Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

sobota, 26 października 2013

Lombardia. Lavena - Ponte Tresa.




Sądzę, iż każdy kto zobaczy powyższe zdjęcie, podzieli moją opinię, że położenie tej miejscowości jest naprawdę przepiękne, a cała okolica niezwykłej urody. Tak jest w istocie, bowiem Lavena Ponte Tresa leży wśród gór nad północno-zachodnią odnogą jeziora Lugano, sprawiającą wrażenie osobnego akwenu, gdyż w tym miejscu rozlewa się ona dość szeroko  a z pozostałą częścią łączy ją jedynie wąziutki przesmyk u stóp Monte Caslano, niezbyt wysokiej góry pokrytej bujną zielenią, przeglądającej się w spokojnych wodach. Jak wspominałam w jednym z poprzednich postów przebiega tu granica; północny brzeg jeziora należy do Szwajcarii, a południowy do Włoch. Przejście graniczne znajduje się na moście łączącym dwa brzegi Tresy, rzeki wpadającej do Lago di Lugano i Lago Maggiore.


Lavena Ponte Tresa to w zasadzie zlepek dwóch miejscowości, które z czasem zlały się w jeden organizm. Zabudowa w większości składa się z niewielkich domów i willi,
a wzdłuż wybrzeża ciągnie się bulwar, z którego jak na dłoni widać panoramę gór w okolicy Lugano. Bardzo polubiłam tę miejscowość, więc byłam tam kilkakrotnie przy różnych okazjach. Mój pierwszy pobyt datował się na początek kwietnia, kiedy drzewa kasztanowe porastające okoliczne góry zaczynały rozwijać swe delikatne, jasno - zielone listki. Po wilgotnym i nieco mglistym poranku, około południa niebo się wypogodziło, i cała okolica zajaśniała w blasku wiosennego słońca. 

Podobnie jak w Como, tu także z wody jeziora tryska pióropusz fontanny, jednak całe urządzenie jest nieco bardziej estetyczne, gdyż w "stanie spoczynku" sprawia wrażenie, że są to cztery białe boje, a nie nasmołowana beczka, jak to ma miejsce w pierwszym przypadku. Ponieważ były to pierwsze wczesnowiosenne dni, wyższe alpejskie szczyty widoczne na horyzoncie nadal pokrywał śnieg, co wyglądało szczególnie pięknie na tle szafirowego nieba, po którym płynęły białe obłoki. 
Z ogromną przyjemnością szłam bulwarem, chłonąc spokój i ciszę tej malowniczej miejscowości. Przy długich pomostach stało mnóstwo łodzi, jeszcze uśpionych pod swoimi plandekami, którymi je okryły troskliwe ręce właścicieli. Za to wodne ptactwo  bez zastrzeżeń poddało się wiosennemu nastrojowi, łabędzie łączyły się w romantyczne pary, przebojowe samce kaczek krzyżówek uderzały w zaloty do swoich skromnych koleżanek, a łyski brały upiększające kąpiele trzepocząc skrzydłami i rozpryskując wodę, jakby chciały zrobić konkurencję fontannie.

Jezioro Lugano
(jak już pisałam poprzednio) jest zupełnie odmienne od pozostałych lombardzkich jezior, jego brzegi są słabiej zaludnione, nie ma tu wystawnych willi podobnych do tych z nad jeziora Como,
czy z renomowanych miejscowości wypoczynkowych, jakimi się szczyci Lago Maggiore. To jezioro swoje uroki zachowuje dla okolicznych mieszkańców i gości, którzy może nie są tak liczni, ale za to potrafią docenić to, co ta nadal nieco dzika okolica ma do zaoferowania. Tu nic nas nie oszałamia swoim światowym blichtrem, i gdybym miała użyć personifikacji, przedstawiłabym je jako piękną dziewczynę o świeżej urodzie, w skromnym ludowym stroju i włosach splecionych w warkocze. Rozmyślając o tych różnicach stylistycznych oraz krajobrazowych, zawędrowałam do miejsca, gdzie jezioro przechodzi w krótki i wąski przesmyk, aby znowu rozszerzyć się w następny akwen ciągnący się aż do Porto Ceresio. 

