Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

wtorek, 13 maja 2014

Wokół jeziora Lugano. Valsolda, z ziemi włoskiej do Polski.





Mam wielkie wyrzuty sumienia, nie tylko dlatego, że zaniedbałam blogowanie a nawet zwyczaj natychmiastowego odpowiadania na komentarze (przepraszam wszystkich!), lecz również regularne czytanie innych blogów...Z tego, co zauważyłam, wielu z nas miało lub ma podobne kryzysy, a tym razem chyba padło na mnie!

Niestety, nie tylko nawarstwiło mi się wiele problemów rodzinnych, zdrowotnych i zawodowych, które sprawiały, że po prostu brakowało mi czasu, aby je ogarnąć. Na domiar złego, towarzyszyło temu wszystkiemu poczucie mentalnego wyjałowienia i wrażenie, że cała moja włoska egzystencja, o której dotychczas pisałam, jest ode mnie tak daleko, jakby to było życie nie moje, lecz zupełnie innej osoby... Myślę, że stało się tak z powodu nadmiaru zajęć, jakie ostatnio były moim udziałem, (o jednym z nich, być może kiedyś napiszę, ponieważ chciałabym się pochwalić pewnym moim maleńkim, ale jednak, sukcesem). Mam też nadzieję, że tym razem uda mi się wszystko poukładać w taki sposób, abym mogła znaleźć czas i energię konieczne do realizacji wszystkich zamierzeń. Tymczasem jednak powróćmy nad jezioro Lugano, do Valsoldy, która niegdyś tak mnie oczarowała. Od dnia, kiedy byłam tam ostatni raz minęło kilka lat, ja jednak nadal pamiętam niezwykłe chwile, jakie tam spędziłam. Wspominałam już, że nie bardzo wiedziałam jak mam "ugryźć" ten temat, ponieważ były to doznania tak intymne i ulotne, że przekazanie tego wszystkiego wydaje mi się po prostu niemożliwe...Bo jak mam wyrazić to, co czułam, gdy otwierał się przede mną ten cudowny pejzaż, drżący w słonecznej poświacie lub spowity w zasłony mgieł unoszących się nad wodą, lekko zmarszczoną powiewami wiatru? Jak oddać słowami urodę gór, pokrytych świeżą, wiosenną zielenią, rysujących się ostro na tle błękitu nieba, zapach wody i wonie kwitnących ogrodów? Jak opisać mroźne jesienne poranki gdy żółknące liście jaskrawo złociły się w promieniach słońca, niebo i jezioro przyjmowały barwę ultramaryny, a powietrze nabierało przejrzystości szkła, pozwalając dostrzec na horyzoncie dalekie góry pokryte śniegiem? 

Mogłabym do znudzenia
mnożyć kolejne
entuzjastyczne przymiotniki, 
ale czy to wystarczy, aby opisać tę krainę, na którą patrzyłam nie tylko oczami,
ale i sercem? Jak mam oddać te wszystkie 
uczucia towarzyszące mi podczas wszystkich leniwych wędrówek gdzie oczy i nogi poniosą, gdy wysiadałam z autobusu żeby wyruszyć przed siebie bez planu i celu, a zatrzymywałam wiedziona nagłym impulsem, bo moje oczy przyciągał jakiś nieoczekiwany widok, budzący chęć zobaczenia z bliska jakiegoś miejsca, gdzie dostrzegłam coś interesującego? Lubiłam chodzić do wyżej położonych wiosek leżących na zboczach gór, lecz nie stroniłam też od drogi wiodącej z Porlezza do Lugano, łączącej niewielkie miejscowości leżące tuż nad brzegiem jeziora. Najczęściej  to właśnie tam, w przypadkowych rozmowach z ich mieszkańcami, zdarzało mi się dowiedzieć interesujących rzeczy na temat okolicy. Szczególnie mile wspominam trafikę w San Mamete, która pełniła również funkcję punktu informacji turystycznej. Oprócz papierosów i prasy były tam różne ulotki i książki na temat Valsoldy, sprzedawca miał także sporą wiedzę o regionie i chętnie się dzielił. To od niego dowiedziałam się, że z okolicznych wiosek wywodziło się wielu uznanych artystów i zdolnych rzemieślników, którzy od średniowiecza wędrowali po całej Europie, zostawiając w odległych krajach dzieła swoich rąk. Wielu z nich dotarło do Polski, gdzie niejednokrotnie zdobywali również szlachectwo a także znaczne majątki, ciesząc się sławą i uznaniem swych współczesnych oraz  łaską ówczesnych władców. 

Chciałabym wspomnieć o kilku najsławniejszych, gdyż ich nazwiska na stałe splotły się z historią naszego kraju. Zacznę od wymienienia  Paolo Antonio Fontany, nadwornego architekta Sanguszków, urodzonego w Castello w ostatnich latach XVII wieku, projektanta licznych kościołów, a także innych, znaczących budowli, min w Lublinie, Chełmie i Lwowie. Nazwisko Fontana wiele znaczy w historii polskiej architektury i sztuki, gdyż od czasów renesansu  przybywali do Polski liczni przedstawiciele tej rodziny, pochodzący z niewielkich miejscowości leżących nad jeziorem Lugano. Inni, jak Józef Fontana i jego syn Jakub, urodzili się już w Polsce, której bez reszty poświęcili swoje siły twórcze. Nieco wcześniej niż Paolo Antonio Fontana, bo w 1622 roku, w sąsiednim Albogasio przyszedł na świat Isidoro Afaitati, inżynier i architekt pracujący dla króla Jana Kazimierza ( do Polski ściągnął go brat, będący spowiednikiem królowej Marii Ludwiki). Jemu to Warszawa zawdzięcza odbudowę Pałacu Kazimierzowskiego zrujnowanego w czasie potopu szwedzkiego, (nota bene, od tamtej pory pałac zewnętrznie bardzo się zmienił, gdyż w późniejszych czasach był poddany dalszym przeróbkom). To właśnie ten budynek stał się pierwowzorem Villi Salve w Albogasio, którą Afaitati zbudował dla siebie, kiedy po latach pracy na obczyźnie na pewien czas wrócił w rodzinne strony. Być może czytelnicy pamiętają, jak pisałam o kościele w Albogasio, i o tym, że jego sylwetka wydała mi się znajoma; otóż nie ma w tym nic dziwnego, gdyż w zasadzie jest on kopią warszawskiego kościoła Reformatów, a podobną, choć bardziej ozdobną bryłę ma także kościół Karmelitów z Krakowskiego Przedmieścia, również dzieło Isidora Afaitati.


