Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Monte Cornizzolo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Monte Cornizzolo. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 października 2016

Lombardia. Wycieczka na Monte Cornizzolo.




Jednym z najdawniejszych wspomnień, jakie kojarzą mi się pejzażem Brianzy, jest widok Monte Cornizzolo, niezbyt wysokiego wzniesienia, leżącego na południowym skraju Triangolo Lariano.   
     
Jechałam wówczas pociągiem relacji Mediolan — Canzo-Asso, gdzie w małej miejscowości u podnóża Prealp, miałam podjąć moją pierwszą pracę na terenie Lombardii. Wtedy też zobaczyłam tę okolicę, która na przeciąg długich dziesięciu lat stała się moim miejscem do życia i w pewnym sensie moją małą, tymczasową ojczyzną. Jednak ta odległa przyszłość była jeszcze zakryta przed moimi oczami, za to patrząc przez okno pociągu, mogłam bez umiaru chłonąć obcy mi pejzaż i z zainteresowaniem spoglądać na tablice z nazwami kolejnych stacji.


Dziwiło mnie to, że niejednokrotnie były one dwuczłonowe, dopiero po pewnym czasie dowiedziałam się, że są to po prostu nazwy sąsiadujących ze sobą miejscowości, czasami położonych po dwóch stronach torów i na pierwszy rzut oka tworzących jeden organizm. Podróż trwała dość długo, pociąg zatrzymywał się często, a kolejne miasteczka nie porażały urodą. Dopiero kiedy minęliśmy Seveso, okolica nabrała charakteru i wdzięku. Zabudowa, dotychczas ciągnąca się niemal nieprzerwanie i jedynie od czasu do czasu nieco rzednąca, stała się bardziej zwarta a granice miejscowości bardziej wyraźne. Za oknem coraz częściej ukazywały się zielone połacie pól i łąk, co pozwalało mojemu spojrzeniu biec dalej; dzięki temu mogłam dostrzec rozległe przestrzenie Brianzy i łańcuch gór zamykających horyzont.


Kiedy pociąg pokonywał odcinek drogi pomiędzy Arosio i Inverigo, po raz pierwszy ujrzałam charakterystyczną sylwetkę Mone Cornizzolo z rozpłatanym zboczem, gdzie pośród lasów porastających jej stoki, widać było wnętrze góry zbudowane z biało - różowego granitu. Ponieważ ten granit był poprzecinany poprzecznymi liniami zieleni z daleka wyglądało to niczym ogromy tort, z którego odkrojono solidny kawałek. Zorientowałam się, że był to teren kamieniołomu, gdzie warstwami wydobywano materiał, tworząc stopnie w ścianie wyrobiska. Gdy na stałe zamieszkałam w Lombardii, po pewnym czasie przywykłam do tego widoku, który mimo to, zawsze mnie frapował i niezmiennie kojarzył się z tortem. W przyszłości krążąc po okolicy, miałam okazję zobaczyć również zachodnią grań góry, wznoszącą się łagodnym łukiem w stronę szczytu. Mogłam wtedy dostrzec ścieżkę biegnącą po trawiastym zboczu, znajdującym się ponad linią lasu, leżącego u jej podnóża.


Tu muszę podzielić się fascynacją podobnymi widokami, które nieodmiennie sprawiały, że ogarniała mnie nieprzeparta chęć pójścia takim szlakiem; temu uczuciu zawsze towarzyszyła myśl, że wraz z kolejnymi pokonanymi metrami będzie mi dane zobaczyć wciąż więcej i więcej, że otworzą się przede mną pejzaże i przestrzenie, jakie jedynie przeczuwałam, stojąc na dole... To pragnienie było motorem moich wypraw, pozwoliło mi zwalczyć początkowy lęk przed samotnymi wędrówkami i poprawić moją kondycję fizyczną. Dzięki temu pokonałam wiele moich ograniczeń, zyskałam wiarę w siebie i własne siły, a także wewnętrzne przekonanie, iż jedynie ode mnie zależy, jakie wyzwania podejmę i czy wyjdę z nich zwycięsko. Dziesięć lat spędzonych w Lombardii było dla mnie okazją do wielu pięknych wycieczek, jednak zawsze miałam więcej planów, niż czasu dla ich realizacji, więc głównym problemem było dla mnie nie "gdzie", ale "kiedy" i "jak". Pytanie o to kiedy, miało też jeszcze jeden ważny aspekt — a mianowicie pogodowy.