Przesmyk wygląda niczym niezbyt szeroka rzeka, i  prosi o jakiś most, ale z racji granicy przebiegającej pomiędzy jego brzegami, można sobie jedynie popatrzeć stąd na Szwajcarię, będącą niemal na wyciągnięcie ręki. Jednak ta bliskość w przeszłości miała wielkie znaczenie dla rzesz uchodźców, którzy w czasie wojny znaleźli schronienie w granicach tego neutralnego państwa. To braterstwo narodów i pomoc ze strony Konfederacji Szwajcarskiej upamiętnia pomnik, który znajduje się w parku po stronie włoskiej, nieopodal przejścia granicznego. Na jego cokole umieszczono pełen prostoty napis, przypominający przyszłym pokoleniom o czasach wojny i faszyzmu. Bardzo mi się spodobał ów pomnik, zarówno ze względu na swoją symboliczną wymowę, jak i ciekawą formę. Jak widać na zdjęciu obok, przedstawia on dwoje ludzi wspartych stopami o kulę ziemską i trzymających się za ręce, przy czym ich sylwetki napięte niczym cięciwa łuku są dla siebie zarówno oparciem jak i przeciwwagą.

Po szwajcarskiej stronie znajduje się interesujący zabytek architektury przemysłowej zwany fornace Torrazza di Caslano. Jest to piec, w którym niegdyś wypalano wapno, używając jako surowca kruszywa z okolicznych skał. Podobne wapienniki widziałam również nad Lago Maggiore, i bardzo mnie zafascynowała ich niezwykła forma. Oczywiście, od dawna owe piece nie spełniają swojej funkcji, ale z tego co słyszałam, jest plan umieszczenia ich na liście zabytków wymagających pilnej konserwacji, ze względu na ich walory poznawcze, jako świadectwa dawnych technik przemysłowych. 


 Nie wspomniałam tu o pewnym miejscu, które przyciągnęło moją uwagę natychmiast po przyjeździe do Ponte Tresa. Było to długie, zalesione wzniesienie, gdzie na szczycie pomiędzy drzewami widniała fasada samotnego kościoła. Z reguły staram się odwiedzać podobne miejsca, zarówno ze względu na ich wartość historyczną a niejednokrotnie również artystyczną, jak i z powodu uprzywilejowanej pozycji, skąd można podziwiać rozległe przestrzenie wokoło. Także i tym razem postanowiłam, że udam się tam niezwłocznie po obejrzeniu miasteczka i zasięgnięciu informacji na temat drogi, jaka tam prowadzi. Tak też się stało, ale o tym napiszę w następnym poście.



Więcej zdjęć >
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5938644864618008977?banner=pwa

https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5938775314102005473?banner=pwa
lub
https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/PonteTresa02

https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/PonteTresaI



niedziela, 20 października 2013

Włoskie osiołki.

