Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwajcaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwajcaria. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 listopada 2023

Do Szwajcarii przez przełęcz San Gottardo. Kaskady Trummelbach i Lucerna.


Przełęcz San Gottardo maleńka postać samotnego turysty na tle niebotycznych szczytów pobielonych śniegiem

Szwajcaria to kraj kojarzy się z wysokimi alpejskimi przełęczami, spektakularnymi dolinami, turkusowymi jeziorami i miastami pełnymi zabytków. Tym razem chcę sie podzielić wrażeniami z wycieczki, podczas której mogłam zobaczyć jedne z najbardziej znanych miejsc w centralnej części kraju – historyczną przełęcz św. Gotarda, malowniczą Dolinę Tremola, Lucernę z jej słynnymi krytymi mostami oraz Lauterbrunnental, nazywaną doliną siedemdziesięciu dwóch wodospadów z których najsłynniejsze są Staubbach i Trummelbach.

Chińskie przysłowie mówi "Lepiej zobaczyć coś raz, niż usłyszeć o tym tysiąc razy"- trudno się z tym nie zgodzić — przeczytane relacje z podróży albo obejrzane zdjęcia, zawsze są jedynie niewielkim wycinkiem tego, co możemy zobaczyć na własne oczy. Jednak bez wątpienia mogą być świetną inspiracją, by wyruszyć w podobną podróż i swe wrażenia porównać z opowieściami i mirażami naszej wyobraźni.

Choć na co dzień najchętniej podróżowałam samodzielnie, tym razem zdecydowałam się skorzystać z jednodniowej wycieczki autokarowej organizowanej przez biuro podróży w Saronno. Bez własnego samochodu dotarcie do wszystkich tych miejsc byłoby znacznie trudniejsze, a program zapowiadał się wyjątkowo interesująco.

Wybrałam wycieczkę do Szwajcarii, gdyż skusiła mnie możliwość zobaczenia Lucerny i jej niezwykłej starówki z malowanymi fasadami kamienic i krytymi mostami. Kiedy mieszkałam w Limbiate codziennie miałam przed oczami fragment panoramy tego miasta przedstawiający rzekę i ukwiecony drewniany most, namalowany na pamiątkowym talerzyku, wiszącym w kuchni. Ten widok poruszył moją wyobraźnie i utkwił mi w pamięci więc nie mogłam przepuścić okazji, żeby zobaczyć go na żywo

Kilkakrotnie  byłam w Kantonie Ticino, który bardzo mi sie podobał, więc ucieszyłam się z możliwości zobaczenia również innych rejonów Szwajcarii. Oprócz Lucerny mieliśmy zwiedzić piękną alpejską dolinę Lauterbrunnental, słynącą ze swoich siedemdziesięciu dwóch wodospadów, gdzie głównym punktem programu był wodospad Trummelbach. 

Z Saronno wyjechaliśmy skoro świt, nasz autokar wypełniony do ostatniego miejsca ruszył w kierunku Como i Chiasso. Tu przekroczyliśmy granicę ze Szwajcarią, a następnie przez Lugano i Bellinzonę udaliśmy się w stronę przełęczy San Gottardo. 

Na przełęczy czekała na nas wspaniała niespodzianka — jechaliśmy trasą szybkiego ruchu, która wiedzie nieopodal starej dziewiętnastowiecznej drogi która pnie się niezliczonymi zakosami po zboczach Doliny Tremolo. Widok z okien autokaru był po prostu niesamowity, ciasne zakręty serpentyny pięły się po zielonej ścianie stromego zbocza, przyprawiając o zawrót głowy samym swym widokiem. Żałowałam, że z racji szybkości, z jaką jechał autokar, nie byłam w stanie robić zdjęć, gdyż sceneria zmieniała się po prostu w mgnieniu oka. 

Nowa droga również jest serpentyną, lecz jej zakręty nie są aż tak liczne. Niebawem osiągnęliśmy najwyższy punkt na przełęczy (2108 m n.p.m.), gdzie autokar zatrzymał się na chwilę, abyśmy mogli popatrzeć na przepiękną panoramę Alp Lepontyńskich (tam zrobiłam zdjęcie tytułowe). Po tym krótkim postoju pojechaliśmy dalej i niebawem mogliśmy podziwiać głęboką, szmaragdowo-zieloną dolinę Schollenen.

Piękna zielona dolina pomiędzy zboczami porośniętymi świerkowym lasem

Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów dojechaliśmy do dwóch jezior rynnowych — Brienzersee i Thunersee. Ich nazwy pochodzą od miejscowości, leżących na przeciwległych krańcach akwenów, a pomiędzy nimi jest wąski przesmyk lądu, gdzie rozsiadło się miasteczko (nomen omen) Interlaken. 

Tu autobus skręcił na południe i wjechał w dolinę Lauterbrunnental. Środkiem doliny płynie rzeka o spienionych, białych wodach, nie bez powodu nosząca nazwę Weisse Lutschine (Biała Lutschine). Wzdłuż jej koryta biegnie droga prowadząca w głąb szerokiej doliny, otoczonej pasmami Alp Berneńskich. Z lewej strony autokaru widzieliśmy ich pochyłe, zalesione stoki, zaś z prawej kilkusetmetrowe pionowe skalne ściany, gdzie z ogromnej wysokości spadały w dół większe i mniejsze strumienie wody, tworząc przepiękne wodospady. 

