Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

piątek, 26 kwietnia 2013

Lombardia. Cernobbio - willa Erba, czyli wakacje Viscontich.


Cernobbio
Wielokrotnie pisałam o tym iż jezioro Como szczyci się przepięknym pejzażem, który jest hojnym darem natury. Nie da się jednak ukryć, że mieszkańcy tych terenów od stuleci wytrwale pomnażali te uroki, wznosząc tu malownicze miasteczka i wspaniałe wille. Płynąc statkiem można bez przeszkód podziwiać fasady tych pięknych budowli, często stojących wprost nad wodą, z prywatnymi przystaniami zwanymi tu "darsena", gdzie cumują łodzie, niegdyś będące niezbędnym środkiem transportu, a dziś służące przede wszystkim do rekreacji. Większość willi nadal jest własnością prywatną, zaś ich miano  (oprócz imion kobiecych czy czułych przymiotników, mówiących o tym, jak była bliska sercu dawnych lokatorów) niejednokrotnie stanowi  nazwisko właściciela,  świetnie znane wszystkim miłośnikom historii.
willa Erba
Również mieszkańcy niedalekiego Mediolanu, będącego od wieków najpierw ważnym centrum władzy, a później prężnym ośrodkiem przemysłowym, wznosili tu swoje letnie rezydencje, nie żałując na ten cel pokaźnych sum pieniędzy, gdyż nie tylko zapewniały im odpowiednią "oprawę" lecz świadczyły również o prestiżu rodziny. Kiedy po raz pierwszy przepływałam statkiem po jeziorze nieopodal miasteczka Cernobbio, zwróciła moją uwagę duża, eklektyczna willa, z obszernymi schodami prowadzącymi na skraj wody.  
willa Erba
Domostwo położone w dużym parku pięknie się odcinało na tle zieleni drzew i błękitnego nieba. Nie pamiętam dokładnie, jak to się stało, że nawiązałam rozmowę z pewną turystką, a przy tej okazji dowiedziałam się, że jest to willa Erba, do niedawna będąca własnością rodziny Viscontich, z której pochodził Luchino, wybitny reżyser filmowy. Później niejednokrotnie byłam w Cernobbio podczas moich wędrówek po okolicy Como. Przechodziłam wtedy ulicą obok bramy prowadzącej do willi, która jednak jest zupełnie niewidoczna od strony miasta, gdyż jak wspominałam, otacza ją rozległy park angielski, pełen starych drzew, i gęstych krzewów. Oczywiście, korciło mnie żeby pójść śladami twórcy "Lamparta", lecz dowiedziałam się, że jest to bardzo trudne, gdyż posiadłość jest obecnie własnością Spółki, która wynajmuje ją na ekskluzywne imprezy, a także zajmuje się organizacją wystaw i kongresów na jej terenie. Ponieważ nie zanosiło się na to, że wezmę udział w jednym z tych zdarzeń, pogodziłam się z myślą iż pozostanie mi oglądać willę jedynie podczas rejsu statkiem.
willa ErbaCo prawda, nieco później dowiedziałam się, że sporadycznie willa otwiera swoje podwoje dla szerszej publiczności, lecz nigdy nie udało mi się skorzystać z żadnej z tych możliwości, i niejednokrotnie z żalem myślałam o jeszcze jednej, bezpowrotnie straconej okazji. I wtedy nieoczekiwanie,  ni stąd, ni zowąd, zdarzył się mały cud, lub może raczej nadzwyczajny zbieg okoliczności... Była sobota, i właśnie spędzałam w domu jeden z niewielu wolnych wieczorów, więc postanowiłam obejrzeć lokalny dziennik telewizyjny. Jaka była moja radość, gdy dowiedziałam się, że w willi Erba właśnie trwa wystawa ogrodnicza, i w związku z tym przewidziane są różne atrakcje, między innymi będzie można zwiedzać willę w niewielkich grupach, pod opieką przewodników! Uznałam, że tej szansy absolutnie nie mogę przepuścić, tym bardziej że była piękna pogoda, a niedzielę miałam praktycznie wolną aż do wieczora, kiedy to powinnam rozpocząć następny nocny dyżur.
Kiedy przybyłam do Cernobbio, pod bramą willi zastałam tłumy tłoczące się w kolejce po bilet wstępu na wystawę. Ponieważ przezornie nabyłam go już wcześniej w Como, ominęła mnie ta wątpliwa przyjemność, jednak mimo to, przybyłam zbyt późno. Okazało się bowiem, że do willi właśnie weszła ostatnia grupa "poranna" a następne wejście będzie dopiero o 15. Udałam się więc na zwiedzanie wystawy, która była zaiste imponująca (będzie o tym wpis) i po dokładnym zwiedzeniu wszystkich pawilonów wróciłam z powrotem do willi, aby nie stracić następnej możliwości. Chętnych do zwiedzania było tak dużo, że przewodnicy podzielili nas na podgrupy, które miały wchodzić do wnętrza w kilkuminutowych odstępach czasu. 
willa Erbawilla Erba
Pierwszym pomieszczeniem gdzie się zatrzymaliśmy było okazałe, kryte patio, z pięknymi stiukami, i krużgankiem na piętrze. Ogromne wrażenie zrobił na mnie przeszklony dach i delikatne kolory fresków na ścianach, a także schody, przy których widniały dwa wielkie portrety. Przewodniczka zatrzymała się przy nich, aby opowiedzieć nam historię powstania willi. Dowiedzieliśmy się na wstępie, że portrety te przedstawiają małżonków Erba; Luigiego i jego żonę, Annę (z domu hrabiankę Brivio) jej pierwszych właścicieli i pomysłodawców. Luigi, zdolny muzyk, nauczyciel w mediolańskim konserwatorium, wydawca muzyczny i impresario w jednej osobie, był młodszym bratem Carla Erby, który założył w Mediolanie pierwsze we Włoszech przedsiębiorstwo farmaceutyczne z prawdziwego zdarzenia. Firma świetnie prosperowała, i Carlo dorobił się znacznego majątku. Ponieważ zmarł bezżennie, po jego śmierci Luigi jako wspólnik i jedyny krewny przejął całość spadku. W 1886 roku wraz z żoną nabył częściowo zabudowany teren w Cernobbio, leżący pomiędzy jeziorem Como a stokiem Monte Bisbino, który niegdyś należał do klasztoru benedyktynek, a następnie przeszedł przez ręce kilku kolejnych właścicieli. Luigi i Anna mieli jasną koncepcję przyszłej posiadłości, więc przede wszystkim nakazali zburzenie wszystkich starych budynków. Powstał rozległy, malowniczy park, a w nim nowa willa w manierystycznym stylu, według projektu architektów Borsaniego i Savoldi. Wystrojem wnętrz zajęli się inni artyści - Angelo Lorenzoli i Ernesto Fontana, malarz, który stworzył freski figuratywne. Bardzo bogato zdobione są przede wszystkim pokoje na parterze, które miały funkcję reprezentacyjną. Ich obszerne wnętrza odzwierciedlają nie tylko gust właścicieli i styl panujący w owych czasach, ale również możliwości finansowe zleceniodawców.
willa Erba
 Niczego tu nie brak - ani jedwabnych obić i rzeźbionych boazerii na ścianach, marmurowych kominków, czy weneckich żyrandoli. Jeden z niewielkich pokoików ma przepiękne obicia z kurdybanu, czyli drogocennej, złoconej skóry, tłoczonej przez rzemieślników w hiszpańskiej Kordobie. Mimo to, całość nie sprawia wrażenia domu tworzonego na pokaz, w celu olśnienia, czy zaimponowania odwiedzającym te progi. Jest to dom ludzi, którzy mieli pieniądze, i nie wahali się przed wydawaniem ich na stworzenie pięknego i wygodnego domu, gdzie czuliby się dobrze. Po kilku latach od swego powstania willa w drodze spadku stała się własnością Carli, jednej z dwóch córek Luigiego i Anny. Carla Erba była wspaniałym przykładem panny z dobrego (choć mieszczańskiego) domu. Piękna, utalentowana muzycznie, była kobietą mądrą i z charakterem. W 1900 roku poślubiła księcia Giuseppe Visconti di Modrone. Rodzina Viscontich swego czasu panowała w Mediolanie, i do dziś, zarówno tutaj, jak i w innych miastach Lombardii można w wielu miejscach zobaczyć ich herb zwany "biscione",  ogromnego węża, który pożera Saracena (widnieje on również w logo samochodów Alfa Romeo). Giuseppe Visconti, mimo swego świetnego pochodzenia, w żadnym razie nie był typem złotego młodzieńca, który oddaje się wytracaniu rodzinnego majątku. Wykształcony, o wszechstronnych zainteresowaniach, początkowo pracował na rzecz firmy teścia, komponując esencje zapachowe, a następnie założył własną firmę, gdzie stworzył kilka gatunków perfum, które przez wiele lat cieszyły się dużym wzięciem. Był też członkiem zarządu Mediolańskiej La Scali i innych teatrów, ale dziełem jego życia  pozostało przekształcenie rodzinnego zamku Grazzano i przyległych terenów w neogotyckie miasteczko, gdzie powstały nie tylko domy mieszkalne, ale również różnego rodzaju pracownie rzemieślnicze i drobny przemysł. 
willa Erba
Co ciekawe, w projektowaniu tego wzorcowego miasteczka znaczny udział miał jego przyjaciel; ni mniej, ni więcej,  tylko sam Gabriele d'Annunzio, a sam książę osobiście brał udział w pracach, min. malując freski na zewnętrznych ścianach niektórych domostw. D'Annunzio bywał też w willi Erba, gdzie nie był jedynym wybitnym gościem - odwiedzał ją także Arturo Toscanini (którego córki często spędzały tu letnie dni bawiąc się z dziećmi gospodarzy), a także Giacomo Puccini.

