niedziela, 1 marca 2026

Liguria. Riwiera Liguryjska, część pierwsza — Porto Venere.

 

Tegoroczna, śnieżna i mroźna zima wielu osobom mocno dała się we znaki. Tęsknota za ciepłem i słoneczną pogodą była widoczna na wielu blogach, gdzie na przekór pogodzie pojawiały się wpisy o kwiatach i letnich wycieczkach. Mnie również chodził po głowie ten temat, jednak tak się złożyło, że zajęta innymi sprawami nie byłam w stanie zasiąść do komputera i skupić się na pisaniu. Na koniec, choć z trudem, zmobilizowałam się i postanowiłam opowiedzieć o mojej wycieczce do Porto Venere, ślicznej miejscowości położonej na Riwierze Liguryjskiej.

Nazwa miejscowości jest związana z rzymską boginią Wenus, którą często nazywano Wenerą. Jak wiadomo, miała ona narodzić się z morskiej piany, a legenda umiejscawiała to zdarzenie nieopodal cypla półwyspu, od północnego zachodu osłaniającego zatokę La Spezia. W starożytności na cyplu wznosiła się świątynia ku czci bogini, a od niej wzięła swą nazwę niewielka osada, której powstanie datowane jest na II w. n.e. Sama zatoka ma jeszcze inną, bardzo romantyczną nazwę, a mianowicie Golfo dei Poeti (Zatoka Poetów). Zawdzięcza ją dwóm angielskim poetom — Byronowi, który przyjeżdżał w te strony z niedalekiej Pizy oraz zaprzyjaźnionemu z nim Shelleyowi, mieszkającemu po drugiej stronie zatoki w willi nieopodal Lerici.

Rozważając pomysł na tego posta, dużo myślałam o Pani A.,  gdyż była dla mnie bezpośrednią inspiracją — nie tylko jako miłośniczka morza i śródziemnomorskiej aury, lecz przede wszystkim dlatego, że mimo wszystkich przeciwności nie porzuca swoich planów ani marzeń. Ta cecha charakteru jest mi bardzo bliska, nie tylko dlatego, że zajmuje wysokie miejsce w mojej hierarchii wartości. Powiem więcej — w pewnym sensie jest ona dla mnie motorem egzystencji. Nigdy nie bałam się marzeń, miałam też to szczęście, że życie często podsuwało mi możliwości ich spełnienia. Nie były to gotowe rozwiązania podane na złotej tacy, lecz raczej okazje, które trzeba było chwytać w lot. Bywało też, że aby je zrealizować, musiałam trochę się potrudzić, to jednak sprawiało, że nagroda za te starania była tym cenniejsza. I choć czasem zdarzało się, iż rzeczywistość nie dorastała do moich wyobrażeń, najważniejsza była dla mnie satysfakcja z osiągniętego celu, a także przeżycie nowego doświadczenia.

Ta otwartość na możliwości, jakie daje życie, sprawiła, że po jedenastu latach emigracji wróciłam do Polski nie tylko z bagażem różnorodnych doświadczeń osobistych i zawodowych, lecz przede wszystkim z mnóstwem wspomnień. Z pewnością mogłabym przeżyć te lata bez bliższych i dalszych wędrówek oraz wypraw, jednak wówczas moje życie byłoby uboższe o niezapomniane wrażenia, które dzięki nim stały się moim udziałem.

Chociaż przez większość lat spędzonych we Włoszech mieszkałam w Limbiate, tak się złożyło, że z powodów zawodowych na okres trzech lat wyprowadziłam się do niedalekiego Saronno. Nie było to miasto, które wybrałabym dla niego samego, jednak dobrze płatna praca w świetnie zorganizowanej placówce była nie do przecenienia. Saronno miało tez swoje zalety, lecz najważniejszą z nich było to, że jako stacja węzłowa nieopodal Mediolanu dawało ogromne możliwości komunikacyjne. Dzięki temu mogłam odwiedzić wiele miejsc, które wcześniej pozostawały dla mnie niedostępne z powodów logistycznych.

Ponadto dowiedziałam się, że w miesiącach letnich lokalne biuro podróży organizuje ciekawe, jednodniowe wycieczki autokarowe. Problem polegał na tym, że odbywały się one w niedziele, a ja z reguły właśnie wtedy miałam dyżury. Mimo to skorzystałam z kilku ofert, a jedną z nich był wyjazd do Porto Venere oraz pięciu maleńkich miasteczek znanych jako Cinque Terre (Pięć Ziem).

Jest to niezwykle malowniczy fragment wybrzeża — wszystkie sześć miejscowości, ze względu na  niezwykłą urodę i unikatowy charakter, w 1997 roku wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Walory krajobrazowe i przyrodnicze tej krainy, położonej na wysokich klifach, sprawiły, że w 1999 roku uzyskała ona status parku narodowego. 

Na wprost Porto Venere w odległości kilkuset metrów od nabrzeża jest archipelag złożony z trzech wysepek. Największą z nich jest Palmaria, a dwie mniejsze to Tino i Tinetto. Palmaria podobnie jak cała okolica jest częścią Parku Krajobrazowego, więc choć można ją odwiedzać, obowiązują tam zwyczajowe reguły dotyczące zachowania w miejscach będących pod szczególną ochroną.

Nasza wycieczka rozpoczęła się bladym świtem, kiedy wyjechaliśmy z Saronno w kierunku portowego miasta La Spezia. Tam wsiedliśmy na niewielki statek żeglugi przybrzeżnej, który zawiózł nas do Porto Venere.

