Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magreglio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magreglio. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 września 2013

Lombardia. Z góry na dół do Onno, czyli "szatański plan".



Onno to licząca blisko osiem wieków niewielka miejscowość położona na wschodnim brzegu Jeziora Como. Wraz z sąsiednimi wioskami Limonta i Vassena tworzy gminę Oliveto Lario, która swa nazwę zawdzięcza oliwnym gajom, jakie już od czasów rzymskich uprawiano na zboczach Prealp  Ta spokojna miejscowość kryje w swojej historii mroczne karty; w 1896 roku niemal cała jej zabudowa została zniszczona przez katastrofalną powódź. Po raz pierwszy zobaczyłam je kiedy płynęłam statkiem po jeziorze z Bellagio do Lecco i zafascynował mnie widok tej maleńkiej miejscowości, położonej pod kilkusetmetrową, prawie pionową, skalną ścianą.   

Bardzo chciałam zobaczyć je z bliska, jednak okazało się że dotarcie do Onno komunikacją publiczną jest niezwykle trudne. Ponieważ planowałam wycieczkę do leżącej po sąsiedzku gminy Valbrona, gdzie w chciałam obejrzeć kościół w miejscowości Visino, postanowiłam dotrzeć do Onno pieszo, zaś do Asso (skąd miałam pociąg do domu) wrócić autobusem. Ponieważ czekał mnie jeszcze nocny dyżur zabrakło mi czasu aby dotrzeć wioski, doszłam jednak na tyle blisko, że mogłam popatrzeć na nią z szosy biegnącej zakosami po przełęczy pomiędzy górami.  Co gorsza okazało się że autobus, którym miałam jechać do Asso istnieje jedynie w mojej (podobno aktualnej) książeczce z rozkładami jazdy, zaś w praktyce jego kursy zostały zawieszone. Cudem udało mi się złapać tzw. okazję, dzięki czemu zdołałam w porę dotrzeć do Asso, a następnie do domu (wrażenia z tej wycieczki opisałam w poście Triangolo Lariano, Visino - Valbrona.).


Ta pierwsza wyprawa z przygodami to był przedsmak tego, co było moim udziałem podczas drugiego podejścia. W poście  Fonte Menaresta, czyli u źródeł Lambro. pisałam o tym, że postanowiłam odbyć wycieczkę "dwa w jednym". Po obejrzeniu źródła rzeki Lambro miałam zamiar zejść z płaskowyżu na brzeg jeziora Lecco gdzie leży Onno. Według mojej mapy powinno być sprawą dość prostą, gdyż w tym celu należało znaleźć ścieżkę odbijającą w dół od drogi łączącej Asso i Bellagio, gdzieś pomiędzy wioskami Magreglio i Civenna. Wynikało z niej, że w miejscu zwanym Alpetto szosa tworzy podwójny zakręt, po pokonaniu drugiego z nich, powinnam skręcić i zacząć schodzić w dół. Różnica poziomów pomiędzy płaskowyżem a brzegiem jeziora wynosi około 550 m, lecz z mapy wynikało, że ścieżka  biegnie w poprzek zbocza łagodnym łukiem, więc do przejścia powinnam mieć plus/minus trzy kilometry. 

Faktycznie, tuż za drugim zakrętem zauważyłam polną drogę, jednak ta dość szybko doprowadziła mnie do bramy pola campingowego. Tablica na bramie głosiła, iż wstęp na teren mają jedynie klienci campingu, więc nie miałam tam czego szukać. Nieopodal mieszkali jacyś ludzie, u których próbowałam dopytać się o ścieżkę do Onno, lecz nikt nie potrafił mi udzielić informacji na ten temat. Rozczarowana, wróciłam na szosę i po kilkudziesięciu metrach znalazłam następną, wąską drogę, tym razem asfaltową. Ta również zdecydowanie prowadziła w dół po zalesionym stoku góry. Z mapy wynikało, że w pobliżu powinna się zaczynać mulatiera lub bita dróżka, którą mogłabym dojść wprost na brzeg jeziora.


Kiedy po przejściu dość sporego odcinka drogi znalazłam się przed dwoma słupkami niegdyś będącymi częścią nieistniejącej już bramy, ogarnęły mnie poważne wątpliwości co do tego, czy wybrałam właściwy kierunek. Wyglądało na to, że prawdopodobnie znalazłam się na terenie prywatnym, gdyż na jednym ze słupków widniał numer posesji. Mimo to droga była ogólnie dostępna, nie było bramy ani szlabanu, więc postanowiłam kontynuować wędrówkę, w nadziei, że jednak uda mi się dotrzeć na brzeg jeziora. 

