Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

sobota, 24 listopada 2012

Liguria. Rezerwat Przyrody, czyli na piechotę z Capodimonte do Portofino.


Obejrzenie Opactwa San Fruttuoso i krótki odpoczynek zajęły mi około dwóch godzin. Przy okazji na straganie z pamiątkami dokonałam  zakupu, który przyniósł mi dużo radości mimo swoich niewielkich rozmiarów i niewygórowanej ceny. Sprawiłam sobie bowiem kolejną, pamiątkową kuchenną ścierkę z kolorowym nadrukiem. Takie ścierki są we Włoszech bardzo popularne, a nadruki to z reguły fragment mapy regionu z  obrazkami przedstawiającymi lokalne atrakcje, specjały gastronomiczne, i ludowe kostiumy. Są one bardzo kolorowe i okrutnie kiczowate ale ja mam do nich ogromny sentyment... Stylistyka wygląda na dość odległą w czasie i przypomina nieco drukowane makatki, które często widziało się w polskich kuchniach za czasów mojego dzieciństwa. W ciągu kilku lat stworzyłam sobie małą kolekcję takich ściereczek, nieco później wzbogaciła ją Marta, przywożąc z wycieczki do Londynu dwie następne; z mapą londyńskiego metra i sylwetkami londyńskich kościołów. Ta, którą zakupiłam tym razem, przedstawiła oczywiście Ligurię i  jej  atrakcje, w tym opactwo San Fruttuoso.

Poniżej  zamieszczam mapę turystyczną półwyspu Portofino, gdzie widać jak liczne są piesze szlaki w tej malowniczej okolicy. W rzeczywistości  jest  ich jeszcze więcej, gdyż są tam jeszcze różne "dzikie" ścieżki, których nie ma na mapie.
 półwysep Portofino

Ponieważ powrót do domu planowałam na późne popołudnie, musiałam podjąć decyzję, co zrobić z resztą czasu. Już przed wyjazdem myślałam o tym, że mogłabym przejść na piechotę do leżącego niedaleko Portofino. Portofino i Capodimonte leżą w niewielkich zatoczkach malowniczego, górzystego półwyspu, który porasta tzw. macchia mediterranea, czyli dość niska i wiecznie zielona roślinność. Przed wyjazdem poczytałam nieco w internecie na temat szlaków w tej okolicy i obejrzałam mapkę. Wynikało z niej, iż cały teren pomiędzy Portofino, Camogli,  Santa Margerita Ligure i Capodimonte jest pokryty gęstą siatką ścieżek. Niestety nie znalazłam żadnego opisu, który dawałby pojęcie o ich charakterystyce lecz miałam nadzieję, że przynajmniej jedna z nich przypomina dobrze mi znane alpejskie mulatiery. Ponieważ przyplątało mi się jakieś przewlekłe zapalenie ścięgien w lewej stopie nie nastawiałam się na bardziej forsowne marsze, pomyślałam jednak, że gdyby na miejscu okazało się, iż istotnie znajdę szlak nie zapowiadający większych problemów, to z przejściem kilku kilometrów powinnam sobie poradzić. "Rozpaskudzona" lombardzkim porządkiem, nie wpadłam na pomysł aby przed wyjazdem wydrukować mapkę z internetu. Spodziewałam się, że na miejscu będzie pod dostatkiem wyczerpujących informacji, gdyż bądź, co bądź, jest to bardzo uczęszczane miejsce, gdzie przewija się mnóstwo turystów. Niestety, w opactwie żadnej mapy nie zauważyłam, nie mówiąc o braku ulotek z  mapką, jakie w Lombardii spotyka się  w większości obiektów tego typu. Doszłam do wniosku, że zapewne znajdę jakąś wskazówkę w miejscu gdzie zaczyna się szlak. Ścieżkę prowadzącą z opactwa na okoliczne wzgórza znalazłam bez trudu, kierując się wskazówkami jednej z mieszkanek Capodimonte. Dowiedziałam się, że drogi do Portofino są dwie: jedna z nich początkowo biegnie dość nisko, na wysokości mniej więcej 100 m n.p.m. i druga, prowadząca na szczyt wzniesienia, która nieco później schodzi w dół, gdzie obydwie łączą się i wspólnie tworzą szlak docierający do Portofino. Popółwysep Portofinoczątkowy odcinek był dokładnie taki, jak się spodziewałam. Dobrze ubita ścieżka biegła zakosami w górę, niestety, tu też nigdzie nie było mapy, były jednak strzałki i napisy wykonane czerwoną farbą a z nich wynikało, że jest  to właściwa droga. Ze względu na nie najlepszą kondycję postanowiłam wybrać łatwiejszą z nich, tę wiodącą niżej, jednak mimo iż rozglądałam się uważnie, przeoczyłam rozwidlenie gdzie powinnam skręcić w prawo i poszłam  w górę, aż ścieżka doprowadziła mnie do niewielkiej, agroturystycznej restauracji. Postanowiłam, że tu zasięgnę języka i podejmę decyzję co do dalszej drogi. Przede mną było spore wzgórze  ( około 500 m n.p.m.) oddzielające opactwo od Portofino. Szczerze mówiąc, mimo mojego zamiłowania do włóczęgi nie miałam najmniejszej ochoty aby się tam wdrapywać. Po pierwsze - mój poziom energii po kilkumiesięcznym maratonie nocnych dyżurów był równy zeru, a po drugie, było bardzo ciepło, co w połączeniu z morskim powietrzem, po lombardzkim zimnie i wilgoci było dla mnie prawdziwym szokiem, nie licząc problemów ze ścięgnami, które  dawały o sobie znać ostrym bólem przy bardziej forsownym chodzeniu. Obok restauracji znalazłam mapę, niestety, ząb czasu lub jakiś wandal spowodował w niej dość sporo ubytków, więc poprosiłam właścicielkę restauracji o niezbędne wskazówki. Kobieta stwierdziła, że powinnam kierować się oznaczeniem w postaci jednej lub dwóch czerwonych kropek, gdyż obydwa  szlaki zaprowadzą mnie do celu. Nie miałam ochoty schodzić ponownie w dół aby wrócić statkiem do Camogli, w związku z tym, postanowiłam kontynuować drogę. Poszłam jeszcze kawałek w górę, aż do rozwidlenia ścieżek. Spotkałam tam jakiegoś piechura, który doradził mi abym  poszła w górę szlakiem z jedną kropką. Powiedział mi też, że jeśli z tego miejsca zejdę w dół to co prawda dotrę do drogi prowadzącej niżej, lecz i tak ( choć nieco później) nie uniknę wdrapywania się na wzgórze. Ponieważ odniosłam wrażenie że ów pan dobrze zna te strony, poszłam za jego radą i powędrowałam szlakiem czerwonej kropki. Powiem szczerze, że była to jedna z najbardziej mozolnych wędrówek w moim życiu... Byłam już  niedaleko szczytu, kiedy ścieżka,
półwysep Portofinodo tej pory dość wygodna, stała się błotnista i stroma. Przecinały ją jakieś wyrwy, było też mnóstwo połamanych gałęzi, pamiątek po zimowych ulewach. Ponieważ wyjeżdżając nie nastawiałam się na bardziej forsowne przechadzki, nie wzięłam ze sobą kijka ani butów do trekkingu. Gdyby nie zapewnienia moich informatorek, że ścieżka jest wygodna a moje trzewiki na dość grubym protektorze w zupełności odpowiadają warunkom, nigdy bym się nie porwała na ten spacer. Na szczęście udało mi się przebyć bez szwanku także ten odcinek i znalazłam się na szczycie wzgórza. Tu humor zdecydowanie mi się poprawił, gdyż miałam przed sobą  częściowo otwartą przestrzeń, więc mogłam wreszcie popatrzeć na otaczający mnie pejzaż. A pejzaż wybrzeża liguryjskiego jest naprawdę przepiękny! Spokojna tafla morza widziana z góry, w blasku wysoko stojącego słońca wyglądała niczym srebrno - niebieskie lustro. Zadziwiły mnie różne kwiatki, niektóre zupełnie mi nieznane, kwitnące mimo (teoretycznie) panującej zimy. Wokół mnie ciągnęły się zielone pasma skalistych wzgórz, porośnięte dość niską roślinnością, z wystrzelającymi gdzieniegdzie wysokimi piniami.  Miałam okazję oddać się jednemu z moich ulubionych zajęć, jakim jest zbieranie piniowych szyszek. Zawsze uwielbiałam  szyszki, kasztany i żołędzie, za ich kształty i kolory, we wszystkich odcieniach brązu. Tę  pasję zaszczepiła mi moja mama, pamiętam z pierwszych lat mego życia, jak je wspólnie zbierałyśmy aby robić  z nich śmieszne ludziki. Pamiętam też, że na  łące obok domu zrywałyśmy kwitnące trawy i polne kwiaty do wazonu. Chyba właśnie te piękne wspomnienia z dzieciństwa spowodowały moje zamiłowanie do suszonych bukietów i wiklinowych koszy pełnych szyszek... Kiedy wracałam z Włoch do domu w Polsce, w bagażu prawie zawsze miałam jakieś pudło z tymi małymi cudami natury, zebranymi w trakcie moich wędrówek. Także  i tym razem nie mogłam się oprzeć pragnieniu podniesienia kilku dorodnych szyszek pinii. Niestety, te najpiękniejsze były poza moim zasięgiem, leżały bowiem na zboczu, z dala od ścieżki, więc musiałam się zadowolić nieco mniejszymi okazami. Na tym etapie drogi natknęłam się na dziwny obiekt, niemal metrowej długości, mający kształt tablicy o zaokrąglonym szczycie, którego przeznaczenia nie potrafiłam odgadnąć. Mimo że przyjrzałam mu się dość dokładnie, nie wiedziałam - czy został  wykuty w jakimś miękkim kamieniu, czy też wylano tu coś, co przypominało beton, jednak z całą pewnością nim nie było. Po pierwsze, miało jasny,  kremowo-beżowy kolor, a po drugie, wyglądem przypominało raczej piaskowiec lub gips. Do tego na jego powierzchni ktoś wyrył dziwne znaki, które mi się kojarzyły z czymś, co już kiedyś widziałam, ale ani rusz nie mogłam sobie przypomnieć w jakich to było okolicznościach... Było to bardzo intrygujące, gdyby znajdowało się bliżej ludzkich siedzib pomyślałabym, że to jakaś mistyfikacja zrobiona dla żartu, ale do najbliższej osady był jeszcze spory kawałek drogi wąskimi, górskimi ścieżkami. Cały czas kołatała mi się po głowie myśl, że coś takiego widziałam już kiedyś na rysunku lub zdjęciu w jakiejś książce, ale do dziś nie przypomniałam sobie gdzie i kiedy.
Ścieżka znów zrobiła się dość szeroka i wygodna, więc raźno maszerowałam przed siebie. Na tym etapie prowadziła po grani wzgórza, więc po lewej ręce miałam urwisty jar schodzący do morza, a po jego drugiej stronie, na zboczu, widziałam domki porozrzucane wśród gajów oliwnych i ogrodów. Z mapy pamiętałam, że to Prato i Olmi, osady należące do Gminy Portofino. Sądziłam, iż ten etap drogi nie nastręczy mi szczególnych problemów, niestety, okazało się, że byłam w grubym błędzie! Doszłam bowiem do prawdziwej plątaniny ścieżek i wybetonowanych alejek, na domiar złego, nigdzie nie widziałam
półwysep Portofinokropkowych oznaczeń a jedynie nazwy ulic, choć te przełazy w żadnym razie nie zasługiwały na miano "ulica". Tu znowu dał mi się we znaki brak mapy. Kilkakrotnie wchodziłam w uliczkę, sądząc, że to ta właściwa, lecz za każdym razem urywała się ona na jednej z posesji, albo ni stąd, ni zowąd, zamykała ją furtka, lub brama. Co gorsza, nie  widziałam żywego ducha, więc nie było mowy o zasięgnięciu języka. Wreszcie, po dłuższym błądzeniu, przy jednej z furtek zobaczyłam dwóch turystów. Od nich dowiedziałam się, że mimo tych zapór są to w dalszym ciągu drogi publiczne, więc można bez obawy z nich korzystać. Ponieważ straciłam mnóstwo czasu i energii na krążenie po okolicy, ogarnęła mnie w tym momencie prawdziwa wściekłość. Nie miałam pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi, czy to jakieś dziwne, lokalne prawo własności, i co właściwie kryje się za tym obyczajem zagradzania drogi? Po raz pierwszy znalazłam się w takiej sytuacji, chociaż w Lombardii i Piemoncie ścieżki, tzw. mulatiery, często przecinają prywatne tereny. Właściciel po obu stronach ogradza swoją ziemię murem lub płotem, czasem przerzuca ponad dróżką mostek lub kładkę dla swojej wygody, ale droga jest otwarta, i każdy ma do niej swobodny dostęp. Idąc w dół ścieżką wskazaną mi  przez moich wybawicieli, znów doszłam do bramy, którą musiałam sforsować, aby iść dalej. To dopełniło miary mojego wzburzenia. Brama, zbita z drewnianych bali i uzupełniona siatką, nie dość, że wyglądała na wyjątkowo ciężką, to na dodatek nie trzymała się na zawiasach, lecz na jednym kawałku niedbale zawiązanego drutu. Zastanawiałam się, jak tędy przeszli panowie, których  przed chwilą spotkałam. Doszłam do wniosku, że prawdopodobnie jeden ją podtrzymywał a drugi otwierał (opcja niewykonalna w pojedynkę). Na dodatek, tuż za tym nieszczęsnym urządzeniem było znaczne obniżenie terenu, coś na kształt stopnia.  Nie miałam pojęcia, jak  sforsować tę przeszkodę bez skręcania karku lub nogi, więc postanowiłam, że będę trzymać się słupka i spróbuję odchylić nieco bramę, na tyle, abym mogła się przecisnąć pomiędzy nimi. Kiedy próbowałam wykonać ten manewr brama urwała się i padła z hukiem. Nawet nie myślałam o próbie jej podnoszenia i stawiania na miejsce, co zresztą i tak przerastało moje możliwości. Mściwie pomyślałam sobie, że to słuszna kara dla pozbawionego wyobraźni osobnika, który ją skonstruował i postawił. W tej chwili moja pierwsza droga z Santa Margerita Ligure doPortofino Portofino wydała mi się przysłowiową "kaszką z mlekiem"...
Kiedy dotarłam do placyku w Portofino, nad zatoką kładły się już długie cienie. Słońce zaczynało się chować za zachodni półwysep, sprawiając, że wzniesiony tam kościół San Giorgio i Castello Brown tonęły w jego pomarańczowym blasku. Pełne słońca były jeszcze wyższe partie wschodniego półwyspu, lecz port i stojące wokół domki pociemniały i zszarzały. Miasteczko wyglądało zupełnie inaczej niż podczas letniego dnia kiedy byłam tam po raz pierwszy. Większość barów i restauracji była zamknięta a w części domów z pokojami do wynajęcia trwały prace remontowe, lecz po nabrzeżu nadal przechadzało się sporo osób. Myślę, że podobnie jak ja, przybyły tam aby  w ciszy i spokoju nacieszyć się urodą miasteczka, rzecz niemożliwa w pełni wiosenno - letniego sezonu. Miałam wielką ochotę popatrzeć na Portofino z wysokości zamkowego wzgórza, ale brakowało mi siły na dalsze spacery. Postanowiłam, że przyjadę tu ponownie zanim zacznie się  inwazja turystów, aby nacieszyć się tą atmosferą gdyż  mimo iż były to pierwsze dni lutego, w Ligurii pachniało  wiosną. W donicach i na kwietnikach widać było  zimozielone krzewy i kwiaty odporne na niespodziewane, nocne przymrozki, a w jednym z ogrodów zobaczyłam kwitnącą mimozę. Po zimowej aurze Lombardii był to zupełnie inny świat!