Miałam nadzieję, że zatrzymamy się w tym miejscu choć na chwilę, tym bardziej że przejeżdżaliśmy koło największego z nich, niemal trzystumetrowego wodospadu Staubbach. Niestety, nie mieliśmy tego w planie, a poza tym czekała na nas główna atrakcja, czyli wodospad Trummelbach. Bardzo żałowałam, ale musiałam się zadowolić robieniem zdjęć doliny przez okno autokaru, który na moje szczęście w tym miejscu jechał dość wolno. Obiecałam sobie, że jeśli będzie taka możliwość, spróbuję fotografować  również w drodze powrotnej, co mi się zresztą udało, bo już wiedziałam, na czym mam skupić uwagę.


Szwajcarska wioska na tle potężnej skalnej ściany z której spływa wodospad

Niebawem dotarliśmy do końca doliny, gdzie w głębi był parking, schronisko i kilka dużych plansz informacyjnych na temat wodospadu. Szczerze mówiąc, nie odrobiłam lekcji i przed wyjazdem nic nie poczytałam na ten temat, więc byłam zaskoczona informacją, że jedynie jego niewielka część, znajduje się na zewnątrz, a cały ten ogromny strumień wody kłębi się w skalnych korytarzach we wnętrzu góry. 

Wodospad Trummelbach ze względu na jego specyfikę można oglądać jedynie latem. Służą do tego wykute w skale chodniki i platformy widokowe, na które można dojechać dzięki skomplikowanemu systemowi szybów i wind. Cały wodospad ma około 140 metrów wysokości i składa się z dziesięciu krętych tuneli na różnych poziomach. Jego wody pochodzą z topniejących lodowców na zboczach Eigeru, Jungfrau i Mnicha. Woda w łożysku wodospadu przemieszcza się w ilości aż 20 000 litrów na sekundę, spada z ogromną siłą i w dalszym ciągu żłobi skałę. Podobno ilość wypłukanego materiału oblicza się aż na 20 000 ton rocznie! Aby obejrzeć ten cud natury, trzeba cierpliwie poczekać na swoją kolej, gdyż chętnych jest sporo, a ze względów bezpieczeństwa tworzy się niezbyt duże, bo czterdziestoosobowe grupy.




Nowoczesna, szybkobieżna winda przewozi zwiedzających na wysokość 100 m po czym cała grupa przemieszcza się w dół po chodnikach i platformach, dzięki którym wodospad można oglądać z bliska. Nie ma problemu, że ktoś zabłądzi albo stanie mu się krzywda, ponieważ droga, choć kręta, nieuchronnie prowadzi do wyjścia, a solidne barierki zabezpieczają przed upadkiem. Korytarze są oświetlone lampami elektrycznymi, mimo to panuje w nich półmrok, wiec robienie zdjęć jest bardzo trudne, a chwilami wręcz niemożliwe.

Woda spadająca z wielką siłą tworzy w powietrzu tysiące kropelek, i chlapiąc bez miłosierdzia, zalewa obiektyw. To samo dotyczy zwiedzających — oglądanie wodospadu bez nieprzemakalnej kurtki z kapturem jest skazane na porażkę, tym bardziej że w korytarzach jest nie tylko mokro, ale i zimno. Szczerze mówiąc, osobiście czułam się tam niesamowicie oszołomiona — półmrok, woda spadająca z hukiem w szaleńczym pędzie i konieczność ciągłego ocierania oczu z wszechobecnej wilgoci sprawiły, że czułam się niczym w transie. Kiedy przemierzyłam całą trasę i wreszcie wyszłam na zewnętrzny taras, na widok zieleni i słońca niemal westchnęłam z ulgą.




Oczywiście, było to bardzo ciekawe doznanie, jednak bez wątpienia dość zaskakujące ekstremalnymi warunkami, jakie panują w głębi zbocza. Nie jest to wycieczka dla wszystkich, nie można zabierać na nią młodszych dzieci oraz zwierząt, jest też niewskazana dla osób nie do końca sprawnych fizycznie, cierpiących na klaustrofobię, czy łatwo wpadających w panikę. Moje wrażenia były dość mieszane, gdyż była to ważna lekcja poglądowa ukazująca niesamowitą potęgę natury, jednak mój system nerwowy z trudem zniósł natłok bodźców podczas zwiedzania. Z jednej strony cieszyłam się, że było mi dane to doświadczenie, jednak w duchu myślałam, że gdybym miała wybór, to chyba bym wolała z bliska przyjrzeć się wodospadowi Staubbach i rozbryzgom jego wód w blasku słońca. 

Krótki piknik nad rzeką i kawa w schronisku, zakończyły tę część wycieczki. Kiedy nasza grupa zebrała się ponownie, wyruszyliśmy drogą wzdłuż rzeki, lecz tym razem w odwrotną stronę. Znów przez okna autokaru mogliśmy oglądać srebrne strugi wodospadów spadających ze skalnych ścian i góry wypiętrzające się coraz wyżej w głębi doliny, w miarę jak rosła przestrzeń, która nas od nich dzieliła.






