środa, 29 kwietnia 2026

Dwa oblicza Poznania – Ostrów Tumski i Śródka, czyli historia i współczesność miasta.

W Poznaniu można znaleźć miejsca, gdzie po przejściu kilkudziesięciu metrów mamy wrażenie, jakbyśmy odbyli podróż w czasie. Tak jest w przypadku Ostrowa Tumskiego i Śródki — dwóch enklaw oddzielonych nurtem rzeki. 

Ostrów Tumski jest najstarszą częścią Poznania i jedyną zachowaną wyspą na Warcie, uznawaną za przypuszczalne miejsce chrztu Polski. To tutaj w X wieku Mieszko I wzniósł swój gród i pierwszą katedrę. Z kolei Śródka, położona nad Cybiną, to jedna z najbardziej klimatycznych i najstarszych dzielnic — dawniej była osobnym miastem, a do Poznania włączono ją dopiero w 1800 roku.

Już te pierwsze zdania częściowo wyjaśniają, na czym polegają kontrasty zawarte w tytule posta. Jednak dopiero podczas zwiedzania tej części Poznania można dostrzec, jak bardzo różnią się te dwie dzielnice, oddzielone korytem Cybiny, która na wysokości Ostrowa Tumskiego tworzy prawe ramię Warty. Niedawno miałam taką okazję, kiedy wraz z Martą i Mają wybrałam się na wystawę obrazów Mojżesza Kislinga w poznańskim Muzeum Archidiecezjalnym. Wiele lat temu byłam na Ostrowie Tumskim podczas wizyty w katedrze, jednak nazwa Śródka żadnej z nas nie mówiła absolutnie nic — wiedziałyśmy jedynie, że rondo Śródka jest miejscem, gdzie mamy wysiąść z tramwaju.

Ta niewiedza sprawiła, że spotkało nas wielkie zaskoczenie. Gdy po przejściu niezbyt ciekawego fragmentu ruchliwej Trasy Chwaliszewskiej dotarłyśmy do niewielkiego skupiska kamienic, odniosłyśmy wrażenie, jakbyśmy niespodziewanie trafiły do odrębnego miasteczka. Okazało się, że jest to właśnie Śródka — obecnie jedna z najstarszych dzielnic Poznania, której historia sięga średniowiecza. Prawa miejskie uzyskała jeszcze przed 1233 rokiem z rąk księcia Władysława Odonica, natomiast jej nazwa pochodzi od targów niegdyś odbywających się tu w każdą środę.

Z biegiem czasu miejscowość podupadła, a pod koniec XIII wieku weszła w skład dóbr biskupów poznańskich. W XVII wieku uległa niemal całkowitemu zniszczeniu podczas katastrofalnego pożaru. Odbudowana pozostała niewielkim miasteczkiem na obrzeżach Poznania aż do 1800 roku, kiedy władze pruskie zdecydowały o ich połączeniu w jeden miejski organizm. Jednak mimo tej administracyjnej zmiany Śródka nadal zachowała swoją odrębność i specyficzny małomiasteczkowy klimat. Sytuacja zmieniła się radykalnie, kiedy podjęto decyzję o budowie Trasy Chwaliszewskiej, która przecięła Ostrów Tumski i połączyła dwa brzegi Warty. Obecnie trasa jest uznawana za przykład nietrafionej inwestycji, która nie spełniła swego zadania, a co więcej — przy jej budowie zniszczono dużą część Śródki i Chwaliszewa co przyczyniło się do ich degradacji. Obecnie Śródka leży w granicach Osiedla Samorządowego Poznania Ostrów Tumski–Śródka–Zawady–Komandoria i sąsiaduje z terenami rekreacyjnymi poznańskiej Malty.

Kiedy przeszłyśmy niewielki odcinek malowniczej ulicy, przy której wznoszą się zabytkowe  kamienice, otworzył się przed nami widok na plac, gdzie w centralnym miejscu wznosi się gotycki kościół otoczony murem z barokową bramą. Z tablicy informacyjnej dowiedziałyśmy się, że jest to kościół św. Małgorzaty, wzniesiony w XII wieku. W późniejszych czasach świątynia została dwukrotnie przebudowana — po raz pierwszy w okresie renesansu, a drugi raz w dobie baroku. W połowie XX wieku przeprowadzono w niej gruntowny remont, podczas którego odsłonięto gotyckie detale ocalałe z wcześniejszych przebudów. 

Piękna, słoneczna pogoda i błękitne niebo nad naszymi głowami jeszcze bardziej podnosiły urok tego miejsca, które kiedyś było rynkiem, gdzie odbywały się środowe jarmarki.

Oprócz kościoła przy placu znajduje się jeszcze jeden interesujący, zabytkowy obiekt. Jest to dawny klasztor filipinów o ślicznej rokokowej fasadzie w jasnożółtym kolorze z białymi ornamentami. Na przestrzeni wieków budynek wielokrotnie zmieniał właścicieli i pełnił różne funkcje publiczne. W pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku został poddany gruntownej renowacji, a po ponownym oddaniu do użytku umieszczono w nim Katedralną Szkołę Muzyczną I stopnia.

Jednak tym, co wprawiło nas w zachwyt graniczący z osłupieniem, był widok trójwymiarowego muralu na częściowo ślepej ścianie budynku nieopodal klasztoru. Mural nie jest wytworem fantazji — namalowano go na podstawie zdjęcia z lat dwudziestych ubiegłego wieku, przedstawiającego ówczesny wygląd tej pierzei rynku z jego historyczną zabudową. Możemy na nim zobaczyć rzeźnika stojącego przed swoim sklepem oraz Władysława Odonica — księcia, który nadał Śródce prawa miejskie. Trębacz siedzący na dachu to hejnalista przypominający o nieistniejącym już śródeckim ratuszu, kot natomiast — jako stworzenie wolne duchem, a jednocześnie przywiązane do swego miejsca — śmiało może być uznany za symbol tej nieszablonowej dzielnicy.

Ciekawostką jest obecność w tym historycznym otoczeniu napisu Terravita, odnoszącego się do współcześnie działającej fabryki czekolady. Ponieważ obecni właściciele kamienicy mieli podpisaną z tą firmą umowę na reklamę, która wisiała na budynku przed powstaniem muralu, wkomponowano go w malowidło, by nadal realizować wcześniej zawarte zobowiązania.