wwilla Erba
Rzec można, że poprzez małżeństwo Carli i Giuseppe zjednoczyła się arystokracja z pochodzenia z arystokracją finansową, przy czym obydwie rodziny cechowała również ogromna kultura umysłowa i duchowa, a owocem tego związku był jeden z najświetniejszych reżyserów w historii europejskiego i światowego kina, Luchino Visconti. 
Luchino urodził się w Mediolanie, lecz letnie miesiące wraz z całą rodziną  spędzał w Cernobbio. Carla i Giuseppe mieli siedmioro dzieci: czterech synów i trzy córki. Na pierwszym piętrze willi, tam, gdzie niegdyś były pokoje prywatne, można dziś obejrzeć zdjęcia z tych szczęśliwych dni. Widzimy na nich dwoje ludzi o wybitnej urodzie, wraz z gromadką udanych dzieci o wielkich, ciemnych oczach. Jedno ze zdjęć przedstawia małego chłopca w dziecięcej sukience; to właśnie Luchino, przyszły geniusz kina, i wyrafinowany artysta. Można też zobaczyć jeden z jego pierwszych rysunków, na którym starał się przedstawić willę Erba. Szczerze mówiąc, trudno się tego domyślić, gdyż podobieństwo z oryginałem jest doprawdy znikome... Niestety, z atmosfery tamtych lat nie ostało się zbyt wiele. Z willi zniknęli nie tylko jej ówcześni mieszkańcy, lecz również (praktycznie cały) ruchomy dobytek.

willa Erba
Umeblowanie jednego z salonów możemy obejrzeć na wyeksponowanych fotografiach, natomiast na piętrze pozostał nietknięty  pokój "panienek", sióstr Idy Pace i Uberty, zwanych bliźniaczkami, mimo iż naprawdę była między nimi różnica jednego roku. Obok ich pokoju jest inny, nieduży pokoik, ze ścianami obitymi szarym suknem, obecnie służący za salkę konferencyjną. Niegdyś był on sypialnią Luchina, zaś w przyległym pomieszczeniu  służącym mu za garderobę, z dawnego wyposażenia pozostała komoda z wbudowaną umywalką. Jest jeszcze rodzinna łazienka, bardzo luksusowa jak na owe czasy, kiedy to kanalizacja nie była rzeczą tak oczywistą jak dziś, a w sypialniach powszechnie królowały "naczynia nocne". Poczesne miejsce zajmuje tu marmurowa wanna z prysznicem, a obok niej widnieje muszla klozetowa z białej porcelany w kobaltowe wzory. Jest jeszcze seledynowa komoda, również wyposażona w umywalkę i duże lustro. Jak wspomniałam, pomieszczenia na parterze wynajmowane są na ekskluzywne przyjęcia i wesela, natomiast pierwsze piętro, oprócz niewielkiej części muzealnej, którą tu opisałam, zajmują biura i pokoje Spółki. Nie ukrywam, iż byłam nieco rozczarowana tym obrotem rzeczy, gdyż spodziewałam się, że zastanę tu więcej pamiątek z przeszłości, choćby przez pietyzm dla pamięci reżysera, który bardzo kochał ten dom; zarówno jemu, a także jego rodzeństwu, nieodmiennie kojarzył się on z osobą uwielbianej matki.

willa Erba
Niestety, wspólne szczęśliwe życie rodziny Viscontich nie trwało długo. Drogi Carli i Giuseppe po pewnym czasie zaczęły się rozchodzić, aż doszło do ich całkowitej separacji. Visconti, który miał swoją funkcję i związane z nią obowiązki  na królewskim dworze, praktycznie na stałe zamieszkał w Rzymie (krążyły plotki o jego romansie z królową Eleną di Savoia ) natomiast dzieci wraz z matką spędzały coraz więcej czasu w ulubionej willi Erba. Zresztą obydwoje rodzice Luchina zmarli dość wcześnie, matka bowiem nie dożyła sześćdziesiątki, natomiast ojciec odszedł zaledwie ją przekroczywszy. W czasie wojny willę zajęli Niemcy, tworząc w niej swój sztab.
 Co ciekawe, Luchino mimo iż uwielbiał matkę, zagorzałą zwolenniczkę Mussoliniego i jego polityki, ze swoimi antyfaszystowskimi i lewicującymi poglądami był bliższy ojcu,  który mimo swego wysokiego urodzenia i książęcego tytułu, również miał podobne tendencje. Luchino Visconti jako człowiek i reżyser miał dość radykalne poglądy, co sprawiło, że nadano mu przydomek "czerwony książę". Nie był on czynnym komunistą, raczej zaliczał się do rzesz sympatyków, jednak z pewnością odbiegał w tym względzie od innych przedstawicieli swojej sfery.
willa Erba
 Po śmierci rodziców i zakończeniu wojny, rodzeństwo Viscontich nadal spotykało się okazjonalnie w willi Erba, organizując bale, koncerty, i wspólne przyjęcia. Brakowało na nich nie tylko rodziców, lecz i najstarszego brata Guido, zginął on bowiem w bitwie pod El Alamein, wypełniając rozkaz, który wysyłał go na pewną śmierć. Zapewne była w tych spotkaniach chęć odtworzenia szczęśliwej atmosfery dzieciństwa, i epoki, która bezpowrotnie minęła. Kiedy oglądam późne filmy Viscontiego (które uwielbiam), mam wrażenie, że ta atmosfera, ten zapach rodzinnego domu, pozostał w nim na zawsze, i znalazł swe odzwierciedlenie nie tylko w ich bogatej scenografii, ale również tematyce i filozofii zawartej w jego dziełach. Chyba nie bez powodu  kluczową frazą "Lamparta" jest zdanie wypowiedziane przez księcia Salinę, takie gorzkie i mądre, a zarazem pełne pogodzenia się z przemianami, jakie niesie życie;

"Wszystko musi się zmienić, żeby wszystko pozostało tak samo".

Luchino Visconti zmarł 17 marca 1976 roku, a dziesięć lat później, po stu latach od chwili gdy Luigi i Anna powzięli zamiar zbudowania willi, jego krewni podjęli decyzję o jej sprzedaży.

Oczywiście, jak zwykle z pasją oddałam się mojej manii fotograficznej, i w związku z tym, można obejrzeć więcej zdjęć willi Erba w albumie w Googlach + 
 lub na Picasie

niedziela, 21 kwietnia 2013

Lombardia. Bellagio, mój " numer jeden" wśród parków, czyli ogrody willi Melzi .

Bellagio









Jest to jeden z moich archiwalnych wpisów, jaki swego czasu umieściłam na Bloxie. Zadedykowałam go Ewie, autorce bloga "Moje klimaty", za to że wędrując po Polsce pokazuje zarówno mnie, jak i innym czytelnikom jej piękne zakątki. 