osiołki


















Aby uniknąć wycieczkowej monotonii postanowiłam odświeżyć mój stary wpis z Bloxa na temat osiołków. Wtedy zadedykowałam go pewnej rodaczce, autorce bloga "Ogr i Osiołek w Irlandii", która niestety dość dawno temu zamilkła. Ponieważ podobnie jak ja była na emigracji, sądzę, że być może definitywnie wróciła do Polski... Oczywiście ta dedykacja jest nadal aktualna, bo to Jej sympatia do tych zwierząt i pseudonim, jaki przybrała, natchnęły mnie do napisania tego posta. Materiał miałam już wcześniej, więc skwapliwie skorzystałam z nadarzającej się okazji. Moja "ośla przygoda" na dobre rozpoczęła się podczas pobytu we Włoszech. Oczywiście jako dziecko widziałam osiołki w ZOO, ale szczerze mówiąc, wówczas nie zrobiły na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia.
osiołekZresztą, jak to wszyscy wiemy, osiołek (poza tym z bożonarodzeniowej stajenki) nie jest  zwierzęciem cieszącym się szczególnym zainteresowaniem czy estymą. Nie wiadomo też właściwie dlaczego właśnie on stał się synonimem głupoty. Trudno to zrozumieć, chyba że za jej dowód uznamy niestrudzoną pracę tego gatunku na rzecz człowieka, który często - gęsto nie karmi go jak należy, a do tego niejednokrotnie okłada kijem. Oprócz tego posądzanie o złośliwy upór i lenistwo, też wydaje mi się na wyrost. W końcu każde stworzenie ma swój instynkt samozachowawczy i broni się jak może! Gatunek ludzki, sam niedoskonały, lubi przypinać łatki innym kreaturom i ustanawiać stereotypy na swoją miarę. Kiedy jako dziecko czytałam "Kubusia Puchatka", Kłapouchy i Mama Tygrysica byli moimi ulubionymi bohaterami. Samego Kubusia niezbyt lubiłam, bo zawsze uważałam że jest zbyt łakomy, no i ten mały rozumek... 
osiołek
Kiedyś, na początku mojego pobytu w Lombardii, zdarzyło mi się wędrować na piechotę w okolicy Erby, miasta leżącego u podnóża Prealp. Jak zwykle piesza wędrówka była dla mnie okazją do rozmyślań, więc dusza moja bujała w obłokach podczas kiedy ciało mechanicznie przebierało nogami. Raptem poczułam ostry zapach stajni a po chwili jakiś przeraźliwy głos zmroził mi krew w żyłach. Kiedy doszłam do siebie po przeżytym wstrząsie, stanęłam oko w oko  z grupą osiołków, które pasły się za płotem. Wtedy po raz pierwszy lecz nie ostatni, miałam okazję widzieć te miłe zwierzaki. Od tamtej pory spotykałam je wielokrotnie, i na ogół zawsze zatrzymywałam się żeby na nie popatrzeć i zrobić zdjęcie, jeśli któryś miał ochotę, aby mi pozować. Lubię ich miękkie pyski, długie uszy i ufne, spokojne oczy. Nie ukrywam, że boję się zwierząt większych ode mnie i właśnie osiołek był pierwszym zwierzęciem, któremu podałam coś do zjedzenia, nie myśląc przy tym, że może mi odgryźć rękę.
Mam nadzieję, że osobom, które przeczytają ten wpis, spodobają się "moje" osiołki. Zapraszam wszystkich jak zwykle do Googli i na Picasę, gdzie jest więcej zdjęć osiołków

>https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5642275330783974337?banner=pwa
lub
>https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/Asinelli

Kiedy Marta zobaczyła  zdjęcie jakie zamieściłam poniżej wykrzyknęła: "O, ośle dziecko"!

osiołek
Faktycznie, trudno tak nie pomyśleć, widząc jego nieporadność,
i duży, jeszcze niekształtny łebek. Jest to jedno z pierwszych zdjęć jakie zrobiłam, i jestem do niego bardzo przywiązana. Pozdrawiam wszystkich którzy lubią zwierzęta, a osiołki w szczególności.

A tak po cichu między nami,  myślę, że każdy z nas chociaż raz w życiu usłyszał, że jest bliskim krewnym Kłapouchego.....

niedziela, 13 października 2013

Włochy i Szwajcaria. Wokół jeziora Lugano.



