Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

sobota, 29 grudnia 2012

Valle d'Aosta. Mont Blanc, czyli z wizytą na poddaszu Europy.




  W zasadzie o tej górze powinnam chyba napisać "Monte Bianco", gdyż byłam na jej zboczu leżącym po włoskiej stronie, a właśnie tak ją nazywają Włosi. Jednak w Polsce na dobre przyjęła się francuska nazwa, więc pozostanę przy pierwszej, bliższej nam wersji. Chyba jestem też winna słowo wyjaśnienia odnośnie tytułu tego posta, a konkretnie użytego przeze mnie słowa "poddasze". To taki żartobliwy zwrot, ponieważ w odniesieniu do Mont Blanc często używa się określenia "dach Europy"; ja jednak nie postawiłam nogi na jej szczycie ( 4807m n.p.m.) a jedynie w miejscu zwanym "Punta Helbronner" leżącym dużo niżej, na wysokości zaledwie 3462m, więc w najlepszym razie mogę mówić o mojej wizycie na poddaszu...

O Mont Blanc po raz pierwszy usłyszałam jako małe dziecko, i swoim zwyczajem zaczęłam się domagać większej ilości szczegółów. Mama powiedziała mi, iż to najwyższa góra w Europie, tak ogromna, że jej szczyt ginie w chmurach. Dowiedziałam się też, że ta nazwa oznacza "Białą Górę" ponieważ na jej zboczach leży wieczny śnieg. Byłam wtedy kilkuletnim brzdącem, a moja znikoma znajomość świata miała swoje źródło w książeczkach dla dzieci, więc natychmiast wyobraziłam sobie coś na kształt szklanej góry z bajki o śpiącej królewnie. Co więcej, to bajkowe wyobrażenie przetrwało w mojej świadomości w zasadzie do niedawna, do chwili, kiedy kilka lat temu, już podczas pobytu we Włoszech, po raz pierwszy zobaczyłam ją w całej okazałości na zdjęciu zrobionym "z lotu ptaka" i przekonałam się że jej kształt jest dość przysadzisty, i w niczym nie przypomina np. wyniosłego szczytu Matterhornu.
Kiedy byłam w szkole średniej, omawialiśmy "Kordiana" i scenę, w której główny bohater wygłasza swój pamiętny monolog na szczycie Mont Blanc. Sądziłam wtedy, iż jest jest to po prostu romantyczna "licentia poetica" która kazała poecie umieścić swego bohatera właśnie w tym miejscu. Oczywiście niejednokrotnie słyszałam o alpinistach wspinających się na nią z narażeniem życia, i widziałam jakieś zdjęcia z takich wypraw lecz to jedynie potwierdzało moje domniemania o jej niedosiężności. Dlatego też bardzo mnie zdziwił i zaskoczył rozziew między jej rzeczywistym kształtem i tym w  mojej imaginacji, kiedy zobaczyłam zdjęcie tego ogromnego masywu, nie mającego nic wspólnego z bajkowym, szpiczastym szczytem. Wtedy zrodził się w mojej głowie pomysł, aby na własne oczy zobaczyć tę górę, tym bardziej, że pomiędzy Mediolanem i leżącym u jej podnóża Courmayeur jest bezpośrednia komunikacja autobusowa. Co prawda, było to dość problematyczne ze względów logistycznych, gdyż musiałam jechać pierwszym rannym pociągiem do Mediolanu, następnie czekała mnie jeszcze jazda metrem na dworzec Lampugnano skąd odchodził autobus, a wszystkie połączenia były "na styk". Niestety, pierwsza wyprawa spaliła na panewce z tych właśnie powodów, więc po upływie kilku tygodni ponowiłam próbę. Tym razem wszystko poszło po mojej myśli, i jeszcze przed wschodem słońca wyjechałam z Mediolanu w stronę Aosty. Dwu i półgodzinna jazda przysporzyła mi wiele wrażeń, ponieważ jechaliśmy drogą wśród coraz wyższych wzniesień. W pewnej chwili, pomiędzy ich zielonymi zboczami, na tle błękitnego nieba zobaczyłam wielki, kopulasty szczyt, pokryty śniegiem. Tak mnie to ucieszyło, że chwyciłam telefon komórkowy i natychmiast zadzwoniłam do Marty, żeby się z nią podzielić tą radosną informacją.

