Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

czwartek, 30 listopada 2017

Lombardia. Triangolo Lariano - Monte Palanzone.




















Monte Palanzone liczy sobie 1440 m n.p.m i  po Monte San Primo jest to drugi co do wysokości szczyt w obrębie Triangolo Lariano. Mimo iż wznosi się niemal centralnie pomiędzy odnogami jeziora, dzięki tej wysokości nieźle go widać podczas rejsu statkiem. Ja po raz pierwszy zobaczyłam go kiedy zamieszałam w Caslino d'Erba, małej wiosce leżącej na zboczu Prealp. Podczas pogodnych, wiosennych dni,  ponad masywną, zalesioną sylwetką góry Capanna Mara, wysoko, wysoko, na błękitnym niebie, niczym zielony trójkąt rysował się jego trawiasty wierzchołek. Pewnego razu, kiedy słońce świeciło szczególnie ostro, zobaczyłam na nim coś, co jak sądziłam, jest krzyżem, jakich jest sporo w lombardzkich górach.

Jednak rozmawiając z pewną panią, mieszkanką wioski, dowiedziałam się, iż to nie krzyż, lecz "monumento" czyli pomnik. Pani dodała jeszcze parę zdań na jego temat, ale moja wówczas dość ograniczona znajomość języka włoskiego, nie pozwoliła mi zrozumieć co to za pomnik, a także kto i dlaczego go wzniósł. Nasza rozmowa zasiała w mojej głowie ziarno ciekawości, więc nawet kiedy wyjechałam z Caslino i przeprowadziłam się do Limbiate, miejscowości położonej bliżej  Mediolanu, od czasu do czasu wspominałam ów widok. Niejednokrotnie też mogłam oglądać tę górę podczas podróży statkiem z Como do Bellagio i zawsze przy tej okazji wypatrywałam interesującej mnie budowli. Czasem wydawało mi się, że widzę tam coś na kształt białego przecinka, jednak duża odległość i znaczna wysokość, nie pozwoliły mi dostrzec nic, co dało by mi jakieś pojęcie na ten temat. Pewnego razu wpadła mi w ręce lokalna gazetka, gdzie ktoś pisał o swojej wycieczce na tę górę i zmieścił zdjęcie pomnika; okazało się, że jest to mała kapliczka w kształcie smukłej piramidy, otoczona niskim murkiem, wzniesiona z szarawego, ciosanego kamienia.



 Dzięki temu artykułowi udało mi się rozwiązać dręczącą mnie zagadkę, jednocześnie jeszcze bardziej zaostrzyło to mój apetyt na wędrówkę śladami jego autora. Kilkakrotnie zdarzyło mi się być w sercu Triangolo Lariano, czyli na Piano del Tivano, rozległym płaskowyżu położonym pomiędzy Monte San Primo i Monte Palanzone. Powszechnie uważa się, że jego nazwa pochodzi od "il Tivano" porannego wiatru, jaki tu wieje z północnego wschodu, choć są na ten temat również inne, mniej romantyczne teorie. Płaskowyż jest ulubionym miejscem rekreacji i pikników, więc w weekendy można tam spotkać sporo ludzi, jednak z dni powszednie panuje cisza i spokój. Dla mnie ta okolica przedstawiała się szczególnie atrakcyjnie u progu jesieni, kiedy lasy i trawy zaczynały płowieć, a głogi i jarzębiny stroiły się w złote liście i czerwone korale.

 Ciągnęło mnie wtedy w wyżej położone rejony, lecz wiedziałam, że taka wycieczka może się skończyć tym, iż ucieknie mi jedyny autobus powrotny, a to by oznaczało nocleg w schronisku i nieobecność w pracy następnego dnia. W takich wypadkach żałowałam, że nie mam prawa jazdy, co dałoby mi możliwość swobodnego poruszania się po okolicy. Oczywiście mogłabym zanocować na miejscu a rano ruszyć na wyprawę, jednak musiałabym mieć dwa kolejne dni wolne, co raczej mi się nie zdarzało.  Doroczny urlop także nie wchodził w grę, ponieważ w tym czasie moim jedynym celem był powrót do domu, do Polski, więc nie w głowie były mi góry, nawet najpiękniejsze i najbardziej wymarzone.  Dopiero kiedy poznałam bliżej Carla, pielęgniarza pracującego w tej samej placówce co ja, mogłam pomyśleć o realizacji planu wejścia na Monte Palanzone. Okazało się, że Carlo jest wytrawnym, górskim łazikiem i choć jego ulubionym regionem była Val d'Aosta, udało mi się go namówić na tę wyprawę. Była to transakcja wiązana -  ja miałam mu towarzyszyć na Monte Jafferau (pisałam o tym tutaj ) a w zamian za to mieliśmy wybrać się we wskazane przeze mnie miejsce. Skorzystałam na tym podwójnie, bo nie tylko miałam okazję podziwiać piękne okolice Aosty i Bardonecchii, ale wreszcie zobaczyć miejsce tak bliskie, lecz mimo to dla mnie niedostępne. W sumie ta wycieczka była zrobiona nieco na siłę ponieważ prognoza pogody nie nastrajała optymistycznie, jednak był to jedyny wspólny dzień wolny w naszych grafikach, więc nie mieliśmy wielkiego wyboru.

 Wczesnym rankiem wyjechaliśmy z Saronno, gdzie wtedy mieszkałam i pojechaliśmy w stronę Como, póżniej dalej, do Nesso, skąd droga ostro pnie się w górę aż osiąga Piano del Tivano. Przejechaliśmy płaskowyż z zachodu na wschód i zatrzymaliśmy się w miejscu zwanym Colma di Piano. Pisałam o nim przy innej okazji, kiedy relacjonowałam moją wycieczkę na  Muro di Sormano, znany z trudności odcinek wyścigu rowerowego Giro di Lombardia. Meta etapu jest tam, gdzie my rozpoczęliśmy naszą wędrówkę, tuż obok niewielkiego obserwatorium astronomicznego (o wizycie tamże napiszę na końcu posta). Nasza wątła nadzieja na poprawę pogody okazała się złudna, co prawda słońce próbowało wyglądać z zasłon foschii, ale mimo to widoczność była marna, co nie rokowało nadziei na podziwianie głębi pejzażu.

 Pocieszałam się tym, że tę okolicę widziałam z góry nie raz, a moim celem było przede wszystkim  zobaczenie z bliska pomnika na szczycie. Początkowo szliśmy  przez las, wygodną i szeroką, gruntową dróżką, która dość szybko zmieniła się w stromą, betonową rampę z ukośnymi żłobkowaniami.  Dzięki temu ów odcinek drogi można przebyć przy każdej pogodzie, lecz według mnie wyglądało to dość barbarzyńsko. Zdawałam sobie sprawę, iż deszcz zamieniłby tę ścieżkę w błotnisty strumyk nie do przebycia, mimo to, z uznaniem myślałam o dawnym, dobrym obyczaju brukowania podobnych ścieżek zgrabnymi otoczakami, co z pewnością było bliższe naturze. W okolicznych górach są niezliczone kilometry takich kamienistych ścieżek, po których poruszali się niegdysiejsi mieszkańcy lombardzkich gór i ich zwierzęta. Obecnie nikomu takie prace nie w głowie, więc idzie się na łatwiznę i zalewa ścieżki betonem. Przeszliśmy jeszcze kilkaset metrów; las zaczął rzednąć, dalej towarzyszyły nam mniej liczne drzewa - dziwnie poskręcane buki, o gładkiej, szarej korze, smukłe brzozy oraz jarzębiny, przyciągające wzrok  jesiennymi kolorami liści i pękami szkarłatnych owoców.

 Tak jak poprzednio każde z nas szło w swoim rytmie - Carlo, jak przystało na starego piechura, maszerował długim krokiem znacznie mnie wyprzedzając, a ja spokojnie i bez pośpiechu szłam sobie z tyłu, rozglądając się i robiąc zdjęcia. Mimo słabej widoczności okolica wyglądała atrakcyjnie, mogłam też do woli podziwiać "duchy gór" jak nazywałam szczyty tonące w mglistym oparze, gdzie  kolory i sylwetki zaledwie majaczyły, co sprawiało, że raczej trzeba było się ich domyślać, niż oglądać rzeczywisty obraz. Jednak to mi to nie przeszkadzało - te perłowo - szare zasłony wciąż się przemieszczały, dając różne nieoczekiwane efekty, co starałam się utrwalić na zdjęciach. Byliśmy na wysokości ponad 1100 m, więc od czasu do czasu napływały chmury i pochłaniały nas wraz z pejzażem. Droga na Monte Palanzone prowadzi grzbietem długiego wzniesienia o kilku pomniejszych wierzchołkach, tak więc mieliśmy do pokonania kolejno: Monte Cippei, Monte Falo', Monte Croce, Monte Pianchetta i Monte Bul. Wdrapywaliśmy się na szczyt, schodziliśmy w dół i tak górka za górką, zbliżaliśmy się do celu.

