poniedziałek, 29 lipca 2013

Lombardia. Triangolo Lariano - "Muro di Sormano".



Niemal od pierwszych dni mojego pobytu w Lombardii, Triangolo Lariano – trójkątny, górzysty obszar rozciągający się pomiędzy jeziorami Como i Lecco, czyli dwoma ramionami jeziora Lario – stał się jednym z moich ulubionych miejsc, gdzie zawsze ciągnęło mnie serce. To tam po raz pierwszy z bliska zobaczyłam Prealpy, tam też chodziłam na moje pierwsze górskie wyprawy.

U podstawy tego trójkąta, na jego przeciwległych stronach, leżą dwa duże miasta – Lecco i Como, a na wierzchołku Bellagio – urocza miejscowość wypoczynkowa, od ponad dwustu lat ciesząca się wielką popularnością wśród turystów. Jego teren, pięknie ukształtowany przez wędrujący lodowiec, porastają bukowo-kasztanowe lasy. Dwa najwyższe szczyty w tym rejonie to Monte Palanzone (1436 m) i Monte San Primo (1683 m). U podnóża wzniesień znajduje się kilka miast i miasteczek, a na ich zboczach przytuliło się wiele malowniczych wiosek. W środku trójkąta znajduje się rozległy płaskowyż – niewielkie pagórki dzielą go na trzy odrębne części, noszące nazwy Piano di Nesso, Piano del Tivano oraz Piano di Sormano.


Przez cały sezon wiosenno-letni, aż do pierwszych dni października, przyjeżdża tu wiele osób, żeby uprawiać trekking albo pojeździć na rowerze górskim. Oczywiście nie brakuje też wygodnickich, preferujących mniej aktywny wypoczynek, przybywających samochodem na piknik lub żeby poopalać się na górskich łąkach. Nadciągają też liczne grupy „centaurów” (jak mówią Włosi), czyli motocyklistów na swoich mechanicznych rumakach.

Do podnóża gór dojeżdża także lokalny pociąg z Mediolanu, a jego ostatni przystanek to Asso – miasteczko leżące w kotlinie pomiędzy górami. Właśnie w Asso zaczyna się droga, która prowadząc serpentyną w górę od wioski do wioski, dociera do najwyżej położonego Sormano i biegnie dalej, aż do płaskowyżu noszącego tę samą nazwę.

Piano di Sormano w dni powszednie jest miejscem raczej spokojnym, natomiast w weekendy kłębią się tam prawdziwe tłumy ludzi, którzy przy okazji zasilają kasę miejscowego restauratora. Dodatkową atrakcją jest niewielkie, lecz w pełni profesjonalne obserwatorium astronomiczne. Na wprost niego, na skraju drogi, znajduje się pokaźny głaz z tabliczką i medalionem przedstawiającym głowę mężczyzny.


Jest to pomnik upamiętniający postać Vincenzo Torriani, pomysłodawcy „Muro di Sormano” – jednego z etapów wyścigu kolarskiego wokół Lombardii, zwanego „Giro di Lombardia”. Ten wyścig to chyba jedno z najstarszych przedsięwzięć tego typu, gdyż trwa (bagatela!) od ponad stu lat, zaś „Muro di Sormano” to podobno najtrudniejszy górski etap, jaki mogą przebyć ścigający się cykliści. „Muro”, jak nietrudno zgadnąć, to po prostu ściana, więc nazwa mówi sama za siebie…

Ponieważ moim ulubionym środkiem lokomocji są własne nogi, postanowiłam sprawdzić na piechotę, co się kryje za tą „ścianą”. Q tym celu pojechałam pociągiem do Asso, gdzie wsiadłam do autobusu jadącego w kierunku Sormano. Taka jazda po włoskich górskich drogach to bardzo ekscytujące przeżycie, gdyż są one dość wąskie, zakręty ostre, a widoczność znikoma. Mimo to wiele osób jeździ „na wariackich papierach”, np. prowadzi jedną ręką, przy okazji rozmawiając przez telefon.


Kierowcom autobusów również nie brakuje animuszu, w związku z tym pasażerowie czują się jak ulęgałki w siatce, a do tego na każdym zakręcie są ogłuszani ostrzegawczym klaksonem. Sormano to spora i zadbana wioska letniskowa, położona na dość znacznej wysokości. Od szczytu wzniesienia, gdzie zwykle znajduje się meta wyścigu, dzielą ją mniej więcej dwa kilometry i około 300 m przewyższenia.