Pomijając dni, kiedy padało, albo zanosiło się na burzę, więc o wędrówce w góry nie mogło być mowy, trzeba było też zwrócić uwagę na afę, czyli obezwładniający upał połączony z dużą wilgotnością powietrza. Taka aura powoduje niebezpieczną dla zdrowia duchotę, mogącą skutkować niedotlenieniem, i również nie sprzyja podobnym wyprawom, zwłaszcza jeśli w planie mamy robienie zdjęć. Na Monte Cornizzolo wybierałam się długo, ponieważ mając ją niemal w zasięgu ręki, sądziłam, że kiedyś, gdy nie będę mała czasu, czy ochoty na odleglejszą wyprawę, przyjdzie i na nią kolej, dlatego ten pomysł wciąż odkładałam na później. 

Dopiero podczas ostatniego włoskiego lata zdecydowałam, że teraz, albo nigdy, gdyż mój pobyt nieuchronnie zbliżał się do końca. Poza tym wciąż miałam w pamięci wspaniały widok, kiedy poprzedniego roku zobaczyłam ją podczas lotu  samolotem wraz z sąsiednim masywem Corni di Canzo, gdzie wiele lat wcześniej po raz pierwszy podziwiałam piękno Prealp. 


Moje ostatnie lato we Włoszech nie rozpieszczało pogodą. Dzień, który przeznaczyłam na tę wycieczkę, nie zapowiadał się dobrze, ranek był mglisty i słońce ledwie prześwitywało przez mleczne zasłony wilgoci. Mimo wszystko miałam jednak nadzieję, że w ciągu dnia widoczność się poprawi, chociaż doświadczenie mi podpowiadało, że to jest to raczej nadzieja złudna. Kiedy dotarłam pociągiem do Erby, welon mgły nadal spowijał wszystko wokoło. Ponieważ nie chciałam zmieniać planu, nie bacząc na warunki, odważnie wsiadłam do autobusu jadącego do Eupilio, wioski leżącej u podnóża Monte Cornizzolo na wysokości 383 m n.p.m.

Góra ma wysokość 1241 metrów, więc przewyższenie, jakie miałam do pokonania, wynosiło ponad 800 m. Wiedziałam też, że od szczytu dzieli mnie mniej więcej siedem kilometrów i że prawdopodobnie przynajmniej na tyle samo muszę szacować drogę powrotną (miałam zamiar wracać innym szlakiem). Zatrzymałam się na obrzeżach Eupilio, nieopodal małego kościółka. Najpierw zobaczyłam tam coś, co wyglądało na polowy ołtarz a tuż obok, na ścianie niewielkiego, wiejskiego budynku, znalazłam pamiątkową tablicę ze zdjęciami dwóch mężczyzn. Napis, jaki na niej umieszczono, mówił o dwóch partyzantach, rozstrzelanych w tym miejscu przez nazistów. Ta wojenna historia wzbudziła moje zainteresowanie, więc po powrocie do domu przeszukałam internet i znalazłam na ten temat kilka informacji. Wynikało z nich, że pamięć tych poległych jest otoczona szacunkiem lokalnej społeczności i przywoływana podczas uroczystości patriotycznych. W rocznicę ich śmierci ludzie nadal spotykają się w tym miejscu celem wspólnej modlitwy, do tego służy ten polowy ołtarz.

Po wyjściu poza granice miasteczka, ruszyłam przed siebie asfaltową drogą prowadzącą w pobliże szczytu, gdzie znajduje się schronisko SEC "Marisa Consigliere" a także teren działania lokalnego Aeroklubu, prowadzącego szkółkę lotniarską. W weekendy można tu spotykać również wielu rowerzystów, którzy na tej trasie skutecznie szlifują kondycję, ponieważ z racji sporego nachylenia i wielu ostrych zakrętów uchodzi ona za jedną z trudniejszych, jednak w dzień powszedni jest tu naprawdę spokojnie i wręcz bezludnie.