 Szczerze mówiąc, nie wzbudziło to we mnie nadmiernego entuzjazmu i z pewnością wolałabym iść cały czas w górę. Ścieżka jaką szliśmy była dość wygodna, prowadziła wśród wielkich kęp szorstkiej trawy, gdzie po drodze napotkaliśmy kilka wielkich grzybów, podobnych do kani. Nie miałam ochoty sprawdzać na własnej skórze czy przypadkiem nie są one  muchomorami sromotnikowymi, więc pozostawiłam je w spokoju.
  Po drodze natrafiliśmy na niewielki pomnik kształcie pięcioboku poświęcony pamięci żołnierzy wojsk powietrznych, którzy w tym miejscu zginęli w tragicznym wypadku wiosną 2005 roku. Stało się to podczas ćwiczeń grupy ratowników, mających za zadanie podejmowanie z ziemi ofiar nieszczęśliwych zdarzeń. Niestety, helikopter, którym lecieli rozbił się i cała piątka zginęła, ocalał jedynie pozorant pełniący rolę rannego, chwilę przedtem opuszczony na ziemię... Podobno bezpośrednią przyczyną tej tragedii był nagły, boczny podmuch wiatru, przez co helikopter stracił sterowność i runął na ziemię. Razem z Carlem poprawiliśmy kwiaty leżące u podnóża pomnika i po chwili zadumy ruszyliśmy w dalszą drogę..


 Do celu wędrówki było już niedaleko - przed nami widniał szczyt Monte Palanzone  i wzniesiony tam monument. Podchodziliśmy do niego od strony północnej, więc aby zajrzeć do  jego wnętrza  musieliśmy okrążyć długi, niski murek, jaki go otacza, gdyż wejście znajduje się od południa.
 Z tabliczki przymocowanej na furtce dowiedziałam się, że kaplicę wzniesiono pod wezwaniem Redentore (Odkupiciela) a zbudowała ją młodzież z Como, zrzeszona w Circolo Educativo Alessandro Volta.
Ta organizacja również ma ciekawą historię - otóż założono ją w 1883 roku, przy męskim oratorium San Filippo Neri, a jej celem było wychowywanie młodych chłopców w duchu chrześcijańskim i patriotycznym, poprzez działalność edukacyjną, sportową i kulturalną.
Jednym z efektów tych działań było powstanie kaplicy, a ponieważ koło zakończyło swą działalność w 1973 roku, opiekę nad monumentem przejęli lokalni członkowie CAI, którzy dwukrotnie wykonali tam prace renowacyjne, o czym również mówi tablica. Kaplica zwykle jest zamknięta (do środka można zajrzeć przez niewielki otwór) jednak zgodnie z tradycją, podczas swych świąt członkowie Klubu oraz byli żołnierze, niegdyś odbywający służbę w Korpusie Alpejskim, przybywają  na Monte Palanzone, aby wspólnie uczestniczyć we mszy odprawianej z tej okazji. Kaplica jest skromna, ale  jak to zwykle w Prealpach, bardzo zadbana. Osobiście zawsze wysoko ceniłam tę cechę lombardzkich górali, którzy z pietyzmem traktują podobne pamiątki. Mają na to nie tylko czas, ale i ochotę, co jest niezmiernie budujące, gdyż dzięki temu chronią od zapomnienia bezcenne elementy lokalnej historii i kultury.

Niemal jednocześnie z nami na szczyt przyszła kilkuosobowa grupa pań i panów w naszym wieku, więc pogawędziliśmy przez chwilę na temat tras i okolicznych ciekawostek. Ponieważ zbliżało się południe,  przysiedliśmy na murku, aby zjeść nasz posiłek. Kiedy tak odpoczywaliśmy przed drogą powrotną, zaczęło nieco wiać, niebo na chwilę się rozjaśniło, dzięki czemu daleko w dole mogliśmy zobaczyć błękitną taflę jeziora. Miałam nawet nadzieję, że mimo wszystko ten wiatr poprawi widoczność, jednak stało się inaczej, gdyż przygonił on gęstą chmurę, która spowiła szczyt wraz z nami. Żałowałam, że nie mogłam popatrzeć na leżącą nieopodal górę Capanna Mara, gdzie byłam parę lat wcześniej wraz z Graziellą, koleżanką z pracy ( tą samą, która mi towarzyszyła w wycieczce na Corni di Canzo). Wtedy też pogoda nie dała nam szans, mimo że dzień był bardzo ciepły, to wilgotne powietrze nie pozwalało na podziwianie okolicy w całej jej krasie.
Ponieważ zasadniczy cel naszej wycieczki został osiągnięty a pomnik obejrzany i sfotografowany, pozostało nam jedynie wrócić do punktu wyjścia, czyli na parking nieopodal obserwatorium. Tym razem droga nie wydawała mi się tak nużąca, być może dlatego, iż wiedziałam czego się spodziewać. Kiedy dotarliśmy na Colmę było dość wcześnie, więc nie musieliśmy śpieszyć się z odjazdem. Postanowiłam pokręcić się nieopodal obserwatorium i zrobić parę zdjęć. Ponieważ na tarasie stał jakiś pan, zapytałam, czy nie ma nic przeciwko temu, żeby znaleźć się na jednym z nich. Zgodził się bez ceregieli,  przy okazji przedstawiliśmy się sobie i wdaliśmy w pogawędkę. Pan powiedział mi, że ma na imię Walter i jest astronomem. Do rozmowy przyłączył się także Carlo, więc obydwoje usłyszeliśmy wiele interesujących rzeczy na temat obserwatorium, po czym Walter zaprosił nas do środka, abyśmy mogli popatrzeć przez teleskop ustawiony do śledzenia aktywności słońca.


Nigdy nie zapomnę niesamowitego wrażenia, jakie mnie ogarnęło na widok ogromnej, płomiennej, pomarańczowej masy, od której odrywało się coś na kształt ognistych, strusich piór. Nie mogłam uwierzyć, że bez zmrużenia oczu patrzę na ognistą kulę Słońca; było to fascynujące i straszne jednocześnie, zjawisko niemal poza wszelkim zrozumieniem.


Widziałam coś podobnego w telewizji, jednak tym razem  nie był to martwy obraz bo działo się to na moich oczach, choć miałam świadomość, że zważywszy na miliony kilometrów odległości, ów widok dociera do mnie z pewnym opóźnieniem.
 W obserwatorium  można także zobaczyć fragmenty meteorytów oraz ciekawe zdjęcia wykonane przez astronomów podczas pracy. Kupiłam sobie jedną z odbitek przedstawiającą narodziny nowej gwiazdy;  Walter opowiedział nam w skrócie, jak wygląda takie zjawisko, co uznałam za niezmiernie inspirujące. Jednak jeszcze większy mój podziw wzbudził sam fakt powstania tego obiektu, wzniesionego dzięki  stowarzyszeniu Gruppo Astrofili Brianza (astrofil to astronom - amator, Brianza zaś jest krainą leżącą na północ od Mediolanu) którego członkowie prowadzą stąd obserwację nieba a przede wszystkim asteroid i komet. Mają zresztą bardzo duże osiągnięcia na tym polu i każdy z astronomów ma na swym koncie wiele nowo odkrytych  obiektów (sam nasz rozmówca odkrył ich ponad dwadzieścia). Jest to doprawdy piękne i budujące, że ludzie poświęcają swe starania dla wyższego celu, nie szczędząc nań sił, czasu i pieniędzy...

Oprócz pracy stricte naukowej, stowarzyszenie zajmuje się popularyzacją astronomii i organizowaniem programów edukacyjnych, ciekawych imprez dla dzieci i młodzieży, a także  grupowych obserwacji rzadkich zjawisk  zachodzących na niebie, co zresztą trafia na podatny grunt. Pamiętam, jakie ogromne zainteresowanie wzbudziła we Włoszech  "luna rossa" czyli zaćmienie superksiężyca. Był to naprawdę niezwykły widok; najpierw jego barwa zmieniła się na czerwoną, a później, kiedy zaczął na  niego padać cień Ziemi, zaczął on przypominać rozżarzoną bryłkę węgla  z wolna pokrywającą się popiołem
 Ja mogłam obserwować księżyc z tarasu domku w Limbiate, gdzie wówczas mieszkałam, ale wiem, że wiele osób pojechało wtedy w góry, między innymi na Colmę, ponieważ widoczność jest tam o wiele lepsza. Podobnie ma się rzecz w połowie sierpnia podczas "nocy San Lorenzo" kiedy we Włoszech można zobaczyć deszcz spadających gwiazd. Przy takiej okazji urządza się wyprawy w gronie przyjaciół, prawdziwe nocne, astronomiczne pikniki, połączone z konsumpcją przywiezionych produktów.
Włosi pod tym względem są niezrównanymi kompanami, potrafiącymi świetnie się bawić w każdej sytuacji, kochającymi tradycję i ceniącymi poczucie wspólnoty. Miałam dużo szczęścia, bo wielokrotnie zdarzyło mi się spotkać fantastycznych ludzi, otwartych i pomocnych, którzy wbrew obiegowej opinii o ich niechęci do cudzoziemców, nigdy nie dali mi odczuć, że traktują mnie z rezerwą. Dzięki temu, wiele przypadkowych spotkań, jak chociażby to z astronomem Walterem, stało się dla mnie okazją do zobaczenia różnych ciekawych rzeczy, albo zdobycia interesujących i użytecznych informacji.

Więcej zdjęć z tej wycieczki i nie tylko, ponieważ dodałam tu również zdjęcia Monte Palanzone, jakie zrobiłam idąc trasą wyścigu "Muro di Sormano"a także płynąc statkiem po Jeziorze Como na wysokości Torno, można zobaczyć pod linkiem
https://photos.google.com/share/AF1QipO5LUo3QgVNmzpwviQ25LRmomVpafnsVPL4QNpi8X0PNg7ew29Cbkc0Nrld0BxV1g?hl=pl&key=VTRNVU80WjZSMEhzdE53Rlhxd0M2R003c3RZZWJ3


poniedziałek, 30 października 2017

Wspomnienie o P.

