Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Odkrycie!

Mimo iż na moim blogu nie prowadzę działalności reklamowej, tym razem zrobię odstępstwo, które (mam nadzieję) może przynieść wielu osobom sporo radości. Szukając prognozy pogody, zupełnie przypadkiem trafiłam na bardzo interesujący album . Jego autorem jest młody Bułgar, Evgeni Dinev. Ma on też  swego bloga fotograficznego i galerię. Jeśli ktoś lubi piękne zdjęcia i fantastyczne pejzaże, polecam z całego serca!
http://evgenidinevphotography.com/ to link do jego bloga i dwa linki do galerii, gdzie klikając w "okładki" można zobaczyć jeszcze całe mnóstwo po prostu niesamowitych zdjęć zarówno z Bułgarii jak i innych krajów.
http://evgenidinevphotography.com/gallery/
 http://evgenidinev.photoshelter.com/
Pozdrawiam i miłego oglądania!

sobota, 16 czerwca 2012

Lombardia. Griante, kościół Świętego Marcina.


Monti di Tremezzo
Griante to niewielka miejscowość na lewym brzegu jeziora Como, pomiędzy Lenno i Menaggio. Jest ona nieco przytłoczona sławą dwóch okolicznych atrakcji gdzie ciągną rzesze turystów: willi "Carlotta" w pobliskiej Cadenabbi, i willi Balbianello w nieco dalej leżącym Lenno. Jednak Griante, podobnie jak większość miejscowości w tym regionie, ma swą niepowtarzalną atmosferę która sprawia, że każda z nich jest w pewnym sensie wyjątkowa. To bardzo spokojne miasteczko i z dala od zgiełku można tu do woli smakować uroki Italii a jego wdzięk docenił między innymi Konrad Adenauer, który przez ponad dwadzieścia lat spędzał tu letnie wakacje w leżącej nieco na uboczu willi "La Collina". Kanclerz był chyba niezłym piechurem, gdyż miał zwyczaj przechadzać się codziennie wzdłuż zbocza góry, drogą wiodącą od willi do centrum miasteczka. Dziś na trasie tych spacerów można zobaczyć tabliczki z napisem "Przechadzka Konrada Adenauera" a w willi mieści się centrum kongresowe i hotel o wysokim standardzie, którymi zarządza fundacja jego imienia. Ponad Griante wznosi się górski masyw noszący nazwę Monti di Nava. Jego malowniczą sylwetkę można podziwiać w całej okazałości z leżącego na przeciwległym brzegu miasteczka Bellagio lub podczas rejsu statkiem. Na zboczu góry, po jej lewej stronie, widać wtedy skalną półkę, a na niej niewielki kościółek. Jest to kościół Św.Marcina (San Martino) - miejsce kultu religijnego i zarazem uznany punkt widokowy. Różnica poziomów
Monte Nava pomiędzy miasteczkiem a miejscem gdzie go wzniesiono wynosi ok 250 m. Przechadzka z Griante do miejsca gdzie znajduje się świątynia to bardzo przyjemny spacer, który zajmuje nieco ponad godzinę. Początkowy odcinek drogi to łagodnie wznosząca się mulatiera,  po pewnym czasie przechodząca w dość wąską, lecz wygodną ścieżkę. W trakcie tej niezbyt wyczerpującej wędrówki można podziwiać zarówno panoramę jeziora jak i okolicznych miejscowości. Dla osób wierzących  droga do kościoła ma również wymiar duchowy, gdyż wzdłuż ścieżki wznoszą się małe kapliczki  przedstawiające epizody z życia Jezusa, inspirowane tajemnicami różańca. Mniej więcej w połowie szlaku znajduje się nieco większa kaplica poświęcona pamięci żołnierzy Wojsk Alpejskich, w szczególności tych, którzy polegli na wojennych frontach.Tradycje alpejskie stanowią bardzo istotny element tutejszej kultury i nadal są pieczołowicie kultywowane. Dzisiejsi Alpini to często byli żołnierze którzy służyli w górskich wojskach, a także pasjonaci górskiej turystyki pieszej, zrzeszeni w klubach CAI (Club Alpino Italiano). Są oni świetnie zorganizowani, i na ogół robią wiele dobrego dla swojej okolicy. Opiekują się górskimi szlakami w swoim rejonie, prowadzą schroniska,  organizują święta patronackie, a w okresie jesieni bardzo tu popularne, wspólne pieczenie kasztanów.
GrianteZ punktu widzenia strategii wojskowej teren pomiędzy jeziorami Como i Lugano zawsze miał dla Włochów bardzo istotne znaczenie. W latach 1916-17 zbudowano tu ciąg umocnień, tzw. Linię Cadorna. Składały się na nią liczne drogi wojskowe (strada militare), koszary (caserma), okopy, bunkry i stanowiska strzeleckie. Wszystkie te obiekty na ogół są nieźle zachowane. Drogi włączono do sieci szlaków turystycznych, zaś koszary były użytkowane aż do lat 60-tych gdyż wykorzystywano je jako posterunki straży granicznej, zwalczającej bardzo tu rozwiniętą kontrabandę (Włosi swego czasu masowo przemycali papierosy ze Szwajcarii). Na terenie okopów i umocnień często można spotkać niewielkie kaplice wznoszone siłami społeczności lokalnej, przeważnie z inicjatywy klubów CAI. W czasie moich górskich wędrówek napotkałam niezliczoną ilość takich kaplic. W każdej z nich można zobaczyć podobne elementy wystroju: alpejski kapelusz z orlim piórem oraz obraz lub fresk o tematyce militarnej. Najczęściej przedstawia on żołnierza brnącego ostatkiem sił poprzez górskie śniegi, niejednokrotnie wraz ze swym nieodłącznym towarzyszem niedoli, mułem, który dźwiga elementy wojskowego wyposażenia. Patrząc na te wizerunki nie sposób zapomnieć o szaleństwie, które popycha ludzi do walki w tak ekstremalnych warunkach...Podczas mojego pobytu we Włoszech często rozmawiałam ze znajomymi na ten  temat, i na  podstawie ich wypowiedzi wyrobiłam sobie przekonanie, że tutejsi ludzie nie należą do tych, którzy kochają walkę dla niej samej. Włosi mówią o tym otwarcie, nie kryjąc że umiłowanie do wojaczki nie leży w ich naturze; preferują wino oraz dobre jedzenie, no i oczywiście (chyba na pierwszym miejscu) "amore". Obydwie wojny światowe, zwłaszcza Pierwsza, zwana Wielką, zostawiły w pamięci tego narodu trwały ślad, więc nie bez powodu w każdej z miejscowości, w jej centralnym punkcie, można zobaczyć pomnik lub pamiątkową tablicę z nazwiskami i zdjęciami poległych żołnierzy którzy niegdyś byli jej mieszkańcami. Myślę, że również z tej przyczyny najsmutniejsze i najbardziej przejmujące piosenki jakie kiedykolwiek słyszałam, to włoskie piosenki żołnierskie z czasów Wielkiej Wojny.