 Co ciekawe, są źródła przypisujące temu architektowi zasługi przy wzniesieniu warszawskich kościołów Św. Krzyża i Św. Anny, mimo iż większość z nich wymienia inne nazwiska, w tym nazwisko Giuseppe Bellotiego, architekta także pochodzącego z Castello, który istotnie działał na terenie Polski, jako współpracownik Tylmana z Gameren. Afaitati pracował też przy projektowaniu fortyfikacji Torunia oraz Krakowa, i z pewnością jest postacią zasługującą na uwagę. W związku z tym, postanowiłam nabyć książkę na jego temat napisaną przez profesora Mariusza Karpowicza, z której zapewne dowiem się wielu interesujących szczegółów. Żoną Isidora została jego krajanka pochodząca z Valsoldy, Franceschina Barrera, wywodząca się z tej samej rodziny, co urodzona  wiele lat później matka Antonia Fogazzaro. Jednak o ile być może Afaitati nie jest dziś osobą powszechnie znaną, to nazwisko Merlini zna każdy, kto kiedykolwiek przekroczył bramę warszawskich Łazienek. Domenico Merlini również urodził się w Castello, skąd jako dwudziestoletni młodzieniec wyruszył do Polski. Tu rozpoczął naukę w pracowni Jakuba Fontany, naczelnego architekta królewskiego, będącego krewnym jego matki. Zdolny młodzieniec w wieku zaledwie trzydziestu lat objął to wysokie stanowisko po swoim zmarłym mistrzu, a jego pracowitość i lista dokonań jest długa i imponująca. Oprócz licznych budowli w Łazienkach możemy wymienić Królikarnię i pałac w Jabłonnie, przebudowę Zamku Ujazdowskiego, niektórych sal Zamku Królewskiego, prace rekonstrukcyjne na Wawelu, pałac Brochów, Krasińskich i Bruhla, odbudowę ratusza w Piotrkowie, oraz wiele innych pałaców, kościołów i budynków publicznych. W 1722 roku w Castello urodził się architekt Antonio Ludovico Paracca (z matki Marty Merlini), który jako młody człowiek wyjechał do Polski, gdzie ożenił się z dobrze urodzoną panną. Początkowo pracował wyłącznie dla rodziny Platerów, lecz w późniejszych latach na zlecenie innych mecenasów stworzył wiele znaczących i rozpoznawalnych budowli na ziemiach obecnej Litwy i Białorusi. Bardzo ciekawą postacią jest urodzony w Castello w 1655 roku malarz Paolo Antonio Pagani (z matki Maddaleny Paracca) także w pewnym okresie swego życia związany z Polską. Ongiś to właśnie do niego należał najpiękniejszy dom w Castello, który mnie zachwycił kiedy byłam tam po raz pierwszy.


Wtedy moją uwagę zwróciły bogate zdobienia i wspaniały herb nad bramą, obok której widniała niewielka wywieszka mówiąca, że jest to "Casa Pagani"; dom - muzeum, niestety rzadko i na krótko otwierający swe podwoje dla zwiedzających. To właśnie w trafice w San Mamete dowiedziałam się kim był Paolo Pagani, i o tym, że jego dziełem są malowidła pokrywające sklepienie kościoła w Castello. Kiedy sprzedawca dowiedział się, że jestem Polką, nie omieszkał mnie poinformować o tym, iż ów twórca zostawił  swe prace także w Krakowie. Dodał również, że w Albogasio mieszka pisarz, historyk i wydawca w jednej osobie, Giorgio Molisi, który podobnie jak profesor Karpowicz bada związki z Polską artystów pochodzących z Valsoldy i kantonu Ticino. Muszę przyznać, że te wszystkie odkrycia były dla mnie nie tylko ogromnym zaskoczeniem, ale również nieoczekiwaną przygodą; jakby nagle otworzyła się przede mną wielka księga pełna tajemnic, którą czytałam z wypiekami na twarzy. Te czasy, tak odległe, a mimo to tak mi bliskie, więzy łączące dwie krainy oddzielone tysiącami kilometrów, wszystko to zaczęło się splatać przed moimi oczami niczym kolorowe nici w misternym gobelinie o fascynującym rysunku...
 Ale wróćmy do opowieści o Paolo Paganim, zdolnym malarzu, który podczas swojej wędrówki po Europie tworzył w Wenecji, Londynie i na Morawach, skąd niejako przy okazji zawitał również do Krakowa, aby ozdobić freskami kaplicę św. Sebastiana w kościele św. Anny. Kiedy osiągnął wiek dojrzały, wraz z żoną i synkiem wrócił do rodzinnego Castello, gdzie zamieszkał w swoim pięknym domostwie. W tutejszym kościele parafialnym św. Marcina możemy zobaczyć jego najwspanialsze dzieło, freski, którymi pokrył sklepienie. Miałam okazję je oglądać podczas jednej z wizyt w Castello.

Jak już wspominałam w pierwszym poście na temat Valsoldy miejscowość zwykle wyglądała na wymarłą, a kościół był zamknięty. Jednak pewnego razu dopisało mi szczęście;  kiedy dotarłam na niewielki placyk przed świątynią, okno na piętrze jednego z domów otworzyło się niespodziewanie i zobaczyłam starszą panią podlewająca kwiaty. Kiedy zapytałam o kościół, usłyszałam że ma klucz i jeśli chwilkę zaczekam zejdzie na dół, żeby pokazać mi wnętrze. Prawdę mówiąc, w duchu liczyłam na taki obrót spraw, bo z doświadczenia wiedziałam, że zwykle ktoś mieszkający w pobliżu kościoła ma klucze do niego, i chętnie go otworzy jeśli się o to poprosi, a nawet zapali światło, żeby można było wszystko dokładnie obejrzeć. Dzięki miłej pani mogłam zwiedzić świątynię, miałam też okazję podziwiać kunszt malarski Paganiego. Freski są namalowane z typową dla baroku manierą, a okazałe muskularne sylwetki kłębią się nad głową widza w dramatycznych pozach. Całość wygląda naprawdę imponująco, i aż trudno uwierzyć, że podobno ich twórca nie używał żadnej z technik, jakie zazwyczaj się stosuje do przenoszenia projektu z kartonu na tynk. Niestety, malowidło nie zostało ukończone, i wiele elementów pozostało jedynie w formie szkicu nie wypełnionego kolorami, co widać na zdjęciu poniżej. Jest pewna opowieść wyjaśniająca ten fakt, choć nie mogę ręczyć za jej prawdziwość... Otóż mówi się, że gdy malarz na powrót zamieszkał w Castello, podobno zachorował jego jedyny synek; wtedy  w intencji wyzdrowienia potomka Pagani złożył ślubowanie, że w ciągu półtora roku ozdobi freskami sklepienie kościoła, nie żądając za to żadnej zapłaty. Niestety, dziecko zmarło, więc malarz poczuł się zwolniony z przysięgi i porzucił niedokończoną pracę. Jednak śmierć dziecka nie ma żadnego potwierdzenia w kościelnych rejestrach gdzie zapisywano wszystkie narodziny i zgony, natomiast jest notatka, że mniej więcej w tym czasie zmarł brat malarza, więc może to w jego intencji Pagani złożył owo ślubowanie? Swoją drogą, jest to zastanawiające, że freski pozostały niedokończone, tym bardziej, że ich twórca miał przed sobą jeszcze dwadzieścia lat życia, które spędził w Castello i Mediolanie, więc nie brakowało mu ani czasu, ani możliwości, dokończenia tego malowidła.