Nie była to moja pierwsza wyprawa do Ligurii — ten piękny region widziałam już wcześniej, gdy pewnego lata wybrałam się do Santa Margherita Ligure i Portofino. W następnym roku, pod koniec zimy, pojechałam tam ponownie, by z Camogli popłynąć statkiem do opactwa San Fruttuoso. Okolica bardzo przypadła mi do serca, dlatego jeszcze kilkakrotnie odwiedziłam zarówno Portofino, jak i Camogli. (Jeśli ktoś miałby ochotę na zapoznanie sie z innymi postami o tym regionie, znajdzie je pod wspólnym linkiem tutaj > Liguria )

Choć te dwie miejscowości od Porto Venere dzieli niewiele ponad 60 kilometrów, ich charakter jest zupełnie odmienny. W okolicach Portofino znajduje się wiele renomowanych kurortów i miejscowości wypoczynkowych, pełnych luksusowych hoteli i pięknych willi. Natomiast Porto Venere oraz Cinque Terre, mimo napływu turystów, w dużej mierze zachowały swój dawny charakter. Dzieje się tak dlatego, że ten fragment wybrzeża jest niemal całkowicie niedostępny dla ruchu samochodowego, a głównymi środkami komunikacji pozostają pociąg, statek lub łódź.

Porto Venere jest wyjątkowo malownicze. Przy długim nabrzeżu cumują łodzie, a nad miastem góruje wzniesienie z potężnym zamkiem Doriów, zbudowanym z szarego kamienia. U stóp wzgórza stoi rząd wysokich, przylegających do siebie, wąskich domów pomalowanych na pastelowe kolory. Od nowszej części miasteczka oddziela je kwadratowa wieża i mur biegnący aż do zamku. Ten szczególny rodzaj zabudowy miał na celu wzmocnienie jego walorów obronnych oraz ochronę ludności przed napadami piratów i nieprzyjacielskich wojsk. Ten region zawsze miał duże znaczenie strategiczne — oprócz zamków i wież obronnych w obrębie Riviery Liguryjskiej można zobaczyć również wiele XIX i XX wiecznych umocnień. 

Większość budynków w Porto Venere ma kilkaset lat i pochodzi z czasów genueńskiej dominacji. Osadę rozbudowywano sukcesywnie od wczesnego średniowiecza aż do XVI stulecia, więc można tu zobaczyć fragmenty budowli, które, podobnie jak zamek i pozostałe umocnienia, pamiętają XII wiek. Domostwa mają po cztery lub pięć pięter; w wielu z nich na parterze — pod parasolami lub markizami z żaglowego płótna — mieszczą się restauracje, kawiarnie i bary oblegane przez przyjezdnych. Turystów jest sporo, jednak temu spokojnemu miasteczku daleko do blichtru, z jakiego słynie Portofino. Co więcej, odniosłam wrażenie, że nikt szczególnie nie zabiega o zmianę tego stanu rzeczy.

Za pierwszym rzędem domów na zboczu wzgórza znajduje się jeszcze kilka wąskich uliczek, z których najdłuższa nosi nazwę via Giovanni Capellini. Aby tam dotrzeć, nie trzeba okrążać zwartej ściany budynków na nabrzeżu, gdyż ułatwiają to dwa sklepione przejścia ze schodami prowadzącymi do wyżej położonej części miasteczka. Po nabrzeżu, gdzie panował letni upał, wyłożona chłodnymi kamiennymi płytami via Capellini stanowiła zupełnie inny świat. Wysokie domy rzucały cień i chroniły od słońca, a na niewielkim placyku pluskała fontanna. Obelisk fontanny zdobią cztery głowy lwów; wzniesiono ją w tradycyjnym liguryjskim stylu z jasnego i ciemnego marmuru, tworzącego poprzeczne pasy. To sprawia, że na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, iż jest to zabytek liczący kilka stuleci. W istocie jest ona o wiele świeższej daty, gdyż powstała w okresie faszystowskim w miejscu dawnej publicznej studni.

Chętnie bym przysiadła na jej postumencie lub na jednej z marmurowych ławek, jednak nie było na to czasu. Plan naszej wycieczki był bardzo napięty, a w Porto Venere zatrzymaliśmy się na bardzo krótko, w oczekiwaniu na statek do miejscowości Vernazza, następnego etapu zwiedzania Pięciu Ziem. Szczerze mówiąc, nasza przewodniczka też nie stanęła na wysokości zadania, bo nie pofatygowała się, żeby powiedzieć nam choćby kilka słów o zabytkach, jakie można tam zobaczyć; za to polecała nam lodziarnie i bary, gdzie można coś zjeść. 

Z racji bardzo ograniczonego czasu nie było mowy o dokładniejszym zwiedzaniu miasteczka i wdrapywaniu się na zamkowe wzgórze. Bardzo chciałam zobaczyć piękny romańsko-gotycki kościół wznoszący się na cyplu, więc niemal biegiem udałam się w jego stronę. Niestety, kiedy dotarłam do tarasu u podnóża schodów, było już zbyt późno na zwiedzanie wnętrza, gdyż niedługo miał przypłynąć nasz statek. Bardzo żałowałam straconej okazji, ponieważ sam kościół wydał mi się niezwykle interesujący, a poza tym jego położenie gwarantowało wspaniałe widoki na okolicę. Z ulotki znalezionej w porcie dowiedziałam się, że jest to XII-wieczny kościół pod wezwaniem San Pietro, a miejscowa legenda głosi, iż powstał w miejscu, gdzie niegdyś stała świątynia poświęcona bogini Wenus. 