  Chciałabym coś napisać o P. takim, jakim go znałam i którego nigdy nie poznałam naprawdę. Kiedy o nim myślę, widzę ciąg obrazów a na każdym z nich jest ktoś inny. To tak, jakbym rozsypała zdjęcia z jego życia, krótkiego, bo  kiedy odszedł na zawsze zaledwie zaczęły się dla niego dojrzałe lata a jednocześnie tak długiego, jeśli zmierzyć je długością udręki, jaką mu przyniosło. Czy to wszystko stało się dlatego, że to on nim źle pokierował gdyż zabrakło mu zdolności do przewidzenia nieuniknionych konsekwencji? A może było to dążenie do autodestrukcji, bo  zwątpił w swą wartość i wartość życia, które zostało mu dane?  Dla mnie P. na zawsze zostanie chłopaczkiem siedzącym na parapecie okna, wołającym "o, Kicia idzie!"  Byłam wtedy Kicią, miałam dziewiętnaście lat i włosy czesałam w dwa kucyki, obydwoje byliśmy mili i słodcy...Co życie zrobiło z nami, albo co my zrobiliśmy z życiem? Gdzie się podziała nasza słodycz, ufność i niewinność? Jak to się stało, gdzie był punkt zwrotny i za jakie błędy przyszło nam zapłacić?

  Widzę P. jego niewinne oczy i złote loczki czterolatka, miłego dziecka, takiego grzecznego i dobrze ułożonego; później migawka - moment, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam jego strach i zagubienie....
Miał wtedy dwanaście, lub trzynaście lat, czy właśnie wtedy zaczęła się jego ucieczka od siebie, bo zwątpił w sens tego co go otacza, a może stało się to jeszcze później, gdy jako nastolatek, ciągle grzeczny i sympatyczny, ale jakiś zamknięty w sobie, zawsze był niby odgrodzony szkłem. Kiedy z nim rozmawiałam, miałam wrażenie, że jest niczym ryba pod taflą wody, którą chcę złapać gołą ręką - jest tuż, tuż, ale moja ręka nieodmiennie pozostaje pusta... Później zaczęła się jego droga w dół, pamiętam, widzę go w ten dzień, zanim przyjechała po niego żandarmeria, spotkaliśmy się w mieście - nadal mam tę scenę przed oczami - jego długi, szary płaszcz i dziwny uśmiech, kiedy zapytałam czy jest na urlopie, a on odpowiedział ..."tak, mam parę dni urlopu". Ten samowolny urlop od kamaszy i  ucieczka z konwoju zaprowadziły go do Barczewa, później były kolejne upadki, kłamstwa i urojenia, świat szczęśliwy i bezpieczny, spokojne miejsce, jakie usiłował sobie stworzyć jedynie w swej wyobraźni.

 Tyle wcieleń P. pamiętam, każdy z nich był inny, lecz który z nich prawdziwy? Jego życie stało się teatrem, gdzie wciąż zmienia się  maski oraz przebrania, aż nikt już nie wie, jak naprawdę wygląda aktor...
   P. w pewien szczególny sposób był punktem odniesienia w moim życiu. Nasze kontakty, później tak rzadkie, zostawały w mojej pamięci niby kamienie wyznaczające drogę - kiedy dowiedziałam się o jego śmierci było to tak, jakby umarła część mnie. Na zawsze też pozostało we mnie poczucie, że P. swoim życiem zapłacił cenę, jaką mógł zapłać każdy z nas, jednak być może inni mieli szczęście, którego jemu zabrakło, a może  mimo swoich win wykpili się od zapłaty? W noc po tym jak zamknął za sobą ostatnie drzwi modliłam się o spokój dla jego duszy i o znak dla mnie, prosiłam o wskazówkę dlaczego tak się dzieje, że nici życia plączą się w węzeł nie do rozwikłania? Moja prośba została wysłuchana, tej nocy miałam sen, i wiem, że była to odpowiedź na moje pytania. Śniłam, że jestem w domu gdzie nieco wcześniej pracowałam przy pacjencie umierającym na raka. Ale to nie on był ważny, jego tam nawet nie było, jedynie jego żona i jakiś mężczyzna, krewny, czy znajomy. Znalazłam się w tym domu ponieważ miało się odbyć jakieś przyjęcie, na które również ja byłam zaproszona.

  Czekałam spokojnie, kiedy raptem coś niezrozumiałego stało się ze mną, ni stąd, ni zowąd, bez żadnego powodu, zaczęłam się znęcać nad gospodynią i obecnym tam panem. Nie wiedziałam czemu to robię, co więcej, robiłam to wbrew sobie, ale nie potrafiłam się powstrzymać. Czułam wstręt do siebie, a jednocześnie jakąś obrzydliwą, przewrotną satysfakcję. Raptem zaczęli przychodzić inni zaproszeni goście, opamiętałam się i ogarnął mnie potworny wstyd, nie miałam pojęcia, jak wybrnąć z tej sytuacji. Jeszcze nikt o niczym nie wiedział, niczego nie zauważył, jednak miałam świadomość, że za chwilę wszystko się wyda, zostanę napiętnowana, osądzona i wyrzucona za drzwi. Zaczęłam się tłumaczyć, próbowałam coś wyjaśniać, ale nikt tego nie słuchał,  do nikogo nie dotarło, co zrobiłam. Byłam niczym zawieszona w pustce a za chwilę i miałam upaść nisko i boleśnie. Wtem pojawiła się koło mnie młoda kobieta (wiedziałam o niej tylko tyle, że jest właścicielką sklepu z bielizną) i podała mi kolorowe skarpetki w paski, o które podobno ją prosiłam. Wzięłam je do ręki, w pierwszej chwili chciałam jej podziękować, gdyż zdawało mi się, że są takie, jakie chciałam mieć, ale w tym samym momencie ogarnęło mnie ogromne rozczarowanie.

  Skarpetki były trzy, pozornie jednakowe, różniły się znacznie -
jedna była niemal nowa, druga wyraźnie używana, sprana i zmechacona, a trzecia wręcz zniszczona i pocerowana. Nie wiedziałam co z tym prezentem zrobić, byłam zdziwiona i głęboko zawiedziona, pomyślałam, że powinnam je po prostu wyrzucić. Obudziłam się z tymi uczuciami oraz świadomością, że to przesłanie otrzymałam dzięki P. i jest ono odpowiedzią na moją prośbę. To była przestroga dla mnie, dla nas wszystkich, żebyśmy nie zapomnieli, iż w każdym człowieku  jest dobro i zło, są ślepe instynkty i rozum, więc tylko od nas zależy, co weźmie górę. Dostajemy  życie niczym dar, niczym moje skarpetki ze snu, czasem piękne, całe, czasem pozornie bezwartościowe i bezużyteczne. Wszyscy jesteśmy powołani na ucztę, lecz nie każdy okaże się godnym aby siąść przy biesiadnym stole, niejeden odejdzie od drzwi napiętnowany, upokorzony, w bólu i udręce. Wyposażeni w dobre rady i wskazówki, które mają nas chronić tak, jak skarpety chronią nasze stopy, możemy je przyjąć w dobrej wierze, lub odrzucić z pogardą. Możemy być  dobrzy albo źli, tak jak dobre albo złe są nasze uczynki. Rodząc się jesteśmy niczym biała kartka, czy zapełnimy ją bazgrołami, czy piękną kaligrafią, to w dużej mierze zależy od nas.

Błądzimy, a nasze błędy są niczym kamienie -  każdy z nich może uruchomić lawinę, która nas przygniecie i zetrze na proch. Jak się ustrzec przed tą lawiną, zatrzymać w decydującym momencie, zanim popełnimy błąd nie do naprawienia i zapłacimy najwyższą cenę?
 P. już zna odpowiedź na wszystkie pytania, zaś my, którzy pozostaliśmy by opłakać jego życie, upadek i śmierć, nadal trwamy w cieniu naszych lawin wiszących nad nami. Czy runą  nam na głowy, czy pozostaną na swoim miejscu, a my się ustrzeżemy? Skarpetki ze snu mogły ochronić moje stopy na drodze życia, nie chciałam ich, były czymś poniżej moich oczekiwań, wydawało mi się że zasługuję na coś lepszego. Wszyscy dostajemy rady, ostrzeżenia i dobre przykłady, wyświechtane doświadczenia minionych pokoleń, ciągle te same słowa wsparcia, obawy, przestrogi, o które sam obdarowany nie dba i w nie nie wierzy. Żyjemy w przeświadczeniu, że cierpienie, upadek i śmierć dotyczą wszystkich, lecz nie nas, że zawsze będziemy chodzić po rozpalonych węglach a ogień nie tknie naszych stóp....



niedziela, 29 października 2017

Powrót, a może rtitorno?



  Dziś po bardzo długiej przerwie zajrzałam na mojego bloga i z pewnym zaskoczeniem stwierdziłam, że to już rok minął od chwili, kiedy zamieściłam mojego ostatniego posta. Drugą, tym razem bardzo miłą niespodzianką było to, że pewne osoby zauważyły moje milczenie, że być może nieco im brakuje mnie i mojego pisania, a także iż są inni, którzy trafili tu niedawno i znaleźli w nim coś interesującego... W związku z tym, chciałabym wszystkim serdecznie podziękować, przeprosić za brak odpowiedzi na komentarze, a także napisać kilka słów celem wyjaśnienia - otóż niemal rok temu doznałam złamania w obrębie miednicy i choć po kilku miesiącach kości się zrosły, to nadal dłuższe przebywanie w pozycji siedzącej sprawia mi spory ból. Początkowo uniemożliwiało mi to korzystanie z komputera, zaś  obecnie nadal w znacznym stopniu mnie ogranicza. Ponieważ nie należę do osób zdolnych do tworzenia posta na raty (raczej po grafomańsku wpadam w swego rodzaju trans) piszę szybko co mi w duszy gra, a dopiero po ukończeniu tej bazy pomału nadaję mu ostateczną formę, co nieraz trwa nawet kilka dni. W tej sytuacji  trudno mi było zasiąść do komputera na dłużej i tak mi mijał tydzień za tygodniem... Mimo wszystko, od pewnego czasu czuję, że powinnam wrócić do pisania, choćby po to, żeby zakończyć relację z moich włoskich wędrówek zanim okryje je zasłona zapomnienia. Jednak bezpośrednią przyczyną jest to, że myśl o zbliżającym się Święcie Zmarłych spowodowała, iż chciałabym napisać o kimś, kogo już nie ma pomiędzy nami, lecz kto nadal żyje w mojej pamięci.

