Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

niedziela, 20 maja 2012

Lombardia. Monte San Zeno.


jezioro ComoWycieczka na Monte San Zeno była jedną z tych, do których zbierałam się jak przysłowiowa "sójka za morze" bowiem czekała na realizalizację nieomal pięć lat... Pierwszy raz zwróciłam uwagę na tę górę podczas rejsu statkiem po Jeziorze Como. Było późne popołudnie i właśnie wracałam do domu po jednej z moich wypraw. Zrezygnowałam wtedy z jazdy autobusem na rzecz statku, aby przy okazji zrobić kilka zdjęć. Byliśmy właśnie na wysokości Argegno, kiedy niespodziewanie załamała się pogoda i zaczęło zbierać się na burzę. Tak dobrze mi znana panorama okolicznych gór nagle nabrała zupełnie innego wymiaru. Najczęściej widziałam ją przy dobrej pogodzie, lub spowitą welonem lombardzkiej mgiełki; tym razem, na tle ciemnych, burzowych chmur kontury gór rysowały się wyraziście, niczym na dziewiętnastowiecznej litografi stanowiącej ilustrację do romansu grozy. Moją uwagę przykuło wzniesienie przypominające kształtem stożek  (lub bardziej prozaicznie - ogromną kopę zielonego siana)  znajdujące się w niecce leżącej u podnóża Monte Generoso, w części Pre-Alp zwanej Valle d’Intelvi. Zafascynował mnie ten kształt, więc zaczęłam mu się przyglądać z uwagą. Miałam wrażenie, że na szczycie widzę coś, co przypomina kościelną wieżę. Zaintrygował mnie ten widok, pomyślałam wtedy nawet, że to dość dziwne miejsce na budowę kościoła z racji sporej odległości od ludzkich siedzib. Niemniej, znając włoski obyczaj umieszczania kaplic i sanktuariów na szczytach gór, pomyślałam, że to prawdopodobnie jedno z nich, gdzie wierni udają się na pielgrzymkę, ofiarowując swój trud w sobie tylko wiadomej intencMonte San Zenoji... Wtedy też na widok tego fascynującego wzniesienia przyszło mi do głowy, że byłaby to z pewnością bardzo ciekawa wyprawa. Próbowałam rozpytywać znajomych, czy wiedzą coś o tej tajemniczej górze i widocznej tam budowli, lecz nikt nie miał pojęcia o jakie miejsce mi chodzi, ani jak tam dotrzeć. Wtedy przyszło mi do głowy, że dobrym źródłem iformacji mogą być kierowcy lokalnych autobusów rekrutujący się z Como i okolicznych wiosek, którzy z racji swej pracy ustawicznie krążą po całym regionie. Okazało się, że był to pomysł genialny w swojej prostocie! Pewnego razu, jadąc do Bellagio, gdy po drugiej stronie jeziora ukazało się interesujące mnie miejsce, wskazałam górę kierowcy i zapytałam, czy może mi coś powiedzieć na jej temat. Trafiłam na wiarygodne źródło, ponieważ ów pan był członkiem Klubu Alpejskiego i osobą dobrze poinformowaną. Dowiedziałam się wtedy, że ta góra to Monte San Zeno, a na szczycie są rzeczywiście ruiny zabytkowego kościoła. Kierowca uprzedził mnie, że szlak jest mało uczęszczany i w związku z tym nieco "zapuszczony" a cały  szczyt góry porasta zdziczała roślinność. Nie była to dobra wiadomość i  nieco ostudziła mój zapał, lecz idea odwiedzenia tego miejsca odżyła, kiedy weszłam w posiadanie książkowego przewodnika po pieszych szlakach turystycznych w okolicy Jeziora Como. Znalazłam wtedy inne, niezbędne mi wskazówki, dowiedziałam się też, że kościół wzniesiono w 1215 roku i niestety, obecnie jest w