znajomy. Znalazłam się w tym domu, ponieważ miało się odbyć jakieś przyjęcie, na które również ja byłam zaproszona.


Czekałam spokojnie, kiedy raptem coś niezrozumiałego stało się ze mną, ni stąd, ni zowąd, bez żadnego powodu, zaczęłam się znęcać nad gospodynią i obecnym tam panem. Nie wiedziałam, czemu to robię, co więcej, robiłam to wbrew sobie, ale nie potrafiłam się powstrzymać. Czułam wstręt do siebie, a jednocześnie jakąś obrzydliwą, przewrotną satysfakcję. Raptem zaczęli przychodzić inni zaproszeni goście, opamiętałam się i ogarnął mnie potworny wstyd, nie miałam pojęcia, jak wybrnąć z tej sytuacji. Jeszcze nikt o niczym nie wiedział, niczego nie zauważył, jednak miałam świadomość, że za chwilę wszystko się wyda, zostanę napiętnowana, osądzona i wyrzucona za drzwi. Zaczęłam się tłumaczyć, próbowałam coś wyjaśniać, ale nikt tego nie słuchał, do nikogo nie dotarło, co zrobiłam. Byłam niczym zawieszona w pustce a za chwilę i miałam upaść nisko i boleśnie. Wtem pojawiła się koło mnie młoda kobieta (wiedziałam o niej tylko tyle, że jest właścicielką sklepu z bielizną) i podała mi kolorowe skarpetki w paski, o które podobno ją prosiłam. Wzięłam je do ręki, w pierwszej chwili chciałam jej podziękować, gdyż zdawało mi się, że są takie, jakie chciałam mieć, ale w tym samym momencie ogarnęło mnie ogromne rozczarowanie.


Skarpetki były trzy, pozornie jednakowe, różniły się znacznie — jedna była niemal nowa, druga wyraźnie używana, sprana i zmechacona a trzecia wręcz zniszczona i pocerowana. Nie wiedziałam co z tym prezentem zrobić, byłam zdziwiona i głęboko zawiedziona, pomyślałam, że powinnam je po prostu wyrzucić. Obudziłam się z tymi uczuciami oraz świadomością, że to przesłanie otrzymałam dzięki P..... i jest ono odpowiedzią na moją prośbę. To była przestroga dla mnie, dla nas wszystkich, żebyśmy nie zapominali o tym, iż w każdym człowieku jest dobro i zło, są ślepe instynkty i rozum, więc tylko od nas zależy, co weźmie górę. 

Dostajemy życie niczym dar, niczym moje skarpetki ze snu, czasem piękne, całe, czasem pozornie bezwartościowe i bezużyteczne. Jak w biblijnej przypowieści wszyscy jesteśmy powołani na ucztę, lecz nie każdy okaże się godnym, aby siąść przy biesiadnym stole, niejeden odejdzie od drzwi napiętnowany, upokorzony, w bólu i udręce. 


Wyposażeni w dobre rady i wskazówki, które mają nas chronić tak, jak skarpety chronią nasze stopy, możemy je przyjąć w dobrej wierze, możemy też odrzucić z pogardą. Możemy być dobrzy lub źli, tak jak dobre albo złe są nasze uczynki. Rodząc się, jesteśmy niczym biała kartka, czy zapełnimy ją bazgrołami, czy piękną kaligrafią, to w dużej mierze zależy od nas...

Błądzimy, a nasze błędy są niczym kamienie — każdy z nich może uruchomić lawinę, która nas przygniecie i zetrze na proch. Jak się ustrzec przed tą lawiną, zatrzymać w decydującym momencie, zanim popełnimy błąd nie do naprawienia i zapłacimy najwyższą cenę?


P..... już zna odpowiedź na wszystkie pytania, zaś my, którzy pozostaliśmy aby opłakać jego życie, upadek i śmierć, nadal trwamy w cieniu naszych lawin wiszących nad nami. Czy runą nam na głowy, czy pozostaną na swoim miejscu, a my się ustrzeżemy? Skarpetki ze snu mogły ochronić moje stopy na drodze życia, nie chciałam ich, były czymś poniżej moich oczekiwań, bo sądziłam, że zasługuję na coś lepszego. Wszyscy dostajemy rady, ostrzeżenia i dobre przykłady, wyświechtane doświadczenia minionych pokoleń, ciągle te same słowa wsparcia, obawy, przestrogi, o które obdarowany nie dba i w nie nie wierzy. Choć w głębi ducha każdy z nas dobrze wie, gdzie jest dobro, a gdzie zło, mimo to żyjemy w przeświadczeniu, że cierpienie, upadek i śmierć dotyczą wszystkich, lecz nie nas, że zawsze będziemy chodzić po rozpalonych węglach, a ogień nie tknie naszych stóp...


Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tym poście są zrobione w mediolańskiej bazylice San Ambrogio — przedstawiają kapitele kolumn z symbolicznymi wyobrażeniami zagrożeń czyhających na ludzką duszę.




niedziela, 29 października 2017

Powrót, czy może rtitorno?



Dziś po bardzo długiej przerwie zajrzałam na mojego bloga i z pewnym zaskoczeniem stwierdziłam, że to już rok minął od chwili, kiedy zamieściłam mojego ostatniego posta... Drugą, tym razem bardzo miłą niespodzianką było to, że pewne osoby zauważyły moje milczenie, że być może nieco im brakuje mnie i mojego pisania, a także iż są inni, którzy trafili tu niedawno i znaleźli w nim coś interesującego... W związku z tym chciałabym wszystkim serdecznie podziękować, przeprosić za brak odpowiedzi na komentarze a przy okazji  napisać kilka słów celem wyjaśnienia — otóż niemal rok temu doznałam złamania w obrębie miednicy i choć po kilku miesiącach kości się zrosły, to dłuższe przebywanie w pozycji siedzącej nadal sprawia mi spory ból. Początkowo uniemożliwiało mi to korzystanie z komputera, zaś  obecnie w znacznym stopniu mnie ogranicza. 

Ponieważ nie należę do osób zdolnych do tworzenia posta na raty (raczej po grafomańsku wpadam w swego rodzaju trans) piszę szybko co mi w duszy gra, a dopiero po ukończeniu tej bazy pomału nadaję jej ostateczną formę gramatyczną i stylistyczną, co nieraz trwa nawet kilka dni, a i tak przy każdym kolejnym czytaniu, nadal znajduję wiele błędów wymagających poprawienia. W tej sytuacji trudno mi było zasiąść do komputera na dłużej i tak mi mijał tydzień za tygodniem... Mimo wszystko, od pewnego czasu czuję, że powinnam wrócić do pisania, choćby dlatego, żeby zakończyć relację z moich włoskich wędrówek, zanim okryje je zasłona zapomnienia. Jednak bezpośrednią przyczyną jest to, że myśl o zbliżającym się Święcie Zmarłych spowodowała, iż chciałabym napisać o kimś, kogo już nie ma pomiędzy nami, lecz kto nadal żyje w mojej pamięci.

