
Prace nad unikatową drogą wodną, jaką jest Kanał Ostródzko-Elbląski, rozpoczęto w 1844 roku, a ostatecznie zakończono w 1881. Całe przedsięwzięcie kosztowało równowartość 2,4 tony złota – to kwota większa niż koszt budowy wieży Eiffla w Paryżu. Łączy on jezioro Drwęckie z jeziorem Drużno, skąd prowadzi prosto do Zalewu Wiślanego. Ostróda, położona nad jeziorem Drwęckim, jest naturalną bramą Mazur, otwierającą je na ten niezwykły szlak, a jej związki z wodą od zawsze kształtowały charakter miasta. Natomiast Elbląg, leżący na drugim krańcu kanału, nad rzeką o tej samej nazwie, jest miastem o portowej historii i tradycjach sięgających czasów średniowiecza. Dziś ten wyjątkowy zabytek techniki uznawany jest za jeden z Siedmiu Cudów Polski i przyciąga tysiące turystów na rejsy spacerowe.
Ostróda ma wiele uroku dzięki ładnie zagospodarowanemu bulwarowi i licznym mostom. Oczywiście nie jest „wodnym miastem” jak Wenecja, Amsterdam czy choćby Wrocław, słynący ze swoich licznych przepraw, jednak jezioro w centrum, rzeka i kanały sprawiają, że wiele osób uważa ją za bardzo malowniczą miejscowość.






W okolicy Ostródy jest wiele jezior — dwa z nich, jezioro Pauzeńskie i jezioro Szeląg, połączone z jeziorem Drwęckim systemem śluz i kanałów stanowią wschodnią część całego systemu. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu ten odcinek miał wielkie znaczenie praktyczne, gdyż spławiano nim do ostródzkiego tartaku drewno pozyskiwane z okolicznych lasów. Dziś jest to już tylko element historii miasta, nie ma tartaku nad jeziorem, jednak ja dobrze pamiętam czasy jego istnienia i potężne sosnowe pnie, sezonowane w przybrzeżnych wodach. Ponieważ leżały blisko siebie, można było chodzić po nich niczym po tratwach. Była to niebezpieczna zabawa przyciągająca jedynie największych ryzykantów, gdyż luźno leżące bale miały tendencję do obracania się w wodzie, co groziło przymusową kąpielą, zmiażdżeniem nogi, a nawet utonięciem.
Obecnie ostródzkie akweny służą przede wszystkim rekreacji, a jej ważnym elementem są rejsy spacerowe po Kanale Ostródzko-Elbląskim, jeziorze Drwęckim i na trasie Ostróda — jezioro Pauzeńskie — jezioro Szeląg — Stare Jabłonki. Swego czasu byłam na takim wycieczkowym rejsie wraz z córką Martą i wnuczką Mają (córką mego syna Jakuba). Trasa z Ostródy do Starych Jabłonek liczy osiemnaście kilometrów, co przekłada się na dwie i pół godziny spędzone na wodzie. Płynie się tylko w jedną stronę, natomiast na drugą część podróży Żegluga Ostródzko-Elbląska zapewnia transport autobusem. Do wyboru są dwa warianty, można popłynąć statkiem z Ostródy do Starych Jabłonek, by wrócić do miasta autobusem lub odwrotnie.







My wybrałyśmy wariant dojazdu autobusem do Starych Jabłonek i powrót statkiem. Jezioro Szeląg to w zasadzie dwa jeziora, Szeląg Mały, nad którym leży wieś letniskowa Stare Jabłonki oraz Szeląg Wielki, jezioro rynnowe długie na 12 km, którego szerokość nie przekracza tysiąca metrów. Mniejsze jezioro z większym łączy kanał i jedyny w Polsce żeglowny tunel murowany z cegły, biegnący pod nasypem kolejowym po którym kursuje pociąg relacji Olsztyn-Ostróda. Nasyp dzielący jeziora ma imponujące rozmiary, zbudowano go wraz z linią kolejową w drugiej połowie XIX wieku. Z tego, co wiem, przy jego budowie pracowali również francuscy jeńcy wojenni, wzięci do niewoli podczas wojny francusko-pruskiej w latach 1870–1871.




Brzegi obydwóch jezior porastają bujne mazurskie lasy, wśród których posadowiły się nieliczne wioski. W południowej części jeziora, po dwóch stronach lustra wody, leżą dwie z nich — Zwierzewo i Kątno. Wiąże się z nimi lokalne podanie, mówiące o tym, skąd się wzięła ta dość niezwykła nazwa jeziora, która większości ludzi zapewne kojarzy się ze słowem oznaczającym dawną monetę.
