wtorek, 24 marca 2026

Liguria. Riviera Liguryjska, część trzecia —Vernazza i Via dell'Amore.

 

Vernazza to jedno z najpiękniejszych miasteczek liguryjskiego wybrzeża. Podobnie jak inne miejscowości w obrębie Parku Narodowego Cinque Terre zachwyca kolorową zabudową, malowniczym portem i autentycznym włoskim klimatem. Każdy, kto ją odwiedzi, odkryje niemal pocztówkową wersję Ligurii – idealną na spokojne zwiedzanie i delektowanie się widokami.

Ten wpis jest trzecim i zarazem ostatnim, w którym opisuję moją wyprawę na teren Cinque Terre, a jednocześnie dziewiątym poświęconym Ligurii. Choć przez jedenaście lat mojej emigracji mieszkałam w Lombardii, wielokrotnie odwiedzałam sąsiednie regiony, w tym Ligurię. Jej piękno całkowicie mnie urzekło – bo jak się nie zachwycić górami, których stoki schodzą wprost do morza, i uroczymi miejscowościami, w których czas jakby się zatrzymał? Liguria skradła mi serce, więc ten dziewiąty post chyba nie będzie ostatnim...

Vernazza była końcowym etapem naszej wycieczki do Pięciu Ziem (dwa poprzednie posty na ten temat można znaleźć pod linkiem Riwiera Liguryjska). Przypłynęliśmy tam z Monterosso al Mare, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć miasteczko od strony morza. Nawet widziane z oddali zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Skupisko domków w pastelowych kolorach, kościół na pierwszym planie, wysoka skała z potężną  wieżą na szczycie oraz zielone wzgórza pokryte tarasowymi poletkami – wszystko to tworzyło niezapomniany widok.

Jednak walory wizualne to nie wszystko – historia tego miejsca jest równie fascynująca. Pierwsze dokumenty pochodzą z XI wieku, choć osadnictwo na okolicznych wzgórzach datuje się na początek pierwszego tysiąclecia naszej ery. Już w czasach rzymskich na nasłonecznionych stokach nadmorskich klifów uprawiano winorośl i oliwki, a tradycja ta przetrwała do dziś.

Jedynym problemem był i jest nadal trudny dostęp do tych terenów, spowodowany stromymi stokami i osuwiskami ziemi. Z tego względu Rzymianie, którzy budowali znakomite drogi, ograniczyli się do półśrodka. Wytyczyli jedynie wąski utwardzony szlak, wiodący po grzbiecie wzniesień, natomiast pozostałe odcinki prowadzące do upraw na zboczach przemierzano pomniejszymi lokalnymi ścieżkami.

W tamtym okresie okoliczna ludność mieszkała na wzgórzach; dopiero kiedy w 1016 roku te ziemie objął swoim protektoratem genueński ród Obertenghi, część mieszkańców przesiedliła się na wybrzeże. W 1209 roku Vernazza została przejęta przez Republikę Genueńską i stała się ważnym portem handlowym. Dla ochrony swoich interesów genueńczycy w tutejszej zatoczce zbudowali ufortyfikowany port i stocznię remontową, Bezpieczeństwo zapewniały im mury obronne, wieże strażnicze i bastiony, których resztki możemy oglądać do dzisiaj. Przez kilka wieków Vernazza przechodziła zmienne koleje losu, aż do czasów, kiedy weszła w skład odrodzonego Królestwa Włoch.

Jak już wspomniałam, skarbem tych ziem były winnice, o czym świadczą tarasowe plantacje winorośli widoczne na wzgórzach, do których przytuliła się ta mała osada. Kilkusetletnia tradycja ma swój dalszy ciąg, a przypis o jej historycznych i współczesnych aspektach znajduje się na końcu posta.*

Kiedy nasz statek przybił do nabrzeża, mogliśmy z bliska zobaczyć szczególny układ tego niemal mikroskopijnego miasteczka. Kamienne molo w kształcie sierpa i przytulna plaża tworzą niewielkie kąpielisko, oddzielone od centralnego placu balustradą i murem oporowym. Tuż obok po lewej stronie wprost z wody wyrasta XIV-wieczny kościół Santa Margherita d’Antiochia a w głębi od placu rozchodzą się wąskie uliczki. Po prawej stronie portu na wysokiej niemal czarnej skale wznosi się XII wieczny zamek Doriów z wysoką okrągłą wieżą. Można tam dojść pokonując plątaninę wąskich uliczek i liczne schody. 