To wspomnienie powstało kilka lat temu, tuż po śmierci tej osoby, jednak dopiero teraz nadszedł moment, kiedy jestem w stanie podzielić się nim — nie tylko po to, żeby wśród bliskich mi osób nie zginęła pamięć o tym, co się wtedy stało, ale również z maleńką nadzieją, że ktoś, kto je przeczyta, pomyśli przez chwilę o zawiłościach losu, przeznaczeniu, a także o rzeczach, które w naszym życiu są najważniejsze.

Dzisiejsza notatka to tylko zapowiedź posta, który (mam nadzieję) ukaże się pojutrze.

sobota, 10 sierpnia 2013

Mazurskie historie. Ostróda przedwczoraj i dziś...


panorama miasta od strony Jeziora Drwęckiego

Dobrze pamiętam 2 maja 2004 roku... 

Był to piękny dzień, nie tylko dlatego, że włoskie niebo czarowało mnie słońcem i niebieskim kolorem ze ślicznymi, białymi chmurkami. Dzień wcześniej Polska znalazła się w granicach Unii Europejskiej, więc była to ważna data dla nas wszystkich, ale ja miałam także mój prywatny powód, aby na zawsze utkwił on w mej pamięci.
Podczas rozmowy telefonicznej z Martą dowiedziałam się, że kiedy przyjadę do Ostródy, będę mogła znowu zobaczyć moją fontannę!
„Moja fontanna” – zawsze tak o niej myślałam i zastanawiałam się, jak to jest, że dla człowieka tak wiele może znaczyć fakt, iż gdzieś daleko, w jakimś mieście i w jakimś jego punkcie, jest fontanna lub jej nie ma.

kościół o dwóch wieżach - świątynia ewangelickaJestem Mazurką – dziś chyba mogę tak o sobie powiedzieć po pięćdziesięciu latach mieszkania w Ostródzie, w mieście gdzie przeżyłam moje dzieciństwo i młodość. 
Jednak dobrze pamiętam czasy, kiedy jako trzyletni berbeć, wprost z cieplutkiego domu babci, z cichej miejscowości pod Warszawą, przeprowadziłam się wraz z rodzicami do nowego domu na „ziemie odzyskane”, gdzie mój ojciec znalazł niezłą pracę.

Niczym przysłowiowy kot w worku, zostałam zabrana z mojego bezpiecznego świata do ponurego miasta, gdzie mimo dziesięciolecia, jakie minęło od zakończenia wojny, ciągle straszyły ruiny budynków porośnięte trawą. Wśród nich można było zobaczyć głębokie jamy, niegdyś będące piwnicami pełnymi zapasów na zimę. Z ziemi sterczały resztki schodów, które już nie prowadziły do mieszkań – to wszystko wyglądało przejmująco i żałośnie zarazem.

Dom mojej babci, jak większość domów w podwarszawskich miejscowościach letniskowych, był schowany wśród drzew i kwiatów. Z podwórka widziałam wieżę Pałacu Kultury, a latem niedaleko naszej posesji szumiały bujne łany zboża. Po przyjeździe do Ostródy tamta piękna okolica wydawała mi się Rajem Utraconym, gdyż zamieszkaliśmy w mieście, gdzie niemal trzy czwarte zabudowy zniknęło z powierzchni ziemi, zaś to, co pozostało, było takie odmienne...

Wśród ruin i pustych, odgruzowanych placów stały nieliczne domy, ocalałe z wojennej pożogi. Bałam się tego miasta – było obce, smutne, nawet kościoły i kamienice były inne – miały odmienną architekturę od tych, jakie znałam dotychczas. Na ulicach oraz w sklepach, oprócz czysto wymawianego języka polskiego, słyszało się również język niemiecki, kaleczoną, gardłowo wymawianą polszczyznę i śpiewne, kresowe „zaciąganie”. Ta mieszanka obyczajów i kultur powodowała, że w powietrzu wisiała nieufność i wzajemna niechęć.

Jednak to było nasze nowe miejsce do życia i musieliśmy się jakoś urządzić, choć żyło się ciężko, bo ludziom często brakowało wielu podstawowych rzeczy. Pamiętam, jak mama brała mnie za rękę i maszerowałyśmy spory kawał drogi, aby przez kilka godzin stać w kolejce po mięso. Nudziłam się śmiertelnie w tej kolejce, gdyż moją jedyną rozrywką było oglądanie holenderskich kafelków na ścianach lub porcelanowej świnki w oknie wystawowym sklepu.

Jednak w tej wędrówce był jeden jasny punkt – moja fontanna...

fontanna Jedności Europejskiej - dawniej Trzech CesarzyPrzechodziłyśmy z mamą koło wypalonego gotyckiego kościoła ze zwaloną wieżą, szłyśmy kawałek pod górkę, a wtedy ukazywała mi się w całej swojej monumentalnej, spokojnej piękności – statyczna i niewzruszona, na tle ruin i kalekich drzew.
Plac, na którym się znajdowała, niegdyś był Rynkiem, centralnym punktem miasta – wyjątkowym, bo w kształcie trójkąta, a nie czworoboku jak inne rynki. Ratusz i otaczające go domy zniknęły, postała tylko ona – jedyne świadectwo minionych czasów. Jej piękno, które mnie tak urzekło, nie miało w sobie nic z napuszonego baroku. Składała się z prostego basenu, gdzie na środku znajdowały się trzy morskie stwory, wyglądające niczym fantastyczne ryby o wielkich pyskach. Na ich grzbietach wznosił się trójgraniasty obelisk z owalnymi, pustymi miejscami po wyrwanych medalionach. Niegdyś z rybich pysków płynęła woda, lecz system hydrauliczny uległ uszkodzeniu, a po wojnie były sprawy o wiele pilniejsze, więc fontanna przez wiele lat pozostała jedynie atrapą.

Jej szary granit i wyważone proporcje były tak szlachetne i skromne zarazem, że zawsze patrzyłam na nią jak zauroczona. Mama ciągnęła mnie za rękę, a ja przebierałam nogami, które mi się trochę plątały, ponieważ gapiłam się i marudziłam. Mama się gniewała, ale nie mogła nic poradzić na ten bierny opór, bo fontanna przyciągała mój wzrok niczym magnes żelazo...Intrygowały mnie jej puste, owalne płaszczyzny, nie miałam pojęcia, co tam mogło się kiedyś znajdować, ale nawet dla mojego dziecięcego umysłu stało się jasne, że było to coś, o czym należało zapomnieć, a na pewno nie należało tego oglądać. 

Fontanna przez wiele lat stała sucha i nieczynna, lecz mimo swego okaleczenia była dla mnie czymś niezmiennym i stabilnym. Z czasem wokół placu wzniesiono klocki nowych bloków, a ona tam trwała — niepasująca do otoczenia, wśród drzew, które rosły coraz wyżej. Ja również dorastałam, więc z biegiem czasu fontanna wydawała mi się nieco mniejsza.

Polska Górka - brama na cmentarz ewangelicki

Później nadeszły trudne lata sześćdziesiąte, atmosfera na Mazurach zrobiła się ciężka i wielu dawnych mieszkańców podjęło decyzję o wyjeździe do Niemiec. Nikt już nie dbał o stare cmentarze, krewni tych, którzy na nich leżeli, również zmarli lub mieszkali daleko, a na grobach widniały obco brzmiące, „nie nasze” imiona i nazwiska... Moja fontanna także padła ofiarą owych czasów. Pamiętam, jak bardzo byłam oburzona, gdy pewnego dnia zniknął piękny obelisk, a zastąpiły go trzy syrenki o niezbyt proporcjonalnych kształtach, urągających kanonom kobiecego piękna. Nigdy ich nie polubiłam i odruchowo odwracałam głowę, kiedy znalazły się w polu mojego widzenia.

