sobota, 7 marca 2026

Krótka refleksja z okazji Dnia Kobiet.


Rok temu na tym blogu zamieściłam posta  p.t. Dzień Kobiet albo Dzień Mimozy. W pewnym sensie był on kontynuacją starszego wpisu Dzień Mimozy - 8 marca we Włoszech,  który po raz pierwszy ukazał się podczas mojej emigracji, w czasach, gdy pisałam na Bloxie. Wspominałam w nim o pięknej symbolice tej rośliny o puszystych żółtych kwiatach, która często rośnie w trudnym środowisku, gdzie mimo wszystko radzi sobie doskonale. Jednak jej delikatne kwiatki obumierają i opadają, gdy dotknie ich brutalna lub nie dość delikatna ręka, a to, co z niej pozostaje, to tylko suchy, żałosny patyk.

W ubiegłym roku nasunęła mi się refleksja, że to święto, choć często dyskredytowane i wyśmiewane, powinno mieć znaczenie przede wszystkim dla nas samych i byłoby świetnie uczcić je w sposób, który najbardziej nam odpowiada. Kupmy sobie kwiaty, idźmy z koleżanką, siostrą lub córką na kawę i ciastko, na koncert, do kina lub na wycieczkę w plener, albo zafundujmy sobie odprężającą, pachnącą kąpiel. Nie jest ważne co to będzie, lecz niech sprawi, że zapamiętamy ten dzień jako wyjątkowy. 

Oczywiście, nie oznacza to, że panowie mają być wyłączeni ze świętowania – wręcz przeciwnie. Jednak ich obecność nie powinna być warunkiem sine qua non w świecie, gdzie jest wiele kobiet singielek i wciąż trwa walka między płciami.

Osobiście nigdy nie miałam problemu ze swoją kobiecością i nie uważałam się za osobę dyskryminowaną. To przekonanie wynikało nie tyle z otaczającej mnie rzeczywistości, co z głębokiego poczucia własnej wartości jako istoty ludzkiej, którą definiuje osobowość i cechy charakteru, a nie płeć.

Miałam szczęście, ponieważ natura pod tym względem dobrze mnie wyposażyła w zasoby potrzebne na drogę, którą przeszłam. Zawdzięczam to kobietom z mojej rodziny – babciom, ciotkom, mamie i kuzynkom. To po nich odziedziczyłam geny zaradności, siły i woli przetrwania, one też pokazały mi jak sobie radzić, kiedy wiatr wieje w oczy. Były to zwykłe kobiety, matki, żony i odważne singielki z sobie właściwymi zaletami i wadami, które nie bały się żadnej pracy ani podejmowania decyzji. 

Ja jestem z nich, a one żyją we mnie, mojej córce i wnuczce. 

W kobietach jest siła nie do przecenienia, choć mamy również momenty słabości. Innym razem wydaje nam się, że to co robimy to wciąż za mało i musimy dawać z siebie więcej, spełniać wszystkie oczekiwania świata i otoczenia. Zapominamy przy tym o prostej prawdzie, że każda z nas powinna kochać i szanować samą siebie, bo inaczej nie da nam tego nikt z zewnątrz.  

Napisałam, że jestem szczęściarą w tym względzie, co nie znaczy, że moja egzystencja była usłana różami bez kolców. Wiem, że tak jest, ponieważ widziałam zbyt wiele kobiet  w sytuacji o wiele gorszej niż moja, stłamszonych przez życie, którym odebrano radość i poczucie własnej sprawczości. 

Kiedy myślę o kobiecie jako takiej, widzę czystą i piękną twarz Wenus Botticellego, ukazującą bezgraniczną niewinność nowonarodzonej istoty. Jednak prawda o niej kryje się nie w rysach uroczej twarzy, lecz w jej oczach – one znają wszystkie przeszłe i przyszłe tajemnice ludzkiego bytu, więc przesłania je smutek, a może łza, która jeszcze nie spadła?

Obok Wenus jest jeszcze inna twarz kobiety, która mówi wszystko, czego nie da się wyrazić słowami. To twarz matki Durera, przedstawiona w całej swojej prawdzie z nieopisanym uczuciem synowskiej miłości. W oczach starej kobiety kryje się ta sama wiedza z nutą smutku, co w oczach Wenus. Jednak te mądre oczy już nie patrzą w przyszłość, lecz w wieczność. 