Uderzył  mnie szczególny nastrój tego dnia – była niedziela i piękna pogoda, kościelny dzwon swym biciem wzywał wiernych na modlitwę, więc można było zobaczyć sporo osób odświętnie ubranych, zmierzających na mszę.

Tymczasem na plaży tuż obok kościoła ludzie leżeli na słońcu albo radośnie dokazywali w wodzie, podczas gdy inni delektowali się miejscowymi przysmakami w kawiarenkach i restauracyjkach na placu. Włosi jak żaden inny naród potrafią łączyć sacrum i profanum, wychodząc z założenia, że kontakt z naturą i radość życia również są swego rodzaju modlitwą na chwałę Stwórcy. Było to prawdziwe wakacyjno-niedzielne, beztroskie far niente, przesycone zapachem rozmarynu, cytryn, kwiatów i morskiej bryzy.

Niestety nasza wycieczka odbywała się w tempie niemal zawrotnym, więc i tym razem nie mieliśmy zbyt wiele czasu na zwiedzanie. Udało mi się zobaczyć wnętrze kościoła, zanim zaczęła się msza, ale z oczywistych powodów nie było mowy o dokładnym oglądaniu detali i robieniu zdjęć, więc ukradkiem sfotografowałam jedynie figurę patronki oraz poświęcony jej ołtarz. Kościół wzniesiono pod wezwaniem św. Małgorzaty z Antiochii, jego wnętrze jest bardzo surowe, w stylu gotyku liguryjskiego. Pracowali przy nim komaskowie – sławni budowniczowie pochodzący z Lombardii. Ponieważ byli  zrzeszeni w pracowni Benedetta Antelamiego, od nazwiska mistrza nazywano ich Magistri Antelami i pod tym mianem przeszli do historii średniowiecznej architektury. W późniejszych wiekach świątynię rozbudowano, przedłużając główną nawę, pod którą znajduje się darsena, dodano jej także charakterystyczną ośmiokątną wieżę.

Vernazza, jaką zobaczyłam, nie jest typowym turystycznym miasteczkiem na pokaz. Chociaż nie brakuje tu restauracyjek, barów i kawiarenek, a także stoisk z pamiątkami, jej mieszkańcy nie kryją się ze swoim stylem życia i zajęciami. Sąsiedzi i znajomi gawędzą na murkach i krzesełkach pod ścianami domów, a w wąziutkich zaułkach nad głowami przechodniów na sznurach powiewa pranie. Wiele starych domów ma odpadające tynki – nie ma w tym nic dziwnego, bo w nadmorskich miejscowościach nie zawsze świeci słońce; niemal równie często są one chłostane ulewnymi deszczami i sztormowym wiatrem.

Ponieważ była pora obiadu, powinnam gdzieś wstąpić, aby zjeść coś konkretnego, ale szkoda mi było czasu na siedzenie pod restauracyjnym parasolem. W zamian zdecydowałam się na apetyczne lody lokalnej produkcji, sprzedawane w lodziarni przy głównej ulicy. Uwielbiam włoskie lody, których nie serwuje się w postaci gałek ani tym bardziej z maszyny, lecz hojnie nakłada do wafla płaską łopatką. Jest to nie tylko wspaniały deser – kiedy nie ma czasu na solidny posiłek, porządna porcja pysznych lodów ze świeżych składników może go z powodzeniem zastąpić.

Vernazza leży pomiędzy wzgórzami, w niewielkiej, wąskiej dolince rozszerzającej się w stronę morza. Spacerując po Via Roma, która jest główną ulicą miasteczka, zauważyłam po obu jej stronach liczne schody prowadzące do domów leżących nieco wyżej. Trafiłam też nad strumień Vernazzola, który niknął pod nawierzchnią ulicy, gdzie prawdopodobnie utworzono kanał odprowadzający jego wody do morza, co w tych stronach jest  dość częstą praktyką.

Miałam ochotę udać się do zamku Doriów, lecz podobnie jak w Monterosso obawiałam się, że zajmie mi to zbyt dużo czasu i spóźnię się na zbiórkę, co byłoby o tyle kłopotliwe, że czekał nas przejazd pociągiem do Manaroli. Nie chcąc sprawiać kłopotów sobie i innym, wolałam zrezygnować z podziwiania widoków z wysokości zamku, tym bardziej że miałam w planie następną wycieczkę w te strony, lecz tym razem na własną rękę.