Po latach, gdy zostałam matką, a moje dzieci nieco podrosły, próbowałam opowiedzieć im o tamtej fontannie i o tym wszystkim, co pamiętałam z dzieciństwa. Moje opowiadania nabrały kształtu dopiero w latach dziewięćdziesiątych, kiedy znów zmieniły się nastroje. Upadł mur w Berlinie, a my również zaczęliśmy przełamywać bariery strachu przed tym, co obce, co „nie nasze”... Z Niemiec zaczęli przyjeżdżać w odwiedziny dawni mieszkańcy Ostródy oraz ludzie pochodzący z miejscowości o tej samej nazwie, leżącej w Górach Harzu. Z archiwum wyciągnięto stare zdjęcia i pocztówki, przedstawiające miasto w takim kształcie, jaki miało przed wojną. Wśród nich był także wizerunek dawnej fontanny.

Wraz z nim wróciło do mnie to, co czas zacierał w mojej pamięci — wtedy też dowiedziałam się, dlaczego została tak okrutnie potraktowana. Przez wiele lat nosiła nazwę Fontanny Trzech Cesarzy i została wzniesiona dla upamiętnienia Wilhelma I, Fryderyka III i Wilhelma II Hohenzollernów. To właśnie ich wizerunki znajdowały się na medalionach, które usunięto po wojnie, gdyż zbyt jednoznacznie kojarzyły się z minionym czasem. Gdy powzięto decyzję o przywróceniu jej pierwotnego kształtu, postanowiono też, że odtąd stanie się ona pomnikiem Jedności Europejskiej. Na miejscu dawnych płaskorzeźb umieszczono herby Ostródy oraz naszego miasta partnerskiego Osterode am Harz i unijne gwiazdy, a z rybich pysków znów popłynęła woda...

stylowe kamieniczki nowego pasażu

Przez ostatnie lata cała Ostróda wypiękniała. Nie jest już ani tym miastem, jakie zniszczył wielki pożar wzniecony przez Armię Czerwoną w styczniu 1945 roku, ani tym, które zobaczyłam jako małe dziecko. Teraz, gdy spaceruję po jego ulicach prowadząc za rękę moją wnuczkę Maję, już prawie nie pamiętam ruin, jakie oglądałam, gdy byłam w jej wieku...

Niedawno razem z Mają wybrałyśmy się na wycieczkę statkiem po jeziorze Drwęckim. Wtedy przypomniałam sobie podobny rejs, na który zabrali mnie rodzice, gdy byłam dzieckiem. Próbowałam przywołać tamten obraz miasta — zniszczony bulwar, bez drewnianych mostów, jakie obecnie spinają brzegi kanałów, i piękne spacerowe molo z malowniczą altaną, gdzie w sezonie wiosenno-letnim odbywają się koncerty i inne ciekawe wydarzenia.

szachulcowa tawerna nad kanałem i okoliczna zieleń

molo nad Jeziorem Drwęckim z malowniczą altaną

Dziś z sentymentem wspominam to biedne, okaleczone miasto mojego dzieciństwa — tak odmienne od tego, na które patrzy teraz córka mojego syna. Przybysz z zewnątrz może uznać je za ładne lub brzydkie — to oczywiście kwestia gustu i oczekiwań. Ja sama także nie zawsze jestem zadowolona ze zmian wprowadzanych przez kolejnych gospodarzy, gdyż żal mi niektórych miejsc, które bezpowrotnie zniknęły, i innych, które zmieniły się do tego stopnia, że są nie do poznania.

Żal mi ściska serce, gdy patrzę na cmentarz, od zawsze nazywany Polską Górką (przed wojną grzebano tam przede wszystkim ewangelików polskiego pochodzenia), gdzie z licznych nagrobków ocalało zaledwie kilka. Zniknęła też neogotycka kaplica cmentarna, zrównana z ziemią pod koniec lat 70. Do naszych czasów zachowała się klasycystyczna brama wejściowa, wyżej wspomniane nagrobki  i nieliczne macewy w części żydowskiej. Z cmentarza wojskowego nieopodal jeziora Sajmino, gdzie pochowano 260 żołnierzy poległych na frontach Wielkiej Wojny i 24 weteranów zmarłych w latach powojennych, pozostał jedynie wielki krzyż i jeden nagrobek oraz ślady dawnego cmentarnego założenia. 

W ten sposób nieodwołalnie zniknęły materialne dowody prawdziwej historii Ostródy, chociaż w latach osiemdziesiątych na tych cmentarzach nadal było wiele grobów, na których dało się odczytać nazwiska zmarłych zapisane w zniemczonej formie, lecz o zdecydowanie polskim pochodzeniu. Brakuje mi zrozumienia dla takiego postępowania, tym bardziej że jako państwo i naród wciąż (jak najbardziej słusznie) walczymy o poszanowanie polskich cmentarzy na Ukrainie i Wileńszczyźnie. Jest to hipokryzja i zakłamywanie rzeczywistości, które donikąd nie prowadzą prowadzą, na domiar złego powodują wrogość i wzajemne animozje.

Nieco pociesza mnie widok odbudowanego zamku i kościoła św. Dominika, które przez wiele lat straszyły ruinami, a dziś do tego stopnia wtopiły się w miejski pejzaż, że wydaje się, jakby były tu od zawsze...  

kościół gotycki odbudowany z wojennych zniszczeń

Ostróda z racji swojej nie najszczęśliwszej historii nie jest miastem cieszącym się dużą ilością zabytków; najstarsze budowle, czyli zamek pokrzyżacki i gotycki kościół w okolicy dawnego Rynku, zostały poważnie uszkodzone w czasie pożaru, o którym już wspominałam, więc swój obecny kształt zawdzięczają pracom rekonstrukcyjnym.

Oprócz nich, w mieście znajdują się dwa neogotyckie kościoły: katolicki, gdzie można obejrzeć XIV-wieczną Pietę, piękną i pełną ekspresji oraz ewangelicki, wyróżniający się swoimi dwiema wieżami, gdzie znajduje się punkt widokowy, skąd w sezonie turystycznym można podziwiać panoramę miasta i jego okolicę. Są też dwie wieże ciśnień oraz budynki użyteczności publicznej i kamienice z przełomu XIX i XX wieku.

Dzisiejsza Ostróda jest popularnym ośrodkiem sportów wodnych, a także punktem, gdzie zaczyna się Kanał Ostródzko-Elbląski (jego pierwotna nazwa brzmiała „Kanał Oberlandzki”) — jedyny w swoim rodzaju zabytek z systemem śluz i pochylni, pozwalających na pokonanie ponad stumetrowej różnicy poziomów pomiędzy Jeziorem Drwęckim a Zalewem Wiślanym.

kanał wpadający do Jeziora Drwęckiego

W mieście jest bardzo dobra baza hotelowa, a wokół niego — piękne tereny leśne i liczne malownicze jeziora. Są one bardzo atrakcyjne latem, choć śnieżna zima na Mazurach również ma swe niezaprzeczalne uroki, o czym pisałam w poście Mazurskie historie. Ostróda - mroźnie i zimowo, czyli styczniowy spacer po lesie. gdzie można zobaczyć zdjęcia obrzeży miasta w zimowej szacie. Dość powiedzieć, że do miasta przylega pięć sporych akwenów, a w promieniu niewielu kilometrów jest jeszcze dziesięć innych.

