Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Portofino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Portofino. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 listopada 2012

Liguria. Rezerwat Przyrody, czyli na piechotę z Capodimonte do Portofino


W poprzednim poście pt. Opactwo San Fruttuoso w Capodimonte. pisałam o mojej kolejnej wycieczce do Ligurii. Tym razem moim celem było wyżej wspomniane benedyktyńskie opactwo, którego początki się sięgają połowy X wieku. Jego obejrzenie, spacer wokół nielicznych zabudowań i odpoczynek zajęły mi około dwóch godzin Przy okazji na straganie z pamiątkami dokonałam pewnego zakupu, który przyniósł mi dużo radości, mimo swoich niewielkich rozmiarów i niewygórowanej ceny. Sprawiłam sobie bowiem kolejną pamiątkową kuchenną ściereczkę z kolorowym nadrukiem.

Te ściereczki są we Włoszech bardzo popularne, a nadruki to z reguły fragment mapy regionu z obrazkami przedstawiającymi lokalne atrakcje, specjały gastronomiczne i ludowe kostiumy. Są one bardzo kolorowe i okrutnie kiczowate, ale ja mam do nich ogromny sentyment. Ich stylistyka wygląda na dość odległą w czasie i przypomina nieco drukowane makatki, które często widziało się w polskich kuchniach za czasów mojego dzieciństwa.

W ciągu kilku lat podczas moich licznych podróży stworzyłam sobie małą kolekcję takich ściereczek. Nieco później wzbogaciła ją Marta, przywożąc z wycieczki do Londynu dwie następne — jedną z mapą londyńskiego metra, a drugą z sylwetkami londyńskich kościołów. Ta, którą zakupiłam tym razem, przedstawiała oczywiście Ligurię i jej atrakcje, w tym opactwo San Fruttuoso.

Ponieważ powrót do domu zaplanowałam na późne popołudnie, musiałam podjąć decyzję, co zrobić z resztą czasu. Już przed wyjazdem myślałam o tym, że mogłabym przejść pieszo do leżącego niedaleko Portofino. Portofino i Capodimonte leżą w niewielkich zatoczkach malowniczego, górzystego półwyspu. Porasta go tzw. macchia mediterranea — dość niska, wiecznie zielona roślinność poprzetykana modrzewiami i parasolowatymi piniami.

Przed wyjazdem nieco poczytałam w internecie na temat szlaków w tej okolicy i obejrzałam mapkę. Wynikało z niej, iż cały ten górzysty teren pomiędzy Portofino, Camogli, Santa Margherita Ligure i Capodimonte pokryty jest gęstą siatką ścieżek. (Poniżej zamieszczam mapę turystyczną półwyspu Portofino, gdzie widać, jak liczne są piesze szlaki w tej malowniczej okolicy. W rzeczywistości jest ich więcej, gdyż istnieją tam  również "dzikie ścieżki", których na mapie nie ma).

Niestety nie znalazłam żadnego opisu, który dawałby pojęcie o ich charakterystyce, lecz miałam nadzieję, że przynajmniej jedna z nich przypomina dobrze mi znane, alpejskie mulatiery. Ponieważ przyplątało mi się jakieś przewlekłe zapalenie ścięgien w lewej stopie, nie nastawiałam się na bardziej forsowne marsze. Pomyślałam jednak, że gdyby na miejscu okazało się, iż znajdę szlak niezapowiadający większych problemów, to z przejściem kilku kilometrów powinnam sobie poradzić.

Rozpaskudzona lombardzkim porządkiem, nie wpadłam na pomysł, aby przed wyjazdem wydrukować mapkę z internetu. Spodziewałam się, że na miejscu będzie pod dostatkiem wyczerpujących informacji — bądź co bądź jest to bardzo uczęszczane miejsce, gdzie przewija się mnóstwo turystów. Niestety w pobliżu opactwa żadnej mapy nie zauważyłam, nie mówiąc o braku ulotek z mapką okolicy, jakie w Lombardii spotyka się w większości obiektów tego typu. Doszłam do wniosku, że zapewne znajdę jakąś wskazówkę w miejscu, gdzie zaczyna się szlak.

Ścieżkę prowadzącą z opactwa na okoliczne wzgórza znalazłam bez trudu, kierując się wskazówkami jednej z mieszkanek Capodimonte. Dowiedziałam się, że drogi do Portofino są dwie: jedna z nich początkowo biegnie dość nisko i zaczyna się na wysokości mniej więcej 100 m n.p.m. nieopodal wieży Doriów. Druga prowadzi na szczyt wzniesienia, później jego granią schodzi nieco w dół, gdzie obydwie łączą się i wspólnie tworzą szlak docierający do Portofino.

Początkowy odcinek był dokładnie taki, jak się spodziewałam. Dobrze ubita ścieżka biegła zakosami w górę. Niestety tu też nigdzie nie było mapy, były jednak strzałki i napisy wykonane czerwoną farbą, co jednoznacznie wskazywało, że jest to właściwa droga. Ze względu na nie najlepszą kondycję postanowiłam wybrać łatwiejszą z nich, czyli tę, która biegnie brzegiem morza. Jednak choć rozglądałam się uważnie, przeoczyłam rozwidlenie, gdzie powinnam skręcić w prawo w kierunku wieży, i poszłam w górę, aż ścieżka doprowadziła mnie do niewielkiej agroturystycznej restauracji. Postanowiłam, że tu zasięgnę języka i podejmę decyzję co do dalszej drogi.

