Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fortyfikacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fortyfikacje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 listopada 2013

Lombardia. Wędrując wokół Jeziora Lugano, Brusimpiano - Ardena, sanktuarium i fortyfikacje.



Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Lavena Ponte Tresa nad jeziorem Lugano i rozejrzałam się wokoło, mój wzrok zatrzymał się na długim wzniesieniu po prawej stronie. Porastał je ciemnozielony las; dzięki pięknej pogodzie, na tle niebieskiego nieba wszystkie szczegóły pejzażu widać było jak na dłoni. Zapowiedź tego wspaniałego widoku miałam już wtedy, gdy dojeżdżałam do celu — ponieważ droga wiedzie dość wysoko pomiędzy górami i dopiero nieopodal miasta schodzi serpentyną w dół z okien autobusu świetnie widać jezioro oraz całą okolicę Podobną wspaniałą wizytówkę prezentuje przybyszowi również miasto Como, jeśli przyjeżdża się pociągiem lub samochodem od północnej strony. Wspominam o tym nie bez powodu, gdyż kiedy po raz pierwszy byłam w Como, mój wzrok zatrzymał się na zielonym wzgórzu ponad miastem, gdzie widniała piękna biało-różowa willa w stylu liberty a ten widok spowodował, że natychmiast zapragnęłam jak najszybciej znaleźć się tam, na górze...


Natomiast tutaj mój wzrok przyciągnął niewielki kościółek z barokową fasadą w ciepłych barwach, zatopiony w zieleni. Nieopodal widać było szeroką przesiekę i w pierwszej chwili miałam nadzieję, że jest tam kolejka linowa, lecz szybko zorientowałam się, że to jedynie trakcja elektryczna, więc jeśli chciałabym tam dotrzeć, pozostawał mi spacer na własnych nogach. Kiedy obejrzałam bulwar i przylegającą do niego frakcję miasteczka, postanowiłam niezwłoczne poszukać drogi na górę lub znaleźć kogoś, kto mógłby być źródłem wiedzy na ten temat. Zwykle dopisywało mi szczęście, jeśli chodzi o dobór przygodnych informatorów i na ogół na moje pytania otrzymywałam bardzo szczegółową odpowiedź wraz z różnymi dodatkowymi wskazówkami. Szczerze powiem, że było to nadzwyczaj miłe i mam wrażenie, że oprócz zwykłej ludzkiej grzeczności, dochodził tu do głosu lokalny patriotyzm mieszkańców, dumnych z tego, że mogą przybyszowi z innych stron pokazać uroki swej ziemi.

Podobnie było i tym razem, zagadnęłam pewną starszą panią i dowiedziałam się, że ów kościółek to sanktuarium w Ardenie, niewielkiej frakcji miejscowości Brusimpiano, a drogi są dwie; jedna to asfaltowa droga jezdna (zdecydowanie dłuższa) i mulatiera, która co prawda szybko mnie zaprowadzi na górę, jednak ma tę niedogodność, że w zasadzie jest nieużywana i z tego powodu nieco zaniedbana. Pani powiedziała mi też, że za czasów jej młodości okoliczna ludność często chodziła tamtędy na modlitwę, jednak to się zmieniło, ponieważ dziś te praktyki nie są już tak powszechne, a do tego większość wiernych jeździ tam samochodami.

Z tego powodu, obecnie owa mulatiera służy przede wszystkim turystom, którzy podobnie jak ja, preferują piesze wędrówki. Pani wspomniała też, że po drodze mogę zobaczyć okopy i stanowiska należące do Linii Cadorna. Był to jeszcze jeden argument za wybraniem tej drogi, bo chociaż jestem przeciwniczką wszelkich wojen, zawsze mnie interesowały również i te świadectwa przeszłości. 

W okolicy jest wiele takich stanowisk, rozrzuconych w różnych miejscach wzdłuż granicy ze Szwajcarią pomiędzy Varese i Luino; podobne umocnienia widziałam również w górach nad jeziorem Como. Mulatiera rzeczywiście wyglądała na nieuczęszczaną, w niektórych miejscach było sporo połamanych gałęzi, a nawet przewróconych drzew, leżących w poprzek drogi. Jej szerokość wskazywała na to, że była to raczej tzw. strada militare, a nie dróżka, którą wieśniacy przemieszczali się na pola i pastwiska. Muszę powiedzieć, że ta krótka trasa, którą można swobodnie przejść w ciągu trzydziestu minut, sprawiła na mnie bardzo niemiłe wrażenie. Nie ukrywam, że szłam, robiąc sobie w duchu wyrzuty, iż chyba jakiś diabeł mnie podkusił, abym wybrała tę drogę, bo skóra mi ścierpła na plecach, kiedy dotarłam do okopów połączonych tunelami i krytymi przełazami, dzięki którym niegdyś można było bezpiecznie pokonywać różnicę poziomów. 

Przyjrzałam im się z zewnątrz, ponieważ nie mając żadnego przygotowania w tej mierze, czy chociażby latarki, nie odważyłabym się w pojedynkę zapuszczać do ich wnętrza. Oprócz tego, jak już pisałam, przez całą drogę czułam dziwny i niewytłumaczalny niepokój...Z tego powodu, obecnie owa mulatiera służy przede wszystkim turystom, którzy podobnie jak ja, preferują piesze wędrówki. Pani wspomniała też, że po drodze mogę zobaczyć okopy i stanowiska należące do Linii Cadorna. Był to jeszcze jeden argument za wybraniem tej drogi, bo chociaż jestem przeciwniczką wszelkich wojen, zawsze mnie interesowały również i te świadectwa przeszłości. 

