Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

środa, 11 lutego 2015

Valsolda, Oria. Spełnione życzenie, czyli z wizytą w willi Fogazzaro.

Po długim milczeniu postanowiłam powrócić do kreowania mojej "Sukienki"; nie bez znaczenia są tu życzliwe komentarze zaprzyjaźnionych blogerów, którzy zauważyli przydługą przerwę, jaka mi się przydarzyła... Nie wykluczone, że za jakiś czas pojawi się wpis na temat naszych niedawnych przejść związanych z nowym mieszkaniem, jednak tym razem chciałabym napisać o innym domu, który tak bardzo chciałam odwiedzić od chwili, kiedy dowiedziałam się o jego istnieniu... Osoby, które czytały i pamiętają moje wcześniejsze wpisy na temat Valsoldy znają genezę tej fascynacji, pozostałe zachęcam do zapoznania się z nimi, ponieważ ten post jest zarazem wynikiem i ukoronowaniem owej historii. Wynikiem, ponieważ bez wcześniejszego obejrzenia filmu "Piccolo mondo antico"i wędrówek po Valsoldzie, zapewne nie przyszło by mi do głowy aby w Dniu Otwartym FAI udać się w tak odległe miejsce, podczas gdy w bezpośrednim sąsiedztwie miałam wiele innych, interesujących obiektów do odwiedzenia. Ukoronowaniem, gdyż od czasów mojej pierwszej wizyty w Orii zapragnęłam ponad wszystko zobaczyć dom pisarza, któremu zawdzięczałam jedną z napiękniejszych niespodzianek, jakie ofiarowały mi Włochy. Być może, nie dla wszystkich jest to do końca zrozumiałe, gdyż pisarstwo Fogazzara w Polsce jest mało znane, zapewne też nie każdemu odpowiada jego styl oraz idee jakie głosił. Jest jeszcze jeden szkopuł jeśli chodzi o spotkanie z pisarzem i książką; miejsce, czas, zasób doświadczeń życiowych i stan naszego ducha, w momencie kiedy to się dzieje. Bez wątpienia mają one decydujący wpływ na fakt, że daną książkę albo przyjmujemy jako coś własnego lub przeciwnie,choć dostrzegamy kunszt autora w artystycznym kreowaniu rzeczywistości, pozostajemy jedynie jej chłodnymi obserwatorami.

Ja sama niekoniecznie zgadzam się ze światopoglądem Fogazzara, ale jak już wspominałam wcześniej, urzekły mnie przepiękne opisy krainy którą tak bardzo kochał, ponadczasowa  prawda o odruchach ludzkich serc, głęboka analiza charakterów, tolerancja i humanizm, jakie zawarł w swoich książkach. Być może to długie, samotne wędrówki sprawiły, że nauczyłam się odcinać od szumu mentalnego w jakim zwykle żyłam, a moje zmysły i intuicja wyostrzyły się nadzwyczajnie? Dzięki nim mój umysł i serce otwarły się szeroko na nowe doznania i wchłonęłam w siebie nieporównany nastrój małego świata który przeminął, jak wchłania się zapach ziół dawno temu włożonych do rzadko otwieranej szuflady...Być może, gdyby nie nieprzewidziany splot okoliczności, nigdy bym nie poznała tego przepięknego zakątka ziemi, nie zaznała wzruszeń które były mi dane, i nie miała okazji do poznania przemyśleń pisarza na temat spraw bliskich każdej ludzkiej istocie: miłości, śmierci, sprawiedliwości, powinności wobec drugiego człowieka i ojczyzny. Szczęśliwie dla mnie tak się złożyło, że okruszki przypadków spotkały się w sprzyjającym miejscu i czasie, a dzięki temu przydarzyła się mi się ta historia, podobna do obrazu impresjonisty, który choć z bliska zdaje się być jedynie zbiorem kolorowych kropek, widziany z oddalenia pozwala ujrzeć pejzaż niezrównanej urody.