P.S. Zupełnie niedawno, już podczas pobytu w Polsce, dowiedziałam się, że bariery i furtki na ścieżkach mają stanowić zaporę dla dzikiej zwierzyny. Szkoda jedynie, że w tak popularnym regionie turystycznym nikomu nie przyszło do głowy, aby zadbać o jakąkolwiek informację na ten temat...


Więcej zdjęć z półwyspu >

https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5583505894434330977

lub

https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/ZSanFruttuosoDoPortofino#

Chciałam tu dodać pewną uwagę dla osób oglądających zdjęcia morza, które robią wrażenie wykonanych wieczorem. W rzeczywistości było to wczesne popołudnie, fotografowałam je "pod słońce" stojące wysoko, i zupełnie niechcący udało mi się uzyskać efekt, który o ile się nie mylę, nosi nazwę "nocy amerykańskiej".

poniedziałek, 19 listopada 2012

"Liebster Blog "i "Szlachetna paczka"


Ku mojemu zaskoczeniu i nie ukrywam, także ogromnej radości, otrzymałam aż trzy zaszczytne nominacje od Fiydrygauki  "Szepty w metrze", Viki  "Anglia w moich oczach" i Karoli F. "Górskie wędrówki".
Jest mi ogromnie miło, tym bardziej, że bardzo cenię te blogi i czytam z niekłamaną przyjemnością.
Taki konkurs to dobra zabawa i możliwość aby lepiej się poznać, czyli cel  bardzo szczytny, mimo iż jako żywo, przypomina piramidę finansową! Wszystkim nominującym moją "Sukienkę..." niniejszym bardzo dziękuję, lecz niestety, aby kontynuować zabawę, należy się do niej nieco przyłożyć, a ja w chwili obecnej muszę się skupić na pewnym zadaniu, jakiego się podjęłam, a mianowicie, pracach związanych z wolontariatem w akcji  "Szlachetna paczka", którą przy okazji chciałam tu zareklamować i poprosić wszystkich o wgląd na stronkę.

       http://www.szlachetnapaczka.pl/

Dzięki tej akcji, wiele rodzin które z przyczyn losowych znalazły się w trudnej sytuacji, może mieć lepsze Święta, zyskać nadzieję i wiarę w ludzką solidarność. Sytuacja tych rodzin jest bardzo dokładnie weryfikowana przez nas, wolontariuszy, więc nie ma obawy, że pomoc trafi do nieodpowiednich osób. Listę rodzin i ich potrzeby, a także wszystkie wiadomości o "Paczce" można znaleźć na wyżej wymienionej stronce. Dodam jeszcze, że każda z zainteresowanych osób chcąca zostać darczyńcą, może rozpropagować tę ideę wśród rodziny, znajomych i współpracowników, aby utworzyć jedną paczkę zbiorczą, metodą "ziarnko do ziarnka". Pozdrawiam serdecznie wszystkie koleżanki - blogerki,  od których otrzymałam nominacje i wszystkich czytelników!
                       Elżbieta "Sukienka w kropki"

wtorek, 13 listopada 2012

Liguria. Portofino, Castello Brown i kilka refleksji o urodzie miasta.