ruinie. Mimo iż nigdy mi nie brakowało planów ani zamierzeń czekających w długiej kolejce na realizację, umieściłam projekt wycieczki na San Zeno na mojej dość długiej liście. Dziwna rzecz, ale pomimo wręcz obsesyjnej chęci aby dotrzeć na ów szczyt, z niewyjaśnionych powodów odczuwałam jakiś dziwny lęk na myśl o samotnej wyprawie, tym dziwniejszy, że przecież z reguły wszystkie wycieczki, również i te górskie, robiłam w pojedynkę. Chyba właśnie z tego względu zwlekałam z jej realizacją, mimo iż niejednokrotnie jadąc autobusem do San Fedele, Pelio, czy innych wiosek Valle d’Intelvi skąd prowadzą szlaki po tej malowniczej okolicy, San Zeno nieodmiennie przyciągało mój wzrok niczym magnes. Przez kilka lat nadaremnie szukałam kogoś, kto mógłby mi dotrzymać kompanii, lecz tak się składało, że na przeszkodzie stały problemy ze zgraniem dni wolnych od pracy, pogodą, lub obowiązkami rodzinnymi moich potencjalnych towarzyszy. Tak minęło prawie pięć lat, i wreszcie przyszedł dzień, kiedy powiedziałam sobie, iż albo pójdę sama, albo będę zmuszona zrezygnować z tego pomysłu. Ponieważ rezygnacja nie leży w mojej naturze, postanowiłam, że jeśli tylko pogoda będzie w miarę sprzyjająca, najbliższy wolny dzień bez względu na okoliczności przeznaczę na tę wyprawę. Szczerze mówiąc, od początku wszystko składało się na opak... Obudziłam się otępiała, z okropnSan Zenoym bólem głowy, i z ledwością zdążyłam na pociąg do Como. Teraz czekała mnie jazda autobusem do Argegno i przesiadka do San Fedele d’Intelvi, a następnie po prawie godzinnym oczekiwaniu, jazda jeszcze jednym autobusem do wioski Casasco d’Intelvi, gdzie zaczynał się właściwy, pieszy szlak. Była to prawdziwa podróż „rzemiennym dyszlem” jak mawiali nasi przodkowie. Gorzej, bo już w chwili wyjazdu z Como pogoda nie była najlepsza mimo dość dobrej prognozy meteo (niestety, w tym regionie bardzo często mylnej). W głębi ducha miałam jednak nadzieję, że niebo się rozjaśni, zniknie foschia, i poprawi się widoczność. Kiedy dojechałam do Casasco, na niebie pojawiły się jeszcze ciemniejsze, wyrażnie deszczowe chmury. Ponieważ pierwszy odcinek szlaku przebiega asfaltową drogą, przy której od czasu do czasu spotyka się pojedyncze zabudowania gdzie ewentualnie można szukać schronienia, postanowiłam, że jednak przejdę jeszcze kawałek drogi, i zawrócę, jeśli  aura nie zmieni się na lepsze. Na szczęście ciemne chmury gdzieś się rozpłynęły i mimo nienajlepszej widoczności pogoda stała się znośna. Po przejściu kilku kilometrów asfaltową drogą skręciłam w lewo, i weszłam na ścieżkę prowadzącą w stronę szczytu. Monte San Zeno nie jest wysoką górą, liczy sobie jedynie 1000 m, natomiast wioska Casasco jest położona  dość wysoko,  więc aby dotrzeć na szczyt do pokonania miałam zaledwie niespełna trzysta metrów przewyższenia i odległość około siedmiu kilometrów. Szlak prowadził poprzez las w pobliżu pastwisk gdzie pasły się stada owiec, więc  od czasu do czasu z wiatrem dobiegało mnie ich beczenie i dźwięk dzwoneczków. Wzdłuż ścieżki napotkałam liczne drewniane krzyże, co wskazywało na fakt, iż jest to trasa pielgrzymek, podczas których wierni wędrują na górę odmawiając poszczególne tajemnice różańca.

