Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Ogród włoski.



Ogród włoski to skrzyżowanie uporządkowania z nieokiełznaną naturą. Nie jest tak rozległy i pełen nieoczekiwanych perspektyw, jak park angielski, ale też daleki od symetrii i geometrycznych form ogrodu francuskiego. W ogrodzie włoskim znajdziemy tarasy, rzeźby, fontanny, dyskretne altany, oraz belwedery, skąd można podziwiać szczególnie piękne widoki. Nie brak w nim malowniczo zgrupowanych drzew, i strzyżonych na wzór francuski szpalerów. Murki i balustrady zdobią wielkie wazy pełne rosnących w nich kwiatów, a trawniki - kolorowe rabaty i kwitnące krzewy. Bardzo lubię ten rodzaj ogrodu, podobnie jak park angielski, natomiast ogród francuski niezależnie od swojej urody męczy mnie szybko, więc dłuższy spacer po jego uporządkowanych alejkach jest dla mnie swego rodzaju pokutą. Zwiedzając zabytkowe wille miałam również okazję przebywać we wspaniałych ogrodach willi Carlotta, Melzi i Taranto. Pięknym przykładem ogrodu włoskiego jest także  długi i wąski ogród willi Monastero w Varennie, leżący na wschodnim brzegu jeziora Como. Jednak tym razem nie o takich ogrodach chcę napisać, lecz o moim własnym, choć wyimaginowanym ogrodzie, którego nie ma na żadnej mapie, gdyż istnieje jedynie w mojej wyobraźni...


Są tam te wszystkie rośliny, które mnie zachwyciły, i na które co roku czekałam z utęsknieniem aby wreszcie zakwitły... Są w nim mimozy i magnolie, hortensje o ogromnych kwiatach, miniaturowe różyczki, wspaniale kwitnące kamelie i oleandry. Kiedy nadchodziła wiosna a w przydomowych ogródkach zaczynało się zielenić, zdarzało mi się nadłożyć drogi, żeby zobaczyć co nowego rozkwita za płotem sąsiada. Gdy zima miała się ku końcowi, niespodziewanie zakwitały oczary o niepozornych kwiatach, wydających delikatny zapach. Pierwsze dni wiosny należały do magnolii, a po nich przychodził czas na fioletowe glicynie, pokrywające kaskadami delikatnych kwiatów pergole i murki. Z dnia na dzień na ulicach robiło się różowo od migdałowców i drzewek podobnych do czereśni, pokrytych wielkimi kiściami kwiatów.

Kiedy zazieleniło się na dobre, zaczynały kwitnąć pnące jaśminy o orientalnym, oszałamiającym zapachu, a milin amerykański przy płotach bujnie rozpościerał swe gałęzie, ozdobione szkarłatnymi trąbkowatymi kwiatami wyłaniającymi się z gęstwiny  ciemnozielonych liści. Często zza wysokiego muru ogradzającego prywatną posesję docierał nieznany mi upajający zapach niewidocznych roślin, a balkony oraz ogródki na dachach i tarasach przypominały ogromnie kosze pełne kwiatów i zieleni. Nie sposób też zapomnieć o skromnych kwiatach lawendy, tej klasycznej, niebieskiej, o drobnych kwiatkach, i jej bardziej imponującej odmianie o ciemno- fioletowych kłoskach. I tak przez całe lato, dzień za dniem, i tydzień za tygodniem, trwała ta kwiatowa zmiana warty... Pamiętam też, jak po raz pierwszy zobaczyłam kwitnące drzewko laurowe. Nie spodziewałam się, że kwitnie tak ładnie i obficie, przywabiając pszczoły swoimi drobnymi, żółtym kwiatkami. W moim ogrodzie nie może  zabraknąć okazałych platanów sadzonych na poboczach ulic, w karnych szeregach, niczym żołnierze ubrani w mundury o ochronnych barwach. Ich srebrno - szara kora z delikatnym odcieniem zieleni zawsze budziła mój zachwyt. Są tam również inne drzewa, okrutnie okaleczone na przedwiośniu, z poobcinanymi gałęziami, z których został zaledwie pień i parę grubych konarów.

Gdy je zobaczyłam po raz pierwszy wydawało mi się to straszliwym barbarzyństwem, i byłam niepomiernie zdziwiona, widząc te same drzewa w środku lata, z kopułą delikatnych gałązek, i mnóstwem dorodnych liści. Zrozumiałam, że takie cięcie to konieczność, kiedy po pierwszej letniej burzy połączonej z porywistym wiatrem i ulewą ulice pokryły się połamanymi gałęziami z tych, których na wiosnę nie poddano tym brutalnym zabiegom. No i wreszcie pinie, o ogromnych szyszkach i koronach w kształcie parasola, o których w swojej naiwności sądziłam, iż to ich przyrodzona forma. Dopiero we Włoszech zorientowałam się, że jest ona wynikiem przycięcia korony lub złamania czubka drzewa podczas wichury. W moim ogrodzie rosną też ogromne araukarie, drzewa figowe z palczastymi liśćmi, i drzewo, którego nazwy długo nie znałam, a które wprawiło mnie w zachwyt kwiatami nieco podobnymi do kwiatów naszego kasztanowca, lecz dużo większymi i w delikatnym kolorze lila. Dopiero podczas wizyty w ogrodzie botanicznym willi Taranto, dowiedziałam się, że nosi ono nazwę "paulownia"... I wreszcie są też drzewa kasztanowe, pokrywające swą bujną zielenią stoki gór, z owocami niczym zielone jeże w kolczastych skorupkach. Kiedy opuszczałam Włochy na zawsze zabrałam mój ogród ze sobą; jego wszystkie barwy i zapachy, śpiew kosów budzący mnie o poranku, to całe piękno, które przez długie lata cieszyło moje oczy i leczyło obolałą duszę...

niedziela, 29 kwietnia 2012

Lombardia. Mój Mediolan.



