Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

poniedziałek, 31 października 2016

Śmierć to tylko słowo...




Śmierć to tylko słowo, 
ja nie umarłam,
wciąż jestem z wami,
tuż, tuż, w pokoju obok...
Życie jest wieczne,
nie zerwała się nić,
która nas łączyła, 
więc dlaczego mielibyście mnie zapomnieć?
Czy tylko dlatego,
że jestem poza zasięgiem waszych oczu?
Nie odeszłam daleko, jestem na drugim krańcu naszej wspólnej drogi... 

Ktoś, kto czytał mego posta o Monte Lema, być może pamięta historię pewnej pani, pensjonariuszki domu opieki gdzie pracowałam, która nie chciała się pogodzić z chorobą oraz upływem czasu i mimo swej niepełnosprawności przy pomocy męża nadal robiła wycieczki w góry. Niestety, przyszedł dzień, kiedy wyruszyła w swą ostatnią podróż bez powrotu... Jej mąż dał mi na pamiątkę zdjęcie zmarłej z tym pięknym wierszem na odwrocie; w oryginale jest on po włosku, więc przetłumaczyłam go najlepiej, jak umiałam. 

środa, 26 października 2016

Lombardia. Val Ravella i Corni di Canzo


W poprzednim poście pisałam, że Canzo jest ślicznym i klimatycznym miasteczkiem; jego najbliższa okolica to piękne, choć niezbyt wysokie góry, przedzielone zalesioną doliną, od przepływającego przez nią potoku zwaną Val Ravella. W zasadzie nie mam pojęcia dlaczego piszę o niej dopiero teraz, choć wiążą się z nią  jedne z moich pierwszych wspomnień o wycieczkach w Pre -Alpy, z czasów gdy przez kilka miesięcy mieszkałam w pobliskim Caslino d'Erba. Wówczas w wolnym czasie często chodziłam pieszo po okolicy, trafiłam też do Canzo i Gajum. Polubiłam to miasteczko i często tam wracałam, nawet kiedy zamieszkałam w nieco bardziej oddalonym Limbiate, skąd do Canzo miałam godzinę jazdy pociągiem. Pewnego razu odwiedziła mnie moja przyjaciółka Renata, mieszkająca na równinie nieopodal Monzy; bardzo chciałam żeby odetchnęła czystym, górskim powietrzem i zobaczyła moje ulubione miejsca, więc wspólnie wybrałyśmy się do Canzo, a następnie na spacer leśną mulatierą wiodącą z Fonte di Gajum do schroniska Terz'Alpe.

Oczarowane urodą okolicy usiadłyśmy na pniach ściętych drzew leżących nieopodal obudowanego źródła, gapiąc się niczym dwie sroki na zielone stoki gór, które wtedy nie miały dla mnie żadnych nazw, były po prostu kilkoma anonimowymi wzniesieniami. Musiały minąć niemal dwa lata do chwili kiedy zawarłam z nimi bliższą znajomość i mogłam je nazwać po imieniu: Monte Rai, Cornizzolo, Prasanto, Corni di Canzo...Co do tych ostatnich, nie było trudno dokonać ich identyfikacji; dwie skały przypominające kształtem rogi byka, (corni) można zobaczyć z wielu miejsc w obrębie Triangolo Lariano, jak również podczas wycieczek statkiem po jeziorze Como. W zasadzie skały są trzy, zachodnia, centralna i wschodnia, jednak ta ostatnia z daleka jest bardzo mało widoczna, dlatego właśnie dwie pierwsze  nadają górze tę charakterystyczną sylwetkę. Podczas tamtego spaceru chyba połknęłam górskiego bakcyla, bo na dobre zaczęłam myśleć o tym, że chciałabym pójść dalej i wyżej, dotrzeć na szczyt, z którego mogłabym popatrzeć na otaczający mnie świat...

Co prawda od początku mojego pobytu w tych stronach chodziłam na spacery w niższe partie gór, jednak to mnie nie zadowalało; w tamtej chwili, kiedy miałam je na wyciągniecie ręki, to pragnienie wejścia na szczyt stało się moją idee fixe i w głębi ducha wiedziałam już, że nie spocznę, aż przybierze ono realny kształt. Ktoś mógłby zapytać co stało na przeszkodzie jego realizacji i dlaczego wydawało mi się to takie trudne? Pierwszym powodem była moja niedostateczna znajomość regionu, włoskich realiów oraz języka. Oczywiście nieźle sobie radziłam w wielu sprawach dnia codziennego, jednak daleko mi było do tego, aby czuć się pewnie i swobodnie w każdej nowej dla mnie sytuacji, tym bardziej, że w zasadzie nie miałam tam żadnego towarzystwa, na które mogłabym liczyć podczas takiej wycieczki. Brakowało mi też odwagi, aby wypuszczać się na samotne wędrówki, w bądź, co bądź obcym kraju, tym bardziej, że nawet w naszych polskich górach byłam zaledwie kilka razy i zawsze z inną osobą o większym doświadczeniu w tej mierze.

Dopiero kiedy po raz kolejny zmieniłam pracę, w nowej placówce spotkałam kilka osób nieźle zorientowanych w tym temacie, więc mogłam porozmawiać z kolegami, którzy chętnie odpowiadali na moje pytania i dzielili się swoimi doświadczeniami. Żałowałam jedynie, że jeden z najlepiej poinformowanych mówił nie tyle po włosku, co lokalnym dialektem, a do tego niezbyt wyraźnie, więc choć zmuszałam mój umysł do niesamowitego wysiłku próbując analizować na bieżąco jego wypowiedzi, niewiele z nich rozumiałam, co mnie straszliwie stresowało. Na szczęście inny kolega, rodowity Włoch obecny przy takiej rozmowie, powiedział mi na ucho, że czuje się równie niedoinformowany, to bardzo poprawiło mi humor i od tej chwili przestałam się czuć jak kompletna ignorantka. Miałam też to szczęście, że dogadałam się z jedną z koleżanek, która także miała ochotę na podobną wycieczkę; jedyną przeszkodą był grafik dyżurów, gdyż trudno nam było zsynchronizować nasze dni wolne od pracy. W ten sposób minęło kilka tygodni, aż pod koniec maja nadszedł ów upragniony dzień i wraz z Graziellą wsiadłam do pociągu jadącego w stronę Canzo. Pomaszerowałyśmy znajomą drogą do Fonte di Gajum i dalej wzdłuż potoku Ravella, a następnie w stronę Terz'Alpe i Corni di Canzo. Szlak  na szczyt nie jest trudny a ścieżka wygodna, więc mimo wysokości ponad 1000 m n.p.m. chodzą tam nawet rodziny z małymi dziećmi.

Spotkałyśmy jedną z nich, była to para Francuzów z trójką maluchów, dwoje starszych, wyglądających na jakieś cztery i sześć lat maszerowało na własnych nogach, a najmłodsze, mające chyba około roku, ojciec niósł w nosidle na plecach. Szli bardzo wolno, ale widać było, że mają w tym względzie praktykę i z pewnością nie jest to ich pierwsza wyprawa tego rodzaju. Szczerze mówiąc, nieco im zazdrościłam, ponieważ dla osoby, która  tak jak ja, całe życie mieszkała na nizinie, wspinanie się było dość trudne; miałam problem ze znalezieniem właściwego rytmu i wyregulowaniem oddechu, co powodowało, że szybko się męczyłam. Jednak mimo to dotarłyśmy na szczyt, a widok, jaki się przed nami roztoczył, był naprawdę wart każdej fatygi! Poniżej miałyśmy zalesione północno - wschodnie zbocze góry, dalej leżała błękitna tafla jeziora Lecco, a poza nią  Alpy Bergamskie z Grigną i Grignettą na pierwszym planie.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam ile miałam szczęścia, że podczas tej pierwszej wycieczki okolica pokazała mi się całej krasie, a nie opatulona zasłoną wilgotnego powietrza, jak to miało miejsce wiele razy podczas moich następnych wypraw w góry. Tamtego dnia pogoda była wspaniała, powietrze przejrzyste, a po niebie płynęły piękne, białe cumulusy. Niestety, był to czas, kiedy nawet nie myślałam o robieniu zdjęć, również Graziella nie wzięła ze sobą aparatu fotograficznego, więc ten widok pozostał jedynie odbitką w archiwum mojej pamięci...(Zdjęcie zamieszczone powyżej w przybliżeniu przedstawia panoramę, jaką wtedy oglądałyśmy, jednak zostało zrobione kilka lat po tej wycieczce, nieopodal podnóża Corni di Canzo.)  Poprzestałyśmy na przechadzce w pobliżu skalnych rogów wyrastających ze szczytu wzniesienia, bo choć można na nie wejść dzięki systemowi poręczy i łańcuchów, potrzebne jest do tego doświadczenie we wspinaczce oraz odpowiedni sprzęt, a my nie dysponowałyśmy ani jednym, ani drugim. Podczas drogi powrotnej niebacznie zeszłam na chwilę ze ścieżki, a po kilku krokach na moje nieszczęście natknęłam się na okazałego węża, pełzającego w trawie.