Przyjrzałam im się z zewnątrz, ponieważ nie mając żadnego przygotowania w tej mierze, czy chociażby latarki, nie odważyłabym się w pojedynkę zapuszczać do ich wnętrza. Oprócz tego, jak już pisałam, przez całą drogę czułam dziwny i niewytłumaczalny niepokój...

Osoby, które regularnie czytają tego bloga, być może pamiętają, jak już wcześniej wspominałam o tym, że kilkakrotnie zdarzało mi się, iż miałam wrażenie, że znajduję się w miejscu emanującym jakąś nadzwyczajną energią. Czasem było to uczucie przyjemne, pozwalające mi doładować mój wewnętrzny akumulator, a innym razem towarzyszył mi zupełnie irracjonalny lęk i poczucie zagrożenia. Z natury jestem osobą rozsądną, nie szukam sensacji tego rodzaju, poza tym uważam, że podobne odczucia w większości dają się wytłumaczyć w sposób, jak najbardziej naukowy. 

To, czy te wrażenia odbieramy zupełnie jednoznacznie, czy też jako zaledwie dostrzegalną zmianę aury, w dużej mierze zależy od naszej osobniczej wrażliwości, która może być zmienna na różnych etapach naszego życia. Jednak mimo wszystko nie odżegnuję się od poglądu, że na ziemi i niebie są rzeczy, o jakich nie śniło się filozofom, gdyż nie wszystko, co nas otacza, daje się zważyć i zmierzyć. Być może, pierwotna, zwierzęca część naszej natury czasami dochodzi do głosu i wtedy mamy do czynienia z emocjami, których nie potrafimy zrozumieć...

Tym razem sądziłam, że to przykre uczucie powoduje obraz opuszczenia graniczący z ruiną, zwalone drzewa, połamane gałęzie i murki porośnięte mchem po obu stronach drogi. To wszystko wyglądało dość ponuro, więc miałam ochotę uciekać, gdzie pieprz rośnie i byłam po prostu szczęśliwa, kiedy tak, jak mi powiedziała moja informatorka, droga dość szybko zaprowadziła mnie na niewielką łąkę u podnóża tarasu, na którym wzniesiono kościół. Niewiele wiadomo o tym, jak się przedstawia historia tego miejsca, podobno w wiekach średnich było tu oratorium, przy którym mieszkał pustelnik. Mówi się też, że swego czasu otaczano tu szczególną czcią wizerunek Czarnej Madonny, do którego zanoszono modły w czasach zarazy, jaka nawiedziła te okolice. 
Obecny kościół pochodzi z XVII wieku, w jego w głównym ołtarzu widnieje obraz Madonna del Latte, czyli Maria karmiąca Dzieciątko Jezus, który jak się przypuszcza pochodzi ze szkoły Bernardino Luini i jest datowany na XV wiek. Kościół jest niewielki, ale bardzo harmonijny a jego główną ozdobą jest piękny portal i zegar słoneczny umieszczony na południowej ścianie.
Z tym kościołem wiąże się pewna niezwykła historia; podobno w latach siedemdziesiątych XX wieku miały tu miejsce zadziwiające zjawiska, zakwalifikowane jako paranormalne. Mówi się o przedmiotach przemieszczających się samoistnie i unoszonych w powietrze przez nieznane siły, a także o tym, iż w biały dzień zaczynały dzwonić dzwony, choć nie było widać nikogo, kto by je wprawiał w ruch. Nie wiem na ten temat nic więcej, ale widocznie tajemnicze zjawiska ustały tak samo nagle, jak się pojawiły. Natomiast nieco później zupełnie przypadkowo znalazłam w internecie kilka ciekawostek na temat fortyfikacji, które mnie tak wytrąciły z równowagi. Otóż wynikało z nich, że te sensacje nie były tylko moim udziałem i swego czasu zainteresowali się nimi łowcy duchów czyli osoby próbujące w sposób fizykalny zbadać zjawiska uchodzące za paranormalne, przy użyciu bardzo czułej i skomplikowanej aparatury. Szczerze mówiąc, nie jest dla mnie do końca jasne, czy dwaj poszukiwacze potwierdzili fakt istnienia w tym miejscu niewyjaśnionych zjawisk. Co prawda oglądałam ich film na YouTube, ale nic nie wskazywało na to, że ich działania zakończyły się spektakularnym sukcesem.


Jednak jak już wspomniałam, te przykre sensacje minęły jak zły sen, kiedy dotarłam na taras przed kościółkiem, gdzie wszystko rozjaśniał blask słońca i skąd roztaczał się widok na jezioro i góry. Przed sobą miałam miasteczko z mostem stanowiącym przejście graniczne, Monte Lema, o której pisałam w poprzednim poście link a po lewej stronie była Monte Caslano i przesmyk u jej podnóża, gdzie właśnie przepływał statek zmierzający z Ponte Tresa do Porto Ceresio i dalej, do Lugano.