W mieście jest jeszcze jedna świątynia z tego samego okresu co San Pietro — bazylika San Lorenzo, której nie zobaczyłam nawet z daleka. Było mi bardzo przykro z tego powodu, gdyż przy jej budowie pracowali Magistri Antelami, lombardzcy mistrzowie z kręgu komasków, pochodzący z Valle d’Intelvi i zrzeszeni w pracowni Benedetta Antelamiego. 

Do portu dotarłam w samą porę, nasz statek już czekał na pasażerów i niebawem wyruszyliśmy w dalszą drogę. Rozczarowanie z powodu zbyt małej ilości czasu przeznaczonego na zwiedzanie Porto Venere osłodził mi widok skalistego klifu z kościołem San Pietro na szczycie, przesłonięty rozbryzgami wody, które w blasku słońca lśniły niczym diamenty. Ten piękny obraz mogłam oglądać tylko przez moment, gdyż statek po wyminięciu cypla zakręcił i nabrał  prędkości. Po chwili za nami pozostał tylko szeroki pienisty kilwater a jeszcze dalej na skraju wody i nieba odcinały się ciemniejsze sylwetki wysp Palmaria i Tino. 

Po prawej stronie mieliśmy urwiska liguryjskiego wybrzeża, po lewej morze po horyzont a przed nami była Vernazza ciesząca się sławą najładniejszej miejscowości w obrębie Pięciu Ziem. Jednak ten etap podróży będzie tematem następnego posta, ponieważ ciąg dalszy nastąpi!



piątek, 16 stycznia 2026

Lombardia. Kościoły Lodi cz. II — Sant' Agnese.

Ten wpis jest czwartym z kolei poświęconym miastu Lodi i jego zabytkom, a zarazem ostatnim z krótkiego cyklu, w którym opisuję moje wycieczki do miasteczek leżących nad rzeką Adda. Jeśli ktoś chciałby się z nimi zapoznać lub do nich wrócić, znajdzie je wszystkie pod wspólnymi linkami otagowanymi Lodi lub Adda. Oczywiście w żaden sposób nie wyczerpałam tego tematu, ponieważ jest wiele równie ciekawych miejscowości, do których nie dotarłam. Bardzo żałuję, że nie zobaczyłam Trezzo z jego średniowiecznym zamkiem i elektrownią Esterle, czy Crespi — gdzie znajduje się świetnie zachowany kompleks z początku XX wieku, składający się z fabryki włókienniczej i modelowego osiedla robotniczego (zabytek z listy UNESCO).

Jak wspomniałam poprzednio, w Lodi ogółem jest ponad dwadzieścia kościołów i kaplic. Większość z nich to obiekty zabytkowe, wznoszone od średniowiecza do początku XX wieku. Jednak choć są interesujące, nie mają tej rangi co Duomo, Tempio Civico dell’ Incoronata, San Francesco czy Sant’ Agnese, która jest tematem tego posta.

Ta świątynia, choć może nie tak spektakularna jak te o których pisałam we wcześniejszych postach, została zbudowana pod koniec XIV stulecia i stanowi bardzo cenny przykład lombardzkiego gotyku w czystej postaci. Powstała podczas przebudowy kompleksu klasztornego, wzniesionego w XII wieku dla zakonu augustianów. Augustianie, (podobnie jak bernardyni z San Francesco o którym pisałam tutaj Kościoły Lodi cz. I — San Francesco.) w związku z reformą józefińską przeprowadzoną pod koniec XVIII wieku jako zakon kontemplacyjny zostali objęci kasatą i musieli opuścić klasztor, natomiast kościół przekazano parafii San Lorenzo.

W przeciwieństwie do San Francesco, który znajduje się przy sporym placu, Sant’ Agnese wznosi się przy wąskiej ulicy. Świątynię otacza zwarta miejska zabudowa, dlatego możemy oglądać jedynie jej fasadę z czerwonobrązowej cegły. Jest ona bardzo harmonijna — po obu stronach wejścia znajdują się smukłe, półcylindryczne pilastry, obok których przebito dwa wysokie, ostrołukowe otwory okienne. Ponad nimi widoczne są subtelne ornamenty w kształcie niewielkich wgłębień, pokrytych kolorową polichromią. Okna posadowiono na gzymsach z przeplatających się łuków w kolorze terakoty, umieszczonych na tle białego tynku. Podobne dekoracje znajdziemy na szczytach pilastrów oraz na krawędziach trzyczęściowego naczółka, wyposażonego w niewielkie, smukłe pinakle.

Gotycki portal również wykonano z terakoty — w XIX wieku poddano go częściowej rekonstrukcji, podczas której w lunecie nad wejściem umieszczono fresk ze świętą Agnieszką w otoczeniu aniołów. Ponad portalem, zamiast rozety, znajduje się ładne, okrągłe okno, obramowane jasnym marmurem, pięknie harmonizujące z całością fasady. Kościół posiada dzwonnicę usytuowaną od strony absydy, jednak jest ona widoczna jedynie z krużganka, otaczającego dziedziniec dawnego klasztoru, znajdującego się po prawej stronie kompleksu.

Ponieważ ulica jest wąska, miałam duże trudności ze zrobieniem zdjęcia obejmującego całość fasady w jednym kadrze, dlatego z konieczności podzieliłam ją na kilka mniejszych fragmentów.

Wnętrze kościoła ma układ halowy — składa się z trzech naw o równej wysokości, oddzielonych od siebie dwoma rzędami cylindrycznych, ceglanych filarów. Filary tworzą trzy przęsła, na których wspiera się sklepienie krzyżowo-żebrowe. Bardzo pięknie wygląda również absyda, z dwoma lancetowatymi oknami i ciemnymi żebrowaniami na jasnym tle. Choć kościół przeszedł różne modyfikacje, jego struktura architektoniczna nie została naruszona. Pierwotnie zdobiły go piękne freski, jednak z biegiem czasu uległy uszkodzeniu i zniknęły pod wieloma warstwami tynku oraz farby. Do naszych czasów przetrwały jedynie ich fragmenty, które odsłonięto podczas kilku etapów prac rekonstrukcyjnych, przeprowadzonych w XX wieku.