Wąż chyba też nie był zadowolony ze spotkania, ponieważ oboje uciekaliśmy z tego miejsca równie szybko, tyle, że on nie wrzeszczał ze strachu, jak to było w moim przypadku. Nie miałam czasu, aby mu się przyjrzeć, ale prawdopodobnie był po prostu nieszkodliwym zaskrońcem, jednak dla mnie to nie miało znaczenia, gdyż wydał mi się gadem co najmniej na miarę tego, który w herbie Sforzów pożera Saracena. To był jedyny niemiły moment tej wycieczki, na szczęście niebawem dotarłyśmy do schroniska Terz'Alpe, gdzie zanim ruszyłyśmy w drogę powrotną do Canzo, mogłyśmy wzmocnić nadwątlone siły filiżanką espresso. Obydwie byłyśmy zadowolone z tej wyprawy, a nawet umówiłyśmy się na następną, celem zdobycia góry Capanna Mara leżącej nieopodal Erby, co zresztą doszło do skutku kilka tygodni później. Na Corni di Canzo już nie wróciłam, ale kilkakrotnie odwiedzałam różne szlaki w obrębie Val Ravella, gdyż w moich oczach była ona skończenie piękna i nie znajdowałam w niej nic, co by mnie raziło. Choć jest to miejsce bardzo popularne i uczęszczane, w dni powszednie spotyka się tam jedynie pojedyncze osoby, przy takich okazjach większość ludzi przystaje na chwilę, aby się pozdrowić i zamienić kila słów na temat pogody czy szlaku; inni ograniczają się jedynie do krótkiego "salve" okraszonego uśmiechem.


Nie ma w tym nic wymuszonego, jest to raczej spontaniczny odruch wędrowców, których łączy ta sama pasja. Bardzo szybko przyswoiłam sobie ten obyczaj i muszę powiedzieć, że był to jeden z powodów, dla których w lombardzkich górach czułam się dobrze i bezpiecznie, nawet wtedy, kiedy zaczęłam chodzić w pojedynkę. Zresztą podobnie rzecz się miała w niewielkich miasteczkach i wioskach na pogórzu; idąc za przykładem miejscowych, kiedy w wąskiej uliczce spotykałam kogoś oko w oko, zamiast przejść obojętnie wymieniałam z nim kilka słów pozdrowienia. To zawsze procentowało, nie tylko natychmiastową poprawą nastroju, często przy tej okazji dowiadywałam się istotnych szczegółów o okolicy, albo otrzymywałam różne użyteczne rady. Włosi są narodem gościnnym i z sercem na dłoni (przynajmniej ja ich tak postrzegałam) być może czasem jest to nieco powierzchowne, jednak w przelotnych, niezobowiązujących kontaktach bardzo miłe. Ale wróćmy do Val Ravella - jest to nie tylko miejsce bardzo piękne, oprócz tego ma ono do zaoferowania wiele walorów poznawczych a osobom wierzącym daje okazję do wzruszeń natury religijnej. Reasumując, jest w stanie zapewnić wędrowcowi zarówno coś dla ciała, serca, ducha i umysłu. Pisałam już o aspekcie turystycznym, w następnych akapitach spróbuję opisać pozostałe walory, począwszy od poznawczego.

 Otóż ta okolica jest bardzo ciekawa pod względem geologicznym i można tu znaleźć wiele interesujących mezozoicznych formacji skalnych pochodzenia morskiego, zawierających przeróżne skamieniałości, miedzy innymi liczne odciski dwuskorupowego mięczaka Conchodon. Lodowce, które się przemieszczały przez te tereny, pozostawiły liczne głazy narzutowe i depozyty morenowe. To spowodowało, że dzięki staraniom lokalnej społeczności  w dolinie stworzono Sentiero Geologico, czyli geologiczną ścieżkę dydaktyczną. Dzięki temu, idąc wyznaczonym szlakiem, można zobaczyć min. ogromy zielonkawy serpentyn, pstrokate granity i gnejsy. Przy poszczególnych głazach umieszczono tablice ze szczegółowymi, a jednocześnie bardzo przystępnie podanymi informacjami. Poza tym w Gajum, gdzie ścieżka ma swój początek jest jej dokładny opis wraz z oznaczeniami poszczególnych elementów, jakie można zobaczyć podczas wędrówki, natomiast w  zabytkowym domostwie zwanym Prim'Alpe (lub Alpe Grasso) znajduje się centrum edukacji ekologicznej, więc Canzo i jego ścieżka jest obowiązkowym celem licznych szkolnych wycieczek.

 Sentiero dzieli się na dwie części, pierwsza kończy się nieopodal kaplicy San Miro, natomiast druga wiedzie dalej w góry, obok schroniska Terz'Alpe na wysokość ponad 1100 m, gdzie znajduje się Sasso Malascarpa, skała, która swoim wyglądem przypomina mur wzniesiony z gigantycznych głazów. Przejście całej ścieżki trwa 3- 4 godziny, więc jest to wycieczka na cały dzień. Ja niestety nie dotarłam do jej krańca, za to podczas moich wypraw na okoliczne szczyty kilkakrotnie przemierzałam różne jej etapy, więc przy okazji mogłam poszerzyć moją wiedzę w zakresie geologii i zaczęłam innym okiem patrzeć na otaczającą mnie przyrodę. Słyszałam też, że podobno Leonardo da Vinci malując swoją "Madonnę wśród skał" jako tło obrazu wykorzystał pejzaż Monte Cornizzolo, nie mam pojęcia, jakie miejsce konkretnie, jednak trudno się dziwić temu wyborowi zważywszy na urodę okolicy. Leonardo w czasach gdy mieszkał w Mediolanie dużo podróżował po Lombardii, więc nie wykluczone, że był także i w tych stronach...

Moim ulubionym punktem była Marmitta dei Giganti, czyli głęboka jama o żwirowym dnie, wypełniona krystalicznie czystą wodą o turkusowoniebieskim kolorze. Podobne twory geologiczne nie są rzadkością na terenie Alp, gdzie czasami nazywane są też studniami diabła. Powstawały one gdy woda spływająca z topniejących lodowców wprawiała kamienie i piasek ruch, te zaś obracając się drążyły zagłębienie w miękkiej skale. Większość z nich ma średnicę około metra i podobną głębokość, choć zdarzają się też dużo większe, mające od czterech do pięciu metrów średnicy, a głębokość nawet do sześciu! Marmitta w Val Ravella należy do tych mniejszych, ale mimo to, robi wrażenie dzięki czystości i barwie wody.  Sentiero Geologico nosi imię Giorgio Achermanna, który był jej pomysłodawcą. Mimo, iż urodził się w Szwajcarii, został Włochem z wyboru, ożenił się z Włoszką i zamieszkał w niedalekiej  Erbie, gdzie zmarł w 1995 roku.

Giorgio Achermann, pracował jako dziennikarz, z zamiłowania był ekologiem, a dzięki  niemu  na terenie Brianzy powstało Gruppo Naturalistico bella Brianza, prężna organizacja, składająca się z ludzi działających na rzecz środowiska naturalnego. Achermann oddał nieocenione zasługi swojej przybranej ojczyźnie w zakresie ochrony środowiska, a także niestrudzenie pracując na rzecz podniesienia świadomości społecznej w zakresie ekologii. Muszę powiedzieć, iż bardzo mi zaimponował swymi działaniami, tym bardziej, że zaciekle (choć niestety nieskutecznie) walczył z projektem wzniesienia wieży przekaźnikowej na Monte Rai, straszydła, o którym pisałam w poprzednim poście. Podczas moich krótszych i dłuższych spacerów na terenie Val Ravella, miałam okazję wędrować zarówno ścieżką w dolinie prowadzącą wzdłuż potoku, jak i wyżej położoną mulatierą, wiodącą przez las.

 Ta mulatiera zaczyna się w Gajum a kończy na wysokości 800 m n.p.m.przy Terz'Alpe. Bardzo lubiłam chodzić tym szlakiem ponieważ po drodze mijałam pięknie położone Prim'Alpe, później dochodziłam do miejsca, gdzie można zobaczyć ruiny Second' Alpe (inaczej zwane Alpe Betulli, lub Alpe del Sole ze względu na wyjątkowo korzystne położenie na nasłonecznionym stoku ) domostwa, które ma swoją fascynującą historię, o czym napiszę nieco dalej w związku z duchowym aspektem wędrówki w obrębie doliny. Tuż obok mijałam kapliczkę poświęconą San Miro, a nieopodal jeszcze jedną, malutką i dość skromną. Ta mniejsza ma swoją ciekawą historię; otóż wznieśli ją członkowie grupy Rovers Scout z Medy, którzy umieścili w niej wizerunek San Girolamo  i napis wyryty na marmurowej tabliczce który głosi:

Wysoko ponad ziemią, my Rovers Scout wznieśliśmy tę kapliczkę ku czci naszego patrona San Girolamo oraz dla upamiętnienia naszego brata Felice. Klan Rovers Scout z Medy 16.10.1945


Zadumałam się nad tą tabliczką i nad tym, kim byli ci chłopcy z niedalekiej, lecz leżącej na równinie Medy, złączeni braterską przysięgą skautów i kim był Felice? Dlaczego odszedł tak wcześnie? Rovers Scout, czyli starsi skauci, zwani we Włoszech Wędrowcami, mieli zwykle od 17 do 21 lat, co z pewnością nie jest wiekiem do umierania... Czy zmarł z powodu choroby, a może w jakimś tragicznym wypadku? Jednak najbardziej wzruszyło mnie to, że kapliczka była odnowiona i bardzo zadbana, stały tam kwiaty oraz znicze, również jej otoczenie było uporządkowane, więc widać było, iż są osoby, które nadal pamiętają o tym miejscu i poświęcają mu swój czas...
 Podczas wypraw w góry niejednokrotnie się zdarzało, że przystawałam zachwycona i z trudem mi przychodziło rozstanie z jakimś fragmentem pejzażu. Natomiast w obrębie Val Ravella podobało mi się wszystko; idąc mulatierą wiodącą do Terz'Alpe mogłam do woli popatrzeć z góry na tę piękną, zalesioną dolinę, gdzie na wprost miałam Monte Prasanto, Monte Rai i Monte Cornizzolo.