Przeszłam jeszcze kilkadziesiąt metrów i po chwili wśród lasu porastającego zbocze zobaczyłam dość spory, malowniczy staw w dobrze utrzymanym parku. Co dziwne, ten teren nie był w żaden sposób wyodrębniony i park w naturalny sposób przechodził w leśne chaszcze. Na trawniku pośród drzew widniały liczne, nowoczesne rzeźby i duży, ładny dom, przy którym kręcili się ludzie, wyglądający na pracowników firmy zajmującej się pielęgnacją ogrodów. Zaskoczył mnie fakt, iż tak zasobne domostwo nie jest ogrodzone, nie było nawet tabliczki mówiącej o zakazie wstępu na teren prywatny, jakie w Lombardii można spotkać na każdym kroku, nawet na polu, czy pastwisku. Miałam wielką ochotę zrobić tam parę zdjęć, gdyż park był naprawdę piękny, a rzeźby wyglądały na dzieła sztuki o dużej wartości artystycznej. 

Uznałam jednak, że to zbyt ryzykowne; o ile w razie czego jakoś bym wytłumaczyła moją obecność w tym miejscu, to robiąc zdjęcia, bez wątpienia mogłabym zostać oskarżona o naruszenie czyjejś prywatności, albo co gorsze, o robienie rekonesansu dla bandy włamywaczy, jak to się przydarzyło Dorotce (blog Sałatka po grecku). Przezornie oddaliłam się od efektownego domostwa, droga zaprowadziła mnie na niewielką polankę, przy której stał drugi, zupełnie zwyczajny, stary dom, tym razem ogrodzony, przed którym asfalt urywał się definitywnie. 

Okna domu były otwarte, grało radio, więc najwyraźniej ktoś był w środku. Postanowiłam zadzwonić do drzwi i zapytać, jak dotrzeć na brzeg jeziora. Na dźwięk dzwonka zjawiła się młoda kobieta, która co prawda nie mogła mi pomóc, ale zawołała swego męża posiadającego większą wiedzę na ten temat. Jej mąż okazał się bardzo sympatycznym, równie młodym człowiekiem i słysząc, o co chodzi, bez chwili wahania zaproponował, że wskaże mi drogę. 

Szybko włożył buty trekkingowe na bose nogi i zaprowadził mnie na skraj polany, gdzie znajdowała się dróżka, częściowo zarośnięta krzakami i prawie niewidoczna. Myślałam, że to koniec wskazówek, jednak okazało się, że nie jest to takie proste, jak sądziłam. Poszliśmy razem jeszcze kawałek dróżką przez las, a w tym czasie Carlo (tak miał na imię sympatyczny pan) tłumaczył mi, w jaki sposób mam się orientować w terenie, gdyż jak powiedział, ze ścieżki właściwie nikt nie korzysta, więc oznakowań dawno nie odnawiano. Za punkty orientacyjne miały mi posłużyć: rzeczka, mostek i wielki, stary kasztan. 

Gdybym zabłądziła i zgubiła drogę, mogłam ewentualnie skorzystać z przesieki pod trakcją elektryczną, która podobnie jak ścieżka prowadzi w dół, na brzeg jeziora, co jednak było rozwiązaniem ostatecznym, ze względu na trudny i niebezpieczny teren. Na wszelki wypadek dał mi swój numer telefonu, z zaleceniem, abym zadzwoniła, jeśli sytuacja będzie tego wymagała. Na zakończenie ostrzegł mnie, że w lasku mogą być żmije, więc idąc powinnam robić jak najwięcej hałasu, najlepiej używając do tego celu kijka lub szurając butami.

Szczerze mówiąc, to wszystko nie wyglądało różowo, ale postanowiłam zaryzykować. W zasadzie podczas mojego pobytu we Włoszech jak ognia unikałam "chaszczingu", a miałam do tego przynajmniej dwa powody. Pierwszy to straszne przeżycia związane z zejściem ze ścieżki w Brunate (o czym być może napiszę niebawem) a drugi to dbałość o własne dobro i szacunek dla nerwów moich gospodarzy, którzy zawsze bardzo się martwili, że w trakcie moich samotnych wędrówek może spotkać mnie coś złego. Jednak tym razem pomyślałam sobie, że nie jest to wielka odległość, a ścieżka, mimo iż nie uczęszczana, zapewne da się zauważyć. Wbrew tym oczekiwaniom, okazało się, że droga przez las nie była zbyt przyjemna, po pewnym czasie ścieżka zniknęła zupełnie, co sprawiło, że poczułam się naprawdę nieswojo... 

Na szczęście, w pewnej odległości ujrzałam na drzewie prawie zatarte, niebieskie kółko, będące oznakowaniem szlaku. Kiedy doszłam do tego miejsca, nieopodal zobaczyłam drewniany mostek, o którym mówił Carlo. Za mostkiem ponownie znalazłam ślad czegoś, co kiedyś mogło być ścieżką i po kilkunastu minutach z ulgą dotarłam do ogromnego kasztana. Tu dróżka znowu zniknęła, a wokół miałam rzadkie zarośla stanowiące poszycie lasu i żadnej wskazówki... 