panoramaWracając do kościółka San Martino: jest to niewielka świątynia, która powstała tu w XVI. Zbudowano ją, aby dać w niej schronienie drewnianej rzeźbie przedstawiającej Madonnę. Figura ta, od kilku wieków jest otoczona wielką czcią. Miejscowa legenda głosi, że w cudowny sposób została przeniesiona do górskiej groty, gdzie odnalazła ją okoliczna ludność. Prawdopodobnie w rzeczywistości została tam ukryta przez mieszkańców pobliskiego Menaggio, którzy chcieli ją uchronić przed zbezczeszczeniem przez szwajcarskich kalwinów w okresie wojen religijnych. Stare dokumenty mówią, że  kościół powstał na miejscu dawnego oratorium, będącego częścią średniowiecznych umocnień Griante. Obecna świątynia mieści się na niewielkim płaskowyżu, pod imponującą skalną ścianą, zwaną Sasso San Martino (Skała Świętego Marcina). Tuż za kościołem, na skraju urwiska, znajduje się niewielki kamienny krzyż, poświęcony pewnemu tragicznemu wydarzeniu. Otóż ponad sto lat temu, w tym miejscu  29.O9.1909 spadł z urwiska i stracił życie, młody polski chłopiec, Julian Chłapowski. W boczną ścianę kościoła wmurowano tablicę pamiątkowa, wraz z prośbą o modlitwę w intencji zmarłego.To smutne polonicum przyćmiło mój entuzjazm związany z możliwością podziwiania przepięknej panoramy jeziora i otaczających je gór.