Między tymi dwoma wizerunkami rozciąga się przepaść zwana życiem, wypełniona radością i smutkiem, miłością i poczuciem straty. Wszystko, co otrzymujemy od losu, są to mniejsze i większe cegiełki, z których próbujemy coś zbudować. Choć w planach zawsze jest to bajecznie piękny zamek,  czasem okazuje się, że ta budowla to raczej pokraczna chałupka...Efekt końcowy zależy nie tylko od nas, ale jeśli coś idzie nie tak, warto się zastanowić, czy tego nie zburzyć, by zacząć budować od nowa.

Ten post w zamyśle miał być optymistyczny, ale chyba jest taki, jak bywa życie – pełen niuansów i różnych odcieni, gdzie szklanka nie jest ani do połowy pełna, ani do połowy pusta. W życiu codziennym przekonujemy się, że nasza samoświadomość to jedno, a to co oferuje nam rzeczywistość, to zupełnie inna sprawa. Choć teoretycznie żyjemy w cywilizowanym świecie, gdzie równość jest fundamentem stosunków społecznych, przedstawiciele Unii Europejskiej uznali, że potrzeba jeszcze półwiecza, aby doszło do faktycznego zrównania szans kobiet i mężczyzn żyjących w unijnych krajach. 

W ubiegłym roku wspominałam o tym, że podczas pobytu we Włoszech zwykle w Dniu Kobiet dostawałam mimozę od pacjentek albo pań, które je odwiedzały. Zawsze byłam bardzo wzruszona tym pięknym dowodem kobiecej solidarności – myślę, że są sytuacje, kiedy taki serdeczny gest znaczy więcej, niż  zwyczajowy bukiet otrzymany od mężczyzny. Drogie kobiety i dziewczyny, bądźmy dla siebie dobre, wspierajmy się ciepłym słowem i uśmiechem, by nasze życie było milsze i łatwiejsze nie tylko od święta. Na koniec chciałam podziękować wszystkim koleżankom blogerkom, których posty czytam, a także tym, które zaglądają do mnie i zostawiają swoje komentarze. Wasza obecność i dzielenie się wrażeniami, przeżyciami i poglądami to bardzo ważna rzecz, niezależnie od tego, czy któraś z Was jest wylewna i ekstrawertyczna, czy oszczędna w słowach, wyraża siebie obrazami lub tym co ukrywa się pomiędzy wierszami. Każda z Was wnosi coś niepowtarzalnego i bardzo osobistego – może to być nauka lub inspiracja, albo dzielenie się czymś pięknym i dobrym co daje innym chwilę radości. Wszystkim Wam życzę zdrowia i szczęścia, niech spełnią się wszystkie Wasze marzenia!

                                                                    Elżbieta  Sukienka w kropki



niedziela, 1 marca 2026

Liguria. Riwiera Liguryjska, część pierwsza — Porto Venere.

 

Tegoroczna, śnieżna i mroźna zima wielu osobom mocno dała się we znaki. Tęsknota za ciepłem i słoneczną pogodą była widoczna na wielu blogach, gdzie na przekór pogodzie pojawiały się wpisy o kwiatach i letnich wycieczkach. Mnie również chodził po głowie ten temat, jednak tak się złożyło, że  ostatnio byłam zbyt przygnębiona, by zasiąść do komputera i skupić się na pisaniu. Na koniec, choć z trudem, zmobilizowałam się i postanowiłam opowiedzieć o mojej wycieczce do Porto Venere, ślicznej miejscowości położonej na Riwierze Liguryjskiej.

Nazwa miejscowości jest związana z rzymską boginią Wenus, którą zamiennie nazywano również Wenerą. Jak wiadomo, miała ona narodzić się z morskiej piany, a legenda umiejscawiała to zdarzenie nieopodal cypla półwyspu, od północnego zachodu osłaniającego zatokę La Spezia. W starożytności w tym miejscu wznosiła się świątynia ku czci bogini, a od niej wzięła swą nazwę niewielka osada, której powstanie datowane jest na II w. n.e. Zatoka oprócz urzędowej ma jeszcze inną, bardzo romantyczną nazwę, a mianowicie Golfo dei Poeti (Zatoka Poetów). Zawdzięcza ją dwóm angielskim poetom — Byronowi, który przyjeżdżał w te strony z niedalekiej Pizy oraz zaprzyjaźnionemu z nim Shelleyowi, mieszkającemu po drugiej stronie zatoki w willi nieopodal Lerici.