Uruchomiłam mój szósty zmysł i poszłam na chybił-trafił. To była dobra decyzja, bo dość szybko odnalazłam następny odcinek dawnego szlaku, a kiedy przeszłam jeszcze kilkaset metrów, znalazłam się nieopodal małej kapliczki, stojącej na skraju mulatiery. Obok niej widniał drogowskaz mówiący o tym, że idąc w dół dotrę do Vasseny, wioski leżącej nad brzegiem jeziora nieopodal Onno, natomiast jej górny odcinek prowadzi do Civenny. Gdybym zamiast skręcać Alpetto poszła jeszcze dalej szosą z Magreglio do Civenny, nie wykluczone, że natrafiłabym na tę mulatierę. 

Popełniłam błąd, gdyż skręciłam zbyt wcześnie, jednak tu muszę się rozgrzeszyć, gdyż mapa okazała się zupełnie niezgodna z rzeczywistością a poza tym ja nie szukałam mulatiery do Vasseny a ścieżki do Onno. Na moje szczęście, dzięki nieocenionym wskazówkom Carla wszystko dobrze się skończyło, a mulatiera po kilkunastu minutach istotnie zaprowadziła mnie na brzeg jeziora. Nie napotkałam też żadnej żmii lub być może faktycznie spłoszyłam je, hałasując kijkiem i butami, jak mi radził Carlo.


Co prawda, zawsze starałam się zabezpieczać przed ich ukąszeniem i udając się w góry, nawet w największe upały zakładam długie spodnie, grube, długie skarpety trekkingowe i takież buty z wysoką cholewką. Wielokrotnie ostrzegano mnie o tym bardzo realnym zagrożeniu, jakim są żmije, których w Lombardii nie brakuje. Na początku mojej kariery łazika byłam w górach na grupowej wycieczce z przewodnikiem alpejskim, który zupełnie niespodziewanie nakazał nam być cicho, a następnie wskazał na żmiję ukrytą w trawie pod drzewem rosnącym na skraju ścieżki. Poza tym na asfaltowych, górskich drogach wielokrotnie widziałam żmije przejechane przez samochody, więc nie miałam wątpliwości, że w tej okolicy jest ich dość sporo. Dlatego zawsze byłam bardzo ostrożna, unikałam schodzenia ze szlaku i chodzenia po trawie, aby nie kusić złego licha.

Kiedy znalazłam się w wiosce, bez zwłoki zadzwoniłam do miłego pana Carla, aby go powiadomić, iż szczęśliwie dotarłam do celu. Miałam wrażenie, że bardzo się ucieszył, nie omieszkał też wypytać mnie o stan dróżki, a także o to, czy wskazówki, których mi udzielił, były użyteczne. Podziękowałam mu z całego serca za okazaną pomoc, bez której w tej sytuacji z całą pewnością nie dałabym sobie rady. Szczerze mówiąc, miałam też ochotę przeklinać siarczyście, kiedy jeszcze raz wyciągnęłam moją mapę, gdzie jak przysłowiowy byk widniała droga z Magreglio do Vasseny, która w rzeczywistości urywała się nieopodal domu Carla, a także szlak pieszy do Onno, o którym nikt z pytanych ludzi nie słyszał. Co więcej, nie było na niej również żadnego śladu po wygodnej mulatierze, na którą natrafiłam przypadkiem... Na szczęście wchodząc do wioski, znalazłam się wprost na przystanku i patrząc na rozkład jazdy, z radością stwierdziłam, że za kilka minut będzie autobus do Onno. Ponieważ miałam mój całodobowy bilet na wszystkie środki lokalnej komunikacji, dzięki niemu zaoszczędziłam sobie dodatkowych dwóch kilometrów marszu po rozgrzanym asfalcie.



Tym razem rozkład jazdy nie kłamał i niebawem faktycznie dotarłam do Onno. Tu okazało się, że miejscowość, tak atrakcyjnie wyglądająca, gdy patrzyłam na nią ze statku, widziana z bliska, nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Malutka przystań, kilka domów pod skalną ścianą i wąska plaża, to wszystko można było ogarnąć jednym rzutem oka. Na domiar złego, jezioro w tym miejscu wyraźnie cuchnęło rybą, z której życie uciekło dość dawno temu... Ku mojemu żalowi nie było nawet przyzwoitej lodziarni! 

Niestety, na domiar złego słońce stało wysoko i w związku z tym, miałam problem ze zrobieniem zdjęć skalnego urwiska, które również z bliska wyglądało imponująco. Na osłodę był tu jedynie przepiękny widok na jezioro Lecco oraz malownicze szczyty Grigny i 
Grignetty na przeciwległym brzegu. Mimo to zła i zmęczona tym tak mało ciekawym rozwojem wypadków postanowiłam jak najszybciej wracać do domu. Jednak życie nie zawsze jest równie proste, jak byśmy sobie tego życzyli, więc musiałam jeszcze zatoczyć spore koło, jadąc w przeciwną stronę autobusem do Bellagio, aby stamtąd udać się do Asso, skąd odjeżdżał mój pociąg. No ale cóż, jakby nie było cała ta wyprawa to był przecież prawdziwy "szatański plan"! 

