poniedziałek, 16 marca 2026

Liguria. Riviera Liguryjska, część druga — Monterosso al Mare.

  


Liguryjskie wybrzeże należy do najpiękniejszych zakątków Włoch, a jego najbardziej malowniczym fragmentem jest odcinek zwany Cinque Terre, czyli Pięć Ziem.

Dwa tygodnie temu ukazał się pierwszy post na temat mojej wycieczki, podczas której miałam okazję przyjrzeć się z bliska tej  części Ligurii. Jeśli ktoś chciałby się z nim zapoznać albo go sobie odświeżyć, może to zrobić, klikając w link Riwiera Liguryjska, część pierwsza — Porto VenereWspominałam w nim, że Porto Venere oraz Cinque Terre, czyli miejscowości Riomaggiore, Manarola, Corniglia, Vernazza i Monterosso al Mare, są na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Tę decyzję podjęto, mając na uwadze zarówno ich walory krajobrazowe i architektoniczne, jak i fakt, że stanowią cenne świadectwo dawnego sposobu zagospodarowania tych ziem.

Park Narodowy Porto Venere i Cinque Terre zajmuje ponad dwadzieścia kilometrów liguryjskiego wybrzeża. Jest to jeden z najczystszych regionów w obrębie Morza Śródziemnego, gdyż nie ma tu warunków do rozwoju przemysłu i budowy większych ośrodków miejskich. Choć początki osadnictwa w tej okolicy sięgają czasów rzymskich, z racji swego położenia Cinque Terre przez wiele stuleci stanowiły enklawę niemal całkowicie odciętą od świata. Aby przemieścić się nieco dalej w głąb lądu, należało pokonać kilometry górskich ścieżek na piechotę lub na grzbiecie osła albo muła. Ludzie, którzy zamieszkiwali małe wioski usytuowane na skałach w obrębie niewielkich zatoczek, trudnili się rybołówstwem oraz uprawą oliwek i winorośli na stromych stokach nadmorskich wzgórz.

Udokumentowana historia tych ziem sięga XI wieku i mówi o tym, że największy wpływ na rozwój pięciu miejscowości mieli Genueńczycy. Wspierali oni tutejszą gospodarkę, gdyż wino i oliwa pochodzące z tych stron od niepamiętnych czasów były uważane za produkty najwyższej jakości. Republika Genueńska dbała też o bezpieczeństwo mieszkańców, którym zagrażali berberyjscy i tureccy piraci nękający wybrzeże włoskiego buta w poszukiwaniu cennych towarów i niewolników.

Niestety z biegiem czasu Genua straciła swą dominującą pozycję w dziedzinie handlu morskiego, a to spowodowało zastój gospodarczy i powolną degradację Pięciu Ziem. Dopiero powstanie odrodzonego Królestwa Włoch dało im następną szansę, gdy w drugiej połowie XIX wieku rozpoczęto prace mające na celu wzmocnienie potencjału obronnego liguryjskiego wybrzeża. Do tego celu niezbędny był nowoczesny i efektywny transport, więc na potrzeby armii zbudowano linię kolejową łączącą portowe miasto La Spezia z Genuą. Wymagało to ogromnego wysiłku, zwłaszcza podczas wykuwania tuneli na górzystym odcinku poniżej Sestri Levante. Z czasem linia kolejowa została udostępniona również dla celów cywilnych, dzięki czemu od 1874 roku Cinque Terre zyskały nowe możliwości komunikacyjne. Po drugiej wojnie światowej w okolicy powstały też drogi jezdne prowadzące grzbietami wzniesień, które jeszcze bardziej ułatwiły życie mieszkańców. Nie mają one jednak większego znaczenia dla turystyki z powodu braku miejsc parkingowych w samych miasteczkach i ich okolicy, więc dla turystów nadal najlepszym środkiem transportu pozostaje pociąg lub statek.*

Nasza wycieczka obejmowała rejs statkiem z Porto Venere do Monterosso al Mare, miejscowości położonej na północnym krańcu Pięciu Ziem. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć cały ten odcinek wybrzeża i zachwycić się pięknym widokiem tej niesłychanie malowniczej krainy. Jak już pisałam w poprzednim poście, byłam wcześniej w tym regionie, miałam również okazję popatrzeć ze statku na klify Riwiery Liguryjskiej w obrębie Półwyspu Portofino. Jednak tym razem moje wrażenia były zupełnie inne, ponieważ rejs trwał prawie półtorej godziny i oferował odmienne widoki. Nie bez wpływu była pogoda — mimo że dzień był ciepły i w zasadzie słoneczny, tuż nad klifami zalegały kłębiaste chmury. W niektórych miejscach było ich tak dużo, że nie tylko przesłaniały słońce i rzucały cień — pod nimi tworzył się mglisty woal spowijający niektóre zatoczki i otaczające je szczyty.