Po krótkim intermezzo, jakie zrobiłam aby zamieścić post o łodziach, chciałaby wznowić temat jeziora Lugano i moich wycieczek w tamte strony. Pisałam już o pierwszym zauroczeniu tą okolicą i późniejszym rozczarowaniu, które z biegiem czasu zamieniło się w silne i trwałe uczucie. Kiedyś przyszło mi do głowy, że moja miłość do lombardzkich jezior miała tak różny charakter, jak różne bywają sentymenty w stosunku do osób przewijających się przez nasze życie.


 Jezioro Como to pierwsza miłość, gwałtowna i bez zastrzeżeń, jaka na zawsze nas determinuje, Maggiore i Garda to poważna sprawa, niczym małżeństwo z rozsądku, kiedy niewątpliwa uroda wzbogacona o inne, bardziej przyziemne walory, sprawia, że z respektem patrzymy na obiekt naszego oczarowania. Śliczne jezioro Orta porównałabym do kokietki roztaczającej wszystkie wdzięki, i oferującej szał zmysłów. Na tym tle jezioro Lugano było niczym miłość, jaka dopada nas znienacka w dojrzałym wieku, gdy spotykamy kogoś, kto na pierwszy rzut oka nie robi na nas nadzwyczajnego wrażenia, jednak czym dłużej z nim przebywamy, tym większym urokiem nas otacza; aż przychodzi dzień, kiedy pytamy się, jak to się stało, że w pierwszej chwili nie dostrzegliśmy tego, co jest tak oczywiste...

Jak wiadomo, jeśli jest jezioro, musi też być podróż statkiem... Pierwszy rejs po Lago di Lugano odbyłam podczas mojej długo odkładanej wizyty w Lugano - mieście. Wtedy to najpierw opłynęliśmy całą zatokę nad którą się ono posadowiło, a następnie statek skierował się na północny wschód. Przez tę odnogę jeziora mniej więcej w połowie przebiega  granica pomiędzy Włochami i Szwajcarią, a w głębi, na jej krańcu, leży włoska miejscowość Porlezza. Ten rejs świetnie pamiętam z dwóch powodów; pierwszy, to wspaniała słoneczna pogoda, sprawiająca, że kryształowo czyste powietrze pozwoliło na podziwianie wszystkich uroków pejzażu, a drugi, to przenikliwy, zimny wiatr, który przenikał mnie do szpiku kości. Było to dość dziwne, bo mieliśmy pierwsze dni września i na lądzie nadal było bardzo ciepło.


Mimo że szybko założyłam  wiatrówkę z kapturem którą przewidująco zabrałam ze sobą, prawie przez cały rejs szczękałam zębami, a i tak byłam szczęściarą, bo kilkoro pasażerów zwiedzionych  piękną aurą wsiadło na statek jedynie w podkoszulkach. Mimo że ich nagie ramiona szybko pokryły się gęsią skórką, próbowali dzielnie trwać na pokładzie, jednak po kilkunastu minutach zrezygnowali z nierównej walki i udali się do kabiny. Ten zimny wiatr nieco mniej dawał się we znaki kiedy statek skręcił okrążając Monte Bre' i znaleźliśmy się nieopodal Gandrii, malowniczej miejscowości leżącej u jej podnóża, tuż przy włosko - szwajcarskiej granicy. W przeciwieństwie do jeziora Como, gdzie na wybrzeżu są liczne miejscowości ciągnące się niemal nieprzerwanie, tu po lewej stronie  było widać kilka niewielkich wiosek, natomiast po prawej mieliśmy niemal bezludne zbocza Valle d'Intelvi, stromymi zalesionymi stokami schodzące wprost do wody.