Poza tym życie jeszcze raz potwierdziło to, co wiedziałam od dawna. Jeśli mam komuś lub czemuś, ufać to (przynajmniej w Lombardii) nie są to z całą pewnością:
a) zegary uliczne
b) rozkłady jazdy na przystankach autobusowych
c) mapy


Nie policzę, ile razy w ciągu tych lat, jakie tam spędziłam, sama się wyprowadziłam w pole za pomocą tych trzech czynników... Negatywna opinia na ten temat jest moim wymysłem, sami Włosi często z przekąsem  mówią o swoim kraju że to paese delle meraviglie czyli kraj cudów lub dziwów, niczym zaskakująca kraina czarów, do której trafiła Alicja z popularnej książki, i gdzie wiele rzeczy nie jest takie, jak nam się wydaje...
Złość, która się we mnie gotowała, nie pozwoliła mi przejść do porządku nad nieścisłościami, jakie zawierała moja mapa, więc po powrocie do domu próbowałam ją zweryfikować z inną, która co prawda bardziej przystawała do realiów, jednak i tam znalazły się różne błędy... 

Zresztą, jak już wspominałam, nie było to pierwsze zdarzenie tego rodzaju, co mimo wszystko nie zniechęciło mnie do wędrówek, gdyż te logistyczne kłopoty z nawiązką wynagradzało mi piękno natury i fakt, że na mojej drodze spotkałam naprawdę bardzo, bardzo liczną rzeszę wspaniałych, sympatycznych i życzliwych ludzi !


Zdjęcie powyżej to sfotografowana tablica poglądowa okolicy, jaką znalazłam w Magreglio. Dzięki niej można sobie wyobrazić trasę, którą miałam zamiar pójść i jaką zrobiłam w istocie. Ścieżka widniejąca na mapie (o której nikt nie był w stanie mi powiedzieć czegokolwiek) powinna prowadzić z Magreglio do Onno, ukośnie trawersując zbocze. Natomiast droga, z jakiej postanowiłam skorzystać w zamian, wychodziła z miejsca oznaczonego jako Alpetto i według mapy kończyła się po lewej stronie Vasseny. Ta jednak w rzeczywistości urywała się mniej więcej w jednej czwartej zbocza, a jej dalszą część  pokonałam dróżką wiodącą w przeciwną stronę. W ten sposób doszłam do mulatiery, zaczynającej się w Civennie a kończącej w Vassenie, ale po stronie prawej, czyli przeciwnej do tej, w jaką zmierzałam. Dzięki temu moja trasa do przebycia wydłużyła się o odległość dzieląca mnie od Vasseny do Onno i którą na koniec przebyłam autobusem... 

Jak mówi stare przysłowie "kto drogę skraca, do domu nie wraca" a ja, wiedząc to wszystko, mogłabym bezpiecznie przejść odcinek z Alpetto do Civenny i tam, jak Bóg przykazał, spokojnie rozpocząć schodzenie mulatierą, dzięki czemu oszczędziłabym sobie błąkania się po lesie i strachu przed żmijami. 

Nieco później dowiedziałam się, że ścieżka, którą zamierzałam pójść, jednak istnieje i podobno zaczyna się gdzieś nieopodal domu Carla, a ściślej mówiąc odbija w prawo od tej, którą mi wskazał. I tu rodzi się pytanie, jak to możliwe, że nie można znaleźć żadnych oznaczeń dla szlaku w miejscu, gdzie on się zaczyna? Nie wspomnę o tym, że zdziwiła mnie niewiedza ludzi, którzy tam mieszkają, bo na ogół miejscowi znają doskonale swój teren, o czym sama niejednokrotnie przekonałam się podczas innych wypraw. Jednak najbardziej zaskoczyło mnie to, że Carlo, który co do centymetra potrafił opisać drogę do Vasseny nic nie wiedział o interesującej mnie ścieżce do Onno. 

Natomiast jedynym wytłumaczeniem zadziwiającej sytuacji z mapą jest to, czego się dowiedziałam zupełnym przypadkiem. Podobno niektóre z nich są tworzone z celowym błędem i mają służyć do zdezorientowania wroga, który chciałby z nich skorzystać podczas napaści. No cóż, myślę, że moja przygoda potwierdziła stuprocentową skuteczność tej metody, wyobrażam sobie morale oddziału wojaków błąkających się po zboczu w pełnym oporządzeniu, ja na szczęście miałam tylko lekki plecak...

Więcej zdjęć z Onno i okolicy można zobaczyć w albumie

sobota, 3 sierpnia 2013

Lombardia. Triangolo Lariano, Ghisallo i modlitwa cyklistów.



Mam nadzieję, że ci czytelnicy, którzy z zainteresowaniem przeczytali poprzedni wpis o Sanktuarium Cyklistów, nie wezmą mi za złe tej dygresji, będącej jednocześnie bardzo osobistą refleksją.