Pomysł z muralem uważam za fantastyczny — nie tylko jest piękny i zdobi miasto, ale dzięki niemu możemy sobie wyobrazić, jak wyglądała ta dzielnica sto lat temu. Malowidło jest równie klimatyczne jak jego nazwa — „Opowieść śródecka z trębaczem na dachu i kotem w tle”, a widok człowieka z trąbką siedzącego na kalenicy przypomniał mi magiczny obraz Chagalla „Skrzypek na dachu”. Nieopodal znalazłyśmy również kilka urokliwych, brukowanych ulic o zabudowie z przełomu XIX i XX wieku. Gdyby nie auta i znaki drogowe, mogłyby sprawiać wrażenie, jakby w Śródce czas zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu…

Pomysł na mural pojawił się w 2012 roku z inicjatywy lokalnego społecznika i radnego Gerarda Cofty, zwanego „Merem Śródki”. Na jego prośbę architekt prof. Radosław Barka przygotował szkic malowidła przedstawiającego historię dzielnicy. Koszty realizacji pokryto z nagrody wygranej w konkursie „Centrum Warte Poznania”, finansowanym przez Miasto Poznań, a stroną techniczną zajęła się Fundacja Artystyczno-Edukacyjna PUENTA w ramach programu „W środku Śródki 2015”. Wsparcia udzielił także prywatny przedsiębiorca Piotr Włodarczyk, prezes firmy Budchem, która ufundowała farby.

Mural malowali artyści wyspecjalizowani w dużych formatach i technice trompe l’oeil, służącej do uzyskania na płaskiej powierzchni efektu głębi. Całą grupą kierowała Arleta Kolasińska z fundacji PUENTA, która również brała udział w jego malowaniu. To spektakularne przedsięwzięcie znalazło szerokie uznanie nie tylko wśród mieszkańców miasta — „Opowieść śródecka z trębaczem na dachu i kotem w tle” w 2016 roku zdobyła piąte miejsce wśród siedmiu cudów Polski w plebiscycie magazynu „National Geographic”.

Jego wyjątkowym smaczkiem jest obecność dwóch męskich postaci uwiecznionych na tle zielonego parterowego domku — jedna z nich to właśnie Piotr Włodarczyk z Budchemu. Nazwa firmy także została upamiętniona na muralu — znajdziemy ją na szyldzie sklepu namalowanego po jego prawej stronie. Druga postać to Władysław Włodarczyk, uwieczniony jako rzeźnik w białym fartuchu (zbieżność nazwisk obu panów jest podobno przypadkowa), który przed wojną był właścicielem sklepu mięsnego znajdującego się w tym miejscu.

Idąc w stronę mostu prowadzącego na Ostrów Tumski, na rogu ulic Ostrówek i Cybińskiej, na ślepej ścianie budynku znajdziemy jeszcze jedną atrakcję Śródki. Jest to instalacja zatytułowana „Zielona symfonia”, zbudowana z rynien w kształcie instrumentów, zainspirowana podobną realizacją, jaką można zobaczyć w Dreźnie. Podobnie jak „Opowieść śródecka”, również to przedsięwzięcie zrealizowała Fundacja PUENTA ze środków zdobytych w ramach konkursu. Ideą instalacji jest to, że woda deszczowa spływająca z dachu, przepływając przez rynny, wydaje dźwięki tworzące naturalną muzykę.

Wspominałam już, że Śródkę od Ostrowa oddziela rzeka Cybina, stanowiąca dopływ Warty. Ponad nią w 2007 roku przerzucono malowniczą kładkę pieszo-rowerową, zwaną mostem Jordana (Jordan był pierwszym poznańskim biskupem). Ma ona bardzo ciekawą historię — poprzedni most, zwany Cybińskim, rozebrano ze względu na zły stan techniczny w latach 70. ubiegłego wieku. Choć nieopodal, na obrzeżach Śródki, powstał drogowo-pieszy most Mieszka I, brak bezpośredniej przeprawy był bardzo uciążliwy dla mieszkańców. Po wielu latach starań zapadła decyzja, że w tym miejscu ponownie powstanie kładka, a do jej budowy zostanie wykorzystane przęsło zdemontowane podczas remontu mostu św. Rocha. Tu ponownie wrócę do postaci śródeckiego radnego Gerarda Cofty — to dzięki jego energii udało się pozyskać dla Śródki owo przęsło, które pierwotnie miasto zamierzało sprzedać. Gdyby nie jego determinacja, nie byłoby dziś tak łatwego dojścia z Ostrowa Tumskiego na Śródkę, a sama dzielnica mogłaby nigdy nie odżyć.

Transport 70-metrowego kolosa o wadze 450 ton na odległość jednego kilometra, a następnie przeniesienie go ponad mostem Mieszka I, zgromadziły setki poznaniaków, którzy obserwowali tę niecodzienną operację. Most Jordana, z pięknym widokiem na przeciwległe brzegi Cybiny i Ostrów Tumski, jest bardzo malowniczym traktem spacerowym, który przyciąga wiele zakochanych par, o czym świadczą symboliczne kłódki zdobiące jego barierki. Podobno cieszy się on także dużym powodzeniem wśród miłośników ekstremalnych wyzwań, którzy spacerują po jego przęsłach, a nawet wjeżdżają na nie rowerami.

Lojalność mieszkańców wobec swojego fyrtla (tak poznaniacy nazywają najbliższą okolicę, w której mieszkają) sprawiła, że miejscowa społeczność i organizacje pozarządowe zawarły porozumienie nazwane Republiką Śródka, co pięknie oddaje sens idei, jaka mu przyświeca. Jakby nie było, słowo „republika” pochodzi od łacińskiego zwrotu res publica, czyli „rzecz publiczna”, a tym samym „nasza sprawa”. To przedsięwzięcie dało spektakularne efekty, dzisiejsza Śródka przyciąga wzrok swoją urodą, a na jej terenie organizuje się kameralne imprezy i ciekawe wydarzenia. Dzięki tym staraniom dawna, zaniedbana i odcięta od centrum dzielnica na powrót stała się atrakcyjnym miejscem, jak przystało na bezpośrednie sąsiedztwo Ostrowa Tumskiego.

