Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

sobota, 29 czerwca 2013

Gabriele d'Annunzio. "Lot archanioła".

Vittoriale"Lot archanioła" to ciekawe określenie na równie ciekawy (choć niewątpliwe przykry) epizod w życiu poety kiedy to 13 sierpnia 1922 roku około godziny 23, Gabriel d'Annunzio wypadł z okna pokoju muzycznego swojej willi w Gardone Riviera. Jak dotąd nie ma pewności co do rzeczywistego przebiegu wydarzeń, więc siłą rzeczy nagromadziło się wokół tej historii wiele plotek i pomówień, z teorią spiskową na czele. Po raz pierwszy o owym wypadku usłyszałam  w wersji  mówiącej  o tym, iż d'Annunzio, który nałogowo zażywał kokainę będąc pod jej wpływem wyskoczył z okna willi, łamiąc przy tym nogę. Później w żadnym ze źródeł nie trafiłam na podobną informację, natomiast większość z nich wspomina o "locie archanioła" (to aluzja do  imienia poety, którego patronem był Archanioł Gabriel). Tego określenia używał zresztą sam d'Annunzio w korespondencji ze swoją długoletnią kochanką (a właściwie konkubiną) Luizą Baccara. Oficjalnie uważa się, że był to nieszczęśliwy wypadek. Podobno tego wieczoru Luiza dawała koncert  grając domownikom i gościom na fortepianie w pokoju muzycznym "Priorii". W tym czasie jej młodsza siostra Jolanda rozmawiała z panem domu, stojąc przy otwartym oknie. Musiała to być dość szczególna rozmowa, bo w pewnym momencie kobieta odepchnęła go gwałtownie, co spowodowało, że Gabriele stracił równowagę i wypadł na zewnątrz. Pokój muzyczny znajduje się na pierwszym piętrze willi, a okno od ziemi dzieli odległość kilku metrów. Mimo to, podobno poeta odniósł dość poważne obrażenia głowy, co spowodowało utratę przytomności. Z nosa miał mu wypływać płyn mózgowo - rdzeniowy (co z reguły świadczy o złamaniu podstawy czaszki) lecz wezwany lekarz stwierdził, że kontuzja spowodowała jedynie wstrząs mózgu. Prawdopodobnie jest w tym zajściu jakaś tajemnica, o której jego uczestnicy i świadkowie nie powiedzieli całej prawdy. Według osób zajmujących się tą sprawą było kilka punktów, które zdecydowanie nie pasowały do całości. Pierwsza rzecz to fakt, iż lekarz wezwany na miejsce wypadku zastał d'Annunzia ubranego w pidżamę, szlafrok, i domowe pantofle. Wszyscy, którzy znali poetę zgodnie twierdzą, że ktoś, kto tak jak on odznaczał się doskonałymi manierami i był nieposzlakowanie elegancki, nigdy by sobie nie pozwolił na taki strój podczas koncertu nawet we własnym domu, i to zarówno przez szacunek dla obecnych osób, jak i muzyki, którą wielbił. Wątpliwości budził też fakt, że dwaj przyjaciele poety obecni wtedy w willi nigdy nie zabrali głosu w tej sprawie, nie potwierdzając przebiegu zajścia, ani nie zaprzeczając ogólnie przyjętej wersji. Po wypadku do Gardone Riviera przybyła ukochana córka d'Annunzia Renata, i jego najstarszy syn Mario. Kiedy próbowali dociekać prawdy insynuując bezpośredni udział Luizy w zajściu (krążyły słuchy, że to nie Jolanda lecz Luiza,
Vittorialepowodowana  zazdrością o siostrę, podczas kłótni wypchnęła d'Annunzia przez okno) rozjuszony poeta po prostu wypędził ich z domu, zabraniając pokazywania mu się na oczy, i dopiero po upływie pięciu lat doszło do zgody pomiędzy nimi. Ale najbardziej istotnym elementem było to, że wypadek miał miejsce na dwa dni przed planowanym spotkaniem poety z Mussolinim i Francesco Nittim. Nitti uchodzący za liberała sprawował funkcję szefa włoskiego rządu, podczas gdy d'Annunzio powołał do życia swoją Republikę Carnaro na terenie miasta Fiume. Był on politykiem ostrożnym i zachowawczym, więc wówczas nie udzielił rebeliantom wsparcia, co jak już wspominałam skończyło się wysłaniem wojska, i tragicznymi wydarzeniami "Krwawego Bożego Narodzenia".  W związku z tym, trudno byłoby oczekiwać żeby mógł on liczyć na szczególną sympatię Commandante, zaś jeśli chodzi o stosunki z Mussolinim sprawa miała się niewiele lepiej, choć "Il mascheraio" prawdopodobnie miał wielką ochotę na wykorzystanie powszechnego szacunku jakim cieszył się Vate wśród swoich rodaków. Przeprowadził zresztą taką próbę w lecie 1922 roku, kiedy to związki zawodowe przygotowywały się do strajku generalnego. Ówczesny rząd postawił związkowcom ultimatum w sprawie odstąpienia od strajku, a w razie braku consensusu zagroził rozpędzeniem robotników przy pomocy faszystowskich bojówek. D'Annunzio przebywał wtedy w Mediolanie, gdzie miał się spotkać z Eleonorą Duse. Mussolini zwrócił się do poety z propozycją, aby przemówił z balkonu Palazzo Marino do faszystów zgromadzonych na Placu della Scala, i wsparł ich swoim autorytetem. D'Annunzio bardzo niechętnie spełnił prośbę, lecz wbrew swoim obyczajom (jak pisałam poprzednio był świetnym mówcą, miał dźwięczny głos, i doskonale potrafił zapanować nad tłumem) zrobił to w sposób absolutnie niezgodny z oczekiwaniami Duce, mówiąc cicho i niezrozumiale, co Mussoliniego bardzo rozczarowało, gdyż przemówienie nie odniosło spodziewanego efektu. Miało to miejsce 3 sierpnia, a w kilka dni później  padła wyżej wspomniana propozycja, zawarta w liście którego autorem był Nitti, dotycząca trójosobowego spotkania w dniu 15 sierpnia, celem wspólnego utworzenia rządu "szerokiego oddechu". Zagadką jest także to, kto naprawdę stał za inicjatywą tego spotkania. Zdania są podzielone - powszechnie uważa się że był to Mussolini, choć sporadycznie mówi się również, że mógł to być d'Annunzio. Jeśli istotnie nie był to projekt Vate, jest  mało prawdopodobne, żeby odniósł się on do tej propozycji z wielkim entuzjazmem. Sądzę raczej, że zbyt cenił sobie własną sztukę i niezależność intelektualną, aby narażać swój autorytet bohatera narodowego poprzez uczestnictwo w przedsięwzięciu, które mogło zakończyć się następną porażką,
Vittorialetym bardziej, że miał za sobą bolesne doświadczenie związane z Regencją w Fiume. Z całą pewnością miał też zapał i chęć do dokonywania epickich czynów lecz nie był typem polityka, który dobrze się czuje za rządowym biurkiem. Ze swojego (w zasadzie dobrowolnego) odosobnienia, jako żołnierz - poeta sprawował rząd dusz, nie narażając się na konfrontację z pokrętnymi prawami codzienności w polityce. Prawdopodobnie nie miał również ochoty na rolę figuranta i firmowanie swoim nazwiskiem poczynań dwóch pozostałych panów, z którymi wiele go dzieliło. Jeśli o mnie chodzi  to nie zdziwiłabym się, gdyby fingując wypadek próbował wycofać się z niewygodnego "triumwiratu". Jest to moja własna teoria, która może wydać się nieco dziwna lecz jak sądzę, nie  jest to nieprawdopodobne. D'Annunzio niejednokrotnie podczas wojny dowiódł, że nie brakuje mu ani odwagi ani determinacji, co zgodnie potwierdzają wszyscy jego współcześni. Dowodzi tego chociażby fakt, iż zaciągnął się w czasie wojny do armii jako ochotnik i niejednokrotnie zdarzyło mu się dobrowolnie wystawiać na niebezpieczeństwo. W czasach gdy samolot był ósmym cudem świata nie tylko brał udział w licznych lotach jako obserwator, lecz przeżył również przymusowe lądowanie. Wtedy to odniósł ranę, która w przyszłości poskutkowała częściową utratą wzroku i otarł się o śmierć, lecz to nie zraziło go do lotnictwa. Czym wobec tego zdarzenia był skok z niewielkiej wysokości? Sytuacja w jakiej się znalazł w 1922 roku była istotnie kłopotliwa. Czy chciałby narażać swój mit stworzony w czasie wojny aby uczestniczyć w przedsięwzięciu politycznym, do którego nie miał przekonania? Jawne przeciwstawienie się Mussoliniemu też niosło spore ryzyko, więc  "ucieczka w chorobę" byłaby w tym wypadku dobrym rozwiązaniem, a d'Annunzio mógłby się zdobyć na taki ekstremalny gest. W młodości posłując do parlamentu z ramienia prawicy gdy za pomocą ustawy próbowano założyć knebel wolnej prasie, podczas głosowania przeszedł na lewą stronę sali, mówiąc "Idę w stronę życia"; zresztą zawsze dążył do tego, aby być kategorią sam dla siebie. O jego stosunku do przyszłego dyktatora może też świadczyć wiersz, który umieścił w poczekalni dla niemiłych gości, gdzie porównuje Mussoliniego do szkła, a siebie do stali. Można pomyśleć w pierwszej chwili że dało tu znać o sobie przerośnięte ego poety, lecz według mnie, jest w tym inny, głębszy sens. Sądzę, że porównując Duce do szkła poeta miał na myśli nie tylko kruchość lecz także przejrzystość tego materiału. Dla człowieka takiego jak on, o przenikliwej, nieprzeciętnej inteligencji, manewry
Vittoriale i zamysły brutalnego, bezwzględnego polityka jakim był Mussolini, zapewne były przewidywalne, czyli przezroczyste niczym szkło. A co do stali - każdy kto próbował kiedykolwiek zgiąć nawet najcieńszy stalowy pręt, wie, jak trudne to zadanie... Czym większej siły używamy aby go odkształcić, z tym większą energią wraca do pierwotnej postaci ( co może skutkować bolesną nauczką). Reasumując, według mnie ten wiersz mówi jasno - "przejrzałem cię, wiem kim jesteś i dlatego nie możesz mnie złamać". Kontuzja której uległ d'Annunzio spowodowała iż upadł projekt triumwiratu, zaś Mussolini wziął sprawy w swoje ręce i w ciągu kilku miesięcy z przywódcy partii stał się premierem i dyktatorem. Można dziś zastanawiać się i dywagować w którą stronę potoczyłoby się koło historii, gdyby wieczorem 13 sierpnia 1922 roku poeta nie stanął przy otwartym oknie... Jeśli był to jedynie ślepy traf, być może zmieniłoby to bieg wypadków w Europie, jeśli celowe działanie na jego szkodę, zapewne znaleziono by inną okazję do dokonania zamachu.
 Tak, czy inaczej, wątpliwości w tej sprawie chyba były powszechne, bowiem w willi pojawił się agent policji "pod przykrywką", udający uchodźcę politycznego z Czech. Jego tożsamość została odkryta przez poetę lecz agent zdążył przedtem sporządzić odpowiedni raport. Jednak najbardziej zagadkowy jest sam fakt jego przybycia. Nie wiadomo właściwie, dlaczego  się tam zjawił i na czyje zlecenie, gdyż nie wpłynęło żadne doniesienie o ewentualnym przestępstwie. Raport jaki sporządził ów agent podobno potwierdził  wersję o nieszczęśliwym wypadku, lecz jak dotąd jego oryginał  jest niedostępny i spoczywa w policyjnym archiwum. Wszyscy domownicy obecni wtedy w willi nabrali w tej sprawie "wody w usta". Lekarz, który kurował poetę stwierdził, że odniósł on ciężkie obrażenia głowy, w tym również poważne rany zewnętrzne. Jednak już w trzy tygodnie później na łysej głowie d'Annunzia nie było po nich żadnego śladu co potwierdza obiektywny świadek. Wersja z "ucieczką w chorobę" to moja prywatna opinia, jaka mi się nasunęła po zaznajomieniu się z dostępnymi faktami. Przybycie agenta według mnie mogło by wskazywać, iż ktoś inny również miał podejrzenia co do tego, czy wypadek istotnie miał miejsce. Są też  (co prawda nieliczne) głosy w tej sprawie, że  inicjatywa trójstronnego spotkania wyszła od poety, który być może chciał wyhamować zapędy coraz bardziej niebezpiecznego Mussoliniego, na co ten odpowiedział zorganizowaniem zamachu. Według tej teorii miała to być  próba usunięcia poety z życia politycznego raz na zawsze (lub skutecznego zastraszenia, gdyby przeżył) a użyto do tego celu sióstr Baccara.