Freski w Sant’ Agnese, chociaż nie są tak dobrze zachowane jak te, które możemy oglądać w kościele San Francesco (pisałam o nich w poprzednim poście), wiele mówią o późnogotyckiej kulturze malarskiej na terenie Lombardii. Ich przemyślana kompozycja, wysmakowana kolorystyka oraz subtelny rysunek świadczą o niepoślednim talencie nieznanych twórców. Na ścianie prawej nawy możemy zobaczyć pełne patosu wyobrażenie Chrystusa niosącego krzyż, a nieopodal scenę ukrzyżowania — styl tego fresku wskazuje na to, że malarz mógł wywodzić się z kręgu Michelina da Besozzo, który w tym czasie działał w niedalekiej Pawii.

Szczególnie piękny jest wizerunek tronującej Madonny z Dzieciątkiem, obok której stoją św. Augustyn i św. Katarzyna ze Sieny. Odkryto go w latach 50. XX wieku i początkowo sądzono, że jego twórcą jest Ambrogio da Fossano, zwany Bergognone. Obecnie, po przeprowadzeniu dokładniejszych badań, uważa się, że malarz mógł być związany z pracownią Matteo della Chiesa, który wraz ze swym synem Giovannim pracował w Lodi do początku XVI wieku. Oprócz fresków w Sant’ Agnese znajdują się również wartościowe płaskorzeźby z terakoty, dzieła nieznanego artysty lombardzkiego. Jedna z nich to duży, dobrze zachowany tryptyk, umieszczony nad drzwiami prowadzącymi do dawnych pomieszczeń klasztornych. Jego centralna część przedstawia martwego Jezusa, podtrzymywanego przez dwa anioły, natomiast w częściach bocznych artysta umieścił św. Krzysztofa niosącego Dzieciątko oraz św. Marcina, który ofiarowuje żebrakowi połowę swego płaszcza. Druga płaskorzeźba, mająca kształt tonda, znajduje się nad drzwiami do zakrystii — przedstawia Madonnę z Dzieciątkiem, otoczoną aniołami; jest ona dużo mniejsza i częściowo zatarta. 

  

Powyżej tonda możemy zobaczyć trójkątny panel z freskiem, datowanym na przełom XVII i XVIII wieku, przedstawiającym apoteozę św. Agnieszki, patronki kościoła. Pierwotnie malowidło znajdowało się na ścianie absydy, lecz w 1935 roku zostało z niej zdjęte i umieszczone na specjalnej płycie. Dość długo sądzono, że przedstawia ono wniebowstąpienie Madonny, jednak obecność baranka, symbolu świętej, oraz jej czerwony płaszcz — atrybut męczeństwa — przemawiają na korzyść obecnej interpretacji.

W świątyni mieści się również kilka bocznych kaplic z ołtarzami, wzniesionymi w XVI, XVII i XVIII wieku. Jeden z nich, utrzymany w stylu późnego baroku, jest dość nietypowy, gdyż w jego marmurowej nastawie znajduje się nie obraz namalowany na płótnie czy desce, lecz fresk. Ukazuje on postacie świętych męczenników — braci Jana i Pawła, straconych za wiarę w IV wieku podczas panowania Juliana Apostaty.

W kaplicy Pokłonu Trzech Króli można zobaczyć interesujący obraz, datowany na 1598 rok, inspirowany podobnymi dziełami Bernardina Luiniego. Jego twórcą jest malarz z Lodi, brat Sollecito Arisi, członek Zakonu Pustelników św. Augustyna, pozostający pod wpływem stylu, jaki w swej szkole propagował Callisto Piazza, znany ze swych prac w Tempio dell’ Incoronata.

W ołtarzu kaplicy św. Ubalda umieszczono pełen ekspresji obraz olejny, przedstawiający scenę, w której święty, dzięki swej modlitwie, uwalnia opętaną kobietę od demona. Jest on datowany na początek XVII wieku — jego autorem jest Enea Salmeggia, który dla San Francesco namalował wizerunek Madonny z Caravaggio.

Po prawej stronie absydy znajduje się ołtarz z obrazem opowiadającym o edukacji przyszłej Matki Boskiej, na którym możemy oglądać młodziutką Marię w towarzystwie rodziców — św. Anny i św. Joachima, wykładających jej zasady wiary. Obraz pochodzi z początków XVIII wieku; uważa się, że został namalowany przez bliżej nieznanego artystę ze szkoły lombardzkiej.

Najcenniejszym dziełem sztuki sakralnej, jakie znajdziemy w kościele Sant’ Agnese, jest poliptyk Galliani, będący jednym z najsłynniejszych dzieł Alberta Piazza. Alberto, który namalował równie piękny poliptyk dla kaplicy św. Antoniego w Tempio dell’ Incoronata, był jednym z założycieli cenionej pracowni malarskiej braci Piazza, działającej na terenie Lodi w XVI wieku (pisałam o nich tutaj).

Poliptyk został zamówiony przez Nicolę Gallianiego, prawdopodobnie z okazji jego wyboru na przeora klasztoru augustianów konwentu Sant’ Agnese. Datowany jest na rok 1520 — uważa się, że pierwotnie był umieszczony w absydzie jako ołtarz główny i dopiero w późniejszych czasach przeniesiono go na obecne miejsce, do kaplicy św. Augustyna w prawej nawie bocznej.