Przy wejściu na most zauważyłyśmy dwa stylizowane niebieskie koziołki. Jak się okazało, są one częścią ekspozycji upamiętniającej 160-lecie firmy Aquanet, która dostarcza miastu Poznań wodę pitną i z tej okazji przyozdobiła miasto takimi figurkami w różnych kolorach.

Z mostu Jordana rozciąga się piękny widok na Bramę Poznania (ICHOT) — wspaniałe połączenie historii i tradycji z nowoczesnością, a zarazem kolejne osiągnięcie niestrudzonego pana Cofty. Radny przez lata zabiegał o powstanie nowoczesnego centrum właśnie na styku Ostrowa Tumskiego i Śródki — przedstawiał korzyści i przekonywał nieprzekonanych.

Obiekt wzniesiono w ramach przygotowań do Euro 2012, jednak z powodu trudności technicznych został otwarty już po zakończeniu mistrzostw. W zamyśle przedsięwzięcie to miało pomóc w rewitalizacji tej części miasta i nadać jej nową funkcję poprzez stworzenie Interaktywnego Centrum Historii Ostrowa Tumskiego (ICHOT), które popularyzuje wiedzę o przeszłości Poznania i początkach naszej państwowości.

Projekt połączył nowo wzniesiony, oszczędny w formie budynek na terenie Śródki z dawną Śluzą Katedralną — zabytkową, XIX-wieczną pozostałością Twierdzy Poznań. Obie budowle scala zadaszona i przeszklona kładka przerzucona ponad nurtem Cybiny. Nowoczesna część to centrum multimedialne, gdzie w czterech salach tematycznych można zapoznać się z historią Polski aż do czasów współczesnych. Na płaskim dachu budynku znajduje się taras widokowy, z którego rozpościera się piękny widok na Ostrów Tumski i dachy Śródki.

Po drugiej stronie rzeki, w zabytkowej XIX-wiecznej części kompleksu, mieści się Galeria Śluza — miejsce wystaw czasowych oscylujących wokół tematów: miasto, ludzie i środowisko. Nieopodal Śluzy znajduje się jeszcze jedno ciekawe miejsce — Rezerwat Archeologiczny Genius Loci, gdzie można zobaczyć ekspozycję artefaktów oraz fragmenty wykopów prezentujących pozostałości pierwotnego grodu z X wieku.

Ostrów Tumski, który początkowo był ośrodkiem władzy książęcej, stracił na znaczeniu, kiedy w XII wieku na lewym brzegu Warty, w okolicy obecnego ratusza, zaczęło się rozwijać miasto Poznań. Tereny na wyspie przeszły na własność Kościoła, do którego nadal należy obszar pomiędzy linią kolejową przebiegającą w jego północnej części a ulicą Zagórze na południu. Ten stan prawny spowodował, że w centralnej części Ostrowa nie ma typowej miejskiej zabudowy mieszkalnej — znajdują się tu jedynie obiekty sakralne, budynki administracji kościelnej, a także kanonie i domy zakonne.

Oprócz katedry, pałacu arcybiskupa i kurii metropolitalnej znajdziemy tam zabytkowy kościół pomocniczy pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny, budynek psałterii oraz Muzeum Archidiecezjalne. Mierząc siły na zamiary, z przykrością musiałyśmy zrezygnować ze zwiedzenia zarówno Bramy Poznania, jak i Rezerwatu Archeologicznego, gdyż — jak wspomniałam na wstępie — naszym głównym celem było muzeum i czasowa wystawa Mojżesza Kislinga.

Po przejściu mostu Jordana znalazłyśmy się na Ostrowie Tumskim, gdzie przywitał nas piękny widok na katedrę od strony apsydy — jej pięć wież i monumentalną ceglaną bryłę obudowaną kaplicami pokrytymi jasnym tynkiem. Postanowiłyśmy, że po obejrzeniu wystawy wrócimy, aby ją zwiedzić, lecz tymczasem skręciłyśmy w boczną ulicę ks. Ignacego Posadzego, która prowadzi do Akademii Lubrańskiego, gdzie mieści się muzeum.

Po drodze poddałyśmy się urokowi klimatycznego Ostrowa — jego cichych, niemal bezludnych, brukowanych uliczek i zadbanych ogrodów. Nie był to jeszcze czas licznie przybywających turystów, więc spotkałyśmy niewiele osób, tak jak my kontemplujących w ciszy i spokoju jego niezwykłą atmosferę. Choć była dopiero pierwsza połowa kwietnia i na Mazurach nadal czekałyśmy na wiosnę, w Poznaniu mogłyśmy cieszyć oczy widokiem kwitnących wiśni i forsycji, magnolii o pękających pąkach oraz klonów, które w najlepsze rozwijały swoje na razie jeszcze lekko pomarszczone liście. 

(Tu dodam uwagę odnośnie jesiennych kolorów drzew na niektórych zdjęciach — wbrew pozorom były one sfotografowane podczas naszej kwietniowej wycieczki). 

Mniej więcej w połowie ulicy trafiłyśmy na metalową konstrukcję w kształcie bramy. Z tablicy umieszczonej nieopodal dowiedziałyśmy się, że jest to instalacja, a właściwie przestrzenna rzeźba nosząca nazwę „Przekrój P(p)oznania”. Ten zagadkowy tytuł wiąże się z faktem, że pod ulicą, którą się poruszałyśmy, odkryto pozostałości wałów obronnych grodu założonego na Ostrowie przez Mieszka I. Rzeźba swoim kształtem nawiązuje do przekroju podłużnego tych umocnień, a ich resztki oraz makietę pokazującą sposób konstrukcji można zobaczyć w Rezerwacie Archeologicznym Genius Loci, znajdującym się tuż obok.

W ciągu tysiąca lat poziom terenu na wyspie podniósł się tak bardzo, że pozostałości wałów znajdują się około jednego metra poniżej poziomu ulicy i sięgają nawet sześciu metrów w głąb gruntu. Jest to niezwykłe uczucie, gdy podczas spaceru uświadamiamy sobie, ile ludzkich istnień przeminęło w tym czasie i że ziemia pod naszymi stopami kryje nie tylko resztki zwykłych domostw, lecz także ważne pomniki historii.