    To wspomnienie powstało kilka lat temu, tuż po śmierci tej osoby, jednak dopiero teraz nadszedł moment, kiedy jestem w stanie podzielić się nim - nie tylko po to, żeby również wśród bliskich mi osób nie zginęła pamięć o tym, co się wtedy stało, ale z maleńką nadzieją, że ktoś, kto je przeczyta, pomyśli przez chwilę o zawiłościach losu, przeznaczeniu, i o tym, co w naszym życiu najważniejsze.
Dzisiejsza notatka to tylko zapowiedź posta, który (mam nadzieję) ukaże się pojutrze.

poniedziałek, 31 października 2016

Śmierć to tylko słowo...




Śmierć to tylko słowo, 
ja nie umarłam,
wciąż jestem z wami,
tuż, tuż, w pokoju obok...
Życie jest wieczne,
nie zerwała się nić,
która nas łączyła, 
więc dlaczego mielibyście mnie zapomnieć?
Czy tylko dlatego,
że jestem poza zasięgiem waszych oczu?
Nie odeszłam daleko, jestem na drugim krańcu naszej wspólnej drogi... 

Ktoś, kto czytał mego posta o Monte Lema, być może pamięta historię pewnej pani, pensjonariuszki domu opieki gdzie pracowałam, która nie chciała się pogodzić z chorobą oraz upływem czasu i mimo swej niepełnosprawności przy pomocy męża nadal robiła wycieczki w góry. Niestety, przyszedł dzień, kiedy wyruszyła w swą ostatnią podróż bez powrotu... Jej mąż dał mi na pamiątkę zdjęcie zmarłej z tym pięknym wierszem na odwrocie; w oryginale jest on po włosku, więc przetłumaczyłam go najlepiej, jak umiałam. 

środa, 26 października 2016

Lombardia. Val Ravella i Corni di Canzo


W poprzednim poście pisałam, że Canzo jest ślicznym i klimatycznym miasteczkiem; jego najbliższa okolica to piękne, choć niezbyt wysokie góry, przedzielone zalesioną doliną, od przepływającego przez nią potoku zwaną Val Ravella. W zasadzie nie mam pojęcia dlaczego piszę o tym dopiero teraz, choć wiążą się z nią  jedne z moich pierwszych wspomnień o wycieczkach w Pre -Alpy, jakie tam zrobiłam gdy przez kilka miesięcy mieszkałam w pobliskim Caslino d'Erba. Wówczas w wolnym czasie często chodziłam pieszo po okolicy, trafiłam też do Canzo i Gajum. Polubiłam to miasteczko i często tam wracałam, nawet kiedy zamieszkałam w nieco bardziej oddalonym Limbiate, skąd do Canzo miałam godzinę jazdy pociągiem. Pewnego razu odwiedziła mnie moja przyjaciółka Renata, mieszkająca na równinie nieopodal Monzy; bardzo chciałam żeby odetchnęła czystym, górskim powietrzem i zobaczyła moje ulubione miejsca, więc wspólnie wybrałyśmy się do Canzo, a następnie na spacer leśną mulatierą wiodącą z Fonte di Gajum do schroniska Terz'Alpe.

Oczarowane urodą okolicy usiadłyśmy na pniach ściętych drzew leżących nieopodal obudowanego źródła, gapiąc się niczym dwie sroki na zielone stoki gór, które wtedy nie miały dla mnie żadnych nazw, były po prostu kilkoma anonimowymi wzniesieniami. Musiały minąć niemal dwa lata do chwili kiedy zawarłam z nimi bliższą znajomość i mogłam je nazwać po imieniu: Monte Rai, Cornizzolo, Prasanto, Corni di Canzo...Co do tych ostatnich, nie było trudno dokonać ich identyfikacji; dwie skały przypominające kształtem rogi byka, (corni) można zobaczyć z wielu miejsc w obrębie Triangolo Lariano, jak również podczas wycieczek statkiem po jeziorze Como. W zasadzie skały są trzy, zachodnia, centralna i wschodnia, jednak ta ostatnia z daleka jest bardzo mało widoczna, dlatego właśnie dwie pierwsze  nadają górze tę charakterystyczną sylwetkę. Podczas tamtego spaceru chyba połknęłam górskiego bakcyla, bo na dobre zaczęłam myśleć o tym, że chciałabym pójść dalej i wyżej, dotrzeć na szczyt, z którego mogłabym popatrzeć na otaczający mnie świat...

Co prawda od początku mojego pobytu w tych stronach chodziłam na spacery w niższe partie gór, jednak to mnie nie zadowalało; w tamtej chwili, kiedy miałam je na wyciągniecie ręki, pragnienie wejścia na szczyt stało się moją idee fixe i w głębi ducha wiedziałam już, że nie spocznę, aż przybierze ono realny kształt. Ktoś mógłby zapytać co stało na przeszkodzie jego realizacji i dlaczego wydawało mi się to takie trudne? Pierwszym powodem była moja niedostateczna znajomość regionu, włoskich realiów oraz języka. Oczywiście nieźle sobie radziłam w wielu sprawach dnia codziennego, jednak daleko mi było do tego, aby czuć się pewnie i swobodnie w każdej nowej dla mnie sytuacji, tym bardziej, że w zasadzie nie miałam tam żadnego towarzystwa, na które mogłabym liczyć podczas takiej wycieczki. Brakowało mi też odwagi, aby wypuszczać się na samotne wędrówki w bądź co bądź, obcym kraju, tym bardziej, że nawet w naszych polskich górach byłam zaledwie kilka razy i zawsze z inną osobą o większym doświadczeniu w tej mierze.

Dopiero kiedy po raz kolejny zmieniłam pracę sytuacja zmieniła się diametralnie ponieważ w nowej placówce spotkałam kilka osób nieźle zorientowanych w tym temacie, więc mogłam porozmawiać z kolegami, którzy chętnie odpowiadali na moje pytania i dzielili się swoimi doświadczeniami. Żałowałam jedynie, że jeden z najlepiej poinformowanych mówił nie tyle po włosku, co lokalnym dialektem, a do tego niezbyt wyraźnie, więc choć zmuszałam mój umysł do niesamowitego wysiłku próbując analizować na bieżąco jego wypowiedzi, niewiele z nich rozumiałam, co mnie straszliwie stresowało. Na szczęście inny kolega, rodowity Włoch, obecny przy takiej rozmowie powiedział mi na ucho, że czuje się równie niedoinformowany; to bardzo poprawiło mi humor i od tej chwili przestałam się czuć jak kompletna ignorantka. Miałam też to szczęście, że dogadałam się z jedną z koleżanek, która także miała ochotę na podobną wycieczkę; jedyną przeszkodą był grafik dyżurów, gdyż trudno nam było zsynchronizować nasze dni wolne od pracy. W ten sposób minęło kilka tygodni, aż pod koniec maja nadszedł ów upragniony dzień i wraz z Graziellą wsiadłam do pociągu jadącego w stronę Canzo. Pomaszerowałyśmy znajomą drogą do Fonte di Gajum i dalej wzdłuż potoku Ravella, a następnie w stronę Terz'Alpe i Corni di Canzo. Szlak  na szczyt nie jest trudny a ścieżka wygodna, więc mimo wysokości ponad 1000 m n.p.m. chodzą tam nawet rodziny z małymi dziećmi.

Spotkałyśmy jedną z nich, była to para Francuzów z trójką maluchów, dwoje starszych, wyglądających na jakieś cztery i sześć lat, maszerowało na własnych nogach, a najmłodsze, mające chyba około roku, ojciec niósł w nosidle na plecach. Szli bardzo wolno, ale widać było, że mają w tym względzie praktykę i z pewnością nie jest to ich pierwsza wyprawa tego rodzaju. Szczerze mówiąc, nieco im zazdrościłam, ponieważ dla osoby, która  tak jak ja, całe życie mieszkała na nizinie, wspinanie się było dość trudne; miałam problem ze znalezieniem właściwego rytmu i wyregulowaniem oddechu, co powodowało, że szybko się męczyłam. Jednak mimo to dotarłyśmy na szczyt, a widok, jaki się przed nami roztoczył, był naprawdę wart każdej fatygi! Poniżej miałyśmy zalesione północno - wschodnie zbocze góry, dalej leżała błękitna tafla jeziora Lecco, a poza nią  Alpy Bergamskie z Grigną i Grignettą na pierwszym planie.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam ile miałam szczęścia, że podczas tej pierwszej wycieczki okolica pokazała mi się całej krasie, a nie opatulona zasłoną wilgotnego powietrza, jak to miało miejsce wiele razy podczas moich następnych wypraw w góry. Tamtego dnia pogoda była wspaniała, powietrze przejrzyste, a po niebie płynęły piękne, białe cumulusy. Niestety, był to czas, kiedy nawet nie myślałam o robieniu zdjęć, również Graziella nie wzięła ze sobą aparatu fotograficznego, więc ten widok pozostał jedynie odbitką w archiwum mojej pamięci...(Zdjęcie zamieszczone powyżej w przybliżeniu przedstawia panoramę, jaką wtedy oglądałyśmy, jednak zostało zrobione kilka lat po tej wycieczce, nieopodal podnóża Corni di Canzo.)  Poprzestałyśmy na przechadzce w pobliżu skalnych rogów wyrastających ze szczytu wzniesienia, bo choć można na nie wejść dzięki systemowi poręczy i łańcuchów, potrzebne jest do tego doświadczenie we wspinaczce oraz odpowiedni sprzęt, a my nie dysponowałyśmy ani jednym, ani drugim. Podczas drogi powrotnej niebacznie zeszłam na chwilę ze ścieżki, a po kilku krokach na moje nieszczęście natknęłam się na okazałego węża, pełzającego w trawie.