W Manaroli spotkał mnie zawód, ponieważ okazało się, że dworzec leży u podnóża stromej skały, za którą kryje się to śliczne miasteczko. Manarola zauroczyła mnie podczas rejsu wzdłuż wybrzeża, jednak nie mieliśmy w planie jej zwiedzania, gdyż naszym celem było przejście Drogą Miłości do sąsiedniego Riomaggiore. 

Droga Miłości, czyli Via dell’Amore, to nadmorska ścieżka wykuta w skale, obecnie stanowiąca deptak o długości mniej więcej kilometra. Powstała jako droga zapasowa dla robotników wykuwających w skalnym klifie tunel dla kolei, która w XIX wieku połączyła Cinque Terre z resztą świata. Kiedy ukończono prace, miejsce to stało się ulubionym celem spacerów miejscowych zakochanych. Z biegiem czasu dróżce dodano nowe zabezpieczenia i przekształcono ją w lokalną atrakcję. Trzeba przyznać, że spacer na tej trasie, gdzie po jednej stronie znajduje się potężna skalna ściana, a z drugiej trzydziestometrowe urwisko, robi niezapomniane wrażenie. Mnie z tej przechadzki najbardziej zapadł w pamięć widok bezkresnego morza stapiającego się z błękitem nieba oraz kryształowo czysta woda, która z tej wysokości miała kolor ultramaryny.

Kiedy po półgodzinnym spacerze dotarliśmy do Riomaggiore, zaledwie rzuciliśmy na nie okiem. Zbliżała się godzina naszego powrotu do Saronno, więc musieliśmy udać się na obrzeża, gdzie na parkingu czekał nasz autokar. 

Miałam bardzo mieszane wrażenia z tej wycieczki, ponieważ taki sposób zwiedzania zupełnie mi nie odpowiada. Czułam się jak paczka przewożona pod presją czasu z punktu A do punktu B. Choć odwiedziłam trzy miejscowości, nie mogłam poświęcić im tyle uwagi, ile bym chciała. Przypominało to lot balonem na niewielkiej wysokości – można wiele zobaczyć, ale nie można niczego dotknąć. Niestety taki jest urok jednodniowych wycieczek do odległych miejsc, jednak mają one tę zaletę, że przynajmniej pobieżnie można poznać inny region. Jeśli nam się spodoba, zawsze można spróbować do niego wrócić by smakować jego uroki w swoim tempie.

Ja też miałam taki zamiar, jednak nie było sensu jechać tam ponownie na jeden dzień, a z powodu systemu w jakim pracowałam, nie mogłam planować kilkudniowego wypadu. Kiedy nadszedł czas mojego definitywnego powrotu do Polski, postanowiłam, że po rozwiązaniu umowy zrobię sobie  dwutygodniowy urlop, który poświęcę na nieco dalsze wycieczki. Chciałam jeszcze zobaczyć kilka miejsc, między innymi Ravennę i Cinque Terre. Była połowa października, zwykle o tej porze roku pogoda nadal dopisywała, jednak tym razem stało się inaczej. Nad Półwysep Apeniński nadciągnęła niekończąca się fala deszczu i dzień w dzień lało jak z cebra. 

W Lombardii większość rzek zaczęła występować z brzegów, a strumyki, gdzie jeszcze niedawno płynęła wąska strużka wody, zmieniły się w groźne, rwące potoki. W tej sytuacji nie mogło być mowy o wybieraniu się gdziekolwiek, więc pozostało mi siedzenie w domu i śledzenie prognoz pogody w telewizji oraz oglądanie przerażających obrazów z zalanych miejscowości.

Szczególnie tragiczna sytuacja była w Ligurii – w Genui podczas oberwania chmury na zalanych ulicach utonęło siedem osób, ale najbardziej ucierpiały właśnie Cinque Terre, gdzie (jak podawała lokalna prasa) żywioł pochłonął życie trzynastu ofiar. Na Monterosso al Mare i Vernazzę zeszły niszczycielskie lawiny błota; pozostałe miejscowości odniosły mniejsze szkody, ale Droga Miłości w Manaroli uległa zniszczeniu.** W szczególnie trudnej sytuacji była Vernazza – przeżyłam szok, kiedy w telewizji pokazano film, gdzie zobaczyłam, jak przez Via Roma z ogromną szybkością pędzą potoki wody, porywające ze sobą auta, które przez balustradę centralnego placu spadają wprost do morza. Potworny żywioł niszczył wszystko na swojej drodze, a to, czego nie porwał nurt, ginęło pod warstwą naniesionej ziemi.