Na przestrzeni wieków Ostrów Tumski przeszedł wiele przeobrażeń. Szczególne zasługi dla jego rozwoju miał biskup Jan Lubrański, który pełnił tę funkcję w latach 1498–1520. W historii Polski zapisał się jako humanista, prawnik i dyplomata odgrywający istotną rolę u boku kolejnych królów — następców Władysława Jagiełły. Był światłym mecenasem kultury renesansowej i inicjatorem powstania w Poznaniu pierwszej szkoły wyższej, nazwanej od jego nazwiska Akademią Lubrańskiego, która działała aż do 1780 roku. Dzięki niemu w pierwszej połowie XVI wieku wzniesiono budynek uczelni, w którym obecnie mieści się Muzeum Archidiecezjalne.

Szkoła cieszyła się dużą renomą — jej najbardziej znani absolwenci to poeta Klemens Janicki, matematyk Jan Śniadecki i lekarz Józef Struś. Ten ostatni był wybitnym uczonym doby odrodzenia — przetłumaczył traktaty medyczne Hipokratesa i Galena, a wyniki jego badań nad tętnem nadal należą do kanonu medycyny. Z inicjatywy biskupa na Ostrowie wzniesiono także psałterię — budynek dla kolegium dwunastu śpiewaków, których zadaniem było nocne czuwanie w katedrze połączone ze śpiewaniem psalmów, a także oprawa muzyczna porannej mszy.

Jan Lubrański był również sprawnym administratorem, dbającym o rozwój infrastruktury Ostrowa Tumskiego. Wyspa zawdzięczała mu powstanie wodociągu, brukowanych ulic oraz umocnień z dwiema bramami — jedna z nich prowadziła na prawobrzeżną Śródkę, a druga na lewobrzeżne Chwaliszewo.

Fortyfikacje Lubrańskiego częściowo rozebrano w XVIII wieku, a ostatecznie zlikwidowano w XIX stuleciu, kiedy Prusacy rozpoczęli wznoszenie systemu umocnień przekształcających Poznań w twierdzę. Po II wojnie światowej większość tych fortyfikacji rozebrano — do naszych czasów przetrwał jedynie fort Roon na północnym krańcu wyspy oraz Śluza Katedralna, obecnie wchodząca w skład Bramy Poznania.

To już koniec relacji z pełnego kontrastów spaceru po urokliwych zakątkach Śródki i Ostrowa Tumskiego, jednak nie koniec naszej wycieczki. Była ona pełna niezwykłych wrażeń, które trudno zawrzeć w jednym poście, dlatego prawdopodobnie powstaną jeszcze dwa — jeden poświęcony Muzeum Archidiecezjalnemu i wystawie Kislinga, a drugi poznańskiej katedrze. 

Dodam jeszcze, że ta wycieczka pozostawiła mi duży niedosyt, więc mam zamiar wrócić tam by bez pośpiechu jeszcze raz oddać się zwiedzaniu. Oprócz Śródki i Ostrowa chciałabym też zobaczyć wzniesiony przez joannitów póżnoromański kościół św. Jana za Murami, leżący na terenie Komandorii nieopodal przystanku przy rondzie Śródka. Choć na przestrzeni wieków był kilkakrotnie przebudowany, nadal można tam zobaczyć pozostałości pierwotnej romańskiej świątyni.


niedziela, 5 kwietnia 2026

Wielkanocne życzenia, zajączek i malowane jajka.

 

Drogie Przyjaciółki i Przyjaciele oraz wszyscy Czytelnicy bloga Sukienka w kropki – z okazji  Wielkanocy życzę Wam, aby te święta, jak i każdy kolejny dzień przynosiły miłość, spokój, radość i dobre zdrowie.

Niech pamięć Zmartwychwstania będzie dla nas wszystkich źródłem siły oraz nadziei, a nadchodząca wiosna i odradzająca się przyroda przyniesie same dobre i pogodne dni. 

                                                                                       Elżbieta

Ostatnio znowu mam zaległości w czytaniu i komentowaniu zaprzyjaźnionych blogów — i nie tylko. Problemy zdrowotne kompletnie pokrzyżowały moje plany, do tego doszło jeszcze kilka innych dokuczliwych spraw co spowodowało, że ostatnie tygodnie były dla mnie naprawdę trudne.

Mam nadzieję, że wkrótce to się zmieni, a przede wszystkim dopisze pogoda, bo w najbliższym czasie ja i Marta chcemy jechać na jednodniową wycieczkę do Poznania. Mamy zamiar odwiedzić Maję i razem z nią wybrać się na wystawę Mojżesza Kislinga „W sercu Montparnasse'u”, a przy okazji zwiedzić Ostrów Tumski.

Jeśli wszystko się uda, będzie to idealna okazja, żeby naładować baterie, złapać trochę dobrej energii i przepędzić smutki oraz czarne myśli.

Mimo wszystkich przeciwności, za pomocą kwiatów i nieco kiczowatych gadżetów udało mi się sprowadzić do naszego domu trochę wiosny i świątecznej atmosfery. Na półkach i parapetach stoją obowiązkowe bratki i hiacynty a punktem centralnym na naszym stole jest ogromny bukiet białych i liliowych tulipanów w szklanym pojemniku, które Marta dostała ode mnie z okazji urodzin (w tym roku wypadły one właśnie w pierwszym dniu świąt). 

Kilka dni temu Marta przyniosła do domu doniczkę z owsem ozdobioną kurczaczkiem w różowej, niemowlęcej czapeczce. Niestety, dla Furianuszka stała się ona źródłem straszliwej frustracji. Prawdopodobnie chodzi o to, że nasz rudy przyjaciel uznał, iż owies jest kotu niezbędny do zjedzenia, a kurczaczek do zabawy. Ponieważ ja i Marta mamy na ten temat zdanie odrębne, więc postawiłyśmy doniczkę na kuchennym blacie, poza zasięgiem jego łapek. (Nie żałujemy mu odrobiny zieleniny, obawiamy się tego, że owies może być zaprawiany albo naszpikowany chemią, żeby szybciej rósł).  Jednak Furianek o tym nie wie za to doskonale pamięta, że doniczka tam jest, więc próbuje wspiąć się na blat (na nasze szczęście nie potrafi skakać tak wysoko) i przeraźliwie miauczy dopominając o swoje.