  Wspominałam już, że podczas mojego pierwszego pobytu w Orii, pewien młody człowiek pracujący w willi powiedział mi że prawnuk Antonia Fogazzaro, markiz Giuseppe Roi, zapisał ją w testamencie FAI, pod warunkiem, że powstanie tam muzeum poświęcone pamięci jego sławnego przodka. Markiz już wtedy był człowiekiem w bardzo podeszłym wieku, więc tak się stało, że po niespełna  dwóch latach opuścił ten świat. Wejście w prawa spadkowe przez Fundację i organizacja muzeum również zajęły nieco czasu, ale nadszedł dzień, kiedy pod koniec marca 2011 roku willa została udostępniona zwiedzającym właśnie z okazji Dni Otwartych. Byłam bardzo szczęśliwa, ponieważ akurat miałam dzień wolny od pracy, i bez przeszkód mogłam go poświęcić na wycieczkę do Orii. Po przybyciu na miejsce, na niewielkim placyku pomiędzy willą i kościołem zastałam spore grono osób, oczekujących na wizytę w muzeum. Z oczywistych przyczyn zwiedzający mogli wchodzić do wnętrza w niewielkich grupach, pod opieką wolontariuszy - przewodników, którzy dbali o to, aby poruszały się one płynnie, nie wchodząc sobie w drogę. Zwiedzanie rozpoczęłam od ogrodu Franca, leżącego pomiędzy kościołem, a brzegiem jeziora. Ten niewielki ogródek z pergolą porośniętą wiekowymi glicyniami oferuje przepiękny widok na Lago di Lugano. Mogłam jedynie żałować że nie zobaczyłam ich w rozkwicie, gdyż delikatne, pokrętne gałązki, starannie przycięte wprawną ręką doświadczonego ogrodnika zapowiadały, że niedługo pokryją się delikatnym seledynem świeżych listków i fioletowymi kiściami kwiatów.

   Na razie ostre marcowe słońce przepięknie wydobywało z delikatnej mgiełki unoszącej się nad wodą ciemną zieleń bluszczu, kosmate gałęzie okazałych pinii rosnących w głębi, błyczące liście zimoodpornych magnolii i oleandrów. Ten widok tak dobrze mi znany z "Piccolo mondo antico" przypomniał mi wszystkie wspaniałe opisy tego miejsca, i jeszcze raz pomyślałam o tym, jak wspaniale splata się dzisiejsza rzeczywistość z tą oglądaną tu przez pisarza, i tą którą zawarł w swojej powieści. Do willi weszliśmy przez inny ogród znajdujący się po jej drugiej stronie, zwykle niewidoczny zza ogrodzenia i gęstego żywopłotu. Tam znów przywitała nas bujna zieleń ogromnych cyprysów, magnolii, i strzyżonych szpalerów. Pomiędzy nimi stało mnóstwo wielkich donic z terakoty, czekających na kolorowe wiosenne i letnie kwiaty. Po wygodnych schodach weszliśmy na taras i po chwili znalazłam się w willi, sprawiającej wrażenie, że za moment wyjdą do nas jej mieszkańcy... Ten nastrój miejsca nadal zamieszkanego podkreślały zapalone lampy, rzucające ciepłe światło na sprzęty i bibeloty. Markiz Giuseppe, podobnie jak poprzedni spadkobiercy pisarza, odznaczał się nadzwyczajnym pietyzmem w stosunku do otrzymanego dziedzictwa i widać było, że wszyscy oni starali się nie wprowadzać zbędnych elementów wystroju, burzących niegdysiejszy porządek.

   Jedynym takim elementem niepasującym do dziewiętnastowiecznego wystroju był telefon, choć on również miał swoje lata, bowiem najwidoczniej pochodził z połowy ubiegłego stulecia. Z tego co mówił przewodnik wynikało, że markiz pozostawił szczegółowe instrukcje co do urządzenia willi, zastrzegając w testamencie, że wszystko co jest w jej wnętrzach ma rygorystycznie pozostać na swoim miejscu, i żadna, nawet najmniejsza figurka, czy łyżeczka leżąca na stole nie ma prawa go zmienić. Ze wzruszeniem pomyślałam o tym, jak na przestrzeni stulecia potomkowie Fogazzara kultywowali ten porządek, aby przekazać potomnym jego domostwo w nienaruszonym stanie.