Mediolan zdecydowanie różni się od innych włoskichMediolan miast, które miałam okazję poznać w czasie mojej emigracji. Przede wszystkim dlatego, że jego zasadnicza, centralna część, która nadaje mu charakterystyczny, wielkomiejski styl, pochodzi z końca XIX i początku XX wieku ( w większości włoskie miasta  mają centra o wiele starsze, z odmienną architekturą, i bardzo wąskimi ulicami). Jest to doprawdy imponująca zabudowa: ogromne kamienice a właściwie miejskie pałace, ze wspaniałymi wewnętrznymi dziedzińcami.Te dziedzińce częstokroć zdobią posągi, fontanny i mnóstwo pięknie utrzymanych roślin. Niezbyt często można je zobaczyć ponieważ z reguły wejścia strzeże portier i potężna brama, która na ogół pozostaje zamknięta. Posiadanie apartamentu w takim budynku to nie tylko prestiż, lecz również duży majątek. Inny interesujący mediolański akcent to przestronne, wielkomiejskie arterie, wybrukowane dużymi, kamiennymi płytami. Bardzo narzekają na nie kierowcy a część mieszkańców wręcz nalega aby pokryć je asfaltem. Jednak wiele osób uważa, że byłaby to niedopuszczalna ingerencja na bądź, co bądź, historycznej tkance miasta (nieskromnie dodam, że również jestem przeciwna temu pomysłowi).  Inna rzecz, która wzbudziła moje ogromne zadziwienie gdy przybyłam do Mediolanu, to ogromna ilość drutów, kabli i przewodów, tworząca ponad ulicami swego rodzaju pajęczynę, widok raczej niespotykany w Polsce. Ta cała plątanina  to nie tylko trakcje tramwajowe, ale coś, czego przeznaczenia nawet nie próbowałam dociekać. Jest tu też ogromna ilość samochodów  jadących jak się da i parkujących gdzie się da, oraz prawdziwe tłumy ludzi. To wszystko daje miastu  szczególny, choć  nieco chorobliwy urok. Czasem sprawia ono wrażenie, że  jest jakimś chaosem, wirem, który wciąga nas  wbrew naszym zamiarom, innym razem zdaje się być bezpiecznym schronieniem, ludzkim stadem, gdzie nawet idąc w pojedynkę, wciąż stanowimy cząstkę całości. To chyba właśnie ta dwoistość sprawiła, że zawsze tak mnie  fascynowało... Niejednokrotnie przemierzałam je pełna energii i entuzjazmu, biegałam na wystawy i "robiłam rundy" po ulubionych sklepach. Wszystko mnie wtedy cieszyło: muzyka ulicznego grajka, uśmiech, lub uprzejme słowo przypadkowej osoby. Innym razem czułam się niczym Jonasz w brzuchu wieloryba.  Ogromne, ciężkie budynki przytłaczały mnie swoim widokiem a rzesze ludzi przelewające się  w pośpiechu po ulicach pędziły nie wiadomo gdzie,  niczym potępione dusze Dantego, lub liście gnane wiatrem. To przygnębiające wrażenie dopadało mnie najczęściej gdy zapadał jesienny zmierzch, kiedy zimno i wilgoć przenikały mnie  do kości a cuchnący smog zatykał płuca. W takich chwilach, bardziej niż zwykle, dokuczało mi poczucie samotności a ten zły nastrój pogłębiał  widok walających się śmieci, żebraków siedzących na ulicach, i natrętne wielkomiejskie hałasy.  Wszystko to sprawiało, że na jakiś czas uciekałam z tego miasta potępieńców. Jednak po pewnym czasie znów przychodził dzień, kiedy zaczynało mi brakować widoku pomnika Garibaldiego na via Dante, z Castello Sforzesco w tle. Nieopodal była też moja ulubiona księgarnia  "Librerie Riunite" gdzie za niewielkie pieniądze mogłam kupić świetne książki z "końcówek" wydań, a na wprost niej, po drugiej stronie ulicy, drogeria "Lusch" cudnie pachnąca na całą okolicę,  z kosmetykami i mydłami robionymi ręcznie. Nie mogłam się oprzeć temu miastu! Początkowo spędzałam tam cały mój wolny czas, wciąż odkrywając  nowe, interesujące, i malownicze zakątki. Przyciągały mnie przepiękne kościoły wypełnione skarbami sztuki, wąskie uliczki, barokowe kamienice ze ślicznymi balkonami z kutego żelaza, i te nowoczesne, z wiszącymi ogrodami na dachach i tarasach. Uzbrojona w nieodłączny przewodnik i mapę, godzinami chodziłam po mieście, znajdując moje ulubione miejsca niczym znajomych, dla których zawsze maMediolan się chwilę czasu. Pomału stworzyłam moją prywatną mapę takich miejsc. Jej centralnym punktem stał się kościół San Gottardo, który znajduje się  w pobliżu Placu Duomo i stanowi integralną część Palazzo Reale ( w przeszłości pełnił funkcję pałacowej kaplicy ). Mieści się nieco z tyłu Pałacu, lecz mimo to, jego wieża jest doskonale widoczna. Pamiętam, jak podczas pierwszej przechadzki po mieście stanęłam przed katedrą i po prawej stronie zobaczyłam tę śliczną, smukłą wieżę z czerwonej cegły, ozdobioną piętrowo ułożonymi, białymi kolumienkami. Jej piękno urzekło mnie, jak kiedyś, wiele lat temu, urzekła wieża kościoła świętego Matiasza w Budapeszcie. Tamtą wieżę zobaczyłam w nocy, na tle szafirowo - czarnego nieba. Jej podświetlony szczyt  zawieszony w przestrzeni wyglądał niczym odwrócony kielich białej lilii. Stałam wtedy przed dworcem Keleti i patrzyłam, nie mogąc oderwać oczu od tego widoku. Tę ujrzałam w dzień a jej czerwona sylwetka z koronką białych kolumienek i gzymsów wydawała się tak elegancka i skromna przy napuszonym, przeładowanym Duomo! Od tej pory stała się moim drogowskazem i punktem odniesienia. W przyszłości niejednokrotnie trafiałam w miejsca, gdzie nagle, w perspektywie ulicy, ukazywała mi się w całej swojej wspaniałości. Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy nie znałam jeszcze miasta, więc trochę  błądziłam zanim trafiłam na właściwą uliczkę, która zaprowadziła mnie do kościoła. Tam właśnie znalazłam moje magiczne miejsce. Nigdzie nie czułam takiego spokoju, jak wtedy, gdy wchodziłam i siadałam w jego chłodnym, cienistym wnętrzu. Rzadko ktoś tam zaglądał, czasem spotykałam osobę zatopioną w modlitwie, czasem turystę, lub studenta Akademii Brera. Piękno tej świątyni zszarzało, pokryła je patyna wieków a kurz przysypał subtelne marmurowe detale (całe Palazzo Reale jest w nie najlepszym stanie, prowadzone są tu prace restauracyjne przewidziane na wiele lat). Nazwałam ten kościół „królową w łachmanach” i czasem wydawało mi się, że dzieje mu się straszna krzywda a jego nadzwyczajne piękno powinno być wyeksponowane i zyskać należytą oprawę. Jednak po chwili przychodziła mi do głowy refleksja, że  właśnie ta patyna i pozorne opuszczenie daje mu największy walor. Ta patyna jest świadectwem czasu, który przeminął,  ten  kurz przynieśli tu ludzie, których nie ma od stuleci. Być może, wymyty i odświeżony kościół  stanie się jedynie piękną dekoracją, odzyska blask, lecz straci swą duszę?
Więcej zdjęć>

czwartek, 26 kwietnia 2012

...