 Luizę niejednokrotnie pomawiano o to, że była "wtyczką" faszystów, a jej obecność w willi miała ułatwić  trzymanie poety pod kontrolą. Oczywiście jest to również bardzo prawdopodobny scenariusz. Mussolini zapewne zdawał sobie sprawę, że d'Annunzio nie pozwoli sobą manipulować, i ich drogi prędzej czy później się rozejdą. Chyba nie był  mu też na rękę otwarty konflikt z człowiekiem otoczonym powszechnym szacunkiem, ani dzielenie się z nim władzą. W tej sytuacji proponowanie spotkania mogło być swego rodzaju zasłoną dymną dla planowanego zamachu. Czy istotnie Luiza Baccara lub jej siostra były zamieszane w próbę zabójstwa? To pytanie chyba pozostanie bez odpowiedzi, jeśli nie wypłyną jakieś nowe, wiarygodne materiały na ten temat. Faktem jest, iż oficjalna towarzyszka Commandante nie była lubiana przez jego ex- towarzyszy broni, którzy mieli jej za złe że zbytnio się szarogęsi, dopuszcza do niego ludzi na podstawie własnego "widzimisię" i kontroluje jego korespondencję. Również Aelis Mazoyer nienawidziła Luizy, i źle się o niej wypowiadała. Aelis prawdopodobnie była dobrze poinformowana o prawdziwym przebiegu wydarzeń, lecz zabrała tę tajemnicę do grobu. W swoim pamiętniku sugeruje czynny i celowy udział Luizy, przytaczając tajemniczo i dwuznacznie brzmiące zdanie (podsłuchane), które ta podobno wypowiedziała, a mogące sugerować jej winę. Jednak sam wypadek w żaden sposób nie wpłynął na stosunki poety z siostrami Baccara, i nadal pozostały one bardzo dobre. Zastanawiano się też niejednokrotnie, co trzymało tę młodą i piękną kobietę przy starzejącym się poecie, który na domiar ustawicznie ją zdradzał. Faktem jest, że Luiza była bardzo zazdrosna, pytanie tylko o co? O poetę, czy też o swoją pozycję przy nim? Przeszło osiemdziesięcioletnia Luiza podczas wywiadu przeprowadzonego przez Giovanniego Minoli, dziennikarza zajmującego się problematyką historyczną, nie chciała odpowiedzieć na żadne pytania w kwestii wypadku. Mimo iż mieszkała z poetą pod jednym dachem, często komunikowali się za pomocą listów. Luiza przekazała listy d'Annunzia muzeum w Vittoriale, lecz brak pomiędzy nimi korespondencji z okresu po wypadku oraz jakiejkolwiek wzmianki na ten temat, która mogła by wnieść coś nowego do sprawy. Wszystko wskazuje na to, że sam poszkodowany był jak najbardziej zainteresowany tym, aby cała sprawa pozostała nierozwiązaną zagadką. Być może, całe zdarzenie było misterną intrygą, zamachem lub po prostu rzeczywiście nieszczęśliwym wypadkiem, spowodowanym emocjami nie mającymi nic wspólnego z polityką. Protagoniści i świadkowie "lotu archanioła" spoczywają w spokoju, więc być może nigdy nie dowiemy się prawdy o kulisach tego zdarzenia...

Jako punkt wyjścia do tego wpisu posłużyła mi niepotwierdzona informacja o  skoku poety z okna pod wpływem kokainy. A może jest w tym ziarno prawdy, która "wyciekła" mimo wszystkich starań, aby  nie wyszła ona na jaw? Jedynie motyw tego skoku być może był o wiele bardziej istotny i dramatyczny, niż źle zakończony, narkotykowy seans.
Na ostatnim zdjęciu pierwsze okno z lewej strony, tuż przed balkonem, to właśnie okno z którego wypadł d'Annunzio. Jak widać, jego odległość od ziemi nie przeraża. Na dwóch czarno - białych zdjęciach Luiza, a na środkowym poeta, jego przyjaciel, i siostry Baccara.

środa, 26 czerwca 2013

Gabriele d'Annunzio. Gabriele i Tamara - romans, którego nie było.



VITTORIALE

Zbliżał się koniec  1926 roku. Gabriele d'Annunzio żył  złotej klatce Vittoriale, otoczony swoim haremem, książkami i bibelotami. Miał sześćdziesiąt trzy lata lecz nadal nie brakowało mu apetytu na życie. Tamara Łempicka wraz ze swoim mężem po ucieczce z Rosji zamieszkała w Paryżu, gdzie z dobrym skutkiem zaczęła się uczyć malarstwa. Młoda, zdolna, o niebanalnej urodzie i z dobrej rodziny, szybko zaczęła robić karierę. W tym czasie miała lat dwadzieścia dziewięć ( a może nawet trzydzieści dwa?) i w pewnych kręgach cieszyła się  zasłużoną sławą utalentowanej portrecistki. Obracała się w paryskim "towarzystwie" będąc jego prawdziwą ozdobą. D'Annunzia znała ze słyszenia i doszła do wniosku iż sportretowanie kogoś tak sławnego a do tego cieszącego się opinią wielkiego znawcy i kolekcjonera sztuki, z całą pewnością wyniosło by ją na wyżyny i nadało jej karierze jeszcze większy rozpęd. W związku z tym udała się do Florencji aby zapoznać się z włoskim malarstwem, a  przy okazji powziąć odpowiednie kroki celem zrealizowania owego projektu. Pomiędzy malarką i poetą nawiązała się (z jej inicjatywy) przyjacielska korespondencja. Tamara nadmieniła w jednym z listów że chciałaby go namalować; w odpowiedzi d'Annunzio ochoczo zaproponował jej przyjazd do Vittoriale. O ile  Łempicka  w tym wypadku myślała jedynie o swojej karierze, gospodarz domu widział w niej  jeszcze jedną potencjalną zdobycz. A że była to utalentowana malarka a przy tym kobieta światowa, no cóż, to zapewne tylko zaostrzało apetyt Vate na jej wdzięki... 


  W Vittoriale czekało na Łempicką iście królewskie przyjęcie, miedzy innymi poeta nakazał  strzelać na wiwat z dział na okręcie "Puglia" i nie szczędził swemu pięknemu gościowi różnych faworów (malarka otrzymała od niego w prezencie klejnoty o znacznej wartości). Jednak bardzo szybko okazało się jaki był rzeczywisty powód zaproszenia, gdyż gospodarz domu nie ukrywał  celu swych zabiegów. Tamara nie należała do niewiast przesadnie cnotliwych, ale w tym wypadku nie miała najmniejszego zamiaru powiększać zastępów kobiet przewijających się przez "Pokój Ledy" czyli sypialnię pana domu. Co prawda zdarzyło jej się kiedyś upaść przymusowo w ramiona konsula szwedzkiego lecz była to cena za zwolnienie jej męża z sowieckiego więzienia, można więc przyjąć, że wówczas popełniła tę ofiarę w szczytnym celu. Tym razem chyba uznała że cena za zgodę na namalowanie portretu jest zbyt wysoka. Sama była wytrawną uwodzicielką, przyzwyczajoną  wybierać partnerów (i partnerki) wedle własnego gustu, i ani myślała ulegać zachciankom Mistrza. Po pierwsze, znając jego rozpustny tryb życia obawiała się zarażenia częstym w owych czasach syfilisem, po drugie, Gabriele fizycznie nie pociągał jej w najmniejszym stopniu. Faktem jest, że jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny poeta lata swojej świetności miał już za sobą, Łempicka była jednak po prostu bezlitosna i wspominając całe zajście wyraziła się  o nim: "Okropny karzeł ubrany w mundur wojskowy". Poeta, znany ze swego egotyzmu i otoczony kobietami gotowymi na każde jego skinienie chyba nie był świadomy jej odrazy, i wielokrotnie próbował wprowadzić swe zamysły w czyn. Zapraszał ją na przejażdżki samochodem i loty aeroplanem, niestety, osiągnął tylko tyle, że pani się przeziębiła... Przestał też wspominać o malowaniu portretu, co Łempicką po pewnym czasie doprowadziło do ostateczności i uczyniła złośliwą uwagę, że być może poeta nie mówi 
zdjęcie pisarzao tym gdyż boi się usłyszeć cenę. Wywołało to prawdziwy atak furii ze strony Mistrza lecz mimo to, nie ustawał on w swoich usiłowaniach aby zdobyć jej względy. Tamara żeby nie zaogniać sytuacji pozwalała mu na dość śmiałe pieszczoty, ale ani myślała ulegać całkowicie stosując różnego rodzaju wymówki z sakramentalnym bólem głowy na czele, więc ta dwuznaczna erotyczna gierka trwała nadal, podsycana jej uporem. Pewnego razu, d'Annunzio wszedł do jej pokoju i po prostu stanął przed nią nago, jak go Bóg stworzył, sądząc że może ją zachęci widok jego męskich walorów. Jednak tak się nie stało i w odpowiedzi usłyszał od niej jedynie następną kąśliwą uwagę, że ma wstręt do pornografii. Następnym razem, kiedy zapukał do jej drzwi z zapytaniem czy może wejść, w odpowiedzi padło "tak, ale ubrany". Pewnej nocy znów zawitał do niej, tym razem uzbrojony w swój arsenał wytrawnego kochanka -  skórzany neseser, gdzie znajdowały się różne erotyczne akcesoria - jedwabne szale, pióra, pachnące olejki do masażu, perfumy, oraz kokaina. Jednak Tamara  należała do kobiet które albo upadają za pierwszym razem albo nigdy, więc i tym razem poeta nic nie wskórał. Podobno po tej ostatniej próbie wybiegł z jej pokoju zrozpaczony, z okrzykiem: "Ona mnie nie chce, bo jestem stary!" Prawdopodobnie  był to moment przełomowy w tej historii, bo na drugi dzień gospodarz zażądał aby malarka opuściła jego dom jak najszybciej, nie szczędząc jej przy tym morałów i ubolewając nad losem jej męża (sic!). Tamara wyjechała do Mediolanu, gdzie przez "umyślnego" otrzymała list od poety z wierszem zatytułowanym "Złota kobieta" i pierścień z ogromnym topazem, który zresztą nosiła aż do śmierci. D'Annunzia nie spotkała nigdy więcej, niebawem też przebolała nieudaną próbę namalowania jego portretu, gdyż jej kariera samoistnie zaczęła się rozwijać w bardzo szybkim tempie. Całe to niezbyt przyjemne zdarzenie opisała  Aelis Mazoyer, gospodyni, powiernica, i kochanka Mistrza. Łempicka od pierwszej chwili wzbudziła jej głęboką niechęć, więc pisząc swe wspomnienia nie szczędziła niepochlebnych słów pod jej adresem. Dla poety była to chyba jedna z niewielu (jeśli nie jedyna) porażka tego rodzaju, zaś do naszej narodowej legendy  poza Wandą co nie chciała Niemca przeszła też Tamara, która odmówiła Włochowi. Na szczęście tym razem obeszło się bez samobójstwa!