Na wstępie dodam jeszcze, że szelągi w większości były bite ze srebra a później także z pośledniejszych metali (stąd wzięło się przysłowie o złym szelągu *), lecz najstarsze monety noszące tę nazwę były wykonane ze złota, i właśnie o takim złotym szelągu mówi ta opowieść. Otóż dawno temu, we wsi Zwierzewo żył młody rybak ze swymi rodzicami. Byli to ludzie ubodzy, a ich największym skarbem, którego strzegli jak oka w głowie, był złoty szeląg — moneta przekazywana w rodzinie z pokolenia na pokolenie. Przyszedł czas, kiedy młodemu rybakowi spodobała się piękna dziewczyna z Kątna, przychylnie patrząca na jego zaloty. Ponieważ obydwoje pracowali przez cały dzień, mogli się spotykać dopiero po zapadnięciu zmroku. Wieczorem każde z nich wsiadało do swej łodzi i płynęło na środek jeziora, gdzie niesłyszani przez nikogo, mogli rozmawiać do woli. Dzięki tym spotkaniom ich sympatia przerodziła się w miłość, więc rybak postanowił poprosić wybrankę o rękę, a na znak swych uczuć zamierzał ofiarować jej złoty szeląg otrzymany od rodziców.
Niestety o spotkaniach dwojga zakochanych dowiedziała się gromada wioskowych urwisów, którzy postanowili spłatać im psikusa. W chwili gdy narzeczeni przysięgali sobie wieczną miłość, chłopcy podpłynęli po cichu i zrobili im "kocią muzykę". Na nieszczęście stało się to w momencie, kiedy rybak podał swej wybrance monetę. Traf chciał, że dziewczyna przestraszona niespodziewanymi wrzaskami upuściła ją do wody. Rodzinny skarb pogrążył się w toni jeziora, co obydwoje uznali za złą wróżbę i od tej pory przestali się spotykać. Byli z tego powodu bardzo nieszczęśliwi, lecz choć ustały ich nocne spotkania, miłość w ich sercach trwała nadal.
Minął jakiś czas, rybak ciężko pracował, ale mimo to nie zdobył bogactwa, aż do dnia, gdy w jego sieci wpadł ogromny sum. Kiedy rozciął brzuch ryby, jego oczom niespodziewanie ukazała się złota moneta, ta sama, która kiedyś wypadła z rąk jego ukochanej. To niespodziewane szczęście stało się też początkiem poprawy losu. Młodzieniec wreszcie mógł poślubić swoją wybrankę, tym bardziej że od tej pory jego sieci zawsze były pełne ryb, co młodej rodzinie zapewniło dostatni byt. Wieść o tym nadzwyczajnym zdarzeniu szybko się rozniosła wśród okolicznej ludności i od tej pory jezioro zaczęto nazywać Szelągiem.
Jak już wspomniałam, z pokładu statku możemy obserwować brzegi Małego i Wielkiego Szeląga, porośnięte gęstym lasem i nieliczne miejsca, gdzie jest swobodny dostęp do wody. Po przepłynięciu mniej więcej trzech czwartych długości jeziora, statek skręca w lewo i wpływa do kanału, który łączy Szeląg Wielki z jeziorem Pauzeńskim. Jest to przepiękny odcinek trasy, gdyż kanał nadal biegnie przez las, więc w wodzie na przemian odbija się okoliczna roślinność i fragmenty nieba. Przepływający statek tworzy na lustrze wody fale i wiry, co daje niezwykłe efekty wizualne.
Kanał nie jest długi, więc niebawem przed dziobem statku ukazuje się śluza Mała Ruś, biorąca swą nazwę od wioski leżącej nieopodal. Śluzowanie jest atrakcją samo w sobie, bowiem najpierw otwierają się ciężkie drewniane wrota, po czym statek wpływa do wnętrza betonowej komory. Wrota za rufą się zamykają, a kiedy woda w komorze osiągnie odpowiedni stan, otwierają się wrota przed dziobem, dzięki czemu statek pokonuje różnicę poziomów pomiędzy dwoma akwenami.
Za śluzą jest niewielkie, lecz bardzo malownicze jezioro Pauzeńskie, położone w bezpośrednim sąsiedztwie Ostródy. Jego brzegi również porasta bujna roślinność, jednak o odmiennym charakterze. Nie ma tu zwartego lasu, jaki otacza jezioro Szeląg, za to zobaczymy rozległe trzcinowiska i całe połacie grążeli i wodnych lilii. Wszystkie te rośliny tworzą bogaty ekosystem, dający schronienie wielu gatunkom ptaków, które wybrały to miejsce na swoją ostoję.