Przede mną było spore wzgórze (około 500 m n.p.m.) oddzielające opactwo od Portofino. Szczerze mówiąc, mimo mojego zamiłowania do włóczęgi, w tym momencie nie miałam najmniejszej ochoty, aby się tam wdrapywać. Po pierwsze — mój poziom energii po kilkumiesięcznym maratonie nocnych dyżurów był równy zeru. Po drugie — było bardzo ciepło, co w połączeniu z morskim powietrzem po lombardzkim zimnie i wilgoci było dla mnie prawdziwym szokiem. Do tego dochodził jeszcze problem ze ścięgnami, które przy bardziej forsownym chodzeniu dawały o sobie znać ostrym bólem.

Obok restauracji znalazłam mapę, niestety ząb czasu lub jakiś wandal spowodował w niej dość sporo ubytków, więc poprosiłam właścicielkę lokalu o niezbędne wskazówki. Kobieta stwierdziła, że powinnam kierować się oznaczeniem w postaci jednej lub dwóch czerwonych kropek, gdyż obydwa szlaki zaprowadzą mnie do celu. Nie bardzo chciało mi się schodzić ponownie w dół, by wrócić statkiem do Camogli, więc mimo wszystkich wątpliwości postanowiłam kontynuować wędrówkę. Poszłam jeszcze kawałek w górę, aż do rozwidlenia ścieżek.

Spotkałam tam jakiegoś piechura, który doradził mi, abym poszła w górę szlakiem z jedną kropką. Powiedział też, że jeśli z tego miejsca zejdę w dół, to co prawda dotrę do drogi prowadzącej niżej, lecz i tak (choć nieco później) nie uniknę wdrapywania się na wzgórze. Ponieważ odniosłam wrażenie, iż ów pan dobrze zna te strony, poszłam za jego radą i powędrowałam szlakiem czerwonej kropki. Powiem szczerze — była to jedna z najbardziej mozolnych wędrówek w moim życiu.

Byłam już niedaleko szczytu, kiedy ścieżka, do tej pory dość wygodna, stała się błotnista i stroma. Przecinały ją jakieś wyrwy, było też mnóstwo połamanych gałęzi — pamiątek po zimowych ulewach. Ponieważ wyjeżdżając, nie nastawiałam się na bardziej forsowne przechadzki, nie wzięłam ze sobą kijka ani butów do trekkingu. Gdyby nie zapewnienia moich informatorek, że ścieżka jest wygodna, a moje długie skórzane trzewiki na dość grubym protektorze w zupełności odpowiadają warunkom, nigdy bym się nie zdecydowała na ten spacer. Na szczęście udało mi się przebyć bez szwanku także ten odcinek i niebawem znalazłam się na szczycie wzgórza.

Tu humor zdecydowanie mi się poprawił, gdyż miałam przed sobą częściowo otwartą przestrzeń i mogłam wreszcie popatrzeć na otaczający mnie przepiękny pejzaż wybrzeża liguryjskiego. Spokojna tafla morza, widziana z góry w blasku wysoko stojącego słońca, wyglądała niczym srebrno-niebieskie lustro. Zadziwiły mnie różne kwiatki, niektóre zupełnie mi nieznane, kwitnące mimo (teoretycznie) panującej zimy. Wokół mnie ciągnęły się zielone pasma skalistych wzgórz, porośnięte niską roślinnością, spowite delikatną mgiełką. Z zimozielonego poszycia gdzieniegdzie wystrzelały wysokie pinie, więc miałam okazję oddać się jednemu z moich ulubionych zajęć, jakim jest zbieranie piniowych szyszek.

Zawsze uwielbiałam szyszki, kasztany i żołędzie za ich kształty i kolory we wszystkich odcieniach brązu. Tę pasję zaszczepiła mi moja mama; pamiętam z pierwszych lat mego życia, jak je wspólnie zbierałyśmy, aby robić z nich śmieszne ludziki. Pamiętam też, że na łące obok domu zrywałyśmy kwitnące trawy i polne kwiaty do wazonu — chyba właśnie te piękne wspomnienia z dzieciństwa przyczyniły się do mojego zamiłowania dla suszonych bukietów i wiklinowych koszy pełnych szyszek jakie mi towarzyszy od wielu lat.

Kiedy wracałam z Włoch do mojego domu w Polsce, w bagażu prawie zawsze miałam jakieś pudło z tymi małymi cudami natury, zebranymi w trakcie moich wędrówek. Także i tym razem nie mogłam się oprzeć pragnieniu podniesienia kilku dorodnych piniowych szyszek. Niestety — te najpiękniejsze były poza moim zasięgiem, leżały bowiem na stromym zboczu z dala od ścieżki. Ponieważ nigdy nie łamię zasady, iż bez zabezpieczenia nie schodzi się ze szlaku, zgodnie z nakazem rozsądku zadowoliłam się nieco mniejszymi okazami, które miałam na wyciągnięcie ręki.