Rozważając pomysł na tego posta, dużo myślałam o Pani A.,  gdyż była dla mnie bezpośrednią inspiracją — nie tylko jako miłośniczka morza i śródziemnomorskiej aury, lecz przede wszystkim dlatego, że mimo wszystkich przeciwności czerpie z życia to co dobre, nie porzuca swoich planów ani marzeń. 

Ta cecha charakteru jest mi bardzo bliska, nie tylko dlatego, że zajmuje wysokie miejsce w mojej hierarchii wartości. Powiem więcej — w pewnym sensie jest dla mnie motorem egzystencji. Nigdy nie bałam się marzeń, miałam również to szczęście, że życie prędzej czy później podsuwało mi możliwości ich spełnienia. Nie były to gotowe rozwiązania podane na złotej tacy, lecz raczej okazje, które trzeba było chwytać w lot. Bywało też, że aby je zrealizować, musiałam trochę się potrudzić, to jednak sprawiało, że nagroda za te starania była tym cenniejsza. I choć czasem zdarzało się, iż rzeczywistość nie dorastała do moich wyobrażeń, najważniejsza była dla mnie satysfakcja z osiągniętego celu, a także przeżycie nowego doświadczenia.

Ta otwartość na możliwości, jakie daje życie, sprawiła, że po jedenastu latach emigracji wróciłam do Polski nie tylko z bagażem różnorodnych doświadczeń osobistych i zawodowych, lecz przede wszystkim z mnóstwem wspomnień. Z pewnością mogłabym przeżyć te lata bez bliższych i dalszych wędrówek oraz wypraw, jednak wówczas moje życie byłoby uboższe o niezapomniane wrażenia, które dzięki nim stały się moim udziałem.

Chociaż przez większość czasu spędzonego we Włoszech mieszkałam w Limbiate, tak się złożyło, że z powodów zawodowych na okres trzech lat wyprowadziłam się do niedalekiego Saronno. Nie jest ono miastem, które wybrałabym dla jego uroków, jednak dobrze płatna praca w świetnie zorganizowanej placówce była nie do przecenienia. Saronno miało też swoje zalety, lecz najważniejszą z nich było to, że jako stacja węzłowa znajdująca się nieopodal Mediolanu, dawało mi ogromne możliwości komunikacyjne. Dzięki tej przeprowadzce mogłam odwiedzić wiele miejsc, które wcześniej pozostawały dla mnie niedostępne z powodów logistycznych.

Ponadto dowiedziałam się, że w letnich miesiącach lokalne biuro podróży organizuje ciekawe, jednodniowe wycieczki autokarowe. Problem polegał na tym, że odbywały się one w niedziele, a ja z reguły właśnie wtedy miałam dyżury. Mimo to udało mi się skorzystać z kilku ofert, a jedną z nich był wyjazd do Porto Venere oraz pięciu maleńkich miasteczek znanych jako Cinque Terre (Pięć Ziem).

Jest to niezwykle malowniczy fragment włoskiego wybrzeża — wszystkie sześć miejscowości, ze względu na  niezwykłą urodę i unikatowy charakter, w 1997 roku wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Walory krajobrazowe i przyrodnicze tej krainy, położonej na wysokich klifach, sprawiły, że w 1999 roku uzyskała ona status parku narodowego. 

Na wprost Porto Venere w odległości kilkuset metrów od nabrzeża jest archipelag złożony z trzech wysepek. Największą z nich jest Palmaria, a dwie mniejsze to Tino i Tinetto. Palmaria podobnie jak cała okolica jest częścią Parku Krajobrazowego, więc choć można ją odwiedzać, obowiązują tam zwyczajowe reguły dotyczące zachowania w miejscach będących pod szczególną ochroną.

Nasza wycieczka rozpoczęła się bladym świtem, kiedy wyjechaliśmy z Saronno w kierunku portowego miasta La Spezia. Tam wsiedliśmy na niewielki statek żeglugi przybrzeżnej, który zawiózł nas do Porto Venere.