Składa się ze złoconej ramy, w której osadzono obrazy olejne, namalowane na płótnie. Jest bardzo piękny — o żywych kolorach i starannym rysunku; bez wątpienia stanowi dzieło utalentowanego, dojrzałego malarza, dla którego wzorcem były dzieła Leonarda da Vinci i Rafaela.

W centralnej części poliptyku widzimy postać św. Augustyna, który potępia herezję — w ręku trzyma otwartą Ewangelię, a stopy opiera na trzech postaciach symbolizujących odstępców od zasad wiary. Powyżej znajduje się wizerunek Madonny trzymającej Dzieciątko, które wyciąga rączkę, by pobłogosławić klęczącego donatora, opata Nicolę Gallianiego. Ponad nimi góruje Bóg Ojciec, a w tympanonie malarz umieścił gołębicę z rozpostartymi skrzydłami — symbol Ducha Świętego.

W bocznych częściach artysta przedstawił święte Katarzynę i Agnieszkę oraz liczne postacie świętych związanych z zakonem augustianów — Monikę, Klarę, Basjana, Mikołaja z Tolentino, Alberta Quadrellego oraz Giovanniego Bono. Na samym dole, w predelli, widnieje Chrystus w otoczeniu dwunastu apostołów.

Piękna, bogato rzeźbiona rama ze złoconego drewna, stanowiąca godną oprawę obrazów, również powstała w Lodi i jest przypisywana warsztatowi Martina Coldiroli.






Wizyta w kościele Sant’ Agnese była ostatnim etapem mojej wycieczki. Chociaż pogoda niezbyt dopisała, byłam bardzo zadowolona z tego, co przyniósł mi ten dzień. Do Lodi pojechałam w zasadzie bez przekonania i raczej dla zabicia czasu niż z jasno określonym celem. Tym większe było zaskoczenie, jakie mnie spotkało, kiedy zobaczyłam jego piękne zabytki, o których dowiedziałam się dopiero na miejscu.

Pozostało mi jedynie udać się na dworzec i wrócić do domu, jednak po drodze chciałam jeszcze raz zobaczyć dziedziniec Broletto, który rano zauroczył mnie swoją architekturą i wyjątkową atmosferą. Kiedy tam dotarłam, był on zupełnie pusty — zniknęły kwiaty wystawione przez kwiaciarki, a metalowe żaluzje butików były zamknięte na głucho. Pozostało jedynie kilka rowerów, które pod portykiem czekały na powrót swoich właścicieli. Chociaż po przyległym placu nadal spacerowało sporo osób, na dziedzińcu panowała cisza, zakłócona jedynie pluskiem wody w fontannie. Był to magiczny moment, niczym ze snu — stałam tam sama, słuchając dźwięków spadających kropel, i spod portyku patrzyłam na plac, gdzie sylwetki ludzi przesuwały się niczym niemy film na ekranie kinowym.

Było późne popołudnie — słońce niemal schowało się za horyzont i tylko ciemnoczerwona łuna na zachodzie rozjaśniała granatowe niebo. Na ulicach zapaliły się latarnie, bo zmierzch zapadał bardzo szybko, a kiedy szłam na dworzec, było już zupełnie ciemno. Po drodze minęłam pięknie oświetlony pawilon z karuzelą, który rano był wypełniony śmiechem i dziecięcym gwarem. Zrobiło mi się smutno, bo nigdy nie kręciłam się na karuzeli — chociaż zawsze bardzo tego pragnęłam, z powodu choroby przebytej w dzieciństwie było to niemożliwe. Miałam nadzieję, że kiedyś sobie to wynagrodzę, jednak tak się nie stało, ponieważ zakaz w moim przypadku nadal jest aktualny. Ta nostalgia, związana z niezrealizowanym pragnieniem, nauczyła mnie jednego — że należy w lot chwytać okazję, kiedy życie podsuwa nam nawet najdrobniejsze przyjemności, bo ten moment może nigdy się nie powtórzyć, a my pozostaniemy ubożsi o tę jedną jedyną, niepowtarzalną chwilę…   

czwartek, 1 stycznia 2026

Lombardia. Kościoły Lodi cz. I — San Francesco.


W poprzednim poście o Tempio Civico dell'Incoronata zapowiadałam jeszcze jeden wpis o Lodi i jego pięknych kościołach. W tym niespełna czterdziestotysięcznym mieście znajdziemy ich ponad dwadzieścia, z czego większość należy do parafii katolickich. Wśród nich jest kilka interesujących zabytków, a ja — podobnie jak to było w przypadku Incoronaty — trafiłam tam w zasadzie przez czysty przypadek. 

Chociaż często bywałam w mediolańskim biurze informacji turystycznej i skrzętnie gromadziłam wszelkie materiały na temat Lombardii i miejsc które warto zobaczyć, nigdy nie natrafiłam na żadną broszurę czy choćby ulotkę dotyczącą Lodi. Jedynym zabytkiem, o którym słyszałam, był kościół San Bassiano w oddalonym o kilka kilometrów Lodi Vecchio. Mimo wszystko, wiedząc z doświadczenia, że w każdym z włoskich miast można znaleźć coś wartego uwagi, postanowiłam, że kiedyś tam pojadę po prostu dla zabicia czasu. Nie bez znaczenia był fakt, że miałam w pamięci kampanię napoleońską i walki o most w Lodi, więc przy okazji chciałam się rozejrzeć, czy pozostały jakieś ślady tego zdarzenia. 