Kiedy doszłam do jej ostatnich zabudowań, zobaczyłam przed sobą zbocze, po którym prowadziła droga na płaskowyż. Nie wyglądało jakoś szczególnie groźnie, więc z ufnością ruszyłam przed siebie i po chwili doszłam do rozwidlenia dróg. W prawo prowadziła lokalna droga jezdna, zaś ta po lewej – również asfaltowa, lecz zdecydowanie węższa – to był właśnie początek „ściany płaczu”.


Tuż obok znajdowała się spora polana, na której grupa Romów urządziła sobie piknik. Było wszystko, co jest potrzebne dla udanej imprezy na świeżym powietrzu: dymiące grille, koce oraz huśtawki z opon samochodowych zawieszonych na gałęziach. Romowie we Włoszech nie cieszą się szczególną sympatią i trudno się oprzeć wrażeniu, że ani im, ani nikomu innemu nie zależy na ich faktycznej integracji.

W związku z tym większość w dalszym ciągu prowadzi koczowniczy tryb życia, gromadnie przemieszczając się swoimi samochodami z miejsca na miejsce. Z reguły mieszkają w przyczepach campingowych lub prowizorycznych szałasach, które stawiają na obrzeżach miast i żyją w tych zaimprowizowanych osiedlach aż do chwili, kiedy lokalna społeczność, zmęczona nachalną żebraniną i drobnymi kradzieżami, powoduje, żą siła są usuwani  poza obręb gminy i ponownie podejmują swój exodus.

Co prawda, część z nich próbuje się osiedlić na stałe i buduje sobie zupełnie przyzwoite domy, niejednokrotnie nawet otoczone murem, jednak z reguły jest to robione „na dziko” (maniera powszechna w całym włoskim społeczeństwie), więc zdarza się, że w momencie, kiedy ktoś się w tym zorientuje (czasem po upływie kilkunastu lat), są one burzone, a mieszkańcy wypędzani. Jest to prawdziwy węzeł gordyjski, tym trudniejszy do rozwiązania, że po przyjęciu Rumunii do UE rozpoczął się masowy napływ Romów z tego kraju.


To właśnie początek etapu Muro di Sormano – widoczne tu napisy mówią o historii wyścigu. Miałam problemy z ich przeczytaniem, gdyż trudno je ogarnąć wzrokiem; miałam też wrażenie, że przytaczane są tu różne motywujące sentencje, jednak podważałabym ich przydatność z powyższego względu. Jeśli ja, idąc powoli, miałam problemy z ich odcyfrowaniem, to co tu mówić o kolarzach, jadących ze sporą prędkością i skupionych na tym, co się dzieje wokół nich?


To jeden z dalszych fragmentów etapu – tu napisy są bardzo czytelne, przypominają nazwiska zawodników i osiągnięte przez nich wyniki. Na tym zdjęciu widać, jak stromo wznosi się droga – również dla mnie było to dość trudne podejście, mimo iż nie musiałam pedałować na rowerze, a do pomocy miałam mój kijek trekkingowy.


Te niezbyt wysokie góry oddzielają Triangolo Lariano od pagórkowatej Brianzy i płaskiej Doliny Padu. W słoneczny dzień jest to przepiękny widok, gdyż nad całym terenem unosi się złoto-błękitna poświata.
                                                                             

A to panorama Sormano na tle gór. Ten szpiczasty wierzchołek na środku to Corni di Canzo, za nim w głębi są skaliste Grigne i Resegone, leżące na wschodnim brzegu Lago di Lecco. Natomiast po prawej stronie widzimy wydłużony grzbiet Monte Rai i Monte Cornizzolo – miejsce mojej ostatniej górskiej wycieczki we Włoszech.


Droga w tym miejscu była naprawdę stroma, więc miałam wrażenie, że za moment zacznę się podpierać nie tylko kijkiem, ale również własnym nosem. Zapewne nie bez znaczenia było to, iż po niemal roku spędzonym w Polsce, na moich ukochanych Mazurach, straciłam nieco na kondycji. Z zazdrością patrzyłam na muskularnego pana w średnim wieku, który bez żadnego wysiłku, raźnym krokiem pomykał w górę.

