Un luogo, bizzarramente, si chiama Orta. Uno, che sapeva guardare, dice mio padre, l'ha definito un tempo un aquarello di Dio.
(To miejsce nosi dziwaczną nazwę "Orta". Mój ojciec mówi, że ktoś, kto umie patrzeć, pewnego razu nazwał je akwarelą namalowaną przez Boga.)
(Marcus Werner, Terraferma)
Orta to zaledwie maleńka kropeczka na mapie Włoch. Od sąsiedniego Lago Maggiore oddziela ją pasmo wzniesień i odległość mniej więcej dwudziestu kilometrów. Jej najstarszą część tworzy centralny plac na brzegu niewielkiego jeziora noszącego tę samą nazwę co miasto i kilka wąskich uliczek. Pierwsze wzmianki o niej można spotkać w źródłach pisanych z okresu upadku Cesarstwa Rzymskiego, jednak miejscowość taka, jaką widzimy obecnie, ukształtowała się o wiele później. Są tu co prawda domostwa o historii sięgającej średniowiecza i renesansu, lecz większość zabudowań wzniesiono w XVII i XVIII wieku.
Do miasteczka, które leży na niewielkim półwyspie, prowadzi droga, zaczynająca się w wyżej położonej wiosce Miasino. Mniej więcej w połowie odległości dzielącej Miasino i Ortę znajduje się interesująca, dziewiętnastowieczna willa w mauretańskim stylu, z wieżą w kształcie minaretu, zwieńczonego kopułą z pozieleniałej, miedzianej blachy. Jest to willa Crespi, nazwana tak od nazwiska właściciela i pomysłodawcy, bogatego przemysłowca oczarowanego sztuką Wschodu. W tym miejscu droga do Orty rozwidla się na dwie odnogi wiodące jego południowym i północnym brzegiem. Kiedy przyjechałam tam wraz z moją córką Martą, wybrałyśmy drogę południową prowadzącą tuż nad wodą, natomiast kiedy odwiedziłam Ortę wiosną tego samego roku, szłam drogą północną. Nazywa się ją panoramiczną, gdyż biegnie po zboczu wzgórza, na którym wzniesiono przepiękne Sacro Monte di San Francesco (pisałam o nim w poście pt.
Orta, czyli Sacro Monte magiczne.). Z tej wysokości roztacza się piękny widok na jezioro i okoliczne góry, jednak spacer drogą południową również oferuje niezapomniane wrażenia.

Poniżej, na samym brzegu jeziora, znajdują się rozległe sady i liczne prywatne posesje z willami i domkami stosunkowo świeżej daty. Kiedy po przejściu kilku kilometrów dotarłam do Orty, w pierwszej chwili zamiast domów zobaczyłam jedynie ich dachy pokryte szarym łupkiem i pociemniałymi dachówkami, gdyż pomiędzy drogą, którą przyszłam, a miasteczkiem jest spora różnica poziomów. Zeszłam w dół po ażurowych, metalowych schodach na duży miejski parking i skierowałam się w stronę najbliższej uliczki. Przechodząc obok muru otaczającego jakiś ogród, pod malutkim daszkiem z zielonkawych, szkliwionych dachówek, zobaczyłam płaskorzeźbę wykonaną w terakocie. Stanowiła swego rodzaju ilustrację legendy o San Giulio, czyli św. Juliuszu, mówiącej o tym, że w IV wieku naszej ery z greckiej wyspy Egina przybyło tu dwóch duchownych.
Byli to bracia, Giulio (Juliusz) i Giuliano (Julian), którzy na polecenie cesarza Teodozjusza mieli krzewić wiarę chrześcijańską wśród ówczesnych mieszkańców tych terenów. Bracia chyba byli dobrymi misjonarzami, gdyż dzięki ich staraniom w okolicy Lago Maggiore powstało aż dziewięćdziesiąt dziewięć kościołów!