Chociaż nie były to dobre warunki do fotografowania, to sam rejs oferował niezapomniane wrażenia. Statek pruł morskie fale w rozbryzgach piany, a po prawej stronie wyrastały czarne lub szare wapienne skały przybrzeżne i kolejne wzniesienia Apeninów Liguryjskich o stokach schodzących wprost do morza. Na ich zielonych szczytach gdzieniegdzie można było dostrzec nieliczne domki, sanktuaria i strażnicze wieże.

Statek nigdzie nie zawijał po drodze, więc płynął dość daleko od brzegu. Mimo to nawet z tej odległości mogliśmy obserwować mijane miejscowości — Riomaggiore, położone w dwóch zatoczkach przedzielonych klifem, śliczną Manarolę z kolorowymi domkami uczepionymi do skalnego zbocza niczym jaskółcze gniazda oraz maleńką Corniglię leżącą na niemal pionowo uciętej skalnej ostrodze.

Kiedy minęliśmy Corniglię, pomiędzy dwoma kopulastymi wzniesieniami ukazała nam się pełna słońca zatoczka, gdzie leży miejscowość Vernazza (będzie ona tematem następnego posta), przez wiele osób uważana za najładniejszą w obrębie Pięciu Ziem. Vernazzę i Monterosso al Mare dzieli odległość mniej więcej pięciu kilometrów. Lokalny pociąg pokonuje ją w ciągu trzech minut, lecz statek potrzebuje ich dwadzieścia. Jako ciekawostkę dodam, że w tym miejscu po klifach prowadzi również szlak pieszy zwany Sentiero Verde Azzurro (Ścieżka Zielono-Błękitna), a na jego przejście trzeba poświęcić nieco ponad godzinę.

Po mniej więcej kwadransie za klifem zobaczyliśmy rozległą zatokę — ograniczoną od północy cyplem zwanym Mesco, który zamyka terytorium Cinque Terre. W Monterosso przywitała nas słoneczna pogoda, kiedy minęliśmy falochron, okazało się, że miasteczko ma piękną wizytówkę w postaci szerokiej plaży z mnóstwem parasoli. Za nią widniała długa estakada z arkadami, a w głębi leżało spore skupisko niezbyt wysokich, kolorowych domów wspinających się na stoki okolicznych wzniesień.

Monterosso al Mare jest największą ze wszystkich miejscowości Pięciu Ziem, zamieszkuje je około półtora tysiąca osób, podczas gdy najmniejsza Corniglia ma niewiele ponad dwustu mieszkańców. Monterosso jest też najstarsze, gdyż z całą pewnością wiadomo, że istniało już w 1056 roku — są też przekazy mówiące o osadzie, jaka znajdowała się tu już w VII stuleciu.

Do tych dwóch „naj-” należy dodać trzecie — otóż plaża w Monterosso jest największa na terenie Pięciu Ziem. Co więcej, znajduje się tuż obok dworca kolejowego (pociąg kursuje po estakadzie z arkadami, o której pisałam powyżej), więc jeśli ktoś przyjeżdża, aby się wykąpać i poopalać, może to zrobić zaraz po wyjściu z wagonu.

Ponad przystanią, gdzie zawinął nasz statek, wznosi się wysoki skalny klif, przebity tunelem, w którym biegnie linia kolejowa do Genui. Wzniesienie nosi nazwę Colle di San Cristoforo, a na jego szczycie widać okrągłą wieżę zwaną Torre Aurora, będącą częścią średniowiecznego zamku. Niegdyś w tym miejscu znajdowała się umocniona osada, która podobno skutecznie broniła się przed najazdem Longobardów. Pierwotny zamek wzmocniono i rozbudowano po tym, jak w XVI wieku Saraceni najechali i spustoszyli tę okolicę, spalili domy, a ludność uprowadzili do niewoli. Jednak z tej niegdyś potężnej budowli do naszych czasów nie dotrwało nic poza dwiema wieżami i resztkami ruin.