Sądząc z tempa, w jakim się przemieszczał, prawdopodobnie był to trening zawodowca lub przynajmniej zaawansowanego amatora, przemierzającego tę trasę nie po raz pierwszy, wiedzącego, jak rozłożyć siły. Mimo mojej nie najlepszej formy, ja również posuwałam się do przodu, rozkoszując się przy tym przepiękną pogodą, czystym powietrzem i wspaniałą panoramą okolicy.

Ostatni odcinek drogi jest bardzo stromy, więc poczułam ogromną ulgę, gdy wreszcie zobaczyłam przed sobą szczyt wzniesienia z charakterystyczną kępą wysokich drzew. Pod tymi drzewami znajduje się płyta z napisem upamiętniającym ważne wydarzenie w historii Giro di Lombardia:

Sto lat wyścigu wokół 
Lombardii 
1905-2005
Muro di Sormano

9 października 2005 r 

Była niedziela, więc na płaskowyżu zjawiło się mnóstwo ludzi korzystających z pięknej pogody. Przeciskając się wśród parkujących samochodów, dotarłam do niewielkiego placyku, a właściwie skrzyżowania dróg, gdzie zwykle znajduje się meta tego wyczerpującego wyścigu.


Docierając do krańca etapu, ja również osiągnęłam mój cel, więc w nagrodę zjadłam wspaniałe lody zakupione w miejscowej restauracji. Trochę też pospacerowałam ścieżkami wiodącymi po zielonej połoninie, skąd był piękny widok na odległy szczyt Monte Palanzone i trawiaste zbocza San Primo (o wycieczce na tę górę pisałam Docierając do krańca etapu, ja również osiągnęłam mój cel, więc w nagrodę zjadłam wspaniałe lody zakupione w miejscowej restauracji. Trochę też pospacerowałam ścieżkami wiodącymi po zielonej połoninie, skąd był piękny widok na odległy szczyt Monte Palanzone i trawiaste zbocza San Primo (o wycieczce na tę górę pisałam tutaj  Triangoloro Lariano. Monte San Primo, czyli schody do nieba. ), po czym wyruszyłam w powrotną drogę.


Oczywiście przed odejściem obowiązkowo obejrzałam pomnik dedykowany Vincenzo Torriani – zasłużonemu działaczowi, o którym wspominałam uprzednio. Oto moje tłumaczenie napisu, który widnieje na pomniku:

-1124m- Tu kończy się "Ściana Sormano" najtrudniejszy etap górski międzynarodowych wyścigów kolarskich. Maksymalny kąt nachylenia - 25%. Autorem pomysłu był Vincenzo Torriani, patron wyścigu "Wokół Lombardii" i innych przedsięwzięć pod egidą dziennika "Gazetta dello Sport". Trasę etapu zrealizowano pod kierownictwem inżyniera Angelo Testori, syndyka Sormano.

Kamień położono 24 kwietnia 1997 roku z inicjatywy Administracji Lokalnej oraz Stowarzyszeń Obywatelskich Sormano.

Teraz pozostało mi jedynie wrócić do Sormano, a ponieważ ze względu na czas nie miałam wielkiego wyboru, wbrew moim zwyczajom poszłam tą samą drogą, którą przyszłam na górę. Jednak nie był to powód do narzekania, gdyż tym razem, idąc bez wysiłku, mogłam na nowo cieszyć oczy pięknym widokiem okolicy oraz soczystą zielenią drzew i zapachem ziół bujnie kwitnących po obu stronach drogi.



W sumie wycieczkę zaliczam do udanych, choć dobry humor nieco mi popsuł lokalny autobus, o którym w godzinie odjazdu nie było ani widu, ani słychu. Jedynie obecność innych osób wyczekujących wraz ze mną na przystanku dodawała mi otuchy. Ponieważ był to ostatni autobus w rozkładzie jazdy, oczami duszy widziałam siebie, jak maszeruję pięć kilometrów drogą w dół do Asso, straszona przez przejeżdżające samochody.