Po pierwszej wizycie w Portofino powzięłam postanowienie, że kiedyś znów je odwiedzę zanim na dobre zacznie się sezon turystyczny, lecz mimo to, upłynęło sporo czasu zanim ponownie wyruszyłam do Ligurii. Do tej drugiej wycieczki skłoniła mnie przedłużająca się lombardzka zima, podczas której chłodne i wilgotne powietrze wyjątkowo daje się  we znaki. Obserwując mapę pogody spostrzegłam, że w okolicy Genui będzie sporo słońca i dużo wyższe temperatury więc postanowiłam tam pojechać na poszukiwanie wiosny. W tym okresie wybrałam się do Ligurii kilkakrotnie, między innymi do opactwa San Fruttuoso, Camogli i Portofino. Po przyjeździe na miejsce byłam przyjemnie zaskoczona, gdyż istotnie wyglądało na to, że wiosna przychodzi tu sporo wcześniej niż w okolicy Mediolanu. W miasteczku było bardzo spokojnie i mimo iż widziało się nieco osób przyjezdnych, zastałam tam zupełnie inną atmosferę, niż w dniu kiedy tam byłam w pełni sezonu. Dzień był  ładny, świeciło słońce, a w donicach i na kwietnikach kwitły bratki, fiołki oraz inne wiosenne kwiaty więc z przyjemnością schowałam do plecaka zimową kurtkę i ruszyłam na spacer po mieście. Jak już wspominałam, zatoka w której leży Portofino ma kształt zbliżony do greckiej litery "Pi" a po jej prawej stronie znajduje się wydłużony, pagórkowaty półwysep . U jego nasady jest niewielki plac, gdzie wznosi się ładna, barokowa świątynia, pod wezwaniem San Giorgio. Z tarasu przed tym kościołem jest wspaniały widok na zatokę i miasteczko po jednej stronie, oraz piękne lecz budzące lęk skalne urwisko schodzące aż do morza, po drugiej. Nieopodal, nieco wyżej, znajduje się górujący nad zatoką malowniczy zamek z przysadzistą, okrągłą wieżą. Na zamkowym tarasie rosną dwie wielkie sosny, ocieniające go niczym ogromne, zielone pióropusze. Zameczek nosi nazwę Castello Brown, dość zaskakującą na bądź co bądź, włoskiej ziemi. Jest ona związana z jego bogatą historią, którą chciałabym pokrótce streścić.
Pierwsze ślady fortyfikacji odnalezione w tym miejscu sięgają czasów rzymskich, zaś nowożytny zamek wzniesiono prawdopodobnie w X wieku. W ciągu kilku stuleci kiedy to sprawował swoją obronną funkcję, wielokrotnie zmieniał właścicieli, którzy poddawali go kolejnym
Portofinoprzebudowom. Obecną postać przybrał w połowie XVI wieku dzięki Genueńczykom a nieco później swoją cegiełkę dołożyli też Francuzi, którzy w czasach egipskiej kampanii Napoleona wyremontowali i w znaczący sposób wzmocnili jego mury.  Po zwycięstwie Nelsona nad flotą francuską przeszedł w ręce angielskie lecz gdy po Kongresie Wiedeńskim w Europie zapanował pokój, zamek stracił swoje znaczenie obronne i został wystawiony na sprzedaż. Kupił go konsul angielski Montague Yeats Brown i stąd wywodzi się jego nazwa, jaką nosi on do dnia dzisiejszego. Konsul miał swoją siedzibę w Genui, skąd przypływał wielokrotnie do Portofino na brytyjskim okręcie "Czarny Tulipan" i dosłownie zakochał się w tym miejscu. Po zakupieniu zameczku zlecił przeprowadzenie niezbędnych prac, które sprawiły, że dotychczasowa forteca zamieniła się w budynek mieszkalny, jednak zalecił wykonawcom by unikali drastycznego ingerowania w jego strukturę. Dzięki konsulowi oglądamy dziś piękne, ręcznie malowane, ceramiczne płytki, którymi wyłożono ściany na klatce schodowej i tarasie, zabytkowe meble a także inne elementy wyposażenia o dużej wartości artystycznej. Drzwi do pokoi wykonano z drewna pochodzącego z okrętu "Czarny Tulipan", który po zawarciu pokoju został rozbrojony i przeznaczony do likwidacji. Życzeniem konsula było aby na stoku poniżej zamku powstał rozległy tarasowy ogród a także drugi, mniejszy, który jest w pewnym sensie przedłużeniem domu, znajduje się bowiem na tarasie zamkowym. Tu właśnie rosną dwie wielkie sosny, ocieniające budynek. Posadził je konsul w 1870 roku dla upamiętnienia dnia swojego ślubu i  na cześć małżonki, Agnese Bellingham. Dziś jedna z nich ma się świetnie, natomiast w drugą kilka lat temu uderzył piorun. Drzewo przeżyło, lecz daleko mu do dawnej urody i okazałości. Po śmierci konsula w 1921 roku, zamek odziedziczyli jego potomkowie, którzy go sprzedali w 1949 roku angielskiemu małżeństwu Johnowi i Joceline Barber. Nowi właściciele mieli wielkie zamiłowanie do archeologii, więc przeprowadzili w zamku specjalistyczne poszukiwania,  te zaś zaowocowały odkryciem wielu tajemniczych zakątków. W 1961 roku Barberowie  sprzedali zamek Gminie Portofino i dzięki temu dziś jest tu muzeum dostępne szerokiej publiczności. Podczas poprzedniego pobytu zabrakło mi czasu i nie zdołałam zobaczyć wnętrz zamku, dlatego też wybrałam się tam po raz kolejny specjalnie w tym celu. Tym razem wszystko poszło tak, jak tego oczekiwałam a dawna forteca okazała się naprawdę uroczym zakątkiem. Dzięki temu, że dwaj ostatni właściciele nie pokusili się o zbyt daleko idące zmiany, jest to nadal zamek a nie luksusowa willa. Przestronne, niskie komnaty, w których panuje przyjemny chłód, mają ściany pomalowane na pastelowe kolory, podobnie jak domy w miasteczku; zachowano też oryginalne kominki i podłogi. Z dawnego wyposażenia pozostały meble, co prawda nieliczne lecz mające dużą wartość artystyczną i historyczną. W pokojach można też obejrzeć bardzo bogaty zbiór fotografii z lat 50- i 60- tych XX wieku. Są to zdjęcia znanych aktorów oraz osobistości ze świata polityki, niegdyś spędzających wakacje w Portofino i okolicznych miejscowościach. Obejrzałam je z wielkim zainteresowaniem, jako że są one świadectwem czasów, kiedy to powstała piosenka "Miłość w Portofino", od której zaczęła się moja prywatna przygoda z tym miasteczkiem. Na zdjęciach można zobaczyć młodziutką, śliczną Zofię Loren, Gretę Garbo, Jacqueline Kennedy i wiele innych, znanych osób.
Portofino
   Cóż jeszcze mogłabym tu dodać? Czy to, że życie dało mi nieoczekiwany prezent w postaci spełnionego marzenia? A może to, że ten bajkowy pejzaż zostanie na zawsze w moich wspomnieniach? Kiedy wyszłam z zamku na taras i spojrzałam w dół, mogłam zobaczyć zatokę i miasteczko nieomal z "lotu ptaka". Kolorowe domki na nabrzeżu, szmaragdową wodę, zielone wzgórza i dalej, na horyzoncie, błękitne morze zlewające się z niebem. Cały ten urzekający pejzaż kąpał się w słońcu lecz pod sosnami konsula panował przyjemny półcień. Zrozumiałam wtedy, co go tak oczarowało, iż zapragnął zamku na własność... Zapewne tak jak mnie urzekło go piękno okolicy, spokój, i poczucie zawieszenia pomiędzy niebem i ziemią, niczym w ptasim gnieździe uwitym na skale. Skromność niegdysiejszych gospodarzy zamku i ich decyzja o ograniczeniu się jedynie do niezbędnych wygód, sprawiły, że wprowadzone zmiany podniosły jeszcze naturalne walory tego miejsca. Co prawda, kiedy zeszłam do parku położonego po lewej stronie zamku zobaczyłam coś, co mi nieprzyjemnie "zazgrzytało", jakąś tajemniczą rurę mającą kształt blaszanego komina, pomiędzy wieżą a ścianą budynku mieszkalnego. Wygląda to zupełnie współcześnie ale trudno zgadnąć, jakiemu celowi służy. Mam jedynie nadzieję, że było  istotnie niezbędne, bo że szpeci budynek, to fakt niezbity. Gdybym mogła, wyrzuciłabym też z hukiem współczesną, blaszaną syrenkę odpoczywającą na murku i również blaszanego dyskobola przy wejściu. Jest tak paskudny, że nie fotografowałam go, bo wolałabym o nim jak najszybciej zapomnieć.
Z zamkowego tarasu dość dobrze widać leżącą na przeciwległym wzgórzu  i odległą o kilkaset metrów willę "Altachiara", o której pisałam poprzednim razem. Jej pierwszy właściciel, lord Carnavon i gospodarz zamku sir Brown, darzyli się wzajemną sympatią, utrzymywali dobre towarzyskie stosunki i często się odwiedzali. Zastanawiałam  się, czy nazwa stromej dróżki prowadzącej po urwisku od strony morza, do miejsca noszącego nazwę  " discesa a Cala degli Inglesi" czyli " zejście do Zatoczki Anglików" jest echem ich wspólnych przechadzek, a może chodzi o angielskich marynarzy którzy tu przybijali do brzegu, czy też o Anglików w ogólności ? Przedstawiciele tej nacji zawsze chętnie odwiedzali Włochy, wielu z nich osiedlało się tu na stałe, więc zapewne ci  synowie (i córki) narodu  lubiącego sportowe wyzwania, nie stronili również od takich dość ryzykownych spacerów, tym bardziej że zatoczka tworzy piękne naturalne kapielisko. Ścieżka nosząca tę intrygującą nazwę uchodzi za niebezpieczną, chociaż obecnie jest wyposażona w system łańcuchów, ułatwiających drogę i chroniących przed upadkiem. A upadek z urwiska w tej okolicy może mieć naprawdę tragiczne konsekwencje, jak tego dowodzi niewyjaśniona śmierć nieszczęsnej hrabiny Vacca Augusta...



















Portofino bez wątpienia jest  miasteczkiem niezwykłej urody, jednak zobaczyłam tam coś, co według mnie ma się do niego, niczym przysłowiowy "kwiatek do kożucha".

PortofinoByć może, znajdą się osoby nie podzieląajace mojego oburzenia i narażę się na zarzut braku zrozumienia współczesnej sztuki, jednak będę się upierać przy twierdzeniu, że pewne rzeczy nie tylko nie pasują do siebie, lecz wręcz, mówiąc potocznie, "gryzą się". Zastanawia mnie, jak w miejscu gdzie pejzaż jest chroniony i w związku z tym nie można tam budować nic, co mogłoby go naruszyć, mógł powstać twór, jakim jest muzeum współczesnej rzeźby pod otwartym niebem... Wszystkie eksponaty umieszczono w zabytkowym, tarasowym ogrodzie, przy czym na pierwszym planie można zobaczyć jakieś koszmarne stworzenia wyglądające niczym surykatki w kolorze fuksji, oraz realistycznie oddanego nosorożca wiszącego na czymś co przypomina portowy podnośnik. Nie zdziwiłabym się gdyby znalazły się w Disneylandzie, centrum handlowym czy wśród współczesnych zabudowań, jednak w tym rybackim miasteczku wydawały się zupełnie nie na miejscu. Próbowałam je zobaczyć z bliska aby dowiedzieć się kim są autorzy tych dzieł. Niestety, wejście do ogrodu było zamknięte, gdyż muzeum można zwiedzać jedynie w miesiącach letnich. Osobiście sądzę, że prawdziwa sztuka, również nowoczesna, broni się nawet w historycznym otoczeniu. Kiedy wraz z Martą byłam w prześlicznej, barokowej Orcie, miałyśmy okazję obejrzeć uliczną wystawę monumentalnych rzeźb Mimmo Paladino, o której pisałam tutaj jakiś czas temu. Mimo drastycznej różnicy stylu nie raziły, gdyż umieszczono je w przemyślany sposób, w takich punktach miasteczka, że ich obecność zyskiwała nowy wymiar i sens. W moim odczuciu rzeźba potrzebuje odpowiedniego miejsca i tła, które wydobywa jej walory, natomiast tutaj stłoczono je zupełnie bez sensu, co sprawia, że trzeba je oglądać z niewielkiej odległości, bez zachowania odpowiedniej perspektywy. Zapewne byłaby to świetna idea, gdyby Portofino dysponowało dużym parkiem na płaskim terenie, co pozwoliłoby na stworzenie naprawdę interesującej ekspozycji. Obecna sprawia wrażenie zrobionej "na siłę", jakby władze miasta otrzymały kłopotliwy prezent, z którym nie wiadomo co zrobić a odrzucić go po prostu nie wypada.
Ponieważ nie mogłam wejść do muzeum, próbowałam popatrzeć przez płot. Udało mi się podejść stosunkowo blisko i zajrzeć do parku z uliczki położonej powyżej. Z tego co widziałam, wszystkie rzeźby są umieszczone bez ładu i składu, a co więcej, bez żadnego związku z przestrzenią. Po powrocie do domu w internecie przeczytałam artykuł na temat tego przedsięwzięcia, lecz znane na całym świecie nazwiska twórców nie zmieniły mojego zdania że jest to niedobry pomysł, robiący krzywdę miasteczku i artystom. W wirtualnym muzeum obejrzałam także większość eksponatów, jednak nie było wśród nich ani różowych stworzeń, ani nosorożca.