Wąż chyba też nie był zadowolony ze spotkania, ponieważ oboje uciekaliśmy z tego miejsca równie szybko, tyle, że on nie wrzeszczał ze strachu, jak to było w moim przypadku. Nie miałam czasu, aby mu się przyjrzeć, ale prawdopodobnie był po prostu nieszkodliwym zaskrońcem, jednak dla mnie to nie miało znaczenia, gdyż wydał mi się gadem co najmniej na miarę tego, który w herbie Sforzów pożera Saracena. To był jedyny niemiły moment tej wycieczki, na szczęście niebawem dotarłyśmy do schroniska Terz'Alpe, gdzie zanim ruszyłyśmy w drogę powrotną do Canzo, mogłyśmy wzmocnić nadwątlone siły filiżanką espresso. Obydwie byłyśmy zadowolone z tej wyprawy, a nawet umówiłyśmy się na następną, celem zdobycia góry Capanna Mara leżącej nieopodal Erby, co zresztą doszło do skutku kilka tygodni później. Na Corni di Canzo już nie wróciłam, ale kilkakrotnie odwiedzałam różne szlaki w obrębie Val Ravella, gdyż w moich oczach była ona skończenie piękna i nie znajdowałam w niej nic, co by mnie raziło. Choć jest to miejsce bardzo popularne i uczęszczane, w dni powszednie spotyka się tam jedynie pojedyncze osoby, przy takich okazjach większość ludzi przystaje na chwilę aby się pozdrowić i zamienić kila słów na temat pogody czy szlaku; inni ograniczają się jedynie do krótkiego "salve" okraszonego uśmiechem.


Nie ma w tym nic wymuszonego, jest to raczej spontaniczny odruch wędrowców, których łączy ta sama pasja. Bardzo szybko przyswoiłam sobie ten obyczaj i muszę powiedzieć, że był to jeden z powodów, dla których w lombardzkich górach czułam się dobrze i bezpiecznie, nawet wtedy, kiedy zaczęłam chodzić w pojedynkę. Zresztą podobnie rzecz się miała w niewielkich miasteczkach i wioskach na pogórzu; idąc za przykładem miejscowych, kiedy w wąskiej uliczce spotykałam kogoś oko w oko, zamiast przejść obojętnie wymieniałam z nim kilka słów pozdrowienia. To zawsze procentowało nie tylko natychmiastową poprawą nastroju - często przy tej okazji dowiadywałam się istotnych szczegółów o okolicy, albo otrzymywałam różne użyteczne rady. Włosi są narodem gościnnym i z sercem na dłoni (przynajmniej ja ich tak postrzegałam) być może czasem jest to nieco powierzchowne, jednak w przelotnych, niezobowiązujących kontaktach bardzo miłe. Ale wróćmy do Val Ravella - jest to nie tylko miejsce bardzo piękne, oprócz tego ma ono do zaoferowania wiele walorów poznawczych, a osobom wierzącym daje okazję do wzruszeń natury religijnej. Reasumując, jest w stanie zapewnić wędrowcowi zarówno coś dla ciała, serca, ducha i umysłu. Pisałam już o aspekcie turystycznym, w następnych akapitach spróbuję opisać pozostałe walory, począwszy od poznawczego.

 Otóż ta okolica jest bardzo ciekawa pod względem geologicznym i można tu znaleźć wiele interesujących mezozoicznych formacji skalnych pochodzenia morskiego, zawierających przeróżne skamieniałości, miedzy innymi liczne odciski dwu skorupowego mięczaka Conchodon. Lodowce, które się przemieszczały przez te tereny, pozostawiły liczne głazy narzutowe i depozyty morenowe. To spowodowało, że dzięki staraniom lokalnej społeczności  w dolinie stworzono Sentiero Geologico, czyli geologiczną ścieżkę dydaktyczną. Dzięki temu, idąc wyznaczonym szlakiem, można zobaczyć min. ogromy zielonkawy serpentyn, pstrokate granity i gnejsy. Przy poszczególnych głazach umieszczono tablice ze szczegółowymi, a jednocześnie bardzo przystępnie podanymi informacjami. Poza tym w Gajum, gdzie ścieżka ma swój początek jest jej dokładny opis wraz z oznaczeniami poszczególnych elementów, jakie można zobaczyć podczas wędrówki, natomiast w  zabytkowym domostwie zwanym Prim'Alpe (lub Alpe Grasso) znajduje się centrum edukacji ekologicznej, więc Canzo i jego ścieżka jest obowiązkowym celem licznych, szkolnych wycieczek.

 Sentiero dzieli się na dwie części, pierwsza kończy się nieopodal kaplicy San Miro, natomiast druga wiedzie dalej w góry, obok schroniska Terz'Alpe na wysokość ponad 1100 m, gdzie znajduje się Sasso Malascarpa, skała, która swoim wyglądem przypomina mur wzniesiony z gigantycznych głazów. Przejście całej ścieżki trwa 3- 4 godziny, więc jest to wycieczka na cały dzień. Ja niestety nie dotarłam do jej krańca, za to podczas moich wypraw na okoliczne szczyty kilkakrotnie przemierzałam różne jej etapy, więc przy okazji mogłam poszerzyć moją wiedzę w zakresie geologii i zaczęłam innym okiem patrzeć na otaczającą mnie przyrodę. Słyszałam też, że podobno Leonardo da Vinci malując swoją "Madonnę wśród skał" jako tło obrazu wykorzystał pejzaż Monte Cornizzolo, nie mam pojęcia, jakie miejsce konkretnie, jednak trudno się dziwić temu wyborowi zważywszy na urodę okolicy. Leonardo w czasach gdy mieszkał w Mediolanie dużo podróżował po Lombardii, więc nie wykluczone, że był także i w tych stronach...

Moim ulubionym punktem była Marmitta dei Giganti, czyli głęboka jama o żwirowym dnie, wypełniona krystalicznie czystą wodą o turkusowoniebieskim kolorze. Podobne twory geologiczne nie są rzadkością na terenie Alp, gdzie czasami nazywane są też studniami diabła. Powstawały one gdy woda spływająca z topniejących lodowców wprawiała kamienie i piasek ruch, te zaś obracając się drążyły zagłębienie w miękkiej skale. Większość z nich ma średnicę około metra i podobną głębokość, choć zdarzają się też dużo większe, mające od czterech do pięciu metrów średnicy, a głębokość nawet do sześciu! Marmitta w Val Ravella należy do tych mniejszych, ale mimo to, robi wrażenie dzięki czystości i barwie wody.  Sentiero Geologico nosi imię Giorgio Achermanna, który był jej pomysłodawcą. Mimo, iż urodził się w Szwajcarii, został Włochem z wyboru, ożenił się z Włoszką i zamieszkał w niedalekiej  Erbie, gdzie zmarł w 1995 roku.

Giorgio Achermann pracował jako dziennikarz, z zamiłowania był ekologiem, a dzięki  niemu  na terenie Brianzy powstało Gruppo Naturalistico bella Brianza, prężna organizacja, składająca się z ludzi działających na rzecz środowiska naturalnego. Achermann oddał nieocenione zasługi swojej przybranej ojczyźnie w zakresie ochrony środowiska, a także niestrudzenie pracując na rzecz podniesienia świadomości społecznej w dziedzinie ekologii. Muszę powiedzieć, iż bardzo mi zaimponował swymi działaniami, tym bardziej, że zaciekle (choć niestety nieskutecznie) walczył z projektem wzniesienia wieży przekaźnikowej na Monte Rai, straszydła, o którym pisałam w poprzednim poście. Podczas moich krótszych i dłuższych spacerów na terenie Val Ravella, miałam okazję wędrować zarówno ścieżką w dolinie prowadzącą wzdłuż potoku, jak i wyżej położoną mulatierą, wiodącą przez las.