Wielokrotnie pisałam o urokach jeziora Como, które uważa się za jedno z najpiękniejszych miejsc w Europie, a nawet na świecie. Ja również podzielam tę opinię, dlatego też w ciągu mojego wieloletniego pobytu we Włoszech było ono dla mnie częstym celem  wypraw, tym bardziej, że oferowało mi wiele możliwości spędzenia wolnego czasu w zależności od nastroju lub aktualnej kondycji. Miałam tu do wyboru: spokojne i relaksujące wycieczki statkiem, piesze wędrówki po górach, Bellagioalbo zwiedzanie niewielkich, lecz pełnych wdzięku miejscowości, leżących na jego brzegach. W małych miasteczkach, jakie powstawały tu na przestrzeni wieków, oprócz historycznych i zupełnie współczesnych willi, można znaleźć domki liczące sobie nawet kilkaset lat i liczne, romańskie kościoły. Ta piękna okolica od dawna cieszyła się wielką popularnością wśród mediolańskiej arystokracji, która budowała tu swoje letnie siedziby. Czas i historia obeszły się z nimi łaskawie, więc nadal możemy podziwiać większość z nich. Pisałam już o willi Carlotta w Tremezzo i wili Balbianello w Lenno, teraz przyszła kolej na willę Melzi w Bellagio. Bellagio to prześliczne miasteczko, bardzo popularne miejsce wypoczynku, często odwiedzane przez turystów. Od wiosny do jesieni łatwiej tu usłyszeć język angielski, francuski, czy niemiecki, niż włoski.  Nie jest to żadne novum, ponieważ od kilkuset lat, a zwłaszcza w epoce oświecenia i romantyzmu, przybywali w te strony obywatele całej Europy. Wielu artystów szukało tu natchnienia, że wymienię tylko tych najsławniejszych: Stendhal, Manzoni, Shelley, Byron, Bellini, Liszt, Rossini, Verdi... Ci wybitni przedstawiciele  kultury byli częstymi gośćmi w okolicznych willach, fetowani i zapraszani przez  ówczesne osoby z "towarzystwa”, aspirujące do roli mecenasów sztuki.
Bellagio Faktem jest, że liczni członkowie tutejszej arystokracji rzeczywiście weszli do historii właśnie dzięki swemu zainteresowaniu dla sztuk pięknych, które niejednokrotnie zaowocowało powstaniem wielu wspaniałych siedzib, gdzie do dziś można podziwiać nie tylko ich architekturę, lecz także przepiękne freski, mozaiki, rzeźby i obrazy, że nie wspomnę o artystycznie wykonanych meblach,  posadzkach i stiukach.
Willa Melzi powstała w pierwszych latach XIX wieku, na zamówienie Francesco Melzi d'Eril - człowieka, który zrobił ogromną karierę przy boku Napoleona, został bowiem mianowany przez niego księciem Lodi, a przede wszystkim pełnił rolę vice - prezydenta Republiki Cisalpińskiej ( jej prezydentem był sam Bonaparte). Francesco Melzi wywodził się z arystokratycznej rodziny o wspaniałych tradycjach, choć nieco zubożałej. Był zręcznym politykiem, lecz przede wszystkim człowiekiem o ogromnej kulturze, toteż realizację projektu swojej przyszłej siedziby powierzył najlepszym z najlepszych. Jego wolą było, aby powstała willa skromna zewnętrznie, lecz o doskonałych proporcjach i pięknie wykończonych wnętrzach. Dość powiedzieć, że są tu dzieła takich rzeźbiarzy jak Canova i Comolli a obrazy i freski malowali  Appiani i Bossi. Nie wykluczone, że dobry gust i artystyczne zainteresowania odziedziczył po swoim przodku, którym był Giovanni Francesco Melzi, uczeń i spadkobierca Leonarda da Vinci. Mistrz cenił go do tego stopnia, że zapisał mu w testamencie swoje archiwum, książki i szkice, które niestety dość szybko uległy rozproszeniu, gdyż potomkowie Giovanniego Francesca nie zdawali sobie sprawy z ich wartości. Co ciekawe, Leonardo przez jakiś czas przebywał w Vaprio d'Adda, gdzie rodzina Melzi miała swoje włości, i mówi się, że właśnie tę okolicę przedstawił jako pejzaż będący tłem portretu Mony Lisy.
Willa MelziOgród otaczający willę został zaprojektowany przez dwóch Ludwików: Canonica i Villoresi, którzy pracowali również dla Eugeniusza Beunarchais przy realizacji parku w Monzie (. Tu jednak (w przeciwieństwie do Monzy) założenie parkowe w zasadzie pozostało niezmienione, i nadal zachwyca swoim pięknem, podobnie jak dwieście lat temu. Willa w dalszym ciągu jest w rękach prywatnych, mieszka tu jej obecna właścicielka księżna Gllarati Scotti, i w związku z tym, nie jest udostępniana zwiedząjacym. Po wykupieniu biletu wstępu można natomiast zobaczyć ogrody, niewielkie muzeum w dawnej oranżerii i świątyńkę w klasycystycznym stylu, gdzie znajdują się grobowce  rodzinne dawnych właścicieli. Ostatni męski potomek Francesca, jego wnuk Ludovico Melzi nie posiadał syna, więc zapisał willę jednej z córek (zamężną Gallarati Scotti) a ponieważ zmarła bezpotomnie, całość spadku przeszła w posiadanie rodziny jej męża.
 Pamiętam dzień, kiedy po raz pierwszy wyruszyłam na wycieczkę do Como i po pobieżnym obejrzeniu miasta wsiadłam na statek do Bellagio. W moich poprzednich postach niejednokrotnie wspominałam to pierwsze wrażenie, kiedy to z wysokości górnego pokładu mogłam oglądać  widok sprawiający iż wpadłam w swego rodzaju trans, i zapragnęłam aby ta podróż trwała bez końca... Kiedy zbliżyliśmy się do Bellagio, mimo iż byłam tu po raz pierwszy, okolica wydała mi się znajoma. Dopiero po chwili zorientowałam się, że kiedyś w jednej z książek widziałam reprodukcję litografii przedstawiającej to miejsce. Bez wątpienia był to ten sam pejzaż, również miasteczko nie zmieniło się zbytnio... Na brzegu, nieopodal przystani, zobaczyłam białą willę na tle zielonego willa Melziwzgórza gdzie rosły dorodne pinie z koronami w kształcie parasoli. Nieco niżej widziałam kwitnące azalie, smukłe kolumny cyprysów, i fantazyjnie poskręcane platany z mocno przyciętymi gałęziami, które dopiero zaczynały się zielenić. Po opuszczeniu statku i krótkiej przechadzce po zaułkach miasteczka, powędrowałam w stronę willi długą aleją wśród kwitnących oleandrów. Ta pierwsza wizyta pozostawiła mi uczucie niedosytu, gdyż miałam zbyt mało czasu aby dokładnie obejrzeć cały ogród. Później byłam tam jeszcze kilkakrotnie, lecz dopiero podczas ostatniej  bytności nadarzyła mi się okazja do zrobienia zdjęć, które choć w przybliżeniu oddają obraz, jaki wtedy mogłam oglądać. Niestety, letnia pogoda w Lombardii rzadko sprzyja fotografom - amatorom. Podczas ciepłych i słonecznych dni w powietrzu unosi się wilgotny opar który rozprasza światło, i sprawia, że zdjęcia wyglądają na zamglone, a drugi plan często ginie zupełnie. Najlepsze warunki do fotografowania są po burzy lub kiedy wieją silne wiatry, co z reguły ma miejsce wczesną wiosną i na jesieni. Dlatego też, pewnego dnia przy sprzyjającej pogodzie postanowiłam, że wybiorę się tam specjalnie w tym celu. Tym razem wszystko poszło po mojej myśli, powietrze było kryształowo
willa Melziprzejrzyste, a kolory kwiatów w promieniach słońca wyglądały wspaniale. Żałowałam  jedynie, że minął już okres kwitnienia azalii, które zawsze dają niezapomniany spektakl. Chodząc po parku i podziwiając jego zakątki miałam przed oczami drugi brzeg jeziora. Mogłam dostrzec Griante z kościółkiem San Martino (link) przyczepionym do skały, gdzie byłam jakiś czas temu, i willę Carlotta, o której pisałam poprzednio. Jej właścicielem był Gian Battista Sommariva, ostro rywalizujący ze swoim sąsiadem z drugiego brzegu jeziora, zarówno na polu polityki, jak i kultury. Obydwaj prześcigali się nie tylko w walce o wpływy, lecz również w ozdabianiu swoich siedzib i zbieraniu dzieł sztuki. Trudno się temu dziwić, bo obu panom chyba było trudno zapomnieć o rywalizacji w sytuacji, kiedy na co dzień mieli przed oczami domostwo przeciwnika... Jednak mimo iż Sommariva zgromadził naprawdę imponującą kolekcję, ja w głębi ducha dałabym palmę pierwszeństwa Francesco Melzi, przede wszystkim za niezrównaną elegancję jego siedziby. Natomiast w sprawie parku trudno o porównania, gdyż dzisiejsze ogrody willi Carlotta dzięki zmianom wprowadzonym przez księcia Sachsen - Meiningen znaczne odbiegają od tych z początku XIX wieku, podczas gdy ogród willi Melzi zachował swoje oryginalne założenie. Jest tu wiele ogromnych, starych drzew, w tym dwa uznane za pomniki przyrody (wiąz kaukaski i cedr libański).
Willa MelziJednym z najpiękniejszych zakątków jest ogród japoński z prześliczną sadzawką, a także altana w mauretańskim stylu, niegdyś będąca ulubionym schronieniem Franciszka Liszta. Liszt, który miał długi romans z zamężną hrabiną Marią d'Agout, wyjechał wraz z nią do Włoch i przez pewien czas mieszkał właśnie w Bellagio, tu też urodziła się ich druga córka, Cosima. (W przyszłości została ona żoną wybitnego dyrygenta Hansa von Bulowa, którego zostawiła, aby związać się z Ryszardem Wagnerem). Nieopodal altany skąd jest przepiękny widok na jezioro stoi rzeźba przedstawiająca Dantego i Beatrycze; to właśnie ona natchnęła kompozytora do napisania sonaty poświęconej najsławniejszemu włoskiemu poecie.
Jak już pisałam, miałam niewątpliwą satysfakcję oglądania wielu pięknych willi i ich wspaniałych ogrodów, które pozostawiły w mojej pamięci niezatarte wrażenie, gdyż każdy z nich ma swoje uroki i zalety, sprawiające, że jest jedyny i niepowtarzalny. Jednak Willa Melzi wraz ze swym parkiem jest dla mnie bez wątpienia "numerem jeden" (choć być może nie jestem tu obiektywna), gdyż to właśnie jej ogrody po raz pierwszy dały mi okazję do zapoznania się z tym aspektem włoskiej kultury.
willa MelziZ racji bliskich związków Francesca Melzi z Napoleonem, jest tu też wiele innych oryginalnych pamiątek: między innymi gondola wenecka, którą  umieszczono w parku na życzenie Bonapartego, zaś w Oranżerii można obejrzeć duży zbiór litografii z tej epoki, marmurowe popiersia cesarza i osób z jego otoczenia, a także armaty, będące na wyposażeniu ówczesnej armii. To, co mi się najbardziej podoba w tym ogrodzie, i sprawia, że daję mu pierwsze miejsce na mojej liście, to jego wspaniały układ, doskonale wykorzystujący ukształtowanie terenu, i w  niezrównany sposób stapiający go z otaczającym
krajobrazem. W przeciwieństwie do ogrodów willi Carlotta, gdzie jest mnóstwo zakątków w pewnym sensie zamkniętych, tu z każdego miejsca
widać jezioro i otaczające je góry, a naturalne piękno tego pejzażu jest wspaniałą ramą dla parkowego założenia.
willa MelziDrzewa i krzewy posadzono
na stokach niewielkiego wzniesienia, pojedynczo, lub zgrupowane na tle rozległych, doskonale utrzymanych trawników schodzących na sam skraj wody. Można tu godzinami spacerować po alejkach biegnących serpentynami wokół willi, przysiąść na jednej z licznych ławek albo wprost na trawie, i napawać oczy tym niezrównanym widokiem. Dobrze też jest mieć jakiś przysmak w kieszeni, gdyż za jego pomocą można zawrzeć bliższą znajomość z sympatycznymi i ciekawskimi wiewiórkami, których tu nie brakuje. Podobnie jak ich polskie krewniaczki znane z naszych parków, są one przyzwyczajone do obecności ludzi i chętnie do nich podchodzą, aby dostać coś do zjedzenia.Ta "żebranina" chyba daje dobre efekty, gdyż zwierzaczki jakie tam widziałam, wyglądały nadzwyczaj okazale, niczym przysłowiowe "pączki w maśle"...
Jak zwykle zapraszam też do Googli+
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5713385077287841745
i na Picasę gdzie jest więcej zdjęć>

środa, 17 kwietnia 2013

Lombardia. Tremezzo, willa "Carlotta" i jej ogrody.