Na San Zeno prowadzi kilka ścieżek. Ta z Casasco, mimo iż dość długa, jest chyba najłatwiejsza. W najdłuższym odcinku wznosi się bardzo łagodnie, i praktycznieMonte San Zeno dopiero na ostatnim kilometrze biegnie po stromym zboczu. Kiedy dotarłam do celu, zamiast ruin, o których pisano w przewodniku, zastałam kościół, co prawda zamknięty, lecz kompletnie odrestaurowany. Ślady restauracji są wyraźnie widoczne, ponieważ stara i nowa część znacznie różnią się kolorem. Kościółek to bardzo prosta budowla z niewysoką dzwonnicą, wzniesiona z lokalnego, szarego kamienia. Mimo zamkniętych drzwi nie jest on niedostępny, ponieważ do wnętrza można zajrzeć przez zakratowane okienko, co pozwala zobaczyć ołtarz z wykonanym współcześnie wizerunkiem Świętego Zenona. Obiekt ten, mimo swojej wartości historycznej, przez wiele lat był kompletnie opuszczony. Tak się złożyło, że w czasie kiedy dojrzewałam do realizacji tego pomysłu trwały tam prace restauracyjne, które zakończono kilka miesięcy przed moim przybyciem. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam tę tajemniczą budowlę na tle ciemniejącego nieba, była to rzeczywiście ruina, zarośnięta zdziczałą roślinnością. Obecnie szczyt góry oczyszczono z krzewów i drzew, co daje możliwość oglądania wspaniałej panoramy okolicy z jeziorem Como widocznym w dole i otaczająch je gór. Niestety, tym razem pogoda nie dopisała na tyle abym mogła naprawdę cieszyć się widokiem, jaki można podziwiać w słoneczny dzień, nie mówiąc o zrobieniu pryzwoitych zdjęć. Był to niewątpliwie minus tej wycieczki, lecz nie powiem, aby mnie to specjalnie zmartwiło. Niezależnie od tego miałam ogroMonte San Zenomną satysfakcję, ponieważ osiągnęłam to, co tak długo chodziło mi po głowie, i w tym momencie było to dla mnie najważniejsze. Oczywiście, byłam też bardzo zadowolona z tego, że zobaczyłam to miejsce nie w ruinie, ale doprowadzone do stanu na jaki zasługuje, zadbane i otoczone opieką.

Na niewielkiej łączce obok kościoła zrobiłam sobie mały piknik w towarzystwie włoskiej rodziny z dwójką bliźniaków, która się tam pojawiła prawie równocześnie ze mną. Jak się okazało, przyszli oni od strony Cerano, wioski leżącej u podnóża góry, o wiele niżej niż Casasco. To od nich dowiedziałam się szczegółów na temat rewitalizacji tego miejsca.  Po krótkiej wymianie informacji na temat ścieżek, postanowiłam, że z powrotem pójdę drogą, którą przyszli Włosi, i vice-versa, oni postanowili wracać tą, którą ja przybyłam. Ta druga ścieżka była dość stroma, zapuszczona i pełna wyrw po niedawnych ulewach, lecz o wiele krótsza, więc po niedługim czasie znalazłam się w Cerano. Nie obawiałam się problemów z powrotem do San Fedele, gdyż wyruszając na wyprawę zawsze mam przy sobie książeczkę z rozkładem jazdy lokalnych autobusów, co pozwala mi na ewentualną zmianę trasy, jeśli zachodzi taka konieczność. Po drodze zastanawiałam się, dlaczego tak długo zwlekałam z realizacją tego pomysłu i skąd się wziął ten irracjonalny lęk, który mnie powstrzymywał. Monte San ZenoWtedy przyszła mi do głowy myśl, że być może to moja "kocia intuicja" podpowiadała mi, iż to jeszcze nie jest odpowiedni czas? Gdybym poszła tam wcześniej zastałabym smętne, zachwaszczone ruiny, a szczyt góry zarośnięty drzewami i krzakami bez możliwości popatrzenia na okolicę, co przecież zawsze jest najpiękniejszym momentem kiedy wreszcie osiąga się cel wędrówki, więc w tym wypadku zwłoka okazała się moim sprzymierzeńcem. Było mi nieco żal straconej okazji sfotografowania jeziora z tej wysokości, ale mówi się trudno! Podobne widoki widziałam już wiele razy, więc w moich albumach nie brakowało podobnych ujęć. Na pociechę udało mi się zrobić "portret" fiołka alpejskiego w jego naturalnym środowisku, oraz zdjęcie interesującej rzeźby wykonanej przez anonimowego artystę w pniu, czy też korzeniu, którą zupełnie nieoczekiwanie zobaczyłam na skraju lasu.