Następną ofiarą jego zapędów była hortensja w wiklinowym kwietniku — jednak okazało się, że jest to roślina, z której kot nie ma żadnego pożytku, więc szybko stracił dla niej wszelkie zainteresowanie.

Na koniec doszedł do wniosku, że oprócz kocich misek i niedokręconych kranów w łazience przyda mu się jeszcze jeden wodopój, więc teraz moim zadaniem specjalnym jest pilnowanie urodzinowych tulipanów Marty w szklanym pojemniku, ponieważ próbował wypijać z niego wodę... Tulipanów jest bardzo dużo i nie da się pomiędzy nie włożyć łebka, więc wszystko kończy się na ich obwąchiwaniu. W związku z tym jest nadzieja, że moja misja nie będzie zbyt uciążliwa, bo ile razy można wąchać kwiaty, które nie pachną?

Ponieważ chciałam podzielić się z Wami świąteczną atmosferą naszego domu, zrobiłam dwa kolaże z migawkami przedstawiającymi tegoroczne wielkanocne dekoracje. Szczerze mówiąc, nie zależy mi zbytnio na wysmakowanej elegancji, więc są one niezbyt spójne, ale za to cieszą nasze oczy i przywołują wspomnienia, jak choćby zajączek i jajko w koszyczku z gałązek. Gdy na nie patrzę, przypomina mi się Wielkanoc sprzed kilku lat, kiedy Marta przyjechała na święta z Irlandii, gdzie pracowała przez jakiś czas.

Oglądałam zdjęcia, jakie tam zrobiła, i słuchałam jej opowieści o bezludnych plażach nad Atlantykiem, klifach Moheru i wędrówkach po zielonych wzgórzach Connemary. Rozmowa zeszła na irlandzkie obyczaje świąteczne, a przy tej okazji dowiedziałam się, dlaczego wielkanocny zajączek przynosi jajka — co w Polsce nie jest oczywiste, ponieważ u nas przynosi po prostu prezenty. * 

Skromny i niepozorny szarak ma bardzo bogate konotacje i podobnie jak inne gatunki zwierząt, w wielu kulturach pełni rolę symboliczną. W starożytnej Grecji był łączony z płodnością oraz miłością, i przypisywany bogini Afrodycie. W tradycji chrześcijańskiej również stał się symbolem płodności i odradzającego się życia, a jego wizerunki pojawiały się w sztuce sakralnej, m.in. można go zobaczyć na fresku w mediolańskim kościele San Eustorgio. Jednak najpiękniejszą legendę z nim związaną przywiozła Marta z Irlandii.

Na Szmaragdowej Wyspie przez wieki przenikały się wpływy celtyckie i germańskie, mieszały mitologie i obyczaje. Imię germańskiej bogini wiosny i płodności Ostary przetrwało do dziś w anglosaskiej nazwie Wielkanocy – Easter. Święto ku czci Ostary obchodzono wiosną, gdy przyroda budziła się do życia, w tym czasie zakopywano w ziemi malowane jajka, aby zapewnić urodzaj oraz ochronę upraw. Pojawiały się one również w wielu innych europejskich kulturach, a ten obyczaj w różnych formach przetrwał do dziś, choć często w zależności od miejsca przypisuje mu się odmienne źródło i znaczenie.

Zając, zwierzę kojarzone z dużą płodnością, towarzyszył bogini jako jej atrybut. Istnieje piękna legenda mówiąca o tym, że kiedy u kresu zimy Ostara zeszła na ziemię, znalazła rannego i zmarzniętego ptaka. Aby go ocalić, zamieniła jego pióra w futro — i w ten sposób narodził się zając.

Kiedy wiosną wszystkie zwierzęta przychodziły z darami, aby oddać pokłon bogini, zając ozdobił ostatnie jajko, które zniósł jeszcze jako ptak, i ofiarował je swojej wybawicielce.

Zając i jajka, choć dziś wydają się jedynie uroczym elementem świątecznych dekoracji, w swej istocie niosą ze sobą długą i ważną historię dawnych wierzeń i ludzkich nadziei. Może właśnie dlatego tak dobrze wpisują się w ten wiosenny czas — pełen odradzającego się życia, wspomnień i małych, domowych rytuałów, które  powtarzamy co roku...


Kiedy byłam dzieckiem nie dostawałam prezentów od zajączka, gdyż w tamtych czasach ten obyczaj nie był zbyt rozpowszechniony. Ponieważ zawsze uważałam, że każda okazja jest dobra, żeby sprawić komu przyjemność, zajączek na stałe zagnieździł się w naszym domu, kiedy na świat przyszli Kuba i Marta. Mnie też szaraczek zaczął przynosić różne upominki, ale najbardziej nieoczekiwany był ten, który otrzymałam w Wielki Piątek trzynaście lat temu. Stało się to dzięki niezwykłemu zbiegowi okoliczności, a jeśli ktoś chciałby o tym poczytać, może to zrobić klikając w link Mazurskie historie. Nasze "znajdki".

wtorek, 24 marca 2026

Liguria. Riviera Liguryjska, część trzecia —Cinque Terre. Vernazza i Via dell'Amore.

 

Vernazza to jedno z najpiękniejszych miasteczek liguryjskiego wybrzeża. Podobnie jak inne miejscowości w obrębie Parku Narodowego Cinque Terre zachwyca kolorową zabudową, malowniczym portem i autentycznym włoskim klimatem. Każdy, kto ją odwiedzi, odkryje niemal pocztówkową wersję Ligurii – idealną na spokojne zwiedzanie i delektowanie się widokami.

Ten wpis jest trzecim i zarazem ostatnim, w którym opisuję moją wyprawę na teren Cinque Terre, a jednocześnie dziewiątym poświęconym Ligurii (można je znaleźć klikając w ten link Liguria). Choć przez jedenaście lat mojej emigracji mieszkałam w Lombardii, wielokrotnie odwiedzałam sąsiednie regiony, w tym Ligurię. Jej piękno całkowicie mnie urzekło – bo jak się nie zachwycić górami, których stoki schodzą wprost do morza, i uroczymi miejscowościami, w których czas jakby się zatrzymał? Liguria skradła mi serce, więc ten dziewiąty post chyba nie będzie ostatnim...