Na szczęście autobus wreszcie się zjawił, choć z dość znacznym opóźnieniem. Mimo wszystko był to dobrze spędzony dzień – nie tylko ze względu na fakt, iż widziałam to, bądź co bądź, historyczne miejsce, lecz przede wszystkim na ładną pogodę, która pozwoliła mi nacieszyć się wspaniałą panoramą gór w okolicy Lecco z masywem Grigni w głębi, co zawsze radowało  moje oczy i serce...
 

Więcej zdjęć w albumie Zdjęcia Google>

środa, 24 lipca 2013

Liguria. Camogli, zapach kawy i pyszne ciasteczka (część II)



Włochy to kraj dobrej kuchni, wspaniałej kawy i wielu ciast o niezrównanym smaku. Niektóre z nich mają zastrzeżoną nazwę, a ich receptury od lat pozostają pilnie strzeżoną tajemnicą producentów. W Camogli takim specjałem są ciasteczka camogliesi, stworzone w 1970 roku przez miejscowego cukiernika Giacoma Revello. O ciasteczkach z Camogli słyszałam niegdyś, lecz z czasem całkowicie o nich zapomniałam. Pamięć odświeżyła mi koleżanka z pracy, mówiąc, że jeśli zawitam do tej miejscowości „koniecznie, ale to koniecznie” muszę ich spróbować.
 
Podczas pierwszego pobytu w Camogli, o którym pisałam w poście Liguria. Camogli, zapach kawy i pyszne ciasteczka, byłam tam tylko przejazdem, więc zabrakło mi czasu na dokładne zwiedzanie. Dlatego podczas drugiej wizyty postanowiłam dokładnie przyjrzeć się miasteczku a przede wszystkim odnaleźć niewielką cukiernię Revello, w której produkowane są oryginalne camogliesi. Nie przypuszczałam wtedy, że obudzą one wspomnienie, które połączy Ligurię z moją dużo wcześniejszą podróżą do Budapesztu. 






Pewnego lutowego ranka, kiedy prognoza meteo zapowiadała ładny bezchmurny dzień, bladym świtem wsiadłam do pociągu i przed południem ponownie znalazłam się w Camogli. Jak poprzednio miasteczko przywitało mnie piękną, słoneczną pogodą, jednak tym razem wiał bardzo silny wiatr, więc na głównej ulicy czuło się przeciąg, niczym w dobrze funkcjonującym kominie. Ponieważ był dzień powszedni, na ulicach panował inny nastrój, dał się też zauważyć większy ruch, choć z pewnością nie taki, jaki można tu spotkać w szczycie sezonu.

Ponownie przemierzyłam główną ulicę i niebawem znalazłam się w porcie, przez miejscową ludność zwanym Porticciolo di Camogli (porticciolo to mały port, albo po prostu porcik). Znajduje się on w północnej części miasta, a z racji swego położenia jest wyjątkowo malowniczym miejscem. Tworzy go niewielka ustronna zatoczka pomiędzy długim kamiennym molo i wysokim skalnym klifem, nad którym wznoszą się zielone stożki Apeninów. Na brzegu morza i na górskich zboczach przyciągają wzrok domy i wille w ciepłych, pastelowych kolorach, wspaniale kontrastujących z błękitem nieba i wody.

Port otaczają kamienice o pięciu, a nawet ośmiu kondygnacjach, stłoczone jedna obok drugiej na niewielkiej przestrzeni. Wiele z tych okazałych domostw przyciąga wzrok barwnymi tynkami i charakterystycznymi dla Ligurii zdobieniami wykonanymi w technice trompe l'oeil. Długie ulice Camogli biegną na różnych poziomach, równolegle do linii brzegowej, więc ta ciasna zabudowa jest co jakiś czas przerwana schodami, które skracają przejście pomiędzy nimi.

Tym razem postanowiłam obejść port wokoło by przyjrzeć się łodziom, a przy okazji zajrzeć do  pracowni lokalnych artystów i sklepików z rękodziełem. Pod arkadami domów znalazłam liczne miejsca, gdzie podobnie jak w Portofino, oferowano różne pamiątkowe przedmioty oraz obrazy, obrazki i obrazeczki, wykonane we wszystkich możliwych technikach. 

Przeszłam koło suszących się sieci aż do końca długiego molo, pełniącego funkcję falochronu. Od strony morza leży tam mnóstwo ogromnych, skalnych i betonowych bloków, które podczas sztormowej pogody stanowią dodatkową zaporę dla fal. Na jego krańcu znajduje się Faro di Camogli, niewielka, bo zaledwie pięciometrowa latarnia morska.*  Żałowałam, że muszę wyjechać z Camogli przed zmrokiem, więc nie zobaczę jej pulsującego światła... 