Jak już pisałam wcześniej, Włosi to naród bardzo uczuciowy, który lubi (również publicznie) wyrażać swoje emocje. Początkowo byłam tym nieco zdziwiona, a nawet zażenowana, jednak po pewnym czasie doszłam do wniosku, że być może jest to swego rodzaju wentyl bezpieczeństwa, chyba niezbędny tym ludziom o tak żywym temperamencie. My, Polacy, jesteśmy pod tym względem odmienni, bardziej powściągliwi w wyrażaniu uczuć i oszczędni w słowach. Jednak po wielu latach spędzonych we Włoszech ja również przywykłam do tego rodzaju ekspresji i do egzaltowanych napisów na pomnikach, a rower wiszący w kościele już nie budzi mojego zdziwienia.
Nie czuję się też nieswojo, gdy pod wpływem wzruszenia łza zakręci mi się w oku... Oczywiście emocje budzące się w takiej chwili mogą być przemijające i ulotne, lecz mogą też zostawić trwały ślad, który odmieni nas i nasze życie. Kiedy to zrozumiałam i doceniłam, wszystko, co mi się tam przydarzyło, nabrało dla mnie innego wymiaru – choć nadal często przychodził taki czas, iż wydawało mi się, że tego wszystkiego nie zniosę, że nie wytrzymam ani jednego dnia dłużej z dala od Polski, mojego domu i rodziny...
Dlatego korzystałam z każdej nadarzającej się okazji, aby wyrwać się z kieratu codzienności i wyruszyć przed siebie, gdzie nogi poniosą. Czasem było to miejsce, o którym marzyłam od dawna, innym razem wracałam do tych dobrze mi znanych, niczym do starych przyjaciół, gdzie wpada się na chwilkę miłej rozmowy. Przestałam sobie robić wyrzuty za mój nadmiar entuzjazmu i za to, że nieraz niczym małe dziecko zagapiłam się w zachwycie. Znów byłam małą dziewczynką w sukience w kropki, o której myślałam, że już dawno we mnie umarła... Widocznie tak musiało być, że samotność i cały ból emigracji, jakiego tam zaznałam, pozwoliły mi odrodzić się na nowo.
Nauczyłam cieszyć się nawet najmniejszym okruszkiem radości, jaki podrzucało mi życie, walczyć ze sobą i własnymi słabościami, ale także nie obwiniać, jeśli coś mi się nie udało, bo wiedziałam, że daję z siebie wszystko, na co mnie stać... Kiedy chodziłam w góry, czasem brakowało mi sił, żeby pokonać jakiś szczególnie trudny fragment drogi, więc w bardzo stromym miejscu byłam zmuszona iść nieomal na czworakach – czy jak mówią Włosi: a quattro zampe. Mówiłam wtedy głośno sama do siebie: „Boże, dopomóż!”. Jednak nigdy mi nie przyszło do głowy, aby zawrócić, a kiedy znalazłam się u celu, mówiłam sobie w duchu: „Dzięki Ci, Boże, jednak mi się udało!”. Choć częściej była to myśl: „Dzięki Ci za ten świat taki piękny i za to, że mogę go oglądać!”.
Kijek trekkingowy stał się dla mnie tym, czym jest rower dla kolarza – czymś o wiele więcej niż tylko posłusznym narzędziem. Był wiernym przyjacielem, niemym świadkiem moich małych zwycięstw, a wysiłek i zachwyt nad pięknem, które mogłam oglądać, najbardziej osobistą modlitwą. 

Sądzę, że niezależnie od tego, czy jesteśmy ludźmi głęboko wierzącymi, czy laikami, mamy potrzebę idei, która by nas prowadziła i nadawała sens naszym poczynaniom. Prawda jest w nas, jest jedna, choć ma wiele imion... 

Czasem ta lepsza, idealna część naszej istoty usypia, przysypana codziennością, lecz budzi się pod wpływem emocji. Warto pamiętać o takich chwilach, gdyż to one mogą dać nam siłę, aby iść do przodu i mimo przeciwności z nadzieją patrzeć w przyszłość...

W Sanktuarium znalazłam tekst modlitwy cyklistów, którą przetłumaczyłam, starając się zachować jej piękny i głęboki sens. Myślę, że każdy z nas, kto na co dzień zmaga się z życiem lub własną słabością, znajdzie w niej coś, co mówi właśnie o nim:


O Matko Pana Naszego Jezusa otocz swą łaskawą opieką nas i nasze działania.
Dopomóż nam zachować

w zdrowiu nasze ciała a nasze dusze niech pozostaną czyste i żarliwe.

Strzeż nas od niebezpieczeństw, tak w czasie treningów, jak i podczas zawodów.

Niech rowery będą dla nas narzędziami przyjaźni i braterstwa, abyśmy wciąż bardziej zbliżali się do Boga.

Modlimy się do Ciebie, aby Przyjaciele, których śmierć wyrwała z naszego grona, odnaleźli się w Królestwie Niebieskim, gdzie zaznają radości i wiecznego spokoju.  Prosimy Cię też, daj ich Rodzinom pocieszenie w cierpieniu i siłę wiary, aby mogli sprostać tej ciężkiej próbie.