Vernazza była końcowym etapem naszej wycieczki do Pięciu Ziem (dwa poprzednie posty na ten temat można znaleźć pod linkiem Riwiera Liguryjska). Przypłynęliśmy tam z Monterosso al Mare, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć miasteczko od strony morza. Nawet widziane z oddali zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Skupisko domków w pastelowych kolorach, kościół na pierwszym planie, wysoka skała z potężną  wieżą na szczycie oraz zielone wzgórza pokryte tarasowymi poletkami – wszystko to tworzyło niezapomniany widok.

Jednak walory wizualne to nie wszystko – historia tego miejsca jest równie fascynująca. Pierwsze dokumenty pochodzą z XI wieku, choć osadnictwo na okolicznych wzgórzach datuje się na początek pierwszego tysiąclecia naszej ery. Już w czasach rzymskich na nasłonecznionych stokach nadmorskich klifów uprawiano winorośl i oliwki, a tradycja ta przetrwała do dziś.

Jedynym problemem był i jest nadal trudny dostęp do tych terenów, spowodowany stromymi stokami i osuwiskami ziemi. Z tego względu Rzymianie, którzy budowali znakomite drogi, ograniczyli się do półśrodka. Wytyczyli jedynie wąski utwardzony szlak, wiodący po grzbiecie wzniesień, natomiast pozostałe odcinki prowadzące do upraw na zboczach przemierzano pomniejszymi lokalnymi ścieżkami.

W tamtym okresie okoliczna ludność mieszkała na wzgórzach; dopiero kiedy w 1016 roku te ziemie objął swoim protektoratem genueński ród Obertenghi, część mieszkańców przesiedliła się na wybrzeże. W 1209 roku Vernazza została przejęta przez Republikę Genueńską i stała się ważnym portem handlowym. Dla ochrony swoich interesów genueńczycy w tutejszej zatoczce zbudowali ufortyfikowany port i stocznię remontową, Bezpieczeństwo zapewniały im mury obronne, wieże strażnicze i bastiony, których resztki możemy oglądać do dzisiaj. Przez kilka wieków Vernazza przechodziła zmienne koleje losu, aż do czasów, kiedy weszła w skład odrodzonego Królestwa Włoch.

Jak już wspomniałam, skarbem tych ziem były winnice, o czym świadczą tarasowe plantacje winorośli widoczne na wzgórzach, do których przytuliła się ta mała osada. Kilkusetletnia tradycja ma swój dalszy ciąg, a przypis o jej historycznych i współczesnych aspektach znajduje się na końcu posta.*

Kiedy nasz statek przybił do nabrzeża, mogliśmy z bliska zobaczyć szczególny układ tego niemal mikroskopijnego miasteczka. Kamienne molo w kształcie sierpa i przytulna plaża tworzą niewielkie kąpielisko, oddzielone od centralnego placu balustradą i murem oporowym. Tuż obok po lewej stronie wprost z wody wyrasta XIV-wieczny kościół Santa Margherita d’Antiochia a w głębi od placu rozchodzą się wąskie uliczki. Po prawej stronie portu na wysokiej niemal czarnej skale wznosi się XII wieczny zamek Doriów z wysoką okrągłą wieżą. Można tam dojść pokonując plątaninę wąskich uliczek i liczne schody. 

Uderzył  mnie szczególny nastrój tego dnia – była niedziela i piękna pogoda, kościelny dzwon swym biciem wzywał wiernych na modlitwę, więc można było zobaczyć sporo osób odświętnie ubranych, zmierzających na mszę.

Tymczasem na plaży tuż obok kościoła ludzie leżeli na słońcu albo radośnie dokazywali w wodzie, podczas gdy inni delektowali się miejscowymi przysmakami w kawiarenkach i restauracyjkach na placu. Włosi jak żaden inny naród potrafią łączyć sacrum i profanum, wychodząc z założenia, że kontakt z naturą i radość życia również są swego rodzaju modlitwą na chwałę Stwórcy. Było to prawdziwe wakacyjno-niedzielne, beztroskie far niente, przesycone zapachem rozmarynu, cytryn, kwiatów i morskiej bryzy.

Niestety nasza wycieczka odbywała się w tempie niemal zawrotnym, więc i tym razem nie mieliśmy zbyt wiele czasu na zwiedzanie. Udało mi się zobaczyć wnętrze kościoła, zanim zaczęła się msza, ale z oczywistych powodów nie było mowy o dokładnym oglądaniu detali i robieniu zdjęć, więc ukradkiem sfotografowałam jedynie figurę patronki oraz poświęcony jej ołtarz. Kościół wzniesiono pod wezwaniem św. Małgorzaty z Antiochii, jego wnętrze jest bardzo surowe, w stylu gotyku liguryjskiego. Pracowali przy nim komaskowie – sławni budowniczowie pochodzący z Lombardii. Ponieważ byli  zrzeszeni w pracowni Benedetta Antelamiego, od nazwiska mistrza nazywano ich Magistri Antelami i pod tym mianem przeszli do historii średniowiecznej architektury. W późniejszych wiekach świątynię rozbudowano, przedłużając główną nawę, pod którą znajduje się darsena, dodano jej także charakterystyczną ośmiokątną wieżę.

Vernazza, jaką zobaczyłam, nie jest typowym turystycznym miasteczkiem na pokaz. Chociaż nie brakuje tu restauracyjek, barów i kawiarenek, a także stoisk z pamiątkami, jej mieszkańcy nie kryją się ze swoim stylem życia i zajęciami. Sąsiedzi i znajomi gawędzą na murkach i krzesełkach pod ścianami domów, a w wąziutkich zaułkach nad głowami przechodniów na sznurach powiewa pranie. Wiele starych domów ma odpadające tynki – nie ma w tym nic dziwnego, bo w nadmorskich miejscowościach nie zawsze świeci słońce; niemal równie często są one chłostane ulewnymi deszczami i sztormowym wiatrem.