Falochron ma długość 300 metrów, a oprócz swojej zasadniczej funkcji służy również jako popularne miejsce spacerów. Taka przechadzka nie tylko zapewnia wspaniałe wrażenia wizualne – jest także świetną okazją, aby posłuchać relaksującego szumu fal i odetchnąć morską bryzą. Idąc w kierunku latarni, po lewej stronie mamy błękitne morze, a po prawej rozległą panoramę wzgórz Wybrzeża Liguryjskiego, która ciągnie się aż po horyzont. W drodze powrotnej roztacza się przed nami widok na malowniczą zabudowę wokół portu, wyniosłą skałę z Zamkiem Dragone (o którym pisałam w poprzednim poście) oraz wieżę kościoła Santa Maria Assunta.

Z portu przeszłam do kościoła, który za pierwszym razem obejrzałam jedynie pobieżnie. Podczas tej drugiej wizyty poświęciłam mu więcej uwagi, a oględziny ułatwiło mi światło zapalone w związku z pracami porządkowymi. Kościół, /8888888888=-[dość skromnie zdobiony na zewnątrz, ma bardzo bogaty wystrój wewnętrzny, pełen złoceń, zaskakujących w tym niewielkim rybackim miasteczku. Inna rzecz, która mnie zadziwiła już za pierwszym razem, to kokieteryjne żyrandole skonstruowane ze szklanych, kolorowych paciorków, kojarzące się raczej z pałacowym salonem, a nie z wnętrzem świątyni. 

Podobne żyrandole widziałam również w San Fruttuoso, gdzie szczerze mówiąc, wydawały mi się kompletnie nie na miejscu w połączeniu z surowym stylem Opactwa. Przyszło mi do głowy, że być może, jest to dar jakiegoś okolicznego producenta, specjalizującego się w tego rodzaju wyrobach a może lokalna moda? Oprócz kościoła ponownie obejrzałam zwiedziłam zamek oraz otaczające go zaułki  — przy tej okazji jeszcze raz mogłam popatrzeć z góry na port, plażę leżącą na tyłach kościoła i przyległą do niej promenadę.






Po zwiedzeniu północnej części Camogli udałam się na plażę, gdzie w przeciwieństwie do portu i głównej ulicy miasteczka panował błogi spokój, a wiatru nie czuło się prawie wcale. Zastanawiałam się, jak to możliwe, czy jest to wpływ jakiegoś specyficznego mikroklimatu, czy obecności zwartych i wysokich budynków od strony promenady? Pomyślałam też, że chyba nie bez powodu to miejsce nosi nazwę Golfo di Paradiso, czyli Niebiańska (Rajska) Zatoka, więc nie zdziwiłam się, że zastałam tam wiele osób korzystających z tego błogosławieństwa natury.

Za kościołem, na kamiennym murku-ławce, ciasnym rządkiem niczym ptaki na gałęzi, przysiedli starsi ludzie, wygrzewający się na słońcu w tym zacisznym miejscu. Pod tarasami przylegającymi do bulwaru siedziała młodzież: zakochane pary, nastolatki zatopione w lekturze a parę osób beztrosko spało na plaży, przy akompaniamencie szumiących fal. Nie brakowało też młodych matek z rozhasanymi dziećmi w różnym wieku. Szczególnie jedna rzuciła mi się w oczy (a raczej w uszy). Ze stoickim spokojem powtarzała swojemu synkowi wciąż to samo zdanie, monotonnie, niczym pęknięta, gramofonowa płyta  ... "Solo sassi piccoli, ti ho detto, butta solo sassi piccoli ! " Czyli  ... "Powiedziałam ci, rzucaj tylko małe kamienie, tylko małe! " Gdyż jej energiczny potomek zabrał się do zasypywania morza, wrzucając do wody kamienie z plaży.