P.S. A swoją drogą to wielka szkoda, że Łempicka nie zmierzyła się z tym zadaniem... Bardzo jestem ciekawa, jak w wydaniu portretowym tej malarki, która swoich modeli malowała z taką pasją  odkrywając nam ich urodę, wyglądałby "okropny karzeł w mundurze". A może stało by się tak, jak z portretem Tadeusza Łempickiego, i oprócz "Męża niedokończonego" byłby jeszcze "Kochanek niedokończony" (dosłownie i w przenośni)?


Zdjęcia portretowe protagonistów tej historii pochodzą z zasobów internetu.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Lombardia. Gardone Riviera Vittoriale degli Italiani. "D'Annunzio segreto"czyli dandys i jego kobiety.


Jak wspomniałam w pierwszej notce zaintrygowały mnie piękne buty poety, które swego czasu widziałam w Muzeum Obuwia w Vigevano. Moja wiedza na jego temat nie była wtedy zbyt obszerna; co prawda wspominało się o nim w szkole podczas lekcji języka polskiego i historii, lecz bGabriele d'Annunzioyły to informacje dość szczątkowe. Najczęściej mówiono o tym że był przykładem dekadenta i libertyna oraz jednym z twórców faszystowskiej ideologii. Ponieważ zawsze lubiłam oglądać historyczne programy edukacyjne, zdarzyło mi się niejednokrotnie widzieć zwłaszcza podczas pobytu we Włoszech, filmy dokumentalne z okresu I Wojny Światowej. Oczywiście nie mogło w nich zabraknąć d'Annunzia, który odegrał wówczas dość znaczącą rolę i otaczała go fama bohatera. Szczerze mówiąc, zanim pogłębiłam moją wiedzę na jego temat dziwiło mnie, co też miał tam do roboty ten mały człowieczek, cieszący się zasłużoną sławą gorszyciela maluczkich i hołdujący rozwiązłym obyczajom. Widziałam go podczas pełnych swady przemówień (z których początkowo niewiele rozumiałam) lub kiedy ubrany w pilotkę i lotnicze okulary wsiadał do samolotu a także w innych sytuacjach, raczej niecodziennych dla pisarza czy poety. Nie ukrywam też, że wtedy wydawał mi się nieco śmieszny i nie na swoim miejscu.
Kilka lat temu wybrałam się do Vigevano, gdzie w centrum znajduje się wspaniały plac uważany za najpiękniejszy we Włoszech. Istotnie jest on bardzo piękny, nieopodal można też zobaczyć wielki zamek z czerwonej cegły wzniesiony przez Sforzów. W jednym z jego skrzydeł mieści się  Muzeum Obuwia (miasto od wieków słynie z jego produkcji)  które posiada bardzo ładną kolekcję  butów współczesnych a także pochodzących z różnych okresów historycznych; w tym również buty gwiazd filmowych i wielu sławnych osób (gorąco polecam, naprawdę warto zobaczyć owe zbiory, jeśli ktoś będzie w okolicy). Pamiętam, że widziałam wtedy długie, brązowe buty do konnej jazdy oraz kilka par trzewików niegdyś należących do d'Annunzia.

D'Annunzio segretoWszystkie były robione ręcznie "na miarę", w bardzo dobrym stanie i świetnie utrzymane. Zwracał uwagę ich mały rozmiar (nr 38) co nie jest niczym dziwnym, zważywszy że poeta miał zaledwie 158 cm wzrostu. Muszę przyznać że ich widok naprawdę zrobił na mnie duże wrażenie gdyż bez trudu można było zauważyć, że musiały być nie tylko drogie lecz z całą pewnością należały do bardzo eleganckiego mężczyzny. Świadczył o tym ich doskonały stan i wyrafinowany, choć absolutnie klasyczny fason a także wysoka jakość wykonania. Być może na tym zakończyła by się moja przygoda z poetą i jego obuwiem, gdyby nie wystawa obrazów Tamary Łempickiej w Mediolanie, którą obejrzałam kilka miesięcy później. Przy tej okazji dowiedziałam się sporo interesujących rzeczy na temat  osobistych związków poety i malarki, wtedy też po raz pierwszy usłyszałam o "locie archanioła" czyli upadku d'Annunzia z okna willi w Gardone Riviera. Co prawda, ta wersja zdarzenia (jak się  później okazało) nie miała nic wspólnego z prawdziwym (czy też uznanym za prawdziwy) przebiegiem wypadków, ale pomyślałam wtedy, że zapewne warto byłoby zobaczyć dom tak niebanalnej osobistości.
Kiedy wraz z Federicą udałyśmy się na zwiedzanie Vittoriale, miałam jakąś wiedzę na temat prywatności poety, lecz jak się okazało, był to zaledwie jej maleńki okruszek... Podczas zwiedzania domu d'Annunzia kiedy patrzyłam na  wystrój pokoi i słuchałam opowieści bardzo dobrze przygotowanej przewodniczki, po części zrozumiałam jak to się stało, że poeta zasłużył sobie na miano geniusza swojej epoki. Przede D'Annunzio segretowszystkim posiadał naprawdę nieopisanie bogatą osobowość, co objawiało się zarówno poprzez czyny, które umieściły go na kartach historii, pod postacią wybitnych dzieł literackich a także obyczajowych ekscesów... Jednym z haseł jego życia było "Genio et voluptati" -  takie motto można do dziś oglądać nad jednymi z drzwi w jego domu. D'Annunzio jako typowy egotyk chyba nigdy nie miał najmniejszych wątpliwości co do swojego geniuszu, oraz tego, że jest kimś niezwykłym i udowadniał to całym swoim życiem. Wyznawał zasadę wszystkich dandysów, że należy żyć tak, aby życie stało się dziełem sztuki samo w sobie. Oczywiście, do tego było niezbędne wiele czynników: piękne uczucia, piękne czyny, piękne przedmioty, no i oczywiście, na poczesnym miejscu, piękne kobiety... Tu drobna uwaga - nie chodziło mu jedynie o banalne piękno przemawiające do "pospólstwa" lecz o to, aby je dostrzec tam, gdzie inni go nie widzą, żeby tworzyć własne kanony i wychodzić poza ogólnie przyjęte ramy, gdyż dandys nie jest pierwszym z tłumu, on stoi ponad tłumem... Taki punkt widzenia chyba był w zgodzie z charakterem poety i  sposobem w jaki widział swoją rolę w społeczeństwie. Abstrahując od oceny jego twórczości literackiej (która może się podobać lub nie, w zależności od światopoglądu, ale trudno jej odmówić głębi i oryginalności) d'Annunzio był z całą pewnością fascynującym, niebanalnym człowiekiem i mężczyzną. Jako chłopiec i bardzo młody człowiek - ładniutki, choć "mizernego wzrostu" jednak pomimo iż niewysoki, był bardzo harmonijnie zbudowany i nieźle umięśniony (że o innych walorach nie wspomnę). Chyba nie miał w tGabriele d'Annunzioym względzie żadnych kompleksów (nawiasem mówiąc nie musiał - gdyż tu natura obeszła się z nim bardzo łaskawie) o czym świadczy fakt, iż bez oporów fotografował się nago jak go Bóg stworzył i uprawiał jazdy konne po plaży w "stroju adamowym". Zdarzyło się kiedyś, że podczas takiej przejażdżki został zatrzymany za obrazę dobrych obyczajów przez patrol karabinierów, którym zaserwował klasyczną frazę "czy wy wiecie, kim ja jestem?!"-  zresztą z dobrym skutkiem. Bardzo wcześnie stracił włosy, co jednak w niczym nie umniejszyło jego uroku osobistego. To, co zwracało uwagę i co potwierdzają zdjęcia, to piękne oczy, o szczerym, "czystym" spojrzeniu, jakie zachował nawet kiedy był już w dojrzałym wieku. Jest to doprawdy niezwykłe u człowieka który używał życia na wszelkie możliwe sposoby a mimo to, na jego twarzy nie ma zwykłych oznak zblazowania ani rozpusty. Co prawda, bardzo się zmienił na niekorzyść pod koniec życia, gdyż stracił większość zębów (nie wykluczone, że z powodu częstego używania kokainy). Swoją drogą, to ciekawe, dlaczego taki esteta jak on, nie starał się czegoś zrobić w tym względzie? W końcu sztuka protetyczna stała na wystarczająco wysokim poziomie aby temu zaradzić, więc być może bohater Wielkiej Wojny po prostu bał się wiertła dentysty? Sądzę, że człowiek, który tak jak on cenił piękno, w tym również  piękno ciała, miał problemy z pogodzeniem się z własną starością i związanymi z nią zmianami fizycznymi. Co ciekawe, dał temu wyraz już we wczesnej młodości kiedy pisał jedno ze swych sztandarowych dzieł "Tryumf śmierci". Być może to nie fotofobia, na którą się powoływał, co swego rodzaju uczucie skrępowania kazały mu żyć w półmroku. Takiego sposobu od zawsze używały starzejące się piękności aby utrzymać złudzenie, że ich uroda jeszcze nie przeminęła - zasłonięte lustra i przyćmione lampy...Ten wniosek nasunął mi się, gdy w gabinecie (gdzie pracował w samotności) zobaczyłam jasne firanki i dużo dziennego światła. Kiedy oglądałam zdjęcia z wcześniejszych etapów życia poety, uderzyła mnie jego szlachetna elegancja a naturalność z jaką pozował sprawia wrażenie, że są to zdjęcia robione z ukrycia; żadnych wymyślnych póz, nadętych czy pretensjonalnych min, jakie były w modzie w tamtej epoce. Jedynie zdjęcia z jego młodości mogą dziś nieco śmieszyć z racji wąsika w stylu "huzar z operetki". Ale na szczęście z czasem zmienił styl, co zdecydo