Miłośnicy historycznych widowisk zapewne wiedzą o tym, że od dłuższego czasu na niedalekich Polach Grunwaldzkich corocznie gromadzą się ogromne rzesze ludzi należących do Bractw Rycerskich, przybywających z całej Polski, aby wziąć udział w rekonstrukcji Bitwy Grunwaldzkiej. Impreza ta cieszy się ogromną popularnością, o czym świadczy wielka ilość widzów obserwujących bitewne zmagania.

W niedalekiej okolicy jest jeszcze jedna ciekawa atrakcja — skansen w Olsztynku, piękny obiekt, gdzie można zobaczyć dawną wiejską zabudowę z Warmii i Mazur, Powiśla, Sambii oraz Małej Litwy. Co prawda Olsztynek od Ostródy dzieli odległość około dwudziestu kilometrów, ale jest to miejsce, któremu warto poświęcić kilka godzin, gdyż z pewnością będzie to niezapomniana wycieczka. 

P.S. Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się czegoś więcej o Olsztynku i skansenie, a także obejrzeć zdjęcia, jakie tam zrobiłam zapraszam do kliknięcia w link i zapoznania się z moim postem > Mazurskie historie. Podróż do źródeł, czyli po raz kolejny z wizytą w olsztyneckim skansenie. 

Ten post byłby niepełny bez pozostałych zdjęć przedstawiających Ostródę — taką, jaka jest obecnie, więc zapraszam do obejrzenia albumu 

niedziela, 21 lipca 2013

Liguria. Camogli, zapach kawy i pyszne ciasteczka (część I)



wybrzeże Liguryjskie Golfo di Paradiso, panorama Camogli

Camogli to urokliwa, historyczna osada rybacka, malowniczo położona w północnej części Włoch, na wybrzeżu Morza Śródziemnego, które w tej części nosi nazwę Riviera di Levante. Miasteczko leży nad brzegiem zatoki Golfo Paradiso, około 20 kilometrów na wschód od Genui, u stóp zielonego półwyspu Portofino. Ta wyjątkowa lokalizacja – wciśnięta wąskim pasem między błękitne Morze Liguryjskie a strome, górskie zbocza Apeninów, nadaje miejscowości wyjątkowy charakter i sprawia, że do dziś zachowała ona swój kameralny, tradycyjny klimat. 

Camogli najpierw poznałam ze słyszenia; później kilkakrotnie widziałam je z okien pociągu, kiedy jechałam wybrzeżem liguryjskim w stronę południa. Spodobała mi się jego dźwięczna nazwa, z którą wiąże się ciekawa historia, jak się później o tym przekonałam, świetnie oddająca jego charakter. W lokalnym dialekcie liguryjskim słowo casa (dom) skraca się do charakterystycznego ca' – legenda głosi, że nazwa powstała z połączenia słów Ca' de Mogli, czyli „Dom Żon”. Gdy lokalni rybacy i marynarze na wiele miesięcy wypływali w morze, w wielkich, kolorowych kamienicach na brzegu zostawały same kobiety, które zarządzały miastem i wypatrywały powrotu swoich mężów. Druga interpretacja wskazuje na zwrot Ca' moeggi, co oznacza po prostu „domy stłoczone obok siebie” i doskonale opisuje ciasną zabudowę tutejszego nabrzeża. 

O samym miasteczku nie mogłam nic powiedzieć, gdyż leży ono na samym brzegu morza, natomiast tory kolejowe są usytuowane nieco wyżej, na zboczu góry.  Z tego powodu z okien pociągu niewiele mogłam zobaczyć poza dworcem, który jest typową, liguryjską stacyjką z początku XX wieku, palmami, drzewkami pomarańczowymi, dachami domostw poniżej i morzem aż po horyzont. 

Po raz pierwszy znalazłam się tam w pewnym sensie przymusowo, gdyż właśnie z Camogli odpływa statek do Capodimonte, gdzie leży zabytkowe opactwo San Fruttuoso, które było zasadniczym celem mojej wyprawy. 



Camogli via Republica


Kiedy planowałam tę wycieczkę moi włoscy znajomi powiedzieli mi, że nie pożałuję, jeśli poświęcę trochę czasu na zwiedzenie miasteczka, gdyż jest to typowa dla Ligurii, bardzo malownicza miejscowość. Kiedy po dwu i półgodzinnej podróży w sobotni poranek około godziny dziewiątej wysiadłam z pociągu, w Camogli panował jeszcze senny nastrój, choć słońce świeciło przepięknie, a niebo miało kolor głębokiego turkusu. Był początek lutego; w Lombardii nadal panowała zima, więc miałam na sobie ciepłą, pikowaną kurtkę. Ku mojemu zaskoczeniu pogoda w Ligurii była niemal wiosenna, a nieliczne osoby, jakie napotkałam, były przyodziane w swetry lub bluzy z polaru. Ponieważ pod kurtką również miałam taką bluzę, szybko przystosowałam się do sytuacji, zapakowałam wierzchnie okrycie do plecaka i ruszyłam przed siebie. 

Od stacji do portu prowadzi via Republica, główna ulica najstarszej części miasteczka, wiodąca lekkim zakosem w dół, w kierunku morza. Kiedy przeszłam jej niewielki odcinek, wiedziałam już, że to urocze miejsce znajdzie swój stały kącik w moim sercu i z pewnością zechcę tam wrócić. 

Zapewne to pierwsze, tak korzystne wrażenie było związane z przepiękną słoneczną pogodą i cudowną atmosferą leniwego poranka, kiedy rybacy, którzy pracowali w nocy, śpią smacznie, a inni mieszkańcy z racji soboty nie muszą się śpieszyć do swoich zwykłych zajęć. Wysokie domy, pomalowane na ciemnożółto i pomarańczowo w blasku słońca wyglądały wspaniale. Zachwyciły mnie te wielkie kamienice z niezliczonymi oknami, przysłoniętymi drewnianymi, dwuskrzydłowymi persjanami, pomalowanymi na ciemnozielony kolor. Obydwa skrzydła w połowie wysokości mają zawiasy, dzięki czemu można podnieść ich dolną część, co wewnątrz mieszkań zapewnia zarówno cień, jak i przepływ powietrza. Takie persjany po raz pierwszy widziałam w Bari, tuż po przyjeździe do Włoch, zawsze też kojarzyły mi się z czymś egzotycznym, z morskim wiatrem i słońcem...  W Lombardii powszechnie używa się  zwijanych rolet zewnętrznych lub prostych okiennic malowanych na szaro lub brązowo, więc z przyjemnością patrzyłam na ten widok i wspominałam moje pierwsze włoskie dni.