Podobno to właśnie im Ghiffa zawdzięcza swą pierwszą świątynię, obecnie nieistniejącą, wzniesioną w miejscu, gdzie dziś znajduje się Sacro Monte di Santa Trinita (pisałam o nim w poście Ghiffa, czyli Sacro Monte niedokończone.). Po pewnym czasie bracia rozdzielili się: Giuliano pozostał w niedalekim Gozzano, miejscowości leżącej na południowym krańcu jeziora Orta, zaś Giulio wyruszył na poszukiwanie miejsca, gdzie mógłby wznieść setny kościół, który w przyszłości stałby się miejscem jego pochówku. W tym celu zamierzał udać się na niewielką wysepkę leżącą na jeziorze nieopodal brzegu, jednak nie mógł znaleźć nikogo, kto by mu pomógł w przeprawie, ponieważ mieszkańcy osady obawiali się żyjących tam węży i smoków. Wtedy, jak mówi legenda, Giulio rzucił na wodę płaszcz i na nim, używając swojej pielgrzymiej laski niczym wiosła, pokonał przestrzeń dzielącą go od wyspy (pisałam o tym w poście Orta, wyspa San Giulio i jej piękna bazylika). Uzbrojony jedynie w niezłomną wiarę i krzyż, pokonał straszliwe gady, dzięki czemu na tym niewielkim skrawku lądu powstał upragniony przez niego setny kościół, który wybrał na miejsce swego ostatniego spoczynku. *
W przeszłości, z racji swego położenia, okolice jeziora były miejscem bardzo niespokojnym; niejednokrotnie stawały się prawdziwym teatrem działań wojennych, a także okrucieństw popełnianych w imię zachowania władzy i zdobycia nowych ziem. Działo się tak, ponieważ niezbyt daleko od Orty znajduje się przełęcz Simplon (przez Włochów zwana Sempione), gdzie wiodła droga, którą niejednokrotnie na te tereny przybywały hordy frankońskich najeźdźców. Ponieważ nie posiadali oni floty, nawet niewielkie wysepki automatycznie stawały się naturalnym schronieniem i punktem oporu dla tutejszej ludności.
Tak było podczas walk pomiędzy Frankami i Longobardami, a także lokalnymi władcami i niemieckimi cesarzami, którzy koronując się Żelazną Koroną Longobardów, rościli sobie prawa do panowania nad terytorium obecnych Włoch. Tu, na rozkaz longobardzkiego króla Agilulfa, ścięto głowę księciu Mimulfowi, dowódcy odpowiedzialnemu za powstrzymanie frankońskiej nawały, ponieważ zdaniem władcy książę nie bronił się wystarczająco skutecznie.
Niemal dwieście lat później Karol Wielki odebrał te tereny Dezyderiuszowi, ostatniemu królowi Longobardów, po czym przekazał władzę biskupowi pobliskiej Novary, który odtąd sprawował również władzę świecką nad Rivierą, jak wówczas nazywano wyspę i tereny leżące nad brzegami jeziora. Minęło sto pięćdziesiąt lat i król Berengario odebrał Rivierę biskupom, ale na swoje nieszczęście wdał się w konflikt z cesarzem Ottonem I i został przez niego zmuszony do ucieczki. Jego żona Willa przybyła na wyspę aż z Pawii (zabrała ze sobą również cały skarbiec królewski) i po wzmocnieniu fortyfikacji broniła się długo i dzielnie.
Otton zmusił ją do kapitulacji, lecz po negocjacjach wypuścił, aby mogła połączyć się z mężem. Co prawda zagarnął skarbiec, ale jednocześnie uhonorował bohaterskich obrońców, gdyż zamiast im uciąć głowy, wraz z cesarzową Adelajdą trzymał do chrztu dziecko jednego z nich, hrabiego Roberta da Volpiano i jego żony Perinzii, narodzone podczas oblężenia. Zwycięski Otton hojnie odwdzięczył się kanonikom z wyspy San Giulio za ich uprzednią wierność dla cesarstwa i udział w rokowaniach pokojowych. Nie tylko potwierdził dotychczasowe przywileje kościoła na tym terenie, ale dodał do nich nowe, dzięki czemu świecka władza biskupów nad Rivierą trwała 'nieprzerwanie przez dziesięć wieków, czyli aż do końca XVIII stulecia.
Mimo to w owych czasach niejednokrotnie dochodziło do krwawych zajść pomiędzy mieszkańcami Riviery i kolejnymi władcami z domu Viscontich, którzy robili wszystko, aby włączyć ją do swoich dominiów. Skutkowało to zażartym oporem lokalnej ludności, bardzo przywiązanej do swojej niezależności i przywilejów, tym bardziej że Visconti prawem kaduka próbowali z nich ściągać różne uciążliwe podatki i daniny.