W poprzednim poście pisałam, że ze zbocza tej ostatniej wyrasta ogromna skała zwana Ceppo d'Angua; kiedy przechodziłam nieopodal wręcz przytłaczała mnie swoim ogromem, jednak nie budziło to we mnie uczucia lęku, raczej wielki podziw dla tego tworu przyrody. Jej nazwa nawiązuje do legend o fantastycznych, wodnych istotach zwanych "angue" lub "aguane"  i zapewne ma związek z przepływającym u jej stóp potokiem Ravella. Równie podobał mi się nasłoneczniony las na przeciwległym zboczu, ciągnący się wokół mulatiery; jest tam dużo drzew iglastych, więc ziemię zawsze pokrywa gruba warstwa brązowych szpilek, jakie z nich opadły; można też tam znaleźć wielkie, sosnowe szyszki, niejednokrotnie mające długość przekraczającą trzydzieści centymetrów. Mulatiera kończy się przy Terz'Alpe, gdzie wędrowiec musi dokonać wyboru: może iść dalej, w wyższe partie gór, albo zawrócić i wejść na tę część ścieżki geologicznej, która zmierza do Fonte di Gajum i San Miro. Po przejściu na drugą stronę potoku znajdziemy się w miejscu, skąd jeden szlak prowadzi w dół do Canzo, a drugi w górę, do sanktuarium.

Ten drugi wariant  (jak to pisałam na wstępie) ma aspekt duchowy, gdyż jest związany z człowiekiem. który w tym miejscu spędził większą część swego życia, a po śmierci został uznany za świętego. Nazywał się on Miro Paredi i przyszedł na świat w domostwie dziś znanym jako Second' Alpe (dlatego też wzniesiono tam kaplicę jego imienia, o której wspominałam powyżej). Jak pisałam, do naszych czasów z tych zabudowań pozostały jedynie ruiny; na szczęście w porę zostały zabezpieczone i oczyszczone z zarastającej je roślinności, zadbano także o ustawienie tablic poglądowych, dzięki czemu możemy zobaczyć z jakich pomieszczeń składało się obejście i jakie pełniło funkcje. Legenda mówi, że małżonkowie Paredi mieli około sześćdziesiątki kiedy ich dziecko przyszło na świat, dlatego uznano to za cud, znalazło to odbicie w imieniu, jakie mu nadano. Nie ma zgody co do roku jego urodzenia, jedne źródła podają, rok 1306, zaś inne 1336. Tak, czy inaczej, Miro już jako dziecko został oddany pod opiekę bogobojnego pustelnika, a kiedy dorósł, poszedł w jego ślady. Majątek odziedziczony po rodzicach oddał ubogim, a sam wiódł życie eremity w grocie po drugiej stronie strumienia, leżącej niemal na wprost jego rodzinnego domu. San Miro poprzez swe modły kilkakrotnie miał sprawić, że po okresach posuchy spadały deszcze, co ratowało ludzi przed utratą plonów i śmiercią głodową.

Z tego powodu jest on nazywany "Santo della pioggia" czyli "Świętym od deszczu", przypisuje mu się też modlitwę, którą w 1975 roku powtórzył papież Paweł VI, kiedy to długotrwała susza  trapiła wiele rejonów na całym świecie. San Miro pod koniec życia powędrował do Onno, skąd w cudowny sposób przeprawił się na drugi brzeg jeziora. Ponieważ nie miał pieniędzy, przewoźnik nie chciał go zabrać na swoją łódź; wtedy pielgrzym miał rzucić na wodę swój płaszcz, na którym pokonał wodne odmęty. (Jest tu zadziwiająca zbieżność z tym, czego miał dokonać San Giulio, o którym pisałam tutaj.) Następnie kontynuował swą wędrówkę po wschodnim brzegu jeziora, aż dotarł do Sorico, miejscowości leżącej na jego północnym krańcu, gdzie niebawem zmarł. W połowie XVII wieku, nieopodal groty gdzie spędził większą część swego życia, wzniesiono małe sanktuarium i domek dający schronienie braciom zakonnym sprawującym tam posługę kapłańską.  Z biegiem czasu cały obiekt uległ częściowej destrukcji, mimo to dotrwał do czasów, kiedy znaleźli się ludzie, którzy w 1994 roku podjęli prace renowacyjne, co upamiętniono wyryciem ich imion na niewielkim kamieniu wmurowanym w północną ścianę kościoła. Również dom mieszkalny wyremontowano, dzięki czemu dziś służy on pielgrzymom oraz osobom szukającym miejsca odosobnienia, gdzie można oddać się rozmyślaniom i modlitwie. Wysoko, w skalnej ścianie na wprost kościółka, znajduje się ciasna i ciemna jama z figurką Madonny, jest to wejście do groty gdzie mieszkał San Miro.

 Poniżej jest obudowane źródło, o którym wieść gminna głosi, że trysnęło ze skały dzięki modlitwie świętego a jego woda ma moc uzdrawiania niektórych chorób. Po prawej stronie sanktuarium, na zboczu Monte Cornizzolo, leżą wielkie, obłe głazy, a pomiędzy nimi sączy się strużka wody zmierzająca do potoku Ravella. Zaczęłam się po nich wspinać niczym po monumentalnych schodach, a kiedy znalazłam się na zboczu powyżej kościoła, znów zachwycił mnie widok, jaki roztaczał się z tego miejsca. Głazy stawały się coraz większe, a droga coraz trudniejsza, więc dalsze wspinanie się po nieoznaczonym szlaku nie miało sensu. Zeszłam w dół i ruszyłam w stronę Canzo, po drodze minęłam jeszcze jedną kapliczkę poświęconą San Miro, tym razem wzniesioną na skale wyrastającej nieopodal drogi. Przez jakiś czas szłam wzdłuż strumienia; w jego łożysku płynęło niewiele wody, więc wielu wędrowców, którzy przechodzili tą drogą przede mną, z płaskich kamieni ustawiali niewielkie kopczyki, które Włosi nazywają "ometti". Podobny zwyczaj może się komuś wydawać śmieszny i bezużyteczny, jednak od czasów, kiedy wniosłam mój pierwszy kamień na szczyt Monte Mottarone i dołożyłam go do do tych, które położyli inni, będący tam przede mną, ja również nigdy nie omieszkałam ustawiać podobnych kopczyków, choć zdawałam sobie sprawę z tego, że padną ofiarą pierwszej niepogody.

Nie wykluczone że ta czynność może się wydać bezsensowna, jednak dla mnie zawsze była wyrazem łączności, zarówno z miejscem, w jakim się znalazłam, jak i podobnymi do mnie przechodniami. Być może, u jej podstaw leży chęć zostawienia po sobie śladu, podobna do tej, która skłania ludzi do rycia napisów na drzewach lub ścianach, jednak chyba nieco bardziej subtelna i pozbawiona elementu destrukcji, a także dająca przyrodzie szansę na przywrócenie pierwotnego porządku. Jak zwykle podczas moich wycieczek w te strony, idąc wzdłuż potoku Ravella dotarłam do Gajum, gdzie zatrzymałam się na krótki odpoczynek. Lubiłam siadywać pod rozłożystymi drzewami nieopodal źródła i słuchać szumu potoku płynącego w głębokim jarze. A kiedy zmęczona, lecz szczęśliwa wracałam do Canzo i zagłębiałam się w jego urocze zaułki, po wielokroć przystawałam, żeby jeszcze raz popatrzeć na piękny widok, jaki zostawiałam za sobą i na zawsze utrwalić go w mojej pamięci...

Więcej zdjęć z Val Ravella można zobaczyć w albumie >https://photos.google.com/album/AF1QipNyKGkMBgteinEDZBDJ9g3jNhK0rkVbejoaoW1S

sobota, 8 października 2016

Lombardia. Wycieczka na Monte Cornizzolo.


Jednym z najdawniejszych wspomnień, jakie kojarzą mi się pejzażem Brianzy jest widok  Monte Cornizzolo, niezbyt wysokiego wzniesienia leżącego na południowym skraju Triangolo Lariano.
 Jechałam wówczas pociągiem relacji Mediolan - Canzo-Asso, gdzie w małej miejscowości u podnóża Prealp miałam podjąć moją pierwszą pracę na terenie Lombardii. Wtedy też zobaczyłam okolicę, która na przeciąg długich dziesięciu lat stała się moim miejscem do życia i w pewnym sensie moją małą, tymczasową ojczyzną. Jednak ta odległa przyszłość była jeszcze zakryta przed moimi oczami, za to patrząc przez okno pociągu mogłam bez umiaru chłonąć obcy mi pejzaż i z zainteresowaniem spoglądać na tablice z nazwami kolejnych stacji.