Kiedy autobus dotarł na miejsce i wysiadłam na centralnym placu Courmayeur, nieco mnie zaskoczyły niewielkie rozmiary tego miasteczka, będącego jednym z renomowanych ośrodków narciarskich, w którym przewija się mnóstwo ludzi. W zasadzie turyści przybywają przez cały rok, gdyż oprócz tras zjazdowych w okolicy są też ścieżki trekkingowe oraz możliwość uprawiania wspinaczki, lecz oczywistą koleją rzeczy, szczyt sezonu przypada własnie na miesiące zimowe. W istocie mimo niewielkiego centrum Courmayeur zajmuje znaczny obszar, lecz zabudowania są dość luźno rozrzucone, więc nasze gęsto zaludnione Zakopane w porównaniu z nim to prawdziwa metropolia. Jeszcze bardziej byłam zaskoczona tym, że Masyw Mont Blanc jest z miasteczka mało widoczny, gdyż częściowo przesłania go Mont Chetif, spore wzniesienie leżące w centrum miejscowości. Pierwsze kroki skierowałam do Biura Informacji Turystycznej, żeby się dowiedzieć w jaki sposób mogę zrealizować swoje zamierzenie. Tam mi powiedziano, że jest to okres, kiedy kolejka linowa w Courmayeur jest w konserwacji (był to przełom września i października) natomiast w sąsiedniej miejscowości La Palud znajdę czynną kolejkę, którą nie tylko można wjechać na stoki góry, lecz również przemieścić się na francuską stronę, do Chamonix. W związku z tym, wsiadłam do lokalnego autobusu,  i po kilku minutach byłam u celu. Nie miałam najmniejszego problemu ze znalezieniem stacji kolejki, gdyż jej budynek góruje wysokością nad pozostałymi, a do tego na jego dachu umieszczono wielkie, czerwone litery, składające się na napis "Funivie  Monte Bianco". Co prawda, cena przejazdu w wersji "tam i z powrotem" nie należy do niskich, ale doszłam do wniosku, że nie jest to sytuacja kiedy należało by oszczędzać, w obliczu bądź, co bądź, jedynej w swoim rodzaju okazji pójścia w ślady Kordiana...Natomiast ominął mnie problem z oparciem się chęci wykupienia dość drogiego biletu do Chamonix. Jak się okazało, kursy kolejki na francuską stronę zostały zawieszone ze względu na warunki pogodowe (chodziło chyba o oblodzenie trakcji), i najdalszym punktem do którego można dojechać jest ostatnia stacja po stronie włoskiej, Punta Helbronner. Nie będę ukrywać, że perspektywa wjazdu kolejką linową na taką wysokość była dla mnie naprawdę emocjonująca, mimo iż wcześniej wielokrotnie korzystałam z tego środka lokomocji i raczej nie budzi on we mnie lęku. Do kabiny wsiadam w dość licznym, międzynarodowym towarzystwie; mimo tłoku udało mi się zająć miejsce  przy oknie, dogodne do fotografowania. Kolejka w stronę szczytu jedzie etapami, w związku z tym trzeba się dwukrotnie przesiadać, po raz pierwszy na stacji Pavillon du Mont Frety i ponownie, na wysokości schroniska Torino. Widoki, które mogłam oglądać w czasie wznoszenia się kabiny były wprost trudne do opisania. Nie wiedziałam, czy patrzeć na panoramę doliny, którą właśnie pozostawiliśmy za sobą i otaczające ją łańcuchy gór, czy na niemal pionowe stoki po prawej stronie, gdzie po zboczach spływały w dół liczne, nitkowate potoczki o spienionej wodzie, czy też na lewo, gdzie pośród skalnych grani widać było ogromny jęzor lodowca Brenva. Dwa pierwsze etapy jazdy kolejką trwają 10 i 8 minut, natomiast trzeci jedynie 2, lecz cała ta 20 minutowa podróż niesie wprost niezapomniane przeżycia. Kiedy się patrzy na ogromne, poszarpane skały wyłaniające się z wiecznych śniegów, czy prawie pionowe stoki, do których przyczepione są pylony kolejki, sprawiające wrażenie stojących nie pionowo lecz ukośnie , nie sposób nie podziwiać zarówno kunsztu inżynierskiego, jak i fizycznego wysiłku ludzi, którzy zrealizowali ów projekt.