W następnych dniach, kiedy ulewy zamieniły się w zwykły deszcz, mogłam obejrzeć inne reportaże, w których zrozpaczeni ludzie szacowali swoje straty. Między innymi wypowiadał się właściciel lodziarni, w której byłam podczas wycieczki, wielu innych drobnych przedsiębiorców żyjących z turystyki oraz właściciele winnic. Straty szacowano na wiele setek milionów euro, jednak  najgorsze było to, że przed mieszkańcami był ogrom prac związanych z usuwaniem szkód, co jak przewidywano potrwa kilka następnych lat. Patrząc na te obrazy straszliwych zniszczeń, trudno było sobie wyobrazić, że przyjdzie czas, gdy Monterosso i Vernazza zaczną funkcjonować normalnie.***

Kiedy nadszedł dzień mojego odjazdu, we Włoszech nadal padało. Nie wiedziałam, czy bardziej cieszę się, że wracam do domu, czy smucę, bo skończył się ten etap mojego życia, który, choć trudny, przyniósł mi też wiele radości. Włoskie niebo płakało nade mną, że zostawiam za sobą tyle pięknych miejsc, których być może już nigdy nie zobaczę, a ja pocieszałam się myślą, że mimo wszystko wiozę walizkę pełną wspomnień.

Nieco później, gdy rozmyślałam o moich wycieczkach, które nie doszły do skutku, przyszło mi do głowy, że ulubionym powiedzonkiem Włochów jest domani, Hiszpanie zawsze mają pod ręką swoje mañana, a my, Polacy, często mówimy, że „co się odwlecze, to nie uciecze”. Jednak w życiu nie warto niczego odkładać na później, bo przecież nie wiemy, co nam przyniesie jutro...


*Jak już wspomniałam, skarbem tych ziem stały się winnice a wino jakie tu produkowano uchodziło za wyborne. Nazywano je „winem morza”, ponieważ zarówno powietrze, jak i gleba na klifach zawierają sól morską. Jej obecność sprawia, że z winogron dojrzewających na nasłonecznionych stokach, zraszanych morską bryzą, uzyskiwano trunek o wyjątkowym smaku. Jednak powstanie i następnie kultywacja winnic był to efekt prawdziwie morderczego wysiłku mieszkańców tych terenów. Budowa niezliczonych tarasów odbywała się ręcznie. Pierwszym etapem było odłupywanie za pomocą kilofa płaskich kawałków skał, z których następnie budowano suche murki. Jest to starożytna technika układania i dopasowywania kamieni w taki sposób, by wzajemnie się klinowały. Dzięki temu nie potrzeba zaprawy do ich spojenia, cała konstrukcja jest stabilna a do tego przepuszcza nadmiar wody, co jest bardzo ważne dla upraw.  

Aby posadzić winorośl niejednokrotnie trzeba było uzupełnić cienką warstwę gleby, więc ziemię na plantację noszono w dużych koszach. W ten sam sposób transportowano zebrane owoce, pokonując niezliczone kilometry w górę i w dół. Na wzgórza nie prowadziły żadne drogi dojazdowe,  łączność pomiędzy tarasami zapewniały wąskie schody ułożone ze skalnych bloków, więc wszystko dźwigano na własnych plecach. Obecnie tę pracę nieco ułatwiają kolejki jednoszynowe, jednak owoce trzeba donieść w ich pobliże, dlatego nadal jest to praca dla prawdziwych pasjonatów – ludzi twardych i wytrwałych. 

Na przełomie XIX i XX wieku Cinque Terre przeżyły inwazję filoksery, niewielkiego owada, który przywędrował z Ameryki i w duzym stopniu zniszczył europejskie plantacje. O ile na nizinach łatwiej można było odrobić straty wprowadzając nowe szczepy odporne na pasożyty i choroby, to na  tym słabo zaludnionym, bardzo  trudnym obszarze było to właściwie niemożliwe. Utracono efekt pracy wielu pokoleń, dawne uprawy zaczęły zarastać a część ludzi udała się w inne rejony lub na emigrację. Skutki tej tragedii nadal są widoczne — kiedy płynie się statkiem wzdłuż wybrzeża, w wielu miejscach można jeszcze dostrzec liczne zarysy dawnych tarasowych poletek zarośniętych zdziczałą roślinnością. 