MediolanW centrum Mediolanu praktycznie non stop trwa swego rodzaju show... Na każdym kroku można tu zobaczyć artystów i amatorów,  którzy wszelkimi sposobami starają się zainteresować przechodniów, przykuć choć na chwilę ich  uwagę a przy okazji zarobić parę groszy.  Najczęściej są to znane również z naszych ulic "żywe posągi"  stojące godzinami nieruchomo, niejednokrotnie nagle zmieniające pozycję kiedy ktoś podchodzi bliżej. Czasami w ten sposób wręcz straszą przechodniów, wykorzystując element zaskoczenia aby wprawić swą ofiarę w osłupienie. Takie żarty najczęściej kończą się  wybuchem śmiechu i wrzuceniem kilku monet do plastikowego kubka. Niektóre postacie noszą pięknie wypracowane teatralne kostiumy,  innym, których nie stać na kostium musi wystarczyć np. własna goła skóra pomalowana na złoty kolor. Zdarza się, że pod grubym makijażem można dostrzec rysy twarzy świadczące o cudzoziemskim pochodzeniu. Najczęściej podejmują się tego zajęcia mężczyźni, chyba ze względu na trud związany z kilkugodzinnym staniem w niewygodnym kostiumie, na mrozie lub w pełnym słońcu kiedy żar leje się z nieba. Chodząc po Mediolanie zawsze miałam monety w kieszeni aby dać mój  drobny datek, gdyż osobiście nie uważam tego zajęcia za banalną żebraninę, lecz ciężką i wyczerpującą pracę.  Niestety, to bogate i piękne miasto nie dla wszystkich jest oazą szczęśliwości... Ludzie chwytają się rozmaitych zajęć, czasami po prostu z desperacji, choć oczywiście są również tacy, dla których jest to pomysł na okazjonalny zarobek bez wiązania się etatem. Oprócz „żywych posągów" można również spotkać handlarzy oferujących mechaniczne zabawki:  miauczące kotki, szczekające pieski, jakieś pająki czy ośmiornice, służące chyba do straszenia. Handel podobnymi zabawkami zdominowali Azjaci i najczęściej odbywa się on bez  koniecznego zezwolenia. Co jakiś czas media ostrzegają że mogą one być szkodliwe dla zdrowia, gdyż materiały użyte do ich wyrobu przeważnie nie posiadają wymaganych atestów. Mimo to proceder kwitnie; czasami wprost trudno przejść ulicą pomiędzy handlującymi prezentującymi swe towary i ich potencjalnymi klientami.  Jest to zarazem nieustający amatorski teatr uliczny, gdzie każdy może przejąć rolę protagonisty. W centrum miasta zawsze jest też kilku artystów, którzy od ręki, podczas krótkiego posiedzenia, za pomocą ołówka lub węgla mogą nam wykonać portret o znacznym stopniu podobieństwa. Te seanse zwykle przyciągają kilku gapiów, obserwujących i komentujących, zwłaszcza gdy modelką jest młoda i ładna dziewczyna. Nie brakuje też Chińczyków, którzy na paskach kartonu za drobną opłatą napiszą ideogramami nasze imię, lub mądrą sentencję mogącą służyć za drogowskaz na drodze życia. Któregoś lata  w Mediolanie zapanowała moda na robienie baniek mydlanych. W pasażu za katedrą często można było spotkać kilku Filipińczyków  prezentujących w celach reklamowych sztukę robienia owych baniek za pomocą małego przyrządziku. Był to doprawdy bajeczny widok, kiedy na kilkudziesięciu metrach deptaka jednocześnie zaczynały fruwać  setki opalizujących, tęczowych kul. Znaczną grupę wśród ulicznych handlarzy stanowią Afrykanie, którzy wyspecjalizowali się w sprzedaży książek i plecionych bransoletek do zawiązywania na nadgarstku, wykonanych z kolorowych nitek. Ci ostatni z reguły biorą naiwnych „pod włos’ i ’przez zaskoczenie wiążą upatrzonej osobie taką plecionkę, dając do zrozumienia że to prezent, a następnie dopominają się o pieniądze. Ofiara żeby nie wyjść na gbura  płaci, choć są też tacy, którzy nie dają się podejść i "prezent" zwracają. Jest tu też znaczna grupa wyspecjalizowana  w handlu podrabianymi torbami znanych włoskich firm. Za sklepową ladę służy im prześcieradło rozłożone na chodniku, a na nim kuszą torebki z logo Prady lub Trussardi. Są to tanie imitacje za 20-30 euro, czyli zaledwie ułamek ceny jaką trzeba zapłacić za oryginał, niestety jakość prodoktu jest adekwatna do wartości.... Handlarzy prześladują stróże prawa, i  w związku z tym, trwa swego rodzaju gra w policjantów i złodziei – policja próbuje zlikwidować ten niezgodny z prawem proceder, lecz handlujący w porę ostrzegani przez „czujki” w piorunującym tempie chwytają cztery rogi prześcieradła robiąc z niego zgrabny tobołek, odchodzą swobodnym krokiem udając, że nie mają nic wspólnego z czymś  tak obrzydliwym jak nielegalny handel. Oczywiście po przejściu policji wszystko wraca do normy, jednak pewnego razu  zdarzyło mi się widzieć  policjantów, którzy wrócili niespodziewanie łapiąc delikwentów na gorącym uczynku. Kilka lat temu wszystkie dzienniki mówiły też o spektakularnym ukaraniu amerykańskiej turystki bardzo wysokim mandatem 
 ( było to o ile dobrze pamiętam dwadzieścia tysięcy euro) za kupno takiej torebki. Miałam wrażenie, że był to jedynie tzw. fakt medialny, rozdmuchany dla odstraszenia innych, potencjalnych nabywców. Tak, czy inaczej, handel uliczny, mimo iż nielegalny, kwitnie nadal. Zdawać by się mogło, że w rzeczywistości nikomu nie zależy na jego faktycznej likwidacji, więc robi
 się pewne posunięcia aby zachować twarz i pozory praworządności. W moim odczuciu Włochy absolutnie nie radzą sobie z problemem emigracji i można by długo dyskutować na temat przyczyn tego stanu rzeczy. Z całą pewnością po latach boomu ekonomicznego nadeszły lata chude, i kryzys daje się odczuć na każdym kroku. Państwo ma wiele problemów z zapewnieniem należytego poziomu życia swoim obywatelom, a ogromna fala emigrantów bardzo obciąża niedopinający się budżet. Po wojnie i upadku faszystowskiego ustroju pozostał tu paniczny lęk przed posądzeniem o rasizm i naruszanie praw człowieka, więc kraj jest przepełniony cudzoziemcami szukającymi lepszego bytu. Obywatele Europy przyjeżdżają z niezbędnymi dokumentami, natomiast  Azjaci i Afrykanie to najczęściej uchodźcy  nielegalnie przybywający drogą morską. Niejednokrotnie też zdarza się, że te próby kończą się tragicznie i dochodzi do zatopienia łodzi wraz z pasażerami. Ci
,dla których podróż zakończy się szczęśliwie, są umieszczani w obozie przejściowym na wyspie Lampedusa, a  po pewnym czasie mogą się przenieść w głąb kraju.  Jest tu ogromna rzesza Afrykanów, Arabów, Azjatów i osób z uboższych krajów Europy. Bella Italia nie jest w stanie zapewnić im  wszystkim godnego bytu i uczciwej pracy, więc zdesperowani ludzie z konieczności imają się tego rodzaju niezbyt legalnych zajęć.  Część niestety, wchodzi w naprawdę ostry konflikt z prawem – mnożą się napady i rozboje, kwitnie handel narkotykami. Narkomania jest zresztą prawdziwą plagą społeczną Włoch. Media dostarczają danych statystycznych, które brzmią wprost nieprawdopodobnie, są jednak oparte na ciągłym monitoringu stężenia narkotyków (np kokainy) po zażyciu wydalanych przez układ moczowy do ścieków komunalnych. Jak każde duże miasto, również mediolanMediolan ma swoją ciemną stronę. Są tu miejsca gdzie lepiej się nie pokazywać, a jeśli już, to należy "przyśpieszać ruchy"  dobrze trzymać torebkę czy teczkę, i często oglądać się za siebie. Ta brzydka twarz Mediolanu to bezdomność, gwałty, żebranina, oraz kradzieże w biały dzień, w centrum miasta. Częstokroć autorami tych kradzieży są dzieci, bezdomne, kupowane lub porywane przez gangi i zmuszane do przestępstw albo prostytucji. Są to niewyobrażalne tragedie;  mimo iż jest wiele instytucji i organizacji, które robią co mogą aby pomóc tym nieszczęśnikom, to straszne, drugie życie rozrasta się niczym nowotwór, niewidoczny na pierwszy rzut oka. W czasie moich wędrówek często mijałam żebrzących ludzi: Cyganki z niemowlętami przy piersi, młodych włóczęgów z psami, kaleki... Niejednokrotnie zastanawiałam się,  ile w takim życiu jest własnego wyboru, a ile bezradności i rozpaczy? Gdzie jest ta cienka granica, która oddziela nadzieję od upadku? Tak łatwo jest zasnąć na ławce w parku kiedy nie ma się domu, do którego można wrócić. Tak łatwo przestać się myć, po kilku dniach człowiek się przyzwyczaja... Łatwo jest usiąść na ulicy z kubkiem po Coca – Coli w mieście gdzie nikt nas nie zna, nikogo nie obchodzimy, i nawet ten kto wrzuci nam monetę, nie patrzy nam w oczy a za chwilę o nas zapomni...
  Pewnego lata, będąc w Como, tuż koło baru MacDonalda zobaczyłam przystojną Rosjankę siedzącą na walizkach. Wyglądała jak przeciętna turystka, więc pomyślałam, że czeka na autobus lub taksówkę. Było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, kiedy zauważyłam stojący przed nią plastikowy kubek, a w nim drobne monety. Następnego lata też tam była  ze swoim kubkiem, poznałam ją bez trudu , choć nie miała  walizek i w brzydkiej, znoszonej odzieży nie wyglądała już niczym turystka, która przysiadła na  chwilę. Po pewnym czasie  przestałam ją widywać, i niejednokrotnie myślałam o tym, gdzie jest, i co się z nią stało? Czy znalazła pracę albo uzbierała dość pieniędzy żeby wrócić do domu?  A może jej życie weszło w ostatni, ostry zakręt, z którego już nie ma  wyjścia?
 We włoskiej telewizji wielokrotnie widziałam programy, w których poruszano te trudne tematy. Mówiono w nich o ludziach wykolejonych, bezdomnych, bez nadziei na lepsze jutro. Grupa bardzo zaangażowanych dziennikarzy tropiła też zbrodnicze afery związane z handlem żywym towarem i zniewalaniem ludzi do żebraniny. Mówiono wprost o kupnie kalekich osób  w Rumunii, a nawet o ich celowym okaleczaniu!  Podobno za tym wszystkim stoi potężna organizacja o charakterze mafijnym,  więc wiele instytucji, a także  niektórzy księża ostrzegają, aby żebrzącym nie dawać pieniędzy, bo są one natychmiast zabierane a tych nieszczęśników ich "pracodawcy" traktują gorzej niż zwierzęta. W związku z tym, wiele osób "poszło po rozum do głowy" i zamiast pieniędzy ofiarowuje coś do zjedzenia, próbując w ten sposób pogodzić ludzkie odruchy z rozsądkiem. Na ulicach widać też wielu bezdomnych, śpiących nawet w dzień wprost na ulicy, całkowicie obojętnych na resztę świata. Kiedyś, pod koniec lata, tuż obokmediolan Dworca Centralnego, zauważyłam młodą Murzynkę. W zimowej czapce, otulona płaszczem, obstawiona jakimiś reklamówkami i workami, tkwiła zupełnie nieruchomo z zamkniętymi oczami i rękami schowanymi w rękawach. Siedziała zawsze w tej samej pozycji, niczym pogrążona we śnie, wtulona w kąt na ławce pod wiatą, gdzie kiedyś był przystanek autobusowy. Przechodziłam tamtędy codziennie i  widziałam ją zawsze nieruchomą, niczym posąg wykuty z kamienia. W innym kącie dworca, pod arkadami gdzie zatrzymują się taksówki, mieszkali dwaj mężczyźni, którzy najczęściej przez całe  dnie spali w swoich śpiworach. Jeden  z nich  wyróżniał się długimi dredami okrytymi wielkim beretem w kolorach rasta, zaś drugi, brodaty zawsze w nieodłącznej wojskowej kurtce, miał mały afrykański bębenek.
Nigdy nie słyszałam żeby na nim grał, jego instrument  zwykle leżał obok, bezużyteczny. Któregoś dnia zobaczyłam jak brodacz zakończył swą ziemską wędrówkę. Karabinierzy wezwali pogotowie, zatrzymało się kilka przypadkowych osób, po chwili nadjechał ambulans, a jego obsługa szybko włożyła zwłoki do plastikowego worka. Kompan zmarłego przełożył bębenek w inne miejsce, i na powrót zwinął się w kłębek na swym barłogu, jakby się nic nie stało...
W Mediolanie jest spora grupa zapalonych wolontariuszy, którzy starają się pomagać ludziom stojącym na krawędzi, organizując noclegi i posiłki. Jednak nie wszyscy bezdomni są skłonni podporządkować się regułom panującym w schroniskach, które mimo to pękają w szwach, więc czasem trudno znaleźć tam nocleg, zwłaszcza w okresie zimy.  Pomocy udziela też "Caritas" i  "City Angels" oraz wiele innych organizacji i stowarzyszeń, w  tym  księża Kamilianie.  Pewnego razu, widziałam  jednego z nich na ulicy przed kościołem, rozmawiającego z grupą bezdomnych emigrantek. Przyzwyczajona do widoku zadbanych duchownych, zdziwiłam się na widok jego poplamionego habitu i brudnych rąk z połamanymi paznokciami. Nie wiedziałam wtedy, że stałam obok człowieka, który poświęcił swoje życie nieustannej, ciężkiej pracy na rzecz bezdomnych i prostytutek. Zmarł niedługo po naszym przypadkowym, przelotnym  spotkaniu, o czym dowiedziałam się z lokalnej telewizji. Ludzie którzy go dobrze znali i wiedzieli jak wiele zrobił dla innych, mówią, że odszedł człowiek święty. Za życia nazywał się Ettore Boschini.