Im dłużej rodzicielka go napominała, tym większe kamienie zbierał i ciskał w fale. Jego młodsza siostra sekundowała mu dzielnie, a matka, niczym uparta kukułka w zegarze, powtarzała swą frazę bez żadnego realnego skutku. Na moje szczęście, po kilkunastu minutach przenieśli się w inne rejony i znów zapanował błogi spokój. Przysiadłam z gazetą na niezbyt wysokim murku i zagłębiłam się w lekturze. Byłam tak rozleniwiona ciepłem słońca i szumem morza, że zaczęłam zasypiać na siedząco. W tym momencie marzyłam o tym, żeby wzorem innych osób wyciągnąć się na plaży i zapaść w drzemkę. Niestety, nie miałam koca ani ręcznika, więc zmusiłam się do kolejnej przechadzki.

zielone drzwi na zdjęciu prowadzą do kultowej portowej restauracji Il Pirata na drzwiach z jednej strony jest namalowany żaglowiec a z drugiej symbol Festna lente  przedstawiający delfina i kotwicę





Spacerując, uważnie patrzyłam pod nogi, gdyż po raz pierwszy widziałam plażę tego rodzaju. Kamieniste plaże nie są czymś wyjątkowym, tu jednak kamienie miały szczególny wygląd. Wszystkie były raczej niewielkie, szare i doskonale gładkie, w większości poprzecinane białymi żyłkami, owalne lub okrągłe albo przeciwnie, zupełnie płaskie. Na ten widok przyszło mi do głowy, że być może właśnie z tych zestawień barw podsuwanych przez naturę, wzięło się liguryjskie upodobanie do budowli zdobionych naprzemiennymi białymi i grafitowymi pasami? Nawiasem mówiąc, leżenie na takim plażowym "kamiennym łożu" wcale nie musi być przykre, zważywszy na ich łagodne, zaokrąglone kształty. Zabrałam kilka takich kamyków do mojej kolekcji, jednak najbardziej podobał mi się ten, na którym znalazłam wyobrażenie skandynawskiej runy Fehu i drugi, wyglądający niczym jajeczko ptaka. Uznałam to dobrą wróżbę na przyszłość, bo w symbolice run Fehu jest kojarzona z dostatkiem, pomyślnością i dobrobytem a jajo jak wiadomo, od wieków symbolizuje odrodzenie, nadzieję i nowy początek. 

Kiedy doszłam do końca plaży i przeszłam na leżący nieco wyżej bulwar, słońce zaczęło chować się za kościołem, dając mi znak, że czas myśleć o powrocie do Mediolanu. Pozostała mi jeszcze jedna misja do wykonania — degustacja lokalnego specjału, czyli ciasteczek camogliesi. 

Nie będę ukrywać, że z natury jestem wręcz patologicznym łakomczuchem, więc staram się unikać ciastkarni i lodziarni jak przysłowiowego ognia. Moje łakomstwo jest bowiem szczególnego rodzaju i dochodzi do głosu jednie na widok słodyczy. Kiedy zdarza się, że postanawiam kupić sobie coś słodkiego i wchodzę do sklepu, przeżywam prawdziwe katusze na myśl, iż muszę dokonać wyboru. Nie sposób przecież spróbować wszystkiego, co wygląda zachęcająco i apetycznie, więc najczęściej wiję się w męczarniach przed ladą, budząc rozbawienie lub niechęć sprzedawców.






Chociaż lubię słodycze, to w życiu codziennym nie zaliczam się smakoszy, dlatego nigdy nie uprawiałam tak popularnej we Włoszech turystyki gastronomicznej. Większość włoskich regionów ma swoje specjały i zazdrośnie strzeżone tradycyjne przepisy, więc zdarza się, że koneserzy dobrej kuchni podróżują wiele kilometrów tylko po to, żeby spróbować jakiejś wyjątkowej potrawy, lub kupić produkty dostępne tylko w tej jednej miejscowości.  

Przy bulwarze w Camogli niemal w każdym budynku jest jakiś sklep lub lokal gastronomiczny. W jednym z nich mieści się sklep firmy Revello, która zajmuje się wypiekiem sławnych ciastek i innych smakowitych słodyczy. 

Sklep jest dość skromny, a jego prosty szyld również nie rzuca się w oczy. Kiedy pokonałam pięć schodków i weszłam do środka, miły sprzedawca przywitał mnie szerokim uśmiechem. Gdy zapytałam o camogliesi z dumą wskazał na szklaną gablotkę, gdzie w schludnych rządkach, na maleńkich serwetkach z papierowej koronki, leżały niewielkie ciasteczka w kształcie kulek. Wyjaśnił mi, że jest ich osiem rodzajów, z czego cztery są wypełnione kremem. Poprosiłam, aby mi zapakował po jednym z każdego rodzaju.