 Dziwiło mnie to, że niejednokrotnie były one dwuczłonowe, dopiero po pewnym czasie dowiedziałam się, że są to po prostu nazwy sąsiadujących ze sobą miejscowości, czasami położonych po dwóch stronach torów i na pierwszy rzut oka tworzących jeden organizm. Podróż trwała dość długo, pociąg zatrzymywał się często, a kolejne miasteczka nie porażały urodą. Dopiero kiedy minęliśmy Seveso, okolica nabrała charakteru i wdzięku. Zabudowa, dotychczas ciągnąca się niemal nieprzerwanie  i jedynie od czasu do czasu nieco rzednąca, stała się bardziej zwarta, a granice  miejscowości bardziej wyraźne. Za oknem coraz częściej ukazywały się połacie pól, co pozwalało mojemu spojrzeniu biec dalej; dzięki temu mogłam dostrzec rozległe przestrzenie Brianzy, zamknięte na horyzoncie łańcuchem gór

Kiedy pociąg pokonywał odcinek drogi pomiędzy Arosio i Inverigo, po raz pierwszy ujrzałam charakterystyczną sylwetkę Mone Cornizzolo z rozpłatanym zboczem, gdzie pośród lasów porastających jej stoki widać było wnętrze góry zbudowane z biało - różowego granitu.  Ponieważ ten granit był poprzecinany poprzecznymi liniami zieleni, z daleka wyglądało to niczym ogromy tort, z którego odcięto solidny kawałek. Zorientowałam się, że był to teren kamieniołomu, gdzie warstwami wydobywano materiał, tworząc stopnie w ścianie wyrobiska. Po pewnym czasie, kiedy na stałe zamieszkałam w Lombardii, przywykłam do tego widoku, który mimo to zawsze mnie frapował i niezmiennie  kojarzył z tortem. Kiedy krążyłam po okolicy miałam też okazję spojrzeć na zachodnią grań góry, wznoszącą się łagodnym łukiem w stronę szczytu. Mogłam wtedy dostrzec ścieżkę biegnącą po trawiastym zboczu, znajdującym się ponad linią lasu leżącego u jej podnóża.

 Tu muszę się podzielić fascynacją podobnym widokiem, który nieodmiennie sprawiał, że ogarniała mnie nieprzeparta chęć pójścia takim szlakiem; temu uczuciu zawsze towarzyszyła myśl, że wraz z kolejnymi pokonanymi metrami będzie mi dane zobaczyć wciąż więcej i więcej, że otworzą się przede mną pejzaże i przestrzenie, jakie jedynie przeczuwałam stojąc na dole... To pragnienie było motorem moich wypraw, pozwoliło mi zwalczyć początkowy lęk przed samotnymi wędrówkami i poprawić moją kondycję fizyczną. Dzięki temu pokonałam wiele moich ograniczeń, zyskałam wiarę w siebie i własne siły, a także wewnętrzne przekonanie, iż jedynie ode mnie zależy, jakie wyzwania podejmę i czy wyjdę z nich zwycięsko. Dziesięć lat spędzonych w Lombardii było dla mnie okazją do wielu pięknych wycieczek, zawsze miałam więcej planów, niż czasu dla ich realizacji, więc głównym problemem było dla mnie nie "gdzie", ale "kiedy" i "jak". Pytanie o to kiedy, miało też jeszcze jeden aspekt, a mianowicie pogodowy. Pomijając dni, kiedy padało, albo zanosiło się na burzę więc o wędrówce w góry nie mogło być mowy, trzeba było też zwrócić uwagę na  afę, czyli upał połączony z wilgotnym powietrzem, co powoduje niebezpieczną dla zdrowia duchotę i również nie sprzyja podobnym wyprawom.

 Na Monte Cornizzolo wybierałam się długo, ponieważ mając ją niemal w zasięgu ręki, sądziłam, że kiedyś, kiedy nie będę mała czasu czy ochoty na odleglejszą wyprawę, przyjdzie i na nią kolej, więc wciąż odkładałam ten pomysł na później. Dopiero podczas ostatniego włoskiego lata zdecydowałam, że teraz, albo nigdy, poza tym wciąż miałam przed oczami wspaniały widok, kiedy poprzedniego roku zobaczyłam ją podczas lotu   samolotem, w sąsiedztwie masywu Corni di Canzo, gdzie wiele lat wcześniej po raz pierwszy miałam okazję podziwiać piękno Prealp. Lato tamtego roku nie rozpieszczało pogodą, także dzień, jaki przeznaczyłam na tę wycieczkę nie zapowiadał się dobrze, ranek był mglisty i słońce ledwie prześwitywało, miałam jednak nadzieję, że w ciągu dnia widoczność się poprawi, chociaż doświadczenie mi podpowiadało, że to jest to raczej nadzieja złudna.
 Kiedy dotarłam pociągiem do Erby, welon wilgoci nadal spowijał wszystko wokoło, jednak  mimo to, odważnie wsiadłam do autobusu jadącego do Eupilio, wioski leżącej u podnóża góry na wysokości 383 m n.p.m.

 Cornizzolo ma wysokość 1241 m, więc przewyższenie, jakie miałam do pokonania, wynosiło ponad 800 m, wiedziałam też, że od szczytu dzieli mnie mniej więcej 7 km i że prawdopodobnie przynajmniej tyle samo muszę liczyć na powrót (miałam zamiar wracać innym szlakiem). Szybko znalazłam się na obrzeżach Eupilio, gdzie zatrzymałam się nieopodal małego kościółka. Najpierw zobaczyłam tam coś, co wyglądało na polowy ołtarz i chyba nim było w istocie, a tuż obok, na ścianie niewielkiego, wiejskiego budynku znalazłam pamiątkową tablicę ze zdjęciami dwóch mężczyzn. Napis, jaki na niej umieszczono mówił o dwóch partyzantach, rozstrzelanych w tym miejscu przez nazistów.
Ta historia wzbudziła moje zainteresowanie, więc po powrocie do domu przeszukałam internet i znalazłam na ten temat kilka informacji, z których wynikało, że pamięć tych poległych jest otoczona szacunkiem miejscowej społeczności i przywoływana podczas lokalnych uroczystości patriotycznych, zaś w miejscu ich śmierci ludzie nadal spotykają się celem wspólnej modlitwy (do tego służył ten polowy ołtarz).
 Po wyjściu poza granice miasteczka ruszyłam przed siebie asfaltową drogą prowadzącą w pobliże szczytu, gdzie znajduje się schronisko SEC "Marisa Consigliere"  a także teren działania lokalnego Aeroklubu, prowadzącego szkółkę lotniarską. W weekendy spotyka się tu wielu rowerzystów, którzy na tej trasie skutecznie szlifują kondycję, gdyż z racji sporego nachylenia i wielu ostrych zakrętów uchodzi ona za jedną z trudniejszych, jednak w dzień powszedni jest tu naprawdę spokojnie i wręcz bezludnie.

 Początkowo droga prowadziła przez las, aż w pewnym momencie doszłam do na pozór opuszczonych zabudowań, gdzie napotkałam stado kóz. Bardzo lubię obserwować kozy, gdyż są to sympatyczne stworzenia, skłonne do różnych figlarnych zachowań. Także i tym razem miałam okazję popatrzeć na kózki, które naśladując koty wdrapały się na wielką stertę drewna, gdzie wylegiwały się w malowniczych pozach. Drugie kozie stado napotkałam kiedy z asfaltowej drogi zboczyłam na leśną ścieżkę. Szczerze mówiąc, nieco się wystraszyłam, gdyż zwierzaki  niczym szalone pędziły przez zarośla, robiąc przy tym sporo hałasu. Ponieważ były poza zasięgiem mojego wzroku, obawiałam się, że mogą to być dziki, lub wataha bezpańskich psów, więc ścierpła mi skóra na myśl o takim niebezpiecznym spotkaniu.

 Kiedy ujrzałam kozy, humor od razu mi się poprawił; tym bardziej, że nie zwracały one na mnie najmniejszej uwagi i spokojnie zajęły się skubaniem trawy na niewielkiej polance. Po chwilowym postoju przewodnik stada zameczał rozkazująco i wszystkie jak jeden mąż rzuciły się galopem w krzaki. Poza kozami i ptakami po drodze na szczyt nie napotkałam żadnego  żywego stworzenia, szczęśliwie ominęło mnie także nieprzyjemne spotkanie z gzami, które podobno na Monte Cornizzolo potrafią się mocno dać we znaki, do tego stopnia, że ta góra ma z ich powodu złą sławę. Pod tym względem miałam fart, za to pogoda kompletnie mnie zawiodła, wilgotnemu powietrzu daleko było do przejrzystości, sylwetki okolicznych gór były mocno rozmyte a dalsze szczyty leżące po drugiej stronie Jeziora Lecco zaledwie majaczyły w głębi. Cała okolica parowała w ogromnym upale, więc również widok Brianzy z jej  uroczymi jeziorami Annone i Pusiano, z pewnością wiele tracił z powodu niesprzyjającej aury.