Podczas innej wizyty w Castello miałam okazję zobaczyć wnętrze domu malarza i dwa obrazy jego autorstwa, "Ofiarę Izaaka" i "Alegorię Eucharystii".  Kiedy tam byłam muzeum znajdowało się w zalążku, podobno obecnie zbiory są znacznie bogatsze, i można tam znaleźć ciekawe dokumenty, mówiące o licznych artystach urodzonych na terenie Valsoldy. Oprócz tych, o których już pisałam, są to rodziny Pozzo, Costa, Vietti, Pedrazzini, Picozzi, Muttoni, Cocchi, Ceroni, Piola i Puttini. W XVII i XVIII wieku były to całe dynastie, które wydały zdolnych malarzy, architektów, sztukatorów, kamieniarzy i rzeźbiarzy, w większości pracujących na terenie Polski. Jest doprawdy niezwykłym zjawiskiem to dziedziczenie uzdolnień i miłości do sztuki, w tak małej, i raczej zamkniętej społeczności. Myślę, że zapewne były to geny przekazywane nie tylko w linii męskiej ale i żeńskiej, zważywszy, że matki tych utalentowanych ludzi również były córkami i siostrami artystów...
Nie tylko Castello może się poszczycić wydaniem tak wybitnych postaci, także inne wioski Valsoldy zapisały się w historii sztuki z tego samego powodu, lecz ponieważ nie ma to bezpośredniego związku z Polską, napiszę o tym przy innej okazji.

poniedziałek, 24 marca 2014

Lombardia. Wokół Jeziora Lugano - Albogasio i Castello di Valsolda.

Po długich tygodniach milczenia spowodowanych różnymi dolegliwościami (które mi odbierały energię i chęć robienia czegokolwiek) postanowiłam, że spróbuję znów coś napisać na temat moich spotkań z Valsoldą i jeziorem Lugano. Nie ukrywam, że zmobilizowały mnie  sympatyczne komentarze zaprzyjaźnionych blogerów, gdyż wynikało z nich, że moja absencja nie pozostała niezauważona. Niejednokrotnie zawierały one także słowa otuchy, i życzenia powrotu do zdrowia, za co jeszcze raz wszystkim bardzo, bardzo dziękuję! Myślę, że dla każdego z nas jest to najmilsza rzecz, kiedy okazuje się, że komuś nas brakuje w ogromnym zalewie blogów...


W związku z tym postanowiłam, że wezmę się w garść i napiszę dalszy ciąg historii, która rozpoczęła się od streszczenia książki Antonio Fogazzaro "Piccolo mondo antico" Część czytelników zapewne pamięta, jak pisałam o Castello, małej miejscowości położonej na zboczu góry, gdzie mieszkała Luiza wraz ze swą matką, i gdzie w kościele św. Marcina ona i Franco przysięgali sobie miłość po grób. Oczywiście był to dla mnie wystarczający powód aby się tam wybrać, ale nie bez znaczenia było też to, że Castello widziane z brzegu jeziora wyglądało nadzwyczaj malowniczo, z bryłą kościoła i zwartą ścianą piętrowych domostw ciasno przytulonych do siebie, uczepionych do zbocza góry niczym ptasie gniazdo.



Nie bardzo wiedziałam jak tam dotrzeć, ale postanowiłam, że na początek po prostu pójdę przed siebie, w stronę kościoła w Albogasio, wiosce położonej powyżej Orii, po drugiej stronie drogi z Porlezza do Lugano. Niebawem znalazłam się przy stromych kamiennych schodach, a gdy pokonałam wszystkie110 stopni, natknęłam się na żółtą tablicę, informującą że jest to "Calcinera" gdzie Fogazzaro kazał Luizie czekać na markizę, i gdzie wiatr zwiastujący nadchodzącą burzę odwrócił jej parasol, w tym samym  momencie, w którym z wioski nadbiegły lamentujące kobiety wołające, że mała Ombretta wpadła do jeziora...Schody zaprowadziły mnie na niewielki taras obok kościoła, który co prawda z powodu braku tynków wyglądał na niewykończony, ale mimo to pięknie się prezentował ze swoją harmonijną i elegancką sylwetką. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że jest w nim coś znajomego i gdzieś już widziałam podobną fasadę. O tym, że to wrażenie mnie nie omyliło dowiedziałam się dużo później, i było to dla mnie prawdziwym zaskoczeniem; jednak o tym, co odkryłam, napiszę  w innym poście. Wioska Albogasio składa się z dwóch frakcji; ta położona niżej nosi nazwę Albogasio Inferiore (Dolne), zaś ta znajdująca się wyżej, zgodnie ze swym usytuowaniem  Albogasio Superiore (Górne). 


Tu chciałabym wtrącić małą dygresję; w języku włoskim w odniesieniu do niewielkich miejscowości używa się nazwy "paese" co oznacza zarówno wioskę, jak i kraj. Jednak te wioski niczym nie przypominają naszych wsi, gdzie zazwyczaj domy usytuowane są wzdłuż drogi, w bezpośrednim sąsiedztwie rozległych pól lub luźno rozrzucone na nieco większej przestrzeni. Lombardzkie paese bardziej przypomina małe miasteczko ze swoją zwartą, wiekową zabudową, plątaniną wąziutkich uliczek i wspólną infrastrukturą, na którą składa się kościół (czasem jeden, a czasem dwa lub nawet trzy) publiczne ujęcie wody zwane "fontana", najczęściej będące obudowanym źródłem, na co wskazuje również jego nazwa (słowo "fonte" oznacza źródło). Oprócz tego, nie może też zabraknąć "lavatoio" czyli pralni, wielkiego kamiennego koryta z odpływem, pełnego bieżącej wody również płynącej ze źródełka, gdzie kobiety z wioski przychodziły aby zrobić pranie.

Lavatoio najczęściej znajduje się w pod zadaszeniem wspartym na eleganckich arkadach, lecz zdarza się, że  jest to po prostu murowana wiata o trzech ścianach. Szeroki kamienny brzeg koryta niegdyś służył kobietom za tarę, a upraną odzież płukało się w przepływającej wodzie. Dziś jest to jedynie relikt przeszłości, ale mimo to nikomu nie przychodzi do głowy że można by go zlikwidować; wręcz przeciwnie, najczęściej są to miejsca wysprzątane i zadbane, niejednokrotnie ozdobione kwitnącymi kwiatami. Fontana i lavatoio to prawdziwe błogosławieństwo dla strudzonego łazika, można tam zaczerpnąć czystej, świeżej wody, obmyć twarz i ręce lub po prostu usiąść na ocembrowaniu, aby odpocząć w cieniu, w sąsiedztwie szemrzącej wody. Ja również podczas moich wędrówek korzystałam z tego dobrodziejstwa jakim jest nieograniczony dostęp do wody w kraju, gdzie w letnich miesiącach upał jest naprawdę obezwładniający, dlatego też do fontann i wiejskich pralni mam stosunek sentymentalny, a wśród moich zdjęć jest sporo takich, na których je uwieczniłam.