Tak się złożyło, że zanim tam dotarłam, trafiłam na bloga, z którego dowiedziałam się, że w tym mieście nie ma nic interesującego, ale będąc przejazdem w okolicy, można wpaść "do Lodi na lody" jak to głosił tytuł posta. Szczerze mówiąc, po takiej rekomendacji powinnam spokojnie zostać w domu albo zmienić cel podróży, ale coś mi szeptało do ucha, żeby jednak nie rezygnować z pierwotnego planu. Dzięki temu podszeptowi zupełnie niechcący trafiłam do miejscowości, która — jak się okazało — jest pełna ciekawych zabytków. Było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, bo jedyną konkretną wskazówką, jaką dysponowałam, była dość ogólnikowa mapa miasta, na której zaznaczono katedrę i pozostałe kościoły. Jak wiadomo, często są one zabytkami o dużej wartości historycznej i artystycznej, więc postanowiłam zwiedzić przynajmniej te, które leżą w zabytkowej części miasta. O Duomo pisałam w pierwszym poście, drugi wpis poświęciłam sanktuarium Madonna dell’Incoronata, a teraz chciałabym opowiedzieć o jeszcze dwóch świątyniach, również zasługujących na uwagę.

Pierwszą, o której chcę tu napisać, jest romańsko-gotycki kościół pod wezwaniem św. Franciszka. Jego budowę rozpoczęto w 1280 roku, w miejscu, gdzie niegdyś stał niewielki kościółek św. Mikołaja, należący do braci minorytów, będących częścią wspólnoty franciszkańskiej. Dzięki inicjatywie ówczesnego biskupa Lodi Buongiovanniego Fissiraga, mnisi podjęli się budowy większej świątyni oraz nowego klasztoru. Ich głównym darczyńcą był bratanek biskupa, miejscowy arystokrata Antonio Fissiraga, wraz ze swą małżonką Florą dei Tresseni. Obydwoje pochodzili z zamożnych rodzin, a ponieważ nie posiadali potomstwa, większość swego majątku przeznaczyli na cele dobroczynne. Antonio, który w tym czasie pełnił w Lodi funkcję podesty i w związku z tym był najważniejszą osobą w mieście, z własnych funduszy hojnie wspierał budowę kompleksu, a ponieważ nie brakowało też innych donatorów, prace postępowały stosunkowo szybko. Najważniejszą część budowy ukończono w 1290 roku, natomiast jej ostateczne zakończenie datuje się na rok 1304.

Na początku XVI wieku kościół i przyległy klasztor opuścili bracia minoryci, których zastąpili bernardyni, czyli franciszkanie reformowani, jednak i oni musieli odejść w związku z kasatą zakonu. Stało się tak, ponieważ tym czasie Lombardia wchodziła w skład Cesarstwa Austriackiego, gdzie w 1782 roku zakazano działalności zakonów kontemplacyjnych, pozostawiając jedynie te, które prowadziły szkoły, przytułki i szpitale. W 1840 roku cały obiekt kupili ojcowie z zakonu barnabitów, których misją było kształcenie młodzieży. Barnabici w budynkach klasztornych utworzyli kolegium, które istnieje do dziś i nadal prowadzi działalność wychowawczą oraz edukacyjną.








Kościół podobnie jak klasztor wzniesiono z cegły, jednak z niewiadomych przyczyn jego fasada pozostała niewykończona — brakuje jej typowego trójkątnego zwieńczenia, które dodałoby budowli lekkości i elegancji, jak to ma miejsce w niedalekim kościele San Bassiano w Starym Lodi. Tę skromną elewację zdobią dwa półcylindryczne pilastry oraz wysoki, ostrołukowy ganek wsparty na terakotowych kolumnach o kamiennych cokołach. Pod nim kryje się portal utworzony przez wiązki kolumn z liściastymi kapitelami, a powyżej widnieje piękna XVI-wieczna rozeta z różowego marmuru. Po bokach rozety umieszczono dwa ostrołukowe otwory okienne, przedzielone marmurowymi mullionami, a ponieważ z założenia nie ma w nich szyb, widać przez nie niebo. 

Kościół wzniesiono na planie krzyża łacińskiego — jego wnętrze składa się z trzech naw, przedzielonych masywnymi cylindrycznymi kolumnami o prostych kamiennych kapitelach, wspierających ostrołuki i żebrowe sklepienie. Jednak tym, co wyróżnia tę świątynię i sprawia, że zalicza się ona do grona zabytków narodowych, jest ogromna ilość cennych fresków, jakimi ją ozdobiono w okresie od XIV do XVIII wieku.

Freski są niemal wszędzie — począwszy od sklepień i ścian, a skończywszy na masywnych późnoromańskich kolumnach. Te bogate zdobienia nie służyły jedynie upiększeniu świątyni; ich obecność odgrywała o wiele głębszą i bardziej istotną rolę. Zgodnie z doktryną franciszkanów była to swego rodzaju Biblia pauperum, skierowana do wiernych nieumiejących czytać. Za pomocą obrazów przekazywała im zasady wiary i opowiadała o ludziach, których Kościół uznał za świętych z racji ich cnotliwego życia lub męczeńskiej śmierci. Jeśli chodzi o stylistykę, wyraźnie widać ewolucję, jaką przeszło malarstwo naścienne na przestrzeni niemal czterystu lat, gdy kolejni twórcy pozostawiali w San Francesco własną wizję religii katolickiej. Kiedy pod koniec XIII wieku rozpoczęto ozdabianie kościoła, profesja malarza fresków nie cieszyła się jeszcze takim uznaniem, jakie miała zyskać w kolejnych stuleciach. Malarstwo naścienne, które tak pięknie rozwinęło się w XIV i XV wieku, było w powijakach i dopiero zaczynało wyzwalać się spod sztywnych reguł wpływów bizantyjskich.