Kiedy wagonik kolejki przybył do celu, wyszliśmy na rozległy, drewniany taras widokowy, skąd można popatrzeć na okolicę. Przez chwilę czułam lekki ucisk w skroniach i mrowienie w całym ciele, po chwili te objawy ustąpiły, za to przez cały czas pobytu na górze towarzyszyło mi uczucie lekkiego oszołomienia z powodu znacznej wysokości. Panowało dość przenikliwe zimno, więc ciepła kurtka, którą miałam w plecaku okazała się bardzo przydatna, tym bardziej, że nadciągnęła wielka chmura, i szczelnie otuliła cały wierzchołek. Zredukowało to widoczność do minimum, więc aby nie tracić czasu poszłam obejrzeć niewielkie, lecz bardzo interesujące muzeum minerałów. Można tam zobaczyć wielkie kryształy kamieni szlachetnych i półszlachetnych, jakie spotyka się w tym rejonie. Kiedy na zewnątrz ponownie nieco się przejaśniło wyszłam na taras, ale o ile po prawej stronie widać było niebieskie niebo, to z lewej, w okolicy szczytu, w dalszym ciągu utrzymywały się chmury. Na szczęście pomiędzy nimi co jakiś czas ukazywał się dość odległy, biały wierzchołek, po którym to widoku tak wiele sobie obiecywałam. Byłam nieco zawiedziona, gdyż spodziewałam się, że będę mogła przyjrzeć się mu z bliska bez większych przeszkód, ale jak mi powiedział operator kolejki, pogoda w tym rejonie często płata podobne figle. Mimo to, miałam co podziwiać, gdyż jest tam wspaniały widok na szpiczastą, pojedynczą skałę zwaną Zębem Giganta, i Lodowiec Giganta leżący w niecce poniżej tarasu. Bardzo mnie zaskoczył widok dużych, czarnych ptaków, które podczas jazdy kolejką widziałam w locie, natomiast tu zobaczyłam je ponownie, chodzące po śniegu. Nie sądziłam, że można je spotkać na tej wysokości, i w tak niesprzyjającym środowisku...Szczerze mówiąc żałowałam, że nie mogę jechać na francuską stronę, co pozwoliłoby mi na podziwianie Lodowca Giganta w całej okazałości. Operator powiedział mi, że w tym bardzo trudnym konstrukcyjnie fragmencie trakcji zastosowano specyficzne rozwiązania techniczne, które jednak niosą pewne ograniczenia, więc ze względu na bezpieczeństwo podróżnych zawiesza się kursy, jeśli warunki nie są wystarczająco dobre. Na Chamonix mogłam jedynie popatrzeć z daleka, gdyż chwilami w miarę jak wiatr przemieszczał chmury widać je było w dole, okryte mglistym oparem. Pomimo to, byłam ogromnie usatysfakcjonowana  wycieczką, gdyż sam fakt, że dane mi było znaleźć się w tym miejscu, sprawił mi nieopisaną frajdę. Pobyt na górze nie jest w żaden sposób ograniczony,  można tam spędzić dowolną ilość czasu, lecz ponieważ miałam zamiar obejrzeć rezerwat roślinności alpejskiej, jaki jest na wysokości stacji Pavillon, uznałam, że nadszedł moment, aby udać się w podróż powrotną.

Podczas jazdy w dół skupiłam się na widoku doliny i otaczających ją wzniesień. Był on po prostu nieziemski, gdyż lekkie zachmurzenie sprawiało, że słońce oświetlało jedynie niektóre fragmenty pejzażu, niczym sceniczny reflektor. Górskie łańcuchy, przybrały już płową, jesienną barwę, i zajmowały całą przestrzeń ciągnąc się aż po horyzont. Wprost trudno było uwierzyć, że jednak gdzieś się kończą, a dalej jest równina Padu i zielono - błękitna Lombardia, gdzie nadal jest niemal letnia pogoda ...U stóp Mont Blanc widać było dolinę Val Veny i strumień Dora, a nieco bliżej Val Ferret, z nitką drogi i maleńkimi punkcikami, pod którymi można było się jedynie domyślać ludzkich siedzib. Ten majestatyczny widok, oszałamiający swoim ogromem sprawił, że pomyślałam o wszystkich ludziach, jacy wspinali się na te strome zbocza używając jedynie siły własnych mięśni, a także o budowniczych kolejki, dzięki którym te widoki mogą podziwiać również inni, nie mogący marzyć o takim wyczynie.
Tak jak zamierzałam, wysiadłam na pierwszej stacyjce, aby pochodzić po stoku, i obejrzeć ogród botaniczny z alpejskimi roślinami rosnącymi w swoim naturalnym środowisku. Co prawda z racji pory roku większość z nich przeszła już w stan uśpienia, ale te, które pozostały, nadrabiały wspaniałymi kolorami, we wszystkich odcieniach żółci, brązu i czerwieni. Zauważyłam wiele poprzewracanych tabliczek z nazwami roślin, i właśnie się zastanawiałam kim są wandale, którzy dokonali tego dzieła zniszczenia, kiedy zorientowałam się po "pozostałościach przemiany materii " że prawdopodobnie ci niszczyciele to stworzenia nie dwu- ale czteronożne, bez żadnych względów dla ludzkich wysiłków przychodzące tam, aby żerować. Wśród skał znalazłam malutki staw o białawej wodzie, gdzie niczym w lustrze odbijały się poszarpane skały. Dość długo spacerowałam wąskimi ścieżynkami, bo trudno mi było rozstać się z tym bajecznym pejzażem, jaki rozciągał się przede mną. Trochę żałowałam, że kupiłam bilet powrotny na całą trasę, a przede wszystkim, że nie wzięłam ze sobą mojego kijka z ostrym, metalowym zakończeniem, z którym zwykle chodziłam w góry, gdyż mogłabym zejść na piechotę do La Palud, korzystając z jednej z trzech ścieżek wiodących w dół. Jednak o ile mogłabym się pogodzić z niepotrzebnym wydatkiem na niewykorzystany bilet, to schodzenie bez kijka, w pojedynkę, po wąskich, kamienistych i dość stromych ścieżkach, nie wydawało mi się rozsądne, więc ponownie wsiadłam do wagonika aby zjechać do wioski. W miarę jak pokonywaliśmy kolejne metry trasy wiodącej w dół, ogarniał mnie coraz większy żal, że opuszczam to miejsce, tak odmienne od wszystkiego, co widziałam dotychczas. Jednak mimo tego żalu moja wysokogórska przygoda skończyła się nieodwołalnie, i musiałam wrócić do La Palud, a następnie do Courmayeur.