Po wyjeździe z doliny pojechaliśmy na północny wschód, w stronę ostatniego etapu naszej wycieczki. Po drodze minęliśmy bardzo malowniczy południowy kraniec Jeziora Czterech Kantonów, i niebawem wysiedliśmy w Lucernie. Jest to miasto niespełna stutysięczne i uchodzi za jedno z najpiękniejszych w Szwajcarii. Polemizowałabym z tą opinią, ponieważ osobiście wyżej stawiam Lugano czy Locarno, ale to dlatego, że według mnie mają więcej niewymuszonego wdzięku. W Szwajcarii wysoko cenię prześliczne, górskie wioski, jednak miasta, choć nie brak w nich uroczych elementów, według mnie trochę wieją chłodem. 

Znakiem rozpoznawczym Lucerny są dwa kryte mosty spinające brzegi rzeki Reuss, czyli Kapellbrucke (Most Kapliczny) i Spreuerbrucke (Most Plewny). Kapellbrucke znajduje się nieopodal miejsca, gdzie rzeka wpada do jeziora.  Obecnie ma 204 metry i nadal jest  bardzo długi, choć od czasu powstania w związku z umocnieniem i zabudowaniem brzegów rzeki  skrócono go o 71 metrów. Jest to najstarszy most drewniany w Europie, szacuje się, że powstał w połowie XIV wieku. 

Kapellbrucke dwukrotnie uległ częściowej destrukcji, raz podczas wielkiej powodzi w XVIII wieku, a po raz drugi w 1993 roku z powodu pożaru. Podczas tych dwóch tragicznych zdarzeń uległa zniszczeniu część bardzo oryginalnych, trójkątnych malowideł, jakie w XVII wieku umieszczono pod krokwiami dachu. Pierwotnie było ich sto pięćdziesiąt osiem — po powodzi zostało sto dwanaście, ale pożar strawił lub poważnie uszkodził aż osiemdziesiąt sześć z nich. Na szczęście most odrestaurowano i wyciągnięto wnioski z tego zdarzenia — w jego obrębie nie wolno używać żadnych źródeł ognia z papierosami włącznie, a oprócz tego, zainstalowano czujniki dymu. 

Most jest usytuowany ukośnie do nurtu rzeki; mniej więcej w połowie przylega do niego ośmiokątna Wieża Wodna (Wasserturm) wzniesiona z piaskowca. Na przestrzeni wieków była ona częścią miejskich umocnień, a także więzieniem i skarbcem. Most Kapliczny zrobił na mnie ogromne wrażenie. Jest wykonany z ciemnego drewna o mahoniowym odcieniu, kryty gontem i ozdobiony mnóstwem kwiatów co na tle wód rzeki wygląda po prostu zjawiskowo.

Bardzo żałowałam, że pogoda trochę się popsuła, powietrze straciło przejrzystość, a na niebie pojawiła się warstwa pierzastych chmur, za którymi skryło się słońce. Nie była to aura sprzyjająca robieniu zdjęć i mogłam sobie jedynie wyobrazić, jak pięknie wygląda most w całej krasie swoich kolorów.






Drugi z drewnianych mostów, czyli Most Plewny, nazwany tak z powodu młyna, niegdyś działającego w pobliżu, jest dużo krótszy i na pierwszy rzut oka skromniejszy. Również on został zniszczony przez wielką powódź, a następnie odbudowany. Wzniesiono go z podobnego budulca, co Most Kapliczny, także i tu zobaczymy cykl trójkątnych malowideł na desce, ze scenami w stylu "dance macabre". Oprócz tego zdobi go mnóstwo kwiatów i śliczna czerwona wieżyczka; na jej ścianie umieszczono ciekawe malowidło, przedstawiające Ukrzyżowanie. 

Trochę przewrotnie, to właśnie ten most, choć nie tak spektakularny, bardziej przypadł mi do gustu, chyba ze względu na swój kameralny charakter.






Z racji znacznych odległości do przebycia, nasza wycieczka miała ścisły limit czasowy — siłą rzeczy nie mieliśmy go wystarczająco dużo, aby dokładnie obejrzeć miasto. Jednak nie sposób było zrezygnować ze spaceru po starówce, która jest znana z okazałych kamienic o pięknie malowanych fasadach, a także zobaczenia placu, gdzie wznosi się ratusz. W tej części miasta jest też kilka ciekawych fontann, w tym ta najbardziej znana, przedstawiająca legendarną fikcyjną rodzinę Fritschi, radosny symbol karnawału.* Nieopodal napotkałam jeszcze jedną sympatyczną rzeźbę, przedstawiającą pasterza okrytego peleryną i jego dwie owieczki.





Saronno i Lucernę dzieli odległość 220 km, więc późne popołudnie było właściwym momentem, aby wyruszyć w drogę powrotną. Wracaliśmy tą samą trasą, jednak tym razem nie jechaliśmy drogą prowadzącą przez przełęcz, lecz tunelem wydrążonym w górskim masywie. Tunel San Gottardo ma długość nieco ponad 16 km, więc przejazd nim trwa kilkanaście minut. Jest on jednym z bezpieczniejszych, dzięki licznym drogom ewakuacyjnym, jednak i tu nie obyło się bez tragedii, kiedy w 2001 roku wybuchł straszliwy pożar, w którym straciło życie ponad dwadzieścia osób. 