Nie była to moja pierwsza wyprawa do Ligurii — ten piękny region widziałam już wcześniej, gdy pewnego lata wybrałam się do Santa Margherita Ligure i Portofino. W następnym roku, pod koniec zimy, pojechałam tam ponownie, by z Camogli popłynąć statkiem do opactwa San Fruttuoso. Okolica bardzo przypadła mi do serca, dlatego jeszcze kilkakrotnie odwiedziłam zarówno Portofino, jak i Camogli. (Jeśli ktoś miałby ochotę na zapoznanie się z innymi postami o tym regionie, znajdzie je pod wspólnym linkiem tutaj > Liguria )

Choć te dwie miejscowości od Porto Venere dzieli niewiele ponad 60 kilometrów, ich charakter jest zupełnie odmienny. W okolicach Portofino znajduje się wiele renomowanych kurortów i miejscowości wypoczynkowych, pełnych luksusowych hoteli i pięknych willi. Natomiast Porto Venere oraz Cinque Terre, mimo napływu turystów, w dużej mierze zachowały swój dawny charakter. Dzieje się tak dlatego, że ten fragment wybrzeża jest niemal całkowicie niedostępny dla ruchu samochodowego, a głównymi środkami komunikacji pozostają pociąg, statek lub łódź.

Porto Venere jest wyjątkowo malownicze. Przy długim nabrzeżu cumują łodzie, a nad miastem góruje wzniesienie z potężnym zamkiem Doriów, zbudowanym z szarego kamienia. U stóp wzgórza stoi rząd wysokich, przylegających do siebie, wąskich domów pomalowanych na pastelowe kolory. Od nowszej części miasteczka oddziela je kwadratowa wieża i mur biegnący aż do zamku. Ten szczególny rodzaj zabudowy miał na celu wzmocnienie walorów obronnych tego miejsca oraz ochronę ludności przed napadami piratów i nieprzyjacielskich wojsk. Liguria jako region zawsze miała duże znaczenie strategiczne — oprócz zamków i wież strażniczych w obrębie Riviery można zobaczyć również wiele umocnień pochodzących z XIX i początków XX wieku.

Większość budynków w Porto Venere ma kilkaset lat i pochodzi z czasów genueńskiej dominacji. Osadę rozbudowywano sukcesywnie od wczesnego średniowiecza aż do XVI stulecia, więc można tu zobaczyć fragmenty budowli, które, podobnie jak zamek i pozostałe umocnienia, pamiętają XII wiek. Domostwa mają po cztery lub pięć pięter; w wielu z nich na parterze — pod parasolami lub markizami z żaglowego płótna — mieszczą się restauracje, kawiarnie i bary oblegane przez przyjezdnych. Turystów jest sporo, jednak temu spokojnemu miasteczku daleko do blichtru, z jakiego słynie Portofino. Co więcej, odniosłam wrażenie, że mieszkańcom to odpowiada, i nikt szczególnie nie zabiega o zmianę tego stanu rzeczy.

Za pierwszym rzędem domów na zboczu wzgórza znajduje się jeszcze kilka wąskich uliczek, z których najdłuższa nosi nazwę via Giovanni Capellini. Aby tam dotrzeć, nie trzeba okrążać zwartej ściany budynków na nabrzeżu, gdyż ułatwiają to dwa sklepione przejścia ze schodami prowadzącymi do wyżej położonej części miasteczka. Po nadmorskim bulwarze, gdzie panował letni upał, wyłożona chłodnymi kamiennymi płytami via Capellini stanowiła zupełnie inny świat. Wysokie domy rzucały cień i chroniły od nadmiaru słońca, a na niewielkim placyku pluskała fontanna. Obelisk fontanny zdobią cztery głowy lwów; wzniesiono ją w tradycyjnym liguryjskim stylu z jasnego i ciemnego marmuru, tworzącego poprzeczne pasy. To sprawia, że na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, iż mamy przed sobą zabytek liczący kilka stuleci. W istocie jest ona o wiele świeższej daty, gdyż powstała w okresie faszystowskim w miejscu dawnej publicznej studni.