Jednak musiałam się z tym pogodzić, bo gdybym chciała czekać na lepsze warunki, ta wyprawa (oraz wiele innych) być może nigdy nie doszłaby do skutku. Jak już niejednokrotnie wspominałam, podczas upalnego lata dobra widoczność w Lombardii to rzadkość, a ja,  mając w miesiącu jedynie kilka wolnych dni, musiałam się kontentować tym, co przyniosła pogoda, albo zostać w domu, do czego oczywiście nie miałam najmniejszej ochoty. Oprócz słabej widoczności spotkała mnie jeszcze inna niezbyt miła niespodzianka; otóż miałam zamiar wejść na szczyt górską ścieżką widoczną z dołu na zachodnim zboczu i sądziłam, że bez trudu znajdę miejsce, w którym się ona zaczyna, więc nie przyłożyłam się należycie do czytania opisu szlaku w internecie. Początkowo wędrowałam po asfaltowej drodze prowadzącej do schroniska; tym sposobem wyszłam poza linię lasu, aż znalazłam się na wysokości gdzie zaczynają się górskie pastwiska i znalazłam tam punkt orientacyjny, jakim jest wielki, ponad stuletni buk.

Tu gdzieś powinna zaczynać się owa ścieżka, zastanawiałam się, czy powinnam jej szukać w prawo, czy też w lewo od drzewa,  lecz ani rusz nie mogłam sobie tego przypomnieć, więc na chybił, trafił, poszłam w prawo. Niestety, była to zła decyzja, gdyż wejścia na ścieżkę nie znalazłam. Zrobiłam spory kawałek drogi po asfalcie, kiedy za kolejną serpentyną ujrzałam w oddali szczyt góry, nieco po lewej stronie, co niezbicie świadczyło o tym, iż pomyliłam drogę. W tej sytuacji mogłam wrócić w pobliże starego buka i na  nowo rozpocząć poszukiwania, albo pokornie maszerować dalej w stronę schroniska. Uważam, że chodzenie w góry asfaltową drogą to coś, co kompletnie mija się z celem, ale w tym wypadku poddałam się ze względu na stratę czasu, jaka mi groziła gdybym znowu zaczęła błądzić po zboczu, tym bardziej, że musiałam myśleć o znacznie dłuższej drodze powrotnej. Byłam z tego powodu zła na siebie niczym osa, i w tym momencie nawet jadowite gzy nie miałyby u mnie żadnych szans. Mimo wszystko poszłam dalej przed siebie i w niedługim czasie dotarłam w pobliże schroniska wzniesionego przez SEC (Societa Escursionisti Civatesi). Przez chwilę pokręciłam się po okolicy, obejrzałam niewielką kapliczkę oraz zabytkowy krzyż wykuty w kamieniu leżący nieopodal na ziemi, miałam też okazję popatrzeć z góry na  zabytkowy, romański kompleks świątynny San Pietro al Monte, gdzie byłam rok wcześniej o czym pisałam tutaj.

Teraz pozostało mi jedynie wejść na wierzchołek góry, co też uczyniłam, tym razem idąc po ubitej ścieżce. Okazało się, że na tej wysokości słońce świeci dość ostro, lecz za to o wiele łatwiej się oddycha, gdyż opary wilgoci pozostały nieco niżej. Na szczycie wzniesiono duży metalowy krzyż, będący także odgromnikiem, posadowiony na okazałym, cementowym cokole, na którym umieszczono pamiątkową tablicę. Pod tym symbolem kultu zastałam stadko złożone z kilku owiec; przez chwilę obserwowałam je z zaciekawieniem z powodu ich dość zaskakującego zachowania.
Otóż trzy owieczki chyba próbowały szukać odrobiny schronienia przed upałem, więc jedna z nich stanęła w cieniu postumentu, a dwie inne schowały głowy pod jej brzuchem.

Nigdy nie widziałam czegoś podobnego, ale byłam pełna uznania dla  sprytu tych zwierząt. Ze szczytu mogłam popatrzeć na zachodnie zbocze, gdzie zobaczyłam  ścieżkę, której początku nie mogłam znaleźć oraz okoliczne góry: Capanna Mara, pasmo Monte Bolettone, ciągnące się aż do Como, Monte Barzaghino, Monte Scioscia i kilka pomniejszych pagórków. Daleko w dole widziałam miasteczko Canzo gdzie miałam zamiar zakończyć moją wędrówkę, a nieopodal Corni di Canzo, za którymi w gęstych oparach wilgoci zaledwie mogłam się domyślać zarysów obu Grigni. Na zachodzie dostrzegłam białą nitkę drogi prowadzącej na Monte Rai gdzie na szczycie ustawiono potężna wieżę antenową. Monte Rai to ciekawe miejsce, na jej zboczu znajdują się formacje skalne, które chętnie bym zobaczyła, nie mówiąc o panoramie okolicy jaka się stamtąd roztacza, więc przez chwilę rozważałam zmianę planu.

Po chwili zastanowienia jednak zrezygnowałam tego z pomysłu; co prawda z Monte Rai także można dojść do Canzo, ale moja i tak długa droga powrotna wydłużyłaby się jeszcze bardziej, a poza tym mam ogromną awersję do wszelkich anten oraz  przekaźników, źle czuję się w ich pobliżu i z reguły unikam jak przysłowiowego ognia. N ścieżkę do Canzo trafiłam bez trudu, więc ochoczo ruszyłam w dół, aż doszłam do ogromnej skały zwanej Ceppo dell'Angua, wyrastającej ze zbocza. Ponieważ wcześniej kilkakrotnie byłam w dolinie u podnóża  Monte Cornizzolo, miałam okazję podziwiać tę fascynującą  formację przypominającą głowę cukru. Tym razem ku mojemu wielkiemu zadowoleniu mogłam popatrzeć na nią z drugiej strony i po raz kolejny zadziwiła mnie jej wielkość; rosnące na niej drzewa, mimo iż byłam dość blisko, wydawały się maleńkie, niczym krzaczki.

Cale północne zbocze Monte Cornizzolo jest porośnięte mieszanym lasem z przewagą drzew liściastych, więc szło się bardzo przyjemnie, chociaż stroma i kamienista ścieżka wymagała ciągłej uwagi, kilkakrotnie też mój wierny kijek uchronił mnie przed przyspieszonym zjazdem na tylnej części ciała. Niebawem doszłam do koryta malowniczego strumienia Ravella, gdzie latem ciurka niezbyt szeroka strużka wody, lecz jego szerokość i wygładzone kamienie w łożysku świadczą o tym, że kiedy zacznie padać deszcz, ta strużka zamieni się w wielokrotnie szerszą,  rwąca rzekę. Przeszłam przez strumień po prowizorycznej przeprawie ułożonej z kamieni i wyszłam na ładną, brukowaną drogę, będącą częścią geologicznej ścieżki dydaktycznej. Ta zaprowadziła mnie do miejsca zwanego Fonte di Gajum, gdzie oprócz polany ze stołami i ławami piknikowymi oraz restauracji z zapleczem hotelowym, znajduje się źródło, od którego to miejsce wzięło swą nazwę.

 Po krótkim odpoczynku i napełnieniu butelki źródlaną wodą ruszyłam w dalszą drogę, ponieważ miałam zamiar w miarę szybko dotrzeć na dworzec w Canzo. Canzo-Asso jest dobrze skomunikowane z Mediolanem, jeździ tu lokalny pociąg, który zatrzymuje się w Boviso - Masciago, stąd do domu, gdzie mieszkałam, miałam pięć minut drogi.  Jednak Canzo, choć ma niezbyt wielu mieszkańców, jest dość rozległe; to śliczne, malownicze miasteczko, pełne zieleni, z licznymi ładnymi willami i domkami ukrytymi w zadbanych ogrodach. Oprócz tego posiada też bardzo ładne centrum historyczne, z wieloma domami liczącymi sobie ponad sto lat. W większości przeszły one gruntowną restrukturyzację, więc ich mieszkańcy mogą korzystać z dobrodziejstw cywilizacji, jednak z przyjemnością zauważyłam, że w bramach prowadzących na podwórka pozostawiono zabytkowe, drewniane odrzwia. Bardzo lubiłam Canzo, bywałam tam dość często i szczerze mówiąc, nieco zazdrościłam jego mieszkańcom. Swego czasu, nawet zastanawiałam się, czy nie podjąć pracy w tamtejszym RSA, czyli domu opieki dla osób starszych i przewlekle chorych.

Jednak w takim wypadku należy pamiętać o tym, że po ciepłych miesiącach nadchodzą jesienno - zimowe szarugi i krótkie dni, kiedy to sytuacja zmienia się radykalnie, a życie w takim miejscu staje się dość monotonne. Jednak tym razem mogłam się cieszyć latem i jego urokami, zrobiłam wiele kilometrów, ale byłam bardzo zadowolona z tej wycieczki. Nie tylko doprowadziłam do skutku dawno powzięty zamysł; mimo iż pomyliłam drogę po raz kolejny mogłam popatrzeć ze szczytu na okolicę, a do tego porównać dwa odmienne światy, czyli południowe i północne zbocze góry. 

    Pomiędzy Monte Cornizzolo, Monte Rai i masywem Corni di Canzo rozciąga się przepiękna  dolina Val Ravella, warta tego, aby jej poświęcić odrębną notatkę, więc niebawem jeszcze raz wrócimy w te strony. 