Gabriele d'Annunziowanie wyszło na dobre jego fizjonomii. Wracając zaś do mocnych punktów jego męskiego wdzięku, to jednym z nich był  głos, jasny, czysty i metaliczny, którym umiał bardzo dobrze operować.  Potrafił mówić nie tylko pięknie ale i bez wysiłku, nawet przez trzy godziny. Lecz jak ktoś słusznie zauważył, najistotniejszym organem seksualnym człowieka jest mózg i przypadek d'Annunzia zdaje się to potwierdzać. Kim bowiem byłby gdyby nie miał talentu, bez fascynującej, oryginalnej inteligencji, i nieodpartej chęci smakowania życia we wszystkich jego przejawach? Niskim mężczyzną o dużym nosie, który stracił włosy, oko, a na koniec zęby, i niczym więcej... A przecież pomimo tych braków w aparycji do końca otaczał się niezliczonymi kobietami, zazdrosnymi o jego względy. Do kresu życia pozostał też wierny swej bezprzykładnej elegancji. Po jego śmierci wszystkie osobiste rzeczy, w tym bielizna i ubrania, zostały zabezpieczone i obecnie można je zobaczyć w gablotach, w podziemiach amfiteatru na terenie Vittoriale. Jest to zaledwie ich niewielka część, ale i tak jest na co popatrzeć... Długi szereg butów na wszelkie okazje (ogółem posiadał trzysta par) bielizna z czystego jedwabiu  (samych tzw."niewymownych" czyli po prostu majtek, miał siedemdziesiąt trzy pary) oprócz tego koszule dzienne i nocne (w tym jedna bardzo szczególna, jest jej zdjęcie w albumie) kapelusze, krawaty, szlafroki, jedwabne pidżamy, stroje wyjściowe i sportowe. Wszystko to osobiście zaprojektowane i w najlepszym gatunku. D'Annunzio projektował ubrania nie tylko dla siebie, lecz również dla swoich licznych kobiet, jednak nie były to suknie wyjściowe, lecz luksusowa bielizna używana podczas intymnych spotkań. Wykonana z przejrzystego jedwabnego szyfonu lub koronki, bardzo często miała formę seksownej mini - halki. A pięknych kobiet nigdy nie brakowało w jego życiu, mimo iż ożenił się wcześnie, bo mając zaledwie dwadzieścia lat, z księżniczką Marią Hardouin di Gallese, właściwie wbrew woli jej rodziny. Zgodę na małżeństwo wymusił uciekając z panienką do Florencji, gdzie szybko skonsumowali swój związek. Mimo iż niebawem stał się ojcem trzech synów jacy przyszli naGabriele d'Annunzio świat z tego małżeństwa, nie ustawał w podbojach seksualnych. Miał też wiele  związków dość poważnych, trwających po kilka lat. Z jednego z nich, z księżną Gravina, urodziła się jego ukochana córka, Renata, którą nazywał "Sirenetta" czyli Syrenka. Inną  jego kochanką była sławna aktorka Eleonora Duse a związek z nią poskutkował tym, że zaczął współpracować z teatrem i pisać sztuki sceniczne. W jego haremie nie brakowało kobiet wyróżniających się talentem, urodą i uznaną pozycją w tzw."wielkim świecie". Jedną z nich była sławna "kobieta fatalna" owej epoki,  markiza Luisa Casati Stampa, miłośniczka egzotycznych zwierząt (ofiarodawczyni żółwia o którym pisałam w poprzednim poście). Jego żona dość szybko wystąpiła o separację, jednak mimo to, po okresie wzajemnej urazy ich stosunki ułożyły się na tyle dobrze, że poeta wynajął dla niej willę tuż obok swego domu w Gardone Riwiera, gdzie Maria zamieszkała na stałe. D'Annunzio mimo iż zakochiwał się często a jego miłości nie były długotrwałe, we wcześniejszym okresie życia nie traktował swoich podbojów jedynie instrumentalnie. Kiedy jego kochanka Alessandra di Rudini  poważnie zachorowała, bardzo się o nią troszczył, dopóki nie wyzdrowiała.(Co prawda później zerwał z nią z powodu narkomanii w którą popadła, zażywając morfinę w czasie choroby). Powszechnie panuje opinia że mimo tych licznych podbojów jedyną prawdziwą miłością jego życia była Barbara Leoni, którą nazywał Barbarellą a jej postać uwiecznił w swoich powieściach. Znaczącą rolę w jego życiu odegrała jedna z jego służących, Aelis Mazoyer, będąca także jego kochanką i "zarządzającąGabriele d'Annunzio domem" oraz "zasobami ludzkimi" czyli, inaczej mówiąc, dostarczycielką dziewczyn na jedną noc  spośród mieszkanek okolicznych miejscowości. Była ona  bezgranicznie oddana poecie i przekonana, że należy mu się wszystko, czego zapragnie. Jednak ostatnią stałą towarzyszką jego życia została kobieta, która sama była uznaną artystką. Nazywała się  Luiza Baccara, uważano ją za bardzo zdolną pianistkę i była nie tylko piękna, lecz również młodsza od d'Annunzia o trzydzieści lat. Poeta poznał ją w Wenecji (była przyjaciółką jego ówczesnej kochanki). Związał się z nią przed wyruszeniem do Fiume gdzie mu towarzyszyła w trakcie Regencji a następnie zamieszkali razem w nowo zakupionej willi w Gardone Riviera. Luiza została przy nim aż do jego śmierci, co nie przeszkodziło mu korzystać z wdzięków innych kobiet. Faktem jest, że jeśli miał w planie coś więcej niż przygodę na jedną noc, aby nie drażnić ambicji  Luizy wysyłał ją "na odpoczynek" do jej ulubionej Cortiny, co chyba zdarzało się dość często, bowiem  D'Annunzio pod koniec życia stał się po prostu seksoholikiem. Czy był to sposób na zabicie lęku przed nadchodzącą śmiercią, o której tak często medytował i na którą się przygotowywał urządzając sobie w domu "Pokój trędowatego", przejaw choroby, czy też wynik zażywania kokainy, dziś trudno tego dociec... Nie wykluczone, że była to reakcja na fakt, iż został odsunięty (za własnym przyzwoleniem) przez Mussoliniego na boczny tor, dzięki czemu żył po prostu w złotej klatce. Zapewne w młodości i w wieku dojrzałym uparcie szukał miłGabriele d'Annunzioości, jak to napisał w swej powieści, z której cytat przytoczyłam we wprowadzeniu Kiedy to poszukiwanie przeszło w mechanizm i w zwykłą rozpustę, tego chyba się nie dowiemy, mimo iż zostały po nim dotąd nieopublikowane wynurzenia dotyczące również tej sfery, jakie zawarł w swoim ostatnim, sekretnym dziele, będącym podsumowaniem jego życia. Tak, czy inaczej, faktem jest, iż w Priorii, "Sancta Sanctorum" Vittoriale degli Italiani, odbywały się podobno nie tylko "różowe balety" ale wręcz orgie, połączone z zażywaniem kokainy. D'Annunzio nie tylko nie miał nigdy (z małymi wyjątkami) problemów ze zdobyciem upatrzonej kobiety lecz mimo upływu lat udało mu się zachować opinię wspaniałego kochanka. Zapewne po części był to dar natury ale prawdopodobnie również efekt kokainy i różne wyrafinowane techniki jakie stosował. 
W albumach są zdjęcia z wystawy "D'Annunzio segreto" jaka mieści się w salach po amfiteatrem. Zaznaczam, że trzy z nich z nich są dla osób pełnoletnich!
Natomiast jeśli ktoś miałby ochotę zobaczyć stroje w jakich Mistrz oglądał swe panie, podaję link do strony               >http://www.fotovideolab.it/MOSTRE/ELEGANZE_NOTTURNE_AL_VITTORIALE.htm