Po drodze zwróciłam uwagę na przepiękne kwiaty, zdobiące przydomowe ogródki, i miejskie kwietniki. Nie tylko uwodziły oczy swoimi kolorami, ale zadziwiały niezwykle bujną wegetacją, zaskakujacą w tym dość ostrym klimacie, gdzie wieczory i noce są bardzo chłodne.
Resztę czasu, jaki mi pozostał do odjazdu, spędziłam na zwiedzaniu miasteczka. Co prawda mówienie o zwiedzaniu w tym wypadku jest mocno na wyrost, gdyż ścisłe centrum to  zaledwie kilka niewielkich uliczek, a jedyne bardziej okazałe budowle (oprócz klockowatych hoteli) to kościół i piękny, stylowy budynek Stowarzyszenia Przewodników Alpejskich. Stoją one przy niewielkim placyku z ławkami i kwietnikami, pełniącego też rolę tarasu widokowego, gdyż leży nieco wyżej niż centralny plac miasteczka i daje możliwość podziwiania okolicznych gór. Na placyku znajduje się piękny pomnik poświęcony ludziom  zmarłym w górach, a w szczególności przewodnikom alpejskim, którzy stracili życie podczas niesienia pomocy potrzebującym. Jest on niezmiernie wymowny, ma formę nagrobka z krzyżem, na nim leży porzucona peleryna, czekan, i drabina, przy nich spoczywa wierny pies, który już się nie doczeka  powrotu swego pana... Późnym popołudniem wsiadłam do powrotnego autobusu, jadącego w stronę Mediolanu. Chociaż  w Courmayeur spędziłam zaledwie jeden dzień, miałam wrażenie, że minęło o wiele więcej czasu od chwili, gdy rankiem stałam w tym samym miejscu. Tyle się wydarzyło w ciągu tych kilkunastu godzin, zobaczyłam tyle niezwykłych rzeczy, że wrażeń wystarczyło by mi na o wiele dłuższy pobyt. Kiedy autobus ruszył przesiadłam się na  tylne siedzenie, żeby po raz ostatni  popatrzeć na ośnieżony szczyt najwyższej góry w  Europie.





Więcej zdjęć z wycieczki do Courmayeur i na Mont Blanc można zobaczyć w albumie>
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5828137509856077169




sobota, 22 grudnia 2012

Trzy wigilie.



Zawsze miałam zadziwiająco dużo wspomnień z wczesnego dzieciństwa... Niejednokrotnie zastanawiałam się jak to jest możliwe, że tak dobrze pamiętam pierwsze lata mojego życia, gdyż poza przeprowadzką z okolic Warszawy  na Mazury nie wydarzyło się w nim nic nadzwyczajnego. Oczywiście w mojej trzyletniej egzystencji zmiana miejsca zamieszkania była ogromną rewolucją, gdyż  musiałam się rozstać z moją ukochaną babcią, jej domkiem i ogrodem, który dotąd był dla mnie całym światem. Z wielkim bólem adaptowałam się do nowej rzeczywistości, i niejednokrotnie próbowałam płaczem wymusić powrót do miejsc, które uważałam za swoje. Jednak jedno z moich najpiękniejszych wspomnień z dzieciństwa wiąże się z pierwszymi świętami Bożego Narodzenia w nowym domu. Pamiętam, jak mój tata przyniósł do domu choinkę, a mama przystroiła ją nowymi bombkami oraz własnoręcznie zrobionymi ozdobami ze słomki, krepiny, kolorowego błyszczącego papieru i wydmuszek. Wszystkie te ozdoby i kolorowe papierowe łańcuchy kleiłyśmy podczas długich listopadowych wieczorów (prawdę mówiąc, mój udział w ich wykonaniu był raczej znikomy). Były one dość pracochłonne, ale moja mama zawsze miała nadzwyczaj zręczne palce i oprócz łańcuchów potrafiła wyczarować zabawki zrobione metodą origami i tęczowe "pawie oczka". Natomiast wydmuszki jajek po doklejeniu elementów z kolorowego papieru zamieniały się w prześliczne koszyczki, koguty, głowy świętego Mikołaja z długą białą brodą z kłaczka waty, czy pajaca w szpiczastej czapce. Również gwiazda umieszczona na czubku choinki została wykonana przez mamę z kartonu i srebrnej cynfolii od czekolady. Pamiętam wspaniały zapach świerku zmieszany z zapachem pieczonego ciasta, gdyż mama postanowiła upiec tort, który później przyozdobiła białym maślanym kremem i małymi, kolorowymi cukierkami w kształcie fasolek. Teraz myślę sobie, że chyba były to święta dość skromne,  cały tamten okres pierwszego powojennego dziesięciolecia nie obfitował w zbytki, a do tego byliśmy przecież rodziną na dorobku. Jednak  na naszym stole nie zabrakło żadnej z tradycyjnych potraw, jakie zawsze musiały być na nim podczas wigilijnej kolacji. Pamiętam też, że była smażona ryba, śledź w śmietanie i ziemniaki, aromatyczne suszone grzyby na których najpierw gotował się barszcz, a później mama oprószyła je mąką i usmażyła na oleju, kompot z suszonych owoców, oraz moja ulubiona potrawa czyli kluski z makiem. Kluski  w zasadzie były makaronem domowej roboty (moja mama robi go po mistrzowsku) polane swego rodzaju słodkim sosem przyrządzonym z maku  utartego z cukrem. Do dzisiejszego dnia pamiętam jak mama ucierała ten mak w makutrze i recytowała mi wierszyk, którego nauczyła się jeszcze jako mała dziewczynka w drugiej klasie szkoły podstawowej.
         