Więcej zdjęć z tej wycieczki można obejrzeć w albumie>https://photos.google.com/share/AF1QipPbOZAOwZnJIz_LLBebqwuYCZm2E6EpOQs4nfA2NOtFHlkByLHpo6vP0INIkrKBig?key=V0dhN3JEZUdNbDNtUFhwNHlrSFIzOHpRXzJzUTBn

niedziela, 28 sierpnia 2016

Lombardia. Mulini del Perlo i majowe Bellagio.



Jak wiadomo, po zimie zawsze przychodzi wiosna, więc również na łamach mojego bloga (gdzie ostatnio pisałam o Bellagio w jesienno - zimowych klimatach) nadeszła kolej na zmianę dekoracji i drugą odsłonę w całym blasku wiosennego słońca. Będzie to ostatni post na temat tej uroczej okolicy, a jednocześnie relacja z mojej wycieczki do niewielkiej osady Mulini del Perlo, leżącej na stoku wzniesienia, które pnie się od nasady półwyspu Bellagio aż do najwyższego punktu Triangolo Lariano,  jakim jest szczyt Monte San Primo.

 Już przedstawiałam wiosenne oraz letnie klimaty w zieleni i błękicie, jednak tym razem wyjdziemy poza granice miasteczka, na piękne łąki, gdzie ścieżka zaprowadzi nas nad strumień Perlo, pomiędzy drzewa gęsto porastające zbocza Prealp. Bezpośrednim impulsem do odbycia tej wycieczki była informacja, jaką znalazłam w moim przewodniku, mówiąca o tym, że jest tam miejsce skąd świetnie widać cały półwysep i jezioro rozgałęziające się na trzy odnogi. Było to jeszcze zanim wybrałam się na Monte San Primo, skąd roztaczają się podobne oszałamiające widoki, link z tą różnicą, że z wysokości ponad 1600 metrów. Jednak to mogłam stwierdzić dopiero za rok, więc tymczasem nawet nieznaczna, bo niespełna 200 metrowa  różnica poziomów, pozwalająca na swobodne podziwianie panoramy, wydawała mi się bardzo atrakcyjną możliwością. Tego dnia pogoda była naprawdę piękna; co prawda  nad jeziorem unosił się wilgotny opar, jednak mimo to widoczność była nie najgorsza. Moim punktem wypadowym była frakcja San Giovanni, jak zwykle nie mogłam się oprzeć jej tak dobrze mi znanym urokom, więc zamiast od razu wyruszyć do celu mej wycieczki, zeszłam nad brzeg jeziora i poszłam aż do Loppi, z przyjemnością oglądając ulubione zakątki.

Po tej krótkiej przechadzce nie skierowałam się jak zwykle do centrum Bellagio, lecz w przeciwną stronę; najpierw przemierzyłam schody niegdyś prowadzące do willi Giulia a później ruszyłam w kierunku południowo - wschodnim. Po drodze minęłam maleńką kapliczkę poświęconą Jezusowi Ukrzyżowanemu zwaną w lokalnym dialekcie "Signurin" a po chwili dotarłam do obszernego domostwa. Zaciekawiły mnie dwie bramy wiodące na  posesję, pierwsza była bez wątpienia zmodernizowana, za to druga, prowadząca na dziedziniec, wyglądała na zabytkową, a jej architektura była zdecydowanie barokowa. Budynek także nosił pewne cechy tego stylu, chociaż w sumie prezentował się dość skromnie mimo swej okazałej bryły. Odniosłam wrażenie, że prawdopodobnie niegdyś był zasobną rezydencją a może klasztornym konwentem? (Czytając historię Bellagio dowiedziałam się, że kiedyś w San Giovanni  rezydowały dwa zakony.)


Odważnie weszłam na dziedziniec, licząc na to, że uda mi się spotkać kogoś z mieszkańców i zasięgnąć języka. niestety nie napotkałam żywego ducha, za to obejrzałam z bliska edikolę gdzie znajdowało się ujęcie wody ze sporą cysterną w kształcie antycznego sarkofagu.
Wyglądało na to, że w czasach świetności edikola była ozdobiona freskami, jednak czas zatarł je niemal kompletnie, więc do naszych czasów pozostały z nich jedynie bardzo wyblakłe zarysy. Po drugiej stronie dziedzińca mieściła się wielka spiżarnia w kształcie rotundy przykrytej stożkowatym dachem, z kokieteryjną, kulistą ozdobą na czubku. Niegdyś, przed epoka lodówek, w takich dobrze izolowanych budynkach o kamiennych ścianach, można było bez problemu przechowywać żywność nawet podczas upalnego, włoskiego lata. Nieco zawiedziona, że nie napotkałam nikogo, kto mógłby mi udzielić informacji, opuściłam dziedziniec; po drodze minęłam obudowane źródełko (tym razem  od strony ulicy) gdzie woda spływała  metalową rurką do zagłębienia wykutego w dużym głazie.

Niebawem wyszłam poza obręb zabudowań i skierowałam swe kroki na ścieżkę biegnącą poprzez piękną, zieloną łąkę z bujną trawą poprzetykaną polnymi kwiatami. Powietrze było pełne aromatów ziół, kwitnących krzewów dzikiego bzu i akacjowych drzewek. Było to bardzo przyjemny spacer, szłam przed siebie bez większego wysiłku, tym bardziej, że ścieżka biegła w górę łagodnym łukiem. Po drodze napotkałam kilka osiołków oraz  krowy żujące trawę z zasępionymi minami. Na szczęście odgradzał mnie od nich elektryczny pastuch, więc bez obawy mogłam im zrobić parę zdjęć. Idąc, często oglądałam się za siebie, aby spojrzeć na miejsca, które niedawno opuściłam, teraz znajdujące się sporo niżej. W oddali było widać  błękitne jezioro i biały dach willi Melzi ukrytej w ciemnej zieleni parku, a nieco bliżej domostwo, które mnie tak zaintrygowało. Szłam przed siebie wygodną, dobrze ubitą ścieżką, mijając kolejne wiejskie zabudowania, wzniesione z szarego kamienia, pokryte czerwonawymi dachówkami.

Bardzo lubiłam te malownicze, skromne domki, niewymyślne w swej architekturze, lecz za to wspaniale harmonizujące z otaczającym je pejzażem. Dróżka zaprowadziła mnie na skraj strumienia, przeszłam przez antyczny mostek i znalazłam się w niewielkiej osadzie, która na pierwszy rzut oka wyglądała na wyludnioną, jednak po bliższym przyjrzeniu się jej widać było, że bez wątpienia nadal jest zamieszkana. To miejsce, zwane  Mulini del Perlo, niegdyś tętniło życiem; w kilku małych, rodzinnych zakładach tłoczono oliwę z orzechów  a w innych mielono kukurydzę na mąkę do przyrządzania polenty. Jeden z tych młynów jest czynny do dzisiaj, o czym świadczą festony kukurydzy suszącej się pod dachem na drewnianym krużganku. Na podwórkach i dziedzińcach nadal można zobaczyć ogromne młyńskie kamienie, ślady tej dawnej działalności. Wyglądało na to, że jest tam również cenione źródło wody pitnej, ponieważ na jednym z podwórek zastałam wielką ilość plastikowych kontenerów pełnych butelek wyglądających jakby czekały na napełnienie. Strumień Perlo nie jest zbyt szeroki, ale bardzo wartki, dzięki temu, że płynie z dość znacznej wysokości a do tego po drodze pokonuje sporo skalnych progów.

Poszłam przed siebie ścieżką prowadzącą w górę jego biegu, wśród liściastego lasu porastającego zbocze góry, aż do miejsca, gdzie nurt rzeczki przegradzał uskok bez wątpienia stworzony ludzkimi rękami celem wzmożenia naturalnej energii wody. Nieco dalej napotkałam resztki czegoś, co wyglądało jak fragment zrujnowanej, lub nieukończonej tamy,  zardzewiałe, metalowe belki i niewielkie, betonowe platformy otoczone balustradą. W tym miejscu ścieżka kończyła się definitywnie, poza tym zauważyłam napis ostrzegający, że jest to miejsce niebezpieczne, więc nie pozostało mi nic innego, jak tylko ruszyć w drogę powrotną. Kiedy ponownie doszłam do osady, również i tym razem nie napotkałam nikogo, z kim można byłoby porozmawiać o dawnym życiu na jej terenie. Jedynymi ludźmi, jakich tam spotkałam, byli cudzoziemscy robotnicy o ciemnej karnacji, zajęci przy budowie domu, którzy zapewne nie mogli mi nic powiedzieć na ten temat, więc powędrowałam w stronę niewielkiego hotelu Il Perlo, położonego nad głębokim jarem przecinającym zbocze.

Za hotelem jest taras ze wspaniałym widokiem na okolicę, skąd można podziwiać piękną panoramę będącą celem mojej wycieczki. Naprawdę było na co popatrzeć, poniżej, jak na dłoni widać było cały półwysep z wzniesieniem na cyplu gdzie rozciągają się rozległe ogrody otaczające Willę Serbelloni, trzy odnogi jeziora, a nieco bliżej zabudowania wszystkich frakcji składających się na gminę Bellagio. Pejzaż był naprawdę niezapomniany, jezioro i otaczające je góry tonęły w błękicie, walczącym o lepsze ze świeżą zielenią przyrody jeszcze nie zwarzoną letnimi upałami. Wyobrażam sobie zachwyt hotelowych gości, którzy mogli oglądać taki widok z okna swego pokoju o wschodzie słońca; pomyślałam sobie też, że jest on z pewnością wart swojej ceny ( powyżej100 euro za noc).