Camogli - bulwar przy plaży

Inną rzeczą, która mnie uderzyła i sprawiła, że powróciłam pamięcią do początków mojego pobytu we Włoszech, był zapach świeżo parzonej kawy połączony z morską bryzą. Po wyjeździe z Bari najbardziej mi brakowało właśnie tego cudownego aromatu, gdyż jestem nałogową kawoszką i bez kawy nie wyobrażam sobie życia. W Bari, kiedy wychodziłam na ulicę i przechodziłam koło licznych kawiarenek serwujących poranne espresso, ten zapach był dla mnie niczym narkotyk. Oczywiście ja również zaczynałam każdy dzień od "małej czarnej" ale jak wiadomo, nadmiar wypijanej kawy nie sprzyja zdrowiu, natomiast można ją wąchać do woli... W Bari lubiłam patrzeć na kelnerów w śnieżnobiałych koszulach z muszką i długich, czarnych fartuchach, wybiegających na ulicę z tacą w ręku, gdzie pod  wykrochmaloną serwetką stały pachnące filiżanki i dzbanuszek z mlekiem. Wtedy był to dla mnie bardzo egzotyczny widok, bo nie wiedziałam, że zgodnie z obyczajem powszechnym na południu Włoch, pracownicy z okolicznych biur dzwonią do pobliskiego baru, aby zamówić poranną kawę do miejsca pracy. 

Co ciekawe, w Lombardii kawa pachnie zupełnie inaczej, niewykluczone, że dzieje się tak z powodu ciężkiego, wilgotnego powietrza i trującego smogu zalegającego nad Doliną Padu. Mam wrażliwy węch, więc przeszkadzało mi to tak bardzo, że przestałam używać kafetiery, gdyż woń wyparzonych fusów przyprawiała mnie o mdłości.  Jednak mój organizm domagał się codziennej porcji kofeiny, więc zdecydowałam się na szybką w przygotowaniu Nescafé. Różnica w smaku, choć wyczuwalna, była do zniesienia, a poza tym nie musiałam myć kafetiery, czego nie cierpię z całej duszy. W Camogli znowu mogłam napawać się tym prawie zapomnianym wrażeniem, jakie mi towarzyszyło w pierwszych miesiącach mojej emigracji, więc weszłam do pierwszego napotkanego baru na filiżankę espresso. Podobnie jak Proust, u którego smak magdalenki uruchomił lawinę wspomnień z dzieciństwa, wróciłam pamięcią do poranków w Bari i tego wszystkiego, co się zdarzyło w ciągu wielu lat, od chwili, kiedy po raz pierwszy postawiłam stopę na włoskiej ziemi...





Camogli - widok portu z zamkowego tarasu

Budynki stojące przy głównej ulicy Camogli oprócz persjan mają jeszcze jedną cechę, typową dla tego regionu. Są to elewacje malowane techniką trompe l'oeil, która za pomocą odpowiednio dobranych odcieni farby tworzy iluzję światła i cienia. To sprawia, że płaska ściana nabiera cech trójwymiarowości, a nasze oczy widzą nieistniejące w rzeczywistości posągi, kolumny i balustrady. Jak już wspomniałam, główna ulica miasteczka biegnie nieco poniżej linii torów kolejowych, po zboczu wzgórza, równolegle do brzegu morza. W kilku miejscach pomiędzy budynkami pozostawiono wąskie przejścia ze stromymi schodami zwanymi tu salita, które skracają drogę do leżącej poniżej via Garibaldi, pełniącej funkcję malowniczej nadmorskiej promenady.

Kiedy dotarłam do końca głównej ulicy, znalazłam się przy takich schodach prowadzących do niezbyt dużego portu, skąd miał odpłynąć statek do opactwa. Stało tam mnóstwo rybackich łodzi, które wczesnym rankiem wróciły z nocnego połowu. Wszędzie wokoło wisiały żółte i pomarańczowe sztormiaki suszące się w porannym słońcu oraz wielkie zwoje sieci z czerwonymi pływakami. Podczas spaceru zauważyłam tam coś, co mnie zastanowiło i rozbawiło jednocześnie. Było to stare plastikowe wiadro z dużym napisem „Se vuoi prenditi anche questo!!” (Jeśli chcesz, weź także to!!). Pomyślałam, że być może jest to zgryźliwy komentarz kogoś, komu już nieraz zginęło wiadro, więc w taki sposób postanowił zostawić złodziejowi "wiadomość zwrotną", a ten osobliwy szczegół zapadł mi w pamięć równie mocno jak widok kolorowych łodzi. 

Na lewo od portu znajduje się niewielki placyk z pięknymi schodami z białego marmuru w głębi. Prowadzą one na taras, wybrukowany okrągłymi kamieniami w odcieniach szarości i bieli, ułożonymi w misterne wzory w kształcie rozet. Z tarasu wchodzi się do kościoła i zamku wznoszącego się nieopodal na wysokiej skale wyrastającej z morza.


Camogli - Castel Dragone



Camogli - Golfo di Paradiso

Obydwie budowle znajdują się tuż przy plaży, lecz dostępne są jedynie z tarasu, co w razie napaści na miasto od strony morza, pozwalało mieszkańcom na szybką ucieczkę i schronienie się w ich murach. Zamek nie jest zbyt duży, ale chyba nieźle sprawował swoją obronną funkcję, o czym może świadczyć jego groźna nazwa — Castel Dragone, czyli "Smoczy Zamek". Zastanawiałam się, czy ma to jakiś związek z legendą o smoku z pobliskiego Capodimonte? Tak czy inaczej, można tu do dziś podziwiać "zęby smoka", czyli dwie potężne armaty z lufami zwróconymi w kierunku morza, stojące na tarasie obok kościoła. Patrząc na nie, nietrudno uwierzyć, że dobrze wycelowane, mogły skutecznie roznieść na strzępy każdy okręt, który nieproszony chciałby zbliżyć się do miasta. 

Masywna bryła kościoła i jego bezpośrednie sąsiedztwo z zamkiem, świadczą o tym, że w razie niebezpieczeństwa mógł być schronieniem i znaczącym punktem oporu dla mieszkańców, którzy w razie potrzeby mogli dać wsparcie żołnierzom. Dziś taras pomiędzy nimi służy jako punkt widokowy, można stąd obserwować wspaniałą panoramę, z Genuą bielejącą po prawej stronie oraz rozpościerającą się na lewo plażę i przylegające do niej zabudowania Camogli. Okolica istotnie jest tak piękna, że trudno ją zapomnieć. Plaża jest co prawda szara i kamienista, lecz blask słońca sprawia, że lśni bielą i srebrem. Wzdłuż niej prowadzi bulwar będący paralelą głównej ulicy miasta, przy którym również wznoszą się wysokie domy, pomalowane na ciepłe, żywe kolory.