Po przepłynięciu jeziora Pauzeńskiego podróż ma się ku końcowi — w tym miejscu statek ma do pokonania jeszcze jeden niezbyt długi odcinek kanału i śluzę Ostróda. Za śluzą zaczyna się miasto, przez które biegnie ostatni, najkrótszy odcinek przekopu, kończący się pod drewnianym mostem nieopodal darseny, bazy ostródzkiej białej floty. Za mostem zaczyna się jezioro Drwęckie, tu przy promenadzie znajduje się przystań dla pasażerów, gdzie kończy się ten malowniczy rejs.
Dwie i pół godziny na pokładzie statku to dość długo, jednak urozmaicone widoki podczas podróży po czterech jeziorach gwarantują tyle wrażeń, że czas mija niepostrzeżenie. Spokojna okolica, zmieniający się krajobraz i możliwość poznania niewątpliwych uroków mazurskiego pejzażu sprawiają, że jest to bardzo przyjemny sposób spędzenia kilku godzin. Ostródzka flota ma więcej propozycji rejsów, więc można wybrać się na wycieczkę po jeziorze Drwęckim, popłynąć trasą z Miłomłyna do Ostródy albo z Buczyńca do Elbląga.
Okolica wokół Ostródy jest ukształtowana w sposób charakterystyczny dla obszarów polodowcowych. Oprócz licznych jezior jest tu także wiele pagórków, a także spore różnice w wysokości na pozornie płaskich terenach.
Tak też się dzieje w przypadku akwenów o których pisałam w poprzednim akapicie. Najwyżej jest położone jezioro Szeląg (98,2 m n.p.m.), nieco niżej leży Pauzeńskie (96,7 m n.p.m.), a najniżej Drwęckie (94,9 m n.p.m.). To daje całkowitą różnicę poziomów wynoszącą około trzech metrów, skutecznie niwelowaną przez śluzy Mała Ruś i Ostróda, chroniące miasto od strony wschodniej. Podobnie ma się rzecz od zachodu, gdzie na trasie kanału znajdują się jeziora Ilińskie, Dudzkie, Sambrodzkie i Pniewskie, leżące jeszcze wyżej, bo niemal 100 m n.p.m. - tu pięciometrową różnicę wysokości redukują śluzy Zielona i Miłomłyn. Najniżej położone jezioro Drwęckie jest zlewnią okolicznych wód, więc gdyby zaszła taka sytuacja, że wszystkie cztery śluzy uległyby uszkodzeniu lub zostały celowo otwarte, ogromne masy wody z wszystkich sześciu jezior spłynęłyby kanałem do niecki, w której leży Ostróda, zalewając dużą część miasta.
Jednak jest to czarny scenariusz, o którym na co dzień nie myślą ani mieszkańcy, ani tym bardziej turyści, przyjeżdżający tu na wypoczynek. Liczący półtora wieku Kanał Ostródzko-Elbląski jest nadal żeglowny, wszystkie urządzenia techniczne zadbane i w pełni sprawne wciąż działają bez zarzutu. Dzięki tym staraniom kanał stanowi nie tylko unikatowy zabytek na skalę światową, lecz także wspaniałą atrakcję turystyczną oraz wyjątkową wizytówkę naszego regionu.




Ten post jest nieco odmienny od wszystkiego, co napisałam dotychczas. Tak się złożyło, że zaniedbałam blogosferę, a stało się to dlatego, że zbiegło mi się parę istotnych spraw, którym musiałam poświęcić dużo uwagi.*
Dlatego w minioną niedzielę postanowiłam zrobić sobie przerwę, tym bardziej że od kilku tygodni na Mazurach jest wspaniała pogoda, a ten dzień zapowiadał się na równie piękny, jak większość dni tej jesieni. Chyba już kiedyś wspominałam, że moja córka Marta jest morsem, więc dla niej koniec października to świetna pora, żeby rozpocząć nowy sezon. Aby zaadaptować się do coraz niższej temperatury wody, w niedzielne poranki pływa na kąpielisku nad pobliskim jeziorem Sajmino. Tym razem postanowiłam jej towarzyszyć, żeby pospacerować a przy okazji zrobić parę zdjęć plaży w jesiennej scenerii.