Tu muszę zamieścić pewną istotną dygresję. Dość długo sądziłam, iż tragicznie zmarły Julian był dzieckiem ( tak też napisałam w poprzedniej wersji tego posta)  na co by wskazywała pamiątkowa tablica gdzie widnieje napis,  który można byłoby odczytać jako"d'anni 9" czyli "9 lat". Próbowałam dowiedzieć się czegoś więcej o tym wypadku i w genealogii Chłapowskich szukałam małego chłopca. Zupełnie niespodziewanie znalazłam Juliana Chłapowskiego, syna Franciszka i Mari z Łubieńskich, lecz starszego o dziesięć lat i z datą zgonu 30.09.1909, podczas gdy tablica  podaje jako datę wypadku 29.09.1909. Ponownie obejrzałam jej zdjęcie  w powiększeniu i zauważyłam, iż przed cyfrą 9 w kolorze czarnym, widnieje (prawie niewidoczne) wyżłobione 1 z którego zeszła farba (podobnie jak z kilku liter) Ponieważ wszystko wskazuje na to, że to ta sama osoba, zmieniłam poprzedni akapit (chciałabym jednocześnie przeprosić wszystkich, których mimo woli wprowadziłam w błąd). Z tego co wiem, tablica już po moim pobycie została odnowiona i obecnie napis jest wyraźny, więc trudno o pomyłkę. Ponieważ ta historia bardzo mnie zaintrygowała co jakiś czas wznawiałam moje poszukiwania, aż udało mi się natrafić na artykuł we włoskim internecie, który dokładnie opisywał całe zajście i potwierdził moje przypuszczenia. Dowiedziałam się wówczas, że Julian Chłapowski zmarł w dniu następnym po wypadku, w wyniku odniesionych obrażeń.
 .
Griante ma też trwałe miejsce w historii literatury. Wybitny pisarz francuski, Henri Beyle, powszechnie znany jako Stendhal, opisał je w swojej powieści "Pustelnia parmeńska". Główny bohater książki Fabrycy del Dongo, miał się bowiem urodzić w Griante, tu też autor umieścił jego zamek i rodzinne włości. Nazwisko rodziny to inny "smaczek" związany z okolicą, wskazuje bowiem na jej pochodzenie z  pobliskiej miejscowości Dongo, leżącej nieco dalej na północ.

GrianteW okolicy Como rozwija się akcja pierwszej części powieści, poświęcona dzieciństwu i wczesnej młodości Fabrycego. Stendhal, jak wielu innych romantyków, był oczarowany jeziorem Como. W czasach kiedy mieszkał w pobliskim Mediolanie podczas letnich miesięcy bywał częstym gościem w okolicznych willach: willi Melzi w Bellagio, willi Plinio w Blevio, przebywał również w Griante. Malownicza okolica poruszyła zapewne jego imaginację, a echo tych wrażeń znalazło swe odbicie na kartach powieści. Niedawno ponownie przeczytałam tę niezrównaną książkę, i próbowałam sobie wyobrazić  okolicę taką, jaką była ponad dwieście lat temu. Oczywiście, obecne Griante znacznie się zmieniło od czasów kiedy bywał tu pan Henri Beyle, również zamek opisany na kartach powieści nie jest tym, który widział pisarz, miał on bowiem bardzo  ciekawą i burzliwą historię: początkowo zamczysko stanowiło istotny punkt obronny w czasie licznych działań wojennych, aby w XVI w stać się siedzibą okrutnego zbója i jeziornego pirata, zwanego Giovanni del Matto (Jan Szalony). Po śmierci tego przestępcy zamek został spalony, a za czasów Stendhala był jedynie malowniczą ruiną. W XIX w rozebrano jego walącą się wieżę, zaś pozostała część została poddana niezbędnej restauracji i dziś jest domem rodziny Riva.

więcej zdjęć&gt

https://photos.google.com/album/AF1QipOLOJUqX-PKp7YfmEmUiN8I2iMG_CpLZ8Jzygvz

;http://picasaweb.google.pl/elzbieta.przymenska/SanMartino#


czwartek, 7 czerwca 2012

Lombardia. Jezioro Como (Lario).