środa, 25 kwietnia 2012

Lombardia. Mediolan, okolice Katedry.

W Mediolanie, podobnie jak w Wenecji rej wodzą gołębie,
Gołebiektórych na placu przed Katedrą  jest  prawdziwe zatrzęsienie. Ponieważ brudzą,


i tym samym stwarzają zagrożenie epidemiologiczne oraz przyczyniają się do degradacji zabytków, Zarząd Miasta toczy z nimi  ciągłą walkę. Jest to walka trochę nierówna, gdyż są one wspomagane przez ekologów i turystów, a ci ostatni wprost uwielbiają fotki w towarzystwie ptaków, które w wielkich stadach przemieszczają się z furkotem skrzydeł z jednego końca placu, na drugą.Żeby je przywabić, ludzie używają resztek jedzenia lub  kukurydzy, sprzedawanej przez pokątnych handlarzy, jacy dziwnym trafem zawsze potrafią wypatrzyć w tłumie potencjalnego klienta. Są też tacy, którzy zachęcają do kupna ziarenek, proponując że zrobią nam zdjęcie w towarzystwie gołębi. Ten proceder zwalczają konni karabinierzy patrolujący plac, lecz ponieważ włoskie siły  nie odznaczają się nadmierną surowością, ma to raczej wymiar symboliczny.Karabinierzy również stali się swego rodzaju atrakcją turystyczną, ludzie podchodzą do nich na pogawędki,   niejednokrotnie też stróże porządku wraz ze swoimi wierzchowcami pozują do zdjęć
Galeria
. Być może jest to "szatański spisek" w celu wyeliminowania gołębi za pomocą zdrowej konkurencji? Ale te ostatnie nie dają za wygraną, gdyż na placu zawsze znajdzie się coś do jedzenia, a trzy rumaki nie są w stanie obsłużyć wszystkich chętnych do pamiątkowej fotografii, nie mówiąc o osobach, które  po prostu boją się koni. Na Placu Duomo jest zawsze mnóstwo turystów, chyba nie mniej niż gołębi. Przez cały rok dopisują Japończycy, a od wiosny do jesieni napływają Amerykanie i nacje europejskie. Cały ten tłum kłębi się na placu przed katedrą, w okolicznych ulicach i pasażach handlowych. Kiedy nadchodzi lato, a wraz z nim prawdziwe, nawet czterdziestostopniowe upały, zmęczeni ludzie szukają odrobiny cienia pod portykami otaczającymi plac i w galerii Wiktora Emanuela. 
KopułaJest to piękny budynek na planie krzyża o czterech wejściach, przykryty szklanym dachem. Galeria jest ogromna, wewnątrz można pospacerować, zrobić luksusowe zakupy lub coś zjeść w jednej z wielu restauracji, jest też MacDonald's dla osób mniej zasobnych.
Główną atrakcją Galerii, której absolutnie nie można przeoczyć, jest "byk" czyli fragment mozaiki podłogowej przedstawiający herb Turynu, w którym widnieje wizerunek tego dorodnego zwierzęcia. Byk jest przedstawiony realistycznie, ze wszystkimi anatomicznymi szczegółami. Panuje przesąd, że kto po raz pierwszy przybywa do Mediolanu, obowiązkowo musi wykonać pewien rytuał, który mu zapewni  spełnienie najskrytszego marzenia. W tym celu należy postawić piętę prawej nogi na genitaliach 
byka, pomyśleć o tym czego się pragnie, i trzykrotnie obrócić się 
Byk
wokół własnej osi. Chętnych do tego rytuału nigdy nie brakuje, więc czasami tworzą się prawdziwe kolejki turystów, gdyż prawie 