Zdjęcie

Miałam jeszcze sporo czasu do odjazdu, pogoda była nie najgorsza, więc postanowiłam poszukać zacisznego miejsca gdzie mogłabym usiąść aby wypić popołudniową kawę. W Portofino jest duży wybór lokali gastronomicznych, a ponieważ była to niedziela większość z nich była otwarta, mimo iż do rozpoczęcia sezonu pozostało jeszcze sporo czasu. Szczerze mówiąc, miałam niejakie opory przed konsumpcją w miejscu gdzie kawa niekiedy kosztuje od trzech (espresso) do piętnastu euro (po irlandzku). A to przecież nie koniec wydatków, bo zasiadanie przy restauracyjnym stoliku żeby wypić jedynie kawę, po pierwsze, nie jest dobrze widziane przez personel, więc należałoby zamówić coś jeszcze, a po drugie, trzeba też doliczyć cenę nakrycia stolika ( na ogół kilka euro) no i zwyczajowy napiwek. Wynikało z tego, że byłaby to najdroższa kawa w moim życiu i chociaż nie jestem skąpa, wydawanie na kawę sumy, za którą z powodzeniem można zrobić codzienne zakupy wydawało mi się lekką przesadą. W związku z tym, zadowoliłam się przyjemną lodziarnią gdzie serwowano również kawę espresso (w cenie jednego euro) i zainstalowałam  przy stoliku stojącym na bulwarze. Lody były doprawdy świetne, więc powoli delektowałam się nimi, obserwując zatokę. Tuż przede mną była zacumowana niewielka, biała łódka, którą objęły w posiadanie trzy mewy. Rozbawił mnie widok tych dość szczególnych "załogantów", siedzących rządkiem na burcie i czyszczących pióra. Nagle, ni stąd, ni zowąd, dobiegł mnie odgłos grzmotu a po chwili zaczął kropić drobny deszcz. Dopiłam kawę i postanowiłam, że resztę dnia spędzę w Genui. Kiedy mój autobus dojeżdżał do dworca w Santa Margherita Ligure rozpadało się na dobre, lecz widać było, że nieco dalej na północy nadal świeci słońce. Pogratulowałam sobie pomysłu, bo zanosiło się na to że w Genui jednak może być pogodnie. Oprócz tego dobrze się składało, bo zawsze chciałam zobaczyć sławną, genueńską katedrę.


Jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć więcej zdjęć z Castello Brown  zapraszam na Google+

https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5590361720917353601
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5590139595288476065


Lub do albumu na Picasie

https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/PortofinoCastelloBrown
https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/PortofinoCastelloBrown


sobota, 10 listopada 2012

Liguria. Na kawę do Portofino...




Liguria to jeden z najpiękniejszych regionów Włoch. Mieszkając w Mediolanie wiele słyszałam o jej wspaniałych zakątkach, które koniecznie należy zobaczyć. Mówiono mi o górach schodzących wprost do morza, o pięknie przyrody, malowniczych miasteczkach, wspaniałym klimacie i o tym, że wiosna przychodzi tam przynajmniej o miesiąc wcześniej, więc niejednokrotnie już pod koniec lutego kwitną mimozy. Brzmiało to bardzo zachęcająco a kiedy wreszcie przyszedł czas, że zobaczyłam to wszystko  na własne oczy, mogłam jedynie potwierdzić tę obiegową opinię. Tak się zresztą złożyło, iż podobnie jak w wielu innych przypadkach, początek mojego zainteresowania tą krainą miał miejsce wiele lat temu.