 Ta mulatiera zaczyna się w Gajum, a kończy na wysokości 800 m n.p.m.przy Terz'Alpe. Bardzo lubiłam chodzić tym szlakiem ponieważ po drodze mijałam pięknie położone Prim'Alpe, później dochodziłam do miejsca, gdzie można zobaczyć ruiny Second' Alpe (inaczej zwane Alpe Betulli, lub Alpe del Sole ze względu na wyjątkowo korzystne położenie na nasłonecznionym stoku ) domostwa, które ma swoją fascynującą historię, o czym napiszę nieco dalej, w związku z duchowym aspektem wędrówki w obrębie doliny. Tuż obok mijałam kapliczkę poświęconą San Miro, a nieopodal jeszcze jedną, malutką i dość skromną. Ta mniejsza ma swoją ciekawą historię - otóż wznieśli ją członkowie grupy Rovers Scout z Medy, którzy umieścili w niej wizerunek San Girolamo  i napis wyryty na marmurowej tabliczce który głosi:

Wysoko ponad ziemią, my Rovers Scout wznieśliśmy tę kapliczkę ku czci naszego patrona San Girolamo oraz dla upamiętnienia naszego brata Felice. Klan Rovers Scout z Medy 16.10.1945


Zadumałam się nad tą tabliczką i nad tym, kim byli ci chłopcy z niedalekiej, lecz leżącej na równinie Medy, złączeni braterską przysięgą skautów i kim był Felice? Dlaczego odszedł tak wcześnie? Rovers Scout, czyli starsi skauci, zwani we Włoszech Wędrowcami, mieli zwykle od 17 do 21 lat, co z pewnością nie jest wiekiem do umierania... Czy zmarł z powodu choroby, a może w jakimś tragicznym wypadku? Jednak najbardziej wzruszyło mnie to, że kapliczka była odnowiona i bardzo zadbana, stały tam kwiaty oraz znicze, również jej otoczenie było uporządkowane, więc widać było, iż są osoby, które nadal pamiętają o tym miejscu i poświęcają mu swój czas...
 Podczas wypraw w góry niejednokrotnie się zdarzało, że przystawałam zachwycona i z trudem mi przychodziło rozstanie z jakimś fragmentem pejzażu. Natomiast w obrębie Val Ravella podobało mi się wszystko; idąc mulatierą wiodącą do Terz'Alpe mogłam do woli popatrzeć z góry na tę piękną, zalesioną dolinę, gdzie na wprost miałam Monte Prasanto, Monte Rai i Monte Cornizzolo.

W poprzednim poście pisałam, że ze zbocza tej ostatniej wyrasta ogromna skała zwana Ceppo d'Angua; kiedy przechodziłam nieopodal wręcz przytłaczała mnie swoim ogromem, jednak nie budziło to we mnie uczucia lęku, raczej wielki podziw dla tego tworu przyrody. Jej nazwa nawiązuje do legend o fantastycznych, wodnych istotach zwanych "angue" lub "aguane"  i zapewne ma związek z przepływającym u jej stóp potokiem Ravella. Równie podobał mi się nasłoneczniony las na przeciwległym zboczu, ciągnący się wokół mulatiery; jest tam dużo drzew iglastych, więc ziemię zawsze pokrywa gruba warstwa brązowych szpilek, jakie z nich opadły; można tam znaleźć wielkie, sosnowe szyszki, niejednokrotnie mające długość przekraczającą trzydzieści centymetrów. Mulatiera kończy się przy Terz'Alpe, gdzie wędrowiec musi dokonać wyboru: może iść dalej, w wyższe partie gór, albo zawrócić i wejść na tę część ścieżki geologicznej, która zmierza do Fonte di Gajum i San Miro. Po przejściu na drugą stronę potoku znajdziemy się w miejscu, skąd jeden szlak prowadzi w dół do Canzo, a drugi w górę, do sanktuarium.

Ten drugi wariant  (jak to pisałam na wstępie) ma aspekt duchowy, gdyż jest związany z człowiekiem. który w tym miejscu spędził większą część swego życia, a po śmierci został uznany za świętego. Nazywał się on Miro Paredi i przyszedł na świat w domostwie dziś znanym jako Second' Alpe (dlatego też wzniesiono tam kaplicę jego imienia, o której wspominałam powyżej). Jak pisałam, do naszych czasów z tych zabudowań pozostały jedynie ruiny; na szczęście w porę zostały zabezpieczone i oczyszczone z zarastającej je roślinności; zadbano także o ustawienie tablic poglądowych, dzięki czemu możemy zobaczyć z jakich pomieszczeń składało się obejście, i jakie pełniło funkcje. Legenda mówi, że małżonkowie Paredi mieli około sześćdziesiątki kiedy ich dziecko przyszło na świat, więc uznano to za cud,  co znalazło odbicie w imieniu, jakie mu nadano. Nie ma zgody jeśli chodzi o rok jego urodzenia, jedne źródła podają 1306, zaś inne 1336 r. Tak, czy inaczej, Miro już jako dziecko został oddany pod opiekę bogobojnego pustelnika, a kiedy dorósł, poszedł w jego ślady. Majątek odziedziczony po rodzicach oddał ubogim, a sam wiódł życie eremity w grocie po drugiej stronie strumienia, leżącej niemal na wprost jego rodzinnego domu. San Miro poprzez swe modły kilkakrotnie miał sprawić, że po okresach posuchy spadały deszcze, co ratowało ludzi przed utratą plonów i śmiercią głodową.

Z tego powodu jest on nazywany "Santo della pioggia" czyli "Świętym od deszczu", przypisuje mu się też modlitwę, którą w 1975 roku powtórzył papież Paweł VI, kiedy to długotrwała susza  trapiła wiele rejonów na całym świecie. San Miro pod koniec życia powędrował do Onno, skąd w cudowny sposób przeprawił się na drugi brzeg jeziora. Ponieważ nie miał pieniędzy, przewoźnik nie chciał go zabrać na swoją łódź; wtedy pielgrzym miał rzucić na wodę swój płaszcz, na którym pokonał wodne odmęty. (Jest tu zadziwiająca zbieżność z tym, czego miał dokonać San Giulio, o którym pisałam tutaj.) Następnie kontynuował swą wędrówkę po wschodnim brzegu jeziora, aż dotarł do Sorico, miejscowości leżącej na jego północnym krańcu, gdzie niebawem zmarł. W połowie XVII wieku, nieopodal groty gdzie spędził większą część swego życia, wzniesiono małe sanktuarium i domek dający schronienie braciom zakonnym sprawującym tam posługę kapłańską.  Z biegiem czasu cały obiekt uległ częściowej destrukcji, mimo to dotrwał do czasów, kiedy znaleźli się ludzie, którzy w 1994 roku podjęli prace renowacyjne, co upamiętniono wyryciem ich imion na niewielkim kamieniu wmurowanym w północną ścianę kościoła. Również dom mieszkalny wyremontowano, dzięki czemu dziś służy on pielgrzymom oraz osobom szukającym miejsca odosobnienia, gdzie można oddać się rozmyślaniom i modlitwie. Wysoko, w skalnej ścianie na wprost kościółka, znajduje się ciasna i ciemna jama z figurką Madonny, jest to wejście do groty gdzie mieszkał San Miro.

 Poniżej jest obudowane źródło, o którym wieść gminna głosi, że trysnęło ze skały dzięki modlitwie świętego, a jego woda ma moc uzdrawiania niektórych chorób. Po prawej stronie sanktuarium, na zboczu Monte Cornizzolo, leżą wielkie, obłe głazy, a pomiędzy nimi sączy się strużka wody zmierzająca do potoku Ravella. Zaczęłam się po nich wspinać niczym po monumentalnych schodach, a kiedy znalazłam się na zboczu powyżej kościoła, znów zachwycił mnie widok, jaki roztaczał się z tego miejsca. Głazy stawały się coraz większe, a droga coraz trudniejsza, więc dalsze wspinanie się po nieoznaczonym szlaku nie miało sensu. Zeszłam w dół i ruszyłam w stronę Canzo, po drodze minęłam jeszcze jedną kapliczkę poświęconą San Miro, tym razem wzniesioną na skale wyrastającej nieopodal drogi. Przez jakiś czas szłam wzdłuż strumienia; w jego łożysku płynęło niewiele wody, więc wielu wędrowców, którzy przechodzili tą drogą przede mną, układało jeden na drugim płaskie kamienie, ustawiając niewielkie kopczyki, które Włosi nazywają "ometti". Podobny zwyczaj może się komuś wydawać śmieszny i bezużyteczny, jednak od czasów, kiedy wniosłam mój pierwszy kamień na szczyt Monte Mottarone i dołożyłam go do do tych, które położyli inni, będący tam przede mną, ja również nigdy nie omieszkałam ustawiać podobnych kopczyków, choć zdawałam sobie sprawę z tego, że padną ofiarą pierwszej niepogody.

Nie wykluczone, że ta czynność może się wydać bezsensowna, jednak dla mnie zawsze była wyrazem łączności, zarówno z miejscem, w jakim się znalazłam, jak i podobnymi do mnie przechodniami. Być może, u jej podstaw leży chęć zostawienia po sobie śladu na przebytej drodze, podobna do tej, która innych ludzi skłania do rycia napisów na drzewach lub ścianach, jednak zdecydowanie bardziej subtelna i pozbawiona elementu destrukcji, a także dająca przyrodzie szansę na przywrócenie pierwotnego porządku. Jak zwykle podczas moich wycieczek w te strony, idąc wzdłuż potoku Ravella dotarłam do Gajum, gdzie zatrzymałam się na krótki odpoczynek. Lubiłam siadywać pod rozłożystymi drzewami nieopodal źródła, by słuchać szumu potoku płynącego w głębokim jarze. A kiedy zmęczona, lecz szczęśliwa wracałam do Canzo i zagłębiałam się w jego urocze zaułki, po wielokroć przystawałam, żeby jeszcze raz popatrzeć na piękny widok gór dominujących nad miasteczkiem jaki zostawiałam za sobą i na zawsze utrwalić go w mojej pamięci...

Więcej zdjęć z Val Ravella można zobaczyć w albumie >https://photos.google.com/album/AF1QipNyKGkMBgteinEDZBDJ9g3jNhK0rkVbejoaoW1S

sobota, 8 października 2016

Lombardia. Wycieczka na Monte Cornizzolo.