Jednak tradycja winiarska na tych ziemiach nie zginęła całkowicie. W drugiej połowie XX wieku powstała  Cooperativa Agricoltura delle Cinque Terre, która zajmuje się uprawą winorośli i produkcją wina. Jej członkowie pracują na bazie nowoczesnych ekologicznych metod, produkując białe wytrawne wino Cinque Terre DOC i deserowe Sciacchetrà DOC.

** Via dell'Amore uległa zniszczeniu, ponieważ podczas powodzi w 2011 roku doszło w tym miejscu do osunięcia terenu. Prace przy jej rekonstrukcji i zabezpieczeniu trwały przez trzynaście lat a ponowne otwarcie ścieżki nastąpiło w sierpniu 2024 roku.

*** Cinque Terre zadziwiająco szybko podniosły się po katastrofalnej powodzi, która zniszczyła nie tylko ludzkie domy, ale również infrastrukturę krytyczną w tym wodociągi, drogi dojazdowe i linię kolejową. W pierwszych tygodniach mieszkańcy byli zdani sami na siebie, gdyż cały teren został odcięty od świata. Z pomocą w usuwaniu szkód przyszły instytucje państwowe i Unia Europejska, organizacje pozarządowe oraz mnóstwo wolontariuszy z całych Włoch. Najgorsze szkody usunięto przed sezonem letnim w 2012 roku, co umożliwiło częściowy powrót turystów. Jednak były też prace, które trwały jeszcze wiele lat, a inne jak choćby odbudowa części poletek i przewrócenie do dawnego stanu górskich szlaków nadal nie zostały zakończone. Pisząc tego posta oglądałam aktualne zdjęcia z Vernazzy i jestem pełna podziwu, gdyż miasteczko wygląda piękniej niż kiedykolwiek.

 

poniedziałek, 16 marca 2026

Liguria. Riviera Liguryjska, część druga — Monterosso al Mare.



Liguryjskie wybrzeże należy do najpiękniejszych zakątków Włoch, a jego najbardziej malowniczym fragmentem jest odcinek zwany Cinque Terre, czyli Pięć Ziem.

Dwa tygodnie temu ukazał się pierwszy post na temat mojej wycieczki, podczas której miałam okazję przyjrzeć się z bliska tej  części Ligurii. Jeśli ktoś chciałby się z nim zapoznać albo go sobie odświeżyć, może to zrobić, klikając w link Riwiera Liguryjska, część pierwsza — Porto VenereWspominałam w nim, że Porto Venere oraz Cinque Terre, czyli miejscowości Riomaggiore, Manarola, Corniglia, Vernazza i Monterosso al Mare, są na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Tę decyzję podjęto, mając na uwadze zarówno ich walory krajobrazowe i architektoniczne, jak i fakt, że stanowią cenne świadectwo dawnego sposobu zagospodarowania tych ziem.

Park Narodowy Porto Venere i Cinque Terre zajmuje ponad dwadzieścia kilometrów liguryjskiego wybrzeża. Jest to jeden z najczystszych regionów w obrębie Morza Śródziemnego, gdyż nie ma tu warunków do rozwoju przemysłu i budowy większych ośrodków miejskich. Choć początki osadnictwa w tej okolicy sięgają czasów rzymskich, z racji swego położenia Cinque Terre przez wiele stuleci stanowiły enklawę niemal całkowicie odciętą od świata. Aby przemieścić się nieco dalej w głąb lądu, należało pokonać kilometry górskich ścieżek na piechotę lub na grzbiecie osła albo muła. Ludzie, którzy zamieszkiwali małe wioski usytuowane na skałach w obrębie niewielkich zatoczek, trudnili się rybołówstwem oraz uprawą oliwek i winorośli na stromych stokach nadmorskich wzgórz.














Udokumentowana historia tych ziem sięga XI wieku i mówi o tym, że największy wpływ na rozwój pięciu miejscowości mieli Genueńczycy. Wspierali oni tutejszą gospodarkę, gdyż wino i oliwa pochodzące z tych stron od niepamiętnych czasów były uważane za produkty najwyższej jakości. Republika Genueńska dbała też o bezpieczeństwo mieszkańców, którym zagrażali berberyjscy i tureccy piraci nękający wybrzeże włoskiego buta w poszukiwaniu cennych towarów i niewolników.