wszyscy bez względu na wiek i płeć, poddają się temu zwyczajowi. Przewodnicy przyprowadzają tu wycieczki, aby każdy przybywający mógł sobie przywołać Panią Fortunę, i zapewnić sobie powodzenie. Niestety, powoduje to szybkie zużycie marmuru, i kiedy kilka lat temu przyjechałam do Mediolanu, zamiast intymnych części byka w posadzce widniało jedynie głębokie wyżłobienie od obcasów. Mozaikę zrekonstruowano, więc znów bez przeszkód można zapewnić sobie trochę szczęścia. Wychodząc  na tyły  galerii trafiamy prosto na Piazza della Scala, gdzie mieści się znana całemu światu opera. Kiedy znalazłam się tam po raz pierwszy stanęłam jak wryta, gdyż oczekiwałam imponującego gmachu, a tymczasem zobaczyłam niewielki, dwupiętrowy budynek, z piękną, bardzo elegancką fasadą, w neoklasycznym stylu. La Scala przez długie lata była w remoncie, więc przedstawienia odbywały się w innym teatrze.
Front Niestety, nie udało mi się zobaczyć żadnego przedstawienia, gdyż kupno biletu graniczy z cudem, w większości są one wykupione z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, a ja pracując w systemie zmianowym  i z perspektywą nagłych zastępstw, nie mogłam robić dalekosiężnych planów. Przed teatrem znajduje się ładny skwer z pomnikiem Leonarda da Vinci, a wokół posągu jest duży krąg granitowych ławek. Ten miły plac, ze względu na swe położenie cieszy się dużym powodzeniem jako miejsce odpoczynku, więc w ciepłe dni ławki są po prostu oblężone. Tuż obok La Scali, w jednej z bocznych ulic, znalazłam jedno z moich magicznych miejsc - śliczną, stylową, kawiarnię "Verdi". Ze swoimi czerwonymi portierami, maleńkimi stolikami o marmurowych blatach i krzesełkami obitymi czerwonym aksamitem, wydawała się czymś żywcem przeniesionym z czasów, gdy Giuseppe Verdi mieszkał tuż obok, w hotelowym apartamencie przy via Manzoni. Ale oprócz magicznej atmosfery, ta kawiarnia ma jeszcze jeden wabik.
Ławki Można tam godzinami oglądać stare pocztówki, gazety, afisze, i zdjęcia. Te oryginalne są częścią wystroju i wiszą oprawione na ścianach, lecz są również dodruki, które można  nabyć za niewielką sumę. Szczególnie mi się podobały zdjęcia starego Mediolanu z przełomu XIX i XX wieku, a także postery reklamowe z tego okresu. Są tam też nowsze egzemplarze, plakaty kinowe i zdjęcia popularnych gwiazd filmowych z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych.
Centrum miasta jest pełne rozmaitych atrakcji, częste są też wystawy uliczne.  Swego czasu ogromnym zainteresowaniem cieszyły się wielkie fotogramy które wystawiono na pobliskiej via Dante  "Ziemia widziana z nieba" oraz "Italia widziana z nieba" a przepiękne zdjęcia przez kilka tygodni gromadziły wielkie rzesze oglądających. Miało to miejsce w pierwszych latach mojego pobytu we Włoszech, więc niektóre z tych zdjęć stały się dla mnie swego rodzaju ojawieniem i inspiracją do przyszłych podróży.
Cawiarni Innym, bardzo interesującym ewenementem była wystawa rzeźby Fernando Botero. W okolicy katedry można było oglądać kilkanaście monumentalnych ludzkich postaci, oraz dwa zwierzaki: "Kota" i "Konia"". Luzacką atmosferę lata 2007 uświetniła wystawa "Cow-Parade" kiedy to w całym mieście można było napotkać kolorowe krowy, pomalowane w najbardziej fantastyczne wzory. Można było je oglądać na stacjach metra, dworcach i na ulicach. Budujące było to, że nikt nie próbował dewastować tej wystawy, która w dobry stanie dotrwała aż do końca. Ludzie ją  oglądali z wielkim zainteresowaniem, sadzali na krowach małe  dzieci i robili sobie pamiątkowe zdjęcia z krówką w tle. W biurze Informacji Turystycznej wyłożono specjalne mapy, wiec zainteresowani mogli obejrzeć wszystkie elementy tej sympatycznej ekspozycji. Ja mimo chęci nie zdołałam tego dokonać, ale udało mi się zobaczyć i sfotografować jej dość istotną część.     


wtorek, 24 kwietnia 2012

Lombardia. Mediolan i jego Katedra.




Bez wątpienia katedra, czyli Duomo, jest centralnym punktem miasta i jego chlubą. Na przylegającym do niej placu i pobliskich ulicach praktycznie w dzień i w nocy, jak rok długi, przelewają się tłumy turystów i stałych mieszkańców. Na schodach przed katedrą można odpocząć, poopalać się,  coś zjeść, umówić na randkę, lub w interesach. Na placu odbywają się najróżniejsze imprezy, koncerty i manifestacje. W sąsiedztwie są też inne, istotne dla Miasta budynki: galerie handlowe, Palazzo Reale  (muzeum i miejsce wystaw), a przede wszystkim konny pomnik Wiktora Emanuela czyli tzw. "Koń" - nawet ktoś, kto nie zna miasta, bez problemu trafi na spotkanie „przy Koniu”.
Osobiście nie jestem entuzjastką Duomo. Zawsze uważałam że jest przeładowane, a nadmiar jego ozdób i detali przyprawia mnie o zawrót głowy. Mimo to, pewnego razu widok katedry jak  się czasem mówi potocznie „rzucił mnie na kolana''. Zdarzyło się to w pewien pogodny wieczór gdy zobaczyłam ją z okna samolotu; na  jaskrawo oświetlonym placu wyglądała  niczym subtelna rzeźba z kości słoniowej. Za chwilę mieliśmy wylądować więc samolot leciał stosunkowo nisko i w ostrym podświetleniu widać było nieomal jej najdrobniejsze detale. Miałam wtedy dużo szczęścia, zwykle chmury, mgła i smog okrywają miasto, niwelując widoczność prawie do zera. Katedra, od stuleci przebudowywana i ozdabiana, po wielu metamorfozach przybrała obecny, neogotycki kształt. Jej nieustający remont poszedł w przysłowie – „Fabryka Duomo'' to popularne określenie pracy, której końca nie widać, a jej początek ginie w pomroce dziejów. W ciągu mojego  wieloletniego pobytu we Włoszech  fasadę katedry mogłam zobaczyć zaraz po przyjeździe a następnie po upływie aż ośmiu lat . Podczas tego długiego okresu remontu najpierw zasłonięto cały fronton, a następnie usuwano te zasłony po kawałku, w miarę jak kończono mycie i renowację kolejnego fragmentu. Niewątpliwie katedra jest jednym z najbardziej interesujących zabytków miasta i nie sposób ją pominąć nawet jeśli przyjeżdża się tylko  na kilka dni. Szczególną atrakcją jest możliwość spaceru po jej dachu ( wjeżdża się  windą, lecz osoby o lepszej kondycji fizycznej mogą też wejść po schodach ). Z dachu Duomo widać praktycznie całe miasto, a w pogodny dzień można stąd podziwiać piękną panoramę Alp.

Fasada DuomoZdjęcie obok przedstawia częściowo zasłoniętą fasadę Duomo, jak widać odnowiona część lśni czystością.
Mediolan posiada złą sławę miasta o najbardziej zanieczyszczonym powietrzu w Europie. Te zanieczyszczenia i związane z tym kwaśne mgły i deszcze mają fatalny wpływ na kamień, z którego zbudowano katedrę. Biało - różowy marmur szarzeje, kruszą się misterne pinakle, a posągom odpadają nosy i palce.  W związku z tym, pracownikom „Fabryki Duomo” raczej nie grozi bezrobocie,  gdyż jak sądzę, nie zabraknie im zajęcia przy kolejnych remontach.
 Ze względu na wzmożone zagrożenie terroryzmem, do wnętrza  katedry można wejść tylko po uprzedniej kontroli. Przy wejściach stoją posterunki karabinierów, którzy sprawdzają wszystkich bez wyjątku. W tym celu należy ustawić się w dość długiej kolejce i otworzyć torebkę lub plecak. Patrząc jak  ochoczo poddają się temu turyści, trudno się oprzeć wrażeniu, że traktują to jako  dodatkową atrakcję. Nieco mniejszy entuzjazm wykazują stali mieszkańcy, lecz nikt nie protestuje ze wzgędu na groźby podłożenia ładunków wybuchowych ze strony ekstremistycznych bojówek.
Jeśli ktoś ma ochotę  zobaczyć więcej zdjęć Mediolanu może zajrzeć do albumu na Picasie>

czwartek, 12 kwietnia 2012

"Pierwsze foto".