W Ostródzie jest spora grupa morsów, więc kiedy dotarłyśmy na miejsce, kilka osób już się kąpało. Na trzecim zdjęciu od góry, po prawej stronie pomostu, widać grupkę osób stojących po pas w jeziorze, a po lewej Marta oswaja się z różnicą temperatur, natomiast na czwartym z nich można dostrzec kręgi na wodzie i płynącą Martę. Tak jak się tego spodziewałam, jezioro i jego okolica wyglądały przepięknie, choć nad wodą snuła się jeszcze delikatna poranna mgiełka, było słonecznie i bardzo ciepło. Kiedy patrzyłam na spokojną taflę wody i linię brzegową, przypomniał mi się podobny widok we Włoszech.
Było to w Orcie, miejscowości leżącej na terenie Piemontu, gdzie pewnej jesieni pojechałam wraz z Martą, która mnie właśnie odwiedziła ( post o tej wycieczce jest pod linkiem Orta, miasto ażurowych balkonów). O Orcie pisałam na tym blogu kilkakrotnie, gdyż jest ona przepięknym, historycznym miasteczkiem, pełnym wspaniałych zabytków, jak romańska bazylika wzniesiona na wyspie (post Orta, wyspa San Giulio i jej piękna bazylika), czy barokowe kaplice sacromonte ( Orta, czyli Sacro Monte magiczne) poświęcone życiu św. Franciszka. Chociaż kalendarz mówił, że jest listopad, również wtedy pogoda nam dopisała, a ciepły i słoneczny dzień oszałamiał jesiennym kolorami.
Uderzyło mnie to podobieństwo, które, choć dość odległe, nasunęło mi oczywiste skojarzenia i dało powód do sentymentalnych wspomnień. Są to piękne wspomnienia, bo pokochałam włoski pejzaż, czasem pełen jaskrawych barw, a innym razem przesłonięty szarą zasłoną niepogody, podobnie jak kocham nieco smętne mazurskie widoki, wśród których się wychowałam. Myślę też o tym, jak bardzo wszystko się zmieniło za mojego życia i o tym, że klimat polskiej jesieni, niegdyś dużo bardziej surowy, zaczyna przypominać klimat północnych Włoch...






Osoba patrząca na powyższe zdjęcia zapewne odgadnie, że pierwszy blok przedstawia ostródzkie jezioro Sajmino, a na drugim jest jezioro w Orcie. Choć obydwa emanują spokojem i nostalgicznym klimatem, to mazurski pejzaż ma tylko sobie właściwą delikatność koloru i światła.
To co napisałam powyżej, jest jedynie dygresją do zasadniczej część tego posta, nawiązującej do letniej wycieczki i zdjęcia tytułowego, przedstawiającego fragment promenady nad jeziorem Drwęckim. Takie niespodziewane i odległe skojarzenia przyniósł mi jesienny niedzielny poranek, jednak dzięki nim mogłam pokazać Ostródę, okoliczne jeziora i mazurski pejzaż, który o każdej porze roku ma wiele do zaoferowania.
* Przysłowie pochodzące z czasów, kiedy masowo fałszowano drobniejsze monety ze srebra poprzez dodawanie innych pospolitych metali, przez co traciły na wartości. Można wziąć je dosłownie jako stwierdzenie, że jeśli komuś zapłacimy fałszywym pieniądzem jest prawdopodobieństwo, iż po przejściu przez wiele rąk trafi on ponownie do naszej kieszeni. Patrząc szerzej, możemy powiedzieć, że zło uczynione przez człowieka wraca do niego, bo ktoś mu odpłacił tą samą monetą. Jednym słowem jest w tym wielka mądrość i pole do własnej interpretacji.
** Ostatnio mój laptop zaczął odmawiać dalszej współpracy i wciąż się zawieszał, więc próba pisania nowych postów nie nie miała sensu. Ponieważ działał na oprogramowaniu Windows 10, postanowiłam, że kupię coś nowszej generacji i przy okazji zmienię markę. Siłą rzeczy zaprzyjaźnienie się z nowym egzemplarzem i jego interfejsem zajęło mi trochę czasu, musiałam też przenieść na niego wszystkie zdjęcia, a mam ich mam naprawdę dużo. To oznaczało ogrom dodatkowej pracy, gdyż musiałam przejrzeć je wszystkie, uporządkować foldery, i zapisać na dysku. Większą część plików już przejrzałam, co prawda jeszcze sporo jest przede mną, jednak w nich jest nieco mniejszy bałagan, więc będzie to zadanie o wiele prostsze.