  Powoli chodziliśmy z pokoju do pokoju, tu znowu odnajdywałam miejsca, w których pisarz umieścił bohaterów swojej powieści; pokój z alkową, będący sypialnią Franca i Luizy, salon, który wuj Piero nazywał Syberią, z racji niskiej temperatury jaka w nim notorycznie panowała, wąską galerię z oknami wychodzącymi na jezioro i drzwiami prowadzącymi na niewielki balkon. To tam Franco z przyjaciółmi muzykował przy kawie i papierosach, a przy tej pozornie niewinnej okazji toczyły się konspiracyjne rozmowy nad sposobami walki z austriacką okupacją i perspektywami na odzyskanie niepodległości. Nadal miałam w pamięci dzień kiedy po raz pierwszy stanęłam na niewielkim placyku przed kościołem i zamarłam na widok tego balkonu, gdyż w tym momencie zrozumiałam, jak bardzo imaginacja pisarza  splotła się w jedno z rzeczywistością...Tym razem sama mogłam stanąć na tymże balkonie, i popatrzeć na panoramę jeziora. Ten sam widok roztaczał się przed oczami Fogazzara, kiedy mieszkał w willi jako młodzieniec próbujący w wierszach zawrzeć niepowtarzalne uroki Valsoldy, i później, gdy jako człowiek doświadczony kolejami życia, z głową pełną nowatorskich idei i poczuciem  misji społecznej pisał swe książki, będące nie tylko wyrazem jego światopoglądu, lecz w równej mierze świadectwem niezmiernej miłości do tej ziemi. Pisarz był bardzo zaangażowany w misję odnowy kościoła katolickiego, co niestety nie spotkało się z uznaniem hierarchów, i poskutkowało umieszczeniem na Indeksie Ksiąg Zakazanych "Świętego", powieści, w której najpełniej wyraził swoje poglądy. Wspominałam już w poprzednich postach, że ta żarliwość ideologiczna nie poszła w parze z efektem końcowym, bowiem zarówno "Mały światek nowożytny" jak i "Święty" nie powtórzyły sukcesu pierwszej części cyklu. Zwłaszcza ten ostatni sprawia wrażenie publicystyki ubranej w powieściowe szaty, jednak czasu poświęconego na ich przeczytanie nie uważam za stracony, gdyż i tam znalazłam wiele interesujących fragmentów; poza tym książki te dały mi możliwość lepszego zapoznania się z pisarzem i jego twórczością. Nie mają też tu nic do rzeczy moje osobiste poglądy, Fogazzaro jako osoba walcząca o to w co głęboko wierzył, wydaje mi się godnym najgłębszego szacunku. Wiele myślałam o tym, jakim wspaniałym doświadczeniem może być dla współczesnego człowieka takie duchowe spotkanie z kimś, kogo już od dawna nie ma pomiędzy żywymi, które mimo to porusza w nas delikatne struny sentymentu, zapładnia naszą wyobraźnię, i ofiaruje niezapomniane przeżycia. Także o tym, że potrzeba nam wewnętrznej ciszy i samotności, aby doszła do głosu ta lepsza część naszej istoty, uważna i wrażliwa, i  że ten stan ducha niekoniecznie jest zależny od braku fizycznej bliskości innych ludzi...Miałam wrażenie, że podobne doznania były udziałem pozostałych zwiedzających, w skupieniu oglądających dom pisarza. Nie było wsród nas przepychanek żeby coś zobaczyć z bliska, nie słyszało się śmiechów i rozmów nie na temat, jedynie od czasu, do czasu padało jakieś pytanie do przewodnika z prośbą o dodatkową informację.