Chciałabym jeszcze przytoczyć napis, jaki umieszczono na pomniku poświęconym cyklistom, który tej sportowej pasji nadaje wymiar niemal duchowy:

...I Bóg stworzył rower aby był dla człowieka instrumentem wysiłku i uniesienia na stromej ścieżce życia.
Ta góra niech będzie pomnikiem sportowej epopei naszego ludu, który zawsze był surowy i cierpki w  cnotach a słodki i łagodny w swoim poświęceniu.

Sam pomnik może się wydawać zbyt dosłowny i niezostawiający wiele pola dla imaginacji, lecz mimo to, dla mnie jest w pewnym sensie metaforą i apoteozą życia. Chyba każdy z nas czasem był zwycięzcą, a innym razem pokonanym, zaznał radości i uniesienia, jakie niesie tryumf, a także goryczy upadku, po którym trzeba było podnieść się i iść dalej. A zwycięstwo? Zwycięstwo to tylko moment i słodki dodatek do walki, bo tak naprawdę ważne jest tylko to, żeby próbować...

czwartek, 1 sierpnia 2013

Lombardia. Triangolo Lariano, Madonna di Ghisallo, czyli Sanktuarium Matki Boskiej Opiekunki Cyklistów.



Na pięknych drogach górzystego i zalesionego obszaru Triangolo Lariano, oprócz ludzi używających roweru jako środka lokomocji, często można spotkać cyklistów z prawdziwego zdarzenia, zarówno amatorów, jak i zawodowców. Właściwie trudno ich odróżnić, ponieważ obydwie grupy są równie dobrze przygotowane do uprawiania kolarstwa, jeżdżą w stosownych, markowych strojach z najlepszych materiałów i na świetnych, wysokiej klasy rowerach. Nierzadko są to ludzie w dojrzałym, a niekiedy wręcz podeszłym wieku, lecz nadal we wspaniałej formie fizycznej. Sport rowerowy jest tu bardzo popularny, choć oczywiście we Włoszech prym wiedzie piłka nożna, jednak ta ostatnia chyba ma więcej kibiców, niż osób oddających się jej aktywnie.

Natomiast jeśli chodzi o jazdę na rowerze, to w prawie każdej lombardzkiej gminie jest stowarzyszenie cyklistów, a jego członkowie uprawiają wspólne, wielogodzinne treningi. Niektóre grupy mieszkające nieco dalej, wsiadają do lokalnego pociągu i jadą w stronę gór (weekendowe pociągi są przystosowane do przewożenia większej ilości rowerów). Mogą w ten sposób uniknąć niebezpiecznych tras w pobliżu Mediolanu i wdychania smogu wszechobecnego na Równinie Padańskiej.


Ze względu na czyste powietrze oraz odpowiednie drogi, Triangolo Lariano (a przede wszystkim jego część zwana Valassina) jest jednym z popularnych i preferowanych miejsc do uprawiania sportu rowerowego. Należy też wspomnieć o tym, że to tu odbywają się najtrudniejsze etapy wyścigu Giro di Lombardia (Wokół Lombardii) między innymi Superghisallo i Muro di Sormano. Nic więc dziwnego, że właśnie w miejscowości Magreglio przy drodze prowadzącej z Asso do Bellagio, znajduje się Sanktuarium Madonna di Ghisallo, poświęcone Matce Bożej Cyklistów. Jest to niewielka świątynia, gdzie zamiast srebrnych i złotych wotów wiszą koszulki kolarzy i klubowe proporczyki, a pod sufitem umieszczono rowery, niegdyś należące do mistrzów tego sportu. Są też pamiątkowe tablice z licznymi zdjęciami rowerzystów, którzy odeszli ze świata żywych. Niektórzy polegli na wojnie, część umarła śmiercią naturalną, lecz są też wśród nich ci, co zginęli w wypadkach podczas zawodów lub treningów, jak Fabio Casartelli, znany kolarz pochodzący z tych stron.


Wśród nazwisk i fotografii zawodników jest również miejsce dla organizatorów i zasłużonych sponsorów. Centralne miejsce niewielkiego kościółka zajmuje płyta pamiątkowa poświęcona pamięci księdza Don Ermelindo Vigano' a tuż przy niej stoi wykonana z brązu wieczna lampa w kształcie wielkiej pochodni. Jak już wspomniałam, Sanktuarium jest położone w niezwykle pięknym miejscu, tuż przy asfaltowej drodze wiodącej z Asso do Bellagio. Z lewej strony znajdują się zielone wzniesienia sąsiadujące z masywem San Primo, po prawej w dole widać część jeziora Como (Lario), zwaną Lago di Lecco i jego przeciwległy brzeg a w oddali górskie pasma otaczające dolinę Valsassina. Miejsce, gdzie zbudowano kościół to swego rodzaju naturalny taras, leżący na wysokości 745 m n.p.m. więc w pogodny dzień można stąd ogarnąć wzrokiem ogromną przestrzeń z łańcuchami Alp na horyzoncie. Oprócz walorów krajobrazowych to miejsce ma również wielowiekową, ciekawą historię, a także interesującą legendę.