Piękne widoki wiosny rozkwitającej wokoło, szybko zatarły niemiłe wrażenie, jakie mi towarzyszyło podczas wędrówki przez las; dziś, kiedy wracam do wspomnień o tamtym dniu, nadal zadaję sobie pytanie, co właściwie mi się przydarzyło? Czy był to tylko nieprzyjemny nastrój, wywołany widokiem tego zaniedbanego i odosobnionego miejsca, czy może ja również jestem jedną z tych osób, które mogą zaświadczyć, że jest to naprawdę niezwykła okolica...

Więcej zdjęć jak zwykle można w albumie 

niedziela, 6 stycznia 2013

Lombardia. Menaggio i jego okolice.



Menaggio jest jedną z większych miejscowości na lewym brzegu jeziora Como. Centralny punkt miasta to śliczny placyk o nieregularnym kształcie, otwarty na jezioro. Jego przedłużeniem jest bulwar, jeden z najładniejszych, jakie widziałam w tej okolicy. Są tu piękne fontanny, zadbane drzewa oraz mnóstwo kwiatów a od jeziora oddziela go elegancka, misterna balustrada z kutego żelaza. Spacerując po bulwarze, można do woli cieszyć oczy widokiem przepięknego pejzażu, gdyż Menaggio leży mniej więcej w połowie długości jeziora, w miejscu, gdzie akwen dzieli się trzy rozgałęzienia.

Patrząc przed siebie, na wprost widzimy cypel półwyspu Bellagio a nieco dalej, po drugiej stronie jeziora, pełne wdzięku miasteczko Varenna i stoki gór należące do pasma Valsassina, wznoszące się na wysokość ponad 2ooo m n.p.m. Zawsze ze szczególną przyjemnością zwracałam oczy w kierunku szczytu Monte Legnone, gdyż fascynował mnie jego trochę dziwaczny kształt z wyraźnymi krawędziami, niczym lekko przekrzywiony, zdeformowany ostrosłup. 



Monte Legnone to wysoka góra, więc czasem się zdarza, że nawet w lecie jest przyprószona śniegiem, a wtedy przy ładnej pogodzie wspaniale się odcina na tle błękitnego nieba.

Jednak powietrze nad jeziorem niejednokrotnie jest nieco ciężkie, więc lekki opar wilgoci spowija je wraz z górami swoim delikatnym welonem, co sprawia, że okoliczne szczyty wyglądają niczym gromada duchów, gdyż ich sylwetki są ledwie widoczne. Taka pogoda jest nieco przytłaczająca i odbiera energię, lecz jeśli chodzi o wrażenia estetyczne, zapewnia ich nie mniej niż słoneczna aura i doskonała widoczność. Czasami (choć bardzo rzadko) zdarza się, że nawet przez cały dzień nad jeziorem pozostaje nie lekki i prześwitujący opar, lecz prawdziwy, gęsty tuman mgły, a wtedy widoczność jest ograniczona do minimum i nie ma mowy o podziwianiu panoramy jeziora.

Od wiosny do jesieni w Menaggio jest zawsze wielu turystów i podobnie jak we wszystkich miejscowościach w tej okolicy, na ulicach często słyszy się język angielski lub niemiecki. Przybysze mają do dyspozycji stare, luksusowe hotele, lecz nie brakuje też mniejszych hotelików, pensjonatów, pokoi do wynajęcia i campingów. Miasto z jednej strony przylega do jeziora, natomiast z drugiej wspina się na niewielkie wzniesienie, gdzie do dziś znajdują się pozostałości średniowiecznej zabudowy. Z jego dolnej części w górę prowadzi uliczka mająca kształt schodów o płaskich stopniach, których jest około setki. To bardzo malownicze miejsce i można tam zobaczyć wiele pięknych, starych domów. W jednym z nich o murach pokrytych kaskadami winobluszczu urodził się błogosławiony Gabriel Malagrida, jezuita i misjonarz. Bardzo polubiłam Menaggio i jego zakątki, gdyż jest tam wiele miejsc, które zapadły mi w pamięć i serce. Jedno z nich, to niewielki, neogotycki kościółek pod wezwaniem świętej Marty, zapewne po części dlatego, że to patronka mojej córki, lecz również ze względu na jego śliczną białą fasadę, ozdobioną subtelnymi detalami i ornamentami wykonanymi z terakoty. Jego fronton zdobi piękna rozeta i portal z freskiem przedstawiającym Madonnę z Dzieciątkiem.

Całość jest tak wysmakowana i ma tak doskonałe proporcje, że nie sposób przejść obojętnie bez zwrócenia uwagi na tę niewielką świątynię. W Menaggio byłam wielokrotnie, ponieważ był to jeden z moich punktów wypadowych w okoliczne góry. Także tu przesiadałam się na autobus, kiedy chciałam pojechać do niedalekiego Lugano, przygranicznego miasta w szwajcarskim kantonie Ticino lub do Valsoldy, mojego ukochanego zakątka nad jeziorem Lugano. Jak już pisałam, część miasta leży nieco wyżej, na przełęczy pomiędzy dwiema górami. Po prawej stronie znajduje się Monte Grona, ze swoim skalistym, poszarpanym szczytem, po lewej zaś Monte Nava, której stoki oddzielają Menaggio od pobliskiego Griante. Kiedyś późnym popołudniem, podczas gdy płynęłam promem z Bellagio do Menaggio, na stoku Monte Nava wysoko ponad miastem pośród drzew zobaczyłam coś, co swoim kształtem przypominało niewielką kaplicę z sygnaturką na dachu. W pierwszej chwili sądziłam, że to złudzenie wywołane przez oślepiające słońce chowające się właśnie za okolicznymi wzniesieniami, jednak zaintrygował mnie ten widok, więc zaczęłam przepytywać mieszkańców i wertować mapy. W ten sposób dowiedziałam się, że to Crocetta, jeden z punktów widokowych, które w języku włoskim nazywa się belvedere, czyli po prostu piękny widok.