Na niewielkich cyplach przytuliło się jedynie kilka rybackich domków, jednak jak się później dowiedziałam, w tych na oko niepozornych miejscach znajdują się rustykalne restauracje, oferujące świetną regionalną kuchnię i wspaniałe widoki na jezioro, więc zwykle nie brakuje ludzi przybywających tam na obiad czy romantyczną kolację. Muszę przyznać, że mimo wspaniałego pejzażu ta pierwsza wycieczka również nieco mnie rozczarowała, gdyż w porównaniu z jeziorem Como, gdzie nasze oczy raduje niezliczona ilość wspaniałych willi otoczonych ukwieconymi ogrodami, jezioro Lugano wydało mi się bardzo surowe, i raczej pozbawione wdzięku. Wtedy jeszcze nie wiedziałam o tym, że byłam bardzo blisko miejsca, które za jakiś czas odkryje przede mną swoje niezliczone uroki i tajemnice, stając się dla mnie ukochanym zakątkiem, gdzie będę wracała po emocje jakie na zawsze zmienią moje widzenie świata...

Jednak ta przygoda z pewnością jest materiałem na kilka dłuższych postów, więc dziś chciałabym opisać moją następną wycieczkę statkiem, jaką odbyłam po południowej części jeziora z Lavena Ponte Tresa do Porto Ceresio. Ponte Tresa jest miastem granicznym, a jego  nazwa pochodzi od mostu (ponte) na rzece Tresa, długiej na 13 km, łączącej Lago di Lugano z Lago Maggiore. Rzeka dzieli miasto na część włoską i szwajcarską, a granica znowu biegnie poprzez wody jeziora, przy czym brzeg południowy należy do Włoch, zaś północny do Szwajcarii. Jezioro tworzy w tym miejscu liczne meandry, ale największe wrażenie robi wąziutki przesmyk, swego rodzaju naturalny kanał, łączący dwa szersze baseny jeziora. 

Również  tu  na obu brzegach leży jedynie kilka niewielkich miejscowości, co daje wrażenie nieopisanego spokoju. Bardzo miło wspominam tę drugą wycieczkę, gdyż po kilku pobytach w tej okolicy zdążyłam się w niej rozsmakować, do tego była piękna, wiosenna pogoda, a słońce i młoda majowa zieleń sprawiały, że oprócz podziwiania widoków mogłam się oddać relaksowi, aż do chwili, kiedy statek zawinął do Porto Ceresio, gdzie byłam już kiedyś późną jesienią. Podczas drugiego rejsu mogłam porównać pejzaż wokół jeziora podczas tych tak odmiennych pór roku, i przyznam, że byłabym w kłopocie, gdyby mi przyszło wybierać ten, który bardziej przypadł mi do serca. Bez wątpienia widok zielonych lasów na zboczach i lazurowej wody jest naprawdę prześliczny, jednak późnojesienna szata w zgaszonych brązach i szarościach, z górami okrytymi śniegiem w głębi, również ma ogromny urok, skłaniający do refleksji i zadumy...
więcej zdjęć >https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5934329006831698577?banner=pwa

lub>https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/LagoDiLugano05?noredirect=1

niedziela, 6 października 2013

Łodzie


Łodzie... nie te, które z łopotem suną po falach naprzeciw wiatrowi, ale łodzie tkwiące w bezruchu, zacumowane w porcie, stojące na kotwicy lub wyciągnięte na brzeg...
Z nagimi masztami, przykryte brezentową plandeką, cierpliwie czekające aż zjawi się ktoś, kto postawi żagle albo zapuści motor, by wreszcie mogły pomknąć przed siebie. Nie poznawałam ich gdy w oddali pędziły pod żaglami, z nieznajomymi ludźmi na pokładzie, jakby w momencie wypłynięcia na szerokie wody traciły swoją tajemną osobowość, znaną tylko mnie...Wędrując po Północnych Włoszech widziałam ich wiele; uśpionych, otulonych mlecznobiałą mgłą, spowitych błękitną poświatą, z masztem wycelowanym w niebo, przeglądających się w lustrze spokojnej wody. 
Ich bezruch i opuszczenie
nie były zaprzeczeniem
tego, do czego zostały stworzone,
lecz przeciwnie, widomym symbolem szans i możliwości.
Patrzyłam na nie niczym na mewy przysiadające na fali aby odpocząć zanim ponownie rozwiną skrzydła do lotu. Fascynowały mnie, a nawet więcej, czułam z nimi jakąś niewytłumaczalną więź; były dla mnie niczym siostry kiedy tak lekko bujały się na falach, jakby chciały mi powiedzieć, że już niedługo i one i ja ruszymy w długą podróż, choć nie w tę samą stronę...Fotografowałam je z zapałem; dzisiaj, kiedy przeglądam moje foldery, widzę zaledwie kilka takich, które są w ruchu, za to tych nieruchomych jest całe mnóstwo...