Portofino było jedną z tych miejscowości, które mnie fascynowały odkąd sięgnę pamięcią. Po raz pierwszy usłyszałam tę nazwę kiedy jako dziecko urządzałam sobie "dom" pod stołem w pokoju. Było to chyba pod koniec lat pięćdziesiątych a może na początku sześćdziesiątych, kiedy to jedynym łącznikiem ze światem kultury było nasze małe radio marki "Pionier". Repertuar rozgłośni "Polskie Radio" był w owych czasach bardzo skromny; nadawano audycje oświatowe, muzykę poważną (najczęściej utwory Szopena), ludowe piosenki i trochę muzyki rozrywkowej w wykonaniu znanych polskich wykonawców. Jedną z nich była Sława Przybylska, która spopularyzowała w Polsce włoską piosenkę Freda Buscalione "Miłość w Portofino". Do dziś pamiętam ten pełen smutku, sentymentalny tekst o opuszczonej dziewczynie i drodze do Portofino, na której "został żółty kurz". Szczerze mówiąc, zarówno ta, jak i inne piosenki z tego okresu, (powtarzane do znudzenia wiele razy w ciągu dnia) mogły doprowadzić do ciężkiej depresji, jednak dzięki temu do dziś mimo upływu czasu pamiętam ich teksty a nawet intonację głosu wykonawców. Minęło kilka lat, nieco podrosłam i dostałam mój pierwszy atlas geograficzny. Uwielbiałam go rozkładać na stole i oglądać mapy; urzekały mnie ich kolory, za którymi kryły się morza, góry i równiny...Czytałam egzotyczne, obco brzmiące nazwy, próbując sobie wyobrazić miejsca, jakie oznaczały. Pamiętam, że jednymi z moich ulubionych i oglądanych chętniej niż inne były mapy Włoch i Hiszpanii, ze względu na piękne, dźwięczne nazwy miejscowości. Pewnego dnia, na wybrzeżu Włoch zauważyłam maleńkie kółeczko z napisem "Portofino". Zastanawiałam się, czy jest to miejscowość z piosenki, te wątpliwości rozwiał ojciec, który potwierdził moje przypuszczenia. Zapewne w tym miejscu skończyła by się owa historia, gdyby nie to, że po wielu latach życie  rzuciło mnie na włoską ziemię. Podczas jednej z wizyt w Mediolanie, na popularnym deptaku via Dante miałam okazję obejrzeć wystawę fotogramów prezentujących najpiękniejsze miejsca we Włoszech. Jedno z tych zdjęć przestawiało właśnie Portofino, zobaczyłam je wtedy po raz pierwszy; niewielką zatoczkę, zielone zalesione wzgórza wokół niej i rząd kolorowych, wysokich domów tuż na skraju morza. Bardzo mi się spodobało to miejsce,  pomyślałam wtedy, że dobrze byłoby wybrać się tam w przyszłości. Tak się jednak składało, że odsuwałam w czasie ten projekt z obawy przed dość znaczną odległością, a o tym, że tam wreszcie dotarłam, podobnie jak w wielu innych wypadkach zadecydował za mnie ślepy traf.
Pewnego roku, pod koniec lata, miałam kilka wolnych dni, więc chciałam wykorzystać je na dłuższe wypady po okolicy. Mieszkałam wówczas w małym mieszkanku należącym do pewnej włoskiej rodziny, moi gospodarze właśnie wyjechali na kilkutygodniowe wakacje, zostawiając mi pod opieką psa i dwa koty, więc z konieczności miały to być wyjazdy jednodniowe, ponieważ zwierzaki musiały otrzymać należną im rację żywnościową. Jednym z miejsc, jakie miałam zamiar odwiedzić było Courmayeur, leżące u podnóża Mont Blanc. Przygotowałam się należycie do tej wycieczki i skoro świt wyruszyłam do Mediolanu. Niestety, połączenia miałam "na styk"a ponieważ były jakieś problemy z metrem, z powodu spóźnienia straciłam jedyny poranny autobus jadący w stronę Valle d'Aosta. Byłam bardzo zła i rozgoryczona, lecz postanowiłam, że  jednak muszę zrobić coś sensownego z tym dniem, gdyż nie miałam najmniejszej ochoty na snucie się z plecakiem po rozpalonych mediolańskich ulicach. Pojechałam na Dworzec Centralny, aby sprawdzić gdzie ewentualnie mogłabym się wybrać. Kiedy studiowałam rozkład jazdy, nagle doznałam olśnienia - Portofino! Okazało się, że dojazLiguriad jest prostszy niż myślałam a do tego mam dogodny, wieczorny pociąg powrotny. Niewiele myśląc, kupiłam bilet i ruszyłam w drogę. Po upływie około dwóch godzin i przejechaniu kilku tuneli pod Alpami Liguryjskimi dojechaliśmy do Genui, gdzie pociąg skręcił na południe, w stronę miasta La Spezia. Jechaliśmy wybrzeżem, a ja, oczarowana pejzażem, patrzyłam na rozświetlone morze za oknem, na palmy, drzewka pomarańczowe i kwitnące oleandry. Po kilkudziesięciu minutach znalazłam się w Santa Margherita Ligure; tu należało wysiąść, aby dotrzeć do niedalekiego Portofino. Santa Margherita jest popularną miejscowością wypoczynkową i w sezonie letnim są tam zawsze tłumy ludzi. Szczerze mówiąc, chyba wyglądałam dość dziwacznie pośród porozbieranych plażowiczów; ubrana w trapery i długie ciemne spodnie, jak przystało komuś kto wybiera się w góry, do tego miałam mocno wypchany plecak, bowiem oprócz butelki z wodą i prowiantu tkwiła w nim także ciepła kurtka, niezbędna podczas wjazdu kolejką linową na Mont Blanc. Zastanawiałam się, jak pokonać odległość pięciu kilometrów dzielącą mnie od Portofino. Mogłam jechać autobusem, lecz uznałam, że było by to pójściem na łatwiznę, więc wyruszyłam na piechotę, wzdłuż szosy biegnącej brzegiem morza. Dla pieszych i rowerzystów zbudowano tu specjalną ażurową kładkę zawieszoną nad wodą, co sprawia, że ta droga jest po prostu przepiękna! Po lewej stronie i pod nogami miałam lazurowe morze zatopione w błękitnej poświacie, a po prawej wysokie skały porośnięte piniowym lasem, opuncjami i kwitnącymi krzewami. Na zboczach tych gór wśród bujnych ogrodów wzniesiono romantyczne wille i luksusowe hotele w pastelowych kolorach. Plaże, które mijałam po drodze były zatłoczone do granic możliwości, a nieopodal brzegu widać było mnóstwo łódek i jachtów. Natomiast na parkingach stała wprost niezliczona  ilość samochodów, jeszcze większa motocykli oraz skuterów, jak gdyby wszyscy Włosi umówili się na spotkanie właśnie w tym miejscu. Idąc przed siebie mijałam kolejne kąpieliska z karnymi rzędami plażowych łóżek pod kolorowymi parasolami, pełne ludzi poopalanych na ciemny brąz.
Liguria  Droga w tym miejscu tworzy wiele zakrętów, więc przede mną widniały liczne skaliste cyple wybiegające w morze. Ponieważ szłam dość długo, sądziłam,  że jest już najwyższy czas, abym znalazła się na miejscu. Z mapy i zdjęcia wynikało, że Portofino leży w zatoce ograniczonej dwoma niewielkimi półwyspami. Za każdym razem  kiedy dochodziłam do kolejnego zakrętu drogi wydawało mi się, że za nim ukaże się zatoczka i upragnione miasteczko. Niestety, szłam i szłam, a o Portofino nie było ani widu, ani słychu... Na pociechę robiłam zdjęcia okolicy, która faktycznie urzeka swoją urodą. Mimo pięknej, słonecznej pogody nie mogłam narzekać na upał, ponieważ od morza wiał lekki, orzeźwiający wiatr. Wreszcie za kolejnym  zakrętem zobaczyłam plażę, zatoczkę i kilka kolorowych domków. To jeszcze nie było Portofino, lecz Paraggi, niewielka miejscowość leżąca w jego pobliżu. Po chwili doszłam do miejsca gdzie definitywnie skończył się pomost, po którym poruszałam się dotychczas. Asfaltowa szosa biegła dalej a po jej prawej stronie znajdowały się schody, prowadzące do ścieżki na zboczu góry. Tu zobaczyłam białą, porcelanową tabliczkę z kobaltowym napisem "Pedonale per Portofino" *. Byłam prawie u celu!
Kiedy pokonałam ostatnie kilkaset metrów dzielących mnie od miasteczka i doszłam do pierwszych zabudowań, wiedziałam już, że nie było cienia przesady w tym, co mi mówiono o jego uroku . Ten odcinek drogi dojazdowej do PortofinoLiguria
prowadzi po stoku dość sporego wzniesienia a po jej lewej stronie znajduje się rząd domów stojących tuż nad wodą. Dziś jest ona pokryta asfaltem, więc nie ma  na niej żółtego kurzu; jedyne co się unosi w powietrzu, to spaliny z przejeżdżających pojazdów. Charakterystyczne jest to, że budynki stojące na zboczu od frontu mają 3- 4 kondygnacje, natomiast tylne wejście z ulicy jest na wysokości frontowego drugiego, tu będącego parterem. Co kilka domów są prześwity, przez które widać pełną słońca zatokę i skąd można zejść na nabrzeże po wąskich schodach pomiędzy budynkami. Portofino jest rzeczywiście bardzo małą miejscowością, kiedyś była to po prostu skromna, rybacka wioska i do dziś niektórzy stali mieszkańcy zajmują się połowem ryb (choć mam wrażenie, że większość z nich żyje jednak z łowienia turystów). Świadczą o tym rybackie łodzie stojące w porcie i suszące się sieci, noszące widoczne ślady użycia, przemawiające za tym, iż nie jest to tylko malowniczy rekwizyt. Z tego co wiem, niektórzy rybacy wożą też turystów na prywatne połowy. A turyści przybywają dość licznie, część z nich mieszka w okolicznych hotelach i pensjonatach, choć większość, której nie stać na opłacenie lokum, najczęściej przyjeżdża tam tylko  na jeden dzień. Portofino to przede wszystkim port w niewielkiej zatoce, która swoim kształtem przypomina grecką literę "Pi". Wzdłuż nabrzeża stoi rząd wysokich, wąskich domów, pomalowanych na żywe kolory. W większości z nich na parterze mieści się bar, kawiarnia, restauracja lub pizzeria. Stoliki w większości stoją  na nabrzeżu, pod daszkami z żaglowego płótna, a w jednym z lokali z racji niewielkiej przestrzeni przed budynkiem, ustawiono je na pływającym pomoście zakotwiczonym w zatoce.
LiguriaJak już wspominałam, leży ona pomiędzy dwoma półwyspami, do miasta wjeżdża się po tym od strony południowej, natomiast północny wybiega długim, ostrym klinem w morze. W jego najdalej wysuniętej części znajduje się latarnia morska a u wylotu zatoki, na szczycie wzgórza, zbudowano w średniowieczu zamek, zwany dziś Castello Brown (mam zamiar poświęcić mu osobny post). Nieco niżej mieści się ładny, barokowy kościół San Giorgio, zaś u nasady półwyspu jest następne wzgórze, na nim znajduje się wielohektarowy park, należący do willi "Altachiara". Willa jest niedostępna i właściwie niewidoczna z powodu bujnie rosnących drzew i krzewów, natomiast ma nader ciekawą historię. Zbudowano ją dla lorda Carnavona, tego samego, który wraz z Carterem odkrył grobowiec Tutenchamona. Swego czasu wiele mówiono o "przekleństwie faraona" w związku z wieloma przypadkami nagłych i niewyjaśnionych śmierci w gronie odkrywców grobowca oraz ich najbliższych, wśród nich również lorda i jego bliskiej krewnej. Piękna, luksusowa willa została uznana za miejLiguriasce, na którym również zaciążyło fatum, gdyż kolejnym właścicielom pobyt w niej nie przyniósł szczęścia. Chyba najbardziej tragiczne wydarzenie miało tu miejsce w czasie mojego pobytu we Włoszech. Właścicielką posiadłości była wtedy była modelka, hrabina Francesca Vacca Augusta, która wyszła do parku po zapadnięciu zmroku i przepadła bez wieści. Po dwóch tygodniach jej ciało wyłowiono z morza w okolicy Marsylii. Tajemnica tej śmierci właściwie nie została do końca wyjaśniona, mimo to uznano, że był to nieszczęśliwy wypadek a niezbyt trzeźwa hrabina, (która lubiła zaszywać się w najbardziej nieoczekiwanych miejscach) zabiła się spadając z urwiska. Nie brakowało też głosów, że być może było to morderstwo lecz ta teoria nie znalazła potwierdzenia w zeznaniach świadków i  bezpośrednich dowodach. Po śmierci hrabiny willę wystawiono na sprzedaż za kwotę kilkudziesięciu milionów euro, swego czasu mówiło się nawet, że nabył ją Silvio Berlusconi ale to nie jest pewna wiadomość. Portofino to miejsce gdzie aby spędzić wakacje a tym bardziej posiadać tu swoje locum, trzeba mieć naprawdę duży zasób "środków płatniczych". Jednak ludzi, którzy są w ich posiadaniu nie brakuje, więc przybywają tu licznie i chętnie. W maleńkiej zatoczce obok rybackich łodzi niejednokrotnie cumująLiguria duże,  czasem wręcz ogromne, pełnomorskie jachty, należące do tych bardzo, bardzo bogatych. Niegdyś częstym gościem bywał tu Lele Mora, agent włoskich gwiazd i gwiazdeczek, wraz z gronem swoich przyjaciół i znajomych. Swego czasu oglądałam w TV program, w którym mówiono, że wiele osób jest do tego stopnia zainteresowanych zobaczeniem kogoś z "wielkiego świata", iż stoją w porcie po kilkanaście godzin, również w nocy, w nadziei, że ktoś z jachtu zejdzie na ląd. Wyczekiwani to przede wszystkim osoby związane z prywatną telewizją Berlusconiego, często sztucznie wykreowane za pomocą sprytnego systemu promowania ludzi, niekoniecznie  zasługujących na miano VIP-ów. Dość powiedzieć, że we Włoszech największą popularnością cieszą się młode i piękne osoby obojga płci, których jedyną zasługą dla świata jest to, że pokazały swą twarz i minimalistycznie przyodziane ciało w jakimś niezbyt inteligentnym programie. Ten pusty i pełen blichtru światek, jest nieustannie wstrząsany aferami i skandalami na podłożu obyczajowym w związku z posądzeniami o prostytucję lub używanie narkotyków. Zresztą sam Lele Mora został oskarżony o stręczycielstwo i wplątany w sprawę sądową Berlusconiego, któremu zarzuca się nadużycie stanowiska i stosunki z prostytutkami. Jeśli istotnie prawdą jest, że były premier kupił willę "Altachiara" to można powiedzieć, iż również on padł ofiarą klątwy, bo choć fizycznie żyje nadal, nie da się ukryć, że spotkała go śmierć polityczna.
Ten nieciekawy aspekt włoskiego życia społecznego według mnie jest jeszcze jednym dowodem na wszechogarniający konsumizm i upadek obyczajów, więc nie miałam najmniejszego zamiaru rozglądać się za twarzami znanymi z telewizyjnego ekranu. Natomiast samo Portofino bardzo mi się spodobało, rzeczywiście jest prześlicznie położone i pełne uroku, który podnosi jeszcze blask słońca, sprawiający, że kolorowe domki wyglądają po prostu bajecznie. Za ich pierwszym rzędem wzniesionym w centralnej części nabrzeża, jest kilka maleńkich uliczek i zaułków oraz niewielki placyk.Liguria Na okolicznych wzgórzach widać inne budynki, porozrzucane wśród drzew i krzewów a całość robi naprawdę niezapomniane wrażenie. W miasteczku są też liczne sklepy sprzedające lokalne przysmaki, hafty, koronki i ręcznie robione lalki. Oczywiście nie brakuje również galerii sztuki i pracowni malarskich, gdzie można kupić większy lub mniejszy, pamiątkowy obraz. Ponieważ  bary i kawiarnie były po prostu oblężone, tym razem nie wypiłam w Portofino popołudniowej kawy lecz zadowoliłam się lodem "na wynos" zresztą bardzo smacznym, jak wszystkie włoskie lody. Do Santa Margherita wróciłam autobusem a następnie popołudniowym pociągiem do Mediolanu i na koniec podmiejską koleją do domu w Limbiate, gdzie czekali moi wygłodniali podopieczni. Mimo źle zaczętego dnia oraz czasu poświęconego na tę podróż, nie żałowałam, iż przypadek zaprowadził mnie do Portofino i postanowiłam, że jeśli będę mogła, za jakiś czas wrócę w tamte strony.

* Ścieżka dla pieszych do Portofino

lub jeśli ktoś woli są te same albumy jak zwykle na Picassie

niedziela, 4 listopada 2012

Piemont. Fort Foens i Monte Jafferau.

Pierwsza wyprawa


Valle di Susa




















Tę wyprawę zawdzięczam Carlowi. Carlo, mój kolega po fachu (pracowaliśmy w tym samym domu opieki) zwierzył mi się kiedyś, iż ma marzenie, którego nie może zrealizować od z górą dwudziestu lat, ponieważ ciągle coś staje na przeszkodzie jego zamiarom.  Opowiedział mi o okolicach Bardonecchi, gdzie w rejonie graniczącym z Francją można zobaczyć stare forty pochodzące z końca XIX wieku, które były wykorzystywane również w czasie I i II wojny światowej. Niektóre z nich są nieźle zachowane, zaś z innych pozostały jedynie ruiny.  Mówił też, że jako młody chłopak był kilkakrotnie w tamtych stronach na swoim ukochanym motocyklu, lecz mimo to, nigdy nie udało mu się dotrzeć do fortu Jafferau, którego ruiny można oglądać na szczycie góry noszącej tę samą nazwę. Znając moją pasję do wycieczek, zaproponował mi wspólny wypad. Muszę przyznać, że podeszłam do tej propozycji z odrobiną rezerwy.