Chętnie bym przysiadła na jej postumencie lub na jednej z marmurowych ławek, jednak nie było na to czasu. Plan naszej wycieczki był bardzo napięty, a w Porto Venere zatrzymaliśmy się na bardzo krótko, w oczekiwaniu na statek do miejscowości Vernazza, następnego etapu zwiedzania Pięciu Ziem. Szczerze mówiąc, nasza przewodniczka też nie stanęła na wysokości zadania, bo nie pofatygowała się, żeby powiedzieć nam choćby kilka słów o zabytkach, jakie można tam zobaczyć; za to polecała nam lodziarnie i bary, gdzie można coś zjeść. 

Z racji ograniczonego czasu nie było mowy o dokładniejszym zwiedzaniu miasteczka i wdrapywaniu się na zamkowe wzgórze. Bardzo chciałam zobaczyć piękny romańsko-gotycki kościół wznoszący się na cyplu, więc niemal biegiem udałam się w jego stronę. Niestety, kiedy dotarłam do tarasu u podnóża schodów, było już zbyt późno na zwiedzanie wnętrza, gdyż niedługo miał przypłynąć nasz statek. Bardzo żałowałam straconej okazji, ponieważ sam kościół wydał mi się niezwykle interesujący, a poza tym jego położenie gwarantowało wspaniałe widoki na okolicę. Z ulotki znalezionej w porcie dowiedziałam się, że jest to XII-wieczny kościół pod wezwaniem San Pietro, a miejscowa legenda głosi, iż powstał w miejscu, gdzie niegdyś stała świątynia poświęcona bogini Wenus. 

W mieście jest jeszcze jedna świątynia z tego samego okresu co San Pietro — bazylika San Lorenzo, której z braku czasu nie zobaczyłam nawet z daleka. Było mi bardzo przykro z tego powodu, gdyż przy jej budowie pracowali Magistri Antelami, lombardzcy mistrzowie z kręgu komasków, pochodzący z Valle d’Intelvi nad jeziorem Como, zrzeszeni w pracowni Benedetta Antelamiego. Ponieważ fascynuje mnie ich niezwykła historia, chętnie bym zobaczyła wzniesioną przez nich budowlę 

Do portu dotarłam w samą porę, nasz statek już czekał na pasażerów i niebawem wyruszyliśmy w dalszą drogę. Rozczarowanie z powodu zbyt małej ilości czasu przeznaczonego na zwiedzanie Porto Venere osłodził mi widok skalistego klifu z kościołem San Pietro na szczycie, przesłonięty rozbryzgami wody, które w blasku słońca lśniły niczym diamenty. Ten piękny obraz mogłam oglądać tylko przez moment, gdyż po wyminięciu cypla statek zmienił kurs i nabrał  prędkości. Po chwili za nami pozostał tylko szeroki pienisty kilwater a jeszcze dalej na skraju wody i nieba odcinały się ciemniejsze sylwetki wysp Palmaria i Tino. Po prawej stronie mieliśmy urwiska liguryjskiego wybrzeża, po lewej morze po horyzont a przed nami była Vernazza ciesząca się sławą najładniejszej miejscowości w obrębie Pięciu Ziem. 

Jednak ten etap podróży będzie tematem następnego posta, ponieważ ciąg dalszy nastąpi!



piątek, 16 stycznia 2026

Lombardia. Kościoły Lodi cz. II — Sant' Agnese.

Ten wpis jest czwartym z kolei poświęconym miastu Lodi i jego zabytkom, a zarazem ostatnim z krótkiego cyklu, w którym opisuję moje wycieczki do miasteczek leżących nad rzeką Adda. Jeśli ktoś chciałby się z nimi zapoznać lub do nich wrócić, znajdzie je wszystkie pod wspólnymi linkami otagowanymi Lodi lub Adda. Oczywiście w żaden sposób nie wyczerpałam tego tematu, ponieważ jest wiele równie ciekawych miejscowości, do których nie dotarłam. Bardzo żałuję, że nie zobaczyłam Trezzo z jego średniowiecznym zamkiem i elektrownią Esterle, czy Crespi — gdzie znajduje się świetnie zachowany kompleks z początku XX wieku, składający się z fabryki włókienniczej i modelowego osiedla robotniczego (zabytek z listy UNESCO).

Jak wspomniałam poprzednio, w Lodi ogółem jest ponad dwadzieścia kościołów i kaplic. Większość z nich to obiekty zabytkowe, wznoszone od średniowiecza do początku XX wieku. Jednak choć są interesujące, nie mają tej rangi co Duomo, Tempio Civico dell’ Incoronata, San Francesco czy Sant’ Agnese, która jest tematem tego posta.