Poniżej znajduje się duży budynek — to XVII-wieczny klasztor kapucynów, który przechodził zmienne koleje losu: kilkakrotnie był zamykany i otwierany na nowo. Funkcjonował do lat 90. ubiegłego wieku, kiedy zamknięto go z powodu braku zakonników, którzy mogliby w nim zamieszkać. Reaktywowano go w 2006 roku, jednak zupełnie niedawno w telewizji oglądałam program na jego temat i dowiedziałam się, że mieszka tam tylko jeden brat opiekujący się całym przybytkiem, na który składa się kościół, klasztor i ogród. W wywiadzie, jaki z nim przeprowadzono, opowiadał o swoim życiu i zajęciach, m.in. o uprawie drzewek cytrynowych. Była to bardzo ciekawa opowieść człowieka, dla którego samotne życie poświęcone pracy i modlitwie nie jest ciężarem, lecz prawdziwym darem od losu.

Podobnie jak to miało miejsce w Porto Venere, czas na zwiedzanie miasteczka był bardzo ograniczony, a informacje ze strony pilotki na ten temat były właściwie żadne. Miałam wrażenie, że jest ona w tym miejscu po raz pierwszy, a do tego wyraźnie nie odrobiła lekcji, więc ograniczyła się do podania miejsca i godziny następnej zbiórki.

Miałam ochotę udać się do klasztoru na wzgórzu, by obejrzeć wnętrze kościoła, gdzie znajdują się malowidła manierystycznego malarza Luki Cambiaso a także Ukrzyżowanie przypisywane Van Dyckowi. Jest to o tyle prawdopodobne, że Antoon Van Dyck, który spędził sześć lat we Włoszech działał przede wszystkim w Rzymie i Genui. W tym czasie stworzył wiele wspaniałych portretów miejscowej arystokracji, więc nie wykluczone, że mógł też namalować obraz dla klasztoru znajdującego się pod protektoratem dożów Republiki Genueńskiej. Jednak o ile bez problemu mogłabym dopytać się o drogę, to nie wiedząc, ile czasu zajmie mi spacer na górę i z powrotem, bałam się ryzykować z obawy przed spóźnieniem na zbiórkę. W tej sytuacji zdecydowałam, że pospaceruję po mieście i obejrzę jego zakątki. Okazało się, że Monterosso, choć niezbyt stylowe i z wieloma budynkami dość świeżej daty, ma wiele uroku. Bardzo spodobał mi się kościół z fasadą w charakterystyczne dla Ligurii poprzeczne pasy z jasnego i ciemnego kamienia, ozdobioną niezwykle piękną rozetą, wyglądającą niczym misterna koronka wykuta w białym marmurze. Nie zobaczyłam wnętrza, ponieważ świątynia była zamknięta (większość włoskich kościołów jest zamykana pomiędzy godziną 12 a 15, chociaż zdarzają się wyjątki), a szkoda, bo jak dowiedziałam się z tablicy informacyjnej, jest datowana na połowę XIII wieku i zachowała się w stanie zbliżonym do pierwotnego.

Ku mojej radości okazało się, że w Monterosso działa rodzinna pracownia ceramiczna, gdzie można kupić piękne rękodzieło, a nawet rzucić okiem na proces jego zdobienia. Jestem wielbicielką podobnych wyrobów, więc musiałam wszystko dokładnie obejrzeć. Trudno mi było zrezygnować z kupna jednego z cudnych talerzy lub dzbanków, jednak poszłam po rozum do głowy i poprzestałam na nabyciu stylowej zawieszki na ścianę. Nie ukrywam, że nie zawsze tak było — zdarzało się, że ulegalam podobnym zachciankom i sprawiałam sobie różne przedmioty, którym nie potrafiłam się oprzeć, nie bacząc na ich gabaryty i wagę. Jednak te zakupy miały swoją ciemną stronę, bo aby je przewieźć do Polski, zamiast spokojnie lecieć samolotem, musiałam wracać do domu autobusem albo płacić słony nadbagaż.,,

Jednak tym co sprawiło, że wizyta w Monterosso utkwiła mi w pamięci, była ogromna bugenwilla obsypana mnóstwem purpurowych przykwiatków. Uwielbiam tę roślinę od chwili, kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, więc ten oszałamiający widok wiele mi wynagrodził. Ponieważ kończył się czas przeznaczony na wizytę w miasteczku, chcąc nie chcąc udałam się na miejsce zbiórki. Przyszłam nieco przed czasem, więc postanowiłam trochę pobrodzić w Morzu Śródziemnym. Okazało się, że na plaży jest sporo osób z naszej wycieczki, które zrezygnowały ze spaceru a w zamian za to skorzystały z pięknej pogody aby się poopalać. To dolce far niente nie trwało jednak długo, ponieważ zbliżała się godzina, kiedy mieliśmy udać się do Vernazzy, przedostatniego etapu naszego zwiedzania. Lecz o tym, co tam widziałam, opowiem już w następnym poście.