Po tym burzliwym, trwającym kilkaset lat okresie, podczas którego Orta niejednokrotnie poniosła ciężkie straty materialne, nastało krótkie panowanie Napoleona I, kiedy to dobra kościelne odebrano biskupowi Novary i włączono do Republiki Cisalpińskiej. Po upadku cesarza w Europie przywrócono status quo ante, a wtedy na mocy postanowień Kongresu Wiedeńskiego Riviera ponownie została przekazana kościołowi. W 1817 roku ówczesny biskup zrzekł się wszelkich roszczeń feudalnych na rzecz Wiktora Emanuela I di Savoia; w związku z tym w 1861 roku wyspa San Giulio i jezioro wraz z pozostałymi terenami weszły w skład nowo powstałego Królestwa Włoch.
Ta dramatyczna przeszłość miała wielki wpływ na rozwój i kształt miasta, gdyż Orta, podobnie jak i inne okoliczne miejscowości, była wielokrotnie palona i plądrowana. Mimo to w miasteczku zachowały się domostwa, których historia sięga średniowiecza, choć większość budynków, jakie dziś możemy oglądać, wzniesiono dopiero w XVII i XVIII wieku. W centralnym punkcie miasta, na placu leżącym nad brzegiem jeziora, nadal można podziwiać renesansowy ratusz wzniesiony na arkadach z salą Rady na piętrze, do której wiodą wąskie, zewnętrzne schody.
Jak nietrudno się domyślić, tak skonstruowany budynek w razie potrzeby z powodzeniem mógł pełnić również funkcję obronną. Na jego ścianach widnieją piękne, dobrze zachowane freski, przedstawiające herby tych, którzy pełnili tu władzę zwierzchnią, wśród nich wyróżnia się "biscione" Viscontich, wizerunek ogromnego węża pożerającego Saracena. Cały plac jest niezwykle malowniczy, z jednej strony otwarty na jezioro, a z pozostałych trzech otaczają go niewysokie budynki o dachach pokrytych łupkiem lub czerwono-brązowymi dachówkami z kominami przypominającymi miniaturowe gołębniki.
Są tu liczne sklepiki, gdzie sprzedaje się produkty spożywcze typowe dla okolicy, rękodzieło i pamiątki. Nie brakuje też małych hotelików i przytulnych kawiarenek z ogródkami, gdzie siedząc przy stoliku pod parasolem, można jednocześnie podziwiać urodę miasteczka i jeziora z wyspą widoczną nieopodal brzegu. Tu mieści się małe molo i przystań dla niewielkich, motorowych stateczków oraz łódek — dzięki nim można się przeprawić przez niezbyt szeroki pas wody, nie uciekając się do sposobu, o jakim mówi legenda o św. Juliuszu. Przy wejściu na pomost mieści się cokół z tablicą poświęconą pamięci dawnych mieszkańców Orty poległych na wojennych frontach. Kiedy byłyśmy tam wraz z Martą, pod monumentem stała okazała donica z chryzantemami, ozdobiona trójkolorową wstęgą w narodowych barwach.





Obok pomnika dreptała wielka, biała gęś w towarzystwie kaczki krzyżówki i przez nikogo nie niepokojona zabrała się do oskubywania kwiatów. Ani mieszkańcom, ani kontrolerom, którzy nieopodal sprawdzali bilety uprawniające do przejazdu na wyspę, nie przyszło do głowy, aby przepędzać ptaka. Być może, idąc w ślady świętego Franciszka, uważali, że gęś również ma swoje prawa, a jednym z nich jest skubanie zieleniny, nawet tej przyniesionej w szczytnym celu. Bardzo nas rozbawiła ta tolerancja i pobłażliwość dla rozpuszczonego stworzenia, które najwyraźniej czuło się jak u siebie.