              Siedzi skrzacik za kominem w czerwonym kożuszku,
              zerka okiem, węszy nosem, gładzi się po brzuszku.
              Dziś wigilia, tak coś pachnie, że aż idzie ślinka,
              może znajdzie się dla skrzatka chociaż okruszynka?
              Wyszedł skrzacik zza komina, zdjął z głowy kołpaczek,
              gospodyni, znasz mnie przecież, jam skrzat nieboraczek!
              Dostał skrzacik miskę klusek, wyjadł ją do czysta,
              wlazł za komin, gębę wydął, niczym organista,
              i kolędy jął zawodzić przebieraną nutką,
              czasem grubo, czasem cienko, głośno lub cichutko.
              Śpiewał, śpiewał, przez noc całą, aż mu trząsł się brzuszek,
              wreszcie usnął za kominem, zwinięty w kłębuszek.

Dziś nie wiem, dlaczego ten pogodny i ciepły wierszyk bardzo mnie zasmucił, i ni stąd, ni zowąd, rozpłakałam się z żalu nad skrzacikiem - nieboraczkiem...Mimo tych łez była to piękna wigilia, odwiedzili nas sąsiedzi, starsi państwo mieszkający w tym samym domu, i długo siedzieliśmy przy choince na której płonęły prawdziwe świeczki a mama śpiewała kolędy.
Tak wiele się zmieniło w ciągu lat, które minęły od tamtej wigilijnej wieczerzy, dziś  już nikt nie zapala na choince prawdziwych świeczek, i chyba coraz rzadziej ktoś zadaje sobie trud, aby własnoręcznie wykonywać staroświeckie, choinkowe ozdoby. Odchodzą w przeszłość razem z zimami, kiedy to na Boże Narodzenie  wokół domów zawsze były zaspy po kolana, mróz malował wzory na szybach, a najmilszym sprzętem  w domu był ciepły, kaflowy piec. Brakuje mi tej atmosfery i niejednokrotnie myślałam o tym żeby wyprowadzić się na wieś, aby choć w części odzyskać ten utracony raj mojego dzieciństwa, gdzie rytm życia wyznaczają pory roku, a natura determinuje ludzkie poczynania.
Mimo iż życie napisało dla mnie  zaskakujący i zupełnie inny scenariusz, zawsze starałam się ocalić przynajmniej część tej atmosfery mojego dzieciństwa...
Kiedy przyszedł czas, że sama zostałam matką i gospodynią w moim własnym domu, podczas pierwszych świąt próbowałam wskrzesić tamte chwile, tym razem nie tylko dla mnie samej, ale również dla mojej rodziny. Dziś nie mam pojęcia, jak mi się udało przygotować te wszystkie potrawy, nie tylko wigilijne, ale również te przeznaczone na pozostałe świąteczne dni, mając do dyspozycji małą dwupalnikową kuchenkę, prodiż zamiast piekarnika, i dwoje dzieci - niespełna trzyletniego Kubę i kilkumiesięczną  Martę. Po tym wszystkim starczyło mi energii aby zrobić makijaż i usiąść do stołu w wizytowej sukience...Byłam dumna z siebie, że stanęłam na wysokości zadania, i miałam ogromną nadzieję, że czeka nas jeszcze wiele świąt w atmosferze wspólnej radości. Jednak już wtedy jakiś podstępny robak wgryzał się w moje serce, i powodował, że na ten sielski obrazek padał cień z powodu braku rzeczywistej harmonii, jaką w rodzinie daje prawdziwa wspólnota wzajemnych dobrych chęci i oczekiwań. Później była zmiana mieszkania na większe, wygodniejsze, bardziej przestronne, oraz wiele wigilii, kiedy rozczarowanie całoroczną rzeczywistością i fizyczne zmęczenie podczas godzin spędzonych w kuchni, brało górę nad podniosłym nastrojem..