Asfaltowa droga prowadziła mnie przez las, aż w pewnym momencie doszłam do na pozór opuszczonych zabudowań, gdzie napotkałam stado kóz. Bardzo lubię obserwować kozy, gdyż są to sympatyczne stworzenia, skłonne do różnych figlarnych zachowań. Także i tym razem miałam okazję popatrzeć na kózki, które naśladując koty, wdrapały się na wielką stertę drewna, gdzie wylegiwały się w malowniczych pozach. 

Drugie kozie stado napotkałam, kiedy z drogi jezdnej zboczyłam na leśną ścieżkę. Szczerze mówiąc, nieco się wystraszyłam, gdyż zwierzaki niczym szalone pędziły przez zarośla, robiąc przy tym sporo hałasu. Ponieważ były poza zasięgiem mojego wzroku, obawiałam się, że mogą to być dziki lub wataha bezpańskich psów, więc ścierpła mi skóra na myśl o takim niebezpiecznym spotkaniu.


Kiedy ujrzałam kozy, humor od razu mi się poprawił; tym bardziej że zwierzęta nie zwracały na mnie najmniejszej uwagi i spokojnie zajęły się skubaniem trawy na niewielkiej polance. Po chwilowym postoju przewodnik stada zameczał rozkazująco i wszystkie, jak jeden mąż, rzuciły się galopem w krzaki. 

Poza kozami i ptakami, po drodze na szczyt nie napotkałam żadnego żywego stworzenia, szczęśliwie ominęło mnie także nieprzyjemne spotkanie z gzami, które na Monte Cornizzolo podobno potrafią mocno dać się we znaki, do tego stopnia, że ta góra ma z ich powodu złą sławę. Pod tym względem miałam fart, za to pogoda kompletnie mnie zawiodła, wilgotnemu powietrzu daleko było do przejrzystości, sylwetki okolicznych gór były mocno rozmyte a dalsze szczyty leżące po drugiej stronie Jeziora Lecco, zaledwie majaczyły w głębi. Cała okolica parowała w ogromnym upale, więc również widok Brianzy z jej uroczymi jeziorami Annone i Pusiano z pewnością wiele tracił z powodu niesprzyjającej aury.


Choć oczekiwałam czegoś innego, musiałam się z tym pogodzić, bo gdybym chciała czekać na lepsze warunki, ta wyprawa (oraz wiele innych) być może nigdy nie doszłaby do skutku. Jak już niejednokrotnie wspominałam, podczas upalnego lata dobra widoczność w Lombardii to rzadkość a ja, mając w miesiącu jedynie kilka wolnych dni, musiałam się kontentować tym, co przyniosła pogoda, albo zostać w domu, na co oczywiście nie miałam najmniejszej ochoty. 

Oprócz słabej widoczności spotkała mnie jeszcze inna, niezbyt miła niespodzianka — otóż miałam zamiar wejść na szczyt górską ścieżką widoczną z dołu na zachodnim zboczu i sądziłam, że bez trudu znajdę miejsce, w którym się ona zaczyna, więc nie przyłożyłam się należycie do czytania opisu szlaku w internecie. Początkowo wędrowałam po asfaltowej drodze prowadzącej do schroniska; tym sposobem wyszłam poza linię lasu, aż znalazłam się na wysokości, gdzie zaczynają się górskie pastwiska i znalazłam tam punkt orientacyjny, jakim jest wielki, ponad stuletni buk.


Tu gdzieś powinna zaczynać się owa ścieżka tak dobre widoczna z dołu, zastanawiałam się, czy powinnam jej szukać w prawo, czy też w lewo od drzewa, lecz ani rusz nie mogłam sobie tego przypomnieć, więc na chybił trafił poszłam w prawo. Niestety, była to zła decyzja, gdyż wejścia na ścieżkę nie znalazłam. Przeszłam już około kilometra po asfalcie, kiedy za kolejną serpentyną, w oddali, nieco po lewej stronie, ujrzałam szczyt góry, co niezbicie świadczyło o tym, iż pomyliłam drogę. W tej sytuacji mogłam wrócić w pobliże starego buka i na nowo rozpocząć poszukiwania albo pokornie maszerować dalej w stronę schroniska. 