Niestety, pożary nadal się zdarzają, choć po wprowadzeniu dodatkowych zabezpieczeń ich skutki nie są tak dramatyczne. Starałam się o tym nie myśleć, ale widok potężnych wentylatorów tłoczących powietrze i wyświetlacze, umieszczone co kilkadziesiąt metrów, nie pozwalały zapomnieć o zagrożeniach. Dzięki ciągłemu monitoringowi każdy kierowca jest na bieżąco informowany, czy porusza się z zalecaną prędkością — jeśli nie jest odpowiednia, widzi nakaz zwolnienia lub przyspieszenia.

Te wskazówki ukazujące się na wyświetlaczach mają na celu wymuszenie zachowania stałej odległości pomiędzy pojazdami, co z pewnością pozytywnie wpływa na bezpieczeństwo. 

Po wyjeździe z tunelu i przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów znów znaleźliśmy się w znajomym pejzażu Kantonu Ticino, zdominowanym przez niezbyt wysokie góry o zielonych stokach. Jeszcze tylko minęliśmy Bellinzonę z jej trzema zamkami, Jezioro Lugano z autostradą prowadzącą po długim moście, granicę w Chiasso i wreszcie przywitaliśmy  Como, gdzie wszystko nam mówiło, że zbliża się koniec podróży. Kiedy przyjechaliśmy do Saronno, zapadał wieczór — za nami był naprawdę długi dzień, pełen niezwykłych wrażeń...

Po tej wycieczce utwierdziłam się w przekonaniu, że Szwajcaria jest krajem rządzącym się własnymi zasadami i niezwykle dobrze zorganizowanym. Czasem jest to dolegliwe (przekonałam się o tym, kiedy nie mogłam zapłacić kartą za lody, ponieważ kwota należności była za niska), ale za to wszystko, co w tym kraju robi się dla infrastruktury celem przyciągnięcia turystów, naprawdę należy się wielki szacunek. 

Przedsięwzięcia takie jak umożliwienie zwiedzania wodospadu Trummelbach, wysokogórska linia kolejowa na Jungfrau, różne wymyślne kolejki linowe, wyciągi narciarskie, mosty i wiadukty pozwalające dotrzeć do na pozór niedostępnych miejsc, to nie tylko świadectwo wspaniałej myśli technicznej, ale i potężne inwestycje w turystykę. Dzięki takiemu podejściu do Szwajcarii przez cały rok ciągną tłumy ludzi, aby zwiedzać, odpoczywać i uprawiać sporty, a przy okazji zostawić mnóstwo pieniędzy.

Gdybym miała podsumować tę wycieczkę, musiałabym powiedzieć, że miała ona swoje plusy i minusy. Zaletą było to, że w ciągu jednego dnia zobaczyłam Lucernę, która od dawna zajmowała moją wyobraźnię i oszałamiający wodospad Trummelbach, do których z pewnością nie dotarłabym w tak krótkim czasie, gdybym chciała podróżować komunikacją publiczną. Ta wycieczka dała mi jeszcze dodatkowy bonus, coś czego się nie spodziewałam: niesamowite widoki na przełęcz św. Gotarda i zachwycającą panoramę Alp Lepontyńskich. Natomiast fakt, że musiałam poruszać się w określonym tempie i rygorystycznie trzymać planu oraz ram czasowych, był to dla mnie duży minus, bo uwielbiam elastycznie zarządzać czasem przeznaczonym na zwiedzanie.

Podsumowując: coś za coś, bo jakby nie było, nie da się zjeść szwajcarskich czekoladek, a jednocześnie wciąż mieć ich pełne pudełko!

*Plac przy fontannie jest miejscem, gdzie co roku rozpoczyna się tradycyjny karnawał, a sama fontanna to kolorowy, neorenesansowy pomnik z 1918 roku. Jej szczyt zdobi postać chorążego niosącego sztandar, poniżej znajdują się pełne ekspresji maski karnawałowe członków rodziny Fritschi i błaznów plujących wodą. Rodzina składa się z Brata Fritschiego (to legendarna postać z XV wieku, prawdopodobnie był to rolnik, który zapisał w testamencie swój majątek na wino i poczęstunek dla ubogich podczas karnawału), jego żony Fritewe, dziecka, niani i sługi. Karnawał jest bardzo malowniczy, jest to jena z największych imprez karnawałowych w Szwajcarii.

Więcej zdjęć z tej wycieczki jest w albumie>


sobota, 23 listopada 2013

Lombardia. Wędrując wokół Jeziora Lugano, Brusimpiano - Ardena, sanktuarium i fortyfikacje.



Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Lavena Ponte Tresa nad jeziorem Lugano i rozejrzałam się wokoło, mój wzrok zatrzymał się na długim wzniesieniu po prawej stronie. Porastał je ciemnozielony las; dzięki pięknej pogodzie, na tle niebieskiego nieba wszystkie szczegóły pejzażu widać było jak na dłoni. Zapowiedź tego wspaniałego widoku miałam już wtedy, gdy dojeżdżałam do celu — ponieważ droga wiedzie dość wysoko pomiędzy górami i dopiero nieopodal miasta schodzi serpentyną w dół z okien autobusu świetnie widać jezioro oraz całą okolicę Podobną wspaniałą wizytówkę prezentuje przybyszowi również miasto Como, jeśli przyjeżdża się pociągiem lub samochodem od północnej strony. Wspominam o tym nie bez powodu, gdyż kiedy po raz pierwszy byłam w Como, mój wzrok zatrzymał się na zielonym wzgórzu ponad miastem, gdzie widniała piękna biało-różowa willa w stylu liberty a ten widok spowodował, że natychmiast zapragnęłam jak najszybciej znaleźć się tam, na górze...


Natomiast tutaj mój wzrok przyciągnął niewielki kościółek z barokową fasadą w ciepłych barwach, zatopiony w zieleni. Nieopodal widać było szeroką przesiekę i w pierwszej chwili miałam nadzieję, że jest tam kolejka linowa, lecz szybko zorientowałam się, że to jedynie trakcja elektryczna, więc jeśli chciałabym tam dotrzeć, pozostawał mi spacer na własnych nogach. Kiedy obejrzałam bulwar i przylegającą do niego frakcję miasteczka, postanowiłam niezwłoczne poszukać drogi na górę lub znaleźć kogoś, kto mógłby być źródłem wiedzy na ten temat. Zwykle dopisywało mi szczęście, jeśli chodzi o dobór przygodnych informatorów i na ogół na moje pytania otrzymywałam bardzo szczegółową odpowiedź wraz z różnymi dodatkowymi wskazówkami. Szczerze powiem, że było to nadzwyczaj miłe i mam wrażenie, że oprócz zwykłej ludzkiej grzeczności, dochodził tu do głosu lokalny patriotyzm mieszkańców, dumnych z tego, że mogą przybyszowi z innych stron pokazać uroki swej ziemi.

Podobnie było i tym razem, zagadnęłam pewną starszą panią i dowiedziałam się, że ów kościółek to sanktuarium w Ardenie, niewielkiej frakcji miejscowości Brusimpiano, a drogi są dwie; jedna to asfaltowa droga jezdna (zdecydowanie dłuższa) i mulatiera, która co prawda szybko mnie zaprowadzi na górę, jednak ma tę niedogodność, że w zasadzie jest nieużywana i z tego powodu nieco zaniedbana. Pani powiedziała mi też, że za czasów jej młodości okoliczna ludność często chodziła tamtędy na modlitwę, jednak to się zmieniło, ponieważ dziś te praktyki nie są już tak powszechne, a do tego większość wiernych jeździ tam samochodami.

Z tego powodu, obecnie owa mulatiera służy przede wszystkim turystom, którzy podobnie jak ja, preferują piesze wędrówki. Pani wspomniała też, że po drodze mogę zobaczyć okopy i stanowiska należące do Linii Cadorna. Był to jeszcze jeden argument za wybraniem tej drogi, bo chociaż jestem przeciwniczką wszelkich wojen, zawsze mnie interesowały również i te świadectwa przeszłości. 

W okolicy jest wiele takich stanowisk, rozrzuconych w różnych miejscach wzdłuż granicy ze Szwajcarią pomiędzy Varese i Luino; podobne umocnienia widziałam również w górach nad jeziorem Como. Mulatiera rzeczywiście wyglądała na nieuczęszczaną, w niektórych miejscach było sporo połamanych gałęzi, a nawet przewróconych drzew, leżących w poprzek drogi. Jej szerokość wskazywała na to, że była to raczej tzw. strada militare, a nie dróżka, którą wieśniacy przemieszczali się na pola i pastwiska. Muszę powiedzieć, że ta krótka trasa, którą można swobodnie przejść w ciągu trzydziestu minut, sprawiła na mnie bardzo niemiłe wrażenie. Nie ukrywam, że szłam, robiąc sobie w duchu wyrzuty, iż chyba jakiś diabeł mnie podkusił, abym wybrała tę drogę, bo skóra mi ścierpła na plecach, kiedy dotarłam do okopów połączonych tunelami i krytymi przełazami, dzięki którym niegdyś można było bezpiecznie pokonywać różnicę poziomów. 

Przyjrzałam im się z zewnątrz, ponieważ nie mając żadnego przygotowania w tej mierze, czy chociażby latarki, nie odważyłabym się w pojedynkę zapuszczać do ich wnętrza. Oprócz tego, jak już pisałam, przez całą drogę czułam dziwny i niewytłumaczalny niepokój...Z tego powodu, obecnie owa mulatiera służy przede wszystkim turystom, którzy podobnie jak ja, preferują piesze wędrówki. Pani wspomniała też, że po drodze mogę zobaczyć okopy i stanowiska należące do Linii Cadorna. Był to jeszcze jeden argument za wybraniem tej drogi, bo chociaż jestem przeciwniczką wszelkich wojen, zawsze mnie interesowały również i te świadectwa przeszłości. 

Przyjrzałam im się z zewnątrz, ponieważ nie mając żadnego przygotowania w tej mierze, czy chociażby latarki, nie odważyłabym się w pojedynkę zapuszczać do ich wnętrza. Oprócz tego, jak już pisałam, przez całą drogę czułam dziwny i niewytłumaczalny niepokój...