Niestety z biegiem czasu Genua straciła swą dominującą pozycję w dziedzinie handlu morskiego, a to spowodowało zastój gospodarczy i powolną degradację Pięciu Ziem. Dopiero powstanie odrodzonego Królestwa Włoch dało im następną szansę, gdy w drugiej połowie XIX wieku rozpoczęto prace mające na celu wzmocnienie potencjału obronnego liguryjskiego wybrzeża. Do tego celu niezbędny był nowoczesny i efektywny transport, więc na potrzeby armii zbudowano linię kolejową łączącą portowe miasto La Spezia z Genuą. Wymagało to ogromnego wysiłku, zwłaszcza podczas wykuwania tuneli na górzystym odcinku poniżej Sestri Levante. Z czasem linia kolejowa została udostępniona również dla celów cywilnych, dzięki czemu od 1874 roku Cinque Terre zyskały nowe możliwości komunikacyjne. Po drugiej wojnie światowej w okolicy powstały też drogi jezdne prowadzące grzbietami wzniesień, które jeszcze bardziej ułatwiły życie mieszkańców. Nie mają one jednak większego znaczenia dla turystyki z powodu braku miejsc parkingowych w samych miasteczkach i ich okolicy, więc dla turystów nadal najlepszym środkiem transportu pozostaje pociąg lub statek.
















Nasza wycieczka obejmowała rejs statkiem z Porto Venere do Monterosso al Mare, miejscowości położonej na północnym krańcu Pięciu Ziem. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć cały ten odcinek wybrzeża i zachwycić się pięknym widokiem tej niesłychanie malowniczej krainy. Jak już pisałam w poprzednim poście, byłam wcześniej w tym regionie, miałam również okazję popatrzeć ze statku na klify Riwiery Liguryjskiej w obrębie Półwyspu Portofino. Jednak tym razem moje wrażenia były zupełnie inne, ponieważ rejs trwał prawie półtorej godziny i oferował odmienne widoki. Nie bez wpływu była pogoda — mimo że dzień był ciepły i w zasadzie słoneczny, tuż nad klifami zalegały kłębiaste chmury. W niektórych miejscach było ich tak dużo, że nie tylko przesłaniały słońce i rzucały cień — pod nimi tworzył się mglisty woal spowijający niektóre zatoczki i otaczające je szczyty.

Chociaż nie były to dobre warunki do fotografowania, sam rejs oferował niezapomniane wrażenia. Statek pruł morskie fale w rozbryzgach piany, a po prawej stronie wyrastały czarne lub szare wapienne skały przybrzeżne i kolejne wzniesienia Apeninów Liguryjskich o stokach schodzących wprost do morza. Na ich zielonych szczytach gdzieniegdzie można było dostrzec nieliczne domki, sanktuaria i strażnicze wieże.

Statek nigdzie nie zawijał po drodze, więc płynął dość daleko od brzegu. Mimo to nawet z tej odległości mogliśmy obserwować mijane miejscowości — Riomaggiore, położone w dwóch zatoczkach przedzielonych klifem, śliczną Manarolę z kolorowymi domkami uczepionymi do skalnego zbocza niczym jaskółcze gniazda oraz maleńką Corniglię leżącą na niemal pionowo uciętej skalnej ostrodze.






Kiedy minęliśmy Corniglię, pomiędzy dwoma kopulastymi wzniesieniami ukazała nam się pełna słońca zatoczka, gdzie leży miejscowość Vernazza (będzie ona tematem następnego posta), przez wiele osób uważana za najładniejszą w obrębie Pięciu Ziem. Vernazzę i Monterosso al Mare dzieli odległość mniej więcej pięciu kilometrów. Lokalny pociąg pokonuje ją w ciągu trzech minut, lecz statek potrzebuje ich dwadzieścia. Jako ciekawostkę dodam, że w tym miejscu po klifach prowadzi również szlak pieszy zwany Sentiero Verde Azzurro (Ścieżka Zielono-Błękitna), a na jego przejście trzeba poświęcić nieco ponad godzinę.