pejzaż Jezioro ComoDługo się zastanawiałam czy (a przede wszystkim jak) opisać tę historię... Jest to też historia mojego dziesięcioletniego pobytu we Włoszech, dojrzewania, poszukiwania tego co jest moje własne i sprawia, że jestem tym, kim jestem. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze interesowały mnie podróże, historia i jej poznawanie, poprzez życiorysy ludzi będące cząstką  dziejów miejsc, w jakich oni niegdyś żyli. Być może gdybym urodziła się nieco później i w innej rzeczywistości, 
dane by mi było te zainteresowania zmienić w pasję już wcześniej; jednak moje życie miało dla mnie scenariusz o wiele bardziej banalny. Szkoła, praca w szpitalu, później małżeństwo, narodziny dwójki dzieci i zwykłe, codzienne obowiązki... Zawsze byłam pasjonatką literatury, czytałam dużo i w każdych okolicznościach. Kiedy sięgam pamięcią wstecz, widzę siebie jako młodą matkę stojącą przy kuchni, która gotując zupę dla dzieci miesza łyżką w garnku, jednocześnie czytając książkę, od której nie sposób się oderwać. Lektura zawsze była moim drugim życiem, doskonalszym, równoległym światem, który miałam na wyciągnięcie ręki... Z biegiem czasu zaczęłam czytać nieco mniej być może dlatego, że rozziew pomiędzy otaczającą mnie rzeczywistością i  tym co znajdowałam w książkach stał się zbyt duży i nie pejzaż Jezioro Comowidziałam już żadnego związku pomiędzy nimi? A może po czasach kiedy czytałam wszystko co mi wpadło w ręce był to po prostu przesyt, a po nim przyszło rozczarowanie i znużenie? Dziś, kiedy o tym myślę mam wrażenie, że we wczesnej młodości kiedy kształtował się mój światopogląd i charakter, zabrakło mi wsparcia ze strony osób, które powinny mi powiedzieć jak należy żyć
"w realu" i jakimi zasadami się kierować... Życia nauczyłam się z książek, ale czy dobrze na tym wyszłam? Czasem myślę, że dały mi one fałszywy obraz rzeczywistości i w pewnym sensie zostałam przez to okaleczona. Z głową pełną wzniosłych myśli, pragnieniem świata rządzonego przez uczucia szlachetne i prawdziwe, wylądowałam na mieliźnie, sama z rozdartym sercem i poczuciem, że nic nie zależy ode mnie... Jednak jak to zwykle bywa, to co wywołało  chorobę stało się też moim ocaleniem. Jest to pewien rodzaj "życiowej homeopatii" i w tym wypadku trucizna stała się również moim  lekiem... Kiedy przyjechałam do Włoch była wokół mnie pustka, którą musiałam czymś wypełnić aby nie popaść w duchowe rozterki, niejednokrotnie  dręczące ludzi nagle oderwanych od środowiska, w jakim dotychczas żyli. Wiedziałam z całą pewnością, że nie będzie to alkohol, "miękkie" czy też co gorsza "twarde" narkotyki, gdyż mój instynkt samozachowawczy kłóci się z takimi rozwiązaniami.

Bellagio
 Zawsze dużo pracowałam, więc utrudniało mi to kontakty przyjacielskie a tak zwanych kontaktów męsko - damskich, zwłaszcza przygodnych, nigdy tam nie szukałam. Początkowo samotność była dla mnie nieznośnym ciężarem, później do niej przywykłam a z biegiem czasu zaczęłam ją akceptować i doceniać. Zrozumiałam, że przyszedł czas abym zajrzała w głąb mojego "ja" i jest to okazja, której nie mogę zaprzepaścić...
Z trudem przyzwyczaiłam się do tego, że moje kontakty z domem odbywają się jedynie za pomocą telefonu, zaś Dario i Patrycja właściciele małego apartamentu gdzie zamieszkałam są dla mnie na co dzień tym wsparciem, które z reguły daje nam nasza własna rodzina.
 Zresztą dobrze trafiłam, ci wspaniali ludzie byli dla mnie zawsze niczym opoka; bliscy bez natręctwa i zawsze gotowi pomóc zanim o to poprosiłam. Ich dwie córki Ilenia i Ferderica na moich oczach z dzieci stały się dwiema młodymi kobietami, lecz wciąż mają swój ciepły kącik w mym sercu.

 Kiedy zaczęłam poznawać Włochy, naturalną koleją rzeczy zapragnęłam podzielić się z moją rodziną tym, co tu zobaczyłam. Początkowo kupowałam popularne albumy, gdzie można znaleźć krótkie informacje i zdjęcia z najciekawszych miejsc w regionie. Później wpadłam na pomysł, że przecież sama również mogę fotografować. Moje pierwsze, nieśmiałe próby odbywały się za pomocą turystycznego aparatu marki Kodak, jaki niektóre biura podróży dają w prezencie uczestnikom wycieczek. Aparat ten niegdyś należał do Lawinii, matki Patrycji, był bardzo prosty w obsłudze, i działał na tradycyjne filmy w rolkach. Pamiętam dzień, kiedy w punkcie usługowym zrzucono mi te pierwsze zdjęcia na płytę, którą po przyjeździe do Polski z dumą odtworzyłam rodzinie. 
BellagioByłam ciekawa, jaką opinię usłyszę, gdyż moje dzieci Jakub i Marta, także fotografują (mają również inne zainteresowania i zdolności artystyczne) a do tego syn w owym czasie był studentem Wychowania Plastycznego, gdzie fotografia była jednym z przedmiotów nauczania. Pamiętam zachwyty mojej mamy nad pięknem włoskiego krajobrazu, i słowa syna, który mi powiedział, że mam dobre oko do fotografii, ale powinnam  mieć lepszy aparat. Lepszy aparat wkrótce się znalazł, używany, lecz w pełni sprawny cyfrowy Nikkon, ofiarowany mi przez Daria. I wtedy to, wraz z jego otrzymaniem, narodziła się moja pasja. Teraz nie wybierałam się z domu jedynie dla zabicia czasu i żeby zobaczyć coś nowego. Utrwalanie widzianych miejsc za pomocą fotografii stało się dla mnie równorzędnym celem, a nie jedynie środkiem na zachowanie ich w pamięci. Mimo to, nigdy  nie nauczyłam się fotografować w pełnym znaczeniu tego słowa, funkcje analogowe nadal są dla mnie jedną wielką tajemnicą, gdyż brak mi było czasu i wrodzonych zdolności technicznych aby zgłębić ich tajniki. Myślę jednak, że może kiedyś uda mi się ten brak nadrobić, gdyż chciałabym kontynuować moją pasję w innym wymiarze, i na innym gruncie.
Dość szybko postanowiłam zmienić Nikkona na inny aparat i kupiłam sobie Canona, który ze swoimi licznymi funkcjami cyfrowymi dawał mi więcej możliwości.Bellagio
Tak, czy inaczej, abstrahując od artystycznej i technicznej wartości moich zdjęć, mają one dla mnie osobiście ogromną  wartość sentymentalną. Dzięki nim, moja pamięć zachowała to, co zapewne dawno by z niej uleciało lub stało się zaledwie cieniem wspomnienia... Zawsze też pragnęłam opisać  miejsca, jakie widziałam i emocje z nimi związane, więc siłą rzeczy musiałam zasiąść do komputera (kiedyś tego nie znosiłam, gdyż od patrzenia w ekran monitora starej generacji bolała mnie głowa i oczy). Laptop  stał się moim niezastąpionym towarzyszem gdzie były moje zdjęcia, mogłam też na nim pisać  bloga i szukać w internecie informacji niezbędnych do planowania następnych wypraw.