piątek, 21 czerwca 2013

Lombardia. Gardone Riviera, Vittoriale degli Italiani, "Prioria" czyli dom poety.

 Vittoriale degli Italiani to duży kompleks zajmujący powierzchnię dziewięciu hektarów, mający formę rozległego parku, gdzie oprócz domu poety znajduje się wiele innych, imponujących budowli i pomników.

Il VittorialePoprzednim właścicielem tej posiadłości był Henry Thode, niemiecki pasjonat i historyk sztuki, który po zakończeniu Wielkiej Wojny został  zmuszony do powrotu do Niemiec, a jego willę wraz z terenem przejęło państwo włoskie. W tym czasie d'Annunzio który wraz ze swoimi Legionistami opuścił Fiume, poszukiwał domu gdzie mógłby się osiedlić. Swego czasu podczas przelotu aeroplanem ponad tą okolicą  oczarowało go jezioro Garda i spowijający je błękitny welon foschii, więc jego wybór padł na Gardone Riwiera i opuszczoną willę Thode'go. Przez jakiś czas jedynie ją wynajmował, aby ostatecznie odkupić na jesieni 1921 roku. Swój nowy dom nazwał "Prioria" (słowo oznaczające konwent franciszkański). Postanowił też przystosować go do swoich potrzeb, więc zatrudnił młodego architekta Gian Carla Maroni, który początkowo  pracował przy adaptacji willi, a później przez wiele lat (również po śmierci poety)  podczas tworzenia i rozbudowy Vittoriale. Dom i jego wyposażenie pozostały do dziś w stanie nienaruszonym, więc wszystko jest  tu tak, jak za życia gospodarza. Zwiedzanie willi odbywa się w małych grupach (8-10 osób) i wyłącznie z przewodnikiem. Przed wejściem należny zostawić w skrytce wszelkie torby, plecaki i zbędne okrycia, a przede wszystkim aparat fotograficzny. Na dziedzińcu willi zastałyśmy wiele osób oczekujących w kolejce, lecz miałyśmy sporo szczęścia ponieważ znalazło się dla nas miejsce w grupie włoskiej, która właśnie się formowała (z racji dużej ilości cudzoziemców tworzone są grupy językowe) i nie tracąc czasu mogłyśmy rozpocząć zwiedzanie.
Il VittorialeOd pierwszej chwili kiedy przekroczyłam próg tego domostwa ogarnęło mnie uczucie ogromnego oszołomienia, które trwało aż do końca wizyty. Nigdy dotychczas nie widziałam takiej ilości książek, obrazów, zdjęć, bibelotów oraz przedmiotów codziennego użytku zgromadzonych w jednym miejscu. Do tego dochodzą boazerie, bogato zdobione meble, jedwabne portiery, tapiserie i obicia ścian, że nie wspomnę o dywanach, rzeźbach, witrażowych oknach, lampach z Murano, skórach dzikich zwierząt a także licznych sentencjach widocznych na gzymsach i portalach drzwi. Mimo iż przewodniczka nie popędzała nas w najmniejszym stopniu i bardzo obszernie opowiadała o życiu pisarza a także historii domu, na większość z tych przedmiotów zaledwie można było rzucić okiem, tym bardziej, że w pokojach panuje półmrok, tak jak to było za życia pisarza. D'Annunzio podczas wojny odniósł ranę w okolicy oka i w konsekwencji utracił je, ponieważ zaniedbał leczenie. Od tej pory uskarżał się na dokuczliwą fotofobię i żył w półcieniu.
 Podczas zwiedzania willi można dojść do wniosku, że pisarz był nie tylko estetą ale również sybarytą (oczywiście w kategoriach swojej epoki). Na jego zlecenie w willi założono nowoczesne centralne ogrzewanie oraz wyposażono ją w luksusowe łazienki, w owych czasach rzecz dość rzadka we Włoszech. Wizytę w muzeum rozpoczyna się od pomieszczeń gdzie osoby odwiedzające poetę oczekiwały na audiencję (czasem nawet po kilka godzin). D'Annunzio mimo iż wycofał się z czynnego życia politycznego pozostał dla swoich współczesnych ogromnym autorytetem opromienionym sławą bohatera wojennego, a za swe zasługi otrzymał od króla tytuł księcia Montenevoso. Również w czasach dyktatury faszystowskiej cieszył się wieloma przywilejami, mimo iż do Mussoliniego odnosił się niechętnie, mając mu za złe dyktatorskie zapędy a przede wszystkim sojusz z Hitlerem. Duce z wielu powodów był zmuszony do tolerowania tego stanu rzeczy, choć podobno  kiedyś doszło pomiędzy nimi do drastycznej sceny i otwartego starcia. Mussolini miał się wtedy wyrazić że obsypie d'Annunzia złotem jeśli nie będzie otwarcie występował przeciwko niemu, w przeciwnym razie po prostu go unicestwi. Pisarz wybrał pierwszy wariant (należy tu dodać gwoli sprawiedliwości, że nie chodziło mu jedynie o korzyści osobiste) i odtąd stał się pupilem rządu, który spełniał wszystkie jego zachcianki. Dzięki temu układowi doszło do powstania Vittoriale degli Italiani, kompleksu poświęconego chwale włoskiego oręża. Mimo tej pozornej zgody dyktator nie był w 'Priorii" mile widzianym gościem, bowiem d'Annunzio nie darzył go szacunkiem i nazywał "il mascheraio" czyli sprzedawcą masek.
Il VittorialeKiedy Mussolini przybywał  do niego z wizytą, musiał oczekiwać w najskromniejszym z pomieszczeń, czyli poczekalni po prawej stronie schodów przeznaczonej dla niechcianych oraz oficjalnych gości. Nawiasem mówiąc, skromność pomieszczenia to w tym wypadku  pojęcie bardzo względne...Można tam zobaczyć aluzyjny i bardzo niepochlebny wiersz, jaki d'Annunzio kazał umieścić z myślą o Mussolinim. Natomiast po przeciwnej stronie schodów znajduje się również druga poczekalnia dla przyjaciół i osób mile widzianych, gdzie wyposażenie jest o wiele bogatsze i zapewniające miłe chwile relaksu. Pisarz w swoim otoczeniu zgromadził wprost niewiarygodną ilość pięknych przedmiotów o wielkiej wartości materialnej i właściwie poza podłogą trudno tu znaleźć większy kawałek wolnej powierzchni. Zwiedzający muszą więc bardzo uważać na swoje ruchy żeby czegoś nie strącić, a przewodnicy nieustannie trzymają wszystkich na oku. Wyposażenie willi robi naprawdę niezwykłe wrażenie i muszę przyznać, że w pierwszej chwili miałam poczucie niesłychanego chaosu z powodu natłoku przedmiotów w różnych stylach, mimo że większość z nich świadczyła o znajomości sztuki i dobrym guście. Jednak w miarę zwiedzania wchłonęła mnie niezwykła atmosfera tego domu a następnie doszłam do wniosku, że mimo wszystko jest w tym szaleństwie jakaś metoda i od tej chwili spojrzałam na nań innymi oczami. W willi znajduje się ogromny księgozbiór liczący ponad trzydzieści tysięcy woluminów (mówi się, że d'Annunzio przeczytał je wszystkie) przy czym część książek (ok 6000 tomów) i niektóre przedmioty pozostały po poprzednim właścicielu. Widziałam między innymi trzy niewielkie portreciki, które prawdopodobnie były jego własnością, przedstawiające Richarda Wagnera, Hansa von Bulowa i jego żonę Cosimę z domu Liszt (pierwsza żona  Thode'ego była córką von Bulowów) która zostawiła męża aby związać się z Wagnerem. Inną cechą charakterystyczną dla tego domu jest duża ilość kopii rzeźb znanych twórców (min. Michała Anioła), niektóre z podmalowaniami wykonanymi własnoręcznie przez gospodarza. Jednak według mnie rzeczą najbardziej kuriozalną jest spora szafa, gdzie poeta przechowywał swoje medykamenty. Uważa się, że cierpiał na hipochondrię, co być może nie mija się z prawdą gdyż  można rzec, że jest to nieźle wyposażona apteka, i aż trudno uwierzyć, że wszystko to było konieczne dla utrzymania w zdrowiu jednej osoby. Zdziwienie zwiedzających
Prioriawywołuje również osobista łazienka gospodarza, wypełniona podobnie jak inne pokoje mnóstwem przedmiotów, do tego absolutnie nie związanych z utrzymaniem ciała w czystości; o jej przeznaczeniu świadczy jedynie duża, porcelanowa wanna w kobaltowym kolorze. Jednak można przyjąć, że te wszystkie dziwactwa mieszczą się jakoś (choć z trudem) w granicach normy, zaś tym, co zdecydowanie wybiega poza wszelkie ramy jest "Pokój trędowatego". Został on przygotowany za życia poety jako miejsce służące medytacji, tam też po śmierci zgodnie z wolą gospodarza miały być wystawione jego zwłoki. W owym pokoju na wprost drzwi znajduje się podwyższenie gdzie stoi niewielkie łóżko, przypominające zarazem kołyskę i katafalk. Nad jego wezgłowiem umieszczono obraz od którego pochodzi nazwa pokoju, przedstawiający świętego Franciszka trzymającego w ramionach trędowatego. W czasach kiedy często przydarzały się przypadki tej choroby uważano, iż osoby trędowate są naznaczone przez Boga niczym biblijny Hiob, który został wybrany aby cierpieć gdyż w ten sposób mógł dowieść wielkości swego ducha i mocy wiary. Nie trzeba chyba dodawać, iż d'Annunzio darzył ten obraz szczególnym sentymentem, gdyż widział w tym odniesienie do siebie samego. Kiedy umarł, jego ciało umieszczono tam tak, jak sobie tego życzył, lecz pokój okazał
Prioriasię zbyt mały dla wszystkich, którzy chcieli go pożegnać po raz ostatni.  W związku z tym, zwłoki  przeniesiono  do innego pomieszczenia, mającego być sypialnią poety w nowo zaadaptowanej części domu. Jak już pisałam, większość pokoi jest bardzo bogato wyposażona; pełno tu pięknych przedmiotów i cennych, starych mebli. Na tym tle uderza nowoczesnością przestronna kuchnia w kolorze niebieskim, oraz gabinet gdzie pisarz pracował. Jest on chyba jedynym pomieszczeniem w którym światła dziennego nie tłumią ciężkie zasłony lecz delikatne muślinowe firanki w białym kolorze. Również meble wykonane na specjalne zamówienie z jasnego dębu, mają prostą i ergonomiczną formę. Do pokoju prowadzą  bardzo niskie drzwi, w związku z czym wchodzący muszą pochylić głowę, oddając w ten mimowolny sposób pokłon geniuszowi pisarza. Również i tutaj poeta zgromadził  mnóstwo przedmiotów, pamiątek otrzymanych od przyjaciół i  towarzyszy broni oraz wielbicieli jego talentu. Uwagę zwiedzających przyciąga przede wszystkim kobiece popiersie z jedwabną chustą narzuconą na głowę głowę. To rzeźba przedstawiająca aktorkę Eleonorę Duse, kochankę i muzę poety. Lubił ją mieć blisko siebie lecz okrytą, aby jej piękna twarz nie budziła w nim wspomnień i nie rozpraszała go podczas pracy. IPrioriannym oryginalnym przedmiotem jest duży żółw z pozłacanego brązu, umieszczony  u szczytu stołu w jadalni dla gości. Swego czasu żywego żółwia poeta otrzymał od jednej ze swoich kochanek, markizy Casati Stampa. Zwierzę to spokojnie mieszkało w ogrodach Vittoriale aż do czasu, kiedy otruło się zjadając kwiaty tuberozy. D'Annunzio kazał wykonać ową rzeźbę wykorzystując do tego skorupę zwierzęcia, po czym żółwia umieszczono na stole jako swego rodzaju memento dla biesiadników. Co ciekawe, pod koniec życia Vate najchętniej przesiadywał i pracował (czasem długo w noc) w pomieszczeniu będącym w zasadzie garderobą, gdzie  miał swoje biurko przy którym pisał a także spożywał posiłki (ponieważ stracił większość zębów, najchętniej jadał w samotności).Tu też umarł, prawdopodobnie na zawał lub wylew krwi do mózgu wieczorem 1.03.1938 roku.
Jak już wspominałam, we wnętrzu muzeum nie można robić zdjęć. Te, które tu zamieściłam wykonałam podczas oglądania filmu edukacyjnego oraz na zewnątrz budynku.

Osoby które chciały by zobaczyć wnętrza Priorii bez wychodzenia z domu, mogą się wybrać na wirtualną wycieczkę korzystając w tym celu z linków

 http://www.visual-italy.it/IT/lombardia/?id=42938
https://www.youtube.com/watch?v=N3uAdXzVcHY

 Zaglądając na YouTube można znaleźć więcej ciekawych filmów co prawda w większości z włoskim lektorem, ale ich warstwa wizualna często mówi sama za siebie. 

środa, 19 czerwca 2013

Gabriele d'Annunzio.

portret"Świadomość zmieniała się w bezbrzeżną rzekę myśli. A myśli pojedyncze stawały się żarliwe jak wielkie namiętności i poruszały duszę, do której znajdował dostęp każdy możliwy niepokój. Uczucie zaznane tylko w myślach stawało się tak wyraziste, jak uczucie zaznane w rzeczywistości. Kojarzenie ze sobą wrażeń powodowało, że przymglone wspomnienia nabierały nagle jaskrawej jasności. Najdziwniejsze i najrzadsze ciągi skojarzeń wprowadzały jego wyobraźnię w długotrwałe cudowne uniesienia".

"Dobrze wiedział, że miłość przynosi ludziom najgłębszy smutek, jako że jest najwyższym wysiłkiem na jaki człowiek się porywa aby wyjść z samotności. A mimo to dążył do miłości w nieustępliwym uniesieniu"
                                        Gabriele d'Annunzio, "Triumf Śmierci".