 Dawniej mieszkańcy górskich wiosek zajmowali się pasterstwem, kultywowali niewielkie tarasowe poletka, albo gaje oliwne. Dziś rolnictwo i pasterstwo straciły na znaczeniu, ludzie, którzy tu żyją najczęściej jeżdżą do pracy w mieście, niektórzy przenieśli się tam na stałe, a rodzinny dom odziedziczony po przodkach jest dla nich jedynie miejscem weekendowego czy wakacyjnego wypoczynku. 
W związku z tym, w dzień powszedni trudno kogoś spotkać na ulicy, miejscowości te sprawiają wrażenie wymarłych, a wiele domostw ma pozamykane okiennice, dobitnie świadczące o tym, że nikogo nie ma w domu. Osobiście uwielbiałam tę senną atmosferę, gdyż mam naturę kota samotnika chadzającego własnymi drogami, poza tym spotkanie przypadkowego przechodnia w takiej małej wiosce nabiera innego, bardziej osobistego wymiaru, niż ma to miejsce w gęsto zaludnionych miejscowościach. Zazwyczaj staje się ono okazją do wymiany pozdrowień i kilku nie zobowiązujących słów lecz czasem przeradza się w bardzo ciekawą rozmowę. Zauważyłam też jedną rzecz, która pięknie świadczy o tamtejszych mieszkańcach, mianowicie niesłychaną życzliwość wobec przybysza z innych stron. Kiedy już udało mi się spotkać kogoś i np. pytałam o drogę albo prosiłam o informację na temat jakiegoś miejsca czy budynku, zawsze otrzymywałam wyczerpującą odpowiedź przeplataną grzecznościami i wyrazami sympatii.


Oczywiście były też nieliczne wyjątki, ale te mogłabym policzyć na palcach jednej ręki, gdyż Włosi z natury są narodem szczerym, raczej łatwym w codziennych kontaktach, i w stosunku do obcych naprawdę rzadko bywają niegrzeczni czy agresywni bez żadnego powodu. Mam nadzieję, że czytelnicy mi wybaczą tę przydługą dygresję, ale to co napisałam jest dość istotne dla atmosfery moich włóczęg po Valsoldzie, gdzie cisza, spokój, i ludzka życzliwość są chyba nieodłącznym elementem codziennej egzystencji. Podczas pierwszej wędrówki do Castello jedynie rzuciłam okiem na Albogasio Superiore, gdzie nad wszystkimi budynkami górowały dwie wille, które zauważyłam kiedy byłam w Orii. Jedna z nich szczyciła się rzędem białych kolumn na froncie, więc nic dziwnego, że nadano jej nazwę "Palazzo delle Colonne", choć nie wykluczone, że ma ona związek z nazwiskiem pierwszych właścicieli, należących do rodziny Colonna.


Ten dom opisał Fogazzaro w "Piccolo mondo...", o czym wspomina znana nam już żółta tablica stojąca nieopodal. Co ciekawe, miał tam mieszkać powieściowy pan Giacomo Puttini (wraz z wujem Pierem był on świadkiem na ślubie Franca i Luizy), co w pewnym sensie jest zgodne z prawdą, gdyż tak się nazywał rzeczywisty właściciel domostwa żyjący w Albogasio w połowie XIX wieku. Jednak  nigdzie nie znalazłam wzmianki mówiącej o tym, czy bohater książki oprócz nazwiska otrzymał również inne, istotne cechy swego pierwowzoru. Natomiast drugi okazały dom wzniesiony w nieopodal, miał jeszcze bardziej zaskakującą formę. Front korpusu głównego zdobiły dwa piętra arkadowych portyków, natomiast po bokach widniało coś, co wyglądałoby na wieże gdyby dodano im  hełmy zamiast przykrywać całość jednym dachem. Z napisu umieszczonego na froncie dowiedziałam się, że jest to willa Salve (powieściowy dom austriackiego urzędnika, przyjaciela markizy pana Pasotti i jego żony Barbary zwanej Barborin)  Podobnie jak Palazzo delle Colonne, willa wyraźnie się odcinała swoim wielkopańskim wyglądem na tle okolicznych domków. Jak się później dowiedziałam, ma ona bardzo interesującą historię, którą opiszę w oddzielnym poście wraz z innymi ciekawostkami dotyczącymi związków Valsoldy z Polską. 
W Albogasio nie zatrzymałam się dłużej bowiem czas uciekał a mnie czekała dalsza wędrówka do Castello, więc bez ociągania  pomaszerowałam asfaltową drogą aż do zakrętu, gdzie na zboczu widniała ścieżka prowadząca pomiędzy ogrodami. W jednym z nich pracował jakiś pan, którego zapytałam czy mogę tamtędy przejść, by nieco skrócić drogę do wioski. Okazało się, że istotnie jest to skrót powszechnie używany przez osoby idące pieszo, a po chwili dróżka zaprowadziła mnie wprost na placyk przed kościołem. Kiedy znalazłam się w Castello od pierwszej chwili poczułam, że jestem w innym świecie. To wrażenie jeszcze się wzmogło, gdy zagłębiłam się w wąziutkie uliczki, chłonąc niepowtarzalną atmosferę, z zachwytem oglądając piękne portale z marmuru i piaskowca, ażurowe balkony z kutego żelaza i naścienne freski.  Szczególnie mnie zachwyciła jedna z kamienic, wspaniale zdobiona, z okazałym herbem nad wejściem. Miasteczko było kompletnie wymarłe, i tym razem nie spotkałam  tam żywego ducha, słyszałam jedynie dźwięk dzwonków powietrznych i plusk wody w niewidocznej fontannie.

Zaczęłam się rozglądać wokoło, dostrzegłam dzwonki zawieszone w oknie na najwyższym piętrze wąskiej kamieniczki, jednak nie miałam pojęcia skąd dobiega odgłos ciurkającej wody Na nieodległym placyku co prawda znalazłam piękną fontannę lecz jej kran był zakręcony, a granitowa misa sucha. Zapuściłam się w jedną z uliczek, ale i tu nie było widać źródła tego intrygującego dźwięku. Czas jaki miałam do dyspozycji mijał niebłaganie i musiałam myśleć o powrocie, jednak odchodząc z Castello wiedziałam, że jeszcze nie raz odwiedzę to magiczne miejsce. Tak też się stało, i wkrótce ponownie zawitałam do Valsoldy, jednak tym razem nie pojechałam do Orii, wysiadłam nieco wcześniej w San Mamete i poszłam w górę mulatierą biegnącą poród gajów oliwnych. 