Ponieważ była pora obiadu, powinnam gdzieś wstąpić, aby zjeść coś konkretnego, ale szkoda mi było czasu na siedzenie pod restauracyjnym parasolem. W zamian zdecydowałam się na apetyczne lody lokalnej produkcji, sprzedawane w lodziarni przy głównej ulicy. Uwielbiam włoskie lody, których nie serwuje się w postaci gałek ani tym bardziej z maszyny, lecz hojnie nakłada do wafla płaską łopatką. Jest to nie tylko wspaniały deser – kiedy nie ma czasu na solidny posiłek, porządna porcja pysznych lodów ze świeżych składników może go z powodzeniem zastąpić.

Vernazza leży pomiędzy wzgórzami, w niewielkiej, wąskiej dolince rozszerzającej się w stronę morza. Spacerując po Via Roma, która jest główną ulicą miasteczka, zauważyłam po obu jej stronach liczne schody prowadzące do domów leżących nieco wyżej. Trafiłam też nad strumień Vernazzola, który niknął pod nawierzchnią ulicy, gdzie prawdopodobnie utworzono kanał odprowadzający jego wody do morza, co w tych stronach jest  dość częstą praktyką.

Miałam ochotę udać się do zamku Doriów, lecz podobnie jak w Monterosso obawiałam się, że zajmie mi to zbyt dużo czasu i spóźnię się na zbiórkę, co byłoby o tyle kłopotliwe, że czekał nas przejazd pociągiem do Manaroli. Nie chcąc sprawiać kłopotów sobie i innym, wolałam zrezygnować z podziwiania widoków z wysokości zamku, tym bardziej że miałam w planie następną wycieczkę w te strony, lecz tym razem na własną rękę.

W Manaroli spotkał mnie zawód, ponieważ okazało się, że dworzec leży u podnóża stromej skały, za którą kryje się to śliczne miasteczko. Manarola zauroczyła mnie podczas rejsu wzdłuż wybrzeża, jednak nie mieliśmy w planie jej zwiedzania, gdyż naszym celem było przejście Drogą Miłości do sąsiedniego Riomaggiore. 

Droga Miłości, czyli Via dell’Amore, to nadmorska ścieżka wykuta w skale, obecnie stanowiąca deptak o długości mniej więcej kilometra. Powstała jako droga zapasowa dla robotników wykuwających w skalnym klifie tunel dla kolei, która w XIX wieku połączyła Cinque Terre z resztą świata. Kiedy ukończono prace, miejsce to stało się ulubionym celem spacerów miejscowych zakochanych. Z biegiem czasu dróżce dodano nowe zabezpieczenia i przekształcono ją w lokalną atrakcję. Trzeba przyznać, że spacer na tej trasie, gdzie po jednej stronie znajduje się potężna skalna ściana, a z drugiej trzydziestometrowe urwisko, robi niezapomniane wrażenie. Mnie z tej przechadzki najbardziej zapadł w pamięć widok bezkresnego morza stapiającego się z błękitem nieba oraz kryształowo czysta woda, która z tej wysokości miała kolor ultramaryny.

Kiedy po półgodzinnym spacerze dotarliśmy do Riomaggiore, zaledwie rzuciliśmy na nie okiem. Zbliżała się godzina naszego powrotu do Saronno, więc musieliśmy udać się na obrzeża, gdzie na parkingu czekał nasz autokar. 

Miałam bardzo mieszane wrażenia z tej wycieczki, ponieważ taki sposób zwiedzania zupełnie mi nie odpowiada. Czułam się jak paczka przewożona pod presją czasu z punktu A do punktu B. Choć odwiedziłam trzy miejscowości, nie mogłam poświęcić im tyle uwagi, ile bym chciała. Przypominało to lot balonem na niewielkiej wysokości – można wiele zobaczyć, ale nie można niczego dotknąć. Niestety taki jest urok jednodniowych wycieczek do odległych miejsc, jednak mają one tę zaletę, że przynajmniej pobieżnie można poznać inny region. Jeśli nam się spodoba, zawsze można spróbować do niego wrócić by smakować jego uroki w swoim tempie.

Ja też miałam taki zamiar, jednak nie było sensu jechać tam ponownie na jeden dzień, a z powodu systemu w jakim pracowałam, nie mogłam planować kilkudniowego wypadu. Kiedy nadszedł czas mojego definitywnego powrotu do Polski, postanowiłam, że po rozwiązaniu umowy zrobię sobie  dwutygodniowy urlop, który poświęcę na nieco dalsze wycieczki. Chciałam jeszcze zobaczyć kilka miejsc, między innymi Ravennę i Cinque Terre. Była połowa października, zwykle o tej porze roku pogoda nadal dopisywała, jednak tym razem stało się inaczej. Nad Półwysep Apeniński nadciągnęła niekończąca się fala deszczu i dzień w dzień lało jak z cebra. 

Pogoda kompletnie zrujnowała  moje wycieczkowe  plany. W Lombardii większość rzek zaczęła występować z brzegów, a strumyki, gdzie jeszcze niedawno płynęła wąska strużka wody, zmieniły się w groźne, rwące potoki. W tej sytuacji nie mogło być mowy o wybieraniu się gdziekolwiek, więc pozostało mi siedzenie w domu, śledzenie prognoz pogody w telewizji i oglądanie przerażających obrazów z zalanych miejscowości.

Szczególnie tragiczna sytuacja była w Ligurii – w Genui podczas oberwania chmury na zalanych ulicach utonęło siedem osób, ale najbardziej ucierpiały właśnie Cinque Terre, gdzie (jak podawała lokalna prasa) żywioł pochłonął życie trzynastu ofiar. Na Monterosso al Mare i Vernazzę zeszły niszczycielskie lawiny błota; pozostałe miejscowości odniosły mniejsze szkody, ale Droga Miłości w Manaroli uległa zniszczeniu.** W szczególnie trudnej sytuacji była Vernazza – przeżyłam szok, kiedy w telewizji pokazano film, gdzie zobaczyłam, jak przez Via Roma z ogromną szybkością pędzą potoki wody, porywające ze sobą auta, które przez balustradę centralnego placu spadają wprost do morza. Potworny żywioł niszczył wszystko na swojej drodze, a to, czego nie porwał nurt, ginęło pod warstwą naniesionej ziemi.