TremezzoAby nieco podkreślić wiosenny  nastrój postanowiłam kontynuować opowieść o włoskich ogrodach pełnych kwitnących kwiatów.  W czasie wędrówek po Lombardii mogłam niejednokrotnie podziwiać "luoghi di delizie", przepiękne wille, otoczone niemniej pięknymi parkami. Stanowią one nieocenione dziedzictwo kulturowe więc mimo tego, że niektóre z nich nadal pozostają  w rękach prywatnych, są udostępniane do zwiedzania dla szerokiej publiczności, a cena biletu wstępu na ogół jest zbliżona do przeciętnej ceny biletu w   większości muzeów. Dla turysty, który w ograniczonym czasie chciałby zobaczyć jak najwięcej interesujących miejsc jest to niemało, lecz z pewnością są to dobrze wydane pieniądze! Lombardzkie jeziora i ich piękny pejzaż od dawna przyciągały włoską i międzynarodową arystokrację, zarówno tę z urodzenia, jak i finansową, a dzięki temu powstało wiele pałaców oraz willi gdzie ich właściciele spędzali letnie miesiące z dala od miejskiego kurzu i obezwładniającego upału. W pobliżu Mediolanu znajdują się dwa jeziora, Lago Maggiore i Lago di Como a na ich brzegach znajdziemy wiele takich letnich rezydencji.
willa CarlottaLago Maggiore to przede wszystkim Isola Bella, Isola Madre, oraz ogrody willi Taranto i Pallavicino. Lago di Como to willa Monstero w Varennie, willa Balbianello w Lenno, willa Melzi w Bellagio, i leżąca po przeciwległej stronie jeziora willa Carlotta w Tremezzo. Miałam niewątpliwą przyjemność widzieć je wszystkie i trudno mi powiedzieć, która z nich zrobiła na mnie największe wrażenie. Są one w niezrównany sposób wkomponowane w otaczający je pejzaż, niepowtarzalne, pełne pięknych roślin, które cieszą oczy zwiedzających w ciągu całego okresu wegetacji (można je zwiedzać od kwietnia do listopada). W większości są to stare założenia parkowe choć w niektórych przypadkach wielokrotnie zmieniane i wzbogacane. Również wille, często wzniesione w bardzo odległych czasach, były na ogół unowocześniane i przebudowywane przez kolejnych właścicieli. Willa Carlotta, o której chcę napisać tym razem, powstała w XVII wieku i początkowo stanowiła własność rodziny Clerici, od której odkupił ją lombardzki self - made - man, polityk z czasów Republiki Cisalpińskiej i wytrawny kolekcjoner, Gian Battista Sommariva . Dzięki niemu willa wzbogaciła się o piękne zbiory malarstwa i rzeźby, które również dziś możemy oglądać. Po śmierci Sommarivy jego rodzina sprzedała posiadłość księżnej Mariannie von Nassau, zaś ta przeznaczyła ją na prezent ślubny dla córki Carlotty i jej męża, księcia Jerzego von Sachsen - Meiningen. Willa, która od tej pory nosi imię młodej księżnej krótko była jej domem, gdyż zmarła ona w wieku zaledwie dwudziestu trzech lat. Pozostało po niej imię i  pokój sypialny, który można oglądać w nienaruszonym stanie... Znajduje się tam niewielka akwarela, portret uroczej, młodej kobiety; jest to wizerunek Carlotty, którą sportretował Samuel Diaz. Mąż księżnej po jej śmierci nadal korzystał z willi jako rezydencji letniej, a ponieważ był zapalonym miłośnikiem botaniki, dzięki niemu ogrody wzbogaciły się o wiele nowych roślin.
willa CarlottaDo willi Carlotta można dotrzeć lądem, drogą wiodącą po lewym brzegu jeziora lub dopłynąć statkiem (willa ma własną przystań). Ogrody składają się z trzech zasadniczych części zajmujących obszar około ośmiu hektarów. Jest to długi i dość wąski pas terenu położony na zboczu góry, tuż nad brzegiem jeziora. Przed willą nieopodal bramy wejściowej znajduje się pięć tarasów, które zdobią strzyżone szpalery, posągi i fontanny; to ogród w stylu włoskim, najstarsza część, pamiętająca jeszcze czasy Clericich. Po lewej stronie rozciąga się tzw. stary ogród, mający charakter romantycznego parku angielskiego. Część leżąca po prawej stronie to powstały dzięki księciu Jerzemu ogród botaniczny, z mnóstwem azalii, lasem rododendronów i bambusów, oraz wieloma rzadkimi roślinami. Oczywiście, nie wszystkie egzemplarze pamiętają czasy księcia, są też nowe nasadzenia, lecz w dalszym ciągu można tu zobaczyć wiele stuletnich drzew w doskonałej kondycji - sekwoje, cedry i rododendrony, oraz przepiękną, ogromną glicynię. Tuż obok willi znajdują się wysokie szpalery utworzone z kameliowych krzewów. Kiedy wybrałam się tam z moim aparatem fotograficznym, okres ich kwitnienia właśnie dobiegał końca, lecz te nieliczne pozostałe kwiaty pozwalały mi wyobrazić sobie, jak pięknie wyglądały krzewy w pełnym rozkwicie. W willi Carlotta byłam kilkakrotnie zanim połknęłam "fotograficznego bakcyla" więc wróciłam tam jeszcze raz przed moim definitywnym wyjazdem do Polski aby zrobić trochę zdjęć. Niestety miałam pecha, gdyż nie był to dobry dzień do fotografowania, ze względu na tradycyjną, lombardzką mgiełkę...

Nawiasem mówiąc, takich dni jest tu większość, dlatego też kiedy są naprawdę sprzyjające warunki nie wiadomo gdzie się udać, bo interesujących miejsc naprawdę nie brakuje. Nie był to też dobry rok dla roślin, część drzew jeszcze nawet nie zdążyła okryć się liśćmi, gdyż wiosna tego roku przyszła opieszale i z opóźnieniem. W okresie kiedy zawiązywały się pąki kwiatowe przez wiele dni padały ulewne deszcze, które zniszczyły wiele z nich. Kiedy nareszcie pokazało się słońce, torturowane do tej pory rośliny próbowały nadrobić zaległości, lecz niestety, delikatne,wrażliwe na zimno azalie, będące dumą parku, poniosły nieodwracalne szkody. Mimo iż z bliska widać było, że mają wiele na wpół uschniętych pąków, z daleka prezentowały się nieco lepiej. Krzewy azalii w parku willi Carlotta w większości są imponujących rozmiarów i o przepięknych kolorach. Nie mogłam się zdecydować, które podobają mi się najbardziej - łososiowe, żółte, bordo, różowe, czy białe? Oprócz azalii jest też mnóstwo innych kwiatów: tulipany, bratki, nemezje i przepiękne rośliny skalne. Szczególnie zachwycił mnie zakątek z dwiema sosnami rosnącymi na skarpie, pod którymi rozciągał się prawdziwy kwiatowy dywan. Obok jednej z nich rośnie stuletnia glicynia, która przystraja ją niczym welonem kaskadą swoich kwiatów w delikatnym kolorze lila. Nieopodal azalii znajduje się las rododendronów. Część z nich to egzemplarze pamiętające czasy księcia Jerzego; inne, posadzone współcześnie są jeszcze niewielkie, lecz i one pokrywają się przepięknymi kwiatami we wszystkich odcieniach czerwieni i różu. Nieco dalej, w cienistym jarze, rosną wspaniałe okazy ogromnych paproci, a na nasłonecznionym stoku śliczny bambusowy zagajnik. Ma on styl ogrodu japońskiego i można tu zobaczyć aż dwadzieścia pięć gatunków tych roślin. Jest to prawdziwa oaza spokoju, ze żwirowanymi ścieżkami, mostkami i strumykami, które tworzą niewielkie kaskady. W tej części ogrodów znajduje się stary pawilon, gdzie kiedyś hodowano drzewka cytrynowe a obecnie urządzono tam niewielkie muzeum dawnych narzędzi ogrodniczych.
Oczywiście, również budynek willi zasługuje na to aby mu poświęcić nalewilla Carlottażytą uwagę, tym bardziej, że zwiedzającym udostępniono tu większość dawnych pomieszczeń mieszkalnych. Na dole znajdują się sale przeznaczone dla ekspozycji zbiorów zgromadzonych przez Gian Battistę Sommarivę. Jedną z perełek jego kolekcji są płaskorzeźby dłuta Berta Thorvaldsena, przedstawiające wkroczenie Aleksandra Wielkiego do Babilonu, które powstały one na zamówienie Napoleona, i w pierwotnym zamyśle miały być umieszczone jako fryz w paryskim Panteonie. Jednak z powodu zmian politycznych nie doszło do realizacji tego pomysłu i ostatecznie płaskorzeźby nabył Sommariva. Jednak jego ulubioną rzeźbą były nie one, a "Magdalena pokutująca" pochodząca ze szkoły Antonio Canovy. Właściciel zadysponował aby umieszczono ją w niewielkim pomieszczeniu, w półcieniu. Z tyłu, za rzeźbą, znajduje się duże lustro,  dzięki czemu widzimy jednocześnie całą postać Magdaleny. Oświetla ją pojedyncza lampa wykonana z alabastru, który dodaje światłu miękkości, i sprawia, że wspaniale modeluje ono kształt rzeźby. Cała kolekcja Sommarivy jest bardzo bogata , więc siłą rzeczy należy jej poświęcić sporo czasu. Jednak prędzej, czy później, wszyscy odwiedzający zgodnie zmierzają do sali, gdzie znajduje się marmurowa grupa przedstawiająca Amora i Psyche. Jej oryginał, dłuta Antonia Canovy, znajduje się w Ermitażu, ta natomiast jest repliką, wykonaną przez najzdolniejszego z jego uczniów, Adama Tadolini, na podstawie modelu stworzonego przez mistrza, i podobno ze względu na świetne wykonanie to właśnie ona dość długo uchodziła za pierwowzór. Rzeczywiście, trudno opisać jej wdzięk i delikatne piękno. Niejednokrotnie widziałam tę grupę na fotografiach, lecz zobaczenie jej na własne oczy to zupełnie inna sprawa... Rzeźba stoi na środku dość sporej sali, więc można ją swobodnie oglądać ze wszystkich stron. Szczerze mówiąc, miałam ochotę wyciągnąć rękę i dotknąć stopy Psyche gdyż miałam wrażenie, że biel marmuru jest tylko złudzeniem, a kiedy jej dotknę, poczuję ciepło żywego ciała. Inny rarytas z kolekcji Sommarivy to sławny obraz Hayeza, przedstawiający pożegnanie Romea i Juli. Hayez namalował też drugi, podobny obraz, lecz w innej scenerii, pt. "Ostatni pocałunek", który można oglądać w Muzeum Brera w Mediolanie.