  Przez wiele lat mediolański dworzec Cadorna był dla mnie bardzo  istotnym miejscem na mapie miasta. Czasem jest on też nazywany "Stazione Nord" ponieważ  to właśnie stąd odjeżdżają regionalne pociągi łączące Mediolan z licznymi miejscowościami leżącymi na północy kraju, u podnóża Prealp. Jego nazwa pochodzi od  nazwy  placu, przy którym  się znajduje (Piazza Cadorna). Na wprost dworca można zobaczyć oryginalny, charakterystyczny akcent miasta -„Igłę z nitką”. Jest to monumentalna rzeźba, dzieło dwóch holenderskich artystów, pomnik ku czci mediolańskiego krawiectwa. Składa się on z ogromnej stalowej igły z przewleczoną trójkolorową nitką, która zanurza się w wielkiej fontannie, aby ponownie wychynąpanoramać z wody pod postacią supełka. Dworzec Cadorna jest bardzo uczęszczany, gdyż codziennie  korzystają z niego ogromne rzesze ludzi, którzy w Mediolanie uczą się lub pracują, robią zakupy, albo po prostu chcą odetchnąć wielkomiejską atmosferą. Jest on też ważny z punktu widzenia turysty, gdyż jak już wspomniałam, rozpoczynają tu swój bieg pociągi jadące na północ, w stronę Alp, oraz nad lombardzkie jeziora Como i Maggiore. Przez wiele lat tutaj zaczynały się i kończyły moje mediolańskie wędrówki, a także dalsze wycieczki. To stąd niezliczoną ilość razy odjeżdżałam w stronę Varese, Laveno, i oczywiście Como, które było jednym z punktów wypadowych dla moich górskich wypraw.
  Po mniej więcej godzinnej jeździe, pociąg, (czasem stary i zdezelowany, czasem nowy, z klimatyzacją) zatrzymywał się na stacji Como Lago. W dosłownym tłumaczeniu znaczy to "Como Jezioro" i jest to jak najbardziej zasadne, ponieważ wychodząc z wagonu widzimy po drugiej stronie ulicy jezioro, które nawet najbardziej zblazowane osoby uważają za jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Od dawna jest ono europejską Mekką turystyczną; szczególną sławą cieszyło się w epoce romantyzmu, dlatego też wielu znanych pisarzy, poetów i kompozytorów, spędzało tu wakacje w przepięknych willach zdobiących jego brzegi. Jezioro  które w starszych źródłach jest wymieniane jako Lario,  ma kształt odwróconego "Y" i  składa się z trzech odnóg: Como, Lecco i Colico. Jest dość wąskie, bardzo kręte i głębokie ( aż 400 m!). Przez cały rok pływają po nim statki (nieco mniej liczne od jesieni do wczesnej wiosny) są też wodoloty, a w centralnej części pomiędzy jego brzegami kursują  promy. Jezioro Como widziałam niezliczoną ilość razy,  od chwili kiedy je zobaczyłam po raz pierwszy minęło wiele lat, jednak tamto wrażenie jest we mnie  tak żywe, jakby od tego czasu upłynęło zaledwie kilka dni.