Na tym etapie drogi natknęłam się na dziwny obiekt niemal metrowej długości, mający kształt tablicy o zaokrąglonym szczycie, którego przeznaczenia nie potrafiłam odgadnąć…Choć przyjrzałam mu się dość dokładnie, nie wiedziałam, czy został wykuty w jakimś miękkim kamieniu, czy też wylano tu coś, co przypominało beton, jednak z całą pewnością nim nie było. Miało jasny, kremowo-beżowy kolor i wyglądem przypominało raczej piaskowiec lub gips. Na jego powierzchni ktoś wyrył dziwne znaki, które kojarzyły mi się z czymś, co już kiedyś widziałam, ale ani rusz nie mogłam sobie przypomnieć — gdzie i kiedy. Było to bardzo intrygujące, gdyby ta płyta znajdowała się bliżej ludzkich siedzib, pomyślałabym, że to jakaś mistyfikacja zrobiona dla żartu, lecz do najbliższej osady był jeszcze spory kawałek drogi wąskimi górskimi ścieżkami, więc trudno było przypuszczać, że komuś chciałoby się aż tak fatygować.* 

Ścieżka znów zrobiła się dość szeroka i wygodna, więc raźno maszerowałam przed siebie. Prowadziła po grani wzgórza — po lewej ręce miałam urwisty jar schodzący do morza, a po jego drugiej stronie, na zboczu, widziałam niewielkie domki porozrzucane wśród gajów oliwnych i ogrodów. Z mapy pamiętałam, że to Prato i Olmi, osady należące do gminy Portofino.

Sądziłam, iż ten etap drogi nie nastręczy mi szczególnych problemów, jednak życie mi pokazało, że byłam w grubym błędzie. Doszłam bowiem do prawdziwej plątaniny ścieżek i wybetonowanych alejek; na domiar złego nigdzie nie widziałam kropkowych oznaczeń, a jedynie nazwy ulic — choć te przełazy w żadnym razie na to miano nie zasługiwały.

Tu znowu dał mi się we znaki brak mapy. Kilkakrotnie wchodziłam w uliczkę, sądząc, że to ta właściwa, lecz za każdym razem urywała się ona na jednej z posesji albo ni stąd, ni zowąd zamykała ją furtka lub brama. Co gorsza, nie widziałam żywego ducha, więc nie było mowy o zasięgnięciu języka. Wreszcie, po dłuższym błądzeniu, przy jednej z furtek zobaczyłam dwóch turystów. Od nich dowiedziałam się, że mimo tych zapór są to w dalszym ciągu drogi publiczne, więc bez obawy można z nich korzystać.

Ponieważ straciłam mnóstwo czasu i energii na krążenie po okolicy, w tym momencie ogarnęła mnie prawdziwa wściekłość. Nie miałam pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi: czy to jakieś dziwne lokalne prawo własności i co właściwie kryje się za tym obyczajem zagradzania drogi? **

Po raz pierwszy znalazłam się w takim absurdalnym położeniu. W Lombardii i Piemoncie również zdarza się, że ścieżki — tzw. mulatiery — przecinają prywatne tereny. W takiej sytuacji właściciel jeśli ma ochotę, po obu stronach ogradza swoją ziemię murem lub płotem (czasem dla wygody przerzuca ponad dróżką mostek czy kładkę), a droga nadal jest otwarta i każdy ma do niej swobodny dostęp. Idąc w dół ścieżką wskazaną mi przez moich wybawicieli, znów doszłam do bramy, którą musiałam sforsować, aby iść dalej. 

To dopełniło miary mojego wzburzenia, gdyż brama, zbita z drewnianych bali i uzupełniona siatką, wyglądała na wyjątkowo ciężką, a na dodatek nie trzymała się na zawiasach, lecz na kawałkach niedbale zawiązanego drutu. Zastanawiałam się, jak tędy przeszli panowie, których przed chwilą spotkałam. Doszłam do wniosku, że prawdopodobnie jeden ją podtrzymywał z boku, a drugi otwierał — opcja niewykonalna w pojedynkę.

Niestety tuż za tym nieszczęsnym urządzeniem było znaczne obniżenie terenu, przypominające wysoki stopień. Nie miałam pojęcia, jak sforsować tę przeszkodę bez skręcenia karku lub nogi, więc postanowiłam trzymać się słupka i spróbować odchylić nieco bramę — na tyle, abym mogła przecisnąć się pomiędzy nimi. Podczas gdy próbowałam wykonać ten manewr, ledwie przytwierdzona brama urwała się i padła z hukiem. Nawet nie myślałam o próbie jej podnoszenia i stawiania na miejsce — zważywszy na jej wielkość i ciężar, przerastało to moje fizyczne możliwości.

Chociaż w moim charakterze nie leży pozostawianie za sobą bałaganu na cudzej posesji, czy też miejscu publicznym, tym razem frustracja wzięła nade mną górę. Mściwie pomyślałam, że to słuszna kara dla pozbawionego wyobraźni osobnika, który ją skonstruował i postawił, zupełnie nie myśląc o tym, na jakie kłopoty naraża innych ludzi. W tej chwili moja pierwsza droga z Santa Margherita Ligure do Portofino (pisałam o niej w poście Na kawę do Portofino.) która, jak mi się wtedy wydawało, nie miała końca, wydała mi się przysłowiową kaszką z mlekiem.