*Jeśli planujemy zwiedzać Cinque Terre indywidualnie, pociąg lub statek są najwygodniejszym rozwiązaniem. Jeśli zdecydujemy się wyruszyć ze stacji La Spezia, w zależności od rodzaju pociągu w ciągu dziesięciu minut lub najwyżej kwadransa dotrzemy do Riomaggiore, a podróż pomiędzy pięcioma miejscowościami zajmie nam również mniej więcej około kwadransa (pociąg zatrzymuje się na wszystkich pięciu stacyjkach). Można również zacząć podróż w Levanto, skąd dojedziemy do Monterosso al Mare i dalej.

Najlepszą opcją jest wykupienie Cinque Terre Treno MS Card — dzięki niej możemy przez cały dzień do woli jeździć pociągiem i wysiadać we wszystkich miejscowościach Pięciu Ziem pomiędzy La Spezia i Levanto. Upoważnia ona także do przejazdów lokalnymi autobusami, darmowego wejścia na płatne szlaki piesze, a nawet bezpłatnego dostępu do toalet.

Pomiędzy portem La Spezia i Monterosso al Mare kursuje również wiele statków. Można nimi dopłynąć do wszystkich miejscowości oprócz Corniglii, ponieważ z racji utrudnionego dostępu do morza w tej miejscowości nie ma przystani.



sobota, 7 marca 2026

Krótka refleksja z okazji Dnia Kobiet.


Rok temu na tym blogu zamieściłam posta  p.t. Dzień Kobiet albo Dzień Mimozy. W pewnym sensie był on kontynuacją starszego wpisu Dzień Mimozy - 8 marca we Włoszech,  który po raz pierwszy ukazał się podczas mojej emigracji, w czasach, gdy pisałam na Bloxie. Wspominałam w nim o pięknej symbolice tej rośliny o puszystych żółtych kwiatach, która często rośnie w trudnym środowisku, gdzie mimo wszystko radzi sobie doskonale. Jednak jej delikatne kwiatki obumierają i opadają, gdy dotknie ich brutalna lub nie dość delikatna ręka, a to, co z niej pozostaje, to tylko suchy, żałosny patyk.

W ubiegłym roku nasunęła mi się refleksja, że to święto, choć często dyskredytowane i wyśmiewane, powinno mieć znaczenie przede wszystkim dla nas samych i byłoby świetnie uczcić je w sposób, który najbardziej nam odpowiada. Kupmy sobie kwiaty, idźmy z koleżanką, siostrą lub córką na kawę i ciastko, na koncert, do kina lub na wycieczkę w plener, albo zafundujmy sobie odprężającą, pachnącą kąpiel. Nie jest ważne co to będzie, lecz niech sprawi, że zapamiętamy ten dzień jako wyjątkowy. 

Oczywiście, nie oznacza to, że panowie mają być wyłączeni ze świętowania – wręcz przeciwnie. Jednak ich obecność nie powinna być warunkiem sine qua non w świecie, gdzie jest wiele kobiet singielek i wciąż trwa walka między płciami.

Osobiście nigdy nie miałam problemu ze swoją kobiecością i nie uważałam się za osobę dyskryminowaną. To przekonanie wynikało nie tyle z otaczającej mnie rzeczywistości, co z głębokiego poczucia własnej wartości jako istoty ludzkiej, którą definiuje osobowość i cechy charakteru, a nie płeć.

Miałam szczęście, ponieważ natura pod tym względem dobrze mnie wyposażyła w zasoby potrzebne na drogę, którą przeszłam. Zawdzięczam to kobietom z mojej rodziny – babciom, ciotkom, mamie i kuzynkom. To po nich odziedziczyłam geny zaradności, siły i woli przetrwania, one też pokazały mi jak sobie radzić, kiedy wiatr wieje w oczy. Były to zwykłe kobiety, matki, żony i odważne singielki z sobie właściwymi zaletami i wadami, które nie bały się żadnej pracy ani podejmowania decyzji. 