Mówi ona o hrabim Ghisallo, który polował w okolicznych lasach, gdzie został zauważony przez rozbójników grasujących w tej okolicy. Złoczyńcy zaczęli go ścigać, prawdopodobnie z zamiarem ograbienia i pozbawienia życia, więc przerażony hrabia schronił się w małej kapliczce; nie widząc szans na ucieczkę, prosił Madonnę o opiekę. Modlitwa została wysłuchana, dziwnym trafem zbójcy zniknęli tak nagle, jak się pojawili, nie czyniąc mu żadnej krzywdy. Aby upamiętnić swoje cudowne ocalenie, hrabia zbudował w tym miejscu niewielki kościół, nazwany później od jego imienia Madonna di Ghisallo. Znajdujący się tu obraz Matki Boskiej uznano za cudowny a Madonnę di Ghisallo za opiekunkę podróżnych. Pierwszy kościół padł pastwą pożaru, więc na jego miejscu w XVII wieku powstał nowy, który oglądamy obecnie.
Zniszczeniu uległ również pierwotny wizerunek Madonny więc zastąpiono go późniejszą kopią. Jest to bardzo powszechne we Włoszech wyobrażenie Marii jako Matki Boskiej karmiącej Dzieciątko, zwane tutaj Madonna del Latte. Kiedy sporo lat temu byłam w Ghisallo po raz pierwszy, świątynia prezentowała się o wiele skromniej, a obok niej był tajemniczo wyglądający plac budowy. Po jakimś czasie dowiedziałam się od znajomych, że zaszły tam wielkie zmiany. W związku z tym, pewnego razu korzystając z dnia wolnego i pięknej, przedwiosennej pogody, wybrałam się tam ponownie, aby osobiście skontrolować sytuację.



Oczywiście ciągnął mnie w te strony również widok gór, gdzie z powodu zimy nie byłam od kilku miesięcy, a także chęć odetchnięcia świeżym powietrzem, gdyż nad Mediolanem zalegała chmura smogu, co spowodowało wielokrotnie przekroczenie wszelkich limitów pyłów i substancji szkodliwych dla zdrowia.

Kiedy dojechałam do Magreglio i wysiadłam z autobusu, pierwsza rzecz, która wprawiła mnie w euforię, to wspaniałe, właściwie wiosenne słońce, zielone stoki gór a przede wszystkim cudowny zapach wilgotnych świerkowych igieł, kojarzący mi się z lasami Świeradowa i Karpacza. Celowo wysiadłam nieco wcześniej, aby przy okazji zrobić sobie mały spacer. Kiedy dotarłam do Sanktuarium, okazało się, że zmiany, jakie tam się dokonały, przeszły moje wyobrażenie. Nie tylko odnowiono sam kościół, ozdabiając jego fronton mozaiką, obecnie pojawiło się przed nim także kilka pamiątkowych monumentów (z tego, co wiem, planuje się postawienie następnych). Tajemniczy plac budowy zamienił się w budynek Muzeum Cyklizmu a w centralnym miejscu pustego niegdyś placu, stoi obecnie pomnik poświęcony rowerzystom. Ponieważ z natury jestem istotą dość sentymentalną, patrząc na niego, bardzo się wzruszyłam i szczerze mówiąc, łza mi się zakręciła w oku...

Pomnik przedstawia dwóch zawodników — zwycięzcę z ręką wysoko uniesioną w triumfalnym geście oraz przegranego siedzącego na ziemi, patrzącego ze zbolałą twarzą na połamany rower... Napis na cokole oddaje hołd wszystkim, którzy pokonując własną słabość, zmierzają do mety. Przed kościołem po lewej stronie, ustawiono popiersia dwóch sławnych włoskich cyklistów, Gino Bartali * i Fausto Coppi. Mimo iż stoją razem, ich podejście do życia i sportu było zupełnie odmienne (znaczące jest to, że o ile pierwszy był bardzo wierzącym, praktykującym katolikiem i swoje zwycięstwa przypisywał boskiej interwencji, to drugi uchodził za wielkiego racjonalistę). Obok jest tablica pamiątkowa ku pamięci Vincenzo Torriani (pisałam o nim w poprzednim poście Muro di Sormano ). Po przeciwnej stronie wejścia umieszczono nieco mniejsze popiersie Don Ermelinda Vigano'. To właśnie Don Ermelindo, proboszcz Magreglio i zapalony kibic wyścigów kolarskich, był autorem pomysłu, aby ten niewielki kościółek, gdzie często modlili się zawodnicy startujący w Giro di Lombardia stał się ich Sanktuarium. W 1948 do Watykanu udała się z oficjalną prośbą sztafeta rowerowa z Gino Bartali i Fausto Coppi na czele. W odpowiedzi na tę prośbę w 1949 roku papież Pius XII oficjalnie ogłosił Madonnę di Ghisallo Patronką Cyklistów i podarował Sanktuarium pobłogosławioną przez siebie wieczną lampę (tę w kształcie pochodni z brązu), którą również dziś możemy tam oglądać. Ma ona symbolizować nie tylko światło wiary i nadzieję na wieczne zbawienie, lecz również zapał zawodników i siłę ich ducha.