Kiedy dotarłam do placyku w Portofino, nad zatoką kładły się już długie cienie. Słońce zaczynało  chować się za zachodni półwysep, ostatnimi promieniami oświetlając kościół San Giorgio i Castello Brown, które tonęły w jego pomarańczowym blasku. Miasteczko wyglądało zupełnie inaczej niż podczas letniego dnia, kiedy byłam tam po raz pierwszy. Większość barów i restauracji była zamknięta; w części domów z pokojami do wynajęcia trwały prace remontowe, lecz mimo to po nabrzeżu przechadzało się sporo osób. Myślę, że podobnie jak ja przybyły tam, aby w ciszy i spokoju nacieszyć się urodą miasteczka — rzecz zupełnie niemożliwa w pełni wiosenno-letniego sezonu.

Miałam wielką ochotę popatrzeć na Portofino z wysokości zamkowego wzgórza, ale brakowało mi siły na dalsze spacery. Postanowiłam, że zanim zacznie się inwazja turystów, przyjadę tu ponownie, aby odetchnąć jego atmosferą. Mimo iż były to pierwsze dni lutego, w Ligurii już pachniało wiosną. W donicach i na kwietnikach widać było zimozielone krzewy i kwiaty odporne na niespodziewane nocne przymrozki, a w jednym z ogrodów zobaczyłam kwitnącą mimozę.  Po zimowej aurze Lombardii był to zupełnie inny świat...




Chciałam tu dodać pewną uwagę dla osób oglądających zdjęcia morza, które robią wrażenie wykonanych wieczorem. W rzeczywistości było to wczesne popołudnie, fotografowałam je pod słońce stojące jeszcze bardzo wysoko, i zupełnie niechcący udało mi się uzyskać efekt, który o ile się nie mylę, w kinematografii nosi nazwę nocy amerykańskiej.

Aktualizacja 16.02.2026 r

* Zupełnie niedawno zdjęcie tajemniczego przedmiotu wraz z zapytaniem wysłałam do ChataGPT i otrzymałam odpowiedź, że prawdopodobnie jest to zwietrzała płyta marmuru albo piaskowca, wstępnie przygotowana do dalszej obróbki przez rzeźbiarza lub kamieniarza. W tej okolicy w XIX i na początku XX wieku wzniesiono sporo pięknych, bogato zdobionych willi, do których dostarczano budulec górskim ścieżkami na grzbietach mułów i osłów. Gdyby taki element spadł podczas transportu i uległ uszkodzeniu, z pewnością zostałby porzucony jako bezwartościowy. Stan płyty wskazuje, że leży tam od wielu dziesiątków lat, więc to tłumaczenie ma duże znamiona prawdopodobieństwa. 

** Już podczas pobytu w Polsce, dowiedziałam się, że bariery i furtki na ścieżkach mają stanowić zaporę dla dzikiej zwierzyny, a przede wszystkim dzików. Szkoda jedynie, że w tak popularnym regionie wypoczynkowym nikomu nie przyszło do głowy, aby zadbać o jakąkolwiek informację na ten temat, a owe bramy skonstruować w sposób pozwalający pojedynczej osobie na ich sforsowanie. Sądzę też, że zważywszy, iż jest to rejon wybitnie turystyczny i prowadzą tamtędy liczne szlaki piesze, należałoby porządnie oznaczyć drogę zejścia do Portofino i zadbać o to, by dać ludziom możliwość przemieszczania się bez popadania w tarapaty.


wtorek, 13 listopada 2012

Liguria. Portofino, Castello Brown i kilka refleksji o urodzie miasta.



Po pierwszej wizycie w Portofino (pisałam o niej tutaj Na kawę do Portofino.) powzięłam postanowienie, że w przyszłości znów je odwiedzę. Chciałam to zrobić zanim na dobre zacznie się sezon turystyczny, żeby w spokoju i z dala od tłumów nacieszyć sią tym urokliwym miejscem. Jednak upłynęło sporo czasu do chwili, kiedy ponownie odwiedziłam Ligurię, gdyż zamiast na jesieni, tak jak to planowałam, pojechałam tam dopiero wiosną następnego roku. Do tej drugiej wycieczki skłoniła mnie przedłużająca się lombardzka zima, podczas której chłodne powietrze i wilgoć wyjątkowo mocno dają się we znaki. Obserwując mapę pogody, spostrzegłam, że w okolicy Genui będzie sporo słońca i dużo wyższe temperatury, dlatego też postanowiłam pojechać tam w poszukiwaniu wiosny. 