Ta świątynia, choć może nie tak spektakularna jak te o których pisałam we wcześniejszych postach, została zbudowana pod koniec XIV stulecia i stanowi bardzo cenny przykład lombardzkiego gotyku w czystej postaci. Powstała podczas przebudowy kompleksu klasztornego, wzniesionego w XII wieku dla zakonu augustianów. Augustianie, (podobnie jak bernardyni z San Francesco o którym pisałam tutaj Kościoły Lodi cz. I — San Francesco.) w związku z reformą józefińską przeprowadzoną pod koniec XVIII wieku jako zakon kontemplacyjny zostali objęci kasatą i musieli opuścić klasztor, natomiast kościół przekazano parafii San Lorenzo.

W przeciwieństwie do San Francesco, który znajduje się przy sporym placu, Sant’ Agnese wznosi się przy wąskiej ulicy. Świątynię otacza zwarta miejska zabudowa, dlatego możemy oglądać jedynie jej fasadę z czerwonobrązowej cegły. Jest ona bardzo harmonijna — po obu stronach wejścia znajdują się smukłe, półcylindryczne pilastry, obok których przebito dwa wysokie, ostrołukowe otwory okienne. Ponad nimi widoczne są subtelne ornamenty w kształcie niewielkich wgłębień, pokrytych kolorową polichromią. Okna posadowiono na gzymsach z przeplatających się łuków w kolorze terakoty, umieszczonych na tle białego tynku. Podobne dekoracje znajdziemy na szczytach pilastrów oraz na krawędziach trzyczęściowego naczółka, wyposażonego w niewielkie, smukłe pinakle.

Gotycki portal również wykonano z terakoty — w XIX wieku poddano go częściowej rekonstrukcji, podczas której w lunecie nad wejściem umieszczono fresk ze świętą Agnieszką w otoczeniu aniołów. Ponad portalem, zamiast rozety, znajduje się ładne, okrągłe okno, obramowane jasnym marmurem, pięknie harmonizujące z całością fasady. Kościół posiada dzwonnicę usytuowaną od strony absydy, jednak jest ona widoczna jedynie z krużganka, otaczającego dziedziniec dawnego klasztoru, znajdującego się po prawej stronie kompleksu.

Ponieważ ulica jest wąska, miałam duże trudności ze zrobieniem zdjęcia obejmującego całość fasady w jednym kadrze, dlatego z konieczności podzieliłam ją na kilka mniejszych fragmentów.

Wnętrze kościoła ma układ halowy — składa się z trzech naw o równej wysokości, oddzielonych od siebie dwoma rzędami cylindrycznych, ceglanych filarów. Filary tworzą trzy przęsła, na których wspiera się sklepienie krzyżowo-żebrowe. Bardzo pięknie wygląda również absyda, z dwoma lancetowatymi oknami i ciemnymi żebrowaniami na jasnym tle. Choć kościół przeszedł różne modyfikacje, jego struktura architektoniczna nie została naruszona. Pierwotnie zdobiły go piękne freski, jednak z biegiem czasu uległy uszkodzeniu i zniknęły pod wieloma warstwami tynku oraz farby. Do naszych czasów przetrwały jedynie ich fragmenty, które odsłonięto podczas kilku etapów prac rekonstrukcyjnych, przeprowadzonych w XX wieku.

Freski w Sant’ Agnese, chociaż nie są tak dobrze zachowane jak te, które możemy oglądać w kościele San Francesco (pisałam o nich w poprzednim poście), wiele mówią o późnogotyckiej kulturze malarskiej na terenie Lombardii. Ich przemyślana kompozycja, wysmakowana kolorystyka oraz subtelny rysunek świadczą o niepoślednim talencie nieznanych twórców. Na ścianie prawej nawy możemy zobaczyć pełne patosu wyobrażenie Chrystusa niosącego krzyż, a nieopodal scenę ukrzyżowania — styl tego fresku wskazuje na to, że malarz mógł wywodzić się z kręgu Michelina da Besozzo, który w tym czasie działał w niedalekiej Pawii.