Osoby, które regularnie czytają tego bloga, być może pamiętają, jak już wcześniej wspominałam o tym, że kilkakrotnie zdarzało mi się, iż miałam wrażenie, że znajduję się w miejscu emanującym jakąś nadzwyczajną energią. Czasem było to uczucie przyjemne, pozwalające mi doładować mój wewnętrzny akumulator, a innym razem towarzyszył mi zupełnie irracjonalny lęk i poczucie zagrożenia. Z natury jestem osobą rozsądną, nie szukam sensacji tego rodzaju, poza tym uważam, że podobne odczucia w większości dają się wytłumaczyć w sposób, jak najbardziej naukowy. 

To, czy te wrażenia odbieramy zupełnie jednoznacznie, czy też jako zaledwie dostrzegalną zmianę aury, w dużej mierze zależy od naszej osobniczej wrażliwości, która może być zmienna na różnych etapach naszego życia. Jednak mimo wszystko nie odżegnuję się od poglądu, że na ziemi i niebie są rzeczy, o jakich nie śniło się filozofom, gdyż nie wszystko, co nas otacza, daje się zważyć i zmierzyć. Być może, pierwotna, zwierzęca część naszej natury czasami dochodzi do głosu i wtedy mamy do czynienia z emocjami, których nie potrafimy zrozumieć...

Tym razem sądziłam, że to przykre uczucie powoduje obraz opuszczenia graniczący z ruiną, zwalone drzewa, połamane gałęzie i murki porośnięte mchem po obu stronach drogi. To wszystko wyglądało dość ponuro, więc miałam ochotę uciekać, gdzie pieprz rośnie i byłam po prostu szczęśliwa, kiedy tak, jak mi powiedziała moja informatorka, droga dość szybko zaprowadziła mnie na niewielką łąkę u podnóża tarasu, na którym wzniesiono kościół. Niewiele wiadomo o tym, jak się przedstawia historia tego miejsca, podobno w wiekach średnich było tu oratorium, przy którym mieszkał pustelnik. Mówi się też, że swego czasu otaczano tu szczególną czcią wizerunek Czarnej Madonny, do którego zanoszono modły w czasach zarazy, jaka nawiedziła te okolice. 
Obecny kościół pochodzi z XVII wieku, w jego w głównym ołtarzu widnieje obraz Madonna del Latte, czyli Maria karmiąca Dzieciątko Jezus, który jak się przypuszcza pochodzi ze szkoły Bernardino Luini i jest datowany na XV wiek. Kościół jest niewielki, ale bardzo harmonijny a jego główną ozdobą jest piękny portal i zegar słoneczny umieszczony na południowej ścianie.
Z tym kościołem wiąże się pewna niezwykła historia; podobno w latach siedemdziesiątych XX wieku miały tu miejsce zadziwiające zjawiska, zakwalifikowane jako paranormalne. Mówi się o przedmiotach przemieszczających się samoistnie i unoszonych w powietrze przez nieznane siły, a także o tym, iż w biały dzień zaczynały dzwonić dzwony, choć nie było widać nikogo, kto by je wprawiał w ruch. Nie wiem na ten temat nic więcej, ale widocznie tajemnicze zjawiska ustały tak samo nagle, jak się pojawiły. Natomiast nieco później zupełnie przypadkowo znalazłam w internecie kilka ciekawostek na temat fortyfikacji, które mnie tak wytrąciły z równowagi. Otóż wynikało z nich, że te sensacje nie były tylko moim udziałem i swego czasu zainteresowali się nimi łowcy duchów czyli osoby próbujące w sposób fizykalny zbadać zjawiska uchodzące za paranormalne, przy użyciu bardzo czułej i skomplikowanej aparatury. Szczerze mówiąc, nie jest dla mnie do końca jasne, czy dwaj poszukiwacze potwierdzili fakt istnienia w tym miejscu niewyjaśnionych zjawisk. Co prawda oglądałam ich film na YouTube, ale nic nie wskazywało na to, że ich działania zakończyły się spektakularnym sukcesem.


Jednak jak już wspomniałam, te przykre sensacje minęły jak zły sen, kiedy dotarłam na taras przed kościółkiem, gdzie wszystko rozjaśniał blask słońca i skąd roztaczał się widok na jezioro i góry. Przed sobą miałam miasteczko z mostem stanowiącym przejście graniczne, Monte Lema, o której pisałam w poprzednim poście link a po lewej stronie była Monte Caslano i przesmyk u jej podnóża, gdzie właśnie przepływał statek zmierzający z Ponte Tresa do Porto Ceresio i dalej, do Lugano.



Piękne widoki wiosny rozkwitającej wokoło, szybko zatarły niemiłe wrażenie, jakie mi towarzyszyło podczas wędrówki przez las; dziś, kiedy wracam do wspomnień o tamtym dniu, nadal zadaję sobie pytanie, co właściwie mi się przydarzyło? Czy był to tylko nieprzyjemny nastrój, wywołany widokiem tego zaniedbanego i odosobnionego miejsca, czy może ja również jestem jedną z tych osób, które mogą zaświadczyć, że jest to naprawdę niezwykła okolica...