W tym okresie wybrałam się do Ligurii kilkakrotnie, między innymi do opactwa San Fruttuoso, Camogli i Portofino. Po przyjeździe na miejsce aura przyjemnie mnie zaskoczyła, gdyż okazało się, że wiosna w te strony przychodzi dużo wcześniej, niż w okolicy Mediolanu. Choć była dopiero połowa marca, mimo panującego przedwiośnia dopisała piękna słoneczna pogoda. W donicach i na kwietnikach pyszniły się kolorowe bratki, fiołki oraz inne, wiosenne kwiaty, a w okolicznych ogrodach wśród zimozielonych drzew i krzewów zobaczyłam magnolie z okazałymi pąkami, a także mnóstwo kamelii i gardenii w pełnym rozkwicie. W miasteczku zaskoczyła mnie cisza i spokój — chociaż spotkałam również innych przyjezdnych, panowała zupełnie inna atmosfera, niż w dniu, kiedy je odwiedziłam w pełni sezonu.






Z przyjemnością schowałam do plecaka zimową kurtkę i ruszyłam na spacer po mieście. Jak już wspominałam w pierwszym poście, zatoka, w której leży Portofino ma kształt zbliżony do greckiej litery π, a po jej prawej stronie znajduje się wydłużony, pagórkowaty półwysep. Na jego krańcu umieszczono latarnię morską, natomiast u nasady jest niewielki plac, gdzie wznosi się ładna, barokowa świątynia, pod wezwaniem San Giorgio. Z tarasu przed kościołem jest wspaniały widok na zatokę i miasteczko po jednej stronie oraz piękne, lecz budzące lęk skalne urwisko, schodzące aż do morza po drugiej. 

Nieopodal, nieco wyżej, w połowie drogi do latarni znajduje się górujący nad zatoką niewielki malowniczy zamek, z przysadzistą, okrągłą wieżą. Zbudowano go z szarego lokalnego kamienia, który ma tę właściwość, że w świetle zachodzącego słońca nabiera koloru miodu. Na zamkowym tarasie rosną dwie wielkie sosny, ocieniające go niczym ogromne, zielone pióropusze. Zameczek nosi nazwę Castello Brown, dość zaskakującą na bądź co bądź włoskiej ziemi. Jest ona związana z jego bogatą historią, którą chciałabym tu  pokrótce streścić. 

Pierwsze ślady fortyfikacji odnalezione w tym miejscu sięgają czasów rzymskich, natomiast nowożytny zamek wzniesiono prawdopodobnie w X wieku. W ciągu kilku stuleci, kiedy to sprawował swoją obronną funkcję, wielokrotnie zmieniał właścicieli, którzy poddawali go kolejnym przebudowom. Obecną postać przybrał dopiero w połowie XVI wieku dzięki Genueńczykom, przez kilka stuleci panującym  nad tą częścią morza Śródziemnego. Nieco później swoją cegiełkę dołożyli też Francuzi, którzy w czasach egipskiej kampanii Napoleona wyremontowali i w znaczący sposób wzmocnili jego mury.  Po zwycięstwie Nelsona nad flotą francuską przeszedł w ręce angielskie, jednak gdy po Kongresie Wiedeńskim w Europie zapanował pokój, zamek stracił swoje znaczenie obronne i został wystawiony na sprzedaż.
 











W 1863 roku kupił go Montague Yeats Brown, który po swoim ojcu Thimotym objął stanowisko konsula w Genui. Zgodnie z włoskim obyczajem od nazwiska właściciela wywodzi się nazwa własna zamku, którą nosi on do dziś. Konsul pochodził z rodziny przez wiele lat związanej z Włochami i choć był Brytyjczykiem, czuł się bardzo związany ze swoją drugą ojczyzną. Nie tylko świetnie mówił po włosku, znał również trudny dialekt liguryjski, będący w zasadzie odrębnym językiem. 

Ówczesne Portofino, leżące na skraju górzystego półwyspu, jak wiele innych osad na liguryjskim wybrzeżu, było trudno dostępne od strony lądu. Najłatwiej można było do niego dotrzeć drogą morską — konsul podczas swej służby wielokrotnie przypływał do Portofino na brytyjskim okręcie Czarny Tulipan i czemu trudno się dziwić, dosłownie zakochał się w tym miejscu. Po zakupieniu zameczku zlecił przeprowadzenie niezbędnych prac, które sprawiły, że dotychczasowa forteca zamieniła się w budynek mieszkalny. Nowy właściciel miał dobry gust i wyczucie stylu, dlatego zalecił wykonawcom, by podczas prac unikali drastycznego ingerowania w jego strukturę. Żeby go upiększyć. Dodano trochę nowych elementów jak marmurowe gzymsy i piękne, ręcznie malowane ceramiczne płytki, którymi wyłożono ściany na klatce schodowej i tarasie. 

Wnętrza zamku wyposażono w zabytkowe meble, a także arrasy, malowidła na desce i inne przedmioty o dużej wartości artystycznej. Drzwi do pokoi wykonano z drewna pochodzącego z okrętu Czarny Tulipan, który po zawarciu pokoju został rozbrojony i przeznaczony do likwidacji. Życzeniem konsula było, aby na stoku poniżej zamku powstał rozległy, tarasowy ogród opasujący wzgórze. Drugi, mniejszy, urządzono na tarasie, jest on w zasadzie przedłużeniem domu, gdyż wychodzi się do niego wprost z holu. 