Na wyższej kondygnacji znajdują się dawne pokoje mieszkalne ostatnich właścicieli willi, pokój księżnej Carlotty, apartament księcia Jerzego oraz dwa salony i jadalnia, które zachowały  do dziś swój autentyczny wygląd. Willa Carlotta wraz z parkiem i wszystkimi dziełami sztuki, po zakończeniu I Wojny Światowej (podobnie, jak  inne mienie należące do obywateli niemieckich), została przejęta przez Włochy na mocy dekretu, stając się częścią majątku narodowego. Wtedy też otrzymała status muzeum, a jej drzwi otwarto dla  zwiedzających.
Jedną z zalet willi i a zarazem ciekawostką związaną z jej historią, jest przepiękny widok na przeciwległy brzeg jeziora, gdzie nieopodal miejscowości Bellagio widać białą sylwetkę willi Melzi. Jej właścicielem był Francesco Melzi d'Eril, miejscowy arystokrata i polityczny rywal Sommarivy, który zwyciężył go w wyścigu do stanowiska wiceprezydenta nowo powstałej Republiki Włoskiej (jej prezydentem był Napoleon). Patrząc z okien swoich domostw lub z parku na jezioro, obydwaj rywale mieli przed sobą widok na posiadłość przeciwnika, co jak sądzę, zmuszało ich do nieustannych wspomnień... Rozgoryczony Sommariva, który po tej porażce zrezygnował z kariery politycznej, oddał się zbieraniu dzieł sztuki. Dzięki niemałym możliwościom finansowym i pracującym dla niego licznym agentom, w ciągu dwudziestu lat  udało mu się stworzyć bardzo bogatą i wartościową kolekcję. Nota bene, również Francesco Melzi niezbyt długo cieszył się swoim stanowiskiem, gdyż po koronacji Napoleon powołał na wicekróla Włoch swego pasierba Eugeniusza de Beaucharnais, jednocześnie likwidując funkcję wiceprezydenta. Francesco  Melzi był zagorzałym zwolennikiem pełnej niepodległości Włoch, więc w pewnym sensie również i on  w tym konflikcie został jednym z pokonanych. Zastanawiałam się, co czuli ci dwaj wytrawni, polityczni gracze, którym widok po drugiej stronie jeziora nie pozwalał zapomnieć o przeszłości, i o tym, że naprawdę byli tylko pionkami na szachownicy historii...

Niestety, nie można fotografować wnętrza willi ani eksponatów,  więc z konieczności ograniczyłam się jedynie do zamieszczenia zdjęć zrobionych na terenie ogrodów.


Więcej zdjęć w Google +

https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5552437284340605617
lub na Picasie
http://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/TremezzoIVillaCarlotta#

niedziela, 14 kwietnia 2013

Awards.

Niniejszym pragnę podziękować Krisowi Beskidzkiemu za  nominację w zabawie "Liebster blog". Jest to już trzecie wyróżnienie, gdyż pierwsze otrzymałam od Fidrygauki a drugie od Liu.M
 Na pierwsze nie odpowiedziałam z powodu ówczesnych zajęć, na drugie owszem ale chyba złamałam reguły, gdyż na moje wezwanie do kontynuacji odpowiedziała jedynie Guciamal...tym razem zastosuję się do zasad literalnie i w pierwszym rzędzie odpowiem na pytania Krisa:

1. Pies czy kot?                                      


Kot, a tej chwili nawet dwa koty (patrz tutaj ) 
ale pieskowi też krzywdy nie zrobię.

2. Kawa czy herbata?    

Kawa lub herbata, w zależności od nastroju i potrzeby. 
                      
3. Film czy książka? 

Podobnie jak  w poprzednim pytaniu . 
                          
4. Miasto czy wieś?

Miasto dla kultury, wieś dla natury (ha,ha nawet poezja mi wyszła!) . 
                           
5. Morze czy góry? 

Wędrówka pustą plażą lub wędrówka górskim  szlakiem, jedno i drugie jest wspaniałym doznaniem.
                          
6. Wiosna czy jesień?

W zasadzie jesień, ale wiośnie też nie odmówię uroku. 
                       
7. Rośliny doniczkowe czy ogrodowe?

 Wszystkie!

8. Muzyka czy śpiew ptaków? 
 Nieporównywalne - głos natury to wspaniała rzecz, lecz ludzie też potrafią stworzyć niezłe rzeczy (choćby "Eine kleine Nachtmusik")  
    
9. Podróż statkiem czy samolotem?

 Samochodem, nieśpiesznie, i z dala od autostrad, z możliwością zatrzymania się kiedy zechcę.  

10. Rower czy spacer? 

Spacer.                         

11. Horror czy komedia?  

Dobry thriller ( zwłaszcza polityczny ) lub film policyjny ale z ambicjami i w pierwszorzędnej obsadzie.                      

A teraz moje pytania (częściowo pokrywają się z pytaniami Krisa) - 



1.Pies czy kot? (Proszę o uzasadnienie wyboru).

2. Jakie życie preferujesz, aktywne czy kanapowe?

3.Ulubiony gatunek książki, filmu i muzyki?

4. Morze czy góry?

5. Ulubiony styl w architekturze i sztuce (również proszę o parę słów uzasadnienia).

6.Czy jest kraj poza Polską gdzie chciałabyś/chciałbyś zamieszkać na stałe i dlaczego?

7.Pytanie w dwóch wariantach:

a (dla pań)  Lakier na paznokciach czerwony, czy  naturalny?
b (da panów) Motocykl czy samochód?

8. Czy jest w twoim życiu moment, o którym myślisz, że gdyby się nie przydarzył, to wyglądałoby ono zupełnie inaczej?

9.Czy w dzieciństwie lub młodości miałaś/miałeś bohatera literackiego, z którym się utożsamiałaś/utożsamiałeś ? (Tu również prosiłabym o parę słów o motywach tej fascynacji)

10. Czy uważasz że wysiłek bez nagrody jest marnowaniem energii?

11.Czy w Twoim życiu miały miejsce dziwne przypadki,  których nie można racjonalnie wytłumaczyć? (Jeśli ktoś będzie miał ochotę, może tu zamieścić tę historię) 

powtarzam te, które już raz zadałam, ale tym razem wywołuję trzy osoby "do tablicy"! 

Moje nominacje otrzymują:

http://mojekrajobrazy.blogspot.com/
za wspaniałe górskie relacje okraszone przepięknymi zdjęciami
http://lifegoodmorning.blogspot.com/
za to, że pokazuje mi miejsca, które chciałabym odwiedzić
http://salatkapogrecku.blogspot.com/
za jej optymizm, humor, trafne obserwacje, i sposób, w jaki pisze o sobie i swoim życiu w Grecji

Niniejszym chciałabym przyznać dwa wyróżnienia "specjalne" dwóm osobom równie specjalnym, a mianowicie:
http://naszepogorze.blogspot.com/ za ciepło z jakim pisze, i ciągłe pokazywanie piękna w tym, co wokół nas
http://babciabezmohera.blox.pl/ za brak "mohera" i mądre komentarze do otaczającej nas rzeczywistości, oraz za to, że Ją lubię, nawet jeśli czasem myślę inaczej 



Ponieważ w dalszym ciągu jest to tylko zabawa, udział w niej jest jak najbardziej dobrowolny!

Osoby wyróżnione jeśli mają ochotę na tę zabawę, proszone są o wklejenie u siebie banerka 



Wszystkich serdecznie pozdrawiam, i życzę udanej niedzieli!

piątek, 12 kwietnia 2013

Piemont. Wyspa Rybaków czyli Isola dei Pescatori.