Po opuszczeniu hotelowego tarasu poszłam kawałek drogi pod górę, miałam bowiem pewien plan na dalszą wędrówkę, jednak po rozważeniu wszystkich za i przeciw, doszłam do wniosku, że mogę nie zdążyć na ostatni autobus, więc zmieniłam zamiary i zeszłam w dół, do frakcji Visgnola. Dotychczas nigdy nie byłam tej części Bellagio, gdyż przewodniki niewiele mówią na jej temat, poza tym z racji swojego położenia pozostaje ona nieco na uboczu bardziej uczęszczanych szlaków. Jednak we Włoszech jest mało miejsc, w których nie znajdziemy czegoś interesującego, więc i w Visgnoli napotkałam  kilka malowniczych zaułków z zabytkowymi, kamiennymi domkami, obszerne lavatoio, czyli dawną pralnię, przykryte dachem wspartym na eleganckich arkadach, a jako swego rodzaju wisienkę na torcie, zabytkowe domostwo, w którym niegdyś  u schyłku XVIII wieku spędzali wakacje fizyk Aleksander Volta i Giuseppe Parini, poeta i myśliciel. Co ciekawe, gościł ich równie nieprzeciętny człowiek, Giacomo Rezia, wybitny lekarz owej epoki. Gospodarz domu  i Aleksander Volta byli profesorami uniwersytetu w Pavii, do tego urodzili się w tym samym roku - Volta w Como, a Rezia w Menaggio, więc byli także rówieśnikami i krajanami, a nawet zmarli mniej więcej w tym samym wieku (Volta odszedł z tego świata dwa lata później). Obydwaj naukowcy, podobnie jak starszy od nich o kilkanaście lat Giuseppe Parini, który także był znaczącą postacią swojej epoki, hołdowali ideałom Oświecenia; nic więc dziwnego, że właściciele trzech tak wybitnych umysłów i zbieżnych poglądów, znajdowali upodobanie w swoim towarzystwie.

Zastanawiałam się, jak wyglądały ich wspólne wakacje, czy może dyskutowali w szlafrokach przy porannej kawie, a możne chodzili na przechadzki tym samym szlakiem, jaki ja przemierzyłam tego dnia? O pobycie Volty i Pariniego w owym domu dowiedziałam się z napisu na marmurowej tablicy pamiątkowej, jaką w 1902 roku na jednej ze ścian umieścił jego ówczesny właściciel, inżynier Barelli. Sam budynek jest dość spory, z dużym ogrodem na tyłach. Z zewnątrz wygląda na dość zniszczony, jednak prawdopodobnie w środku przedstawia się o wiele lepiej, sądząc z  dobrze utrzymanej, obszernej sieni, gdzie na ścianie umieszczono kilka interesujących litografii. Co ciekawe, niejednokrotnie we włoskich domostwach należących do naprawdę zasobnych ludzi, mogłam zobaczyć pięknie wyremontowane wnętrza, podczas gdy  fasada na pierwszy rzut oka pozostawiała wiele do życzenia. Swego czasu pewna osoba powiedziała mi,  że często jest to celowy zabieg, z różnych powodów mający odwracać uwagę od rzeczywistej wartości majątku właścicieli.

Z Visgnoli powędrowałam w stronę północnego krańca półwyspu; minęłam Willę Giulia i Oliviero, aż na koniec dotarłam do Pescallo i jego uroczego nabrzeża. Łódki nadal odpoczywały na kotwicach, lub wyciągnięte na brzeg czekały na prawdziwe rozpoczęcie sezonu, w szeroko otwartych oknach powiewały firanki, a koty jak zwykle wylegiwały się na słońcu, nie zwracając uwagi na nielicznych przechodniów. Po krótkim odpoczynku w cieniu platanów, ruszyłam w górę salitą Serbelloni w kierunku centrum Bellagio. W miasteczku było jeszcze niewielu turystów, jednak właściciele sklepików szeroko otworzyli ich podwoje, czekając na potencjalnych klientów. Witryny zapełniły się rękodziełem i pamiątkami, a w oszklonych gablotkach umieszczono kolorowe akwarele przedstawiające różne zakątki Bellagio i sąsiednich miejscowości leżących nad jeziorem Como.

Lubiłam patrzeć na te obrazki, choć szczerze mówiąc, ich dość jadowite kolory i wysoka cena skutecznie mnie powstrzymywały przed pomysłem zabrania jednej z nich do domu. Prawdę powiedziawszy, zawsze miałam wrażenie, że tak zwane pamiątki wyglądają atrakcyjnie w sklepie, gdzie w pewnym sensie są częścią naturalnego środowiska, natomiast wyrwane z niego i przeniesione w nowe miejsce często pasują do niego niczym kwiatek do kożucha, więc zwykle dobrze się zastanawiałam, zanim zdecydowałam się na nabycie czegokolwiek. Jednak czasami trudno człowiekowi oprzeć się pomysłowi podobnych zakupów i zapewne stąd w moich ulubionych sklepach "Mercato di usato" oferujących rzeczy z drugiej ręki, można było znaleźć wiele takich przedmiotów, wystawionych za parę groszy przez kogoś, kto zbyt późno doszedł do podobnego wniosku. Z natury jestem zapaloną szperaczką, więc często w  nich bywałam i wygrzebałam tam niejedną prawdziwą perełkę, albumy o sztuce i przewodniki, niejednokrotnie bez najmniejszych śladów użycia, miedziane utensylia kuchenne, piękną ceramikę, pochodzącą z różnych regionów Włoch, a nawet tradycyjne, sycylijskie marionetki.

Z przyjemnością pospacerowałam po Bellagio grzejącym się w blasku wiosennego, popołudniowego słońca i doszłam do wniosku, że pora myśleć o powrocie o domu. Cała wycieczka nie była zbyt wyczerpująca, w sumie zrobiłam nieco ponad  sześć kilometrów, jednak wydawała mi się o wiele dłuższa, zapewne z tej racji, że miejsca, jakie odwiedziłam, były od siebie tak odmienne, iż stanowiły niemal inne światy. Zielone pastwiska na zboczu, strumień w lesie, młyny,  taras przy hotelu, zaułki Visgnoli, znane tylko jej mieszkańcom, urokliwe Pescallo i Bellagio oczekujące na turystów z całego świata. Miejsca zupełnie odmienne, a mimo to połączone w jedną całość, oferujące swoje uroki komuś, kto tak jak ja, zechce zadać sobie nieco trudu żeby je odnaleźć i pokochać...

Osoby które zechcą zobaczyć inne zdjęcia z tej wycieczki zachęcam do obejrzenia ich w albumie

https://photos.google.com/share/AF1QipP7qIjeMeb4XDNpW7luqRmcJRp7CuPlK2u2mw2QI03Iic0qZA-cZGN3tpnbP03xow?key=MEVtNTFPS3E2MzFXVjR3TDFmYThIVXF2YmZsZWhn

środa, 10 sierpnia 2016

Lombardia. Poza sezonem, czyli Bellagio w odsłonie jesienno - zimowej.

W trzech poprzednich postach pokazałam Bellagio takim, jakim je widzą osoby, które przyjeżdżają tu w pełni sezonu turystycznego, w wiosennej i letniej szacie, pełne zieleni i kwiatów. Ja również zachwycałam się nim i lubiłam odwiedzać w tym czasie, chociaż z natury jestem raczej samotniczką i nie ciągnie mnie go gwarnych kurortów, gdzie krążą tłumy ludzi.

 Mam wtedy wrażenie, iż umyka mi coś ważnego, że nie mogę się skupić na tym, co jest najciekawsze i najpiękniejsze. Porównałabym to do gwarnego spotkania towarzyskiego, podczas którego w tłumie ludzi dostrzegamy kogoś interesującego, jednak co chwila ktoś staje między nami i przeszkadza w rozmowie. To właśnie przydarzyło mi się gdy po raz pierwszy, w pełni sezonu, odwiedziłam Portofino. Było tam mnóstwo ludzi, co prawda mimo wszystko miałam okazję przyjrzeć się miasteczku, lecz prawdziwą znajomość zawarłam z nim dopiero podczas drugiej wycieczki, jaką zrobiłam pod koniec zimy. Oczywiście poznawanie nowych miejsc w towarzystwie wielu obcych osób także ma swoje dobre strony, dając nam (jeśli nie jesteśmy pogrążeni w głębokiej depresji), miłe poczucie bycia częścią ludzkiej społeczności.
Bellagio natomiast ma tę zaletę, że nawet kiedy jest tam sporo turystów, nadal pozostaje miasteczkiem raczej przytulnym i klimatycznym, gdzie łatwo można znaleźć dla siebie cichy i spokojny zakątek. Jednak to, co mnie naprawdę zachwyciło, to moje wycieczki na półwysep późną jesienią i w zimie.