Jednym z najdawniejszych wspomnień, jakie kojarzą mi się pejzażem Brianzy jest widok  Monte Cornizzolo, niezbyt wysokiego wzniesienia leżącego na południowym skraju Triangolo Lariano.
 Jechałam wówczas pociągiem relacji Mediolan - Canzo-Asso, gdzie w małej miejscowości u podnóża Prealp miałam podjąć moją pierwszą pracę na terenie Lombardii. Wtedy też zobaczyłam okolicę, która na przeciąg długich dziesięciu lat stała się moim miejscem do życia i w pewnym sensie moją małą, tymczasową ojczyzną. Jednak ta odległa przyszłość była jeszcze zakryta przed moimi oczami, za to patrząc przez okno pociągu mogłam bez umiaru chłonąć obcy mi pejzaż i z zainteresowaniem spoglądać na tablice z nazwami kolejnych stacji.

 Dziwiło mnie to, że niejednokrotnie były one dwuczłonowe, dopiero po pewnym czasie dowiedziałam się, że są to po prostu nazwy sąsiadujących ze sobą miejscowości, czasami położonych po dwóch stronach torów i na pierwszy rzut oka tworzących jeden organizm. Podróż trwała dość długo, pociąg zatrzymywał się często, a kolejne miasteczka nie porażały urodą. Dopiero kiedy minęliśmy Seveso, okolica nabrała charakteru i wdzięku. Zabudowa, dotychczas ciągnąca się niemal nieprzerwanie i jedynie od czasu do czasu nieco rzednąca, stała się bardziej zwarta, a granice  miejscowości bardziej wyraźne. Za oknem coraz częściej ukazywały się połacie pól, co pozwalało mojemu spojrzeniu biec dalej; dzięki temu mogłam dostrzec rozległe przestrzenie Brianzy, zamknięte na horyzoncie łańcuchem gór

Kiedy pociąg pokonywał odcinek drogi pomiędzy Arosio i Inverigo, po raz pierwszy ujrzałam charakterystyczną sylwetkę Mone Cornizzolo z rozpłatanym zboczem, gdzie pośród lasów porastających jej stoki widać było wnętrze góry zbudowane z biało - różowego granitu.  Ponieważ ten granit był poprzecinany poprzecznymi liniami zieleni, z daleka wyglądało to niczym ogromy tort, z którego odkrojono solidny kawałek. Zorientowałam się, że był to teren kamieniołomu, gdzie warstwami wydobywano materiał, tworząc stopnie w ścianie wyrobiska. Po pewnym czasie, kiedy na stałe zamieszkałam w Lombardii, przywykłam do tego widoku, który mimo to zawsze mnie frapował i niezmiennie  kojarzył z tortem. Kiedy krążyłam po okolicy miałam też okazję spojrzeć na zachodnią grań góry, wznoszącą się łagodnym łukiem w stronę szczytu. Mogłam wtedy dostrzec ścieżkę biegnącą po trawiastym zboczu, znajdującym się ponad linią lasu leżącego u jej podnóża.

 Tu muszę się podzielić fascynacją podobnym widokiem, który nieodmiennie sprawiał, że ogarniała mnie nieprzeparta chęć pójścia takim szlakiem; temu uczuciu zawsze towarzyszyła myśl, że wraz z kolejnymi pokonanymi metrami będzie mi dane zobaczyć wciąż więcej i więcej, że otworzą się przede mną pejzaże i przestrzenie, jakie jedynie przeczuwałam stojąc na dole... To pragnienie było motorem moich wypraw, pozwoliło mi zwalczyć początkowy lęk przed samotnymi wędrówkami i poprawić moją kondycję fizyczną. Dzięki temu pokonałam wiele moich ograniczeń, zyskałam wiarę w siebie i własne siły, a także wewnętrzne przekonanie, iż jedynie ode mnie zależy, jakie wyzwania podejmę i czy wyjdę z nich zwycięsko. Dziesięć lat spędzonych w Lombardii było dla mnie okazją do wielu pięknych wycieczek, jednak zawsze miałam więcej planów, niż czasu dla ich realizacji, więc głównym problemem było dla mnie nie "gdzie", ale "kiedy" i "jak". Pytanie o to kiedy, miało też jeszcze jeden aspekt, a mianowicie pogodowy. Pomijając dni, kiedy padało, albo zanosiło się na burzę więc o wędrówce w góry nie mogło być mowy, trzeba było też zwrócić uwagę na  afę, czyli upał połączony z wilgotnym powietrzem, co powoduje niebezpieczną dla zdrowia duchotę i również nie sprzyja podobnym wyprawom.

 Na Monte Cornizzolo wybierałam się długo, ponieważ mając ją niemal w zasięgu ręki, sądziłam, że kiedyś, kiedy nie będę mała czasu czy ochoty na odleglejszą wyprawę, przyjdzie i na nią kolej, więc wciąż odkładałam ten pomysł na później. Dopiero podczas ostatniego włoskiego lata zdecydowałam, że teraz, albo nigdy - poza tym wciąż miałam przed oczami wspaniały widok, kiedy poprzedniego roku zobaczyłam ją podczas lotu   samolotem, w sąsiedztwie masywu Corni di Canzo, gdzie wiele lat wcześniej po raz pierwszy miałam okazję podziwiać piękno Prealp. Lato tamtego roku nie rozpieszczało pogodą, także dzień, jaki przeznaczyłam na tę wycieczkę nie zapowiadał się dobrze, ranek był mglisty i słońce ledwie prześwitywało, miałam jednak nadzieję, że w ciągu dnia widoczność się poprawi, chociaż doświadczenie mi podpowiadało, że to jest to raczej nadzieja złudna.
 Kiedy dotarłam pociągiem do Erby, welon wilgoci nadal spowijał wszystko wokoło, jednak  mimo to, odważnie wsiadłam do autobusu jadącego do Eupilio, wioski leżącej u podnóża góry na wysokości 383 m n.p.m.

 Cornizzolo ma wysokość 1241 m, więc przewyższenie, jakie miałam do pokonania wynosiło ponad 800 m, wiedziałam też, że od szczytu dzieli mnie mniej więcej 7 km i że prawdopodobnie przynajmniej tyle samo muszę liczyć na powrót (miałam zamiar wracać innym szlakiem). Szybko znalazłam się na obrzeżach Eupilio, gdzie zatrzymałam się nieopodal małego kościółka. Najpierw zobaczyłam tam coś, co wyglądało na polowy ołtarz i chyba nim było w istocie, a tuż obok, na ścianie niewielkiego, wiejskiego budynku, znalazłam pamiątkową tablicę ze zdjęciami dwóch mężczyzn. Napis, jaki na niej umieszczono, mówił o dwóch partyzantach, rozstrzelanych w tym miejscu przez nazistów.
Ta historia wzbudziła moje zainteresowanie, więc po powrocie do domu przeszukałam internet i znalazłam na ten temat kilka informacji, z których wynikało, że pamięć tych poległych nadal jest otoczona szacunkiem miejscowej społeczności i przywoływana podczas lokalnych uroczystości patriotycznych, zaś w miejscu ich śmierci ludzie spotykają się celem wspólnej modlitwy (do tego służył ten polowy ołtarz).
 Po wyjściu poza granice miasteczka ruszyłam przed siebie asfaltową drogą prowadzącą w pobliże szczytu, gdzie znajduje się schronisko SEC "Marisa Consigliere"  a także teren działania lokalnego Aeroklubu, prowadzącego szkółkę lotniarską. W weekendy można tu spotykać wielu rowerzystów, którzy na tej trasie skutecznie szlifują kondycję, gdyż z racji sporego nachylenia i wielu ostrych zakrętów uchodzi ona za jedną z trudniejszych, jednak w dzień powszedni jest tu naprawdę spokojnie i wręcz bezludnie.

 Początkowo droga prowadziła przez las, aż w pewnym momencie doszłam do na pozór opuszczonych zabudowań, gdzie napotkałam stado kóz. Bardzo lubię obserwować kozy, gdyż są to sympatyczne stworzenia, skłonne do różnych figlarnych zachowań. Także i tym razem miałam okazję popatrzeć na kózki, które naśladując koty wdrapały się na wielką stertę drewna, gdzie wylegiwały się w malowniczych pozach. Drugie kozie stado napotkałam kiedy z asfaltowej drogi zboczyłam na leśną ścieżkę. Szczerze mówiąc, nieco się wystraszyłam, gdyż zwierzaki  niczym szalone pędziły przez zarośla, robiąc przy tym sporo hałasu. Ponieważ były poza zasięgiem mojego wzroku, obawiałam się, że mogą to być dziki, lub wataha bezpańskich psów, więc ścierpła mi skóra na myśl o takim niebezpiecznym spotkaniu.

 Kiedy ujrzałam kozy, humor od razu mi się poprawił; tym bardziej, że nie zwracały one na mnie najmniejszej uwagi i spokojnie zajęły się skubaniem trawy na niewielkiej polance. Po chwilowym postoju przewodnik stada zameczał rozkazująco i wszystkie jak jeden mąż rzuciły się galopem w krzaki. Poza kozami i ptakami po drodze na szczyt nie napotkałam żadnego  żywego stworzenia, szczęśliwie ominęło mnie także nieprzyjemne spotkanie z gzami, które podobno na Monte Cornizzolo potrafią się mocno dać we znaki, do tego stopnia, że ta góra ma z ich powodu złą sławę. Pod tym względem miałam fart, za to pogoda kompletnie mnie zawiodła, wilgotnemu powietrzu daleko było do przejrzystości, sylwetki okolicznych gór były mocno rozmyte a dalsze szczyty leżące po drugiej stronie Jeziora Lecco zaledwie majaczyły w głębi. Cała okolica parowała w ogromnym upale, więc również widok Brianzy z jej  uroczymi jeziorami Annone i Pusiano, z pewnością wiele tracił z powodu niesprzyjającej aury.