  Był piękny czerwcowy dzijezior ocomoeń. W nocy przeszła burza, która oczyściła atmosferę i sprawiła, że powietrze stało się kryształowo przejrzyste. Miałam dużo szczęścia, gdyż podczas letnich miesięcy na taką pogodę trzeba polować,  zwykle bowiem nad jeziorem unosi się opar wilgoci zwany tu  "foschia" czyli lekka mgiełka, która jednak bardzo ogranicza widoczność. Pełna entuzjazmu wykupiłam bilet na statek do Bellagio, i chyba również w tym wypadku czuwał nade mną jakiś dobry duszek. Ze względu na wysoką cenę biletu zrezygnowałam z rejsu  ekspresowym statkiem i  wygrałam na tym, gdyż jak się później okazało, nie miał on odkrytego pokładu, więc płynąc nim miałabym  ograniczoną widoczność. Wsiadłam na górny pokład następnego "powolnego" statku, i cała w skowronkach rozkoszowałam się cudnym widokiem okolicy. Pierwsza rzecz, jaka mnie uderzyła, to niesamowity kolor  tego jeziora. Nigdy w życiu nie widziałam wody o tak intensywnym, szmaragdowym kolorze i złotawym oleistym połysku, niczym najlepsza oliwa "extra vergine". Brzegi jeziora stanowią stoki niezbyt wysokich gór porośniętych liściastym lasem, a ponieważ przypomina ono  wijącą się rzekę, zieleń drzew odbija się w lustrze wody, co daje jej ten urzekający, zielony kolor. Po pewnym czasie, kiedy ta okolica stała się jednym z ulubionych celów moich wycieczek, dowiedziałam się, że jezioro może mieć także kolor akwamaryny lub szafiru, szczególnie, jeśli patrzymy na nie ze szczytu góry.
  Tymczasem podążaliśmy w stronę Bellagio, a ja, jak urzeczona oglądałam otaczające mnie cuda... Statek płynął slalomem od brzegu do brzegu, zawijając do poszczególnych miejscowości, a wąsaty marynarz oznajmiał następny przystanek wykrzykując jego nazwę. Nie wiedziałam, co mam bardziej podziwiać, piękno pejzażu, czy miasteczka i wille rozproszone na brzegach? Patrzyłam na góry otaczające jezioro, na ich łagodne grzbiety, przypominające stado śpiących dinozaurów, i myślałam o tym, jak by to było
górypięknie, gdybym mogła stanąć  na jednym ze szczytów żeby zobaczyć wszystko z innej perspektywy... To pierwsze spotkanie z jeziorem stało się zaczątkiem ogromnej fascynacji, w przyszłości wracałam tam jeszcze  wiele razy, ciągle głodna nowych miejsc i nowych widoków. Podczas tego pierwszego rejsu, mniej więcej w połowie jeziora, zobaczyłam niewielki półwysep, a na nim willę, tak  uroczą, że oniemiałam z zachwytu. Była to willa Balbianello, nieco później dowiedziałam się, że jest tam muzeum, którego nie omieszkałam zwiedzić podczas jednej z następnych wycieczek. Ten pierwszy rejs zakończyłam w Bellagio, prześlicznym miasteczku położonym  na cyplu półwyspu o tej samej nazwie, którego górzysty obszar określa się mianem "Triangolo Lariano". Z cypla rozciąga się  wspaniały widok na trzy odnogi jeziora: prawą - Como, Lecco po lewej, a na wprost Colico, ze skalistą ścianą Alp w głębi. Przeżyłam tam swoiste deja-vu, kiedy przed sobą zobaczyłam dwa leżące obok siebie szczyty, o dziwnych, pochylonych sylwetkach, które wydały mi się znajome, mimo że przecież nigdy przedtem tu nie byłam. Dopiero po chwili zorientowałam się, że widziałam tę panoramę na starej litografii, stanowiącej ilustrację do biografii Wagnera (w Bellagio urodziła się jego żona Cosima).

  Wzdłuż jeziora, po zboczach gór, prowadzą wąskie i kręte drogi (czasami na dość znacznej wysokości) więc można tu  podróżować również samochodem, rowerem, albo skorzystać z bardzo licznych autobusów (w tym wypadku warto zająć miejsce przy oknie, od strony brzegu, co gwarantuje naprawdę niezapomniane widoki). W autobusach najczęściej panuje bardzo sympatyczna, wręcz rodzinna atmosfera. Kierowcy na ogół znają więksstatekzość swoich stałych pasażerów, więc ucinają sobie z nimi pogawędki, jednocześnie prowadząc autobus z iście kawalerską fantazją. Dojeżdżając do zakrętu używają klaksonu, trąbiąc przeraźliwie aby ostrzec kierowców nadjeżdżających z przeciwka. Niejednokrotnie czułam się nieswojo, kiedy po jednej stronie drogi widziałam kilkudziesięciometrową przepaść i wody jeziora, zaś z drugiej  skalną ścianę, podczas gdy pan kierowca prowadząc autobus flirtował z dziewczynami wracającymi ze szkoły, lub wymieniał wrażenia z jakimś znajomym. W sumie wszystko kończyło się dobrze, po czym cała i zdrowa (choć pełna licznych dodatkowych i nieplanowanych emocji) docierałam na miejsce. Te rodzinne stosunki obejmują zresztą każdego, kto wyraża chęć wspólnego podróżowania lokalnym autobusem. Można np. wsiąść bez biletu (w wioskach bilety kupuje się w barach, które w większości są  zamykane w południe) a uprzejmy kierowca zatrzyma się w pobliżu miejsca gdzie można go nabyć, i poczeka cierpliwie, aż dokonamy zakupu. Jeśli gapowiczem jest cudzoziemiec nie potrafiący się dogadać, zawsze znajdzie się wśród pasażerów kilka osób chętnych do udzielenia pomocy wszelkimi dostępnymi sposobami.
W miarę jak oswajałam się z terenem a moja wiedza o różnych ciekawych szlakach rosła, zaczęłam się zapuszczać w głąb okolicznych gór. Uwielbiałam te piesze wycieczki, jednak zawsze największą satysfakcję sprawiał mi moment, kiedy wspinając się coraz wyżej i wyżej, dochodziłam do miejsca, skąd mogłam w dole dostrzec lustro wody. Było to dla mnie niczym nieoczekiwane spotkanie z miłym znajomym, którego nagle dostrzegamy w ulicznym tłumie. Oglądałam to jezioro i jego zmieniające się kolory o różnych porach dnia i roku, podczas pięknej  pogody i w deszczu, w oślepiającym słońcu i spowite w opalizującą mgłę. Odmienione, lecz wciąż to samo...