Teraz, gdy patrzę na siebie, widzę kobietę, której młodość co prawda minęła, ale której chyba udało się ocalić młodość ducha, zainteresowanie dla otaczającego świata, chęć aby wciąż odkrywać coś nowego, i iść do przodu, mimo iż czasami zmęczone nogi odmawiają posłuszeństwa. To, co miało być w moim życiu "zamiast" niepostrzeżenie stało się po prostu moim życiem. Dziś wiem, że nigdy nie dotrę do tych wszystkich miejsc, jakie chciałam zobaczyć, że wciąż zostaną pejzaże i miasta, których widok  wprawiłby mnie w zachwyt a których nigdy nie poznam... Zostawiłam to wszystko, może z lekką nutą melancholii i niedosytu, ale bez zbytniego żalu, bo wiem, że mogę sama sobie dać jeszcze wiele prezentów, i sprawić dużo pięknych niespodzianek. Dziś, kiedy otwieram komputer i widzę mój folder niegdyś nazwany roboczo "Pierwsze foto", patrzę na te zdjęcia niczym matka oglądająca schowane przed laty obrazki, nieudolne bazgroły dziecka, które nie wiadomo kiedy dorosło i stało się poważnym człowiekiem.

pejzaż Jezioro Como
Nie wiem, jak wyglądałoby moje życie, i kim byłabym teraz, gdybym wtedy nie wzięła do ręki żółtego Kodaka Lawinii...
To pytanie pozostanie bez odpowiedzi, gdyż sama nie potrafię sobie wyobrazić tych dziesięciu lat spędzonych w inny sposób. Mimo ciężaru, jaki mi przyniosła emigracja, to właśnie narodzinom tej pasji zawdzięczam, że udało mi się zachować równowagę psychiczną i zdrowie fizyczne. Powiem więcej, dzięki niej zrozumiałam, jaką wartość ma moje życie dla mnie samej, kim jestem, i co sama sobie mam do zaoferowania.

niedziela, 8 kwietnia 2012

koty



  Tym razem nie będę pisała o moich wycieczkach, lecz o tym, co przez wiele lat było dla mnie punktem odniesienia kiedy przebywałam we Włoszech, czyli niewielkim parterowym domku w miejscowości Limbiate, leżącej nieopodal Mediolanu. Zamieszkałam w nim kiedy po krótkich perypetiach związanych z pobytem w Bari przeniosłam się do Lombardii. W domku znajdują się dwa apartamenty, w mniejszym (który nie jest taki znów mały) mieszkam ja, większy zajmuje rodzina właścicieli składająca się z czterech osób. Są to Dario i Patrycja oraz ich córki, Federica i Ilenia.
pies Oprócz naszej piątki jest jeszcze trójka czworonożnych lokatorów - dwa koty, Tommy (kocurek rasy norweskiej) i Minou (śliczna, trójkolorowa kotka) oraz suczka o imieniu Ciuffy. Kiedy wiele lat temu po raz pierwszy przestąpiłam te progi, w domu nie było jeszcze Minou, Tommy był malutkim kotkiem, a Ciuffy kilkumiesięcznym szczeniaczkiem. Lubię zwierzęta, więc bez problemu nawiązaliśmy pierwszy kontakt. Co prawda dzikie skoki i hałaśliwe zachowanie szczeniaka nie budziły mojego entuzjazmu, lecz mimo wszystko trudno mi było  oprzeć się tak bezkrytycznie wyrażanej sympatii. Z Tommym, (który szybko stał się dla mnie Tomkiem lub Tomusiem) polubiliśmy się od pierwszego wejrzenia, a po pewnym czasie połączyło nas szczere i trwałe uczucie. Często przychodził do mnie podrzemać, lub sprawdzić czy w spiżarni nie stoi spodeczek z mlekiem. W żartach nazwałam go moim "Principe Azzurro", bowiem Tomek to kot naprawdę wyjątkowy. Nie tylko z powodu pięknego, puszystego futra, wspaniałych, bardzo długich wąsów i wymownych, zielonych oczu. 
kot
 Jak przystało na kociego arystokratę, ma on doskonałe maniery, oraz wrodzoną godność, a jego skromność i dystynkcja nie mają sobie równych. Jest też wyjątkowo pojętny, i umiarkowany w swoich oczekiwaniach. Uwielbiają go wszyscy, łącznie z psem. Ciuffy chętnie się z nim bawi, a nawet dzieli z nim legowisko. Natomiast kotka Minou to zupełne przeciwieństwo Tomasza. Swego czasu została znaleziona na pobliskiej łączce, głodna i brudna jak nieboskie stworzenie. Z tych pierwszych, niełatwych tygodni życia pozostał jej instynkt walki o przetrwanie, i ogromny strach przed psami. Jest to typowy okaz kociej histeryczki, która zawsze musi być pierwsza do wszystkiego. W porze karmienia szybko zjada swoją część po czym rzuca się na porcję Tomka, biedny kot szybko ustępuje z placu i patrzy smętnie, jak jego jedzenie znika w żołądku Minou; z tego powodu ich posiłki najczęściej się odbywają się pod nadzorem, lub o oddzielnych pomieszczeniach. Za to Minou panicznie boi się Ciuffy, niejednokrotnie też doszło pomiędzy nimi do krwawych bójek, z których suczka wychodziła z podrapanym nosem a kotka z brakami w futrze. 
kot Chyba z tego powodu upodobała sobie moje mieszkanie gdzie z reguły panuje spokój, i nikt jej nie przeszkadza. Wszyscy ją kochają, gdyż jest milusińską pieszczochą i wybaczają żarłoczność oraz skłonność do histerycznych wrzasków. Obydwa koty są niczym rozpuszczone dzieciaki, które po całych dniach baraszkują przed domem. Ciuffy jest w nieco gorszej sytuacji, niestety, daleko jej do inteligentnych i zaradnych kotów, jest to bowiem typowy okaz osobnika o "bardzo małym rozumku". Mimo zbiorowego wysiłku Rodziny nie dała się wyedukować, ani nie nauczyła dobrych, psich manier. Na nic się nie zdały światłe rady weterynarza i poradniki typu "Jak wychować psa". Skończyło się na tym, że Rodzina uznała, iż należy jej odpuścić, i pozostawić pieska jego naturalnym instynktom. piesJej terytorium to pokój dzienny, kuchnia i taras kuchenny, oraz kawałek podwórka za domem, gdzie może hasać do woli. Ciuffy jest szczególną ulubienicą Federiki, która ma dla niej uczucie, jakim dobra matka darzy swoje niezbyt udane dziecko. Pozostali domownicy traktują pieska z pobłażliwą tolerancją, w zamian za to zwierzaczek stara się jak najlepiej wypełniać rolę stróża domu, szczekając ofiarnie na swoich i obcych, bez wyjątku. Patrycja, pani domu, jest osobą mającą ogromny kult dla czystości i porządku, w związku z tym, również zwierzęta podlegają okresowym akcjom higienicznym w postaci kąpieli, która odbywa się w pralni, w suterenie domku, w dużym zlewozmywaku - wanience. Tommy, jak przystało na gentlemana, poddaje się tym zabiegom z godnością, wręcz chętnie. Nieco mniej lubi suszenie futra za pomocą suszarki, ale i to znosi cierpliwie. Minou początkowo histeryzowała, lecz po pewnym czasie przywykła, i również ona nie stwarza problemów.