Wybrałam te dwa cytaty, gdyżportret według mnie mogą one być kluczem do osobowości Gabriela d'Annunzio takiego, jakiego zobaczyłam oczami duszy kiedy przestąpiłam progi jego domu. Pojechałam tam powodowana ciekawością, gdyż chciałam z bliska spojrzeć na pamiątki po człowieku, który w dalszym ciągu jest dla Włochów jednym z najbardziej znaczących bohaterów narodowego panteonu. Mam też wrażenie, że w oczach rodaków nie dyskredytują go niewątpliwe związki z faszyzmem w jego początkowym okresie, i fakt że często jest nazywany Janem Chrzcicielem tego ruchu. Cały ten problem trudno mi ocenić w sposób jednoznaczny, gdyż jest to zadanie dla wytrawnych historyków, jednak temat bardzo mnie zainteresował, więc zdarzyło mi się rozmawiać o tym z Włochami i sądzę, że w wielu przypadkach są oni dalecy od totalnego potępienia faszyzmu, zwłaszcza w jego zaraniu. Oczywiście wszyscy głośno odżegnują się od rasizmu (który we włoskim wydaniu nie był tak istotną tendencją jak to miało miejsce w Niemczech), zabójstw politycznych i sojuszu z Hitlerem, jednak podkreślają fakt iż po wyniszczającej I Wojnie ta ideologia w swoich początkach nawiązująca do tradycji starożytnego Rzymu, apelowała przede wszystkim do poczucia wielkości narodu, który w istocie nie miał zbytnich powodów do dumy z racji problemów ekonomicznych i braku narodowej jedności. W tej sytuacji wybawieniem mogło być pojawienie się "silnego człowieka" nowego wodza, który niczym ojciec surowy, a czasem wręcz groźny, zapanowałby nad sytuacją i zagwarantował poczucie bezpieczeństwa. Nawet rezygnacja z przywilejów demokracji w zamian za przywileje socjalne nie wydawała się czymś nie do przyjęcia ludziom znękanym wojną i niedostatkiem. Na dodatek powojenne podziały w Europie nie budziły we Włochach entuzjazmu, co stwarzało dobry grunt dla kolonialnych, rewizjonistycznych i wielkościowych idei. Nota bene, w owych czasach podobne tendencje dały się odczuć w wielu innych europejskich państwach,  także w Polsce, o czym doskonale wiedzą miłośnicy historii.
 portret Gabriele d'Annunzio  dziś jest dla Włochów nie tylko poetą i pisarzem którego czytają i o którym uczą się w szkole. Pamięta się przede wszystkim o tym, że był człowiekiem który miał odwagę dobrowolnie rzucić się w wojenną awanturę, aby wcielić w życie swoje idee. Kiedy w 1915 roku zaciągnął się do wojska jako ochotnik miał pięćdziesiąt dwa lata, więc z racji wieku nie podlegał mobilizacji, i z całym spokojem mógł pozostać w domowych pieleszach. Wykazał się przy tym błyskotliwą inteligencją organizując przedsięwzięcia znaczące dla włoskiej propagandy, takie jak "Beffa di Buccari"* i "Lot na Wiedeń"** które zaprojektował a później wziął w nich czynny udział. Wielokrotnie dawał dowody wielkiej osobistej odwagi jako dowódca, i z tego powodu był powszechnie szanowany; został również wielokrotnie odznaczony (ogółem otrzymał dziesięć medali za zasługi bojowe). Szczytowym momentem w  politycznej karierze d'Annunzia było stworzenie  ochotniczego Legionu, który pod jego dowództwem we wrześniu 1919 roku zajął miasto Fiume, rugując sprzymierzone siły francusko-angielsko-amerykańskie. D'Annunzio utworzył tam niezależną Republikę Carnaro, co miało być początkiem procesu uzyskania dla Włoch Istrii i Dalmacji, gdzie włoskie wpływy były bardzo silne od czasów Republiki Weneckiej. Jednak ta akcja postawiła rząd włoski w niezręcznej sytuacji wobec aliantów i reszty Europy, co poskutkowało wysłaniem wojska i usunięciem rebeliantów w grudniu 1920 roku, w wyniku bratobójczej walki. Natomiast poparcie polityczne przyszło wówczas ze strony  faszystów, do  których po wycofaniu  z miasta przyłączyli się legioniści d'Annunzia. Sam pisarz po opuszczeniu Fiume udał się do swojej willi Cargnacco w Gardone Riviera, gdzie mieszkał aż do śmierci w 1938 roku. Jednak ta emigracja wewnętrzna nie była równoznaczna z całkowitym wycofaniem się z życia politycznego, gdyż Gabriele d'Annunzio ze swojego dobrowolnego odosobnienia w dalszym ciągu sprawował "rząd dusz" otoczony powszechnym szacunkiem narodu, który nie zapomniał o jego wojennych zasługach, dlatego też najczęściej mówiono o nim po prostu "Commandante" lub "Vate" czyli Mistrz.

Gabriele d'Annunzio
Ta notatka to kilka słów wprowadzenia do relacji z tego co zobaczyłam kiedy odwiedziłam dom d'Annunzia w Gardone Riviera. W najbliższym czasie nastąpi ciąg dalszy, gdzie spróbuję zmierzyć się z opisem Vittioriale Degli Italiani, i różnymi aspektami życia poety które było tak bujne i niezwykłe, że wystarczyłoby na kilka nieprzeciętnych ludzkich egzystencji.

Zdjęcia jakie zamieściłam w tym poście zrobiłam w trakcie projekcji filmu edukacyjnego, który można obejrzeć w muzeum poświęconym poecie; stąd ich nie najlepsza jakość, i obecność logo "Luce" w prawym górnym rogu.

*"Beffa di Bucari" to epizod jaki miał miejsce w czasie I Wojny Światowej kiedy trzy włoskie torpedowce MAS weszły do portu Bucari (Bakar) gdzie stacjonowały austriackie jednostki, a następnie odpaliły swoje pociski. Ponieważ nieprzyjacielskie okręty były chronione sieciami zabezpieczającymi torpedy nie wyrządziły im większych szkód, lecz sam fakt wejścia Włochów do obcego portu wojennego i ich bezpieczne wycofanie się po akcji ośmieszył przeciwnika, do czego walnie się przyczyniło również to, że w porcie wyrzucono trzy butelki z trójkolorową flagą i odręcznym pismem d'Annunzia wykpiwającym porządek w austriackiej marynarce.
**"Lot na Wiedeń" to inny spektakularny epizod wojenny, którego pomysłodawcą był d'Annunzio. Wespół ze swoją eskadrą aeroplanów "San Marco" przeleciał nad austriackim terytorium aż do Wiednia, gdzie piloci rozrzucili propagandowe ulotki w języku włoskim i niemieckim. Nietrudno sobie wyobrazić jakie wrażenie zrobiło to na wiedeńczykach, tym bardziej, że ulotki mówiły iż jest to jedynie zapowiedź drugiego nalotu kiedy na miasto mogą spaść bomby.

Jak widać bogactwo osobowości pisarza rzeczywiście było ogromne... Mężny żołnierz w potrzebie zmieniał się w błyskotliwego stratega, lub polityka o własnych wizjach, które bez wahania wprowadzał w czyn. Jak się to ma do innego aspektu jego życia jako dandysa,  wyrafinowanego kochanka wielu niebanalnych kobiet, subtelnego poety, autora niezrównanych, nastrojowych wierszy, czy prozaika zdolnego przeprowadzić dogłębną analizę ludzkiej duszy, to już na zawsze pozostanie jego tajemnicą... 

niedziela, 16 czerwca 2013

Lombardia. Jezioro Garda i Gardone Riviera.

Lombardia














Gardone Riviera, jak wskazuje na to jego nazwa, leży nad jeziorem Garda. To największe z lombardzkich jezior, które ja nazywam Morzem Błękitu ze względu na lazurowy kolor wody i błękitny opar jaki je spowija. Po raz pierwszy byłam tam wiele lat temu i choć wracałam tam kilkakrotnie, nigdy nie zdołałam trafić na pogodę pozwalającą na podziwianie okolicznego pejzażu w całej pełni. Gardone RivieraZa każdym razem przeciwległy brzeg jeziora tonął w welonie wilgoci i można było zobaczyć jedynie jego zamglone zarysy. Pytałam nawet o to stałych mieszkańców, i dowiedziałam się, że dzieje się tak przede wszystkim podczas ciepłych dni kiedy ta ogromna masa wody intensywnie paruje. Widać nie miałam szczęścia, bo nawet w innych porach roku, kiedy przejeżdżałam nieopodal autostradą w stronę Verony we mgle widziałam  jedynie cienie okolicznych gór. Mimo to, jezioro Garda ma swoich licznych zwolenników, którzy cenią je za ten właśnie aspekt, gdyż rejs statkiem po jeziorze niesie po prostu bajeczne wrażenia gdy brzegi jeziora zaledwie majaczą w oddali, a woda i niebo przyjmują tę samą barwę. Przyznam też, że i mnie to urzekło, mimoLombardia iż dałabym wiele aby zobaczyć jezioro podczas wietrznej pogody, i móc podziwiać  w całej okazałości górskie szczyty w jego północnej części. Lago di Garda jest ogromne, a jego powierzchnia ponad trzykrotnie większa niż ta, jaką ma nasze jezioro Śniardwy. Pewnego razu kiedy leciałam samolotem do Polski zobaczyłam je daleko w dole, skąpane w takiej samej błękitnej poświacie, jaką widziałam z pokładu statku. Lazur wody niepostrzeżenie przechodził w ciemną zieleń otaczającej je roślinności, a jeszcze dalej widniały liliowo - perłowe łańcuchy Alp. 
 Nad jeziorem Garda leży wiele uroczych miejscowości gdzie można podziwiać piękne ogrody z charakterystycznymi sylwetkami cyprysów, dobrze utrzymane bulwary z mnóstwem kwiatów, wspaniałe hotele z przełomu XIX i XX wieku, romantyczne wille i zaułki. Miejscowości te żyją przede wszystkim z turystów, a  szczególnie upodobali sobie tę okolicę Niemcy, Skandynawowie i Anglicy, choć nie brakuje też przedstawicieli innych Lombardianarodowości. Ze względu na łagodny klimat i niewątpliwe uroki krajobrazu, wielu z nich po wejściu w wiek emerytalny osiedla się tu na stałe. Natomiast ja do Gardone Riviera pojechałam przede wszystkim ze względu na fakt, iż tu właśnie spędził ostatnie lata swego życia Gabriele d'Annunzio, poeta, dandys, żołnierz i polityk w jednej osobie. Pozostała po nim posiadłość, którą nazwał Vittoriale degli Italiani, będąca już za jego życia swego rodzaju muzeum jakie stworzył aby gromadzić w nim pamiątki - relikwie, mające świadczyć o potędze włoskiego ducha.
O istnieniu Vittoriale dowiedziałam się kilka lat wcześniej, i już  wtedy postanowiłam, że muszę je zobaczyć. Nie będę ukrywać, iż moje zainteresowanie w dużej mierze spowodowała fama skandalisty, jaką poeta cieszył się za życia, i jego dwuznaczny związek z Tamarą Łempicką, o którym się dowiedziałam podczas zwiedzania wspaniałej wystawy naszej wybitnej malarki w mediolańskim Palazzo Reale. Nie bez wpływu  byłLombardia też fakt, iż będąc w Muzeum Obuwia w Vigevano miałam okazję zobaczyć piękne, robione na miarę obuwie d'Annunzia, który był bardzo eleganckim mężczyzną co potwierdził widok jego doskonale utrzymanych trzewików i butów do konnej jazdy. Zawsze mnie interesowało zwiedzanie domów sławnych ludzi i poznawanie ich życia poprzez miejsca w których przebywali, więc tak się złożyło, że te mizerne okruchy informacji stały się zaczątkiem mojej wspanialej przygody z włoską historią i literaturą.
 Po raz pierwszy próbowałam dotrzeć do Gardone Riviera w najbardziej atrakcyjny sposób, czyli statkiem. Niestety, zamysł spalił na panewce ze względu na problemy komunikacyjne, co zmusiło mnie do zmiany planu; wtedy zamiast domu poety obejrzałam prześliczny zamek w Sirmione. Postanowiłam zrobić  drugie podejście, tym razem Lombardia drogą lądową, a podczas tej  wycieczki towarzyszyła mi Fryderyka, córka moich włoskich przyjaciół. Wczesnym rankiem wyjechałyśmy podmiejską koleją z Limbiate do Mediolanu, stamtąd innym pociągiem dotarłyśmy do Bresci, gdzie znów przesiadłyśmy się, tym razem na autobus jadący do Gardone Riviera. Region Lombardia właśnie wprowadził w życie system abonamentów znacznie ułatwiający życie podróżujących, więc za nieduże pieniądze wykupiłyśmy jednodniowe bilety, uprawniające do  dowolnej ilości przejazdów wszystkimi środkami komunikacji w jego obrębie, dzięki czemu uniknęłyśmy stania w kolejkach na dworcu i szukania punktu gdzie sprzedaje się bilety na autobus ( ich umiejscowienie jest często zagadką trudną do rozwiązania) a także  zaoszczędziłyśmy znaczącą sumę pieniędzy. Mimo bardzo dobrego połączenia,Gardone Riviera do celu dotarłyśmy przed południem, około godziny jedenastej. Miasteczko bardzo nam się spodobało, czyściutkie, o ładnej architekturze, gwarantowało przyjemny odpoczynek. Po kilkugodzinnej podróży należało się nam pokrzepienie, więc skierowałyśmy się w stronę bulwaru aby poszukać miłej kawiarenki. Nasz wybór padł na bar - kawiarnię, który nieopodal rozłożystej lipy miał dla swych gości romantyczne stoliki i krzesełka z rattanu, pod żółtymi płóciennymi parasolami. W tym otoczeniu mogłyśmy napawać się do woli pięknym widokiem jeziora, cieszyć smakiem kawy i lodów, oraz towarzystwem kaczek - krzyżówek, które chodziły pomiędzy stolikami, najwyraźniej oczekując na datki w postaci okruszków. Po zaspokojeniu naszego i kaczego apetytu, ruszyłyśmy na poszukiwanie domu poety. Nie trwały one długo, gdyż miasteczko jest niewielkie, a kierunek do Muzeum dobrze oznakowany. Minęłyśmy bardzo efektowny budynek Grand Hotelu, a następnie  niezbyt duży, lecz kipiący dorodną  roślinnością ogród botaniczny. Alejką prowadzącą po zboczu góry doszłyśmy do niewielkiego parku, za którym znajdowało się kilka bardzo malowniczych uliczek połączonych półkolistymi bramami. Z jednej z nich wyjechał na wprost nas uroczy, mały pociąg, obwożący turystów po mieście. Pomachałyśmy rozbawionym ludziom w wagonikach i wyszłyśmy na niewielki placyk, gdzie po przeciwnej stronie znajdowała się następna brama. Za nią był jeszcze jeden plac gdzie rosły duże, piękne drzewa oliwne, a w jego głębi widniał kompleks imponujących budowli. Stałyśmy przed Vittoriale degli Italiani.
Ponieważ temat jet ogromny niczym  Lago di Garda, ciąg dalszy nastąpi!
Wiecej zdjęć>
 Google +
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5608695412561048161

lub Picasa>
https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/GardoneRiviera#