Minęło wiele lat i nadszedł czas, kiedy przyszło mi spędzać pierwsze święta w moim życiu z dala od domu i rodziny, na obcej ziemi. Było to w Bari, gdzie znalazłam się na początku grudnia. Pamiętam, jak po przyjeździe na miejsce, kiedy wysiadłam z autobusu, mimo iż był późny wieczór owiała mnie fala ciepłego, niemal wiosennego powietrza. Po kilku dniach zauważyłam, że miasto przygotowuje się do świąt. Palmy na centralnej via Sparano owinięto sznurami kolorowych światełek, w oknach domów widać było wielkie, bogato przystrojone choinki, a przed wejściami do sklepów i hoteli umieszczono dekoracje z jedliny i  kolorowych bombek z lampkami w kształcie grubych, czerwonych świec. Kiedy patrzyłam na te wszystkie przygotowania ogarniał mnie  bezbrzeżny smutek, nie wyobrażałam sobie co pocznę w święta w tym obcym mieście, gdzie nie miałam nikogo bliskiego. Co prawda zostałam zaproszona na kolację do pewnego włoskiego domu, ale szczerze mówiąc, nie miałam najmniejszej ochoty na to doświadczenie, które zresztą okazało się kompletnym niewypałem. Nie tylko byłam skrępowana z powodu słabej znajomości języka, na domiar wszystkiego, panowała tam atmosfera kompletnie odmienna o tej, jaką się kultywuje w polskich domach. Wigilijne menu składało się z kilku gatunków pizzy, ciasta, solonych orzeszków i szampana. Po wymianie prezentów z ogromną ulgą wyszłam, i długo chodziłam  po ulicach, samotnie, z uczuciem pustki i dojmującego smutku. To pierwsze, tak niemiłe doświadczenie spowodowało, że od tej pory jak ognia unikałam podobnych sytuacji, i jeśli  w grudniu nie jechałam do domu na urlop, prosiłam o jak najwięcej dyżurów w okresie Świąt. W domach opieki gdzie pracowałam miałam o wiele większe poczucie wspólnoty, nie tylko z koleżankami i kolegami, którzy byli w sytuacji podobnej do mojej. Sądzę, że podobnie czuli się nasi pensjonariusze, ludzie starsi, niekiedy zupełnie samotni, albo z różnych powodów odstawieni przez swoje rodziny na boczny tor. Tworzyliśmy wspólnie małą społeczność, gdzie uśmiech, dobre słowo czy ciepły uścisk sprawiały, że było nam łatwiej przetrwać te dni.
Lata spędzone na emigracji spowodowały, że w moim życiu nic już nie jest takie samo jak kiedyś. Teraz innymi oczami patrzę na przedświąteczną gorączkę, szał zakupów i obfitość potraw. Jedyna rzecz, której gorąco pragnę to spokój i poczucie, że to co robię, ma głębszy wymiar i jest w zgodzie z moimi pragnieniami. Jednak mimo wszystko, również podczas tych lat oddalenia od mojego domu i rodziny, spotkało mnie wiele miłych niespodzianek i gestów, które nie sposób zapomnieć. Takim moment miał miejsce kiedy kilka lat temu otrzymałam od Patrycji dwa gwiazdkowe witrażyki do przyklejania na oknie. Patrycja własnoręcznie namalowała je przy pomocy Ilenii, i wręczyła  mi kiedy jechałam na Boże Narodzenie do Polski. Co roku umieszczam je na szybach, i choć czas  je nieco skonsumował, mimo to, są dla mnie jedną z najmilszych pamiątek, swego rodzaju łącznikiem między moim obecnym życiem i czasem spędzonym na emigracji. Był to trudny czas, ale mimo wszystko cieszę się, że dane mi było przeżyć to doświadczenie, gdyż wiele straciłam, wiele mnie ominęło, ale też dużo otrzymałam w zamian...


Z okazji nadchodzących
       Świąt Bożego Narodzenia
życzę wszystkim zaprzyjaźnionym 
      blogerom i czytelnikom
aby minęły one w serdecznej i ciepłej 
        atmosferze.
A  Nowy Rok niech Wam przyniesie 
wiele pięknych chwil i wspaniałych podróży,
 nowych przyjaźni, i dużo, dużo szczęścia !!!

piątek, 14 grudnia 2012

Lombardia. Milano - ancora!