niedziela, 3 czerwca 2012

Maj i Maja w ogrodzie.




Być może, moi starzy czytelnicy pamiętają z ubiegłego roku wpis na Bloxie, w którym opisywałam moje ogrodowe perypetie. Dla przypomnienia: rok temu kupiłyśmy wraz z Martą bardzo zapuszczoną i od kilku lat nieuprawianą działkę z zaniedbaną, murowaną altanką. Ubiegły rok poświęciłyśmy na jej remont i budowę drewnianego tarasu, co wykonali wynajęci rzemieślnicy. Zostało nam jeszcze nieco prac typowo kosmetycznych, które planujemy zrobić same, kiedy poprawi się pogoda. Gdy zobaczyłyśmy ten ogród po raz pierwszy, zachwyciły nas stare drzewa i ogromna ilość kwiatów, wiele lat temu posadzonych przez poprzednich właścicieli (tulipany, narcyzy, śniedki i piwonie) oraz innych, które same się wysiewały    (niezapominajki, stokrotki, łubiny, ostróżki, dzwonki ) i które dopiero zaczynają się ukazywać. Do tego są jeszcze przepiękne paprocie i krzaki bzu. Te ostatnie, przycięte rok temu, w obecnym sezonie odwdzięczyły się nam ogromną masą kwiatów. To wszystko stanowi nie tylko urok tego miejsca, ale też niesamowity kłopot, bo ogrodu nie można po prostu przekopać i zacząć całej pracy od początku, nie niszcząc przy okazji tego, co już jest. W związku z tym, próbuję karczować niektóre miejsca aby wprowadzić w całość  jakiś ład, co jest naprawdę trudnym zadaniem. Ubiegłej wiosny założyłyśmy spory trawnik, który systematycznie koszony, jak dotąd ma się dobrze. Jednak trawa która rośnie poza nim, pośród kwiatów, w tym roku musi być wycinana za pomocą nożyc, co jest prawdziwie syzyfową pracą. Mam nadzieję, że gdy uda mi się poprzenosić kwiaty cebulowe i byliny aby stworzyć z nich sensowne grupy, w przyszłym roku będziemy  mogły użyć do tej pracy kosiarki lub przynajmniej podkaszarki. Mimo wszysto, jestem bardzo zadowolona a nawet szczęśliwa, gdyż nie tylko mam ważny powód żeby wyść z domu, ale również miejsce gdzie mogę popracować fizycznie co w pewnym sensie rekompensuje mi moje górskie wycieczki, jakim z pasją oddawałam się podczas pobytu we Włoszech. Kiedy zakończymy prace remontowe wokół domku z przyjemnością zaprezentuję końcowy efekt naszej pracy. Na razie chciałabym się podzielić zdjęciami jakie zrobiłam w ubiegłym miesiącu, podczas pobytu mojej wnuczki Mai, która mi dzielnie asystowała podczs podlewania i grabienia.

piątek, 1 czerwca 2012

Lombardia. Torno, Pietra Pendula, czyli kamień na kamieniu, na kamieniu kamień.