Uważam, że chodzenie w góry asfaltową drogą to coś, co kompletnie mija się z celem, ale w tym wypadku poddałam się ze względu na stratę czasu, jaka mi groziła, gdybym znowu zaczęła błądzić po zboczu, tym bardziej że musiałam myśleć o znacznie dłuższej drodze powrotnej. Byłam z tego powodu zła na siebie niczym osa i w tym momencie nawet jadowite gzy nie miałyby przy mnie żadnych szans. Mimo wszystko poszłam dalej przed siebie i w niedługim czasie dotarłam w pobliże schroniska wzniesionego przez SEC (Societa Escursionisti Civatesi). Przez chwilę pokręciłam się po okolicy, obejrzałam niewielką kapliczkę oraz zabytkowy kamienny krzyż, leżący nieopodal, miałam też okazję popatrzeć z góry na romański kompleks świątynny San Pietro al Monte, gdzie byłam rok wcześniej, o czym pisałam tutaj.


Teraz pozostało mi jedynie wejść na wierzchołek góry, co też uczyniłam, tym razem idąc po dobrze ubitej gruntowej ścieżce. Okazało się, że na tej wysokości słońce świeci dość ostro, lecz za to o wiele łatwiej się oddycha, gdyż opary wilgoci pozostały poniżej. Na szczycie wzniesiono duży, metalowy krzyż, będący także odgromnikiem, posadowiony na okazałym, cementowym cokole, na którym umieszczono pamiątkową tablicę. Pod tym symbolem kultu zastałam stadko złożone z kilku owiec, przez chwilę obserwowałam je z zaciekawieniem z powodu ich dość zaskakującego zachowania.

Otóż trzy owieczki chyba próbowały szukać odrobiny schronienia przed upałem, więc jedna z nich stanęła w cieniu postumentu, a dwie inne schowały głowy pod jej brzuchem. Nigdy nie widziałam czegoś podobnego, ale byłam pełna uznania dla sprytu tych zwierząt


Ze szczytu mogłam popatrzeć na zachodnie zbocze, gdzie zobaczyłam stuletni buk i ścieżkę, której początku nie mogłam znaleźć oraz okoliczne góry: Capanna Mara, długi grzbiet pasma Monte Bolettone, ciągnący się aż do Como, Monte Barzaghino, Monte Scioscia i kilka pomniejszych pagórków. Daleko w dole widziałam miasteczko Canzo, gdzie miałam zamiar zakończyć moją wędrówkę a nieopodal na wprost Corni di Canzo. Za nimi, w gęstych oparach wilgoci, zaledwie mogłam się domyślać zarysów trójkątnych skalistych szczytów obu Grigni. Po stronie wschodniej dostrzegłam białą nitkę drogi prowadzącej na Monte Rai, gdzie na szczycie ustawiono potężną wieżę antenową. Monte Rai to ciekawe miejsce, na jej zboczu znajdują się formacje skalne zwane Sasso Malascarpa, które chętnie bym zobaczyła, nie mówiąc o panoramie okolicy, jaka się stamtąd roztacza, więc przez chwilę rozważałam zmianę planu.





Jednak po chwili zastanowienia zrezygnowałam tego z pomysłu; co prawda z Monte Rai także można dojść do Canzo, ale moja i tak długa droga powrotna wydłużyłaby się jeszcze bardziej a poza tym mam ogromną awersję do wszelkich anten oraz przekaźników; źle się czuję w ich pobliżu i z reguły unikam, jak przysłowiowego ognia. 

Na ścieżkę do Canzo trafiłam bez trudu, więc ochoczo ruszyłam w dół, aż doszłam do ogromnej skały wyrastającej ze zbocza, zwanej Ceppo dell'Angua. Ponieważ wcześniej kilkakrotnie byłam w dolinie u podnóża Monte Cornizzolo, nie raz miałam okazję podziwiać tę fascynującą formację przypominającą ogromną głowę cukru. Tym razem ku mojemu wielkiemu zadowoleniu mogłam popatrzeć na nią z drugiej strony i po raz kolejny zadziwił mnie jej ogrom — choć byłam dość blisko, drzewa rosnące na niej wydawały się maleńkie, niczym krzaczki. Zresztą to, co widziałam (patrz zdjęcie poniżej) był to zaledwie wierzchołek stanowiący jej niewielką część, a rzeczywistą wielkość tej formacji można ocenić, idąc ścieżką u podstawy góry, gdzie jest widoczna w całej okazałości.