W głębi są podwórka-studnie, a całość połączono systemem schodów, o których pisałam uprzednio. Tym razem zadowoliłam się pobieżnym obejrzeniem tej pięknej scenerii i jej sfotografowaniem, gdyż głównym celem mojej wycieczki było opactwo San Fruttuoso. Ponieważ zbliżała się godzina, o której odpływał statek do Capodimonte, musiałam przerwać spacer, by wrócić do portu. "Zaokrętowałam się" bez przeszkód, po chwili statek opuścił zatokę i skierował się w stronę pełnego morza, więc miałam okazję zobaczyć Camogli z innej perspektywy i znowu zrobić parę zdjęć. Nie mogłam też napatrzeć się na kolor morza, które w miarę jak oddalaliśmy się od lądu przybierało barwę indygo i na linię brzegową, gdzie w lazurowej mgle rysowały się Alpy Liguryjskie i Zatoka Genueńska. Po chwili przybiliśmy do miejsca zwanego Punta Chiappa, gdzie jest najmniejsza we Włoszech przystań rybacka, zwana Porto Pidocchio (pidocchio to po prostu wesz, więc zapewne chodzi o to, że port jest taki mały, jak nie przymierzając ten insekt). Przed nami był jeszcze kilkunastominutowy rejs wzdłuż wybrzeża do miejsca, o którym pisałam w poście pt. Liguria. Opactwo San Fruttuoso w Capodimonte

plaża w Camogli



Camogli - latarnia morska na falochronie


Podczas tej pierwszej wizyty nie starczyło mi czasu, aby wstąpić do słynnej pasticerii Rovello, w której sprzedawane są pyszne ciasteczka wspomniane w tytule. Dlatego ponownie pojechałam do Camogli, a podczas tej drugiej wizyty odkryłam zupełnie inne oblicze miasteczka. To właśnie wtedy trafiłam do niewielkiej cukierni, gdzie mogłam spróbować słynnych ciasteczek camogliesi – o czym opowiadam w kolejnej części, którą można znaleźć pod linkiem Liguria. Camogli, zapach kawy i pyszne ciasteczka (część II)


Więcej zdjęć z Camogli jest w albumie

wtorek, 22 stycznia 2013

Lombardia. Monte Bisbino.



W zasadzie nie zaliczam się do osób, które w swoim życiu kierują się przepowiedniami i horoskopami, zdarza się, że je czytam lecz robię to raczej dla zabawy a nie po to aby szukać w nich rad na przyszłość. Mimo to, czasami mi się wydaje, że być może jednak jest w nich coś co być może tłumaczy pewne nasze irracjonalne zachowania...Wiele osób z pośród moich znajomych uważa, że jestem osobą poukładaną a nawet "kwadratową". Kiedy pracowałam we Włoszech, niejednokrotnie moje przywiązanie do zasad i procedur budziło zdziwienie wśród kolegów po fachu podchodzących do nich nieco bardziej na luzie a kiedy dowiadywali się, że jestem zodiakalną Panną z politowaniem kiwali głowami i orzekali, że charakterystyka tego znaku pasuje do mnie jak ulał. Jednak ktoś, kto mnie lepiej zna wie, że w rzeczywistości cierpię na swego rodzaju rozdwojenie jaźni... Idąc dalej tropem horoskopów, można to chyba wytłumaczyć faktem, że mój ascendent to Strzelec, którego podobno cechuje wyjątkowe zamiłowanie do swobody, otwartych przestrzeni i chodzenia, gdzie nogi poniosą. Może dlatego czasem czuję nieprzepartą ochotę, żeby zrobić coś wbrew regułom i rozsądkowi a nawet sobie samej? No bo jak inaczej można wytłumaczyć zamiłowanie do czystości z organiczną niechęcią do odkładania wszystkiego na swoje miejsce? W moim przypadku wygląda to tak, że po ciężkich bojach, kiedy zwykłe sprzątanie zamienia się w gruntowne porządki (które normalny człowiek robi najwyżej dwa razy do roku) boję się poruszać po domu, żeby nie zburzyć tak drogo okupionego ładu a mimo to, do dzisiaj nie wiem, co lubię bardziej: porządkować, czy bałaganić? Z jednej strony chciałabym mieć wszystko zorganizowane i pod kontrolą, jestem zawsze przygotowana na różne warianty sytuacji, (w tym czarny scenariusz, czego np. mój syn nie jest w stanie zrozumieć) a z drugiej nic tak mnie nie kręci, jak improwizacja i nagła zmiana planu (przynajmniej w moich wyobrażeniach - zawsze na lepszy i bardziej atrakcyjny). Pamiętam, że jako dziecko miałam swój własny światek, gdzie poczesne miejsce zajmowały nie lalki i klocki lecz fragmenty potłuczonych talerzy z pięknymi ornamentami, jakieś porcelanowe i szklane pojemniczki, buteleczki po perfumach, czy rzeźbione korki od karafek.


Najczęściej znajdowałam te cuda w pobliskich ogrodach, po wiosennym lub jesiennym kopaniu. Ta moja mała archeologia budziła powszechne zdziwienie i zażenowanie mamy, którą sąsiadki pytały dlaczego szwendam się po świeżo skopanych grządkach, zamiast bawić się z innymi dziećmi jak Bóg przykazał? Natomiast dla mnie były to rzeczy niebanalne, okruchy czegoś, co już nie istnieje, świadectwo jakiegoś minionego bytu okrytego zasłoną tajemnicy a dzięki temu w moich oczach nabierały jeszcze większej wartości... Cała ta kolekcja towarzyszyła mi bardzo długo, choć z biegiem czasu zajmowałam się nią w coraz mniejszym stopniu. Kiedy miałam czternaście lat i wyjechałam na wakacje do babci, moje skarby za sprawą mamy wylądowały w śmietniku. Było mi nieco przykro, nawet trochę protestowałam, ale w duchu wiedziałam, że ten etap życia mam za sobą i jest to naturalna kolej rzeczy... Innym psychicznym garbem jest moje zmiłowanie do chodzenia na skróty. Jeśli mam do wyboru normalną drogę, czy chodnik dla pieszych lub jakąś błotnistą ścieżkę, która za to sprawia wrażenie nieco krótszej z pewnością wybiorę ścieżkę. Na nic nie zdaje się to, że sama sobie tłumaczę, iż takie zachowanie nie licuje z rozsądkiem jaki przystoi dorosłemu człowiekowi albo że ubrudzę buty i będę wyglądała nieświeżo. Choć w głowie mam słuszne, twarde postanowienie, moje nogi żyją własnym życiem i kierują się w stronę błotnistego skrótu. Nie policzę, ileż to razy w związku z tym beształam sama siebie za moją głupotę, gdyż te pomysły naraziły mnie na przykre konsekwencje! 