Jak już pisałam, te łodzie  nie tylko budziły we mnie wiele skojarzeń i niezmiennie były swego rodzaju symbolem możliwości i szans, jakie ma każdy z nas. Natomiast dla moich oczu nie bez znaczenia był ich wysmakowany, opływowy kształt i lekkość oraz uśpiona w nich energia, z jaką maszty wznoszące się nad pokładem celowały w niebo niczym wyciągnięty palec ręki wskazującej kierunek. W moim albumie oprócz popularnych tanich, plastikowych łódek, jakie można zobaczyć na wodach całego świata, są przepiękne drewniane łodzie z charakterystycznym płóciennym daszkiem rozpiętym na półokrągłych obręczach, jakie nadal pływają po lombardzkich i piemonckich jeziorach. Ich starsze, zabytkowe siostry, wielkie, niczym jeziorne mastodonty, miałam okazję zobaczyć w malowniczej darsenie jednej z dzielnic Bellagio, zwanej Loppia. Niegdyś podobne łodzie służyły do transportu ludzi i towarów pomiędzy wioskami położonymi na brzegach jezior. Obecnie owe miejscowości łączą asfaltowe drogi, a tam, gdzie skalne nawisy schodzą wprost do wody, wykuto tunele. Jednak w dobie poprzedzającej rozwój motoryzacji łódka była wprost niezastąpionym środkiem komunikacji dla tutejszych mieszkańców.


Z ogromnym sentymentem i wzruszeniem oglądam zdjęcia ślicznych, staroświeckich łódek, z wnętrzem pomalowanym na niebiesko, jakie kiedyś sfotografowałam nad Lago di Orta, 
ponieważ niezmiennie przypominają mi przepiękny, słoneczny, październikowy dzień, pełen złotych kolorów jesieni, jaki spędziłam tam wraz z Martą. Łuszcząca się farba nie odejmowała im uroku, podobnie rzecz się miała ze starymi domkami stojącym wokół centralnego placu, gdzie kruszące się tynki i poczerniałe drewniane belki były malowniczym świadectwem mijającego czasu.


Oczywiście w moich wspomnieniach nie może zabraknąć weneckich gondoli, które przykryte plandekami mokły bezczynnie na deszczu tak bardzo romantyczne w swoim osamotnieniu,
 i tychże gondoli, wspaniale prezentujących swoje smukłe, wymyślne kształty na tle błękitnych fal, w blasku zachodzącego słońca...


 A czy można tu pominąć skromne, pracowite motorówki, będące na wodzie tym, czym niegdyś na lądzie był muł i osiołek? W Wenecji widziałam ich mnóstwo, dla mieszkańców są one obok tramwajów wodnych jedynym środkiem transportu, więc nie zdziwiło mnie, kiedy widziałam jak ładowano na nie gruz z rozbieranego budynku czy worki ze śmieciami, że nie wspomnę o łodzi firmy kurierskiej i poczty, oraz pływającym Pogotowiu Ratunkowym.
Każde z tych zdjęć z łódkami w głównej roli to wspomnienie niezwykłej chwili, jaka poruszyła moją imaginację zapadając mi w pamięć i w serce. Pejzaże, wschody i zachody słońca, mgły snujące się nad jeziorami, ulotne momenty zadumy i zachwytu, które chciałabym zatrzymać na zawsze...