Po mniej więcej kwadransie za klifem zobaczyliśmy rozległą zatokę — ograniczoną od północy cyplem zwanym Mesco, który zamyka terytorium Cinque Terre. W Monterosso przywitała nas słoneczna pogoda, kiedy minęliśmy falochron, okazało się, że miasteczko ma piękną wizytówkę w postaci szerokiej plaży z mnóstwem parasoli. Za nią widniała długa estakada z arkadami, a w głębi leżało spore skupisko niezbyt wysokich, kolorowych domów wspinających się na stoki okolicznych wzniesień.

Monterosso al Mare jest największą ze wszystkich miejscowości Pięciu Ziem, zamieszkuje je około półtora tysiąca osób, podczas gdy najmniejsza Corniglia ma niewiele ponad dwustu mieszkańców. Monterosso jest też najstarsze, gdyż z całą pewnością wiadomo, że istniało w 1056 roku — są też przekazy mówiące o osadzie, jaka znajdowała się tu już w VII stuleciu.

Do tych dwóch „naj-” należy dodać trzecie — otóż plaża w Monterosso jest największa na terenie Pięciu Ziem. Co więcej, znajduje się tuż obok dworca kolejowego (pociąg kursuje po estakadzie z arkadami, o której pisałam powyżej), więc jeśli ktoś przyjeżdża, aby się wykąpać i poopalać, może to zrobić zaraz po wyjściu z wagonu.

Ponad przystanią, gdzie zawinął nasz statek, wznosi się wysoki skalny klif, przebity tunelem, w którym biegnie linia kolejowa do Genui. Wzniesienie nosi nazwę Colle di San Cristoforo, a na jego szczycie widać okrągłą wieżę zwaną Torre Aurora, będącą częścią średniowiecznego zamku. Niegdyś w tym miejscu znajdowała się umocniona osada, która podobno skutecznie broniła się przed najazdem Longobardów. Pierwotny zamek wzmocniono i rozbudowano po tym, jak w XVI wieku Saraceni najechali i spustoszyli tę okolicę, spalili domy, a ludność uprowadzili do niewoli. Jednak z tej niegdyś potężnej budowli do naszych czasów nie dotrwało nic poza dwiema wieżami i resztkami ruin.

Poniżej znajduje się duży budynek — to XVII-wieczny klasztor kapucynów, który przechodził zmienne koleje losu: kilkakrotnie był zamykany i otwierany na nowo. Funkcjonował do lat 90. ubiegłego wieku, kiedy zamknięto go z powodu braku zakonników, którzy mogliby w nim zamieszkać. Reaktywowano go w 2006 roku, jednak zupełnie niedawno w telewizji oglądałam program na jego temat i dowiedziałam się, że mieszka tam tylko jeden brat opiekujący się całym przybytkiem, na który składa się kościół, klasztor i ogród. W wywiadzie, jaki z nim przeprowadzono, opowiadał o swoim życiu i zajęciach, m.in. o uprawie drzewek cytrynowych. Była to bardzo ciekawa opowieść człowieka, dla którego samotna egzystencja poświęcona pracy i modlitwie nie jest ciężarem, lecz prawdziwym darem od losu.

Podobnie jak to miało miejsce w Porto Venere, czas na zwiedzanie miasteczka był bardzo ograniczony, a informacje ze strony pilotki na jego temat były właściwie żadne. Miałam wrażenie, że jest ona w tym miejscu po raz pierwszy, a do tego wyraźnie nie odrobiła lekcji, więc ograniczyła się do podania miejsca i godziny następnej zbiórki.

Miałam ochotę udać się do klasztoru na wzgórzu, by obejrzeć wnętrze kościoła, gdzie znajdują się malowidła manierystycznego malarza Luki Cambiaso a także Ukrzyżowanie przypisywane Van Dyckowi. Jego autorstwo jest o tyle prawdopodobne, że Antoon Van Dyck, który spędził sześć lat we Włoszech działał przede wszystkim w Rzymie i Genui. W tym czasie stworzył wiele wspaniałych portretów miejscowej arystokracji, więc nie wykluczone, że mógł też namalować obraz dla klasztoru znajdującego się pod protektoratem dożów Republiki Genueńskiej. 