 Pisałam już, że kochałam to miejsce, i to, co miało do zaoferowania; widok przeciwległych brzegów jeziora, z górami wspinającymi się stromo do nieba niemal wprost z lustra wody, zapach bryzy i foschię prześwietloną słońcem, a przede wszystkim moment kiedy stawałam na cyplu i mogłam zobaczyć trzy odnogi jeziora, z wysokimi górami w głębi, gdzie w pogodny dzień w oddali widać było odległe alpejskie szczyty pobielone śniegiem. Takie piękne dni zdarzają się wtedy, gdy porywiste jesienne wiatry przeganiają opary wilgoci i chmury. Wówczas powietrze nabiera przejrzystości kryształu, niebo koloru głębokiego szafiru, zaś jezioro staje się niemal granatowe, a jego fale przemieszczane wiatrem tłuką się o brzeg i cofają w rozbryzgach białej piany.

Mimo jesieni w miasteczku jest zielono dopóki nie nadejdą nocne przymrozki;  po nich w ciągu kilku dni opadają liście drzew i krzewów, a poczerniałe kwiaty smętnie zwieszają swe główki, czekając na ogrodnika, który wyda na nie ostateczny wyrok. Jednak najczęściej tak się dzieje dopiero w listopadzie lub grudniu, natomiast październik w pogodne dni nadal rozpieszcza nas ostrymi promieniami słońca. Co prawda nie daje ono wysokich temperatur, ale za  to wspaniale modeluje kształty, wydobywa barwy oraz sprawia, że wszystko wokoło wygląda wprost przepięknie. O ile wiosną i latem w tej okolicy dominuje kolor zielony i błękitny, to jesień przynosi ich całą gamę; jasno - niebieski zamienia się w granat, szafir i ultramarynę, a zieleń staje się głęboka i nasycona, niepostrzeżenie przechodząc w całą paletę żółci oraz brązów.

Na bulwarze i w parku zaczynają opadać pierwsze liście, zaś kasztanowe lasy porastające stoki Prealp rudzieją, wydając z siebie gorzkawy zapach. Ta pora roku, kiedy kolory i słońce nadal mi mówiły o minionym już lecie, a ostre powietrze przypominało o nadchodzącej zimie, zawsze był dla mnie najpiękniejszy. Był to czas przełomu pomiędzy życiem i pozorną śmiercią przyrody, czas Kory schodzącej do podziemia, który jest też czasem nadziei, bo przecież za kilka miesięcy znów przyjdzie wiosna, i koło życia obróci się jeszcze raz...Myślę, że ta nieuchronność przemijania i odradzania się roślin, niosła mi podświadomą nadzieję na to, że również dla mnie nic nie jest stałe i niezmienne, a po każdym złym okresie muszą nadejść bardziej pomyślne czasy.

 Dawało mi to wewnętrzne przekonanie, że najlepszą rzeczą, jaką mogę zrobić dla siebie, jest patrzenie z nadzieją w przyszłość i czerpanie radości z każdej pięknej, ulotnej chwili, która za mgnienie oka przeminie, a jeśli jej nie dostrzegę, utracę ją na zawsze...Jesienią w Bellagio można spotkać niewielu turystów, niektóre kawiarenki i restauracje na świeżym powietrzu jeszcze funkcjonują, ale większość z nich przygotowuje się do zimy. Również właściciele butików i sklepów z pamiątkami powoli redukują zewnętrzne wystawki, które w sezonie przyciągały oczy i zachęcały do kupna, więc strome uliczki raptem wydają się szersze i bardziej przestronne, ukazując swoje nieoczekiwane perspektywy. Arkadowe podcienia przy placu także pustoszeją, za to są pełne światła, ponieważ po lecie usunięto z nich ciężkie zasłony chroniące od nadmiaru słońca. Lubiłam ten jesienny nastrój i dobrze się czułam w niemal opustoszałym Bellagio. Mogłam je wtedy odkrywać na nowo, gdyż nic nie rozpraszało mojej uwagi, którą przyciągały dotychczas niezauważone detale architektoniczne oraz ustronne tarasy i podwórka, gdzie w lecie panoszyły się leżaki i parasole. Ten nastrój potęgował się wraz z upływem czasu, kiedy jesień zamieniała się w zimę.

 Zdarza się, że w Lombardii, zwłaszcza w górach pada śnieg, lecz w bezpośrednim sąsiedztwie jeziora częściej jest to po prostu okres kiedy przyroda idzie spać, a w pogodne dni powietrze staje się suche i rześkie od lekkiego mrozu.W takie dni lubiłam się wybrać  do ulubionych zakątków nad Jeziorem Como, częstego celu moich wiosennych i letnich wędrówek, gdyż brakowało mi otwartej przestrzeni i pięknych widoków, jakich nie miałam w okrytej czapą smogu miejscowości na równinie, gdzie wówczas mieszkałam. Uwielbiałam patrzeć na poszarzałe Prealpy; pomiędzy bezlistnymi drzewami kasztanowców, które gęsto porastają zbocza, gdzieniegdzie wystrzelały zielone świerki i pinie, a w niższych partiach cyprysy, drzewka laurowe oraz zimozielone magnolie.

 Zwykle nad jeziorem unosił się leciutki, popielaty opar, niczym dym z papierosa; po południu nisko stojące słońce zabarwiało go na kolor lekkiego różu, lub kładło się ciemnopomarańczową barwą na całej okolicy. Jeden z takich mroźnych, lecz pogodnych lutowych dni, poświęciłam na wyjazd do Bellagio;  jak zawsze ciągnęło mnie do tych tak dobrze mi znanych miejsc, a poza tym miałam ochotę odetchnąć czystym powietrzem.Tym razem miasteczko przywitało mnie niemal kompletnie uśpione, przy stolikach pod portykami siedziało przy kawie jedynie kilku stałych mieszkańców, również na stromych uliczkach spotkałam zaledwie pojedyncze osoby. Przy nabrzeżu parkowało sporo samochodów, jednak ich lokalne numery rejestracyjne świadczyły, że prawdopodobnie nie należały one do gości, lecz do różnych ekip, zajmujących się u przygotowaniem pensjonatów i hoteli do następnego sezonu.

W kawiarence przy bulwarze, gdzie w lecie kupowałam pyszne lody, pozsuwano na bok krzesła i stoły zwykle stojące pod drzewami, zaś same drzewa, mocno przycięte, prezentowały swe ciemne sylwetki na tle błękitnego nieba. Wiedziałam, że na wiosnę znów wypuszczą mnóstwo młodych gałązek i szybko pokryją się masą zielonych liści, tworząc szczelny, zielony dach, chroniący gości od słońca, albo przelotnego deszczu. Podobnie rzecz się miała z platanami, które całkowicie pozbawiono mniejszych gałęzi. Kiedy przyjechałam do Włoch, ten zwyczaj wydawał mi się dość brutalny, żeby nie powiedzieć barbarzyński, a kiedy zobaczyłam duże, stare drzewa, z których pozostał jedynie gruby pień całkowicie pozbawiony korony, przeżyłam spory szok, jednak szybko się przekonałam, że jest to przejaw mądrości i umiejętności
przystosowania do istniejących warunków klimatycznych.

 Drzewa, tak potraktowane, świetnie się miały w okresie wegetacji; poza  tym te radykalne cięcia sprawiają, że w czasie wichury, która często nawiedza te strony, unika się zagrożenia, jakim są połamane konary i gałęzie. Z biegiem czasu polubiłam widok tych ogołoconych drzewek, o pokrętnych sylwetkach rodem z  japońskiej litografii, tak jak lubiłam widok łódek stojących na kotwicy ze zwiniętymi żaglami. W ich głębokim śnie była nadzieja na ponowne przebudzenie i życie, były dla mnie symbolem przemijania czasu, lecz także odradzania się na nowo...
Do Bellagio przyjechałam w południe, więc słońce stało dość wysoko, jednak szybko zaczęło ono chylić się ku zachodowi. Przeciwległy brzeg jeziora poszarzał, cienie się wydłużyły, a na wodzie zaczął się kłaść pomarańczowy poblask, mówiący o tym, iż niedługo zacznie zapadać zmrok. Stojąc nad jeziorem pod bezlistnymi drzewami nieopodal opustoszałej przystani i patrząc na ten piękny widok, przeżyłam moment pełen magii, w poczuciu, że to, co widzę, mam tylko dla siebie.

Wokoło nie było żywego ducha, nikogo, z kim musiałabym dzielić tę chwilę i ten pejzaż. Było to niezapomniane wrażenie, którego nie zatarł czas, i bez którego moje życie z pewnością byłoby uboższe o coś cennego, co zostało mi dane zupełnie nieoczekiwanie. Kazało mi ono zapomnieć o rękach, które marzną kiedy robię zdjęcia, i o tym, że niedługo odjedzie ostatni autobus do Como; chciałam jedynie stać tam i patrzeć, jak słońce powoli chowa się za górami a jezioro pogrąża w cieniu. Wyjeżdżając z Bellagio miałam poczucie, że mimo wszystko nie wrócę tam po podobne doznania, że ten dzień i to ulotne wrażenie pozostaną jedyne i niepowtarzalne ...



Więcej zdjęć z zimowego Bellagio można zobaczyć tutaj
>https://photos.google.com/album/AF1QipMhpuCIvEtw3WCy5nIGBBVW8QOJap_tQnPPNJxQ