Tym razem do Castello weszłam od strony północnej, gdzie znajdują się antyczne domostwa wzniesione na litej skale.Wydrążono w niej płytkie korytarze, zaś na nich dobudowano ściany z łupanego kamienia wzmocnione cementem, tworzące wąskie portyki. Stąd mogłam popatrzeć na południową ścianę Pizzo di Cressogno, z wioskami Puria i Loggio u stóp, oraz przepaścistą dolinę o urwistych zboczach, gdzie kaskadami spada w dół strumień Soldo, kończący swój bieg w wodach jeziora. Ponownie ruszyłam wąskimi zaułkami Castello, oglądając subtelne detale budynków, znów usłyszałam znajomy odgłos dzwonków tańczących na wietrze, i radosny plusk fontanny. Skręciłam w stromą uliczkę biegnącą pod górę i po chwili znalazłam się na dwupoziomowym placu, gdzie zobaczyłam fontannę, której dźwięk przyprowadził mnie w to miejsce. Jej forma była dość prosta, nie wyglądała też szczególnie antycznie, wręcz przeciwnie, powiedziałabym, że jest jak najbardziej współczesnej proweniencji.

Jednak mimo to jej stylizowany,
sześciokątny granitowy basen świetnie się komponował z zabytkowymi budynkami, a na środku owego basenu znajdował się również sześciokątny obelisk, gdzie umieszczono dwa ozdobne odpływy z kutego żelaza. To z nich cienkim, lecz nieprzerwanym strumieniem płynęła woda, wydająca subtelny odgłos jaki usłyszałam podczas mojej pierwszej wizyty. Także i tym razem nie zobaczyłam żadnego z mieszkańców Castello, nie wykluczone, że za zamkniętymi bramami domostw był ktoś, kogo rankiem nie wygnała z domu konieczność udania się do pracy lub szkoły, ale znowu miałam wrażenie, że w tej chwili jestem tam jedyną żywą istotą... Nie zobaczyłam żadnej głowy, która ukazałaby się w otwartym oknie, żadnego poszczekującego psa czy przemykającego kota...Słońce stojące dość nisko rzucało ostre cienie, dzieląc ściany budynków na połowę; ich górna część kąpała się w jego blasku, zaś dolna , gdzie wiekowe kamienie porastał zielonkawy mech, w wilgotnym, chłodnym cieniu.

 Mimo tej pustki i pozornego wyludnienia Castello nie sprawiało smutnego wrażenia, raczej było w tym nastroju coś ze snu, w którym mamy poczucie zawieszenia w nierzeczywistej przestrzeni, albo baśniowej scenerii, uwiecznionej na pastelowym obrazku. W dzieciństwie uwielbiałam książkę"Pinokio" z prześlicznymi ilustracjami Jana Marcina Szancera, a  szczególnym sentymentem darzyłam tę, przedstawiającą scenę kiedy to ślimak odprawia Pinokia spod drzwi Błękitnej Wróżki. Portal zdobiący wejście i maleńkie okienko obok zauroczyły mnie do tego stopnia, że narysowałam moją własną wersję tej sceny (nawiasem mówiąc, był to całkiem udany obrazek) a zamiłowanie do tego typu architektury pozostało we mnie do dziś.  Być może dlatego w Castello poczułam się tak swojsko, ponieważ odnalazłam tam to, co najbardziej kocham, prostotę bryły i piękno detalu, skromne uroki, stworzone niegdyś przez ludzi, którym były one potrzebne niczym chleb powszedni; ślady przeszłości nienaruszone przez potomnych, choć nieco poczerniałe na przestrzeni wieków, jakie minęły od chwili ich powstania... 

Jednak również w Castello  miała miejsce pewna zmiana, jak dotąd nieodwracalna. Myślę tu o zamku, od którego pochodzi nazwa wioski. Istotnie dawno temu był tu zamek obronny, zbudowany prawdopodobnie jeszcze w pierwszym tysiącleciu, który odegrał znaczącą rolę w XII i XIII wieku, kiedy to trwały krwawe walki pomiędzy Mediolanem i Como. W XVI stuleciu został on zrównany z ziemią na polecenie Karola Boromeusza, biskupa Mediolanu, sprawującego w Valsoldzie władzę zwierzchnią. Nie ma zgody co do motywów tej decyzji, mówi się o warunkach na jakich został zawarty traktat pokojowy ze Szwajcarią lecz także o tym, że zamek opuszczony przez wojsko stał się schronieniem miejscowych rozbójników i zagrażał bezpieczeństwu publicznemu w tych stronach. W XIX wieku pozostały z niego jedynie mizerne ruiny; co prawda kupił je pewien Anglik z zamiarem odbudowania zamku, lecz zamysł ten nigdy nie został zrealizowany. Dokonano rekonstrukcji jedynie jego niewielkiej części będącej dziś prywatnym domostwem. 

  Zauroczona tym spokojnym i pięknym zakątkiem nie mogłam się oprzeć chęci, aby go odwiedzić co jakiś czas, więc zapewne wzmianki na ten temat pojawią się jeszcze niejednokrotnie. W następnym poście chciałabym napisać o dwóch najważniejszych zabytkach Castello, jakimi są kościół św. Marcina i Casa Pagani, oraz związkach Valsoldy z Polską. 

Jak zwykle zapraszam do obejrzenia albumów z tego niezwykłego miejsca 
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5992015467917900369
lub
https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/AlbogasioICastelloDiValsolda

wtorek, 28 stycznia 2014

Lombardia. Valsolda, świat miniony, świat odnaleziony...


Mam nadzieję, że tych osób, które przeczytały poprzedni post nie zniechęciło moje długie milczenie, i znów zechcą powędrować wraz ze mną, aby odkryć czarodziejskie zakątki Valsoldy. Jak już pisałam poprzednio, nad jezioro Lugano trafiłam przez czysty przypadek i splot okoliczności, ale zanim tam dotarłam, upłynęło wiele lat mojej emigracji. W tym czasie niekiedy wspominałam film "Piccolo mondo antico" obejrzany tuż po przyjeździe do Włoch, a wtedy znów miałam przed oczami wąskie zaułki górskich wiosek i uliczki schodzące tuż na skraj wody.
 Pewnego dnia trafiła w moje ręce ulotka, promująca jednodniową wycieczkę po jeziorach Como i Lugano, jaką można zrobić korzystając z dogodnych połączeń statkiem, pociągiem i autobusem.
Propozycja wydała mi się atrakcyjna, i postanowiłam, że kiedyś muszę się tam wybrać. Z tego projektu zwierzyłam się mojej przyjaciółce Patrycji, a nasza rozmowa niespodziewanie zeszła na temat filmu, który kiedyś zrobił na mnie tak wielkie wrażenie. Patrycja wspomniała, że podobno sceny plenerowe do niego kręcono właśnie w okolicy miejscowości Porlezza, a to wystarczyło, aby ożywić moją wyobraźnię i wzbudzić we mnie przemożną chęć zobaczenia tych stron.