jezioro ComoWędrując po lombardzkich Prealpach wielokrotnie napotkałam w okolicy ogromne głazy, przywleczone tu przez przesuwający się lodowiec. Ich  kształty i wielkość są doprawdy imponujące a z niektórymi związane są lokalne opowiastki i legendy. W niektórych wykuto charakterystyczne niecki, prawdopodobnie niegdyś służące jako miejsca pochówku (o czym pisałam w poprzednim poście). Część  tych interesujących pomników natury  jest celem wycieczek i prowadzą do nich oznakowane ścieżki, inne leżą samotnie, zagubione w lesie. Wiele z nich, rozproszonych w masywie Corni di Canzo, można obejrzeć podążając geologiczną ścieżką dydaktyczną. Tym razem chciałabym napisać jedynie o tych pierwszych, gdyż ścieżka geologiczna jest dość długa, zawiera liczne elementy i z całą pewnością zasługuje na osobny wpis.

głaz narzutowyChodząc po górskich szlakach w okolicy Torno i Blevio również napotykamy wiele takich głazów. Jeden z nich jest doprawdy bardzo szczególny, gdyż ma formę ogromnego grzyba. Jest on znany pod nazwą "Pietra Pendula" co można byłoby przetłumaczyć jako "wiszący" lub "bujający się" kamień i znajduje się  nieopodal górskiej osady na wzniesieniu zwanym Monte Piatto. Jest to ogromna, granitowa bryła, ważąca prawdopodobnie około 60 ton, wsparta na swego rodzaju postumencie z wapienia. Istotnie, całość wygląda niczym wielki borowik o fantazyjnie wywiniętym kapeluszu. Powszechnie uważa się, iż "efekt końcowy" jest dziełem rąk ludzkich i baza, czy też nóżka grzyba została celowo ociosana, aby całości nadać ten bardzo szczególny kształt. Donosi o tym tablica umieszczona na postumencie, jednak nie znalazłam żadnej informacji mówiącej o tym kto i kiedy miałby tego dokonać. Jeśli tak było istotnie, to wszelkie informacje na ten temat nikną chyba w pomroce dziejów, gdyż żadna z lokalnych legend nic nie wspomina na ten temat. Być może jest to dzieło tych samych rąk, które w zamierzchłych w górachczasach wykuły grobowce w kamieniach zwanych tu "massi avelli" jakie również można napotkać w tej okolicy. Wyznam jednak, że pomyślałam sobie (może naiwnie, bo absolutnie nie znam się na geologii) iż być może skała wapienna na której wspiera się granitowa bryła, jako bardziej miękka i narażona na erozję, po prostu wypłukała się w ciągu tego w końcu niezmiernie długiego okresu, od kiedy wędrował tędy lodowiec przesuwający ów głaz. Taka refleksja nasunęła mi się kiedy zobaczyłam iż  "nóżka" skalnego grzyba jest o wiele bardziej wypracowana od strony, gdzie spływa woda w czasie opadów, natomiast ze strony przeciwnej jest zdecydowanie bardziej masywna. Tak, czy inaczej, widok tego tworu faktycznie robi ogromne wrażenie, zresztą cały szlak jest bardzo interesujący, również ze względu na możliwość podziwiania przepięknej panoramy Jeziora Como. Kilkakrotnie podczas rejsu statkiem miałam okazję przyjrzeć się wzniesieniu Monte Piatto (Płaska góra) które sprawia wrażenie tarasu przyklejonego do zbocza wyższego łańcucha górskiego noszącego nazwę Monte Bolettone. Wygląda to bardzo malowniczo, zwłaszcza kiedy powoli kończy się lato i kasztanowce porastające góry zaczynają zmieniać barwę z zielonej na złotawgłaz narzutowyą,  powietrze staje się  bardziej przejrzyste,  a cały pejzaż nabiera wspaniałych kolorów, zapowiadających  nadchodzącą jesień. W lasach zaczyna się unosić  nieco gorzkawy zapach kasztanowych liści, które niedługo zaczną opadać, a wody jeziora, zmarszczone pod wpływem lekkiego wiatru, pokrywają się delikatną falą, przystrojoną leciutką koronką piany. Widziałam ten pejzaż we wszystkich jego szatach, ale ta nastraja mnie najbardziej sentymentalnie, budząc we mnie uczucie, które Jarosław Iwaszkiewicz nazywał "serenite" -  to spokój z lekką nutką melancholii, świadomość przełomu i przemijania połączonego z poczuciem zawieszenia w czasie. Uwielbiam tę porę i kocham to uczucie. W końcu urodziłam się 5 września, pod znakiem Panny, więc jest to "mój czas". Czas refleksji, ostatnich kwiatów, spadających kasztanów, złotych liści i babiego lata...
Monte Piatto