Pan pochwalił moją decyzję, podkreślając przy tym, każde ma inny i niepowtarzalny smak. W sklepie jest kilka stolików, przy których można skonsumować zakupione produkty. Wybrałam taki, który  stał na zewnątrz, aby jeszcze przez chwilę podziwiać zachód słońca, które powoli chowało się za horyzontem, zalewając całe miasteczko ognisto pomarańczowym blaskiem.






Na początek postanowiłam zadowolić się trzema ciastkami, jednak po ich zjedzeniu nie mogłam oprzeć się pokusie spróbowania również pozostałych. Faktycznie, musiałam przyznać, że są nie tylko bardzo dobre, ale wręcz przepyszne. Tym co przede wszystkim zwraca uwagę, to duża ilość rumu użytego do ich wyrobu, gdyż jego smak góruje wyraźnie nad pozostałymi składnikami. Oprócz tego każdy rodzaj ma inny składnik główny — orzech laskowy, gianduję (szczególny, „aksamitny” rodzaj miękkiej czekolady), pomarańczę, migdały lub amaretto. 

Jak się dowiedziałam od miłego pana stojącego za sklepową ladą, receptura jest bardzo starannie strzeżoną rodzinną tajemnicą. Firma Revello powstała w 1964 roku, jej właściciel na początku lat siedemdziesiątych opracował na własny użytek przepis na ciasteczka rumowe, które nazwał camogliesi. Chociaż znalazł kilku naśladowców próbujących zrobić mu konkurencję, jak dotąd nikomu nie udało się stworzyć równie dobrego produktu. 

Co ciekawe, chociaż zjadłam je wszystkie, trudno mi o nich powiedzieć coś więcej ponad to, że dosłownie rozpływają się w ustach. Cztery rodzaje mają cienką skorupkę z ciasta nieco podobnego do ptysiowego, wypełnioną smakowitym kremem. Z zewnątrz też pokrywa je krem i czekolada oraz jakaś tajemnicza i bardzo smakowita posypka. Te bez kremu są wykonane z ciasta z bardzo dużą domieszką mielonych migdałów lub orzechów, z którego tworzy się niewielkie kulki o nieregularnym kształcie. 

Niestety, z powodów wymienionych powyżej nigdzie nie mogłam znaleźć oryginalnego przepisu, a przepisy na podróbki podobno mają niewiele wspólnego z oryginałem. Poniewczasie żałowałam, że nie wpadłam na pomysł, aby zrobić ciasteczkom pamiątkowe zdjęcie, no ale cóż, stało się! Camogliesi są doprawdy pyszne, jednak żeby być do końca szczerą, muszę wyznać, że nie zatarły wspomnienia o najwspanialszym ciasteczku mojego życia...






Wiele lat temu, jako młode dziewczę pojechałam z grupką przyjaciół do Budapesztu, który słynie ze wspaniałych kawiarni i cukierni w wiedeńskim stylu. Pamiętam, że weszliśmy do jednej z nich niedaleko Mostu Małgorzaty, gdzie swoim zwyczajem stanęłam przed gablotką z ciastkami, oniemiała, niczym nieszczęsny osiołek z bajki, któremu "w żłoby dano". 

Z bólem serca wybrałam dwa ciastka, rezygnując z innych, o równie kuszącym wyglądzie. Pierwsze było owszem, dobre, ale to drugie! Maleńkie, miało kształt naparstka i było od niego niewiele większe, całe pokryte jasno-różowym lukrem. Włożyłam je do ust i zamarłam... Pod lukrem był delikatny, nasączony ponczem biszkopt, wypełniony cudownym w smaku kremem i odrobiną kwaskowatej marmolady. Całość tworzyła niespotykaną harmonię smaków, od tamtej pory minęło kilka dziesiątków lat, lecz ja wciąż pamiętam smak ciasteczka Mignon... Wyznam też, że  Budapeszt zawsze był dla mnie miastem o urodzie "do zakochania" lecz głównym powodem, dla którego chętnie bym go odwiedziła ponownie, jest myśl, że być może cukiernia przy Moście Małgorzaty nadal serwuje te maleńkie cuda o wdzięcznej i pieszczotliwej nazwie...**