 Co prawda już wcześniej miałam okazję popatrzeć na Valsoldę z drugiego brzegu jeziora, kiedy to wędrowałam po zielonych stokach Valle d'Intelvi, ale tym razem chodziło o coś więcej, osobiste pójście śladami bohaterów filmu, więc mimo znacznej odległości nie mogłam sobie odmówić takiej frajdy! Samo dotarcie do Porlezzy okazało się bardzo czasochłonne, ponieważ jak zwykle musiałam odbyć godzinną podróż do Como, następnie wsiąść do autobusu jadącego do Menaggio gdzie nastąpił krótki postój, po którym autobus ruszył w dalszą drogę w stronę Lugano, co w sumie zajęło niemal dwie godziny. Porlezza okazała się małym rozczarowaniem, gdyż miasteczko nie oszołomiło mnie swoją urodą. Składa się ono przede wszystkim z dużej ilości współczesnych domków nie odznaczających się niczym szczególnym, oraz kilku klockowatych hoteli nieopodal przystani. Do tego panowała pogoda w kratkę, przez chwilę nawet zanosiło się na deszcz i mimo iż promienie słońca uparcie próbowały przebić się spoza ciężkich chmur, niebo nadal było szaro-bure, a jezioro rozhuśtane zimnym wiatrem miało kolor ołowiu.


 Szczerze mówiąc, chyba zbyt wiele oczekiwałam, sądziłam, że zobaczę romantyczne zakątki, podobne do tych, jakie stanowiły scenerię filmu, tymczasem malutkie centrum historyczne w niczym ich nie przypominało... Błąkałam się po bulwarze, gapiąc na jezioro leżące pomiędzy górami i  sylwetki Monte Sighignola i San Salvatore, które zamykały ten ponury pejzaż. W takiej sytuacji pozostawało mi jedynie zasięgnięcie języka u miejscowej ludności, choć tu miałam pewne opory, ponieważ wydawało mi się, że kiedy zapytam gdzie kręcono film, mogę być poczytana za nawiedzoną  dziwaczkę, szukającą taniej sensacji. Ale mimo to, postanowiłam, że chwycę byka za rogi. Weszłam do baru ( w małych miejscowościach często bywa on również ochotniczą agendą informacji turystycznej) gdzie dla niepoznaki zamówiłam kawę i lody. Obsłużyła mnie sympatyczna dziewczyna, z którą szybko nawiązałam kontakt, więc po chwili odważnie wypaliłam, że szukam śladów "Piccolo mondo antico". 

Tu spotkało mnie miłe zaskoczenie, bo zamiast popukać się w głowę, barmanka zasypała mnie gradem informacji, a z nich wynikało, iż istotnie film (a nawet dwa filmy, bo była też wersja wcześniejsza od tej, którą oglądałam) kręcono w wioskach leżących nieopodal, co więcej, tam toczy się również akcja książki, więc reżyser poszedł za ciosem, i starał się wiernie odtworzyć jej klimat, korzystając z tej naturalnej scenografii. Dowiedziałam się też, że powinnam wsiąść w następny autobus i pojechać w stronę włosko-szwajcarskiej granicy, do Orii, gdzie bez problemu mogę rozpocząć wędrówkę śladami bohaterów powieści Fogazzaro, ponieważ znajdę tam specjalne tablice informacyjne. Nie bardzo wiedziałam o co chodzi z tymi tablicami, ale uznałam, że nie będę się dopytywać, gdyż sama odkryję wszystko na miejscu poczym bez zwłoki udałam się na przystanek.

Wraz ze mną na autobus czekały dwie włoskie turystki, które mi powiedziały, że również jadą do Orii, zobaczyć willę Fogazzaro.
 Zaskoczyła mnie ta wiadomość, bo nie miałam pojęcia, iż autor książki mieszkał w tych stronach, ani o tym, jak ścisły związek miało to z jego twórczością. Chociaż jeszcze o tym  nie wiedziałam, był to moment przełomowy w moim spotkaniu z Valsoldą i jej historią, pisarzem oraz jego twórczością. Od tej chwili zaczęłam ich powolne odkrywanie i poddałam się oczarowaniu, które przerodziło się w trwałą miłość do tego niezwykłego zakątka;
 ta z kolei zaprowadziła mnie dalej, zaowocowała przeczytanymi książkami, poszukiwaniami w internecie a także wieloma refleksjami...Tymczasem nadjechał zatłoczony autobus do którego oprócz mnie wsiadło jeszcze sporo osób jadących w tę samą stronę i po kilkunastu minutach jazdy wysiadłam w Orii. Kiedy rozejrzałam się wokoło, zachwyciła mnie uroda pejzażu, jaki miałam przed oczami. Droga wiodąca do Lugano biegnie nie samym brzegiem jeziora lecz nieco wyżej, więc lustro wody leżało w pewnej odległości.

Dzieliły mnie od niego czerwone dachy małych domków ukrytych w bujnej zieleni, a pomiędzy nimi wystrzelała kościelna wieża. Po drugiej stronie jeziora widziałam masywną sylwetkę Monte Bisgnago i strome stoki Valle d'Intelvi porośnięte gęstym lasem, wyglądającym niczym ciemnozielony aksamit.
Pogoda poprawiła się zdecydowanie, co prawda powietrze nadal było ciężkie i wilgotne, ale słońce wyjrzało pomiędzy chmurami, które szybko zniknęły, pozostawiając po sobie delikatny woal foschii. Miałam okazję podziwiać wspaniały spektakl natury, kiedy to góry i jezioro wyłaniają się powoli z ciemnych zasłon w całej krasie swoich kolorów, a kropelki wilgoci rozproszone w powietrzu zacierają wszystkie kontury, lśniąc i migocąc w blasku słońca. Był to urzekający i niezapomniany widok, przez chwilę miałam wrażenie, że jestem tam oczekiwanym gościem i to specjalnie na moje przybycie przyroda przygotowała to niezwykłe widowisko...

Później w książce Fogazzaro przeczytałam opis podobnego zjawiska, dość częstego w tych stronach, wtedy ponownie wróciło do mnie wspomnienie dnia, kiedy po raz pierwszy  zobaczyłam Valsodę. Pomyślałam sobie, że podczas tego spotkania byłam niczym książę z bajki, któremu przyprowadzają nigdy nie widzianą oblubienicę, a ona powoli podnosi zasłonę i ukazuje swą piękną twarz...
 Tymczasem przez chwilę stałam na niewielkim tarasie, patrząc na jezioro w dole i zalesione zbocza gór, gdzie przytuliło się kilka wiosek połączonych krętą drogą, biegnącą powyżej tej, którą przybyłam. W wioskach można było dostrzec wyniosłe bryły kościołów, a w tej położonej najbliżej, zauważyłam dwie wielkie wille, ozdobione kolumnami, odcinające się swoim wielkopańskim wyglądem na tle skromnych domków z szarego kamienia. Nieopodal tarasu gdzie stałam, były wąskie kamienne schodki prowadzące w dół; skierowałam tam swe kroki, i po chwili dotarłam do uroczej uliczki sąsiadującej z zielonymi ogrodami, gdzie cichutko szemrały liście drzew prześwietlone słońcem.