Cale północne zbocze Monte Cornizzolo jest porośnięte mieszanym lasem z przewagą drzew liściastych, więc szło mi się bardzo przyjemnie, chociaż stroma i kamienista ścieżka wymagała ciągłej uwagi. O tym, że było naprawdę niebezpiecznie, przekonałam się, kiedy mój wierny kijek kilkakrotnie uchronił mnie przed przyspieszonym zjazdem na tylnej części ciała. 

Niebawem doszłam do koryta malowniczego strumienia Ravella, gdzie latem ciurka niewielka  strużka wody. Szerokość koryta i wygładzone kamienie w jego łożysku świadczą o tym, że kiedy zacznie padać deszcz, ta strużka zamieni się w wielokrotnie szerszą, rwąca rzekę. Przeszłam przez strumień po prowizorycznej przeprawie ułożonej z dużych, płaskich kamieni i wyszłam na ładną, brukowaną drogę, będącą częścią geologicznej ścieżki dydaktycznej. Ta zaprowadziła mnie do miejsca zwanego Fonte di Gajum, gdzie oprócz polany ze stołami i ławami piknikowymi oraz restauracji z zapleczem hotelowym, znajduje się źródło, od którego to miejsce wzięło swą nazwę.


Ponieważ miałam zamiar w miarę szybko dotrzeć na dworzec w Canzo, po krótkim odpoczynku i napełnieniu butelki źródlaną wodą ruszyłam w dalszą drogę. Canzo-Asso jest dobrze skomunikowane z Mediolanem, jeździ tu lokalny pociąg, który zatrzymuje się w Boviso Masciago, skąd do domu, gdzie mieszkałam, miałam pięć minut drogi. 

Canzo, choć ma niezbyt wielu mieszkańców, jest dość rozległe; to śliczne, pełne zieleni malownicze miasteczko z licznymi willami i domkami ukrytymi w zadbanych ogrodach. Oprócz tego posiada bardzo ładne centrum historyczne z wieloma domami liczącymi ponad sto lat. Te domostwa w większości przeszły gruntowną restrukturyzację, więc ich mieszkańcy mogą korzystać z dobrodziejstw cywilizacji, jednak z przyjemnością zauważyłam, że w bramach prowadzących na podwórka pozostawiono zabytkowe, drewniane odrzwia. 

Bardzo lubiłam Canzo, bywałam tam dość często i szczerze mówiąc, nieco zazdrościłam jego mieszkańcom. Swego czasu, nawet zastanawiałam się, czy nie podjąć pracy w tamtejszym RSA, czyli domu opieki dla osób starszych i przewlekle chorych.

Powstrzymała mnie świadomość tego, że po ciepłych miesiącach nadchodzą jesienno-zimowe szarugi i krótkie dni, kiedy sytuacja zmienia się radykalnie i życie w takim miejscu staje się dość monotonne, a z Canzo do większych miejscowości jest dość daleko. Jednak tym razem mogłam cieszyć się latem i jego urokami, co prawda zrobiłam wiele kilometrów, ale byłam bardzo zadowolona z tej wycieczki. Miałam satysfakcję, że wreszcie doprowadziłam do skutku dawno powzięty zamysł i choć pomyliłam drogę, to po raz kolejny mogłam popatrzeć ze szczytu na okolicę a do tego porównać dwa odmienne światy, czyli południowe i północne zbocze góry. 


Pomiędzy Monte Cornizzolo, Monte Rai i masywem Corni di Canzo rozciąga się przepiękna dolina Val Ravella, warta tego, aby jej poświęcić odrębną notatkę, dlatego też niebawem jeszcze raz wrócimy w te strony.

Więcej zdjęć z tej wycieczki można obejrzeć w albumie

wtorek, 15 maja 2012

Lombardia. Civate, opactwo San Pietro al Monte.