Tu właśnie rosną dwie wielkie sosny, ocieniające budynek. Posadził je konsul w 1875 roku dla upamiętnienia dnia swojego ślubu i na cześć małżonki, Agnes Bellingham. Dziś jedna z nich ma się świetnie, natomiast w drugą kilka lat temu uderzył piorun. Drzewo przeżyło, lecz daleko mu do dawnej urody i okazałości.







Po śmierci konsula w 1921 roku zamek odziedziczyli jego potomkowie, którzy w 1949 roku sprzedali go angielskiemu małżeństwu Johnowi i Joceline Barber. Nowi właściciele mieli wielkie zamiłowanie do archeologii, więc przeprowadzili w zamku specjalistyczne poszukiwania, te zaś zaowocowały odkryciem wielu tajemniczych zakątków. W 1961 roku Barberowie sprzedali zamek Gminie Portofino — dzięki tej decyzji dziś jest tu muzeum dostępne szerokiej publiczności.

Podczas poprzedniego pobytu zabrakło mi czasu i nie zdołałam zobaczyć wnętrz zamku, dlatego też wybrałam się tam po raz kolejny specjalnie w tym celu. Tym razem wszystko poszło tak, jak tego oczekiwałam, a dawna forteca okazała się naprawdę uroczym zakątkiem. Ponieważ dwaj ostatni właściciele nie pokusili się o zbyt daleko idące zmiany, jest to nadal zamek, a nie luksusowa willa w zamkowej skorupie. 

Przestronne, niskie komnaty, w których panuje przyjemny chłód, mają ściany pomalowane na pastelowe kolory, podobnie jak domy w miasteczku; zachowano też oryginalne kominki i podłogi. Z dawnego wyposażenia pozostały nieliczne meble mające dużą wartość artystyczną i historyczną, a także cenne arrasy i malowidła na desce. W pokojach można obejrzeć bardzo bogaty zbiór fotografii z lat 50. i 60. XX wieku. Są to zdjęcia sławnych i popularnych aktorów oraz osobistości ze świata polityki i tzw. wyższych sfer, niegdyś spędzających wakacje w Portofino i okolicznych miejscowościach.

Obejrzałam je z wielkim zainteresowaniem, jako że są one świadectwem czasów, kiedy powstała piosenka „Miłość w Portofino”, od której zaczęła się moja prywatna przygoda z tym miasteczkiem. Oprócz znanych osób uwieczniono na nich również dawne Portofino, które nie było jeszcze ekskluzywnym kurortem, lecz zwykłą, choć bardzo malowniczą, rybacką wioską. 

Nie mogłam się oprzeć i na pamiątkę sfotografowałam część wystawy, co nie było łatwe, bo zdjęcia umieszczono za szkłem, w którym odbijało się światło. Ekspozycja jest bardzo spójna – fotografie oprawiono w jednakowe, proste srebrne ramy z passe-partout, na których ktoś pięknie wykaligrafował podpisy informujące, kogo uwieczniono i w jakiej sytuacji.

Byłam pod wrażeniem nazwisk aktorów takich jak Susan Howard, Orson Welles czy Joan Collins, prezentująca na zdjęciu wyjątkowo zgrabne nogi, a także piękna seksbomba Jayne Mansfield. W Portofino gościły takie osobistości jak  król Hiszpanii Juan Carlos z królową Zofią, Rainier książę Monako z rodziną, Jaqueline Kennedy i Winston Churchill. Były to piękne czasy, pełne prostoty – królewska para niczym zwykli przechodnie spaceruje bez ochrony po nabrzeżu, a o ich materialnym statusie świadczą jedynie przepiękne, ekskluzywne mokasyny firmy Gucci.

 Moją uwagę przykuły zdjęcia ślicznej, młodziutkiej Zofii Loren w białych szpilkach oraz szczupłego, uśmiechniętego Marlona Brando, który pozdrawia kogoś stojąc w drzwiach pociągu. Nie mniej ciekawie prezentuje się para ówczesnych gwiazd – Rita Hayworth i Rex Harrison – uwieczniona w strojach dalekich od elegancji, podczas jazdy terenówką wyglądającą jakby pochodziła z demobilu. Szczerze mówiąc, w przeciętnej kobiecie o sterczących krótkich włosach, ubranej w bezkształtny płaszcz, trudno rozpoznać boską Ritę, jaką pamiętamy z ekranu.

Jednak najbardziej wyjątkowe ujęcie pochodzi z 1963 roku i przedstawia Gretę Garbo, która po zakończeniu kariery jak ognia unikała fotografów. Tym razem została zaskoczona obok przystani w towarzystwie jakiegoś przystojniaka w pirackiej chustce na głowie i w pięknych białych tenisówkach. Pięćdziesięcioośmioletnia Greta z wrodzoną elegancją nosi swój wakacyjny strój, składający się z białej bluzki, spodni i espadryli; jej rękę zdobi ciężka bransoleta, a twarz osłania kapelusz i duże, ciemne okulary. Chociaż wyraźnie widać, że jest niezadowolona z tej sytuacji, aktorka chyba wybaczyła fotografowi i nie zażądała zniszczenia zdjęcia, co podobno zdarzało się dość często.