Ja jestem z nich, a one żyją we mnie, mojej córce i wnuczce. 

W kobietach jest siła nie do przecenienia, choć mamy również momenty słabości. Innym razem wydaje nam się, że to co robimy to wciąż za mało i musimy dawać z siebie więcej, spełniać wszystkie oczekiwania świata i otoczenia. Zapominamy przy tym o prostej prawdzie, że każda z nas powinna kochać i szanować samą siebie, bo inaczej nie da nam tego nikt z zewnątrz.  

Napisałam, że jestem szczęściarą w tym względzie, co nie znaczy, że moja egzystencja była usłana różami bez kolców. Wiem, że tak jest, ponieważ widziałam zbyt wiele kobiet  w sytuacji o wiele gorszej niż moja, stłamszonych przez życie, którym odebrano radość i poczucie własnej sprawczości. 

Kiedy myślę o kobiecie jako takiej, widzę czystą i piękną twarz Wenus Botticellego, ukazującą bezgraniczną niewinność nowonarodzonej istoty. Jednak prawda o niej kryje się nie w rysach uroczej twarzy, lecz w jej oczach – one znają wszystkie przeszłe i przyszłe tajemnice ludzkiego bytu, więc przesłania je smutek, a może łza, która jeszcze nie spadła?

Obok Wenus jest jeszcze inna twarz kobiety, która mówi wszystko, czego nie da się wyrazić słowami. To twarz matki Durera, przedstawiona w całej swojej prawdzie z nieopisanym uczuciem synowskiej miłości. W oczach starej kobiety kryje się ta sama wiedza z nutą smutku, co w oczach Wenus. Jednak te mądre oczy już nie patrzą w przyszłość, lecz w wieczność. 

Między tymi dwoma wizerunkami rozciąga się przepaść zwana życiem, wypełniona radością i smutkiem, miłością i poczuciem straty. Wszystko, co otrzymujemy od losu, są to mniejsze i większe cegiełki, z których próbujemy coś zbudować. Choć w planach zawsze jest to bajecznie piękny zamek,  czasem okazuje się, że ta budowla to raczej pokraczna chałupka...Efekt końcowy zależy nie tylko od nas, ale jeśli coś idzie nie tak, warto się zastanowić, czy tego nie zburzyć, by zacząć budować od nowa.

Ten post w zamyśle miał być optymistyczny, ale chyba jest taki, jak bywa życie – pełen niuansów i różnych odcieni, gdzie szklanka nie jest ani do połowy pełna, ani do połowy pusta. W życiu codziennym przekonujemy się, że nasza samoświadomość to jedno, a to co oferuje nam rzeczywistość, to zupełnie inna sprawa. Choć teoretycznie żyjemy w cywilizowanym świecie, gdzie równość jest fundamentem stosunków społecznych, przedstawiciele Unii Europejskiej uznali, że potrzeba jeszcze półwiecza, aby doszło do faktycznego zrównania szans kobiet i mężczyzn żyjących w unijnych krajach. 

W ubiegłym roku wspominałam o tym, że podczas pobytu we Włoszech zwykle w Dniu Kobiet dostawałam mimozę od pacjentek albo pań, które je odwiedzały. Zawsze byłam bardzo wzruszona tym pięknym dowodem kobiecej solidarności – myślę, że są sytuacje, kiedy taki serdeczny gest znaczy więcej, niż  zwyczajowy bukiet otrzymany od mężczyzny. Drogie kobiety i dziewczyny, bądźmy dla siebie dobre, wspierajmy się ciepłym słowem i uśmiechem, by nasze życie było milsze i łatwiejsze nie tylko od święta. Na koniec chciałam podziękować wszystkim koleżankom blogerkom, których posty czytam, a także tym, które zaglądają do mnie i zostawiają swoje komentarze. Wasza obecność i dzielenie się wrażeniami, przeżyciami i poglądami to bardzo ważna rzecz, niezależnie od tego, czy któraś z Was jest wylewna i ekstrawertyczna, czy oszczędna w słowach, wyraża siebie obrazami lub tym co ukrywa się pomiędzy wierszami. Każda z Was wnosi coś niepowtarzalnego i bardzo osobistego – może to być nauka lub inspiracja, albo dzielenie się czymś pięknym i dobrym co daje innym chwilę radości. Wszystkim Wam życzę zdrowia i szczęścia, niech spełnią się wszystkie Wasze marzenia!