Wśród zielonych wzgórz Prealp Lombardzkich, niedaleko jeziora Como, znajduje się jedno z najcenniejszych romańskich zabytków północnych Włoch – opactwo San Pietro al Monte. Ukryta ponad miejscowością Civate świątynia zachwyca nie tylko niezwykłą architekturą i średniowiecznymi freskami, ale także malowniczym położeniem oraz pięknymi widokami na okoliczne jeziora i góry. To właśnie tam prowadziła mnie jedna z najciekawszych wędrówek, jakie odbyłam w tej części Lombardii.

Kilka dni temu pisałam o mojej wycieczce (TU jest link do posta) na północny kraniec jeziora Como, gdzie moim celem było romańskie opactwo Piona, usytuowane nad niewielką zatoczką, utworzoną przez półwysep Olgiasca. W tym poście pozostaniemy w podobnych architektoniczno-sakralnych klimatach, czego zapowiedzią jest zdjęcie tytułowe, jakie zamieściłam powyżej. 

Jadąc drogą z Como do Lecco, po lewej stronie mijamy ciąg zielonych wzniesień, które stanowią pierwszy łańcuch Prealp. Jest tu wiele ciekawych miejsc i interesujących pieszych szlaków turystycznych. To pasmo często jest nazywane naturalnym balkonem Lombardii, ze względu na piękne widoki, roztaczające się z górskich szczytów w większości liczących ponad 1000 m n.p.m. W pobliżu Lecco znajdują się dwa z nich: Monte Cornizzolo i Monte Rai, tu też zaczynają się liczne ścieżki, prowadzące na okoliczne wzniesienia oddzielające płaską dolinę Padu od alpejskich olbrzymów.

W pogodne dni Lombardia widziana z góry wygląda bardzo pięknie. Błękitno -zielona, na ogół jest spowita leciutkim oparem wilgoci, sławetną lombardzką mgiełką, zwaną foschia, która opalizuje w słońcu i sprawia, że okoliczne wzniesienia i miejscowości wyglądają niczym urocza fatamorgana. Na stoku Monte Cornizzolo znajduje się obiekt o niezwykłej wartości z punktu widzenia historii i architektury, romańska bazylika San Pietro al Monte. O jej istnieniu dowiedziałam się przez przypadek, kiedy pewnej jesieni wybrałam się do Cantu, małego miasteczka położonego w pobliżu Como, gdzie we frakcji zwanej Galliano, znajduje się jeden z najcenniejszych zabytków Lombardii, romański kościół San Vincenzo, bardzo piękna bazylika z cennymi freskami i stojącym obok baptysterium o kształcie rotundy. Podczas rozmowy z oprowadzającym mnie wolontariuszem dowiedziałam się, że w niedalekim Civate (a właściwie na stoku pobliskiej góry Monte Cornizzolo) znajduje się prawdziwa perła romańskiego stylu, kompleks noszący nazwę San Pietro al Monte.


Bardzo mnie zainteresowała ta wiadomość, a moją ciekawość podsyciła entuzjastyczna opowieść przewodnika, ponieważ jak już pisałam, styl romański jest mi szczególnie bliski. Podczas moich wędrówek miałam okazję zobaczyć wiele pięknych, tysiącletnich kościołów, gdyż Lombardia i sąsiednie Ticino już w VI w były kolebką mistrzów, którzy w ciągu kilkuset lat rozsławiali lombardzki styl nie tylko we Włoszech, lecz również w wielu krajach Północnej Europy. Stąd wywodzą się artyści i rzemieślnicy znani w historii sztuki, jako magistri comacini, luganesi i antelami. Zadziwiającym zbiegiem okoliczności jest to, iż w małych miejscowościach położonych na zielonych wzniesieniach Valle d'Intelvi oraz w okolicy Como i Lugano, urodziło się tak wielu uzdolnionych kamieniarzy i architektów. To właśnie oni, tworząc wędrowne grupy, przemieszczające się po Europie z jednej wielkiej budowy na drugą, byli zaczątkiem późniejszych organizacji masońskich. 