Isole Borromee
Niedawno pisałam o ogrodowo - pałacowych wspaniałościach na Isola Bella, więc teraz dla kontrastu chciałabym zaprezentować coś o zupełnie odmiennym klimacie, czyli drugą z trzech wysp należących do rodziny Borromeo. Prawdę mówiąc, gdybym miała wybierać pomiędzy nimi, byłabym w niemałym kłopocie. Nie sposób bowiem przejść obojętnie obok niewątpliwych wdzięków ukwieconych tarasów PięknejIsola dei Pescatori Wyspy, która z całą pewnością zasługuje na swoją nazwę, jednak mimo to, mojemu sercu chyba jest bliższy skromny urok wioski na Wyspie Rybaków. Kiedy po raz pierwszy wybrałam się w rejs po Lago Maggiore, oczarował mnie widok tej długiej i wąskiej wysepki z kolorowymi domkami, nad którymi góruje szpiczasta wieża małego kościółka. Wysepka ta nosi nazwę Isola Superiore lub dei Pescatori, jest bardzo wąska, gdyż liczy sobie zaledwie 100 m szerokości przy 350 m długości. Wioska leży na małym garbie w jej południowej części, natomiast w niżej położonej części północnej jest aleja wysadzona drzewami, skąd roztacza się piękny widok na trzecią z wysp zwaną Isola Madre, oraz miasteczka na piemonckim brzegu: Baveno i Pallanza. Leżą one u podnóża gór, gdzie w niedalekiej miejscowości Candoglia znajdują się sławne kamieniołomy biało -różowego marmuru, Isola dei Pescatoriz którego zbudowano mediolańską katedrę. "Fabbrica di Duomo" dzięki wspaniałomyślności książąt Viscontich otrzymała wyłączność na jego wydobycie, a stąd marmur spławiano poprzez jezioro, następnie rzeką Ticino i system kanałów aż do Mediolanu (pisałam o tym tutaj). Także na samym brzegu jeziora nieopodal Baveno, zwracają uwagę widoczne z daleka  białe ściany marmurowego wyrobiska. Rybacka wioska na wyspie jest naprawdę maleńka, tworzy ją nabrzeże z niewielką przystanią i jedna uliczka. Wąskie zaułki pomiędzy domostwami  łączą schodki i przejścia w kształcie bram. Większość domków pomalowanych na żywe kolory ma charakterystyczne balkony, służące rybakom do suszenia ryb. Część mieszkańców wyspy nadal trudni się połowem, o czym świadczy spora ilość rybackich łodzi zacumowanych przy nabrzeżu oraz suszące się sieci a bary i knajpki (naprawdę liczne na tym tak małym skrawku lądu), podają świeżą rybę jako specjalność kuchni. Podobnie jak na Isola Bella nigdy nie brakuje tu zwiedzających, którzy przypływają statkami niestrudzenie kursującymi pomiędzy wyspami i stałym lądem. W związku z tym, w sezonie letnim wyspa żyje przede wszystkim  z turystów, czyli z gastronomii, wynajmowania pokoi i sprzedaży pamiątek. Są tu małe stylowe bary, i restauracyjki ze ślicznymi ogródkami, gdzie stoliki stoją pod kaskadami kwitnących glicynii i jaśminów. Na nabrzeżu jest też kilka straganów, gdzie można nabyć gustowne pamiątki:  kosze, torby iIsola dei Pescatori kapelusze wyplatane ze słomki, haftowane serwetki, oraz piękną ceramikę. Niestety, nie brakuje też typowo jarmarcznych produktów, a nawet weneckich masek (o zgrozo!) Made in China... W samym centrum wioski znajduje się gotycko - renesansowy kościółek pod wezwaniem San Vittore, patrona wyspy. Ma on bardzo bogatą przeszłość, gdyż został dobudowany do romańskiej kaplicy, z której do naszych czasów zachowała się jedynie niewielka apsyda. Kościółek jest nieduży i dość skromny, ale szczyci się wspaniałym freskiem przedstawiającym świętą Agatę. Niestety, żadne źródła nie podają kto jest  autorem tego malowidła datowanego na XVI wiek. Mnie oczarowały jego delikatne kolory i pełna wdzięku postać świętej, którą malarz przedstawił z atrybutami męczeństwa -  gałązką palmy i tacą na której leżą jej odcięte piersi. Z parafią San Vittore jest związana ciekawa tradycja - otóż 15 sierpnia Isola dei Pescatoriodbywa się tu  procesja na łódkach, wtedy też obwozi się figurę świętego patrona wokół wyspy. Niestety, z racji mojej pracy nigdy nie udało mi się zobaczyć tej uroczystości, czego bardzo żałuję... Za kościółkiem leży mały cmentarzyk, na którym od wieków grzebani są mieszkańcy wyspy. Usytuowano go pomiędzy budynkami mieszkalnymi, a na otaczających go murach jest małe lapidarium, gdzie można obejrzeć płyty ocalałe z nieistniejących już nagrobków.
Społeczność wyspy jest nieliczna, stanowi ją zaledwie pięćdziesięciu stałych mieszkańców. Na wyspie żyje też sporo kotów, które na ogół zupełnie nie reagują na turystów i bez skrępowania okupują miejsca na ławkach, czemu trudno się dziwić, bo w końcu są u siebie... Na Wyspie Rybaków byłam kilkakrotnie, ponieważ bardzo polubiłam to nastrojowe miejsce z jego wąskimi zaułkami i drewnianymi balkonami, a także przepiękną panoramę ,jaka się przede mną roztaczała kiedy stałam na skraju wody.

Isola dei PescatoriW ciągu kilkunastu minut bez pośpiechu można okrążyć całą wysepkę, a przy okazji nacieszyć oczy widokami zarówno piemonckiego, jak i lombardzkiego brzegu jeziora.Po lombardzkiej stronie mamy skalną ścianę z klasztorem świętej Katarzyny i miasto Laveno, z górującym  ponad nim zielonym wzniesieniem Sasso di Ferro. Bardziej w prawo widzimy ogromny obszar jeziora, które ciągnie się daleko, daleko, w stronę szwajcarskiego Locarno. Natomiast na piemonckim brzegu znajduje się łańcuch dość wysokich gór, tworzących malownicze tło dla ślicznych, kolorowych miasteczek. Nieopodal,  na północy leży  Isola Madre, największa z Wysp Boromejskich, gdzie pośród bujnej roślinności widać czerwony dach willi, zaś na wprost południowego cypla znajduje się Isola Bella z dużą bryłą pałacu, który stąd można podziwiać w całej okazałości. Podczas jednej z moich wycieczek zdarzyło się że gwałtownie przyszło załamanie pogody, i zaczął wiać bardzo silny wiatr. Był to niesamowity widok kiedy w ciągu kilku chwil niebo się zachmurzyło zmieniając kolor na szaro-granatowy, a na niewielką plażę zaczęły wybiegać coraz większe fale. Turyści dotąd spokojnie odpoczywający pod drzewamiIsola Pescatori, w obawie przed nadchodzącą burzą umknęli pomiędzy zabudowania. Na tle ciemnego nieba rysowały się jeszcze ciemniejsze góry, co wyglądało niczym sceneria z romansu grozy. Zdawać by się mogło że za chwilę spadnie ulewa lub zaczną bić pioruny, jednak na szczęście nic takiego się nie zdarzyło, wkrótce niebo wypogodziło się ponownie, i wróciło słońce. Po tym doświadczeniu inaczej spojrzałam na ten skrawek lądu i problemy jego  stałych mieszkańców, żyjących tu przez cały rok, również kiedy kończy się sezon turystyczny, i nadchodzą jesienno - zimowe słoty. Podobno w tym czasie zdarza się, że woda podnosi się do tego stopnia, iż kompletnie zalewa brzegi wyspy, i jej północną część. W związku tym, od wieków pozostają one niezabudowane a nieliczne domki znajdują się jedynie na niewielkim wzniesieniu w części południowej. Jednak od wiosny do jesieni to piękne miejsce przyciąga wiele osób, które chcą tu za niewielkie pieniądze zjeść smaczny obiad lub nastrojową kolację, słyszałam też, że wielu nowożeńców wybiera wyspę z jej niepowtarzalną i romantyczną scenerią na miejsce swojego przyjęcia weselnego.

Jak zwykle wszystkich chętnych zapraszam do obejrzenia albumu w Google +

https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5716835702814248465

 na Picasie pod linkiem>

wtorek, 9 kwietnia 2013

Piemont. Isola Bella - jej pałac i czarodziejskie ogrody.