Kiedy zamieszkałam we Włoszech, znowu odnalazłam tę część mojej osobowości i odpowiednie miejsce, gdzie mogła ponownie dojść do głosu. Początkowo szukałam towarzystwa innych osób do wspólnych wyjść w plener, ale tak się złożyło, że ci, których polubiłam albo nie podzielali mojego zamiłowania do włóczęgi, albo nie mogli mi towarzyszyć z powodu innych godzin pracy. Trochę nad tym bolałam, gdyż początkowo nieco się obawiałam samotnych wędrówek, lecz ludzie, z którymi rozmawiałam na ten temat, w dużej mierze rozwiali moje lęki i dodali mi odwagi, mówiąc, że przestępcy swoich ofiar szukają w mieście, a nie na górskich szlakach i jedyną rzeczą, o której trzeba pamiętać jest to, aby zawsze zabierać ze sobą zdrowy rozsądek i mierzyć siły na zamiary. Pomna tych przestróg zaczęłam od krótkich i prostych tras, żeby oswoić się z terenem a później stopniowo postanowiłam zapuszczać się w coraz dalsze rejony i na trudniejsze wyprawy. Nie mam skłonności samobójczych, więc zawsze starałam się wszystko przemyśleć, aby nie napytać sobie biedy i nie przysporzyć innym ludziom problemów poprzez ratowanie mnie z opresji. Czasem jednak natura Strzelca brała we mnie górę nad rozsądkiem, jak to było w wypadku wyprawy na Monte Bisbino. Jest to spora (1325 m) góra pomiędzy jeziorem Como i Lugano, przez którą przebiega granica ze Szwajcarią. Swego czasu wielka ilość drobnych szmuglerów zwanych spalloni wędrowała tu górskimi ścieżkami z papierosami przemycanymi w plecakach. Przemytniczy proceder skończył się w latach sześćdziesiątych, a dziś te ścieżki okupują turyści. Jest to góra, gdzie na piechura czyha wiele niespodzianek, poza tym zwykle widać jej bliższą część ze szpiczastym wierzchołkiem co jest mylące, ponieważ nie jest on właściwym szczytem, który jest o wiele wyżej i dalej, więc do celu jest jeszcze spory kawał mozolnej drogi. Cały jej masyw można zobaczyć z tarasu przed dworcem Como Centrale, które zamieściłam jako pierwsze, choć zrobiłam je przy innej okazji.


Biorąc pod uwagę fakt, że miałam zamiar wyruszyć z Cernobbio, które tak jak jezioro Como leży na wysokości 210 m n.p.m.  ozostawało mi do pokonania nieco ponad 1100 metrów przewyższenia i około dwunastokilometrowy marsz po zboczu tej rozległej góry. Wiedziałam, że to będzie niełatwa i czasochłonna wyprawa, więc wyruszyłam z domu wcześnie rano. Jednak jak się okazało, (zresztą nie po raz pierwszy) Bella Italia zawsze ma w zanadrzu parę niespodzianek. Pociąg do Lentate (gdzie miałam się przesiąść na drugi, jadący do Como) przyjechał spóźniony i musiałam przez godzinę czekać na następny. Po przyjeździe do Como spotkała mnie inna niemiła niespodzianka — z powodu wakacji znacznie okrojono rozkład jazdy autobusów. Zaznaczam, że Como to miejscowość, gdzie w okresie letnim turystów jest mnóstwo, niemal jak przysłowiowych mrówek i korzystają oni przede wszystkim z publicznej komunikacji... W związku z tymi innowacjami miałam następny poślizg czasowy i do Cernobbio dotarłam z ponad dwugodzinnym opóźnieniem. Zaczęłam się poważnie zastanawiać nad zmianą planu, lecz jakiś wewnętrzny głos mówił mi, że jednak powinnam spróbować. Pomyślałam, że pójdę dalej i będę kontrolować czas, aż do chwili, kiedy bezwzględnie będę musiała zawrócić, aby mieć możliwość dotarcia do domu przed północą, gdyż później ilość pociągów jest znikoma.


Jak wspominałam, na Monte Bisbino prowadzi wiele ścieżek. Najbardziej popularna jest droga południowo zachodnia, lecz ja wybrałam wariant wschodni, nieco krótszy i bardziej stromy, gdyż czytając opis tego szlaku, dowiedziałam się, że jest tam niewielka kapliczka pod wezwaniem San Carlo i chciałam ją zobaczyć. W jego sąsiedztwie znajduje się też droga jezdna, gdyż na zboczach góry jest kilka gospodarstw agroturystycznych, a na jej szczycie znajduje się sanktuarium Matki Boskiej Dziewicy, restauracja i stacja meteo. Mimo tych znamion cywilizacji, dla pieszego turysty dotarcie na szczyt to coś o wiele więcej niż miły spacer. Zbocza góry przecinają liczne jary, co sprawia, że trasa znacznie się wydłuża. Na samym początku drogi w wiosce Rovenna wdałam się w rozmowę z sympatycznym właścicielem sklepu, kiedy powiedziałam mu, gdzie idę, zobaczyłam na jego twarzy zdziwienie pomieszane z powątpiewaniem. Nie omieszkał głośno wyrazić swoich wątpliwości, gdyż jego zdaniem było po prostu zbyt późno (z czego sama zdawałam sobie sprawę, bo dochodziło południe) a jak mi powiedział, jest to dość czasochłonna wyprawa. Choć nie krył swojej dezaprobaty dla mojej lekkomyślności, nie czekając na pytania udzielił mi kilku użytecznych wskazówek na dalszą drogę, a także ostrzegł przed możliwym pogorszeniem pogody.

Początkowo ścieżka wznosiła się łagodnymi zakosami, lecz kiedy zaliczyłam mniej więcej 1/3 zbocza, zaczęło się robić bardziej stromo i mniej wesoło. Przeszłam jeszcze spory kawałek drogi i doszłam do kapliczki San Carlo, która nawiasem mówiąc, okazała się dość zwyczajną budowlą raczej świeżej daty. Zobaczyłam wtedy to, co mnie jeszcze czekało, jeśli chciałam dotrzeć na szczyt. Okazało się, że jestem dość wysoko na zboczu mniejszego wzniesienia, przede mną była niewielka przełęcz a dalej następne zbocze i częściowo widoczny szczyt Monte Bisbino. Usiadłam, żeby przez chwilę odpocząć i zaczęłam bić się z myślami. Rozsądek nakazywał powrót, bo minęła już godzina czternasta, a był to czas, jaki sobie wyznaczyłam na chwilę powrotu. Z drugiej strony miałam jakiś wewnętrzny opór, aby zrezygnować z dotarcia do celu.


Pozornie jeszcze się wahałam, jednak w głębi duszy wiedziałam, że nie zrezygnuję i że muszę iść dalej. Było to bardzo ryzykowne, gdyż do szczytu miałam jeszcze ponad godzinę drogi, na zejście do Cernobbio musiałam przewidzieć około trzech godzin, później czekała mnie jazda autobusem do Como i powrót pociągiem do domu. Gdybym znowu natrafiła na jakieś przeszkody i uciekłby mi ostatni pociąg, byłabym w prawdziwym kłopocie, bo na znalezienie noclegu w Como, czy Cernobbio raczej nie mogłam liczyć. Na szczęście nie musiałam się martwić z powodu pracy, ponieważ nazajutrz miałam dyżur nocny, więc zaczęłam rozważać "plany spadochronowe". Pomyślałam, że skoro w okolicy jest restauracja i asfaltowa droga, to zapewne ktoś od czasu do czasu jeździ na dół, więc można poprosić o podwózkę. Można też przenocować w niedalekim schronisku, ewentualnie spróbować pójść drogą jezdną do gospodarstwa agroturystycznego i tam prosić o nocleg. Mając tak wiele możliwości, postanowiłam bez zwłoki wyruszyć w dalszą drogę. Szczerze mówiąc, była ona pełna trudu i fatygi. Byłam chyba na wysokości 900 metrów, kiedy zaczęła mi się dawać we znaki różnica wysokości oraz rosnące zmęczenie. Byłam na nogach od wczesnego ranka i szłam niemal bez przerwy od prawie trzech godzin. Po wyprawie z Carlem na Monte Jafferau nabrałam zaufania do moich sił i wiedziałam, że sobie poradzę. Jednak w porównaniu z lekkim powietrzem w wysokich górach, tu było ono ciężkie i bardzo wilgotne co sprawia, że człowiek poci się i męczy o wiele szybciej. Wydawało mi się, że to już ostatni odcinek drogi, więc zebrałam się wewnętrznie i zaczęłam pokonywać liczne zakosy ścieżki na coraz bardziej stromym zboczu, w przekonaniu, że po ich przejściu znajdę się u celu.