  To dźwięczne włoskie słowo zamieszczone przeze mnie w tytule ma podwójne znaczenie. Pierwsze to "jeszcze" lub "ponownie" a drugie, to po prostu "kotwica". Tu użyłam go ze względu na jego podwójny sens, po pierwsze, ponieważ  ponownie piszę o tym mieście, po drugie z powodu opisywanych miejsc, które przez wiele lat emigracji były dla mnie swego rodzaju kotwicą emocjonalną. Na ogół
unikałam środków komunikacji publicznej, gdyż lubiłam snuć się  po Mediolanie na piechotę, czasem z mapą w ręku, w poszukiwaniu jakiegoś interesującego miejsca lub zabytku, a innym razem idąc bez celu, z nadzieją że przez przypadek trafię na coś ciekawego. W ten sposób  nie tylko lepiej poznawałam miasto, lecz także znajdowałam różne urokliwe miejsca, do których później chętnie wracałam. Jednym z nich była dzielnica Brera ze swoimi wąskimi, malowniczymi uliczkami. Tu, w imponującym budynku o arkadowym dziedzińcu znajduje się sławna Akademia Sztuk Pięknych, oraz muzeum ze wspaniałymi zbiorami. Zwiedzając je, mogłam na własne oczy zobaczyć wiele obrazów, które wcześniej znałam jedynie z reprodukcji i zdjęć.
mediolanPewnego razu, zdarzyło mi się tam coś, co mnie kompletnie wytrąciło z równowagi... Wychodziłam właśnie z jednej z sal, kiedy  w głębi, w następnym pomieszczeniu,  ujrzałam przed sobą „Martwego Chrystusa” Andrei Mantegna. Znałam ten obraz z reprodukcji, czytałam też o tym, jaki jest niezwykły, że malarz złamał w nim obowiązujące kanony, ponieważ nie tylko namalował Jezusa jako spracowanego wieśniaka, lecz przede wszystkim ze względu na perspektywę jakiej użył, umieszczając na pierwszym planie jego wielkie stopy z ranami od gwoździ. Wiedziałam to wszystko, lecz ta wiedza nie obroniła mnie przed piorunującym wrażeniem, którego wtedy  doznałam. Jako pielęgniarka z długim szpitalnym stażem ze śmiercią  miałam do czynienia w zasadzie na co dzień i to od wielu lat; jednak wtedy, w tym sponiewieranym, ludzkim, nie boskim ciele, zobaczyłam nie tylko jej majestat, lecz także ogromne cierpienie umierania, opuszczenie, ból i samotność tych, którzy zostają. Nawet nie wiem jak to się stało, że wszystkie moje lęki i emocje pod wpływem tego obrazu znalazły jedyne możliwe ujście, i  zupełnie nieoczekiwanie dla mnie samej z oczu polały mi się łzy... Było to silniejsze ode mnie, było mi też zupełnie obojętne to, że jestem wśród ludzi, że może ktoś na mnie patrzy i ocenia moje zachowanie. Właściwie nie wiem - czy płakałam nad zmarłym Jezusem który dla mnie na tym obrazie uosabia każdego z nas? Czy nad tymi, których odprowadzałam na drugi brzeg, a może nad tymi, których nikt nie opłakał i nawet nie wiadomo gdzie są ich groby? Może też trochę sama nad sobą?
 MEDIOLANNa skraju dzielnicy Brera, niedaleko Castello Sforzesco, znajduje się mały, śliczny kościółek Santa Maria del Carmine. Przed nim, na niewielkim placu noszącym tę samą nazwę, z przyjemnością mogłam obejrzeć jedną z rzeźb naszego rodaka, Igora Mitoraja. Według mnie, pomysł aby ją tam umieścić był prowokacyjny sam w sobie, lecz bądź, co bądź, jest to polski akcent, co w miły sposób pogłaskało moją narodową dumę.
Idąc ulicą Brera w stronę północy, dochodziłam do via Solferino, i dalej, do via Moscowa, gdzie mniej więcej w jej połowie jest nieduży plac San Angelo, z pięknym, barokowym kościołem. Tam swego czasu można było obejrzeć wspaniałą wystawę kilkudziesięciu prawosławnych ikon, o ogromnej wartości artystycznej  i materialnej. Ikony przyjechały z Rosji, a wystawę pokazano w pomieszczeniach klasztornych, do których zwykle nie ma dostępu, gdyż są objęte klauzurą. Przepiękne, bogato złocone obrazy, z których większość liczyła sobie kilkaset lat, cieszyły się wielkim zainteresowaniem mieszkańców Mediolanu. Dodatkowym walorem tego przedsięwzięcia było to, że w nawie kościelnej wystawiono ich fotogramy, zapewne zarówno dla zachęcenia potencjalnych odwiedzających, jak i celem dania okazji zaznajomienia się z nimi osobom mniej zamożnym (bilet kosztował sporo, jak na owe czasy). Zaimponował mi również fakt, że wystawa nie miała miejsca w muzeum przystosowanym do tego celu, więc organizatorzy musieli zadać sobie ogromny trud, aby zapewnić jej należyty poziom bezpieczeństwa. Jednak najpiękniejsza była idea tego przedsięwzięcia, bowiem na tyłach klasztoru mieści się powiązane z nim Centrum Caritas, gdzie codziennie można  spotkać wielu obywateli byłego Z.S.R.R. oczekujących na pomoc w znalezieniu
mediolanpracy, lub na darmowy posiłek, który można zjeść w stołówce fundacji. Myślę, że dzięki tej wystawie niektórzy Włosi mogli na własne oczy zobaczyć, że nawet ci, co emigrują
 "za chlebem" mają za sobą wielowiekową, wspaniałą kulturę, która przynosi zaszczyt całej Europie.
Ten placyk ma jeszcze jeden szczególny urok - fontannę świętego Franciszka. Jest on patronem Włoch,
i z tego względu nadal cieszy się tu wielkim poważaniem, a podczas moich wędrówek napotkałam wiele przejawów jego kultu. Fontanna jest prosta, lecz bardzo piękna i wymowna. Ma formę dużej studni, przy niej zaś stoi pochylony Franciszek wygłaszający kazanie do ptaków siedzących na cembrowinie. Obok fontanny, na placu pod drzewami, odbywa się targ kwiatowy, a gdy się kończy, mediolańskie kwiaciarki część swego pachnącego towaru zostawiają jako dar dla świętego.