Lago Maggiore                                                                                                                                   


Na rozległym obszarze Lago Maggiore nieopodal Stresy, miasta położonego na jego zachodnim, piemonckim brzegu, wyraźnie się odcina  zatoka z trzema  niewielkimi wyspami. Od wieków należą one do rodziny hrabiów Borromeo, która wydała wiele wybitnych osób: świętego Karola Boromeusza, kilku kardynałów (w tym  Federico, o którym pisałam niedawno w związku z historią kolosa w Aronie tutaj ) oraz wielu senatorów i dowódców wojsk.Isola Bella Szczególnie znany jest wspomniany już kardynał Federico Borromeo, mający ogromne zasługi dla włoskiej kultury, gdyż to  właśnie dzięki niemu powstała w Mediolanie Pinakoteka i Biblioteka Ambrosiana, gdzie znajduje się mnóstwo cennych zbiorów, w tym słynny "Kodeks Atlantycki" Leonarda da Vinci. Nazwisko tej rodziny nadal noszą w swej nazwie liczne wille, pałace i zamki na terenie Lombardii. Jednak rodzina Borromeo, mimo iż od wieków związana z tą ziemią, wywodzi się  z Toskanii. W XIV wieku jeden z Boromeuszy przeniósł się do Mediolanu, gdzie dzięki Viscontim i Sforzom on i jego następcy uzyskali znaczne dobra. Dzisiejsi  przedstawiciele rodu mimo iż nadal posiadają znaczny majątek także nie spoczywają na laurach, w większości są to menadżerowie i prężniIsola Bella przedsiębiorcy, działający również na polu turystyki. Większość ich dawnych siedzib została (w całości lub częściowo) przekształcona w luksusowe hotele, a także jest udostępniana publiczności jako obiekty muzealne, miejsca gdzie organizuje się konferencje i bankiety. Wpływy z tych przedsięwzięć pozwalają między innymi na należyte utrzymanie owych obiektów, co ze zrozumiałych przyczyn jest ogromnie kosztowne. Jednym z takich „klejnotów w koronie” hrabiów Borromeo jest Isola Bella, maleńka wysepka, gdzie wzniesiono duży, piękny pałac, a obok niego jedyny w swoim rodzaju ogród, wspaniały przykład włoskiej architektury parkowej epoki baroku. Jeśli na wyspę przypływamy z Verbanii, naszym oczom jako pierwszy Isola Bellaukazuje się właśnie ów pałac, zbudowany na jej północno - zachodnim cyplu, natomiast jeśli przybywamy od strony południowej z niedalekiej Stresy, wita nas widok zielonych tarasów z licznymi obeliskami i posągami. Ogród widziany z tej strony ma kształt schodkowej piramidy, a ponad balustradą najwyżej położonego  tarasu góruje posąg Amora na jednorożcu. To mityczne zwierzę było bowiem jednym z ulubionych symboli rodu Borromeo, a także elementem ich herbu. W ciągu mojego pobytu we Włoszech byłam kilkakrotnie na tej wyspie, gdyż  jest to miejsce, którego uroda nigdy mi nie spowszedniała.
Dziś, kiedy spacerujemy po tym wspaniałym parku pełnym zieleni i kwitnących roślin aż  trudno uwierzyć, że do lat trzydziestych XVII wieku, był to po prostu niewielki ( 320x180 metrów), skalisty kawałek gruntu. Ówczesna głowa rodu, hrabia Carlo III Borromeo zlecił aby na wysepce zbudowano pałac  otoczony ogrodem, i nadał jej nazwę Isola Isabella na cześć swojej pięknej żony, Isabelli d'Adda. Prace rozpoczęto w 1632 roku, lecz przerwała je epidemia dżumy. Zostały ukończone dopiero czterdzieści lat później, dzięki staraniom synów hrabiowskiej pary Vitaliana i Gilberta, lecz swój obecny wygląd  wyspa ( a przede wszystkim jej północna część) przybrała dopiero w połowie XX wieku. Isola BellaCzteropiętrowy budynek hrabiowskiej siedziby  mimo znacznych rozmiarów z zewnątrz nie przytłacza nadmiarem ozdób, natomiast jego wnętrze świadczy nie tylko o bogactwie rodziny, lecz i o jej bardzo dobrym guście. Kiedy byłam na Pięknej Wyspie po raz pierwszy wnętrza wyglądały na nieco zaniedbane, więc gdy zawitałam tam ponownie w ubiegłym roku przeżyłam bardzo miłe zaskoczenie, ponieważ zastałam wszystko odświeżone a ściany których nie pokrywają tapety lub obicia, pomalowane na delikatne, pastelowe kolory. Obecnie szczególnie pięknie prezentuje się ogromny salon honorowy ze swoimi wspaniałymi Isola Bellasztukateriami i wielkimi oknami, przez które można podziwiać panoramę jeziora. Zwiedzającym udostępniono jedynie pomieszczenia reprezentacyjne, które stanowią niewielką część budynku i tzw. groty, czyli otwarte na jezioro komnaty znajdujące się nieomal na poziomie tafli wody. Są one chłodne i cieniste nawet w czasie największych upałów, a ich ściany pokrywa mozaika z muszli, masy perłowej i tufu wulkanicznego. W pałacowych komnatach można podziwiać  cenne flamandzkie arrasy, portrety rodzinne, piękne rzeźby,Isola Bella obrazy i meble, lecz mnie szczególnie urzekła bogata kolekcja marionetek w ślicznych kostiumach . Od czasu mojej ostatniej wizyty nie tylko uporządkowano ale i bardzo wzbogacono ekspozycję, co jest doprawdy budujące, gdyż widać że niemałe wpływy z biletów są dobrze spożytkowane. O ile wspaniałości tej siedziby (mimo iż faktycznie godne uwagi) mieszczą się w granicach "pałacowej normy" to ogrody są po prostu bajeczne. W zasadzie to samo można powiedzieć o wszystkich sławnych ogrodach  barokowych ( i nie tylko) gdyż większość z nich stworzona przez architektów doskonale przygotowanych do tego rodzaju zadań i dysponujących ogromnymi sumami pieniędzy, do dzisiaj zachwyca roślinnością, posągami, fontannami i kaskadami, oraz nieoczekiwanymi perspektywami.  Jak już wspominałam, ogrody  Isola Bella leżą  na dziesięciu tarasach, a najwyższy z nich wznosi się na wysokości trzydziestu siedmiu metrów. Nieco niżej znajduje się tzw. amfiteatr, z przepiękną fontanną w głębi, będącą jednocześnie swego rodzaju dekoracją, gdyż na jej tle niegdyś wystawiano przedstawienia teatralne. Po jej obu stronach umieszczono schody, którymi  można wejść na obszerny najwyższy taras, otoczony Isola Bellabalustradą i stanowiący wspaniały punkt widokowy na ogród oraz jezioro. A widok jest doprawdy oszałamiający! W ciepłym i wilgotnym klimacie  rośliny które rosną na wyspie mają wspaniałe warunki do wegetacji. Oprócz tych typowych dla włoskiej flory, jest tu też wiele delikatnych roślin egzotycznych, które zimę spędzają w szklarni. Tak duży i piękny park wymaga wiele pracy, więc nie można  pominąć nieopisanych wprost starań tutejszych ogrodników, aby całość utrzymać w należytym porządku. W ogrodzie mieszka liczna rodzina białych pawi, ale podczas mojego ostatniego pobytu nie udało mi się zobaczyć "panów"  z rozłożonymi
Isola Bellaogonami, co więcej, wyglądało na to, że biedacy stracili swe najpiękniejsze pióra. W zamian za to widziałam "panie pawiowe" z przychówkiem -  pisklętami, które mimo młodego wieku szczyciły się maleńką koroną na główce, wypisz- wymaluj, niczym ta w hrabiowskim herbie. Oswojone ptaki są przyzwyczajone do obecności ludzi, i bez obawy krążą w pobliżu stolików wystawionych na zewnątrz z parkowej kawiarenki, gdzie  szukają okruchów pozostawionych przez turystów. Doprawdy trudno mi Isola Bellaopisać wszystkie cudowności tego ogrodu, kwiatowe rabaty, strzyżone szpalery, kaskady pnączy, i kilkusetletnie drzewa. Do tego z wyspy jest niezapomniany widok na zatopione w błękicie jezioro, z łańcuchem gór na północy, i zielonymi wzgórzami na lombardzkim brzegu. Ta panorama, kolory, zapachy, i blask słońca sprawiają, że chciałoby się tu pozostać na zawsze... Kiedy rozpoczyna się sezon turystyczny statki kursujące po jeziorze są wprost oblegane i przewożą prawdziwe tłumy ludzi, zarówno do miejscowości na stałym lądzie, jak i na trzy wysepki, Isola Bella, Isola Pescatori i Isola Madre. Jak już pisałam, Isola Bella jest niewielka, lecz oprócz  sal muzealnych i ogrodów jest tu też obszerny taras przed pałacem i dość długa, zadrzewiona aleja, prowadząca na jej północny cypel. Od strony przystani wznosi się ładny, barokowy kościół, oraz kilka domów gdzie znajdują się sklepy z pamiątkami, niewielkie galerie,  i małe, przytulne knajpki. W związku z tym  nikt nie narzeka na brak miejsc gdzie  w spokoju, a nawet w samotności można kontemplować zarówno piękno natury, jak i tego wspaniałego dzieła ludzkich rąk.
Jeśli kogoś zainteresował opis i chciałby zobaczyć więcej zdjęć z wyspy, zapraszam do albumów >
w Googlach
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5661394819062578817?banner=pwa
lub na Picasie
https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/IsolaBella

sobota, 6 kwietnia 2013

Lombardia. Laveno-Mombello i Sasso di Ferro.






Kiedy  chcemy wyruszyć komunikacją publiczną z okolic Mediolanu na lombardzki brzeg Lago Maggiore, możemy wybrać do tego celu Ferrovie dello Stato, czyli pociąg jadący ze Stazione Centrale i zmierzający w stronę Szwajcarii, albo lokalne Ferrovie "TreNord", obsługujące większość małych miejscowości w północnej części regionu, wyjeżdżające z dworca Cadorna. Obydwa zawiozą nas do Laveno- Mombello, niewielkiej, lecz bardzo malowniczej miejscowości. Pierwsza linia ma swój dworzec nieco na uboczu miasteczka, natomiast pociąg lokalny zatrzymuje się nieopodal centrum, praktycznie nad samym brzegiem jeziora. Tu się kończą perony, a umieszczone na ich krańcu zapory sprawiają wrażenie, że ustawiono je z powodu obawy aby cały skład wraz z podróżnymi nie zażył przypadkowej kąpieli... Kiedy jechałam tam po raz pierwszy, po wyjeździe z Varese  mój wzrok najpierw przyciągnął widok Masywu Monte Campo dei Fiori, który mogłam oglądać za oknami pociągu po prawej stronie; później, tuż przed Laveno potężna, prawie pionowa  ściana Sasso di Ferro, porośnięta liściastym lasem, oraz nieco niższe, zielone  pagórki wokoło. Gdy pociąg się zatrzymał i wyszłam na peron, pomiędzy kwitnącymi oleandrami zobaczyłam wielką, błękitną przestrzeń, zamkniętą wysokimi górami widocznymi na horyzoncie. Pomimo ciepłej, wiosennej pogody ich szczyty nadal okrywał śnieg, więc odcinały się wyraźnie na tle błękitnego nieba. Tuż obok dworca zobaczyłam nieduży port z pomostem dla jachtów i żaglówek, oraz okazałym ruchomym trapem gdzie  przybija prom kursujący pomiędzy przeciwległymi brzegami jeziora.