Jednak musiałam się z tym pogodzić, bo gdybym chciała czekać na lepsze warunki, ta wyprawa (oraz wiele innych) być może nigdy nie doszłaby do skutku. Jak już niejednokrotnie wspominałam, podczas upalnego lata dobra widoczność w Lombardii to rzadkość, a ja,  mając w miesiącu jedynie kilka wolnych dni, musiałam się kontentować tym, co przyniosła pogoda, albo zostać w domu na  co oczywiście nie miałam najmniejszej ochoty. Oprócz słabej widoczności spotkała mnie jeszcze inna niezbyt miła niespodzianka; otóż miałam zamiar wejść na szczyt górską ścieżką widoczną z dołu na zachodnim zboczu i sądziłam, że bez trudu znajdę miejsce, w którym się ona zaczyna, więc nie przyłożyłam się należycie do czytania opisu szlaku w internecie. Początkowo wędrowałam po asfaltowej drodze prowadzącej do schroniska; tym sposobem wyszłam poza linię lasu, aż znalazłam się na wysokości gdzie zaczynają się górskie pastwiska i znalazłam tam punkt orientacyjny, jakim jest wielki, ponad stuletni buk.

Tu gdzieś powinna zaczynać się owa ścieżka, zastanawiałam się, czy powinnam jej szukać w prawo, czy też w lewo od drzewa,  lecz ani rusz nie mogłam sobie tego przypomnieć, więc na chybił, trafił, poszłam w prawo. Niestety, była to zła decyzja, gdyż wejścia na ścieżkę nie znalazłam. Zrobiłam spory kawałek drogi po asfalcie, kiedy za kolejną serpentyną ujrzałam w oddali szczyt góry, nieco po lewej stronie, co niezbicie świadczyło o tym, iż pomyliłam drogę. W tej sytuacji mogłam wrócić w pobliże starego buka i na  nowo rozpocząć poszukiwania, albo pokornie maszerować dalej w stronę schroniska. Uważam, że chodzenie w góry asfaltową drogą to coś, co kompletnie mija się z celem, ale w tym wypadku poddałam się ze względu na stratę czasu, jaka mi groziła gdybym znowu zaczęła błądzić po zboczu, tym bardziej, że musiałam myśleć o znacznie dłuższej drodze powrotnej. Byłam z tego powodu zła na siebie niczym osa, i w tym momencie nawet jadowite gzy nie miałyby u mnie żadnych szans. Mimo wszystko poszłam dalej przed siebie i w niedługim czasie dotarłam w pobliże schroniska wzniesionego przez SEC (Societa Escursionisti Civatesi). Przez chwilę pokręciłam się po okolicy, obejrzałam niewielką kapliczkę oraz zabytkowy krzyż wykuty w kamieniu leżący nieopodal na ziemi, miałam też okazję popatrzeć z góry na  zabytkowy, romański kompleks świątynny San Pietro al Monte, gdzie byłam rok wcześniej o czym pisałam tutaj.

Teraz pozostało mi jedynie wejść na wierzchołek góry, co też uczyniłam, tym razem idąc po ubitej ścieżce. Okazało się, że na tej wysokości słońce świeci dość ostro, lecz za to o wiele łatwiej się oddycha, gdyż opary wilgoci pozostały nieco niżej. Na szczycie wzniesiono duży metalowy krzyż będący także odgromnikiem, posadowiony na okazałym, cementowym cokole, na którym umieszczono pamiątkową tablicę. Pod tym symbolem kultu zastałam stadko złożone z kilku owiec; przez chwilę obserwowałam je z zaciekawieniem z powodu ich dość zaskakującego zachowania.
Otóż trzy owieczki chyba próbowały szukać odrobiny schronienia przed upałem, więc jedna z nich stanęła w cieniu postumentu, a dwie inne schowały głowy pod jej brzuchem.

Nigdy nie widziałam czegoś podobnego, ale byłam pełna uznania dla  sprytu tych zwierząt. Ze szczytu mogłam popatrzeć na zachodnie zbocze, gdzie zobaczyłam  ścieżkę, której początku nie mogłam znaleźć oraz okoliczne góry: Capanna Mara, pasmo Monte Bolettone, ciągnące się aż do Como, Monte Barzaghino, Monte Scioscia i kilka pomniejszych pagórków. Daleko w dole widziałam miasteczko Canzo gdzie miałam zamiar zakończyć moją wędrówkę, a nieopodal Corni di Canzo, za którymi w gęstych oparach wilgoci zaledwie mogłam się domyślać zarysów obu Grigni. Na zachodzie dostrzegłam białą nitkę drogi prowadzącej na Monte Rai gdzie na szczycie ustawiono potężna wieżę antenową. Monte Rai to ciekawe miejsce, na jej zboczu znajdują się formacje skalne, które chętnie bym zobaczyła, nie mówiąc o panoramie okolicy jaka się stamtąd roztacza, więc przez chwilę rozważałam zmianę planu.

Po chwili zastanowienia jednak zrezygnowałam tego z pomysłu; co prawda z Monte Rai także można dojść do Canzo, ale moja i tak długa droga powrotna wydłużyłaby się jeszcze bardziej, a poza tym mam ogromną awersję do wszelkich anten oraz  przekaźników, źle się czuję  w ich pobliżu i z reguły unikam jak przysłowiowego ognia. N ścieżkę do Canzo trafiłam bez trudu, więc ochoczo ruszyłam w dół, aż doszłam do ogromnej skały zwanej Ceppo dell'Angua, wyrastającej ze zbocza. Ponieważ wcześniej kilkakrotnie byłam w dolinie u podnóża  Monte Cornizzolo, nie raz miałam okazję podziwiać tę fascynującą  formację przypominającą głowę cukru. Tym razem ku mojemu wielkiemu zadowoleniu mogłam popatrzeć na nią z drugiej strony i po raz kolejny zadziwiła mnie jej wielkość; rosnące na niej drzewa, mimo iż byłam dość blisko, wydawały się maleńkie, niczym krzaczki.

Cale północne zbocze Monte Cornizzolo jest porośnięte mieszanym lasem z przewagą drzew liściastych, więc szło mi się bardzo przyjemnie, chociaż stroma i kamienista ścieżka wymagała ciągłej uwagi; kilkakrotnie też mój wierny kijek uchronił mnie przed przyspieszonym zjazdem na tylnej części ciała. Niebawem doszłam do koryta malowniczego strumienia Ravella, gdzie latem ciurka niezbyt szeroka strużka wody, lecz jego szerokość i wygładzone kamienie w łożysku świadczą o tym, że kiedy zacznie padać deszcz, ta strużka zamieni się w wielokrotnie szerszą,  rwąca rzekę. Przeszłam przez strumień po prowizorycznej przeprawie ułożonej z kamieni i wyszłam na ładną, brukowaną drogę, będącą częścią geologicznej ścieżki dydaktycznej. Ta zaprowadziła mnie do miejsca zwanego Fonte di Gajum, gdzie oprócz polany ze stołami i ławami piknikowymi oraz restauracji z zapleczem hotelowym, znajduje się źródło, od którego to miejsce wzięło swą nazwę.

 Po krótkim odpoczynku i napełnieniu butelki źródlaną wodą ruszyłam w dalszą drogę, ponieważ miałam zamiar w miarę szybko dotrzeć na dworzec w Canzo. Canzo-Asso jest dobrze skomunikowane z Mediolanem, jeździ tu lokalny pociąg, który zatrzymuje się w Boviso - Masciago, stąd do domu, gdzie mieszkałam, miałam pięć minut drogi.  Jednak Canzo, choć ma niezbyt wielu mieszkańców, jest dość rozległe; to śliczne, malownicze miasteczko, pełne zieleni, z licznymi, ładnymi willami i domkami ukrytymi w zadbanych ogrodach. Oprócz tego posiada też bardzo ładne centrum historyczne, z wieloma domami liczącymi sobie ponad sto lat. W większości przeszły one gruntowną restrukturyzację, więc ich mieszkańcy mogą korzystać z dobrodziejstw cywilizacji, jednak z przyjemnością zauważyłam, że w bramach prowadzących na podwórka pozostawiono zabytkowe, drewniane odrzwia. Bardzo lubiłam Canzo, bywałam tam dość często i szczerze mówiąc, nieco zazdrościłam jego mieszkańcom. Swego czasu, nawet zastanawiałam się, czy nie podjąć pracy w tamtejszym RSA, czyli domu opieki dla osób starszych i przewlekle chorych.

Jednak w takim wypadku należy pamiętać o tym, że po ciepłych miesiącach nadchodzą jesienno - zimowe szarugi i krótkie dni, kiedy to sytuacja zmienia się radykalnie, a życie w takim miejscu staje się dość monotonne. Jednak tym razem mogłam się cieszyć latem i jego urokami, zrobiłam wiele kilometrów, ale byłam bardzo zadowolona z tej wycieczki. Nie tylko doprowadziłam do skutku dawno powzięty zamysł; mimo iż pomyliłam drogę, po raz kolejny mogłam popatrzeć ze szczytu na okolicę, a do tego porównać dwa odmienne światy, czyli południowe i północne zbocze góry. 

    Pomiędzy Monte Cornizzolo, Monte Rai i masywem Corni di Canzo rozciąga się przepiękna  dolina Val Ravella, warta tego, aby jej poświęcić odrębną notatkę, więc niebawem jeszcze raz wrócimy w te strony. 

Więcej zdjęć z tej wycieczki można obejrzeć w albumie>https://photos.google.com/share/AF1QipPbOZAOwZnJIz_LLBebqwuYCZm2E6EpOQs4nfA2NOtFHlkByLHpo6vP0INIkrKBig?key=V0dhN3JEZUdNbDNtUFhwNHlrSFIzOHpRXzJzUTBn