Wszystkim czytelnikom chciałabym zarekomendować pewien filmik, który znalazłam u Piotra z Austin  http://peregrino-pl.blogspot.com/2013/06/peregrino-spotyka-wagabunde-na-krancach.html  Gorąco polecam!




środa, 12 czerwca 2013

Lombardia. Monte Isola, Sanktuarium Madonna della Ceriola.




 Za czasów rzymskich w okolicy jeziora Sebino najbardziej rozwiniętym kultem był podobno kult bogini Izydy. Od jej imienia pochodzi nazwa miasteczka Iseo i druga (chyba bardziej popularna) nazwa tego jeziora - Lago d'Iseo. Jak to wiemy ze źródeł historycznych, w miarę rozszerzania się chrześcijaństwo wchłonęło pewne elementy kultów pogańskich adaptując je do swoich potrzeb. Prawdopodobnie tak też się stało w przypadku Sanktuarium Maryjnego na Monte Isola. Początek jego historii niknie w pomroce dziejów, jednak są doniesienia, że w V wieku za czasów San Vigilio biskupa BrMonte Isolaesci, była tam niewielka kaplica, a na jej miejscu z czasem wzniesiono większy kościół. Został on rozbudowany w XVI  wieku, a w XVIII dobudowano mu imponującą  dzwonnicę. Ciekawe jest też pochodzenie przydomka Madonny - Ceriola. Tu nie ma zgody, ponieważ są przekazy mówiące o tym, że pierwsza statua Matki Boskiej była zrobiona z wosku (cera) a dopiero później zastąpiono ją obecną rzeźbą wykonaną w drewnie, natomiast inna wersja donosi, że nazwa ta jest związana z woskowymi świecami wotywnymi licznie przynoszonymi przez wiernych, które miały symbolizować światło wiary. Przekazy pisane mówią o szybko rozwijającym się kulcie Madonny zarówno na wyspie jak i w okolicy, a wiele osób zaświadczało, iż doznało różnych łask za jej pośrednictwem. Jednak Sanktuarium rozsławiło dopiero pewne zdarzenie tragiczne dla wyspy i pobliskich miejscowości. Otóż w 1836 roku nawiedziła te strony epidemia cholery azjatyckiej, podczas której ludzie umierali masowo z braku skutecznego remedium. Zrozpaczonym wyspiarzom pozostało jedynie liczyć na pomoc opatrzności boskiej, więc w  drugą niedzielę lipca udali się wspólnie do Sanktuarium modlić się o cud. Tak się stało, że straszna choroba przestała się szerzyć, i w ciągu kilku dni epidemia znalazła swój koniec. Od tej pory okoliczna ludnośćMonte Isola świętuje rocznicę tego zdarzenia, a w każdą rocznicę rzesze ludzi przybywają do Sanktuarium, aby zanieść Madonnie swe prośby i podziękowania. Tak, czy inaczej, dla mieszkańców wyspy i wybrzeża jest ono od wieków nie tylko ośrodkiem kultu, lecz również symbolem ich jedności. Niejednokrotnie kiedy zapoznałam się z historią podobnych miejsc, ogarniało  mnie uczucie respektu dla tych małych społeczności, które kultywują tradycję swych przodków jednocząc się w swoich staraniach. Gdy wędrowałam po górach Lombardii i Piemontu, zdarzało się, że w miejscach bardzo odległych od ludzkich siedzib odkrywałam małe kapliczki, gdzie czyjeś ręce postawiły świeże kwiaty i zapaliły lampkę, najbliższe otoczenie było  posprzątane a trawa wykoszona, co w widomy sposób dowodziło ludzkich starań. Również i to Sanktuarium jest takim pięknym i wzruszającym dowodem wspólnego działania tej wyspiarskiej społeczności. Najbardziej imponującym przykładem jest przedsięwzięcie, które miało tu miejsce w 1924 roku. Dokonano wtedy uroczystej koronacji wizerunku Madonny i Dzieciątka, a dla tej niewielkiej  grupy ludzi był to rzeczywiście wysiłek na ogromną skalę. Dwie korony ze złota dla Marii i Dzieciątka odlano po prztopieniu kosztowności oddanych na ten cel przez miejscowe kobiety, a mieszkańcy wyspy i okolicznych wiosek leżących na stałym lądzie, na własnych plecach nosili materiały budowlane, niezbędnie do restauracji i upiększenia świątyni. Podobnie rzecz się miała, kiedy 1964 roku powzięto ideę zbudowania drogi krzyżowej.
Monte Isola  Ludzie znowu zjednoczyli się we wspólnej pracy aby zbudować kaplice i monument poświęcony współmieszkańcom, którzy stracili życie w działaniach wojennych lub zginęli skutkiem wypadku podczas pracy. Jednak chyba najpiękniejsze święto zorganizowano w pięćdziesiątą rocznicę koronacji Madonny, w 1974 roku.  Statua była w tym czasie transportowana z kościoła do poszczególnych wiosek i gościła w każdej z nich przez tydzień. Na zakończenie zorganizowano na jeziorze procesję, podczas której statek  wiozący figurę Madonny i grupę  wiernych okrążył wyspę w towarzystwie orszaku ludzi płynących na łódkach, których było w sumie ponad dwieście. Kiedy ów orszak przybił do brzegu, miejscowa młodzież podczas nocnej procesji z pochodniami odniosła statuę do świątyni. Z tej okazji dokonano następnego etapu rozbudowy Sanktuarium - powstał dom pielgrzyma, i wygodne schody wiodące do kościoła. Dom pielgrzyma wewnątrz ozdobiono freskami nawiązującymi do życia na wyspie, a jeden z nich przedstawia obchody z 1974 roku. Wewnątrz zwraca uwagę przede wszystkim piękny drewniany tryptyk głównego ołtarza pochodzący z 1400 roku, w obudowie z marmuru dodanej w roku 1620.Tryptyk przedstawia Madonnę trzymającą na kolanach Dzieciątko, a towarzyszą jej święci Faustino i Giovita, którzy przynieśli wiarę chrześcijańską w te strony. W kościele znajdują się liczne wota, również pod postacią niewielkich obrazków. Przedstawiono na nich zdarzenia, które ofiarodawcy uznali za cudowną interwencję Madonny. Na ścianie na wprost wejścia znajduje się fragment pięknego, XVI wiecznego fresku, zdobiącego kościół przed późniejszą restauracją.
SanktuariumZ tego samego okresu pochodzi drugi fresk
"Ecce Homo"przypisywany Giulio Romanino. Wiąże się z nim interesujące zdarzenie - został on bowiem przypadkowo wydobyty spod pokrywającego go tynku na skutek uderzenia pioruna. Muszę tu powiedzieć,
że kiedy dotarłam do Sanktuarium, okazało się iż jest tam sporo ludzi. Część, tak jak ja, przyjechała lokalnym busem, zaś inni przyszli na piechotę z okolicznych miejscowości. Również we wnętrzu kościoła zastałam kilka osób zatopionych w modlitwie, więc siłą rzeczy chcąc go dokładnie obejrzeć, musiałam się zachowywać dyskretnie. Także dłuższe pstrykanie zdjęć w tej sytuacji byłoby dużym nietaktem, w związku z tym, ograniczyłam się w tym względzie do minimum. Po zwiedzeniu Sanktuarium miałam zamiar obejrzeć resztę wyspy, więc przyszedł czas, aby udać się w drogę powrotną. Ponieważ jest tu kilka ścieżek prowadzących w dół, postanowiłam, że do Maraglio wrócę pieszo. Ścieżka prowadziła mnie miejscami przez las, aby po chwili wyjść na tarasowe poletka gdzie rosły oliwki i winorośl, a wędrówka po tej pięknej, spokojnej okolicy, oddychanie czystym powietrzem i słuchanie śpiewu ptaków, sprawiło mi prawdziwą przyjemność. Niestety, pogoda nieco się popsuła, i powietrze dotąd przejrzyste, zrobiło się ciężkie i wilgotne. Żałowałam, że tak się stało, bo jak to zwykle bywa w Lombardii, foschia nie pozwoliła mi na nacieszenie się widokiem przeciwległych brzegów jeziora. No, ale cóż, życie nie składa się z samych przyjemności! Po zejściu do Maraglio ponownie wsiadłam na statek który opływał wyspę dookoła, więc mogłam zobaczyć ją całą, a na dodatek dwie maleńkie wysepki znajdujące się nieopodal. Pełna wrażeń dotarłam do przystani w Iseo, gdzie wsiadłam do pociągu, i po licznych przesiadkach pod wieczór dotarłam do domu.

Przykro mi, że kilka zdjęć z wnętrza Sanktuarium nie zachwyca jakością, ale jak wspominałam wcześniej, robiłam je w taki sposób, żeby nie zwracać uwagi modlących się wiernych i nie przeszkadzać "pstrykaniem". Mimo to, zapraszam do Googli+ https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5619811629171689697?banner=pwa
lub na Picasę gdzie jest więcej zdjęć>                 

sobota, 8 czerwca 2013

Lombardia. Lago d'Iseo.