Z zamkowego tarasu dość dobrze widać ścieżkę, którą przed miesiącem przyszłam do  Portofino z opactwa San Fruttuoso (pisałam o tym w poście pt. Rezerwat Przyrody, czyli na piechotę z Capodimonte do Portofino.) oraz leżącą na przeciwległym wzgórzu i odległą o kilkaset metrów willę Altachiara. Pierwszy właściciel willi, lord Carnavon i gospodarz zamku konsul Brown, darzyli się wzajemną sympatią, utrzymywali dobre sąsiedzkie stosunki, często się odwiedzali oraz odbywali wspólne przechadzki. 

À propos przechadzek — zaciekawiło mnie, jaki związek z historią półwyspu ma nazwa stromej dróżki, prowadzącej po urwisku od strony morza, noszącej nazwę discesa a Cala degli Inglesi, czyli zejście do Zatoczki Anglików i kim byli ci Anglicy? Czy nazwa wiąże się z czasami, kiedy w zamku stacjonował niewielki angielski garnizon, czy ze sportowymi wyczynami angielskich turystów? Ścieżka nosząca tę intrygującą nazwę nadal uchodzi za niebezpieczną, chociaż obecnie jest wyposażona w system łańcuchów, ułatwiających drogę i chroniących przed upadkiem. A upadek z urwiska w tej okolicy może mieć naprawdę tragiczne konsekwencje, jak tego dowodzi niewyjaśniona śmierć  nieszczęsnej hrabiny Vacca Augusta, o której pisałam w poście pt. Na kawę do Portofino.

Próbowałam szukać informacji na temat tej nazwy, jednak nie znalazłam absolutnie nic, poza opisem szlaku. Najbardziej prawdopodobne wydało mi się to, że spoczywa tam wrak jakiegoś angielskiego okrętu, gdyż ta okolica była miejscem wielu morskich katastrof. Jedna z nich miała miejsce w 1967 roku, kiedy sztorm rzucił na skały i zatopił kanadyjski statek transportowy Mohawk Dree. Jego nieźle zachowane szczątki do dziś spoczywają na głębokości około dwudziestu metrów i mimo zakazu są częstym celem podwodnych eksploratorów.







Cóż jeszcze mogłabym tu dodać? Czy to, że życie dało mi nieoczekiwany prezent w postaci spełnionego marzenia? A może to, że ten bajkowy pejzaż zostanie na zawsze w moich wspomnieniach? Kiedy wyszłam z zamku na taras i spojrzałam w dół, mogłam zobaczyć zatokę i miasteczko nieomal z lotu ptaka. Kolorowe domki na nabrzeżu, szmaragdową wodę, zielone wzgórza i dalej, na horyzoncie, błękitne morze zlewające się z niebem. Cały ten urzekający pejzaż kąpał się w słońcu, lecz pod sosnami konsula panował przyjemny półcień. Zrozumiałam wtedy, co go tak oczarowało, iż zapragnął zamku na własność... 

Zapewne tak jak mnie urzekło go piękno okolicy, spokój i poczucie zawieszenia pomiędzy niebem i ziemią, niczym w ptasim gnieździe uwitym na skale. Skromność niegdysiejszych gospodarzy zamku i ich decyzja o ograniczeniu się do jedynie niezbędnych wygód sprawiły, że wprowadzone zmiany podniosły jeszcze naturalne walory tego miejsca. Co prawda, kiedy zeszłam do parku położonego po lewej stronie zamku, zobaczyłam coś, co mi nieprzyjemnie zazgrzytało, jakąś tajemniczą rurę mającą kształt blaszanego komina, umieszczoną pomiędzy wieżą a ścianą budynku mieszkalnego. Wygląda to zupełnie współcześnie i trochę szpeci budynek, jednak prawdopodobnie było niezbędne, jako część systemu wentylacyjnego. 
 
Za to gdybym mogła, chętnie bym wyrzuciła z hukiem współczesną, blaszaną syrenkę odpoczywającą na murku i również blaszanego dyskobola przy wejściu. Jest tak paskudny, że nie fotografowałam go, bo wolałabym o nim jak najszybciej zapomnieć. 

Portofino bez wątpienia jest miasteczkiem niezwykłej urody, jednak zobaczyłam tam coś, co według mnie ma się do niego, niczym przysłowiowy kwiatek do kożucha. Być może, znajdą się osoby niepodzielające mojego oburzenia i narażę się na zarzut braku zrozumienia dla współczesnej sztuki, jednak będę się upierać przy twierdzeniu, że pewne rzeczy nie tylko nie pasują do siebie, lecz wręcz mówiąc potocznie - gryzą się. 






Zastanawia mnie, jak w miejscu, gdzie pejzaż jest chroniony i w związku z tym nie można tam budować nic, co mogłoby go naruszyć, mógł powstać twór, jakim jest muzeum współczesnej rzeźby pod otwartym niebem... Wszystkie eksponaty umieszczono w zabytkowym, tarasowym ogrodzie, przy czym na pierwszym planie można zobaczyć jakieś koszmarne stworzenia wyglądające niczym surykatki w kolorze fuksji stojące na elementach ogrodzenia oraz realistycznie oddanego nosorożca, wiszącego na czymś, co przypomina portowy podnośnik. 