Więcej zdjęć jak zwykle można w albumie 

sobota, 16 listopada 2013

Szwajcaria. Górskie fascynacje - Monte Lema.



Jak wiele innych moich wycieczek, również ta na Monte Lema miała ciekawą genezę i dłuuugą historię. Wszystko zaczęło się zupełnie przypadkiem, w czasie, kiedy pracowałam w Domu Opieki w Saronno. Jedną z pensjonariuszek była niepełnosprawna pani, osoba o wielkiej kulturze osobistej, która mimo wieku i problemów zdrowotnych, nie miała zamiaru odstąpić od swojej pasji do podróży. Jej mąż co prawda mieszkał na zewnątrz, ale większość czasu spędzał w naszej strukturze — z biegiem czasu, kiedy z obojgiem zawarłam bliższą znajomość, niejednokrotnie dzieliliśmy się wrażeniami z naszych wycieczek. W sobotę lub niedzielę, przy sprzyjającej pogodzie ów pan wynajmował niewielkiego busa, do którego można było wstawić wózek inwalidzki i zabierał żonę na wyprawę. 

Pewnego razu wybrali się do Szwajcarii, gdzie nieopodal Lugano wznosi się góra zwana Monte Tamaro, mająca niemal 2000 m wysokości. Można tam wygodnie wjechać kolejką linową, do czego nigdy nie brakuje chętnych, gdyż jest to miejsce znane z tego, że oferuje piękny widok na Jezioro Lugano i całą okolicę. Po powrocie opowiedzieli mi o tym, co zobaczyli i bardzo mnie zachęcali do pójścia w ich ślady. Żeby mi dać choć częściowe wyobrażenie o atrakcyjności wycieczki, przywieźli ulotkę z mapką. Kiedy ją dokładnie obejrzałam, zorientowałam się, że chodzi o masyw, który widziałam będąc w Porto Ceresio, wznoszący się ponad wodami Jeziora Lugano, gdzie zamykał horyzont po lewej stronie.


Ten sam górski grzbiet jest też doskonale widoczny nad północną częścią Lago Maggiore, ponieważ oddziela te dwa akweny, które sąsiadują ze sobą. Po jego zboczach przebiega włosko-szwajcarska granica; ma on długość ponad 15 km i kilka szczytów, w tym dwa leżące na przeciwległych krańcach; to wspomniana już wcześniej Monte Tamaro (1962 m n.p.m) i Monte Lema (1624 m n.p.m) znajdująca się niedaleko miasteczka Ponte Tresa. Oczywiście, jest tu szlak pieszy prowadzący na górę a dla osób nieskłonnych do tego rodzaju wyczynów, zbudowano również wygodną kolejkę linową.

Jest ona nieco odmienna od innych kolejek, ponieważ nie kursuje tu jeden wagonik, lecz skład złożony z trzech niewielkich kabin. Dzięki temu, pasażerowie nie muszą się tłoczyć i w zasadzie każdy z nich ma swobodny dostęp do okien oraz widoku na zewnątrz. Gdybym mogła wybierać, wolałabym wejść na górę na własnych nogach, ale czas na tę wycieczkę miałam mocno ograniczony i nie mogłam sobie pozwolić na stratę kilku dodatkowych godzin. Aby dotrzeć do stacji kolejki linowej, miałam do przebycia ponad sześćdziesiąt kilometrów z licznymi przesiadkami. Co prawda nie raz w takich sytuacjach żałowałam, że nie mam prawa jazdy, gdyż samochodem z pewnością mogłabym dotrzeć na miejsce o wiele szybciej, lecz mimo wszystko ta perspektywa jazdy "rzemiennym dyszlem" nigdy mnie nie zrażała do podróży. Tym razem skoro świt udałam się na dworzec w Saronno, żeby pociągiem dojechać do Varese a tam przesiadłam się na autobus jadący do Ponte Tresa. Tu już mogłam z bliska popatrzeć na cel mojej podróży, jednak po przejściu mostu i posterunku granicznego miałam przed sobą następny odcinek drogi do pokonania, co też uczyniłam, wsiadając do szwajcarskiego pociągu relacji Ponte Tresa -  Lugano. Wysiadłam na dworcu w  Magliaso; tu znów przesiadłam się do autobusu, którym pojechałam aż do wioski Miglieglia, gdzie jest stacyjka kolejki linowej. Nigdy się specjalnie nie użalałam na te zmiany środka lokomocji, mogę rzec, że nawet je lubiłam ponieważ miałam wtedy poczucie czegoś ekscytującego, niczym podróż w nieznane. Jednak nie da się ukryć, że pociągało to za sobą sporą stratę czasu, który mogłabym przeznaczyć na wędrówkę sensu stricto.