kotNatomiast kąpiel psa to zabieg, w którym muszą uczestniczyć co najmniej dwie osoby. Nieszczęsne zwierzę broni się jak może, próbuje uciekać, chlapiąc wodą na wszystkie strony, więc każda kąpiel kończy się przymusowym, generalnym sprzątaniem pralni, i prysznicem "kąpielowych". Od wiosny do późnej jesieni zwierzaki mogą do woli buszować na dworze, a kiedy robi się chłodno, siłą rzeczy przenoszą się do mieszkania, zajmując swoje ulubione miejsca. Ciuffy ma swoje legowisko pod kuchennym stołem, Tommy w zacisznym kącie pod kaloryferem w przedpokoju, lub na fotelu - leżaku, który często dzieli z Minou. Niejednokrotnie godzinami śpią tam przytulone do siebie, aż do chwili, kiedy kotka wpada na pomysł aby wylizywać Tomkowi głowę, co z jej strony jest wyrazem uczucia, lecz absolutnie nie budzi entuzjazmu drugiej strony, więc szybko dochodzi do separacji. Minou z powodu swojej obawy przed psem lubi też przebywać wraz ze mną. Kiedy wracam do domu po nocnym dyżurze, obydwa koty czekają na mnie przy furtce. Kiedy otwieram drzwi, szybko wpadają do środka (Minou jak zwykle pierwsza, a do tego z wrzaskiem). W głębokiej tajemnicy wypijają nieco mleka bez laktozy którego używam do kawy (weterynarz który sprawuje nad nimi opiekę wciąż utyskuje, że koty mają nadwagę) po czym Tommy udaje się na poranny obchód okolicy, a Minu mości do drzemki na kanapie; jednak zanim zapadnie w sen, bacznie mnie obserwuje, czy przypadkiem nie wyjmuję z lodówki pudełka z serkiem "Filadelfia". Nie mam pojęcia, jak potrafi je odróżnić od innych produktów, ale zawsze trafia w dziesiątkę. Jeśli istotnie mój wybór padnie na "Filadelfię" zrywa się z okropnym wrzaskiem, i domaga zaraz, natychmiast, swojego udziału w konsumpcji. Mimo iż zawsze dostaje odrobinę, nie pozwala mi zjeść spokojnie, wdrapuje się na moje kolana i próbuje zlizywać serek z kanapek. Jedyny sposób abym mogła w spokoju spożyć śniadanie to "wystawienie" jej za drzwi, gdzie lamentuje w nieskończoność. Mimo tych awantur kochamy się bardzo, i często śpimy razem jak susły, ja w moim łóżku, a kotka na kanapie.
I tak na wzajemnych kłótniach i pieszczotach minęło nam prawie dziesięć lat... Tommy z małego kociaczka stał się kotem niemal w podeszłym wieku, Minou również ma już swoje lata, nawet Ciuffy spoważniała, nie szczeka już jak szalona, a nawet czasem grzecznie wychodzi z Ilenią spacerować na smyczy po okolicznych uliczkach.
A ja? Czasem wydaje mi się, że to nie dziesięć lat, lecz całe wieki, a może nawet lata świetlne, dzielą mnie od dnia, kiedy po raz pierwszy przez okno autobusu patrzyłam na zielone łańcuchy Alp i Apeninów.kotka Patrycji Mówi się, że jeden rok psiego lub kociego życia to jak siedem lat ludzkich. Również dla mnie każdy rok tu spędzony był niczym kilka lat przeżytych w Polsce. Czasem mam wrażenie, że całe to doświadczenie życiowe, które mi przyniósł pobyt we Włoszech, nie tylko psychicznie postarzyło mnie o wiele lat, lecz paradoksalnie przybliżyło mi moje dzieciństwo. Niektóre filozofie ukazują nasze życie w postaci okręgu, a jego kres jest również początkiem. Mimo iż nie czuję się stara, coraz częściej mam wrażenie, że znalazłam się w punkcie, w jakim byłam wtedy gdy świat odkrywał przede mną swoje tajemnice. Przyjechałam do Włoch jako dojrzała osoba, lecz w obcym kraju i w obcym mi świecie stałam się niczym dziecko, które uczy się mówić i interpretować otaczającą rzeczywistość. Gdy zamieszkałam w małym domku w Limbiate, mimo moich metrykalnych lat byłam równie nieporadna, jak ślepy kociak, lub pełzający szczeniaczek. No cóż, lata minęły, Tomkowi siwieje pyszczek, Cuffy spoważniała, a ja przeszłam drogę tak długą, że czasem gdy o tym myślę i oglądam się za siebie, mam wrażenie, że patrzę na dawno widziany film. Dwa lata temu, kiedy podjęłam decyzję o definitywnym powrocie do Polski, przyjechała do mnie moja córka Marta, aby spędzić ze mną ostatnie dwa tygodnie we Włoszech, pomóc w pakowaniu dobytku, a przy okazji nieco pozwiedzać. Pewnej nocy śniło mi się, że idziemy razem na dworzec kolejowy, Marta poszła przodem aby kupić bilety, a ja miałam jeszcze do pokonania ścieżkę, która przecinała pożółkły, rozmokły trawnik. Bardzo się śpieszyłam, lecz nagle nogi odmówiły mi posłuszeństwa i upadłam na kolana. Z ogromnym bólem i niesamowitym wysiłkiem czołgałam się czepiając drewnianego płotka, bo ze wszystkich sił pragnęłam dotrzeć na czas do pociągu. Obudziłam się z tego snu ze ściśniętym sercem i łzami w oczach. Wtedy zdążyłam na mój pociąg, lecz mimo gorącego pragnienia aby zamknąć ten etap życia, po rocznej przerwie przyszło mi jeszcze raz oglądać słońce Italii. Teraz jednak już jestem spokojna, bo wiem, że to tylko ostatnie, długie pożegnanie...



czwartek, 5 kwietnia 2012

Sukienka w kropki. Pierwsze wspomnienia.

Na wstępie chcę napisać parę słów wyjaśnienia dlaczego mój blog nosi ten (być może mylący) tytuł, gdyż  nie będę pisała o modzie dla pań, krawiectwie, i tym podobnych  sprawach. Mimo to, chcę przy nim pozostać, gdyż powstał on całkowicie spontanicznie, a raczej (mogłabym rzec) wychynął z mojej podświadomości, i ma ścisły związek z odległymi czasami kiedy byłam kilkuletnim dzieckiem. Wtedy to mój ojciec podjął pracę na "ziemiach odzyskanych" i nasza trzyosobowa rodzina przeprowadziła się z okolic Warszawy, gdzie się urodziłam, do Ostródy na Mazurach, która w owych czasach była smutnym, zrujnowanym miastem. Zamieszkaliśmy na jego skraju, w małym domku otoczonym ogrodami i trochę podmokłą łąką. Do dziś mam w pamięci moje pierwsze mazurskie lato... Pamiętam, że ochoczo wstawałam rano, bez niczyjej pomocy ubierałam się w moją ulubioną sukienkę w kropki, wybiegałam do ogrodu, a później dalej, na łąkę. Pokochałam tę łąkę, jej bujną trawę, kwiaty i zioła, wtedy mi nieznane, gęste trzciny i  wysokie topole rosnące nad niedaleką Drwęcą. Dzień po dniu odkrywałam ten nowy dla mnie świat, początkowo obcy i zadziwiający, a który z biegiem czasu stał się po prostu moim światem.
Od tamtej pory minęło wiele lat, a  moje życie znalazło się na  bardzo dużym zakręcie... Wyjechałam do obcego kraju, daleko od wszystkiego co mogłam nazwać moim, gdzie niejednokrotnie przyszło mi w obcym języku mówić o tym, o czym czasem trudno jest powiedzieć w rodzimym. Dziś już nie wiem, ileż to razy zastanawiałam się co daje mi  siłę aby tam trwać, nie poddać się próżnym żalom, goryczy i zwątpieniu? Pamiętam,  jak gorączkowo szukałam czegoś, czym mogłabym wypełnić puste dni. Mieszkałam wtedy w Limbiate, niewielkiej miejscowości w pobliżu Mediolanu. Mediolan to bogate, frenetyczne miasto, pod względem ilości skarbów sztuki nie mogące się równać z Rzymem, czy Florencją, lecz mimo to pełne pamiątek historii, a także kultury przez bardzo duże "K". Pomału, krok po kroku, odkrywałam jego urodę; z  biegiem czasu, spragniona nowych wrażeń zaczęłam podróżować po najbliższej okolicy, a jeszcze później, w dalsze rejony Północnych Włoch. Cały mój wycieczkowy ekwipunek: plecak, mapy, przewodniki, oraz  buty i kijek do trekkingu, zawsze czekały w pogotowiu, przygotowane do następnego wyjazdu. Kiedy miałam  dzień wolny od pracy, zwykle wstawałam rano i sprawdzałam pogodę za oknem. W zależności od aury pozostawało tylko zadecydować co tym razem będzie celem mojej podróży. Góry? Jezioro? Inne miasto? Podczas jednej z takich wypraw nad jezioro Como, które znałam tak dobrze, lecz mimo to wciąż niezmiennie czarowało mnie swoim urokiem, niespodziewanie poczułam się jak wtedy, gdy jako mała dziewczynka w sukience w kropki uczyłam się nowego świata. Ten blog to jest właśnie moja historia.