Nie zdziwiłabym się, gdyby znalazły się w Disneylandzie, centrum handlowym, czy wśród współczesnych zabudowań, jednak w tym rybackim miasteczku według mnie są zupełnie nie na miejscu. Próbowałam je zobaczyć z bliska, aby dowiedzieć się, kim są autorzy tych dzieł. Niestety, wejście do ogrodu było zamknięte, gdyż muzeum można zwiedzać jedynie w miesiącach letnich.

Osobiście sądzę, że prawdziwa sztuka, również nowoczesna, broni się nawet w historycznym otoczeniu, pod warunkiem, że jest to naprawdę dobrze skomponowane. Kiedy wraz z Martą byłam w prześlicznej, barokowej Orcie, miałyśmy okazję obejrzeć uliczną wystawę monumentalnych rzeźb Mimmo Paladino, o której pisałam jakiś czas temu tutaj Orta San Giulio i wystawa Mimmo Paladino.

Mimo całkowitej różnicy stylu nie raziły, gdyż umieszczono je w przemyślany sposób w takich punktach miasteczka, że ich obecność zyskiwała nowy wymiar i sens. W moim odczuciu każda rzeźba, a przede wszystkim ta w plenerze potrzebuje należytego miejsca i tła, które wydobywa jej walory. W tym wypadku stłoczono je w sposób zupełnie niedorzeczny, co sprawia, że trzeba je oglądać z niewielkiej odległości, bez zachowania odpowiedniej perspektywy. 

Zapewne byłaby to świetna idea, gdyby Portofino dysponowało dużym parkiem na płaskim terenie, co pozwoliłoby na stworzenie naprawdę interesującej ekspozycji. Obecna sprawia wrażenie zrobionej na siłę, jakby miasto otrzymało kłopotliwy prezent, z którym nie wiadomo co zrobić, a odrzucić go po prostu nie wypada. Ponieważ nie mogłam wejść do muzeum, próbowałam popatrzeć przez płot. Udało mi się podejść stosunkowo blisko i zajrzeć do parku z uliczki biegnącej powyżej.

Z tego, co widziałam, wszystkie rzeźby są umieszczone bez ładu i składu a co więcej, bez żadnego związku z przestrzenią. Po powrocie do domu w internecie przeczytałam artykuł na temat tego przedsięwzięcia, lecz nawet nazwiska uznanych twórców nie zmieniły mojego zdania, że jest to niedobry pomysł, robiący krzywdę miasteczku i artystom. W wirtualnym muzeum obejrzałam także większość eksponatów, jednak nie było wśród nich ani różowych stworzeń, ani wiszącego nosorożca.







Miałam jeszcze sporo czasu do odjazdu, pogoda była nie najgorsza, więc postanowiłam poszukać zacisznego miejsca, gdzie mogłabym usiąść, aby wypić popołudniową kawę. W Portofino jest duży wybór lokali gastronomicznych; ponieważ była niedziela, większość z nich była otwarta, choć do rozpoczęcia sezonu pozostało jeszcze sporo czasu. 

Szczerze mówiąc, miałam niejakie opory przed konsumpcją w miejscu, gdzie kawa niekiedy kosztuje od trzech (espresso) do piętnastu euro (moja ulubiona po irlandzku). A to przecież nie koniec wydatków, bo zasiadanie przy restauracyjnym stoliku, żeby wypić jedynie kawę, po pierwsze — nie jest dobrze widziane przez personel, więc należałoby zamówić coś jeszcze, a po drugie — trzeba też doliczyć cenę nakrycia stolika (na ogół kilka euro) no i zwyczajowy napiwek.

Wynikało z tego, że prawdopodobnie byłaby to najdroższa kawa w moim życiu, i chociaż nie jestem sknerą, to (nawet przy mojej dość zasobnej kieszeni) wydawanie na kawę sumy, za którą z powodzeniem mogłabym zrobić parodniowe zakupy albo wspomóc kogoś w potrzebie, wydawało mi się lekką przesadą. 

W związku z tym zadowoliłam się przyjemną lodziarnią, gdzie serwowano również kawę espresso w ogólnie przyjętej cenie jednego euro i zainstalowałam przy stoliku stojącym na bulwarze. Lody były naprawdę świetne, więc powoli delektowałam się nimi, obserwując zatokę. Tuż przede mną była zacumowana niewielka, biała łódka, którą objęły w posiadanie trzy mewy. Rozbawił mnie widok tych dość szczególnych załogantów siedzących rządkiem na burcie i czyszczących pióra. 

Nagle ni stąd, ni zowąd dobiegł mnie odgłos grzmotu, a po chwili ze wciąż jasnego nieba zaczął kropić drobny deszcz. Dopiłam kawę i postanowiłam, że resztę dnia spędzę w Genui. Kiedy mój autobus dojeżdżał do dworca w Santa Margherita Ligure rozpadało się na dobre, lecz widać było, że nieco dalej na północy, nadal świeci słońce. Pogratulowałam sobie pomysłu, bo zanosiło się na to, że w Genui jednak może być pogodnie. Oprócz tego dobrze się składało, bo zawsze chciałam zobaczyć sławną, genueńską katedrę.



Jeśli ktoś chciałby zobaczyć więcej zdjęć z Castello Brown, zapraszam do obejrzenia albumów