Aby tam dotrzeć, najlepiej część drogi pokonać autobusem i wysiąść na przystanku w przylegającej do Menaggio miejscowości Croce. Dalej wiedzie wijąca się asfaltowa serpentyna, biegnąca pośród uroczych domków i tarasowych ogrodów. Wraz z ostatnimi zabudowaniami kończy się asfalt, a dalej prowadzi jedynie ścieżka biegnąca w górę pośród kasztanowego lasu. Po jej prawej stronie widać długie, doskonale zachowane okopy i podziemne przejścia oraz betonowe schrony i stanowiska strzelnicze. Niegdyś należały one do Linii Cadorna, sieci umocnień zbudowanych w przededniu Wielkiej Wojny dla obrony północnej części kraju. Na skraju niemal pionowej skalnej ściany stoi okazały, również betonowy krzyż, od którego pochodzi nazwa tego miejsca. Nieopodal jest nieduża polana, gdzie na pomoście ponad okopami wzniesiono kaplicę, poświęconą pamięci żołnierzy poległych na wszystkich frontach świata. Ta kaplica, jak wiele innych obiektów tego rodzaju, powstała z inicjatywy Klubu Alpejskiego i jest otoczona opieką jego członków. Dość długo chodziłam wokoło, podziwiając urodę tego miejsca oraz inwencję architekta. Niezwykły jest nie tylko pomysł postawienia kaplicy ponad okopem, dzięki czemu można pod nią przejść na drugą stronę, na sam skraj urwiska. Ciekawe jest też to, że dłuższe ściany budynku są otwarte na przestrzał, a w otworach umieszczono ażurowe kraty, więc stojąc za nim w powstałym prześwicie widzimy nie tylko wnętrze, ale również jezioro i otaczające je góry.


Crocetta znajduje się na wysokości ok. 400 m ponad poziomem jeziora, co sprawia, że można stąd ogarnąć wzrokiem jego całą północną część — przy dobrej pogodzie widać również szczyty Valchiavenny, a nawet odległą Berninę. Jezioro Como oglądane z tej dość znacznej wysokości, niczym lustro odbija błękit nieba i nabiera niesamowitego koloru głębokiego szafiru. 

Jak zwykle podczas moich wędrówek z pasją oddałam się fotografowaniu, jednak żadne zdjęcie nie jest w stanie przekazać istoty piękna tego pejzażu, jego głębi, blasku, zapachu kasztanowych lasów i ogromu przestrzeni, jaka się przed nami otwiera...

Nieopodal Crocetty jest też inny kościółek związany z tradycją alpejską — Madonna di Paullo. Został zbudowany przez miejscową ludność ku czci Madonny, do której modlili się żołnierze pochodzący z tej okolicy, kiedy zamknięci w obozach jenieckich, prosili Boga o szczęśliwy powrót do domu.


Podczas moich wędrówek po górach niejednokrotnie na dość znacznej wysokości napotykałam kościółki i kapliczki, wzniesione z dala od ludzkich siedzib. Mimo tego oddalenia zazwyczaj są one bardzo zadbane i nadal stanowią miejsce obrządku religijnego. Dzieje się tak podczas większych świąt kościelnych a szczególnie w dniu święta patrona danej miejscowości (w Menaggio jest to święty Stefan). Wierni udają się wówczas na zbiorową pielgrzymkę do tych odległych świątyń, aby wspólnie uczestniczyć w uroczystej mszy. Święta patronackie we Włoszech oprócz charakteru religijnego, mają też ścisły związek z lokalną kulturą. Z reguły jest to kilkudniowy festyn z różnymi atrakcjami — przy tej okazji można wysłuchać koncertu muzyki tradycyjnej, obejrzeć sztukę wystawioną przez amatorskie koło teatralne, pokaz ginących rzemiosł lub prezentację prac miejscowych twórców, można też pobuszować na jarmarku wśród straganów z lokalnymi produktami, czy na targu staroci.


niedziela, 4 listopada 2012

Piemont. Fort Foens i Monte Jafferau.

Pierwsza wyprawa - Jeziorko Rochemolles



Tę piękną wyprawę w wysokie góry, zawdzięczam Carlowi. Carlo, mój kolega po fachu, (pracowaliśmy w tym samym domu opieki) zwierzył mi się kiedyś, iż ma marzenie, którego nie może zrealizować od z górą dwudziestu lat, ponieważ ciągle coś staje na przeszkodzie jego zamiarom.