Uliczka biegła dość wysoko; poniżej widziałam dach kościoła, zaś przede mną były następne schodki, które zaprowadziły mnie wprost do niewielkiego portyku. Pokonałam jeszcze kilka stopni i znalazłam się na niewielkim placu wybrukowanym kamiennymi płytami. Przede mną otworzył się widok na wody jeziora, oddzielone od placu skarpą oraz niskim murkiem. Lewą stronę placu stanowiła boczna ściana willi z małą loggią i tarasem, po prawej był kościół, a pomiędzy nim i jeziorem, tuż na skraju skarpy, wzniesiono okazałą pergolę.  W tym momencie serce zabiło mi mocniej, bo zrozumiałam, że znalazłam się w w samym środku scenerii, w jakiej kręcono film! Wszystko było dokładnie tak samo, niczego nie brakowało, i nic nie zostało usunięte na potrzeby scenariusza... Przed sobą miałam dom wuja Piera, w którym po ślubie zamieszkali Franco i Luiza, na tarasie ponad loggią stał metalowy stolik z krzesełkami, przy którym Franco z przyjaciółmi pijał popołudniową kawę, a pod pergolą był jego ukochany ogród, gdzie z miłością pielęgnował swoje rośliny. Obok zauważyłam pierwszą z licznych tablic, o jakich powiedziała mi barmanka w Porlezza. Umieszczono na niej krótką notkę biograficzną o pisarzu, mapkę Valsoldy, oraz fragment "Piccolo mondo antico" nawiązujący do tego miejsca. Tuż obok kościoła rosły wielkie cyprysy, zaś w głębi pinia, dokładnie tak jak w książce, z tą różnicą, że tymczasem stała się okazałym drzewem, podczas gdy w powieści była zaledwie odchowaną sadzonką.

W tym magicznym momencie zachłysnęłam się czarem tego niezwykłego miejsca, które geniusz pisarza unieśmiertelnił, a potomni uszanowali i z pietyzmem pozostawili wszystko na swoim miejscu. Jednak to nie była ostatnia niespodzianka, bo na ścianie domu, wśród zielonych liści bluszczu, widniała tablica pamiątkowa poświęcona pamięci Antonia Fogazzaro z medalionem przedstawiającym jego podobiznę. W tym momencie zrozumiałam, że jestem przed willą niegdyś będącą jego domem, o której wspominały dwie panie spotkane na przystanku. Postanowiłam obejrzeć wszystko dokładnie, więc weszłam do portyku przecinającego dom na przestrzał. Po lewej stronie miałam darsenę, gdzie wedle powieści utonęła mała Ombretta, a po prawej schody prowadzące do kuchni, skąd unosił się zapach gotujacych się potraw. Przez otwarte drzwi rzuciłam okiem do wnętrza, i zobaczyłam duże pomieszczenie z tradycyjnym 
kuchennym wyposażeniem, pełne starych mebli oraz naczyń z miedzi i białej porcelany w kobaltowe wzory. Po chwili z głębi domu wyszedł młody człowiek, więc zadałam mu pytanie o willę. Chyba nie był tym specjalnie zaskoczony, bo bardzo chętnie odpowiedział, że istotnie niegdyś był to dom pisarza, a obecnym  właścicielem jest jego prawnuk, markiz Giuseppe Roi, pracodawca mojego rozmówcy. Nie pytany dodał też, że markiz jest mieszkańcem Vicenzy, ale przyjeżdża do Orii na wakacje i właśnie jest obecny, więc nie ma możliwości obejrzenia wnętrza domu. Zrozumiałam z tej rozmowy, że zapewne nie byłam pierwszą osobą, jaka zwróciła się do niego w poszukiwaniu informacji, i zapewne zdarzało mu się ulegać prośbom admiratorów Fogazzaro, pragnących choć przez chwilę popatrzeć na pokoje, które autor tak sugestywnie opisywał w swojej książce. Sympatyczny młodzian powiedział mi też, że markiz jest osobą w podeszłym wieku i jakiś czas temu sporządził testament zapisując willę FAI, z zastrzeżeniem, iż ma w niej powstać muzeum poświęcone pamięci jego pradziadka.


 Pomyślałam sobie, że to naprawdę piękny gest, bo zapewne jest wiele osób, dla których podobnie jak dla mnie odwiedziny w tym miejscu będą niezwykle ważnym przeżyciem. Pożegnałam mojego rozmówcę i ruszyłam na dalsze oględziny Orii. Jest to maleńka wioska składająca się z kilku uliczek, w większości mających formę schodów łączących wąskie domki, wznoszące się tarasowo na stromym zboczu, tulące się do siebie pomiędzy skrajem wody i asfaltową drogą. Maleńki placyk oraz równie mikroskopijna przystań, dopełniały wizerunku miejscowości, gdzie oprócz młodego człowieka, o którym już wspominałam, nie spotkałam żywego ducha. Szczerze mówiąc, nie narzekałam z tego powodu, bo lubię takie samotne zwiedzanie, zwłaszcza w miejscach o tak niepowtarzalnym nastroju. Ponownie wróciłam na plac przed kościołem i ruszyłam w przeciwną stronę, mulatierą biegnącą pomiędzy wysokimi murami oddzielającymi ogrody należące do sąsiednich posesji.
 Mulatiera zaprowadziła mnie na mały cmentarz, gdzie w otwartej kaplicy znalazłam trzy nagrobki, kryjące szczątki siostry pisarza, Iny Fogazzaro Dainioni, jej męża oraz wnuka Fogazzara, Antonia Roi, (stryja markiza Giuseppe). Ten cmentarz pisarz kilkakrotnie opisywał w swojej tetralogii, tu miała spoczywać Ombretta i jej rodzice, a po latach również nieszczęśliwa żona Piera Maironi, Eliza i wreszcie on sam. Tam też zauważyłam następną tablicę informacyjną z ilustracją oraz fragmentem powieści. Jak już wspominałam, Oria sprawiała wrażenie kompletnie wyludnionej, więc byłam dość zaskoczona, kiedy na drodze nieopodal cmentarza, ni stąd, ni zowąd, spotkałam chłopaka wyglądającego na jakieś 18 lat, z bujną, potarganą czupryną, niedbale ubranego, z grubą książką w ręku. Kiedy mnie mijał uśmiechnął się nieśmiało, powiedzieliśmy sobie tradycyjne "salve" a  nasze oczy spotkały się w przelotnym spojrzeniu. W tym ulotnym momencie nie mogłam się oprzeć wrażeniu, iż mimo wszystkich dzielących nas różnic, mamy coś wspólnego, że łączy nas niewypowiedziany zachwyt dla tego miejsca i chęć odnalezienia minionego świata.

 Czy muszę dodawać, że gdy  wracając z cmentarza ponownie znalazłam się na placyku koło willi, w cieniu loggi pod tarasem siedział ów chłopak, po uszy zatopiony w lekturze...