                                                                    Elżbieta  Sukienka w kropki



niedziela, 1 marca 2026

Liguria. Riwiera Liguryjska, część pierwsza — Porto Venere.

 

Tegoroczna, śnieżna i mroźna zima wielu osobom mocno dała się we znaki. Tęsknota za ciepłem i słoneczną pogodą była widoczna na wielu blogach, gdzie na przekór pogodzie pojawiały się wpisy o kwiatach i letnich wycieczkach. Mnie również chodził po głowie ten temat, jednak tak się złożyło, że  ostatnio byłam zbyt przygnębiona, by zasiąść do komputera i skupić się na pisaniu. Na koniec, choć z trudem, zmobilizowałam się i postanowiłam opowiedzieć o mojej wycieczce do Porto Venere, ślicznej miejscowości położonej na Riwierze Liguryjskiej.

Nazwa miejscowości jest związana z rzymską boginią Wenus, którą zamiennie nazywano również Wenerą. Jak wiadomo, miała ona narodzić się z morskiej piany, a legenda umiejscawiała to zdarzenie nieopodal cypla półwyspu, od północnego zachodu osłaniającego zatokę La Spezia. W starożytności w tym miejscu wznosiła się świątynia ku czci bogini, a od niej wzięła swą nazwę niewielka osada, której powstanie datowane jest na II w. n.e. Zatoka oprócz urzędowej ma jeszcze inną, bardzo romantyczną nazwę, a mianowicie Golfo dei Poeti (Zatoka Poetów). Zawdzięcza ją dwóm angielskim poetom — Byronowi, który przyjeżdżał w te strony z niedalekiej Pizy oraz zaprzyjaźnionemu z nim Shelleyowi, mieszkającemu po drugiej stronie zatoki w willi nieopodal Lerici.

Rozważając pomysł na tego posta, dużo myślałam o Pani A.,  gdyż była dla mnie bezpośrednią inspiracją — nie tylko jako miłośniczka morza i śródziemnomorskiej aury, lecz przede wszystkim dlatego, że mimo wszystkich przeciwności czerpie z życia to co dobre, nie porzuca swoich planów ani marzeń. 

Ta cecha charakteru jest mi bardzo bliska, nie tylko dlatego, że zajmuje wysokie miejsce w mojej hierarchii wartości. Powiem więcej — w pewnym sensie jest dla mnie motorem egzystencji. Nigdy nie bałam się marzeń, miałam również to szczęście, że życie prędzej czy później podsuwało mi możliwości ich spełnienia. Nie były to gotowe rozwiązania podane na złotej tacy, lecz raczej okazje, które trzeba było chwytać w lot. Bywało też, że aby je zrealizować, musiałam trochę się potrudzić, to jednak sprawiało, że nagroda za te starania była tym cenniejsza. I choć czasem zdarzało się, iż rzeczywistość nie dorastała do moich wyobrażeń, najważniejsza była dla mnie satysfakcja z osiągniętego celu, a także przeżycie nowego doświadczenia.

Ta otwartość na możliwości, jakie daje życie, sprawiła, że po jedenastu latach emigracji wróciłam do Polski nie tylko z bagażem różnorodnych doświadczeń osobistych i zawodowych, lecz przede wszystkim z mnóstwem wspomnień. Z pewnością mogłabym przeżyć te lata bez bliższych i dalszych wędrówek oraz wypraw, jednak wówczas moje życie byłoby uboższe o niezapomniane wrażenia, które dzięki nim stały się moim udziałem.

Chociaż przez większość czasu spędzonego we Włoszech mieszkałam w Limbiate, tak się złożyło, że z powodów zawodowych na okres trzech lat wyprowadziłam się do niedalekiego Saronno. Nie jest ono miastem, które wybrałabym dla jego uroków, jednak dobrze płatna praca w świetnie zorganizowanej placówce była nie do przecenienia. Saronno miało też swoje zalety, lecz najważniejszą z nich było to, że jako stacja węzłowa znajdująca się nieopodal Mediolanu, dawało mi ogromne możliwości komunikacyjne. Dzięki tej przeprowadzce mogłam odwiedzić wiele miejsc, które wcześniej pozostawały dla mnie niedostępne z powodów logistycznych.