W następnych dniach, kiedy ulewy zamieniły się w zwykły deszcz, mogłam obejrzeć inne reportaże, w których zrozpaczeni ludzie szacowali swoje straty. Między innymi wypowiadał się właściciel lodziarni, w której byłam podczas wycieczki, wielu innych drobnych przedsiębiorców żyjących z turystyki oraz właściciele winnic. Straty szacowano na wiele setek milionów euro, jednak  najgorsze było to, że przed mieszkańcami był ogrom prac związanych z usuwaniem szkód, co jak przewidywano potrwa kilka następnych lat. Patrząc na te obrazy straszliwych zniszczeń, trudno było sobie wyobrazić, że przyjdzie czas, gdy Monterosso i Vernazza zaczną funkcjonować normalnie.***

Kiedy nadszedł dzień mojego odjazdu, we Włoszech nadal padało. Nie wiedziałam, czy bardziej cieszę się, że wracam do domu, czy smucę, bo skończył się ten etap mojego życia, który, choć trudny, przyniósł mi też wiele radości. Włoskie niebo płakało nade mną, że zostawiam za sobą tyle pięknych miejsc, których być może już nigdy nie zobaczę, a ja pocieszałam się myślą, że mimo wszystko wiozę walizkę pełną wspomnień.

Nieco później, gdy rozmyślałam o moich wycieczkach, które nie doszły do skutku, przyszło mi do głowy, jak często zapominamy o tym, iż czas może pracować na naszą niekorzyść. Ulubionym powiedzonkiem Włochów jest domani, Hiszpanie zawsze mają pod ręką swoje mañana, a my, Polacy, często mówimy, że „co się odwlecze, to nie uciecze”. Jednak w życiu nie warto niczego odkładać na później, bo przecież nie wiemy, co nam przyniesie jutro...


*Jak już wspomniałam, skarbem tych ziem stały się winnice a wino jakie tu produkowano uchodziło za wyborne. Nazywano je „winem morza”, ponieważ zarówno powietrze, jak i gleba na klifach zawierają sól morską. Jej obecność sprawia, że z winogron dojrzewających na nasłonecznionych stokach, zraszanych morską bryzą, uzyskiwano trunek o wyjątkowym smaku. Jednak powstanie i następnie kultywacja winnic był to efekt prawdziwie morderczego wysiłku mieszkańców tych terenów. Budowa niezliczonych tarasów odbywała się ręcznie. Pierwszym etapem było odłupywanie za pomocą kilofa płaskich kawałków skał, z których następnie budowano suche murki. Jest to starożytna technika układania i dopasowywania kamieni w taki sposób, by wzajemnie się klinowały. Dzięki temu nie potrzeba zaprawy do ich spojenia, cała konstrukcja jest stabilna a do tego przepuszcza nadmiar wody, co jest bardzo ważne dla upraw.  

Aby posadzić winorośl niejednokrotnie trzeba było uzupełnić cienką warstwę gleby, więc ziemię na plantację noszono w dużych koszach. W ten sam sposób transportowano zebrane owoce, pokonując niezliczone kilometry w górę i w dół. Na wzgórza nie prowadziły żadne drogi dojazdowe,  łączność pomiędzy tarasami zapewniały wąskie schody ułożone ze skalnych bloków, więc wszystko dźwigano na własnych plecach. Obecnie tę pracę nieco ułatwiają kolejki jednoszynowe, jednak owoce trzeba donieść w ich pobliże, dlatego nadal jest to praca dla prawdziwych pasjonatów – ludzi twardych i wytrwałych. 

Na przełomie XIX i XX wieku Cinque Terre przeżyły inwazję filoksery, niewielkiego owada, który przywędrował z Ameryki i w znacznym stopniu zniszczył europejskie winnice. O ile na nizinach łatwiej można było odrobić straty wprowadzając nowe szczepy odporne na pasożyty i choroby, to na  tym słabo zaludnionym, bardzo  trudnym obszarze było to właściwie niemożliwe. Utracono efekt pracy wielu pokoleń, dawne uprawy zaczęły zarastać a część ludzi udała się w inne rejony lub na emigrację. Skutki tej tragedii nadal są widoczne — kiedy płynie się statkiem wzdłuż wybrzeża, w wielu miejscach można jeszcze dostrzec liczne zarysy dawnych tarasowych poletek zarośniętych zdziczałą roślinnością. 

Jednak tradycja winiarska na tych ziemiach nie zginęła całkowicie. W drugiej połowie XX wieku powstała  Cooperativa Agricoltura delle Cinque Terre, która zajmuje się uprawą winorośli i produkcją wina. Jej członkowie pracują na bazie nowoczesnych ekologicznych metod, produkując białe wytrawne wino Cinque Terre DOC i deserowe Sciacchetrà DOC.

** Via dell'Amore uległa zniszczeniu, ponieważ podczas powodzi w 2011 roku doszło w tym miejscu do osunięcia terenu. Prace przy jej rekonstrukcji i zabezpieczeniu trwały przez trzynaście lat a ponowne otwarcie ścieżki nastąpiło w sierpniu 2024 roku.

*** Cinque Terre zadziwiająco szybko podniosły się po katastrofalnej powodzi, która zniszczyła nie tylko ludzkie domy, ale również infrastrukturę krytyczną w tym wodociągi, drogi dojazdowe i linię kolejową. W pierwszych tygodniach mieszkańcy byli zdani sami na siebie, gdyż cały teren został odcięty od świata. Z pomocą w usuwaniu szkód przyszły instytucje państwowe i Unia Europejska, organizacje pozarządowe oraz mnóstwo wolontariuszy z całych Włoch. Najgorsze szkody usunięto przed sezonem letnim w 2012 roku, co umożliwiło częściowy powrót turystów. Jednak były też prace, które trwały jeszcze wiele lat, a inne jak choćby odbudowa części poletek i przewrócenie do dawnego stanu górskich szlaków nadal nie zostały zakończone. Pisząc tego posta oglądałam aktualne zdjęcia z Vernazzy i jestem pełna podziwu, gdyż miasteczko wygląda piękniej niż kiedykolwiek.