Być może poszedł tam, aby w tym romantycznym zakątku czytać jedną z powieści Fogazzara, albo jego młodzieńcze wiersze, w których przyszły pisarz opiewał piękno Valsoldy? Ukradkiem zrobiłam zdjęcie, poczym wycofałam się po angielsku, aby swą obecnoscią nie psuć mu nastroju. Pomyślałam sobie, że może to rośnie nowy pisarz, lub poeta zakochany w tej ziemi i jej przeszłości? Przypomniały mi się też moje lata "chmurne i durne", kiedy spędzałam wakacje w Warszawie i pełna romantycznych porywów biegałam do Łazienek, gdzie siadałam pod kasztanami z tomikiem wierszy Byrona, w którym za zakładki służyły mi zasuszone płatki róż...

Następnie powędrowałam do Albogasio i Castello, wiosek położonych powyżej Orii na zboczu Monte Boglia, jednak ich opis będzie tematem następnego posta. Jak wspominałam, ta wędrówka po Valsoldzie nie była ostatnią, na przestrzeni kilku letnich miesięcy 2008 roku byłam tam wiele razy, gdyż nie mogłam się wyrwać z pod jej uroku. Po upływie kilku lat przyszedł też dzień, w którym mogłam przekroczyć  progi willi Fogazzaro (będzie o tym oddzielny post).
Miało to miejsce wiosną 2011 roku, z okazji Dni Otwartych FAI (markiz Guiseppe Roi zmarł w 2009 i zgodnie z jego wolą w willi powstało muzeum) i było dla mnie niezwykłym przeżyciem. Przez te lata przeczytałam wszystkie książki Fogazzara przetłumaczone na język polski, a także ciekawe opracowanie pt."Antonio Fogazzaro i jego epoka" Katarzyny Biernackiej -Licznar. Pokusiłam się także o lekturę powieści "Piccolo mondo antico" i "Malombra" po włosku, co w moim przypadku było imponującym dokonaniem, z uwagi na styl i słownictwo, różniące się od tego, jakim mówi się współczesnie. Te czytelnicze trudności powiększa jeszcze fakt, iż pisarz obficie używał różnego rodzaju dialektów, co sprawia, że język jego postaci wiele mówi zarówno o miejscu oraz klasie społecznej, z jakich one pochodzą. Do dziś często słyszy się opinię, że Włoch z północy nie rozumie Włocha z południa, a w XIX wieku kiedy zjednoczona Italia dopiero zaczynała tworzyć wspólny wszystkim język literacki, te regionalizmy były o wiele bardziej słyszalne.


Swoim zwyczajem zaczęłam też sklejać w jedno drobne skrawki informacji, na jakie natrafiałam przy różnych okazjach. Tym co mnie najbardziej zainteresowało, był fakt, do jakiego stopnia realne zdarzenia znalazły swoje odbicie w twórczości Fogazzara. Otóż okazało się, iż  było ich niemało, począwszy od tego, że pierwowzorem Franca Maironi był Mariano, ojciec pisarza, który wbrew woli swego rodzica, bogatego
przemysłowca z Vcenzy, ożenił się z panną Teresą Barrera, córką architekta pochodzącego z Valsoldy. Jednak rysy matki Fogazzara odnajdziemy nie w postaci Luizy, lecz jej matki, pani Rigey, której pisarz dał nie tylko to samo imię, ale także obdarzył ją podobnymi cechami charakteru. 

Natomiast wzorcem dla powieściowej Luizy była przyjaciółka rodziny, pani Luiza Venini Campioni, którą pisarz znał od czasów swojego dzieciństwa, i to właśnie jej zadedykował 'Piccolo mondo antico". Twardy i nieustępliwy charakter, w jaki autor wyposażył markizę oraz jej negatywny stosunek do małżeństwa Franca, miał swe źródło w rzeczywistym konflikcie, jaki podzielił rodziców Fogazzara i jego dziadka, (nota bene, również Antonia).
Natomiast pod postacią Piera Ribeiry, bez trudu można odkryć jego pierwowzór, jakim był wuj Teresy, Pietro Barrera, wspaniały człowiek, bardzo kochany przez krewnych, dla których był prawdziwą podporą. Oczywiście, również wiele pomniejszych postaci miało swe żyjące modele, część z nich jest znana, zaś inni zniknęli w mrokach zapomnienia. Także opis domu w Orii (matka Fogazzara otrzymała willę w spadku po swoich krewnych i rodzina pisarza zwykle spędzała tam wakacje) oraz całej okolicy, jest nadzwyczaj wierny, bo choć z pewnością na przestrzeni stulecia na terenie Valsoldy powstało nieco nowych domostw, jednak nie tak wiele, aby zdecydowanie zmienić charakter tych stron.
 W zasadzie jedyną taką rzeczą jest asfaltowa droga Porlezza - Lugano, jaka powstała w okresie międzywojennym. Jej budowa sprawiła, że musiano poświęcić niektóre ogrody, mimo to, mieszkańcy chyba zrobili to bez żalu, zważywszy na fakt, iż poprzednio komunikacja na wybrzeżu jeziora była mocno utrudniona i ludziom pozostawały piesze wędrówki, lub droga wodna. Oczywiście podczas ciepłych miesięcy rejs statkiem czy łódką był przyjemnością sam w sobie, ale kiedy nadchodził okres niepogody, podróżnym zapewne nie było do  śmiechu (taką sceną podróży podczas deszczu i zawieruchy rozpoczyna się "Piccolo mondo antico") tym bardziej, że wody jeziora niejednokrotnie na zawsze pochłaniały swoje ofiary. Tu chciałabym dodać, że również dramatyczny opis śmierci Ombretty był odbiciem realnego zdarzenia, kiedy to dziesięcioletni syn pisarza, Mariano, (imię otrzymał po dziadku ze strony ojca) nieomal się utopił w darsenie należącej do willi i z pewnością straciłby życie, gdyby nie matka, która w porę nadbiegła i wyciągnęła nieprzytomnego chłopca z wody.
Podobnie jak Franco w powieści, także Antonio Fogazzaro przebywał wtedy poza domem w Lugano i dopiero po powrocie dowiedział się o wypadku. Pisarz był nadzwyczaj kochającym ojcem dla trójki swoich dzieci (oprócz syna miał jeszcze dwie córki) więc nie trudno sobie wyobrazić, co czuł w tej sytuacji. 
Tym razem los go oszczędził, jednak dziesięć lat później dwudziestoletni Mariano niespodziewanie zmarł na tyfus, co dla Fogazzara było strasznym ciosem. W sukurs (podobnie jak Francowi) przyszła mu jego głęboka wiara w Boga, jednak ta strata sprawiła, że rozwiały się wszystkie nadzieje, jakie pokładał w tym mądrym i uzdolnionym chłopcu.  

W następnych postach napiszę też o związkach Valsoldy z Polską poprzez postacie kilku wybitnych osób, urodzonych w okolicznych wioskach. To odkrycie było dla mnie wielkim zaskoczeniem i jednym powodem więcej, abym poczuła jeszcze silniejszą więź z tym pięknym miejscem.

Jeśli ktoś miałby ochotę obejrzeć więcej zdjęć z Orii i Porlezzy zapraszam jak zwykle do albumów w Googlach+ i na Picasie

https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5973962892873183105

https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/PorlezzaIOria