Jednak o ile bez problemu mogłabym dopytać się o drogę, to nie wiedząc, ile czasu zajmie mi spacer na górę i z powrotem, bałam się ryzykować z obawy przed spóźnieniem na zbiórkę. W tej sytuacji zdecydowałam, że pospaceruję po mieście i obejrzę jego zakątki. Okazało się, że Monterosso, choć jako całość niezbyt stylowe i z wieloma budynkami dość świeżej daty, ma wiele uroku. Bardzo spodobał mi się kościół z fasadą w charakterystyczne dla Ligurii poprzeczne pasy z jasnego i ciemnego kamienia, ozdobioną niezwykle piękną rozetą, wyglądającą niczym misterna koronka wykuta w białym marmurze. Nie zobaczyłam wnętrza, ponieważ świątynia była zamknięta (większość włoskich kościołów jest zamykana pomiędzy godziną 12 a 15, chociaż zdarzają się wyjątki), a szkoda, bo jak dowiedziałam się z tablicy informacyjnej, jest datowana na połowę XIII wieku i zachowała się w stanie zbliżonym do pierwotnego.

Ku mojej radości okazało się, że w Monterosso działa rodzinna pracownia ceramiczna, gdzie można kupić piękne rękodzieło, a nawet rzucić okiem na proces jego zdobienia. Jestem wielbicielką podobnych wyrobów, więc musiałam wszystko dokładnie obejrzeć. Trudno mi było zrezygnować z kupna jednego z cudnych talerzy lub dzbanków, jednak poszłam po rozum do głowy i poprzestałam na nabyciu stylowej zawieszki na ścianę. Nie ukrywam, że nie zawsze tak było — zdarzało się, że ulegałam podobnym zachciankom i sprawiałam sobie różne przedmioty, których urodzie nie potrafiłam się oprzeć, nie bacząc na ich gabaryty i wagę. Jednak te zakupy miały swoją ciemną stronę, bo aby je przewieźć do Polski, zamiast spokojnie lecieć samolotem, musiałam wracać do domu autobusem albo płacić słony nadbagaż.,,

Jednak tym co sprawiło, że wizyta w Monterosso utkwiła mi w pamięci, była ogromna bugenwilla obsypana mnóstwem purpurowych przykwiatków. Uwielbiam tę roślinę od chwili, kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, więc ten oszałamiający widok wiele mi wynagrodził. (W gruncie rzeczy jej magii poddałam się dużo wcześniej, gdy jako dziesięciolatka przeczytałam o niej w opowiadaniu Sienkiewicza W krainie złota. Było to w czasach, kiedy mieszkaliśmy za żelazną kurtyną, więc nawet nie mogłam marzyć o zobaczeniu jej na własne oczy). Ponieważ kończył się czas przeznaczony na wizytę w miasteczku, chcąc nie chcąc udałam się na miejsce zbiórki. Przyszłam nieco przed czasem, więc postanowiłam trochę pobrodzić w Morzu Śródziemnym. Okazało się, że na plaży jest sporo osób z naszej wycieczki, które zrezygnowały ze spaceru a w zamian za to skorzystały z pięknej pogody aby się poopalać. To dolce far niente nie trwało jednak długo, ponieważ zbliżała się godzina, kiedy mieliśmy udać się do Vernazzy, przedostatniego etapu naszego zwiedzania. Lecz o tym, co tam widziałam, opowiem już w następnym poście.


*Jeśli planujemy zwiedzać Cinque Terre indywidualnie, pociąg lub statek są najwygodniejszym rozwiązaniem. Jeśli zdecydujemy się wyruszyć ze stacji La Spezia, w zależności od rodzaju pociągu w ciągu dziesięciu minut lub najwyżej kwadransa dotrzemy do Riomaggiore, a podróż pomiędzy pięcioma miejscowościami zajmie nam również mniej więcej około kwadransa (pociąg zatrzymuje się na wszystkich pięciu stacyjkach). Można również zacząć podróż w Levanto, skąd dojedziemy do Monterosso al Mare i dalej.

Najlepszą opcją jest wykupienie Cinque Terre Treno MS Card — dzięki niej możemy przez cały dzień do woli jeździć pociągiem i wysiadać we wszystkich miejscowościach Pięciu Ziem pomiędzy La Spezia i Levanto. Upoważnia ona także do przejazdów lokalnymi autobusami, darmowego wejścia na płatne szlaki piesze, a nawet bezpłatnego dostępu do toalet.

Pomiędzy portem La Spezia i Monterosso al Mare kursuje również wiele statków. Można nimi dopłynąć do wszystkich miejscowości oprócz Corniglii, ponieważ z racji utrudnionego dostępu do morza w tej miejscowości nie ma przystani.