Później byłam tam jeszcze wiele razy i przekonałam się, że podobnie jak to było w przypadku Jeziora Como, również Lago Maggiore pokazało mi się wtedy ze swojej najlepszej strony. Taka piękna pogoda z kryształowo przejrzystym powietrzem w Lombardii nie jest regułą, i często ogromna ilość wilgoci ogranicza widoczność do minimum. Co prawda, daje to bardzo interesujące efekty wizualne kiedy promienie słońca wydobywają z oparów kontury gór, jednak te uroki można docenić raczej przy kolejnych wizytach. Będąc w okolicy po raz pierwszy, chciałoby się zobaczyć coś więcej i nacieszyć oczy nieznanym miejscem, więc miałam dużo szczęścia, że trafiłam na odpowiednią aurę. W Laveno  byłam jeszcze wiele razy, gdyż stąd wyruszałam na dalsze wędrówki po okolicy. Jedna z najmilej wspominanych przeze mnie wycieczek to ta, której celem był punkt widokowy nieopodal szczytu Sasso di Ferro. Można tam wejść pieszo wybierając jedną ze ścieżek, albo wjechać wyciągiem kubełkowym, funkcjonującym  w sezonie turystycznym. Szczerze mówiąc, nigdzie poza Laveno nie widziałam podobnego urządzenia, gdzie zamiast zwyczajowych siedzisk są transportery przypominające wysokie wiadro otwierane z boku, do którego należy szybko wskoczyć, gdyż wyciąg funkcjonuje metodą non-stop. Oczywiście można liczyć na pomocne ramię personelu, który czuwa nad wszystkim, pomaga mniej sprawnym osobom, i fachowo zatrzaskuje blokadę drzwiczek.  Jak zwykle w takich wypadkach wjazd na górę jest atrakcją sam w sobie, więc ja również postanowiłam skorzystać z tego udogodnienia i muszę przyznać, że widok  jest  po prostu fantastyczny, gdyż stojąc w "kubełku" ma się możliwość oglądania całej okolicy, co naprawdę jest niezapomnianym przeżyciem.  Wyciąg tego typu ma tę wyższość nad wyciągiem krzesełkowym, że mamy tu swego rodzaju "dwa w jednym" gdyż możemy się dowolnie obracać, patrzeć przed - i za siebie, więc w sumie podczas jednego kursu mamy widoki, które z wyciągu krzesełkowego możemy zobaczyć jedynie podczas jazdy tam i z powrotem.
Kolejka zatrzymuje się
na wysokości 1000 m n.p.m, nieco poniżej właściwego  szczytu, na skalnym występie, który nosi nazwę Poggio Sant' Elsa. W budynku stacyjki oprócz maszynowni kolejki znajduje piękny, obszerny taras widokowy, a także hotel oraz restauracja (również z dużym tarasem) i sklep z pamiątkami .
Kiedy się tam wybrałam był początek kwietnia, i właśnie zaczynała się wiosna.W Lombardii jest to przepiękny czas, a jeśli pogoda dopisze, można nie tylko skorzystać z pierwszych promieni słońca, które niejednokrotnie podnosi temperaturę do 20 ( i więcej) stopni, ale także z przejrzystego powietrza, dzięki czemu nasz wzrok biegnie daleko, daleko...A jest wtedy co podziwiać, gdyż góry właśnie pokrywają się świeżą zielenią, zaś niebo i wody jeziora nabierają głębokiej, szafirowej barwy. Część drzew liściastych jest już okryta delikatnymi listeczkami, a inne dopiero pokazują swoje nabrzmiałe, kosmate pączki. W ogrodach na dole  kwitną gardenie, magnolie, azalie i glicynie, lecz  góry także oferują naszym oczom to, co mają najpiękniejszego, śliczne kwiaty tarniny o delikatnym zapachu, kępki narcyzów, krokusów, i  alpejskich fiołków. Włoski kwiecień naprawdę zasługuje na swoją nazwę, a przebudzona przyroda robi wszystko, żeby kolorami i zapachami wynagrodzić nam miesiące zimowej szarości, jednak chyba  największe wrażenie wywołuje kontrast  zieleni gór i błękitu jeziora oraz nieba z ośnieżonymi szczytami gór.


Wiosenne noce nadal są chłodne, więc na wysokości powyżej 1200 metrów śnieg utrzymuje się dość długo co sprawia, że ostre wiosenne światło pięknie wydobywa wszystkie kontury i modeluje załamania terenu. Szczególne mnie zafascynował widok kopulastego wierzchołka Monte Rosa, rozłożystego czterotysięcznika, który  bardzo lubiłam obserwować, od chwili, kiedy niespodziewanie zobaczyłam go podczas jazdy pociągiem do Mediolanu. Ta ogromna góra, mimo iż dość odległa, przy dobrej pogodzie jest nieźle widoczna w okolicy Como i Varese. Tym razem miałam ją jak na dłoni, widoczną po drugiej stronie jeziora, wyraźnie dominującą nad pozostałymi szczytami. Równie wspaniale prezentowała się cała reszta okolicy z kobaltowym jeziorem w dole, zamknięta od wschodu masywem Monte Lema, ze szmaragdową Monte Campo dei Fiori oddzielającą lombardzką równinę od prealpejskich wzniesień. Długo mogłabym podziwiać widok z tarasu, jednak przyszedł czas aby ruszyć w drogę, gdyż chciałam wejść na właściwy szczyt góry, a następnie zejść na dół, do Laveno. Po drodze minęłam chłopaka krzątającego się przy paralotni, miałam nawet ochotę poczekać aż wystartuje, gdyż nigdy nie widziałam tego momentu na żywo, lecz ponieważ nie zanosiło się na to że ów start nastąpi w miarę szybko, udałam się w dalszą drogę. Wygodna ścieżka wśród drzew poprowadziła mnie zakosami po zboczu aż na sam brzeg jeziora, do  portu, gdzie cumowało mnóstwo żaglówek o nagich masztach, cierpliwie czekających aż ich właściciele znowu ruszą w rejs...


Wzdłuż brzegu jeziora wiedzie  bulwar z zadbanymi kwietnikami, gdzie można odpocząć na jednej z licznych ławek.  Tu, na małym cyplu, umieszczono bardzo ładną grupę rzeźb, przedstawiającą wołu i osiołka wraz ze św. Franciszkiem, który prezentuje zwierzętom Dzieciątko Jezus. Bardzo lubiłam ten pomnik, zawsze mnie wzruszało jego ekologiczne przesłanie, więc oniemiałam widząc, iż  otoczono go pancernymi szybami! Zapytałam jakiegoś przechodnia o przyczynę tego stanu rzeczy i usłyszałam, że wiele osób wdrapywało się na grzbiety zwierzaków aby zrobić sobie zdjęcie,  mimo iż obok umieszczono tablicę z napisem nawołującym do zaniechania podobnych zachowań. Podobno to właśnie z tego powodu, aby zapobiec dewastacji rzeźby posunięto się do tak drastycznego środka i umieszczono ją w szklanej klatce...W tym momencie miałam ochotę zawołać niczym Cyceron " O tempora, o mores!" Ci, co myślą podobnie, pewnie chętnie by się przyłączyli, lecz dla myślących inaczej są one jedynie wołaniem na puszczy....Z tym monumentem jest związana bardzo ciekawa historia, gdyż wzniesiono go aby upamiętnić XV Kongres Konstruktorów Bożonarodzeniowych Szopek, jaki odbył się własnie w Laveno-Mombello. Miasteczko to jest sławne wśród nich, ponieważ ma jedyną na świecie podwodną szopkę, której figury (naturalnej wielkości) są umieszczone na dnie jeziora, na wprost centralnego placu. Co roku w Wigilię odbywa się uroczysta procesja, podczas niej figurka Dzieciątka Jezus jest przenoszona z pobliskiego kościoła na brzeg, gdzie przejmują ją płetwonurkowie aby umieścić ją w podwodnym żłóbku. Pomysłodawcami i wykonawcami  tej niezwykłej szopki byli  płetwonurkowie z grupy "Amici del Presepio" którzy zrealizowali ten niezwykły pomysł w 1979 roku. Niestety, osobiście nigdy nie widziałam owej procesji, gdyż w zwykle w okresie przedświątecznym intensywnie pracowałam, albo wyjeżdżałam  do Polski żeby spędzić święta z moimi bliskimi. Jednak znając zamiłowanie Włochów do spektakularnych uroczystości nie wątpię, że jest ona imponująca w każdym calu!

Więcej zdjęć z Laveno Mombello i Sasso di Ferro jest pod linkiem
w Google +
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5862701333180193249

lub na Picasie
https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/LavenoSassoDiFerro