  Powoli przemieszczaliśmy się po pokojach willi, a nasz opiekun opowiadał o życiu pisarza i różnych przedmiotach, związanych z ważnymi momentami jego życia. W jednym z pokoi mogliśmy zobaczyć biurko, przy którym Fogazzaro tworzył swoje powieści, a w niedomkniętej szufladzie na dnie wyskrobany napis, jaki tam umieścił po śmierci syna Mariana. Antonio Fogazzaro miał czworo dzieci, Mariano był jego jedynym synem; choć mówi się, że bardzo kochał je wszystkie, to właśnie z Marianem wiązał szczególne nadzieje. Być może z tego powodu, że w głębi ducha był tradycjonalistą a role, jakie w ówczesnym społeczeństwie mogli odegrać mężczyzna i kobieta były dość odmienne? Nie można też wykluczyć, że w tym obiecującym chłopcu widział odbicie siebie samego, doskonalszego, pełnego zapału i szlachetnych porywów młodości?  Mariano podobno był nie tylko niezwykle uzdolniony, ale miał także posiadać piękne cechy charakteru, które sprawiały, że nadzieje ojca związane z nim mogły być jak najbardziej zasadne.
 Jednak pisarzowi nie było dane długo cieszyć się  bliskością ukochanego syna i patrzenie, jak przeistacza się w  dojrzałego człowieka, gdyż Mariano zmarł na tyfus w wieku zaledwie 20 lat. Czytając w "Piccolo mondo..."strony poświęcone śmierci małej Marysi, zwanej przez wuja Piera Ombrettą, i dalsze rozdziały powieści, w których pisarz zamieścił opis stanu ducha Franca i Luizy po przedwczesnym zgonie dziecka, a także analizę rozłamu jaki nastąpił pomiędzy małżonkami, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że tak głębokie i subtelne rozważania musiały mieć swoje źródło w rzeczywistości. Wtedy jeszcze nie wiedziałam o tym, że w rodzinie pisarza zdarzył się podobny wypadek, z tą różnicą, że dziesięcioleni Mariano nie utonął wpadając do darseny gdyż od śmierci uratowała go matka, jednak to cudem ocalone życie trwało zaledwie następne dziesięć lat...
Geniusz pisarza sprawił, że opis tych przeżyć stał się jedynym w swoim rodzaju dokumentem, uderzającym swoją głęboką prawdą, pokazującym, na jakie niebezpieczeństwa jesteśmy narażeni kiedy życie wystawia nas na ciężką próbę, mówiącym o tym, gdzie we własnym sercu i umyśle szukać pociechy, i jak pogodzić się z trudnym losem, który przypadł nam w udziale.
             
Willa Fogazzaro to spore i wygodne domostwo, z kilkoma sypialniami, pokojami gościnnymi, jadalnią, salonem, biblioteką, gabinetem do pracy i obszerną kuchnią, więc jego zwiedzanie trwało dość długo. W tym czasie mogliśmy wyrobić sobie pogląd na poziom życia pisarza i jego rodziny, zainteresowania, oraz potrzeby fizyczne i duchowe. Mogliśmy zobaczyć jego osobiste przedmioty, portrety i zdjęcia rodzinne, książki, które czytał w złotym świetle lamp przesłoniętych umbrelkami, zastawę stołową, jakiej używał, zegary, które być może własnoręcznie nakręcał o wyznaczonej godzinie; poczuć atmosferę tego domu, zasobnego i wykwintnego lecz bez przesadnego zbytku, pełnego przedmiotów, które cieszą oko i wiążą serce wspomnieniami. Kiedy zakończyliśmy zwiedzanie ponownie znalazłam się na placyku przed kościołem; w moje oczy uderzył ostry blask marcowego słońca i znów mogłam popatrzeć na jezioro, tak piękne w pełnym świetle dnia, na góry porośnięte lasem na jego drugim brzegu i ośnieżone szczyty Alp w głębi. Jak zwykle w takich magicznych momentach przyszła do mnie chwila zadumy nad wszystkim co się wydarzyło zanim tu przybyłam; myślałam też o tym, jak pięknie życie mi wynagrodziło bóle i troski emigracyjnej egzystencji, również o tym, ile w tym było splotu przypadków i okoliczności, a ile mojej woli przetrwania i szukania własnej drogi...

W czasie mojego przydługiego milczenia zdobyłam nową sprawność; nauczyłam się edytować filmiki na You Tube,  poniżej zamieszczam jeden z efektów finalnych  gdzie można obejrzeć pokaz slajdów z willi Fogazzaro.


                               
Dla osób mniej cierpliwych jak zwykle jest album zdjęć w Google + pod linkiem
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/6113313860282082657

lub na Picasie
https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/OriaWillaFogazzaro