Od tamtej pory wielokrotnie organizowano sztafety z Ghisallo do Watykanu, gdzie kolejni papieże udzielali cyklistom swojego błogosławieństwa i dokonywali symbolicznego zapalenia lampy-pochodni.
Z biegiem lat maleńki kościółek zmienił się w prawdziwe muzeum, gdyż kolejni zwycięzcy Giro di Lombardia, tacy jak Gino Bartali, Fausto Coppi, Eddy Merckx i wielu, wielu innych, zostawiali tam swoje koszulki i rowery. Jest tam oddzielny kącik, gdzie umieszczono koszulki kobiet uprawiających ten sport; koszulki zawodników leżą również na ołtarzu pod wizerunkiem Błogosławionej Dziewicy. Na ścianie nieopodal zauważyłam ikonę Matki Boskiej Częstochowskiej, niestety nie wiem, czy jest to dar Jana Pawła II, czy też polskich zawodników biorących udział w wyścigu Giro d'Italia. Pomiędzy nawą świątyńki i ołtarzem umieszczono kratę z kutego żelaza, a na niej również umocowano zdjęcia i pamiątki.

Jest tam jedno zdjęcie budzące smutne, wręcz tragiczne wspomnienie, zrujnowanej kariery i zmarnowanego życia człowieka, który wielokrotnie stał na najwyższym podium. To zdjęcie przedstawia Marco Pantani, zwanego Piratem, ze względu na niebezpieczny sposób jazdy, kolczyk w uchu oraz stylową bandanę, którą zawiązywał na głowie. Po latach triumfu, kiedy to odniósł wiele zwycięstw, został zdyskwalifikowany za doping, co na zawsze zniszczyło jego życie i karierę. Uzależniony od kokainy oraz leków psychotropowych zmarł w hotelu w Rimini w bardzo podejrzanych okolicznościach. Mimo to, ogromny talent i niepokorna osobowość zjednały mu ogromną rzeszę wielbicieli, którzy w liczbie około dwudziestu tysięcy towarzyszyli mu w ostatniej drodze. Dobrze pamiętam tę sprawę, gdyż swego czasu media poświęciły jej wiele uwagi, więc widok jego zdjęcia w różowej koszulce lidera zrobionego na mecie, sprawił, że poczułam skurcz w gardle... 
Na przestrzeni kilkudziesięciu lat zgromadzono tu tak wiele eksponatów, iż powzięto ideę, aby obok kościoła utworzyć muzeum, które mogłoby pomieścić wciąż rosnące zbiory. Zostało ono otwarte w 2006 roku a ostatni symboliczny kamień — marmurową płytę z napisem Omnia vincit Amor (Miłość zwycięża wszystko) ofiarował i pobłogosławił papież Benedykt XVI. Zarówno muzeum, jak i Sanktuarium są poświęcone nie tylko zawodnikom, lecz także wszystkim ludziom, dla których rower był i jest nadal zarówno środkiem lokomocji, jak i sposobem na utrzymanie sprawności fizycznej.


Niestety, nie udało mi się odwiedzić muzeum, ponieważ w miesiącach zimowych jest ono zamknięte. Tak jak pisałam na wstępie, Sanktuarium bardzo się zmieniło od czasu, gdy widziałam je po raz pierwszy. Muszę powiedzieć, że trochę mi żal tego dawnego, tak skromnego w porównaniu z jego obecnym wyglądem. No ale cóż, to w końcu Sanktuarium Cyklistów i poświęcone ich pamięci a ja niestety nawet nie jeżdżę na rowerze...

* Gino Bartali jest bardzo ciekawą postacią nie tylko ze względu na swe sportowe osiągnięcia. Jak już wspomniałam, był człowiekiem głęboko wierzącym i w związku z tym nadano mu przydomek "Il Pio" czyli Pobożny. Do jego przyjaciół zaliczał się arcybiskup Florencji Elia Dalla Costa w czasie wojny czynnie pracujący w konspiracyjnej organizacji działającej na rzecz ocalenia Żydów. Organizacja potrzebowała sprawnego i wiarygodnego kuriera, więc arcybiskup zaproponował Gino Bartali, aby podjął się tej roli. Bartali pod pretekstem treningów udawał się w podróż na swoim rowerze, jadąc w jedną stronę, w rurze pod siodełkiem ukrywał zdjęcia do dokumentów, a w drodze powrotnej wiózł fałszywe dowody osobiste na aryjskie nazwiska, dzięki którym ocalono wiele setek osób narodowości żydowskiej (mówi się, że było ich sześćset, a nawet osiemset). Po wojnie arcybiskup został uhonorowany tytułem "Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata" natomiast Bartali z rąk prezydenta Włoch otrzymał Złoty Medal Zasługi.

 Więcej zdjęć jest w albumie