Ponadto dowiedziałam się, że w letnich miesiącach lokalne biuro podróży organizuje ciekawe, jednodniowe wycieczki autokarowe. Problem polegał na tym, że odbywały się one w niedziele, a ja z reguły właśnie wtedy miałam dyżury. Mimo to udało mi się skorzystać z kilku ofert, a jedną z nich był wyjazd do Porto Venere oraz pięciu maleńkich miasteczek znanych jako Cinque Terre (Pięć Ziem).

Jest to niezwykle malowniczy fragment włoskiego wybrzeża — wszystkie sześć miejscowości, ze względu na  niezwykłą urodę i unikatowy charakter, w 1997 roku wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Walory krajobrazowe i przyrodnicze tej krainy, położonej na wysokich klifach, sprawiły, że w 1999 roku uzyskała ona status parku narodowego. 

Na wprost Porto Venere w odległości kilkuset metrów od nabrzeża jest archipelag złożony z trzech wysepek. Największą z nich jest Palmaria, a dwie mniejsze to Tino i Tinetto. Palmaria podobnie jak cała okolica jest częścią Parku Krajobrazowego, więc choć można ją odwiedzać, obowiązują tam zwyczajowe reguły dotyczące zachowania w miejscach będących pod szczególną ochroną.

Nasza wycieczka rozpoczęła się bladym świtem, kiedy wyjechaliśmy z Saronno w kierunku portowego miasta La Spezia. Tam wsiedliśmy na niewielki statek żeglugi przybrzeżnej, który zawiózł nas do Porto Venere.

Nie była to moja pierwsza wyprawa do Ligurii — ten piękny region widziałam już wcześniej, gdy pewnego lata wybrałam się do Santa Margherita Ligure i Portofino. W następnym roku, pod koniec zimy, pojechałam tam ponownie, by z Camogli popłynąć statkiem do opactwa San Fruttuoso. Okolica bardzo przypadła mi do serca, dlatego jeszcze kilkakrotnie odwiedziłam zarówno Portofino, jak i Camogli. (Jeśli ktoś miałby ochotę na zapoznanie się z innymi postami o tym regionie, znajdzie je pod wspólnym linkiem tutaj > Liguria )

Choć te dwie miejscowości od Porto Venere dzieli niewiele ponad 60 kilometrów, ich charakter jest zupełnie odmienny. W okolicach Portofino znajduje się wiele renomowanych kurortów i miejscowości wypoczynkowych, pełnych luksusowych hoteli i pięknych willi. Natomiast Porto Venere oraz Cinque Terre, mimo napływu turystów, w dużej mierze zachowały swój dawny charakter. Dzieje się tak dlatego, że ten fragment wybrzeża jest niemal całkowicie niedostępny dla ruchu samochodowego, a głównymi środkami komunikacji pozostają pociąg, statek lub łódź.

Porto Venere jest wyjątkowo malownicze. Przy długim nabrzeżu cumują łodzie, a nad miastem góruje wzniesienie z potężnym zamkiem Doriów, zbudowanym z szarego kamienia. U stóp wzgórza stoi rząd wysokich, przylegających do siebie, wąskich domów pomalowanych na pastelowe kolory. Od nowszej części miasteczka oddziela je kwadratowa wieża i mur biegnący aż do zamku. Ten szczególny rodzaj zabudowy miał na celu wzmocnienie walorów obronnych tego miejsca oraz ochronę ludności przed napadami piratów i nieprzyjacielskich wojsk. Liguria jako region zawsze miała duże znaczenie strategiczne — oprócz zamków i wież strażniczych w obrębie Riviery można zobaczyć również wiele umocnień pochodzących z XIX i początków XX wieku.

Większość budynków w Porto Venere ma kilkaset lat i pochodzi z czasów genueńskiej dominacji. Osadę rozbudowywano sukcesywnie od wczesnego średniowiecza aż do XVI stulecia, więc można tu zobaczyć fragmenty budowli, które, podobnie jak zamek i pozostałe umocnienia, pamiętają XII wiek. Domostwa mają po cztery lub pięć pięter; w wielu z nich na parterze — pod parasolami lub markizami z żaglowego płótna — mieszczą się restauracje, kawiarnie i bary oblegane przez przyjezdnych. Turystów jest sporo, jednak temu spokojnemu miasteczku daleko do blichtru, z jakiego słynie Portofino. Co więcej, odniosłam wrażenie, że mieszkańcom to odpowiada, i nikt szczególnie nie zabiega o zmianę tego stanu rzeczy.