Jak większość obiektów tego rodzaju, również koścółek na Monte San Zeno posiada swoją bardzo ciekawą historię, ściśle związaną z nieprzeciętnym zdolnościami niegdysiejszych mieszkańców tej okolicy. Z Valle d’Intelvi wywodzili się  romańscy i średniowieczni rzeźbiarze oraz architekci, którzy przeszli do historii sztuki jako „magistri antelami" od nazwiska mistrza zarządzającego pracownią, lub "intelvesi” od nazwy krainy, z której pochodzili. Najsławniejszym z nich był właśnie Benedetto Antelami, a jego wspaniałe płaskorzeźby zdobią między innymi  baptysterium w Parmie, i Duomo w Fidenzie. Legenda związana z kościółkiem na górze nieopodal Casasco, mówi, że grupa artystów - kamieniarzy, którzy pracowali przy wzniesieniu i dekoracji kościoła San Zeno w Veronie, podczas powrotu w rodzinne strony została zaskoczona na jeziorze Como przez niezwykle gwałtowną burzę. Nieszczęśni podróżni, zagrożeni utratą życia, żarliwie modlili się o ocalenie właśnie do Świętego Zenona. Na szczęście burza ucichła i zostali uratowani, więc w podzięce zbudowali tę niewielką świątynię. Przypomina o tym tablica wmurowana w lewą ścianę prezbiterium kościoła.
Monte San Zeno















Ten uroczy mostek znajduje się na ostatnim odcinku drogi, tuż przed Cerano. Na mostku wierni towarzysze moich wędrówek: plecak , kijek i kapelusz.


więcej zdjęć można jak zwykle zobaczyć na na Picasie>
https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/SanFedeleMonteSanZeno

11 komentarzy:

  1. Świetny wpis i świetne zdjęcia. Czyta się jak kryminał. Zostałaś nagrodzona za upór i konsekwencję.
    Włosi potrafili zadbać o najbardziej nawet opuszczone zabytki, a u nas tak wiele jest do zrobienia... :(( BBM

    OdpowiedzUsuń
  2. Cześć Babciu! Jak się zapewne zorientowałaś niejednokrotnie męczyła mnie swego rodzaju "idee fixe" którą potrafiłam pielęgnować latami. Może było to podświadome dążenie do dramatyzacji mojego ubogiego życia emocjonalnego w okresie emigracji? Bardzo trafnie podkreśliłaś to, na co zawsze staram się zwrócić uwagę, czyli wola zachowania tradycji i szacunek dla lokalnej historii, przenoszona z pokolenia na pokolenie i nadal bardzo silna w rejonach alpejskich.

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj, sukienko, ale mnie dotknęłaś tymi opisami o Como. Od lat chciaładym zobaczyć to jezioro i tak składa że nie mogę. Zawsze coś wypada, nie pasuje albo jadę w inne miejsce. Zaparłam się, że tej jesieni tam pojadę ale pewno tak jak ty - sama. Ja byłam wczoraj w Toskanii, będzie post na moim drugim blogu....Idę sobie zielonym szlakiem. Serdecznie Cię pozdrawiam. Alina.