Centralny plac jest dla miasta swego rodzaju salonem na świeżym powietrzu z ławeczkami w cieniu drzew. Oprócz wspaniałego budynku Rady naszą szczególną uwagę zwrócił też nieduży dom, gdzie pomiędzy dwoma oknami widniał piękny fresk przedstawiający Chrystusa Zmartwychwstałego. Nieopodal, przy stromej brukowanej uliczce wiodącej w stronę Sacro Monte, obejrzałyśmy najstarszy budynek w Orcie, znany jako "Casa dei Nani", czyli "Dom Karzełków".


Zbudowano go pod koniec XIV wieku, jego fasadę zdobią proste granitowe kolumny, wspierające drewniane podcienie z potężnych belek oraz freski przedstawiające Zwiastowanie, Madonnę z Dzieciątkiem i Wniebowstąpienie. Dom ten zawdzięcza swą nazwę czterem okienkom znajdującym się na pierwszym piętrze, tak małym, że zdawać by się mogło, iż jest to domek dla krasnoludków. Nieco dalej są dwa okazałe pałace: ten po lewej to palazzo Ubertini wzniesiony w XVIII wieku, zaś po drugiej stronie ulicy znajduje się XV-wieczne palazzo Gemelli. Perspektywę uliczki zamyka śliczny kościółek Santa Maria Assunta z barokową fasadą pomalowaną na żółty kolor z białymi ornamentami.
W miasteczku są też dwa inne kościółki: jeden nieco większy, pod wezwaniem św. Rocha, oraz nieduża kaplica ukryta pomiędzy domami, poświęcona Świętej Trójcy. Oczywiście nie są to jedyne interesujące budynki w Orcie; chodząc jej wąziutkimi uliczkami, co krok widzi się piękne portale z potężnymi odrzwiami, bogato zdobione balkony z kutego żelaza i malownicze portyki z granitowymi kolumnami. W jednym z takich domostw, eleganckiej XVII-wiecznej willi Bossi, której fundamenty pamiętają wieki średnie, dziś ma swoją siedzibę Comune di Orta.

Do willi należy nieduży, lecz bardzo ładny różany ogród, przylegający do jeziora, oddzielony od niego niskim, ozdobnym ogrodzeniem z ażurową bramą. Całe miasteczko Orta ma niepowtarzalny klimat i urok, którego nie niweczą łuszczące się fasady, kruszejące tynki i poczerniałe belki. Starym murom dodają wdzięku porastające je pnącza oraz kaskady kwiatów spływające z okiennych parapetów i balkonów. Jaskrawy blask słońca wyostrza kontury i kolory budynków, co sprawia, że miasteczko wygląda niczym barwna akwarela namalowana ręką utalentowanego artysty...
Dzień spędzony w Orcie był jednym z najpiękniejszych, jakie przeżyłam w ciągu jedenastu lat spędzonych we Włoszech. Nie tylko dlatego, że dopisała pogoda, a samo miasto zachwycało swoją urodą, zabytkami i niepowtarzalnym klimatem. Większość moich wycieczek odbywałam w pojedynkę, więc przyzwyczaiłam się do samotności, jednak tym razem miałam obok Martę, z którą mogłam się tym wszystkim podzielić. Paradoksalnie to niczego nie umniejszało, a pomnażało w dwójnasób, bo to, co piękne, dzięki jej obecności było jeszcze piękniejsze.
*Podczas naszej wizyty w Orcie trwała wystawa rzeźb Mimmo Paladino o której piałam w poście pt. Orta San Giulio i wystawa Mimmo Paladino), Jednym z jej elementów był czerwony koń umieszczony na platformie zakotwiczonej na dnie jeziora. Wtedy ten widok niewiele mi powiedział, więc zwróciłam uwagę jedynie na jego aspekt wizualny. Dopiero po jakimś czasie nabrał dla mnie sensu, kiedy wysłuchałam wywiadu z artystą i dowiedziałam się, jakie znaczenie ma koń w jego twórczości, a także o związanej z nim symbolice.
Mimmo Paladino wykorzystuje sylwetkę konia jako uosobienie dążenia do doskonałości oraz walki z własnymi słabościami, umiłowania wolności, poświęcenia, odwagi i samozaparcia. W tym kontekście czerwony koń skojarzył mi się z legendą o św. Juliuszu i jego cudownej przeprawie na wyspę, a także z wysiłkiem, jaki włożył w krzewienie wiary chrześcijańskiej na tych terenach.