Za pierwszym rzędem domów na zboczu wzgórza znajduje się jeszcze kilka wąskich uliczek, z których najdłuższa nosi nazwę via Giovanni Capellini. Aby tam dotrzeć, nie trzeba okrążać zwartej ściany budynków na nabrzeżu, gdyż ułatwiają to dwa sklepione przejścia ze schodami prowadzącymi do wyżej położonej części miasteczka. Po nadmorskim bulwarze, gdzie panował letni upał, wyłożona chłodnymi kamiennymi płytami via Capellini stanowiła zupełnie inny świat. Wysokie domy rzucały cień i chroniły od nadmiaru słońca, a na niewielkim placyku pluskała fontanna. Obelisk fontanny zdobią cztery głowy lwów; wzniesiono ją w tradycyjnym liguryjskim stylu z jasnego i ciemnego marmuru, tworzącego poprzeczne pasy. To sprawia, że na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, iż mamy przed sobą zabytek liczący kilka stuleci. W istocie jest ona o wiele świeższej daty, gdyż powstała w okresie faszystowskim w miejscu dawnej publicznej studni.

Chętnie bym przysiadła na jej postumencie lub na jednej z marmurowych ławek, jednak nie było na to czasu. Plan naszej wycieczki był bardzo napięty, a w Porto Venere zatrzymaliśmy się na bardzo krótko, w oczekiwaniu na statek do miejscowości Vernazza, następnego etapu zwiedzania Pięciu Ziem. Szczerze mówiąc, nasza przewodniczka też nie stanęła na wysokości zadania, bo nie pofatygowała się, żeby powiedzieć nam choćby kilka słów o zabytkach, jakie można tam zobaczyć; za to polecała nam lodziarnie i bary, gdzie można coś zjeść. 

Z racji ograniczonego czasu nie było mowy o dokładniejszym zwiedzaniu miasteczka i wdrapywaniu się na zamkowe wzgórze. Bardzo chciałam zobaczyć piękny romańsko-gotycki kościół wznoszący się na cyplu, więc niemal biegiem udałam się w jego stronę. Niestety, kiedy dotarłam do tarasu u podnóża schodów, było już zbyt późno na zwiedzanie wnętrza, gdyż niedługo miał przypłynąć nasz statek. Bardzo żałowałam straconej okazji, ponieważ sam kościół wydał mi się niezwykle interesujący, a poza tym jego położenie gwarantowało wspaniałe widoki na okolicę. Z ulotki znalezionej w porcie dowiedziałam się, że jest to XII-wieczny kościół pod wezwaniem San Pietro, a miejscowa legenda głosi, iż powstał w miejscu, gdzie niegdyś stała świątynia poświęcona bogini Wenus. 

W mieście jest jeszcze jedna świątynia z tego samego okresu co San Pietro — bazylika San Lorenzo, której z braku czasu nie zobaczyłam nawet z daleka. Było mi bardzo przykro z tego powodu, gdyż przy jej budowie pracowali Magistri Antelami, lombardzcy mistrzowie z kręgu komasków, pochodzący z Valle d’Intelvi nad jeziorem Como, zrzeszeni w pracowni Benedetta Antelamiego. Ponieważ fascynuje mnie ich niezwykła historia, chętnie bym zobaczyła wzniesioną przez nich budowlę 

Do portu dotarłam w samą porę, nasz statek już czekał na pasażerów i niebawem wyruszyliśmy w dalszą drogę. Rozczarowanie z powodu zbyt małej ilości czasu przeznaczonego na zwiedzanie Porto Venere osłodził mi widok skalistego klifu z kościołem San Pietro na szczycie, przesłonięty rozbryzgami wody, które w blasku słońca lśniły niczym diamenty. Ten piękny obraz mogłam oglądać tylko przez moment, gdyż po wyminięciu cypla statek zmienił kurs i nabrał  prędkości. Po chwili za nami pozostał tylko szeroki pienisty kilwater a jeszcze dalej na skraju wody i nieba odcinały się ciemniejsze sylwetki wysp Palmaria i Tino. Po prawej stronie mieliśmy urwiska liguryjskiego wybrzeża, po lewej morze po horyzont a przed nami była Vernazza ciesząca się sławą najładniejszej miejscowości w obrębie Pięciu Ziem. 

Jednak ten etap podróży będzie tematem następnego posta, ponieważ ciąg dalszy nastąpi!