Lombardia

Lago d'Iseo  (Sebino), leży nieopodal Bresci i jest najmniejszym z czterech wielkich, lombardzkich jezior. Wiele osób uważa, że również najładniejszym, choć o to mogłabym się kłócić, ponieważ w moim sercu pierwsze miejsce ma nieodmiennie jezioro Como. Ale podobnie jak to bywa z pierwszą miłością - przychodzą po niej inne, lecz czym więcej czasu od niej upływa, z tym większym sentymentem ją wspominamy... Być może, nie powinnam się wypowiadać tak autorytatywnie, ponieważ mimo chęci całego jeziora nie udało mi się zobaczyć ponieważ byłam tam w jeszcze przed rozpoczęciem sezonu turystycznego, kiedy rejsy do bardziej odległych miejscowości są mocno okrojone.Tak, czy inaczej, również to jezioro ma swoje atrakcje i niezaprzeczalne uroki. Podobnie jak Lago di Garda i Maggiore charakteryzuje się tym, że jego południowa część ma prawie płaskie brzegi, natomiast północna leży pośród gór. Również i tu, w każdej z miejscowości leżącej w pobliżu brzegu znajduje się większa lub mniejsza przystań gdzie zawijają statki. Z tego co zauważyłam, wszystkie one są nieduże, i pełnią rolę "tramwaju wodnego". Niestety, jak już wspomniałam,  pojechałam tam zanim na dobre zaczął się letni sezonm i dłuższe rejsy w głąb jeziora na jego północny kraniec odbywały się jedynie w weekendy. Ja wybrałam się tam w środku tygodnia, więc nie udało mi się dotrzeć do Lovere, jednej z najdalej położonych miejscowości, jak to miałam w planie.
W poprzednich wpisach wspominałamm iż Region Lombardia wprowadził do obrotu całodzienne bilety uprawniające do swobodnego poruszania się wszystkimi środkami transportu publicznego, w tym również statkami po Lago d'Iseo (jako jedynym, na innych jeziorach, niestety, ta zasada nie obowiązuje). Jak sądzę, jest to spowodowane tym, że to jezioro posiada atrakcję jedyną w swoim rodzaju czyli największą wyspę w Europie położoną na wodach śródlądowych, a statek lub łódź prywatna jest dla jej mieszkańców i przybyszów z innych stron jedynym środkiem łączności ze stałym lądem. Wyspa nazywa się nieco dziwnie - Monte Isola, czyli Góra - Wyspa. Rzeczywiście wygląda ona niczym dość spora góra pokryta bujną roślinnością, wyrastająca na środku jeziora. Ma ona ciekawy kształt, gdyż w zasadzie składa się z dwóch wzniesień o różnej wysokości, pomiędzy którymi znajduje się coś na kształt przełęczy.

Przyjrzałam jej się dokładnie kiedy w Sulzano czekałam na statek, który miał mnie tam zawieźć. Zauważyłam wtedy, że wyższy stok wzniesienia stromo schodzi do wody, a na jego szczycie, pomiędzy drzewami widać sylwetkę kościoła. Ponieważ przed wyjazdem "odrobiłam lekcję" wiedziałam, że jest to Sanktuarium Madonna della Ceriola. Słyszałam o nim swego czasu we włoskiej telewizji, kiedy wspominano pielgrzymkę Jana Pawła II do Bresci i Bergamo, natomiast na niższym szczycie, pośród drzew dostrzegłam okrągłą wieżę gotyckiego zamku. Oczywiście na widok tych atrakcji szybko zaczęłam snuć plany dotarcia na górę. Ponieważ w owym czasie z powodu uporczywego zapalenia ścięgien w stopach miałam problemy z chodzeniem na dłuższych trasach, nie mogłam działać "na żywioł" lecz musiałam liczyć siły na zamiary. Postanowiłam, że na miejscu zasięgnę języka co do odległości, stanu ścieżek, itd. Kiedy dopłynęłam do portu w miejscowości Peschiera Maraglio, okazało się, że sytuacja przedstawia się lepiej niż mogłam przypuszczać. Na wyspie jest absolutny zakaz używania samochodów prywatnych, więc siłą rzeczy, istnieje dobra komunikacja publiczna. Monte Isola jest jednocześnie gminą (comune) składającą się z jedenastu niedużych wiosek. Te położone nad brzegiem jeziora mają swe przystanie gdzie zawijają statki i łodzie. Część wiosek jest położona wyżej, na stoku góry, a wszystkie łączy asfaltowa droga, która niczym wąż wije się po zboczach wzniesień. Najwyżej i jednocześnie najbliżej Sanktuarium leży wioska Cure, skad, jak się dowiedziałam, na sam szczyt prowadzą dwie odrębne ścieżki o długości mniej więcej kilometra każda. Uznałam, że dotarcie tam nawet na obolałych nogach nie powinno mi sprawić większego problemu. Czekając na autobus obejrzałam miejscowość Maraglio, gdzie szczerze mówiąc, do oglądania nie ma zbyt wiele, bo miejscowość jest naprawdę mała, składa się z bulwaru będącego jednocześnie portowym nabrzeżem, oraz kilku wąziutkich uliczek na zboczu góry. Mimo to, ma ona wiele uroku, a wiekowe, kolorowe domki, są w większości zadbane i ładnie utrzymane. Wiele z nich liczy sobie dwieście- trzysta lat, a kilka pochodzi z okresu średniowiecza. Jest tu też zabytkowy kościół oraz zamek, będący niegdyś własnością rodziny Oldofredi (niestety, niedostępny dla zwiedzających gdyż nadal pełni rolę prywatnego mieszkania ).
Monte Isola
Podobnie jak to widziałam w Portofino, w większości budynków przy nabrzeżu mieszkania są na piętrze, zaś na parterze znajduje się bar, restauracja, lub sklep z pamiątkami. Nie brakuje tu pięknych kwiatów, które kolorowymi kaskadami zdobią okna, loggie i balkony. Mnie jednak najbardziej urzekł sklep z sieciami rybackimi, więc pozwoliłam sobie wejść do środka, aby popatrzeć z bliska na pracę nad ich produkcją, która odbywa się na miejscu, w wydzielonej części tego obszernego pomieszczenia. Oprócz różnego rodzaju sieci i siatek na ryby, można tam kupić siatkowy hamak, huśtawkę, lub plecioną torbę. Wszystko to wyglądało bardzo atrakcyjnie, i jak  się prz tej okazji dowiedziałam, jest to rodzinna wytwórnia z dużą tradycją. Niewykluczone, że skusiłabym się na piękny, biały hamak z frędzlami (jak znalazł, do mojego ogrodu) gdyby nie stanowczy zakaz wydany mi przez Martę kupowania we Włoszech rzeczy, które mogę kupić w Polsce, bez narażania się na transportowanie dodatkowych bagaży. Ponieważ zdawałam sobie sprawę, że jest to tak zwana "święta racja" z żalem opuściłam sklep i pomaszerowałam na przystanek, skąd miał odjechać autobus do Cure. Autobus okazał się pakownym mini - busem, w którym bez trudu znaleźli miejsce wszyscy chętni. Podczas jazdy krętą drogą miałam okazję dość dobrze obejrzeć prawie całą wyspę. Okazało się, że linia komunikacyjna prowadząca na wyższy ze szczytów obsługuje siedem z jedenastu miejscowości stanowiących gminę Monte Isola. Ponieważ wyspiarzy jest niewielu, nic więc dziwnego, że kierowca zna wszystkich swoich pasażerów, którzy mieszkają tu na stałe, od wiekowych dziadków do maluchów w wózku. Z przyjemnością muszę podkreślić, iż mimo dużej ilości turystów jacy co roku  tu się przewijają, wyspiarze traktują obcych z sympatią i chętnie udzielają wyczerpujących wyjaśnień na zadawane pytania. Przez chwilę nawet przyszło mi do głowy, że to być może dzieje się tak z powodu poczucia izolacji, ale po namyśle doszłam do wniosku, że zapewne jest to raczej wrodzona pogoda ducha z powodu zdrowego środowiska i życia bliżej natury. Wyspa bowiem jest istotnie prawdziwą oazą spokoju. Jej całkowita powierzchnia wynosi nieco ponad 12 km2 a obwód 9 km a wyższe wzniesienie, to  na którym znajduje się Sanktuarium, liczy sobie 600 m n.p.m. Na wyspie mieszka ogółem około 1800 stałych mieszkańców i  jak już pisałam, jest tu całkowity zakaz ruchu samochodowego dotyczący osób prywatnych. Jedyne samochody to ambulans medyczny, mini - busy komunikacji publicznej, samochód policyjny, oraz te, którymi poruszają się lekarz i miejscowy ksiądz. Pozostali mieszkańcy jeśli nie korzystają z busa, przemieszczają się na rowerach i skuterach oraz motocyklach. Są też dwa parkingi, gdzie w sezonie letnim turysta może wypożyczyć rower jeśli nie dysponuje własnym. 
Monte Isola
Również kontakt ze stałym lądem nie sprawia większych problemów, gdyż statki w dzień kursują co kwadrans, natomiast w nocy - co czterdzieści minut. Mimo to, życie na wyspie zapewne nastręcza wiele problemów; np. nie ma tu szkół średnich i szpitala, lecz w zamian za to jest spokój oraz nieskażone środowisko.Większość mieszkańców wyspy żyje z rzemiosła oraz uprawy oliwek i winorośli. Myślę, że kochają ten skrawek ziemi, i przywykli do trybu życia, jaki prowadzi się tu od pokoleń. Gdy statek wiozący mnie na wyspę zbliżał się do przystani, pierwsza rzecz, która zwróciła moją uwagę, to długi rząd skuterów i motocykli stojących na nabrzeżu. Wraz ze mną przypłynęło wiele osób, przeważnie miejscowych kobiet, obładowanych torbami i paczkami. Byłam w szoku, widząc jak układają te pakunki na podnóżku skutera i bagażniku, inne zawieszają na kierownicy, a na koniec instalują się na swoim pojeździe,  trzymając jeszcze po torbie w każdej ręce chwytają za kierownicę i ruszają w drogę. Potwierdziło to moją teorię o niesamowitych zdolnościach adaptacyjnych gatunku ludzkiego, ale z całą pewnością w tym wypadku sprzymierzeńcem owych niewiast była też ładna pogoda. Trudno sobie wyobrazić takie jazdy kiedy pada deszcz lub śnieg a od jeziora wieje zimny wiatr... No, ale w odwodzie jest komunikacja publiczna, która zapewne cieszy się wtedy większym powodzeniem. Jak zauważyłam, z nastaniem cieplejszej pory roku tę ostatnią preferują przede wszystkim turyści, matki z małymi dziećmi oraz osoby w podeszłym wieku, które nie czują się na siłach aby korzystać z "czaru dwóch kółek". Ja również dołączyłam do tej grupy i po mniej więcej trzydziestu minutach, podczas których autobusik jechał wciąż wyżej i wyżej, znalazłam się w maleńkiej miejscowości Cure. Tu zaznajomiłam się z mapą, gdzie przedstawiono ścieżki prowadzące do Sanktuarium. Mimo iż było niedaleko, nie widziałam jego zabudowań, ponieważ zasłaniały je wysokie drzewa rosnące na zboczu. Ruszyłam przed siebie uliczką prowadzącą pomiędzy domostwami z szarego kamienia, a kiedy znalazłam się poza obrębem wioski, wygodna droga poprowadziła mnie dalej, pośród tarasowo położonych gajów oliwnych i winnic porastających zachodnie zbocze góry. Teraz mogłam do woli cieszyć się wspaniałą panoramą przeciwległego brzegu jeziora i niżej położonej części wyspy. Towarzyszyło mi uczucie wszechogarniającego spokoju na widok błękitu wody i nieba oraz bujnej zieleni traw, poprzetykanej ciemnymi kolumnami cyprysów i zielonkawo- srebrnymi oliwkami. Po kilkunastu minutach mulatiera przywiodła mnie do okazałej bramy, za którą zaczynały się kaplice drogi krzyżowej więc wszystko wskazywało na to, że byłam blisko Sanktuarium Madonna della Ceriola. Ale na temat mojej wizyty w Sanktuarium będzie następny wpis.


Monte Isola

Jak zwykle, zapraszam do obejrzenia albumu w Googlach+
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5619811629171689697

lub na Picasie gdzie jest więcej zdjęć>
https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/MonteIsola