 Monte Jafferau znajduje się w rejonie niezbyt oddalonym od  Aosty, więc widziałam podobne  góry podczas podróży do Courmayeur, miasteczka leżącego u podnóża Mont Blanc. To nie Prealpy ze swoimi wzniesieniami, które w większości mają nieco ponad 1000 m, lecz prawdziwe góry, liczące sobie ok. 3000 m. Dotychczas nie zdarzyło się abym chodziła tak wysoko, jednak Carlo zapewnił mnie, że nie ma mowy o  wspinaczce wymagającej profesjonalnego przygotowania i mimo znacznej wysokości chodzi o spokojny trekking,  wyłącznie po wytyczonych szlakach. Mimo to, obawiałam się reakcji mojego organizmu na tę (dość przecież znaczną) wysokość. Nie bez znaczenia był też fakt, iż dotychczas zawsze chodziłam sama, w moim rytmie. Carlo to rosły mężczyzna, były alpejski  żołnierz, więc obawiałam się, że  wspólna wyprawa może okazać się kompletnym fiaskiem z mojej winy, gdyż nie podołam kondycyjnie takiemu wyzwaniu. Dodatkowo stropił mnie opowiastką o tym, jak  to swego czasu wybrał się w tamte strony ze sporo młodszym od siebie kolegą. Kolega poczuł się źle, prawdopodobnie z powodu zwyżki ciśnienia (co poskutkowało swego rodzaju psychozą ) więc rozczarowany Carlo wrócił z nim do domu, nie osiągnąwszy celu wyprawy. Jednak nad tymi obawami i wątpliwościami przeważyła moja żądza przygód oraz nieodparta chęć sprawdzenia własnych możliwości.  Carlo postanowił, że na początek wybierzemy się szlakiem  powyżej Bardonecchii, wiodącym do niewielkiego, sztucznego jeziora Rochemolles, jakie powstało po przegrodzeniu zaporą górskiej rzeki. Bladym, lipcowym świtem, około czwartej nad ranem, wsiedliśmy do samochodu, aby wyruszyć autostradą w stronę Turynu.
Valle di SusaPóźniej była Aosta, Susa i wreszcie Bardonecchia. Zaczął siąpić drobny  deszczyk, więc wypiliśmy w barze po kawie z "prądem" i jednogłośnie postanowiliśmy, że nie damy sobie zepsuć dnia. Jak się okazało, była to dobra decyzja, bo deszczyk wkrótce powędrował gdzie indziej. Carlo, który przejął kierownictwo naszej dwuosobowej wycieczki, oznajmił, że daje mi chwilę wolnego na obejrzenie miejscowego deptaka, a on w tym czasie " skoczy po coś do zjedzenia". Kiedy wrócił, znów wsiedliśmy do samochodu i wyjechaliśmy z miasta drogą prowadzącą wzdłuż rzeki. Po przejechaniu kilku kilometrów zostawiliśmy samochód przed malowniczym domostwem i poszliśmy bitym traktem biegnącym po zboczu góry. Po następnych kilku kilometrach porzuciliśmy również i tę drogę, aby dalej pójść wąską, lecz wygodną ścieżką.

  Muszę wyznać, że mimo nie najlepszej pogody ( niebo ciągle było zachmurzone ) widoki, jakie miałam przed oczami, w pełni potwierdzały to, co wcześniej mówił mi Carlo. Piękne, zielone stoki gór, poprzecinane spływającymi strumykami  i niewielkimi kaskadami, z widocznymi tu i ówdzie skałami, cieszyły oczy. Na tym tle pojawiały się większe i mniejsze chmury, niczym białe kłębki waty. Byłam pod wrażeniem łanów kwitnących ziół i niezwykle bujnej trawy. Po pewnym czasie doszliśmy do niewielkiej, zabytkowej kapliczki, z bardzo dobrze zachowanymi malowidłami przedstawiającymi świętych i pustelników. Tu Carlo postanowił, że opuścimy dłuższą, lecz wygodną ścieżkę wiodącą do zapory i przejdziemy na drugą stronę doliny, aby wspiąć się na zbocze po innej ścieżce, przypominającej schody wyżłobione w  (jak mi się zdawało) prawie pionowej ścianie. Już po pierwszych metrach myślałam, że wyzionę ducha zanim dotrę na górę. Przypomniał mi się  kolega Carla i jego problemy, lecz pomyślałam, że jako dumna Polka za nic się nie poddam. Wzięłam się mocno w garść, aby zapanować nad oddechem i trzęsącymi się nogami, po czym nieco wolniej, ale zdecydowanie, ruszyłam w górę. Carlo od czasu oglądał się żeby sprawdzić moje postępy, a widząc jak nie daję za wygraną oznajmił mi na pociechę, że kiedy dojdziemy na górę, przekonam się, iż było warto zadać sobie ten trud. Istotnie, kiedy dotarliśmy do szczytu zapory zobaczyłam śliczne, niewielkie jeziorko o szmaragdowej wodzie. Poszliśmy dalej jego brzegiem, a ja nie mogłam się nacieszyć widokiem przepięknej, bujnej łąki, pełnej kwitnących kwiatów. Nieopodal spotkaliśmy pasterza pilnującego stada 
Valle di Susakrów, który przemówił do nas w lokalnym dialekcie. Na szczęście Carlo w przeciwieństwie do mnie zrozumiał o co chodzi i przetłumaczył mi jego wypowiedź na włoski. Okazało się, że w nocy, dwa dni wcześniej, przeszła tam  gwałtowna burza i trąba powietrzna przewróciła  prowizoryczne domostwo pasterza wraz z nim w środku. Faktycznie, nieopodal zobaczyliśmy dużą, drewnianą przyczepę przypominającą wóz Drzymały, leżącą na boku. Na szczęście, jak się okazało, nie ucierpiało ani stado, ani jego pasterz. Nieco dalej zobaczyliśmy inne świadectwo mówiące o tym, jak niebezpieczne może być załamanie pogody w górach... Był to mały krzyż i płyta wyglądającą niczym niewielki nagrobek. Pasterz powiedział nam, że w tym miejscu zginął od pioruna piętnastoletni chłopiec. Mimo iż miało to miejsce ponad sześćdziesiąt lat temu, nie zaginęła pamięć o tym zdarzeniu, o czym świadczył  odnowiony napis, którego litery były chyba  tak wyraźne, jak w chwili powstania.



Carlo powiedział mi, że nieco dalej znajduje się inne miejsce gdzie upamiętniono  tragiczny wypadek, kiedy to w latach trzydziestych lawina pogrzebała oddział żołnierzy przebywający tu na zimowych  ćwiczeniach. Idąc w górę rzeki dotarliśmy do tego pomnika,  będącego częścią ołtarza polowego wzniesionego przez członków Koła Alpejskiego z Bardonecchii. Mimo całego szacunku dla zmarłych, Włosi nie mają zbytnich zapędów do martyrologii, więc z tyłu za ołtarzem jest miejsce ze stołami i ławami, gdzie można pokrzepić nadwątlone siły, nie brakuje również  kuchni polowej, zbudowanej z płaskich kamieni.
 I tu Carlo pokazał co potrafi!  Wysłał mnie po wodę do strumienia, nakazał nakryć do stołu i cierpliwie czekać. Jako pierwsze danie zaserwował risotto, a następnie wziął  się za pieczenie kiełbasek i opiekanie befsztyków na  kamiennym, prowizorycznym grillu. Nie ukrywam, że był to jeden z najsmaczniejszych posiłków w moim życiu. Nie jestem mięsożerna, ale kotlety i kiełbaski wraz ze świeżym chlebem i czerwonym, wytrawnym winem, to było to! Ponieważ poprawiła się pogoda i wyjrzało słońce, Carlo postanowił się poopalać, a ja poszłam wzdłuż rzeki w głąb doliny. Po drodze wielokrotnie spotykałam  chmary dziwnych motyli. Były niezbyt duże i większości miały kolor niebieski, lecz niektóre były prawie czarne, a inne  beżowo- perłowe. Zaskoczyło mnie to, że nie siadały na kwiatach, lecz na wilgotnej  ziemi, lub w błocie. Próbowałam je fotografować;  mimo iż były bardzo płochliwe, udało mi się zrobić im parę zdjęć. Niestety, czas wyznaczony mi przez Carla  szybko minął i musieliśmy pomyśleć o powrocie. 
Valle di Susa
Tym razem poszliśmy szerokim, wygodnym, utwardzonym traktem (jak się okazało, można tam również  przyjechać samochodem terenowym ). Ta droga  okazała się o wiele dłuższa, lecz dopiero teraz, schodząc w dół, bez stresu i w blasku słońca, mogłam w pełni cieszyć się pięknem tego miejsca. Carlo puścił się przodem, a ja zatrzymywałam się co chwilę aby podziwiać pejzaż i robić zdjęcia. Późnym popołudniem dotarliśmy do miejsca gdzie zostawiliśmy samochód. Byłam bardzo zadowolona z siebie, i z tego, że jednak stanęłam na wysokości zadania. Myślę, iż Carlo umyślnie popędził mnie tą "kozią percią" żeby sprawdzić czy mam w sobie ducha bojowego i można się ze mną wybrać na trudniejsze wycieczki. Po wyjeździe z Bardonecchi czekały nas jeszcze trzy godziny jazdy autostradą, więc do domu dotarłam dobrze  po zapadnięciu zmroku.

 Więcej zdjęć z tej wycieczki można zobaczyć w albumie>https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5448526023721084721

Druga wyprawa.

Po moim pomyślnie zdanym egzaminie na alpejskiego łazika, umówiliśmy się z Carlem na właściwą wyprawę, której celem miał być fort Jafferau. I znów bardzo wczesnym rankiem wyjechaliśmy autostradą w stronę Turynu i dalej, w Dolinę Suzy, a po kilku godzinach byliśmy w Bardonecchi. Wypiliśmy poranną kawę i pojechaliśmy kilka kilometrów do parkingu, gdzie zostawiliśmy samochód, aby rozpocząć naszą pieszą wędrówkę. Pierwszy, kilkukilometrowy odcinek drogi to łatwy, dość szeroki, bity trakt, który spokojnie można pokonać nieco bardziej wytrzymałym samochodem,  biegnący po zalesionym zboczu Monte Jafferau. Pokonując go, po prawej stronie mogłam podziwiać wspaniałą panoramę Alp, ponieważ  Valle di Susatym razem pogoda naprawdę dopisała, ciepły dzień i piękne niebieskie niebo z białymi obłokami zapewniały mi wrażenia  trudne do  opisania. Carlo, tak jak poprzednio zostawił mi wolną rękę i raźno maszerował przodem, długim krokiem wytrawnego piechura. Ja z tyłu, szłam  w moim tempie, robiąc zdjęcia i podziwiając widoki. Kiedy zatrzymaliśmy się na chwilę przy źródle, aby zrobić zapas wody, Carlo pokazał mi leżący przed nami odległy wierzchołek góry. Przyznam się, że trochę zwątpiłam w swoje możliwości, gdyż wydawało mi się, iż jest on niesłychanie daleko. Później niejednokrotnie myślałam o tym, co bym wtedy zrobiła, gdybym wiedziała, że ta widoczna  część to tylko "wierzchołek góry lodowej" i jest to zaledwie połowa drogi, gdzie znajduje się pierwszy fort, zwany Foens. Pewnie poszłabym dalej, ale  sądzę, że moje morale uległoby częściowej destrukcji... Po przejściu jeszcze kilku kilometrów dotarliśmy do  fortu, a właściwie jego ruin. 