Malarstwo należące do tego wczesnego okresu jest mi bardzo bliskie: jeszcze nieporadne, pozbawione perspektywy, a nierzadko także pogłębionej znajomości anatomii. Jego niedoskonałości nie tylko mi nie przeszkadzają — przeciwnie, widzę w nich szlachetne zmagania z oporną materią sztuki w dążeniu do wyrażenia idei, która sama w sobie pozostaje niewyrażalna. Nawet najdoskonalszy obraz może ukazać jedynie to, co zewnętrzne, ponieważ kształt nie jest w stanie wyrazić tego, co duchowe. Sens dzieła nie rodzi się więc z iluzji formy, lecz z przeczucia idei istniejącej poza czasem i przestrzenią. Jest to swoisty przepływ energii, którą malarz przekazuje widzowi poprzez obraz, niezależnie od swojej biegłości warsztatowej.

Jak już wspomniałam, niemałe zasługi w tym względzie położyli właśnie franciszkanie, którzy poprzez swe malowane świątynie, misteria i bożonarodzeniowe szopki przyciągali wiernych do kościoła, działając na ich wyobraźnię. Jednak mimo ważnej roli, jaką odgrywały ich dzieła, ówcześni malarze w większości nadal byli jedynie anonimowymi rzemieślnikami, podporządkowanymi wizji zleceniodawcy.

W San Francesco do najstarszych należą freski na sklepieniach, które prawdopodobnie ukończono jeszcze w XIII wieku. Obejmują one proste dekoracje: w nawie głównej są to gwiazdy, kwiaty i rozety na białym tle, natomiast boczne sklepienia prezbiterium prezentują niebieskie tło ze złotymi gwiazdami. Zauważyłam, że kolor niebieski zastosowany w tej świątyni jest daleki od nasycenia i blasku, jaki widzimy w Tempio dell’Incoronata. Prawdopodobnie farby na bazie lapis lazuli były dla franciszkanów zbyt drogie, w związku z tym jako barwnik zastosowano tańszy urzet barwierski, który z czasem płowieje i zmienia kolor pod wpływem światła.

Ponieważ autorzy fresków w San Francesco pozostali bezimienni, historia malarstwa lombardzkiego nadała im miana od dzieł, jakie po sobie pozostawili. Dwaj z nich to działający w pierwszej połowie XIV wieku Mistrz Czterech Żywiołów oraz Mistrz Grobowca Fissiraga, Mistrz San Bassiano, znany w latach 1321–1328, a także Mistrz Ady Negri i Mistrz Opowieści o Świętej Katarzynie, znani od drugiej połowy XIV wieku.

Freski centralnego sklepienia prezbiterium, przypisywane Mistrzowi Czterech Żywiołów, przedstawiają Ewangelistów siedzących na tronach z przynależnymi im symbolami; u ich stóp widnieją małe, monochromatyczne figury „Żywiołów” i „Temperamentów”. Temu samemu artyście przypisuje się malowidła na sąsiedniej części sklepienia — przedstawiają one czterech Doktorów Kościoła katolickiego: świętych Ambrożego, Hieronima i Augustyna oraz papieża Grzegorza, zwanego Wielkim. Obydwa freski wykazują duże podobieństwo stylistyczne, lecz ten drugi, datowany na lata 1315–1316, dowodzi większej sprawności warsztatowej twórcy.

Nieco później w kościele działał Mistrz Grobowca Fissiraga, autor fresku nad sarkofagiem Antonia Fissiragi, który uwiecznił klęczącego donatora trzymającego w dłoniach model kościoła. Jemu przypisywany jest również piękny wizerunek Madonny z Dzieciątkiem w prawej nawie.

Mistrz San Bassiano jest twórcą kilku fresków zdobiących filary, m.in. Chrztu Chrystusa z symbolicznym ujęciem Jordanu jako góry wody zasłaniającej nagość Syna Bożego, wizerunku świętego Mikołaja oraz św. Franciszka po otrzymaniu stygmatów. Jednak jego najpiękniejszym dziełem jest Pogrzeb Antonia Fissiragi z 1327 roku, przedstawiający zmarłego w zakonnym habicie, leżącego na katafalku, w otoczeniu franciszkanów trzymających pochodnie.

Pod koniec XIV wieku w kościele pozostawili swe dzieła Mistrz Ady Negri oraz Mistrz Opowieści o Świętej Katarzynie. Pierwszemu z nich przypisuje się Madonnę z Dzieciątkiem, przedstawioną w gronostajowej sukni, z rozpuszczonymi blond włosami i smukłymi dłońmi oraz piękną scenę Nawiedzenia. Co ciekawe, ten nieznany malarz swe miano zawdzięcza Adzie Negri, poetce urodzonej w Lodi, żyjącej na przełomie XIX i XX wieku (pisałam o niej w poście Powrót nad Addę - z wizytą w sławnym mieście Lodi.). Ada Negri, która po śmierci została pochowana w kościele św. Franciszka, uwielbiała ten fresk, o czym pisała w swych wierszach i autobiograficznej książce.

Dziełem drugiego mistrza są Mistyczne Zaślubiny św. Katarzyny Aleksandryjskiej, gdzie Madonna z Dzieciątkiem, otoczona przez anioły, w imieniu Syna Bożego ofiarowuje świętej ślubny pierścień. Temu mistrzowi przypisuje się także subtelne i wyrafinowane freski na filarach kościoła, przedstawiające postacie świętych oraz Madonnę z Dzieciątkiem.