Szczególnie piękny jest wizerunek tronującej Madonny z Dzieciątkiem, obok której stoją św. Augustyn i św. Katarzyna ze Sieny. Odkryto go w latach 50. XX wieku i początkowo sądzono, że jego twórcą jest Ambrogio da Fossano, zwany Bergognone. Obecnie, po przeprowadzeniu dokładniejszych badań, uważa się, że malarz mógł być związany z pracownią Matteo della Chiesa, który wraz ze swym synem Giovannim pracował w Lodi do początku XVI wieku. Oprócz fresków w Sant’ Agnese znajdują się również wartościowe płaskorzeźby z terakoty, dzieła nieznanego artysty lombardzkiego. Jedna z nich to duży, dobrze zachowany tryptyk, umieszczony nad drzwiami prowadzącymi do dawnych pomieszczeń klasztornych. Jego centralna część przedstawia martwego Jezusa, podtrzymywanego przez dwa anioły, natomiast w częściach bocznych artysta umieścił św. Krzysztofa niosącego Dzieciątko oraz św. Marcina, który ofiarowuje żebrakowi połowę swego płaszcza. Druga płaskorzeźba, mająca kształt tonda, znajduje się nad drzwiami do zakrystii — przedstawia Madonnę z Dzieciątkiem, otoczoną aniołami; jest ona dużo mniejsza i częściowo zatarta. 

  

Powyżej tonda możemy zobaczyć trójkątny panel z freskiem, datowanym na przełom XVII i XVIII wieku, przedstawiającym apoteozę św. Agnieszki, patronki kościoła. Pierwotnie malowidło znajdowało się na ścianie absydy, lecz w 1935 roku zostało z niej zdjęte i umieszczone na specjalnej płycie. Dość długo sądzono, że przedstawia ono wniebowstąpienie Madonny, jednak obecność baranka, symbolu świętej, oraz jej czerwony płaszcz — atrybut męczeństwa — przemawiają na korzyść obecnej interpretacji.

W świątyni mieści się również kilka bocznych kaplic z ołtarzami, wzniesionymi w XVI, XVII i XVIII wieku. Jeden z nich, utrzymany w stylu późnego baroku, jest dość nietypowy, gdyż w jego marmurowej nastawie znajduje się nie obraz namalowany na płótnie czy desce, lecz fresk. Ukazuje on postacie świętych męczenników — braci Jana i Pawła, straconych za wiarę w IV wieku podczas panowania Juliana Apostaty.

W kaplicy Pokłonu Trzech Króli można zobaczyć interesujący obraz, datowany na 1598 rok, inspirowany podobnymi dziełami Bernardina Luiniego. Jego twórcą jest malarz z Lodi, brat Sollecito Arisi, członek Zakonu Pustelników św. Augustyna, pozostający pod wpływem stylu, jaki w swej szkole propagował Callisto Piazza, znany ze swych prac w Tempio dell’ Incoronata.

W ołtarzu kaplicy św. Ubalda umieszczono pełen ekspresji obraz olejny, przedstawiający scenę, w której święty, dzięki swej modlitwie, uwalnia opętaną kobietę od demona. Jest on datowany na początek XVII wieku — jego autorem jest Enea Salmeggia, który dla San Francesco namalował wizerunek Madonny z Caravaggio.

Po prawej stronie absydy znajduje się ołtarz z obrazem opowiadającym o edukacji przyszłej Matki Boskiej, na którym możemy oglądać młodziutką Marię w towarzystwie rodziców — św. Anny i św. Joachima, wykładających jej zasady wiary. Obraz pochodzi z początków XVIII wieku; uważa się, że został namalowany przez bliżej nieznanego artystę ze szkoły lombardzkiej.

Najcenniejszym dziełem sztuki sakralnej, jakie znajdziemy w kościele Sant’ Agnese, jest poliptyk Galliani, będący jednym z najsłynniejszych dzieł Alberta Piazza. Alberto, który namalował równie piękny poliptyk dla kaplicy św. Antoniego w Tempio dell’ Incoronata, był jednym z założycieli cenionej pracowni malarskiej braci Piazza, działającej na terenie Lodi w XVI wieku (pisałam o nich tutaj).