Na wzniesionych przez siebie budowlach zostawiali swoisty podpis - wykutą w kamieniu różę o sześciu płatkach, starożytny symbol, niekiedy nazywany też alpejskim słońcem. Kiedy nadeszła wiosna a wraz z nią czas sprzyjający wypadom w góry, wybrałam się lokalnym autobusem do Civate. Po ponad godzinnym marszu ścieżką prowadzącą na szczyt Monte Cornizzolo, dotarłam do  opactwa, leżącego na wysokości ponad 662 m n.p.m. Istotnie, mój informator miał stuprocentową rację zachęcając mnie do odwiedzenia tego miejsca. San Pietro al Monte to rzeczywiście przepiękny, imponujący zespół budynków, wykonanych z szarego, lokalnego kamienia. Z jego powstaniem wiąże się interesujący przekaz na pograniczu historii i legendy. Mówi on, iż w tym miejscu w roku 772 Adelchi (Adalgiso) syn Dezyderiusza, ostatniego króla Longobardów, w trakcie polowania został zraniony przez rozsierdzonego dzika.

Rany były na tyle poważne, że strapiony ojciec ślubował zbudować kaplicę w intencji ocalenia potomka. Adelchi istotnie wyzdrowiał, podobno za sprawą wody z miejscowego źródła, którą obmywano jego rany. Inna wersja legendy mówi, iż ścigany dzik wpadł do maleńkiej, górskiej kaplicy, którą opiekował się pewien mnich. Zwierzę schroniło się przy ołtarzu a ścigający je królewicz w tym momencie stracił wzrok, lecz podobno odzyskał go dzięki wodzie z cudownego źródła i modlitwie zakonnika. Po uzdrowieniu syna król Dezyderiusz przyjął wiarę chrześcijańską, dotrzymał też ślubowania i z jego rozkazu na stoku góry zbudowano kaplicę wotywną. W drugiej połowie IX wieku, na jej miejscu powstało obecne opactwo, które na przestrzeni następnych dwóch stuleci znacznie rozbudowano. Niestety, w XII wieku mnisi weszli w układy z wrogiem Mediolanu, Fryderykiem Barbarossą, co po zwycięstwie nad cesarzem stało się przyczyną ich wygnania. W kwitnącym niegdyś klasztorze zostało zaledwie kilku braci - pustelników a w XVI wieku opactwo przejął zakon oliwetanów. 

Kiedy Napoleon utworzył w Lombardii Republikę Cisalpińską, opustoszało ono definitywnie, jednak na szczęście nie popadło w kompletną ruinę a obecnie jest pod dobrą opieką. 
W okresie, kiedy  się tam wybrałam, wewnątrz świątyni trwały prace renowacyjne. Zważywszy na jej tysiącletnią, burzliwą historię i długie okresy opuszczenia, jest ona naprawdę bardzo dobrze zachowana. W znacznym stopniu odzyskała też swój pierwotny splendor, dzięki pracom konserwatorskim podjętym w 1927 roku i trwającym do dziś. Kompleks składa się z właściwego kościoła, przylegającego do niego budynku klasztornego i niewielkiego oratorium, pod wezwaniem San Benedetto. Interesujący jest fakt, iż budowli tak skonstruowanych we Włoszech praktycznie się nie spotyka, choć podobne opactwa można zobaczyć we Francji. Ma ono niezwykły, nietypowy kształt - kościół posiada tylko jedną nawę (w przeciwieństwie do większości  romańskich bazylik z reguły trójnawowych) i swego rodzaju atrium z monumentalnymi schodami. Wnętrze zdobią piękne, dobrze zachowane freski i wspaniałe cyborium, pod którym mieści się ołtarz. 


Z nawy kościelnej można zejść do podziemnej krypty, najstarszej części świątyni. Byłam pod ogromnym wrażeniem tej niezwykłej architektury, i wspaniale ozdobionego wnętrza. Wprost nie mogłam oderwać oczu od  fresku przedstawiającego Apokalipsę, na którym zasęp aniołów włóczniami spycha w otchłań Szatana, mającego postać ogromnego smoka. W jego centralnej części wyobrażono Chrystusa siedzącego na tronie, lecz z niewiadomych przyczyn czyjaś ręka usunęła część malowidła i w miejscu jego głowy widzimy jedynie szarą plamę tynku. O dziwo, podobny brak ma miejsce na fresku w oratorium, którego jednak nie widziałam, gdyż w czasie mojej wizyty było zamknięte z powodu toczących się prac. Mimo upływu czasu freski są bardzo dobrze zachowane, ich rysunek nadal jest wyraźny a kolory żywe.   