Wśród tych pięknych malowideł zauważyłam jedno, zaskakujące ujęciem tematu i wprost niezwykłym realizmem. Przedstawia ono Marię w zaawansowanej ciąży, która trzyma na rękach Dzieciątko Jezus; przed nią klęczy anonimowy mężczyzna, a obok stoi św. Antoni. Byłam pod wielkim wrażeniem tego wizerunku — Maria na tym fresku to nie wyidealizowana Madonna del Parto, lecz zmęczona kobieta o opuchniętej twarzy, która siedzi odchylona do tyłu, jak to robi większość ciężarnych. Fresk datowany jest na 1420 rok; niewiele wiadomo o artyście, który namalował tę zadziwiającą scenę — mówi się o nim jedynie, że jego styl jest zbliżony do bardziej znanego twórcy Michelina da Besozzo.

Zastanawiałam się nad jego przekazem — czy malarz odwoływał się do tradycji mówiącej o tym, że Jezus miał młodsze rodzeństwo, więc pokazywał Marię jako Bożą Rodzicielkę, a jednocześnie zwykłą ziemską matkę? A może w ten sposób nawiązywał do Arki Przymierza, jak często nazywano Madonnę, podkreślając, że nosi ona w sobie Słowo Boże, a Dzieciątko na Jej rękach to objawienie tego Słowa całemu światu?

W prawej nawie kościoła zwraca uwagę kaplica, która na dwudziestu dwóch panelach opowiada dzieje San Bernardino. Jest ona pięknym przykładem piętnastowiecznego malarstwa, w którym widoczne są wpływy Masolina i Vincenza Foppy. Freski są datowane na lata 1476–1478, lecz choć znany jest czas ich powstania, brakuje wzmianki co do imienia malarza, który je stworzył. Mówi się, że mógł to być Gian Giacomo da Lodi, wspomniany w dokumentach dotyczących budowy, jednak brak ostatecznego dowodu na poparcie tej tezy.

Znani są natomiast twórcy obrazów z XVI i XVII wieku — jeden z nich przedstawiający spotkanie św. Antoniego z Ezzelinem da Romano, jest dziełem Giovanniego Battisty Trottiego, natomiast drugi będący wizerunkiem Madonny da Caravaggio namalował Enea Salmeggia. (Caravaggio to niewielkie miasteczko nieopodal Mediolanu, gdzie miało miejsce objawienie Matki Boskiej i gdzie w młodości mieszkał malarz Michelangelo Merisi, który od niego wziął swój przydomek). Wiadomo też, że autorem pięknych XVI-wiecznych fresków, m.in. Madonny ze świętym Franciszkiem, Bonawenturą i donatorem, jest pochodzący z Lodi Francesco Soncino, uczeń i współpracownik Callista Piazzy, znanego nam z sanktuarium dell’Incoronata.






W kościele pochowano wiele znanych i zasłużonych osób, jak wspomniana już przeze mnie poetka Ada Negri, Francesco de Lemene (pisałam o nim w poście o sanktuarium w związku z przebudową, której był inicjatorem, a także jednym ze sponsorów) oraz Agostino Bassi.

Agostino Bassi to bardzo ciekawa, choć mało znana postać — uczony, o którym warto wspomnieć, gdyż dzięki wieloletniej pracy uratował włoski przemysł jedwabniczy i stworzył podwaliny mikrobiologii. Choć z wykształcenia był prawnikiem, posiadał również rozległą wiedzę z zakresu entomologii. Wykorzystał ją podczas badań nad chorobą larw jedwabników, która w pierwszej połowie XIX wieku pustoszyła hodowle we Włoszech i Francji. Bassi odkrył, że epidemię wywołuje żywy organizm, i zalecił środki zapobiegające jej szerzeniu. Nakazał dezynfekcję i utrzymywanie stanowisk w czystości, dzielenie gąsienic na mniejsze grupy, a także izolowanie i niszczenie chorych osobników. Ponieważ Bassi pełnił ważną rolę w administracji państwowej, wydane przez niego zalecenia szybko wprowadzono w życie, co pozwoliło na odbudowanie hodowli i całego przemysłu jedwabniczego. Z jego obserwacji korzystał Ludwik Pasteur, twórca nowoczesnej epidemiologii i mikrobiologii.

W XVII i XVIII wieku świątynia przeszła transformację w stylu baroku, co znacznie wpłynęło na jej wygląd. W 1810 roku, po kasacie klasztoru franciszkanów, kościół przekazano sąsiedniej parafii Santa Maria del Carmine. Kiedy trzydzieści lat później przejęli go barnabici, cały obiekt był w bardzo złym stanie i wymagał pilnego remontu. W związku z tym przeprowadzono w nim gruntowną modernizację, połączoną z renowacją fresków. W 1960 roku rozpoczęto następny, niemal dwudziestoletni etap prac konserwatorskich, wykonanych zgodnie ze współczesnymi kanonami. Niektórych fragmentów fresków nie udało się odzyskać, lecz większość wróciła do swej dawnej świetności i jest wspaniałym przykładem sztuki sakralnej, jaką tworzyli artyści ze szkoły lombardzkiej XIV i XV wieku.


Chociaż kościół San Francesco nie stanowił celu mojej podróży, to z perspektywy czasu okazał się jednym z jej najważniejszych punktów — miejscem, w którym historia, sztuka i wiara splatają się w jedną całość. Dla mnie była to jedna z tych niespodzianek, które na długo pozostają w pamięci i sprawiają, że pobyt w takim miejscu staje się prawdziwie niezapomnianą przygodą.

Jest to pierwsza część wpisu - będzie jeszcze ciąg dalszy na temat kościoła Sant' Agnese.