Obejrzeliśmy tam resztki stajni gdzie trzymano muły niezbędne do transportowania ciężarów, pomieszczenia dla żołnierzy (stały tam jeszcze zardzewiałe szkielety metalowych łóżek) i betonową rampę, na której swego czasu  umieszczone były działa. Na  wysokości fortu Foens kończyła się linia lasu, po lewej stronie  wznosił się  szczyt góry o trawiastych zboczach, a poniżej rozciągała  Dolina Suzy. Widzieliśmy stąd dużą część drogi, jaką przybyliśmy do Bardonecchii. Kiedyś ten fort  panował nad całą doliną, a wojska nieprzyjacielskie które znalazły się w zasięgu jego dział, musiały być w niemałym kłopocie. Po obejrzeniu różnych zakamarków postanowiliśmy zatrzymać się na niedługi postój. Tym razem żeby nie tracić czasu nie bawiliśmy się w kucharzenie. Szybko zjedliśmy nasz suchy prowiant i znowu wyruszyliśmy w drogę. Pierwszy odcinek był bardzo  stromy i Valle di Susaprowadził prosto w górę, lecz na szczęście dość szybko ścieżka zaczęła wspinać się serpentyną, co sprawiło, że droga stała się łatwiejsza. Ponad nami wznosił się szczyt, który pięknie się odcinał na tle błękitnego nieba. Po cichu liczyłam na to, że kiedy tam wreszcie dojdę, zobaczę  fort. Niestety, rzeczywistość zakpiła z moich oczekiwań... Wierzchołek przede mną to nie był właściwy szczyt góry, lecz pierwszy z wielu garbów w łańcuchu, którego końca nie było widać. Miałam go po lewej stronie, a na wprost był drugi,  podobny, górski grzbiet, przypominający koguci grzebień. Łączyły się one ze sobą tworząc głęboką nieckę. Daleko w dole pasły się stada owiec, więc od czasu do czasu z wiatrem docierało do mnie ich beczenie i dźwięk dzwoneczków. Na tym drugim zboczu można było dostrzec białą nitkę dawnej, wojskowej drogi. Byliśmy już na wysokości znacznie  przekraczającej 2500 metrów, lecz  ku mojej radości  nie dawała mi się ona we znaki, jak się tego początkowo obawiałam. Wzdłuż ścieżki spotykałam wdzięczne alpejskie kwiaty, które w Polsce można zobaczyć w ogródkach skalnych;  tu, w swoim naturalnym środowisku, wyglądały one naprawdę urzekająco.

 Szłam przed siebie wąziutką ścieżką, wiatr gwizdał mi w uszach i wydaje mi się, że wpadłam w swego rodzaju trans. Po raz pierwszy na własnych nogach weszłam tak wysoko i myślę że dopadł mnie "górski bakcyl". Być może, jest to swego rodzaju narkotyk, taki stan euforii spowodowany wysokością i rozrzedzonym górskim powietrzem? Przestałam nawet myśleć o tym, że nie widać końca drogi i fortu, do którego zmierzaliśmy. Wypełniało mnie uczucie całkowitej wolności, czułam się lekka i szczęśliwa. Carlo, który jak zwykle był dość daleko przede mną, nagle zatrzymał się i zaczął gorączkowo machać ręką. Przyśpieszyłam kroku, a kiedy stanęłam obok niego, zobaczyłam ruiny fortu.
  Był to rzeczywiście wspaniały moment i niezapomniana chwila! Beżowo-brązowy wierzchołek góry wyglądał wspaniale na tle nieba o szafirowym kolorze a na jego szczycie ruiny tworzyły swego rodzaju koronę. Ogarnęło mnie uczucie niesamowitej radości, gdyż nareszcie fort, do którego szłam z takim poświęceniem, był prawie na wyciągnięcie ręki mimo iż mieliśmy do przebycia jeszcze około kilometra krętą drogą prowadzącą do ruin. Okazało się, że jesteśmy w dość licznym towarzystwie ludzi, Valle di Susaktórzy przybyli tu jadąc dawną wojskową drogą, samochodami terenowymi,  na rowerach górskich, lub motocyklach. Mimo wszystko, nie żałowałam wysiłku, jaki włożyłam w dotarcie tam na piechotę. Było to  wspaniałe doświadczenie, a ja wyszłam z tej próby z honorem, więc miałam niemałe powody do zadowolenia. Ruiny fortu widziane z bliska, wyglądały naprawdę imponująco. Poświęciliśmy dość sporo czasu na ich dokładne obejrzenie, jednak  ja najbardziej zachwycałam się krajobrazem, jaki miałam przed sobą; surowym, lecz o przepięknych, pastelowych barwach, które nieustannie się zmieniały. Ponad naszymi głowami przepływały duże, białe cumulusy, rzucające cień na okolicę, sprawiające, iż to co przed chwilą było beżowe czy  zielonkawe, stawało się niebieskie lub granatowe. Po lewej stronie, w oddali, widziałam dolinę ze sztucznym jeziorkiem Rochemolles i zaporę, gdzie byliśmy poprzednim razem. Po prawej, daleko, daleko, była Dolina Suzy,  nieco bliżej widać było fort Foens, maleńki, niczym zbudowany z klocków lego. Był to wspaniały widok i niezapomniany moment, jednak czas mijał nieubłaganie i trzeba było myśleć o powrocie.

 Aby wrócić do Bardonecchi skierowaliśmy się na drogę dojazdową prowadzącą do wyciągów narciarskich, bardzo licznych na północnym stoku góry. W 2006 roku odbywały się tu zawody w ramach Olimpiady Zimowej w Turynie, i w związku z tym powstało  wiele obiektów tego typu. Droga, mimo iż dość szeroka, aby mogły nią jeździć samochody, dla nas, piechurów, okazała się niewygodna i niezbyt atrakcyjna. Spod naszych nóg usuwały się masy większych i mniejszych kamieni, oprócz tego, idąc mimowolnie wzbijaliśmy kurz przypominający sypki cement; jedynie widok świstaka, stojącego słupka koło swojej norki, nieco mi wynagrodził pieczenie oczu i kręcenie w nosie, spowodowane przez ten uciążliwy pył. Na dodatek, wzdłuż drogi rozciągały się pastwiska, gdzie pasły się duże stada krów. Odkąd sięgam pamięcią, te stworzenia budzą we mnie ogromny lęk, więc całą siłą woli musiałam się powstrzymywać, aby nie uciekać, kiedy któraś z nich zaczynała na mnie patrzeć z uwagą. Tłumaczyłam sobie sama, iż jest bardziej prawdopodobne, że się przewrócę biegnąc z góry po kamieniach, niż to, że zaatakuje mnie krowa zajęta jedzeniem. Na szczęście pastwiska się skończyły i znów weszliśmy w las. Okazało się, że ta droga jest o wiele krótsza,  więc niebawem stanęliśmy na polanie gdzie nieopodal biło źródło, przy którym rano robiliśmy zapas wody. Tu Carlo znalazł następny skrót, stromą ścieżkę, a ta dość szybko doprowadziła nas do parkingu, gdzie pozostawiliśmy samochód. Słońce miało się ku zachodowi kiedy wyjeżdżaliśmy z Bardonecchi, więc do domu dotarłam już w zupełnych ciemnościach. Mimo około trzydziestu kilometrów w nogach i wielu godzin spędzonych na wysokości niemal 3000 metrów, nie czułam zmęczenia, ani bólu mięśni. Moje pielęgniarskie doświadczenie podpowiedziało mi, że zapewne jest to zbawienny wpływ czystego, górskiego powietrza. Tak, czy inaczej,  był to naprawdę piękny dzień i bardzo udana wyprawa.



Więcej zdjęć>  https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5448540162947696273







czwartek, 1 listopada 2012

Lombardia. Cimitero Monumentale - zabytkowy cmentarz w Mediolanie.