Opowiedział mi o okolicach Bardonecchi, gdzie w rejonie graniczącym z Francją, można zobaczyć stare forty, pochodzące z końca XIX wieku, które były wykorzystywane również w czasie I i II wojny światowej. Niektóre z nich są nieźle zachowane, zaś z innych pozostały jedynie ruiny. Mówił też, że jako młody chłopak był kilkakrotnie w tamtych stronach na swoim ukochanym motocyklu, lecz mimo to, nigdy nie udało mu się dotrzeć do fortu Jafferau, którego ruiny można oglądać na szczycie góry, noszącej tę samą nazwę. Znając moją pasję do pieszych wycieczek po lombardzkich Prealpach, zaproponował mi wspólny wypad. Muszę przyznać, że podeszłam do tej propozycji z odrobiną rezerwy. Monte Jafferau znajduje się w rejonie niezbyt oddalonym od  Aosty, więc widziałam podobne góry podczas podróży do Courmayeur, miasteczka leżącego u podnóża Mont Blanc. To nie Prealpy, ze swoimi wzniesieniami, które w większości mają nieco ponad 1000 m n.p.m. lecz prawdziwe góry, liczące metrów 3000 i więcej. Dotychczas nigdy się nie zdarzyło, abym chodziła tak wysoko, jednak Carlo zapewnił mnie, że ta wycieczka nie wymaga profesjonalnego przygotowania i mimo znacznej wysokości planuje jedynie spokojny trekking, wyłącznie po wytyczonych szlakach. Mimo to, nadal obawiałam się reakcji mojego organizmu na tę (dość przecież znaczną) wysokość, nie bez znaczenia był też fakt, iż dotychczas zawsze chodziłam sama, w moim rytmie, dlatego też nie miałam pojęcia, czy podołam wspólnemu marszowi . 

Carlo to rosły mężczyzna, były alpejski  żołnierz, mimo dojrzałego wieku nadal w niezłej formie, więc istniało prawdopodobieństwo, że nasza wyprawa może okazać się kompletnym fiaskiem z mojej winy, gdyż nie podołam kondycyjnie takiemu wyzwaniu. Dodatkowo stropił mnie opowiastką o tym, jak  to swego czasu wybrał się w tamte strony z kolegą, sporo młodszym od siebie. Kolega poczuł się źle, prawdopodobnie z powodu zwyżki ciśnienia i rozrzedzonego powietrza (co poskutkowało swego rodzaju psychozą ) więc rozczarowany Carlo wrócił z nim do domu, nie osiągnąwszy celu wyprawy. Ta opowiastka nieomal stała się gwoździem do trumny, w której mógł zostać pogrzebany nasz projekt. Jednak nad tymi uzasadnionymi obawami i wątpliwościami, przeważyła moja żądza przygód oraz nieodparta chęć sprawdzenia własnych możliwości. Carlo postanowił, że na początek wybierzemy się szlakiem powyżej Bardonecchii, wiodącym do niewielkiego, sztucznego jeziora Rochemolles, powstałego po przegrodzeniu zaporą górskiej rzeki o tej samej nazwie. Bladym, lipcowym świtem, około czwartej nad ranem, wsiedliśmy do samochodu, aby wyruszyć autostradą w stronę Turynu. Później była Aosta, Susa i wreszcie Bardonecchia. Zaczął siąpić drobny deszczyk, więc wypiliśmy w barze po kawie z "prądem" i jednogłośnie postanowiliśmy, że nie damy sobie zepsuć dnia. Jak się okazało, była to dobra decyzja, bo deszczyk wkrótce powędrował gdzie indziej.


Carlo, który przejął kierownictwo naszej dwuosobowej wycieczki powiedział, że daje mi chwilę wolnego na obejrzenie miejscowego deptaka a on w tym czasie "skoczy po coś do zjedzenia". Kiedy wrócił zakupami, znów wsiedliśmy do samochodu i wyjechaliśmy z miasta drogą prowadzącą wzdłuż rzeki. Przy okazji mogłam zobaczyć wylot tunelu kolejowego Frejus prowadzącego pod masywem Mont-Cenis na francuską stronę Alp. Po przejechaniu kilku kilometrów zostawiliśmy samochód przed malowniczym domostwem i poszliśmy bitym traktem biegnącym po zboczu góry. Po następnych kilku kilometrach porzuciliśmy również i tę drogę, aby dalej pójść wąską, lecz wygodną ścieżką. Muszę wyznać, że mimo nie najlepszej pogody ( niebo ciągle było zachmurzone ) widoki, jakie miałam przed oczami, w pełni potwierdzały to, co wcześniej mówił mi Carlo.


Piękne, zielone stoki gór z widocznymi tu i ówdzie skałami, poprzecinane spływającymi strumykami i niewielkimi kaskadami,  cieszyły oczy. Na tym tle pojawiały się większe i mniejsze chmury, niczym białe kłębki waty. Byłam pod wrażeniem łanów kwitnących ziół i niezwykle bujnej trawy. Po pewnym czasie doszliśmy do niewielkiej, zabytkowej kapliczki z bardzo dobrze zachowanymi malowidłami, przedstawiającymi prymitywne wizerunki świętych i pustelników. Mam wielki sentyment do takich nieporadnych malowideł, gdyż według mnie, są one wyrazem odwiecznej, człowieczej duchowości. Tu Carlo postanowił, że opuścimy wygodną, lecz dłuższą ścieżkę wiodącą do zapory i przejdziemy na drugą stronę doliny, aby wspiąć się na zbocze po innej ścieżce, przypominającej schody wyżłobione w (jak mi się zdawało) prawie pionowej ścianie. Już po pierwszych metrach myślałam, że wyzionę ducha, zanim dotrę na górę. 