Te rozważania i smakowite wspomnienia nie przeszkodziły mi w podziwianiu przepięknego zachodu słońca, jaki można zobaczyć tylko nad morzem. Zegar na kościelnej wieży powiedział mi, że dochodzi godzina osiemnasta, co w lutym jest porą dość późną. Zmierzch zapadał bardzo szybko. Kiedy usiadłam przy stoliku, aby delektować się zakupionymi łakociami, przed sobą miałam doskonale widoczną bryłę kościoła, która z minuty na minutę ciemniała i pogrążała się w fiołkowej poświacie. Słońce niczym ognista kula zbliżało się do linii horyzontu  jego ostatnie promienie spowiły swym blaskiem żółte i pomarańczowe kamienice przy promenadzie, które w tym jaskrawym oświetleniu nabrały odcienia szkarłatu. Gdyby nie fakt, że godzina mojego odjazdu zbliżała się nieuchronnie, mogłabym nadal podziwiać ten piękny spektakl natury, jednak chcąc nie chcąc musiałam udać się na dworzec. 

Kiedy dotarłam do końca głównej ulicy, jeszcze raz popatrzyłam ku morzu. Zobaczyłam skrawek słonecznej tarczy tonącej w jego odmętach i przepiękną karmazynową łunę. To był ostatni moment, gdyż niebawem i ona zniknęła, a niebo przybrało granatową wieczorną barwę. Kiedy odjeżdżałam z Camogli ogarnęła mnie nostalgia, jaka niejednokrotnie nas dopada, gdy o późnej godzinie znajdujemy się z dala od domu. Przez moment miałam wrażenie, że widzę światło latarni morskiej, a może to było tylko złudzenie? Przede mną była ponad dwie godziny podróży, które spędziłam, spoglądając w okno pociągu. W ciemnościach patrzyłam na światełka mówiące o tym, że gdzieś tam na stokach gór są porozrzucane ludzkie siedziby i wspominałam miniony dzień, który w tej chwili wydawał mi się tak odległy, że aż nierzeczywisty...        






























* Latarnia morska w Camogli w obecnym kształcie została wzniesiona w 1950 roku. Zabezpiecza wejście do przystani i stanowi jeden z najbardziej charakterystycznych punktów widokowych w miasteczku.  
Jest to biała cylindryczna wieża o wysokości 5 m, z małym balkonem i metalową kopułą.  Ponieważ jest posadowiona na wysokim falochronie, jej światło znajduje się na wysokości 11 metrów n.p.m. Latarnia jest w pełni zautomatyzowana, źródło światła jest zasilane energia solarną a jego zasięg to 9 mil morskich, czyli około 17 km 

W tym samym roku, kiedy byłam w Camogli, latarnia uległa poważnemu uszkodzeniu. Podczas gwałtownego sztormu z kierunku południowo-zachodniego, który nawiedził Ligurię w nocy z 16 na 17 grudnia 2011 roku, ogromne fale uderzyły w falochron i całkowicie zmyły metalową kopułę wraz z aparaturą optyczną ze szczytu betonowej wieży. Do pracy przywrócono ją w 2012 roku, początkowo zamontowano oświetlenie tymczasowe, a następnie przeprowadzono gruntowną modernizację.


** Kiedy po latach wybrałam się wraz z Martą na majówkę do Budapesztu, okazało się, że przy Moście Małgorzaty w miejscu, gdzie kiedyś była cukiernia, obecnie jest bar z przekąskami.  Początkowo myślałam o poszukaniu innej, gdzie nadal są serwowane ciasteczka Mignon, jednak miasto zafascynowało nas tak bardzo, że ten projekt zszedł na dalszy plan. 

Więcej zdjęć z Camogli  jest w albumie, pod linkiem zamieszczonym poniżej. Zapraszam do ich obejrzenia, chciałabym też zaznaczyć, że ich intensywny kolor nie jest wynikiem sztucznego wyciągania barw, lecz naturalnym efektem spowodowanym zachodzącym słońcem, co w połączeniu z ciepłymi kolorami budynków dało właśnie taki rezultat.