Poliptyk został zamówiony przez Nicolę Gallianiego, prawdopodobnie z okazji jego wyboru na przeora klasztoru augustianów konwentu Sant’ Agnese. Datowany jest na rok 1520 — uważa się, że pierwotnie był umieszczony w absydzie jako ołtarz główny i dopiero w późniejszych czasach przeniesiono go na obecne miejsce, do kaplicy św. Augustyna w prawej nawie bocznej.

Składa się ze złoconej ramy, w której osadzono obrazy olejne, namalowane na płótnie. Jest bardzo piękny — o żywych kolorach i starannym rysunku; bez wątpienia stanowi dzieło utalentowanego, dojrzałego malarza, dla którego wzorcem były dzieła Leonarda da Vinci i Rafaela.

W centralnej części poliptyku widzimy postać św. Augustyna, który potępia herezję — w ręku trzyma otwartą Ewangelię, a stopy opiera na trzech postaciach symbolizujących odstępców od zasad wiary. Powyżej znajduje się wizerunek Madonny trzymającej Dzieciątko, które wyciąga rączkę, by pobłogosławić klęczącego donatora, opata Nicolę Gallianiego. Ponad nimi góruje Bóg Ojciec, a w tympanonie malarz umieścił gołębicę z rozpostartymi skrzydłami — symbol Ducha Świętego.

W bocznych częściach artysta przedstawił święte Katarzynę i Agnieszkę oraz liczne postacie świętych związanych z zakonem augustianów — Monikę, Klarę, Basjana, Mikołaja z Tolentino, Alberta Quadrellego oraz Giovanniego Bono. Na samym dole, w predelli, widnieje Chrystus w otoczeniu dwunastu apostołów.

Piękna, bogato rzeźbiona rama ze złoconego drewna, stanowiąca godną oprawę obrazów, również powstała w Lodi i jest przypisywana warsztatowi Martina Coldiroli.






Wizyta w kościele Sant’ Agnese była ostatnim etapem mojej wycieczki. Chociaż pogoda niezbyt dopisała, byłam bardzo zadowolona z tego, co przyniósł mi ten dzień. Do Lodi pojechałam w zasadzie bez przekonania i raczej dla zabicia czasu niż z jasno określonym celem. Tym większe było zaskoczenie, jakie mnie spotkało, kiedy zobaczyłam jego piękne zabytki, o których dowiedziałam się dopiero na miejscu.

Pozostało mi jedynie udać się na dworzec i wrócić do domu, jednak po drodze chciałam jeszcze raz zobaczyć dziedziniec Broletto, który rano zauroczył mnie swoją architekturą i wyjątkową atmosferą. Kiedy tam dotarłam, był on zupełnie pusty — zniknęły kwiaty wystawione przez kwiaciarki, a metalowe żaluzje butików były zamknięte na głucho. Pozostało jedynie kilka rowerów, które pod portykiem czekały na powrót swoich właścicieli. Chociaż po przyległym placu nadal spacerowało sporo osób, na dziedzińcu panowała cisza, zakłócona jedynie pluskiem wody w fontannie. Był to magiczny moment, niczym ze snu — stałam tam sama, słuchając dźwięków spadających kropel, i spod portyku patrzyłam na plac, gdzie sylwetki ludzi przesuwały się niczym niemy film na ekranie kinowym.

Było późne popołudnie — słońce niemal schowało się za horyzont i tylko ciemnoczerwona łuna na zachodzie rozjaśniała granatowe niebo. Na ulicach zapaliły się latarnie, bo zmierzch zapadał bardzo szybko, a kiedy szłam na dworzec, było już zupełnie ciemno. Po drodze minęłam pięknie oświetlony pawilon z karuzelą, który rano był wypełniony śmiechem i dziecięcym gwarem. Zrobiło mi się smutno, bo nigdy nie kręciłam się na karuzeli — chociaż zawsze bardzo tego pragnęłam, z powodu choroby przebytej w dzieciństwie było to niemożliwe. Miałam nadzieję, że kiedyś sobie to wynagrodzę, jednak tak się nie stało, ponieważ zakaz w moim przypadku nadal jest aktualny. Ta nostalgia, związana z niezrealizowanym pragnieniem, nauczyła mnie jednego — że należy w lot chwytać okazję, kiedy życie podsuwa nam nawet najdrobniejsze przyjemności, bo ten moment może nigdy się nie powtórzyć, a my pozostaniemy ubożsi o tę jedną jedyną, niepowtarzalną chwilę…