Przypomniał mi się kolega Carla i jego problemy, lecz pomyślałam, że jako dumna Polka, za nic się nie poddam. Wzięłam się mocno w garść, aby zapanować nad oddechem i trzęsącymi się nogami, po czym nieco wolniej, ale zdecydowanie, ruszyłam w górę. Carlo od czasu do czasu oglądał się, żeby sprawdzić moje postępy a widząc, jak nie daję za wygraną, oznajmił mi na pociechę, że kiedy dojdziemy na górę przekonam się, iż było warto zadać sobie ten trud. Istotnie, kiedy dotarliśmy do szczytu zapory, zobaczyłam śliczne, niewielkie jeziorko o szmaragdowej wodzie. Poszliśmy dalej jego brzegiem a ja nie mogłam się nacieszyć widokiem przepięknej, bujnej łąki, pełnej kwitnących kwiatów. Nieopodal spotkaliśmy pasterza pilnującego stada krów, który zgadał do nas w lokalnym dialekcie.


Na szczęście Carlo w przeciwieństwie do mnie zrozumiał o co chodzi i przetłumaczył mi jego wypowiedź na włoski. Okazało się, że dwa dni wcześniej w nocy przeszła tam gwałtowna burza i trąba powietrzna przewróciła  prowizoryczne domostwo pasterza, wraz z nim w środku. Faktycznie - nieopodal zobaczyliśmy dużą, drewnianą przyczepę przypominającą wóz Drzymały, leżącą na boku. Na szczęście, jak się okazało, nie ucierpiało stado, ani jego pasterz. Nieco dalej zobaczyliśmy inne świadectwo, mówiące o tym, jak niebezpieczne może być załamanie pogody w górach... Był to mały krzyż i płyta, wyglądającą niczym niewielki nagrobek. Pasterz powiedział nam, że w tym miejscu zginął od pioruna piętnastoletni chłopiec. Choć miało to miejsce ponad sześćdziesiąt lat temu, nie zaginęła pamięć o tym zdarzeniu, o czym świadczył odnowiony napis, którego litery były chyba tak wyraźne, jak w chwili powstania.

Carlo powiedział mi, że nieco dalej znajduje się inne miejsce, gdzie upamiętniono tragiczny wypadek, kiedy to w latach trzydziestych lawina pogrzebała oddział żołnierzy, przebywający tu na zimowych ćwiczeniach. 
Idąc w górę rzeki dotarliśmy do  pomnika, będącego częścią ołtarza polowego, wzniesionego przez członków Koła Alpejskiego z Bardonecchii. Mimo całego szacunku dla zmarłych, Włosi nie mają zbytnich zapędów do celebrowania martyrologii, więc z tyłu za ołtarzem jest miejsce ze stołami i ławami, gdzie można pokrzepić nadwątlone siły, nie brakuje również  kuchni polowej, zbudowanej z płaskich kamieni. I tu Carlo pokazał co potrafi!  Wysłał mnie po wodę do strumienia, nakazał nakryć do stołu i cierpliwie czekać. Jako pierwsze danie zaserwował risotto a następnie wziął  się za pieczenie kiełbasek i opiekanie befsztyków na prowizorycznym, kamiennym grillu. Nie ukrywam, że był to jeden z najsmaczniejszych posiłków w moim życiu. Nie jestem szczególnie mięsożerna, ale kotlety i kiełbaski wraz ze świeżym chlebem i czerwonym, wytrawnym winem, to było to! Ponieważ poprawiła się pogoda i wyjrzało słońce, Carlo postanowił się poopalać a ja poszłam wzdłuż rzeki w głąb doliny. Po drodze wielokrotnie spotykałam chmary dziwnych motyli. Były niezbyt duże, w większości miały kolor niebieski, lecz niektóre były prawie czarne a inne beżowo- perłowe.
 

Zaskoczyło mnie to, że nie siadały na kwiatach, ale na wilgotnej ziemi lub w błocie. Próbowałam je fotografować;  mimo iż były bardzo płochliwe, udało mi się zrobić im parę zdjęć. Niestety, czas wyznaczony mi przez Carla szybko minął i musieliśmy pomyśleć o powrocie. Tym razem poszliśmy szerokim i wygodnym, utwardzonym traktem (jak się okazało, niemal do samego pomnika można również dojechać samochodem terenowym ). Ta droga  okazała się o wiele dłuższa, lecz dopiero teraz, schodząc w dół, bez stresu i w blasku słońca, mogłam w pełni cieszyć się pięknem tego miejsca. Carlo raźno puścił się przodem a ja zatrzymywałam się co chwilę, podziwiając pejzaż i robiąc zdjęcia. Późnym popołudniem dotarliśmy do miejsca, gdzie zostawiliśmy samochód. 


Byłam bardzo zadowolona z siebie i z tego, że jednak stanęłam na wysokości zadania. Myślę, iż Carlo umyślnie popędził mnie tą "kozią percią" żeby sprawdzić, moją kondycję, a także , czy mam w sobie wystarczająco dużo ducha bojowego, by podołać trudniejszej wycieczce. Po wyjeździe z Bardonecchi, czekały nas jeszcze trzy godziny jazdy autostradą, więc do domu dotarłam dobrze  po zapadnięciu zmroku.