    OdpowiedzUsuń
  4. Alinko a ja zawsze pragnęłam jechać do Toskanii i nie pojechałam (ale może jeszcze to nadrobię) a tymczasem poczytam u Ciebie...Do Como jedź koniecznie, jesień będzie ok. bo foschia nie psuje widoków. Również pozdrawiam!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękna wyprawa... po tylu latach cel osiągnięty... :-)
    Ja nad Como nigdy nie zawitałem. Jeżeli chodzi o większe jeziora we Włoszech to byłem tylko nad Gardą i Caldonazzo...
    Ale zachęcać mnie nie trzeba, wiem, że tam jest pięknie, zresztą nie tylko tam... :-)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ciekawie sie Ciebie czyta, jak powiesc, mam troche niedosyt zdjec z tej wyprawy ale poszukam u Ciebie na Picasie!
    No i jak zwykle podziwiam Ciebie za odwage samotnego wedrowania po jednak, obcym kraju.

    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dzięki Różyczko, również za to że mi przypomniałaś o linku. Niestety plon tej wyprawy nie powala, raz że pogoda była podła i moje samopoczucie również, jakoś dziwnie nie miałam woli do fotografowania a część zdjęć po prostu była do bani z racji foschii.

    Jacek - chciałabym żebyś tam zawitał . Moglibyśmy skonfrontować wrażenia!

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak to napisać - zazdroszczę i podziwiam w równym stopniu Twoją determinację!
    Nie o to chodzi, że sie zniechęcam, ale nie umiem chodzić sama, towarzyszy mi, przy wszelkich tego próbach, irracjonalny lęk.
    Mój mąż sie dziwi, mówi, że jeśli juz czegoś/kogoś sie bac, to w mieście, ale w lesie? w górach?
    A ja nie lubie sama, czyli zalezna jestem od towarzystwa, a ile rzeczy mogłabym zrobic, możesz sobie wyobrazić...

    Piekna wycieczkę zrobiłaś i jak mówisz - dobrze, że nie wczesniej, Twoja kocia intuicja podpowiedziała słusznie, że co sie odwlecze, to nie uciecze;)


    Nie pisałam wczesniej, bo dopiero teraz znalazłam czas, żeby spokojnie przeczytać, co napisałaś;
    Twoje wpisy zawsze zasługuja na uwagę i skupienie, nie mozna ich ot tak, ogladnąc.
    Co cieszy, ale wymaga - że tak to krótko ujmę;)
    A teraz ide do picasy:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ikroopka - jesteś jak zwykle bardzo łaskawa dla mnie! Dziękuję ! A co do chodzenia to ja Ci zazdroszczę że masz z kim...kto podziela Twoje zainteresowania.
    Trochę trwało zanim się odważyłam chodzić sama, bałam się mnóstwa rzeczy, gwałtownej zmiany pogody, żmij,dzików, niekontrolowanego poślizgu... Paradoksalnie mój strach był proporcjonalny do bliskości ludzkich siedzib i malał wraz ze wzrostem odległości. Nieopodal wiosek zawsze można spotkać psa który się "urwał" albo co gorsza wioskowego łapserdaka a tego się obawiałam najbardziej. Ale moja żądza aby chodzić po górach jednak była silniejsza niż wszystkie obawy, choć zdarzyło mi się nie raz, mieć duszę na ramieniu. Ale generalnie zgadzam się z teorią Twojego męża. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  10. i trudno się dziwić, że ciągnie cię w tamte strony. ja choć we Włoszech bylem tylko raz, też wciąż jestem pod ich urokiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też...emigracja zarobkowa to trudne doświadczenie, ale i w takiej sytuacji można znaleźć plusy, chociażby możliwość zwiedzania. Pozdrawiam!

      Usuń