Niestety! Doszłam do małego płaskowyżu, gdzie wyrastało następne, strome zbocze. Wiedziałam jednak, że jestem blisko szczytu, bo z polanki widziałam panoramę gór z Monte Generoso leżącym już na terenie Szwajcarii. Ten ostatni fragment drogi był jednym z tych, gdzie prosiłam Boga, aby mi dodał sił; serce waliło mi jak szalone, jednak nie chciałam się zatrzymywać, bo wiedziałam, że jeśli mi opadnie poziom adrenaliny, będzie jeszcze gorzej... Starałam się zapanować nad oddechem i z trudem pokonałam ostatnie (jak mi się wydawało) kilkadziesiąt metrów w górę. Kiedy doszłam do następnej polanki, okazało się, że jest tam niewielki parking, będący jednocześnie tarasem widokowym. Powyżej znajdował się właściwy szczyt, gdzie wznosiło się sanktuarium i przytulona do niego restauracja, do których prowadziły kamienne schody i ścieżka biegnąca tuż obok. Ostatkiem sił poczłapałam ścieżką, gdyż po wąskich schodach schodziła para ludzi w średnim wieku. 

Mijając mnie uśmiechnęli się sympatycznie, więc pierwsza ich pozdrowiłam, jak to nakazuje dobry obyczaj (osoba idąca po górę pozdrawia te, które schodzą). Co do tego zwyczaju witania szczerze powiem, iż na niektórych zatłoczonych szlakach, gdzie kręcą się tłumy ludzi, wydaje mi się to trochę sztuczne i wymuszone, jednak gdy spotykam kogoś oko w oko na odludziu, na wąskiej ścieżce to sądzę, że uśmiech i pozdrowienie są jak najbardziej na miejscu, więc praktykuję to z przyjemnością. Zdarza się też, że przy okazji można zamienić parę słów na temat szlaku lub okolicznych ciekawostek a wtedy między przypadkowymi przechodniami siłą rzeczy zawiązuje się niteczka sympatycznego porozumienia. Kiedy pokonałam ścieżkę i stanęłam u podnóża następnych schodów prowadzących bezpośrednio do kościoła, okazało się, że główne drzwi do sanktuarium są zamknięte...


Co prawda mogłam zajrzeć do wnętrza kaplicy, bo tu drzwi były otwarte, jednak dostępu do wnętrza broniła solidna krata zamykająca krużganek. Zmówiłam więc modlitwę i pokręciłam się przez chwilę wokół kościoła. Okazało się, że na górze było kilka osób, które prawdopodobnie przyjechały samochodami stojącymi na parkingu. Rozejrzałam się po okolicy, jednak nie był to dzień sprzyjający podziwianiu pejzażu ani fotografowaniu. Góry aż po horyzont spowijał gesty opar, ponieważ Monte Bisbino i cały teren znalazły się w strefie niskich chmur, a bądź co bądź byłam na wysokości ponad 1300 metrów. Bardzo mnie to rozczarowało, gdyż wiele sobie obiecywałam jeśli chodzi o fotografowanie jeziora z tej wysokości. Swego czasu byłam na sąsiedniej Monte Generoso podczas pięknej pogody z dobrą widocznością, więc wiem, że tym razem dużo straciłam. Ponieważ jednak osiągnęłam mój zasadniczy cel, miałam z tego naprawdę ogromną satysfakcję, przede wszystkim ze względu na to, że się nie poddałam i nie zawróciłam. Należało jednak jak najszybciej pomyśleć o powrocie do Cernobbio, ponieważ czekały mnie jeszcze jakieś dobre dwie, do trzech godzin marszu. W związku z tym postanowiłam, że zejdę asfaltową drogą i będę próbowała zatrzymać jakiś przejeżdżający samochód w nadziei na podwózkę, co pozwoliłoby mi na uniknięcie uciążliwej i niezbyt interesującej drogi w dół. Kiedy znalazłam się na parkingu, zauważyłam, że sympatyczni państwo, których mijałam na schodach, rozmawiają z parą młodych ludzi, którzy właśnie przyjechali na motocyklu. Stanęłam nieco z boku, a kiedy skończyli rozmowę, zapytałam, czy jadą na dół i czy mogę liczyć na podwiezienie. Zgodzili się chętnie i bez chwili wahania. Podczas jazdy z góry prowadziliśmy bardzo miłą i ożywioną rozmowę, przy okazji dowiedziałam się wielu ciekawostek o okolicznych szlakach, gdyż obydwoje byli doświadczonymi piechurami. Po mniej więcej półgodzinnej jeździe pożegnaliśmy się serdecznie i zostawili mnie na przystanku autobusowym w Cernobbio. Pomyślałam wtedy, że moja wiara w dobrą energię krążącą po świecie, jeszcze raz znalazła swoje potwierdzenie... Tak bardzo pragnęłam znaleźć się na szczycie tej góry, tyle mnie kosztowała wysiłku i poświęcenia! Spotkanie tych miłych ludzi było swego rodzaju nagrodą od losu, który oszczędził mi w ten sposób mało satysfakcjonującego marszu po asfalcie i bardzo późnego powrotu do Limbiate. Słońce już zachodziło, kiedy wyjechałam z Cernobbio a do domu dotarłam w zupełnych ciemnościach około godziny 23. Był to dla mnie bardzo pouczający i owocny dzień, który zaczął się nieco kulawo, lecz pięknie zakończył.

Monte Bisbino to góra, gdzie do dziś znajdują się dawne umocnienia wojskowe należące do Linii Cadorna. Ponieważ mają dużą wartość historyczną i budzą wielkie zainteresowanie turystów, podjęto w ich obrębie prace konserwatorskie i remontowe, gdyż mają być udostępnione zwiedzającym. Na ścianie kościoła znalazłam tablicę poświęconą poległym partyzantom z działającej w rejonie Como Brygady Garibaldina (to ta sama, która ujęła Mussoliniego w niedalekim Dongo) natomiast jak się dowiedziałam, samo sanktuarium jest datowane na XVII wiek i należy do parafii Rovenna. Dwa razy do roku odbywają się tu uroczyste pielgrzymki, w których licznie uczestniczą mieszkańcy okolicy. Z tego, co słyszałam, pielgrzymujące grupy wybierają różne ścieżki w zależności od formy fizycznej uczestników a osoby, które nie są w stanie pokonać tej trasy pieszo, przyjeżdżają na górę samochodami lub specjalnie wynajętym autokarem.


Więcej zdjęć jest w albumie