Więcej zdjęć z tej wycieczki można zobaczyć w albumie>


Druga wyprawa - forty.
 

Po moim pomyślnie zdanym egzaminie na alpejskiego łazika, umówiliśmy się z Carlem na właściwą wyprawę, której celem miał być fort Jafferau. Tym razem nie miałam już takich obaw, jak podczas pierwszej wycieczki i wydawało mi się, że choć nie będzie to przysłowiowa łatwizna, to jest szansa, abym wyszła z tego wyzwania z powodzeniem. Znów bardzo wczesnym rankiem wyjechaliśmy autostradą w stronę Turynu i dalej, w Dolinę Suzy a po kilku godzinach byliśmy w Bardonecchii.


Prognoza pogody była bardzo dobra, dzień zapowiadał się na słoneczny i mimo wczesnej pory widać było, że poranne mgły szybko opadną. Wpadliśmy do znajomego baru na poranną, podwójną kawę, która szybko nam dała spory zastrzyk energii, po czym pojechaliśmy kilka kilometrów drogą wiodącą do parkingu na zboczu ponad miastem. Tam zostawiliśmy samochód i rozpoczęliśmy naszą pieszą wędrówkę. Pierwszy, kilkukilometrowy odcinek drogi, to łatwy, dość szeroki, bity trakt, który spokojnie można pokonać nieco bardziej wytrzymałym samochodem, biegnący po zalesionym zboczu Monte Jafferau. 


Pokonując go, po prawej stronie mogłam podziwiać wspaniałą panoramę Alp; tym razem aura spełniła nasze oczekiwania; pejzaż gór, ciepły dzień i piękne, niebieskie niebo z białymi obłokami, zapewniały wrażenia trudne do opisania. Carlo, tak jak poprzednio, zostawił mi wolną rękę i pomaszerował przodem, długim krokiem wytrawnego piechura. Ja z tyłu szłam w moim tempie, robiąc zdjęcia i podziwiając widoki. Kiedy zatrzymaliśmy się na chwilę przy źródle, aby zrobić zapas wody, Carlo pokazał mi leżący przed nami odległy wierzchołek góry. Przyznam się, że trochę zwątpiłam w swoje możliwości, gdyż wydawało mi się, iż jest on niesłychanie daleko. 


Później niejednokrotnie myślałam o tym, co bym wtedy zrobiła, gdybym wiedziała, że ta widoczna część to tylko "wierzchołek góry lodowej" i jest to zaledwie połowa drogi, gdzie znajduje się pierwszy, pomocniczy fort, zwany Foens. Pewnie poszłabym dalej, ale sądzę, że moje morale uległoby częściowej destrukcji... Po przejściu jeszcze kilku kilometrów dotarliśmy do fortu a właściwie tego, co  niego zostało. Obejrzeliśmy tam resztki stajni, gdzie trzymano muły, niezbędne do transportowania ciężarów, pomieszczenia dla żołnierzy (stały tam jeszcze zardzewiałe szkielety metalowych łóżek) i betonową rampę, na której swego czasu umieszczone były działa.


Na  wysokości fortu Foens kończyła się linia lasu; po lewej stronie  wznosił się  szczyt góry o zboczach gdzieniegdzie porośniętych płową trawą a poniżej rozciągała Dolina Suzy. Widzieliśmy stąd dużą część drogi, jaką przybyliśmy do Bardonecchii. Kiedyś ten fort panował nad całą doliną a wojska nieprzyjacielskie, które znalazły się w zasięgu jego dział, musiały być w niemałym kłopocie. Po obejrzeniu różnych zakamarków fortu, postanowiliśmy zatrzymać się na niedługi postój. Tym razem, żeby nie tracić czasu, nie bawiliśmy się w kucharzenie. Szybko zjedliśmy nasz suchy prowiant i znowu wyruszyliśmy w drogę. Pierwszy odcinek był bardzo stromy i prowadził prosto w górę, lecz na szczęście dość szybko ścieżka zaczęła wspinać się serpentyną, co sprawiło, że wędrówka stała się łatwiejsza. 


Ponad nami wznosił się szczyt, który pięknie się odcinał na tle błękitnego nieba. Po cichu liczyłam na to, że kiedy tam wreszcie dojdę, zobaczę  fort. Niestety, rzeczywistość zakpiła z moich oczekiwań... Wierzchołek przede mną to nie był właściwy szczyt góry, lecz pierwszy z wielu garbów w łańcuchu, którego końca nie było widać. Miałam go po lewej stronie a na wprost był drugi, podobny, górski grzbiet, przypominający koguci grzebień. Łączyły się one ze sobą, tworząc głęboką nieckę. Daleko w dole pasły się stada owiec, więc od czasu do czasu wraz z powiewem wiatru docierało do mnie ich beczenie i dźwięk dzwoneczków. Na tym drugim zboczu można było dostrzec białą nitkę dawnej, wojskowej drogi. Byliśmy już na wysokości znacznie przekraczającej 2500 metrów, lecz ku mojej radości nie dawała mi się ona we znaki, jak się tego początkowo obawiałam. Wzdłuż szlaku spotykałam wdzięczne alpejskie kwiaty, które w Polsce można zobaczyć w ogródkach skalnych;  tu, w swoim naturalnym środowisku, wyglądały one naprawdę urzekająco.