Podczas jazdy kolejką miałam okazję popatrzeć na trawiaste zbocze góry, gdzie jak na dłoni widać było białą serpentynę ścieżki, kończącej się nieopodal zabudowań schroniska. Nieco dalej zauważyłam dziwną konstrukcję, która jak się później okazało, kryje w sobie obserwatorium astronomiczne. Na szczycie było sporo ludzi, nie tylko pasjonatów trekkingu, ale również tych, których tam sprowadziły świetne warunki do uprawiania lotniarstwa. Kiedy zeszłam nieco niżej, na płaskim terenie stanowiącym swego rodzaju taras, spotkałam także wielu miłośników szybownictwa. Co prawda nie były to aparaty zdolne unieść człowieka, lecz okazałe modele sterowane radiem, jednak widać było, że ich właściciele świetnie się bawią, obserwując, jak wznoszą się i opadają niesione prądem powietrza. To, co mnie przyjemnie zaskoczyło, to ogromny spokój panujący na górze. Ludzie rozproszeni na sporym obszarze łagodnie wysklepionego wierzchołka, nie przeszkadzali sobie nawzajem w kontemplowaniu tego cudu natury, jakim jest widok gór; tym wspanialszy, że pomiędzy nimi widać było błękitne wody jezior. Dość długo chodziłam po szczycie, wracając do wcześniej obejrzanych widoków, gdyż po niebie przepływały liczne cumulusy a ta gra światła i cienia powodowała, że wciąż odkrywałam nowe elementy w tej oszałamiającej panoramie.






Na wschodzie mogłam dostrzec jezioro i miasto Lugano na tle szmaragdowych stoków Valle d'Intelvi a za nimi trójkątne, skaliste szczyty Grigni i Legnone. Jeszcze dalej, na północy, widać było pokryte śniegiem Alpy, ciągnące się długim łukiem w stronę zachodu, gdzie na pierwszym planie daleko w dole, poniżej zalesionego zbocza leżało ciemnoniebieskie Lago Maggiore. Nie mniej piękny widok był na południu, gdzie pomiędzy ślicznymi stożkami zielonych Prealp uważne oko mogło zauważyć dwa małe, niebieskie lusterka wody. Były to jeziorka Ganna i Ghirla, leżące na trasie Varese-Ponte Tresa, znane mi z poprzednich wypraw w tamte strony.
Choć na szczycie spędziłam sporo czasu, wcale mi się on nie dłużył, podobnie chyba było z innymi osobami, jakie tam spotkałam, że wspomnę choćby dziewczynę siedzącą pod wiatrowskazem, która jak zahipnotyzowana długo wpatrywała się w przestrzeń... Jednak mimo całego zachwytu widokiem, jaki się przede mną roztaczał, ciągnęła mnie perspektywa wędrówki wzdłuż grzbietu w stronę Monte Tamaro, choć zdawałam sobie sprawę, że nie dysponując należytą ilością czasu, nie zajdę daleko. Na przejście całego szlaku trzeba poświęcić przynajmniej trzy i pół godziny, co w tym przypadku nie wchodziło w grę, ponieważ czekała mnie jeszcze długa droga powrotna.






Mimo to poszłam ścieżką przed siebie wspinając się na kolejne garby masywu, aż do momentu, kiedy definitywnie musiałam zawrócić, aby nie stracić zaplanowanych połączeń kolejowo-autobusowych i przed nocą dotrzeć do Saronno. Kiedy ponownie zjechałam kolejką linową do wioski, okazało się, że mam nieco czasu do odjazdu autobusu, więc postanowiłam obejrzeć miejscowy cmentarz, na którym znalazłam kilka starych i bardzo interesujących nagrobków. Na przystanek poszłam okrężną drogą, dzięki temu dotarłam do malutkiego placyku, gdzie napotkałam fontannę, a raczej studnię publiczną, jedyną w swoim rodzaju, gdyż zamiast obelisku, postaci kobiecej czy też mitologicznej, na jej szczycie umieszczono ni mniej, ni więcej, tylko wierzgającego osiołka. Ten widok nadzwyczajnie poprawił mi nastrój, bo pomyślałam sobie, że mieszkańcy muszą być ludźmi o niebanalnym poczuciu humoru, tym bardziej że na kranie, z którego wypływała woda, umieszczono metalowego ślimaka z pokaźną muszlą na grzbiecie, mogącego służyć za zaczep dla wiaderka. Zmęczona fizycznie, ale w doskonałym nastroju, wsiadłam do autobusu jadącego wprost do Ponte Tresa. Na szczęście cała podróż poszła sprawnie niczym w przysłowiowym szwajcarskim zegarku, więc po powrocie ja również mogłam z satysfakcją podzielić się moimi niezapomnianymi wrażeniami.


Mam nadzieję, że zamieszczone zdjęcia przynajmniej w części potwierdzają powszechną opinię, że szlak Monte Lema-Monte Tamaro zapewnia jedne z najwspanialszych widoków, jakie oferują wycieczki w Prealpy. Co prawda pogoda (jak to często bywa w tej części świata) nie sprzyjała fotografowaniu, ponieważ znaczna ilość wilgoci w powietrzu odbierała mu przejrzystość. Początkowo pejzaż widziany gołym okiem, dzięki tym delikatnym welonom foschii wyglądał tajemniczo i romantycznie, lecz ponad Alpami gromadziły się coraz większe chmury kłębiaste, zapowiadające rychłe nadejście deszczu. Nad szczytem Monte Lema obłoki również przepływały często i wyjątkowo nisko, więc kilkakrotnie znalazłam się w ich gęstej otulinie, co sprawiało niesamowite wrażenie, gdyż nagle wszystko wokół znikało, a blask słońca stawał się tylko nierzeczywistym wspomnieniem...