 
Miasto Mediolan lata swojej świetności po raz pierwszy przeżywało pod panowaniem książąt z rodu Viscontich i Sforzów.  Z tych czasów w  kościołach pozostały liczne kaplice, sarkofagi i podziemne katakumby, gdzie zwykle dokonywano pochówków najznamienitszych osób. W późniejszym okresie podczas dominacji austriackiej miasto nieco straciło na znaczeniu, lecz po odzyskaniu przez Włochy niepodległości, w drugiej połowie XIX wieku
Cimitero Monumentaleponownie stało się ważnym ośrodkiem kulturalnym i przemysłowym.
Dziewiętnastowieczny Mediolan rozwijał się wspaniale, a do arystokracji z urodzenia dołączyła coraz liczniejsza, bogata burżuazja, prawdziwa "arystokracja pieniądza" Były to czasy, kiedy powstały całe kwartały ogromnych kamienic, a raczej miejskich pałaców, o bogatych zdobieniach,  wspaniałych wewnętrznych dziedzińcach i luksusowych apartamentach. Miały one nie tylko zapewnić swoim mieszkańcom wszelkie wygody, lecz przede wszystkim być świadectwem ich zamożności i prestiżu. To pragnienie podkreślenia świetności rodziny przejawiało się nie tylko w życiu doczesnym, miało także swój dalszy ciąg we wznoszeniu imponujących kaplic cmentarnych oraz okazałych nagrobków. Zresztą nie ma w tym nic zadziwiającego, gdyż ów obyczaj ma we Włoszech ogromną tradycję, i niejeden wybitny rzeźbiarz zdobył nieśmiertelną sławę tworząc grobowce na zamówienie papieży i władców; wystarczy wspomnieć w tym miejscu Michała Anioła, Donatella, Sansovina, czy Antonio Canovę.
Cimitero Monumentale Dziś ta " nagrobkowa moda" może się wydawać przejawem ludzkiej pychy i wybujałego ego, ale nie należy zapominać o tym, że nie tylko jest to  bardzo ważny aspekt włoskiej kultury, lecz również  istotna forma mecenatu, gdyż zamówienia na kaplice i rzeźby realizowali najwybitniejsi artyści danej epoki. O Cimitero Monumentale słyszałam niejednokrotnie, jako o  mediolańskim "muzeum pod gołym niebem". W głębi duszy miałam co do tego cień wątpliwości,  gdyż znając włoską skłonność do nadużywania entuzjastycznych przymiotników sądziłam, że  w  opowiadaniach o jego wspaniałościach jest nieco przesady, tym bardziej, że kilkakrotnie będąc w okolicy, widziałam w prześwicie ulic wielką, białą, eklektyczną budowlę, która (jak mi powiedziano) stanowi integralną część cmentarza. Nie wzbudziła ona mojego zachwytu,  gdyż z pewnej odległości przypominała mi teatralną dekorację wykonaną z płyty kartonowo-gipsowej, więc postanowiłam odłożyć projekt tej wizyty na bliżej nieokreśloną przyszłość. Jednak pewnego dnia, kiedy nie miałam ochoty na bardziej wyczerpujące wycieczki, postanowiłam, że mój wolny dzień poświęcę na odwiedzenie kilku zakątków w Mediolanie, w tym Cimitero Monumentale. Okazało się, że inne zakątki musiały poczekać, ponieważ na cmentarzu spędziłam cały dzień. Mimo to, zobaczyłam najwyżej jego  połowę, co Cimitero Monumentaleoczywiście musiało poskutkować następną wizytą. Niestety, nie udało mi się skorzystać z usług przewodnika (który w wyznaczone dni i godziny oprowadza grupy chętnych) czego bardzo żałuję, gdyż z pewnością mogłabym się dowiedzieć wielu interesujących szczegółów oraz zadać parę pytań. Jak wspominałam,  główny budynek cmentarza  nie wzbudził mojego entuzjazmu, mimo iż jest dziełem bardzo znanego  architekta Carlo Maciachni. Budowla powstała w latach 60 -tych XIX wieku, jest kompilacją stylu neogotyckiego, bizantyńskiego i romańskiego, co chyba podobało się jego współczesnym, skoro Rada Miasta zaakceptowała  projekt... Ponieważ w Mediolanie  w owych czasach było wiele mniejszych i większych cmentarzy, podjęto decyzję o uporządkowaniu tego stanu rzeczy, zarówno ze względów organizacyjnych, jak i sanitarnych. Niejako "przy okazji"  postanowiono też stworzyć godne miejsce, gdzie mogłyby spocząć prochy ludzi zasłużonych. W związku z tym, powstał okazały centralny korpus z monumentalnymi schodami zwany "Famedio", oraz dwa boczne skrzydła połączone z nim długimi portykami. Famedio, czyli  "Świątynia Sławy", jest poświęcone pamięci ludzi związanych z Mediolanem i szczególnie zasłużonych dla narodowej kultury. W jego centralnym miejscu umieszczono wielki sarkofag, gdzie spoczął Alessandro Manzoni, pisarz będący  dla Włoch tym, czym Henryk Sienkiewicz dla Polski. Napisał on najwybitniejszą włoską powieść, "Promessi sposi", której akcja toczy się  nad jeziorem Como, w Lecco, Mediolanie i jego okolicy.
Cimitero MonumentaleNieopodal Manzoniego spoczywa inny XIX -wieczny pisarz i patriota, Carlo Cattaneo. Brakuje grobu Verdiego, mimo iż za życia był bardzo związany z Mediolanem, ponieważ pochowano go w innej części miasta, w domu opieki dla emerytowanych muzyków ufundowanym przez kompozytora. Natomiast w bocznych skrzydłach znajdują się ogromne, piętrowe katakumby, gdzie leżą nie tylko doczesne szczątki wielu wybitnych osób zasłużonych dla społeczeństwa, lecz również tych, którzy mieli odpowiednie środki, aby tu sobie wykupić  miejsce wiecznego spoczynku. Z tyłu, za budynkiem Famedio, jest ogromy obszar właściwego cmentarza liczący 25 hektarów, składający się z wielu sektorów przedzielonych symetrycznie biegnącymi alejkami. W części za lewym skrzydłem  spoczywają chrześcijanie obrządków nie - katolickich, natomiast  w sektorze po stronie prawej jest cmentarz żydowski. W głębi znajduje się ossarium, a jeszcze dalej, na końcu głównej alei, budynek najstarszego w Europie krematorium. Na całym obszarze na przestrzeni minionych 150 lat powstała ogromna ilość kaplic i nagrobków w różnych stylach, od realizmu, poprzez eklektyzm i symbolizm, a na sztuce współczesnej skończywszy. Jedne z nich zadziwiają bogactwem i ogromem, inne swą niespotkaną formą, zaś jeszczCimitero Monumentalee inne budzą wzruszenie prostotą  emocjonalnego przekazu. Gdybym chciała napisać  parę słów przynajmniej o  najbardziej niecodziennych, powstałaby dość gruba książka, jednak nie sposób nie zatrzymać się choć przez chwilę przy tych, które z jakiegoś powodu szczególnie utkwiły mi w pamięci. I tak, nie mogę pominąć dwóch nagrobków  znajdujących się w galerii obok Famedio, ozdobionych pięknymi rzeźbami z białego marmuru. Pierwsza przestawia postać młodej, nagiej dziewczyny, natomiast druga matkę trzymającą w ramionach małe dziecko. Na cmentarzu znalazłam  wiele posągów bardzo wymownych, jak piękna postać młodej kobiety z niemowlęciem na kolanach, anioł pochylający się nad maleństwem w kołysce, czy grupę dwojga dzieci przytulonych do siebie, umieszczoną na nagrobku, gdzie pochowano ich matkę. Są tu wykuci w marmurze żołnierze, którzy padli na polu chwały, spoczywający na płycie grobu, gdzie złożono ich doczesne szczątki, czy postać mężczyzny  wkładającego bochenek chleba do pieca (zmarły był starszym cechu piekarzy). Należy też wspomnieć  dwie okazałe budowle widoczne z daleka, górujące swoim rozmiarami nad całym otoczeniem. Pierwsza należy do rodziny Bocconi, której Mediolan zawdzięcza  prywatną uczelnię cieszącą się wielką renomą ( nosi ona nazwisko Ferdynanda Bocconi, swego założyciela) z ogromnym krzyżem i wieloma figurami nadnaturalnej wielkości.
Cimitero MonumentaleDrugi, również bardzo szczególny grobowiec należy do rodziny Campari (właścicieli firmy produkującej sławne na całym świecie drinki) ozdobiony grupą przestawiającą Chrystusa siedzącego przy stole  podczas ostatniej wieczerzy, również w co najmniej naturalnych rozmiarach. Zapadła mi w pamięć także okazała, lecz dość skromna kaplica grobowa Artura Toscaniniego, wykonana z białego marmuru, pokryta symbolicznymi płaskorzeźbami oraz miejsce zbiorowego pochówku Kawalerów Grobu Świętego; pozbawione zbędnych detali, z sylwetkami rycerzy w zakonnych płaszczach wykonanymi metodą sgraffito. Aby dokładnie obejrzeć cały cmentarz należy spędzić tam wiele godzin, gdyż w zasadzie każda kaplica i grobowiec zasługuje na uwagę. Mnie szczególnie zainteresowała część żydowska, nieco odmienna w charakterze, gdzie oprócz bardzo okazałych nagrobków, widzi się również małe, proste tabliczki, z nazwiskiem zmarłego. Oczywiście, i tu nie brakuje bardzo ciekawych, symbolicznych wyobrażeń, jak choćby dziewczynka wstępująca na schody, czy dwa drzewa  przypominające ludzkie ręce  splecione do modlitwy, lub dwie istoty, których nawet śmierć nie rozłączy...Cimitero Monumentale

 Cały cmentarz nieco przytłacza, zarówno obszarem, jak i wystrojem. Nawet podczas wielokrotnych wizyt nie sposób ogarnąć  ogromu  szczegółów niosących przesłanie o smutku rozstania i rodzinnych tragediach, kiedy odchodziły dzieci ledwie narodzone, młodzi ludzie zmarli gwałtowną śmiercią, matki i ojcowie rodzin w kwiecie wieku... Jest tu bardzo wiele rzeźb o zdecydowanie portretowym charakterze, jakby sam zmarły strzegł miejsca swego wiecznego spoczynku, zaś inne przedstawiają go w codziennych sytuacjach, takim, jaki był za życia. Z pewnością jest to miejsce niezwykłe i godne uwagi na bogatej liście mediolańskich zabytków, jakimi szczyci się to miasto, zaś architektura i rzeźba w przeważającej części zasługuje na miano dzieł sztuki i jest interesującym świadectwem gustu panującego w danej epoce. Jednak nagromadzenie tych wspaniałości sprawia, że (przynajmniej w moim odczuciu) nie ma tu tej intymności i atmosfery, jaką się oddycha na małych, wiejskich cmentarzach,  skłaniającej do refleksji i zadumy.

Mimo to, w tym "Nekropolis" znalazłam coś, co mnie poruszyło i zaintrygowało, zagadkę, której mimo starań, nie udało mi się rozwiązać. W jednym ze skrzydeł głównego budynku umieszczono skromną stelę, gdzie na podstawie widnieją  zdjęcia przedstawiające dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Na obelisku umieszczono napis:
 Cimitero Monumentale    ALLA BALDA GIOVINEZZA
                              INES - VITTORIO
                               EURIDE - MOSE
                                  MENOTTI
   SEMPRE PIU TRISTE IL RINNOVATO PIANTO

Sii fedele fino alla morte,
ed io ti daro'
corona della vita.
                            Apocalisse
     ( Śmiałej młodości Inez, Wiktora,
            Eurydyki i Mojżesza Menottich,
 coraz smutniejszy, niekończący się płacz.
 Bądź wierny aż do śmierci,
       a ja ci dam koronę życia.                                                                       [Apokalipsa] )

                                                
Na steli nie umieszczono żadnej wskazówki, ani daty śmierci tych czworga młodych ludzi. Ponieważ nosili to samo nazwisko zapewne łączyły ich więzy rodzinne, jednak  ich charakter trudno odgadnąć. Być może byli rodzeństwem, a może dwiema parami małżonków? Jakie były okoliczności, w których stracili życie i kto ich opłakiwał? Mimo iż zdjęcia wskazują, że żyli przed Wielką Wojną, pod obeliskiem  oprócz wiązanki sztucznych kwiatów zastałam dużą donicę z chryzantemami, co świadczy o tym, że ich pamięć nadal jest dla kogoś żywa, mimo upływu wielu lat.

Cimitero Monumentale w chwili obecnej nie jest jedynym mediolańskim cmentarzem, lecz mimo jego zabytkowego charakteru nadal odbywają się tu pochówki, gdyż kaplice i grobowce rodzinne są w stanie pomieścić szczątki jeszcze wielu zmarłych. Nadal też kultywuje się  tradycję grzebania na nim ludzi szczególnie zasłużonych na polu kultury.