Szłam przed siebie wąziutką ścieżką, wiatr gwizdał mi w uszach i wydaje mi się, że wpadłam w swego rodzaju trans. Po raz pierwszy na własnych nogach weszłam tak wysoko i myślę, że dopadł mnie "górski bakcyl". Być może, jest to swego rodzaju narkotyk, stan euforii spowodowany wysokością i rozrzedzonym górskim powietrzem? Przestałam nawet myśleć o tym, że nie widać końca drogi i fortu, do którego zmierzaliśmy. Wypełniało mnie uczucie całkowitej wolności, czułam się lekka i szczęśliwa. Carlo, który jak zwykle był dość daleko przede mną, nagle zatrzymał się i zaczął gorączkowo machać ręką. Przyśpieszyłam kroku a kiedy stanęłam obok niego, zobaczyłam ruiny fortu. Był to rzeczywiście wyjątkowy moment i niezapomniana chwila! 


Beżowo-brązowy wierzchołek góry wyglądał wspaniale na tle nieba o szafirowym kolorze a ruiny wieńczyły jego szczyt niczym korona. Ogarnęło mnie uczucie niesamowitej radości, gdyż nareszcie fort, do którego szłam z takim poświęceniem, był prawie na wyciągnięcie ręki, choć z mapy wynikało, że do przebycia mieliśmy  jeszcze około kilometra, krętą drogą prowadzącą do ruin. 
Okazało się, że jesteśmy w dość licznym towarzystwie ludzi, którzy przybyli tu jadąc dawną wojskową drogą, samochodami terenowymi, na rowerach górskich lub motocyklach. Mimo wszystko, nie żałowałam wysiłku, jaki włożyłam w dotarcie tam na piechotę. Było to wspaniałe doświadczenie a ja wyszłam z tej próby z honorem, więc miałam niemałe powody do zadowolenia.  Ruiny fortu widziane z bliska, wyglądały naprawdę imponująco i zapewne w okresie, kiedy spełniał on swą funkcję, był naprawdę okazałą budowlą.

Poświęciliśmy sporo czasu na dokładne obejrzenie tego, co z niego pozostało, jednak ja najbardziej zachwycałam się krajobrazem, jaki miałam przed sobą; surowym, lecz o przepięknych, pastelowych barwach, które nieustannie się zmieniały. Ponad naszymi głowami przepływały duże, białe cumulusy, rzucające cień na okolicę, sprawiające, iż to co przed chwilą było beżowe albo zielonkawe, stawało się niebieskie lub granatowe. Po lewej stronie, w oddali, widziałam dolinę ze sztucznym jeziorkiem Rochemolles i zaporę, gdzie byliśmy poprzednim razem. Po prawej, daleko, daleko, była Dolina Suzy, nieco bliżej widać było fort Foens, maleńki, niczym zbudowany z klocków lego. Był to wspaniały widok i niezapomniany moment, jednak czas mijał nieubłaganie i trzeba było myśleć o powrocie...Aby wrócić do Bardonecchii skierowaliśmy się na drogę dojazdową prowadzącą do wyciągów narciarskich, bardzo licznych na północnym stoku góry. W 2006 roku odbywały się tu zawody w ramach Olimpiady Zimowej w Turynie i w związku z tym, powstało wiele obiektów tego typu. Droga, choć szeroka na tyle, by mogły nią jeździć samochody, dla nas, piechurów, okazała się niewygodna i niezbyt atrakcyjna.


Spod naszych nóg usuwały się masy większych i mniejszych kamieni, oprócz tego, idąc mimowolnie wzbijaliśmy kurz, przypominający sypki cement; jedynie widok świstaka stojącego słupka koło swojej norki, nieco mi wynagrodził pieczenie oczu i kręcenie w nosie, spowodowane przez ten uciążliwy pył. Na dodatek, wzdłuż drogi rozciągały się pastwiska, gdzie pasły się duże stada krów. Odkąd sięgam pamięcią, te stworzenia budzą we mnie ogromny lęk, więc całą siłą woli musiałam się powstrzymywać, aby nie uciekać, kiedy któraś z nich zaczynała na mnie patrzeć z uwagą. Tłumaczyłam sobie w duchu, iż jest bardziej prawdopodobne, że się przewrócę biegnąc z góry po kamieniach, niż to, że zaatakuje mnie krowa zajęta jedzeniem. Na szczęście pastwiska wreszcie się skończyły i znów weszliśmy w las.


Okazało się, że ta droga jest o wiele krótsza, więc niebawem stanęliśmy na polanie, gdzie nieopodal biło źródło, przy którym rano robiliśmy zapas wody. Tu Carlo znalazł następny skrót, stromą ścieżkę, a ta dość szybko doprowadziła nas do parkingu, na którym pozostawiliśmy samochód. Słońce miało się ku zachodowi, kiedy wyjeżdżaliśmy z Bardonecchii, więc do domu dotarłam już w zupełnych ciemnościach. Mimo około trzydziestu kilometrów w nogach i wielu godzin spędzonych na wysokości niemal 3000 metrów, nie czułam zmęczenia, ani bólu mięśni. Moje pielęgniarskie doświadczenie podpowiedziało mi, że zapewne jest to zbawienny wpływ adrenaliny i czystego, górskiego powietrza. Tak czy inaczej, był to naprawdę piękny dzień i bardzo udana wyprawa.



Więcej zdjęć jest w albumie>