W okolicy Como, mimo obecności Longobardów, dość długo utrzymywały się wpływy Cesarstwa Wschodniego, co prawdopodobnie spowodowało stylistyczne podobieństwa pomiędzy mozaikami bizantyjskimi  i lombardzkimi freskami. Widzimy tu podobne hieratyczne pozy, postacie stojące ciasno jedna przy drugiej oraz ręce z otwartymi dłońmi wzniesione w  geście błogosławieństwa. W świątyni możemy też podziwiać wspaniałe kolumny pokryte stiukiem i ozdobione motywami roślinnymi, zadziwiające swoją delikatnością a także dwa wyobrażenia ze świata mitycznego: chimerę i gryfa. Umieszczono je na płytach po obu stronach niewielkiego korytarzyka, prowadzącego do krypty. Stanowią one niezwykły kontrast z surowym, kamiennym wnętrzem kościoła, zarówno ze względu na subtelny rysunek przywodzący na myśl wschodnie arabeski, jak i delikatny kolor terakoty, w której je wykonano. Mimo swego odosobnionego położenia, San Pietro al Monte to miejsce nadal żywe i uczęszczane, ludzie przybywają tu zarówno od strony Civate, jak i drogą prowadzącą ze szczytu Monte Cornizzolo.



Obok kościoła jest rozległa łąka, gdzie można odpocząć podziwiając ten przepiękny kompleks, na tle skalistego grzbietu Monte Rai i soczystej zieleni lasu, porastającego dolne partie zbocza. Zabytek od 1975 roku ma swoją grupę wolontariuszy, która zajmuje się obsługą logistyczną, oprowadzaniem turystów, pomocą w pozyskiwaniu funduszy na prace konserwatorskie oraz opracowaniem i wydawaniem materiałów wizualnych.

Do wioski schodziłam w towarzystwie jednego z tych niezwykłych ludzi. Nawiązaliśmy bardzo sympatyczną rozmowę a przy tej okazji ów pan opowiedział mi historię powstania koła Przyjaciół San Pietro al Monte. Usłyszałam wtedy zdanie, którego nigdy nie zapomnę. 

"Proszę pani, ten kościół stoi tysiąc lat, dlatego my musimy zrobić wszystko, żeby stał nadal".


Niestety, ostatni rok przyniósł realne zagrożenie, nie tylko dla środowiska naturalnego Monte Cornizzolo, lecz także dla samego opactwa. Otóż międzynarodowa spółka "Holcim" mająca jeden ze swych zakładów w niedalekim Merone, snuje projekty pozyskiwania surowca do produkcji cementu w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Planuje się stworzenie tunelu i wydobywanie kruszywa z wnętrza góry w odległości ok 400 metrów od tego zabytku! Ten pomysł spotkał się z dużym sprzeciwem lokalnych władz i mieszkańców okolicy, co pozwala mieć nadzieję, że tym razem rozsądek, szacunek dla historii oraz dorobku kulturalnego Lombardii, przeważą nad żądzą pieniądza.*


* Jak pisałam, ta sprawa bardzo mi leżała na sercu, więc nawet po powrocie do Polski, co jakiś czas śledziłam doniesienia na ten temat, zamieszczane we włoskim internecie. Obecnie wszystko wskazuje na to, że opór społeczny, który przerodził się w wieloletnią batalię na argumenty, przeważył szalę. Spółka Holcim ostatecznie zrezygnowała ze swego pomysłu i   zmieniła profil zakładu w Merone jednocześnie rezygnując z wydobycia marglu w obrębie Monte Cornizzolo co pozwoliło zachować miejsca pracy z jednoczesnym poszanowaniem środowiska. Jak to zwykle bywa przyroda szybko wzięła w posiadanie opuszczone tereny a w nieczynnych wyrobiskach samoistnie powstały urocze oczka wodne. Słyszałam też, że dzięki mądrej decyzji lokalnych władz stały się one jedną z części zielonej enklawy wzdłuż rzeki Lambro. 
 
(Aktualizacja  10.08. 2016)

Więcej zdjęć jest w albumie