  W Mediolanie najbardziej podobało mi się to, że niespodziewanie odkrywa się tam różne urocze zakątki,  jakiś romantyczny wirydarz z fontanną, ukryty za ciężką bramą, którą ktoś właśnie otworzył na chwilę, albo śliczne podwórko, tuż obok 
MEDIOLANwielkomiejskiej arterii. Miałam takie ulubione podwóreczko  przy Corso Buenos Aires. Jest to długa ulica o charakterze handlowym, świetne miejsce na zakupy, jeśli  kogoś nie stać na markowe butiki przy via Montenapoleone, lub via San Andrea (Chanel, Versace, Armani, etc.). Na jednym z dziedzińców mieści się księgarnia ”Libreria del Corso”. Lubiłam ten zakątek, gdyż to bajkowe podwórko z kolorowym neonem w bramie, kojarzyło mi się zawsze z ilustracjami z książeczki dla dzieci.
Innym miejscem mającym swoisty urok i wielką magię, jest obecna siedziba uniwersytetu, zwana Ca’ Granda, czyli Wielki Dom. Budynek ten powstał dzięki Francesco, władcy Mediolanu z panującego rodu Sforzów, a w dobie renesansu  był jednym z najpiękniejszych i najlepiej wyposażonych szpitali w Europie. Ma wspaniałą fasadę z czerwonej cegły, bardzo bogato zdobioną, o długości prawie trzystu metrów. Główny dziedziniec jest ogromny, i równie wielkiej urody. Wzdłuż biegną portyki o szerokich arkadach, z  reliefami i popiersiami, których piękno i rozmaitość można chyba porównać z "głowami wawelskimi" a całość, w przeciwieństwie do fasady, ma nie ceglasty lecz delikatny różowo - biały kolor. Po drugiej stronie ulicy znajduje się ogród Guastalla, niezbyt duży, ale bardzo ładny park, założony w połowie XVI stulecia na życzenie pewnej hrabiny, której nazwisko nosi do dziś. Pośrodku ogrodu jest  nieckowate obniżenie gruntu z uroczą sadzawką otoczoną balustradą. Całość skojarzyła mi się z Dolinką Szwajcarską w przedwojennej Warszawie, którą w jej dawnym kształcie można dziś zobaczyć jedynie na starych pocztówkach. Również ogród Guastalla zmienił się od czasu swego powstania, ale mimo to, nadal jest miłą enklawą zieleni, gdzie pośród drzew stoją białe posągi, i ławki, na których chętnie przysiadają studenci oraz ich wykładowcy po zakończeniu zajęć na uniwersytecie.


  W przeszłości Mediolan posiadał dużą sieć kanałów zwanych "navigli". Ich budowę rozpoczęto we wczesnym średniowieczu, miały wtedy zadanie obronne, a także służyły do odwadniania terenu. Pełniły również funkcję popularnej drogi wodnej, którą spełniały aż do początku w XX stulecia. Ta rola znacznie zmalała z racji rozwoju transportu kolejowego.W związku z tym, podjęto decyzję aby większość kanałów znajdujących się na terenie zwartej miejskiej zabudowy przykryć nawierzchnią ulic. Wtedy to Mediolan przestał być "wodnym miastem" jak go  nazywano przez wiele stuleci, i kompletnie zmienił swoje oblicze. Co prawda jakiś czas temu, powstał projekt ich częściowego odsłonięcia, lecz zarzucono go ze względu na wysokie koszty. Pozostałe, zewnętrzne kanały istnieją do dziś, i sukcesywnie są włączane do listy atrakcji turystycznych. Oczywiście, można po nich pływać łódkami i kajakami, a od kilku lat organizowane są krótkie wycieczki statkiem. Dzięki tej sieci kanałów  połączonych z rzekami Pad, Ticino i Adda, Mediolan nadal ma bezpośrednią  komunikację z  jeziorami Como i Maggiore, a także wybrzeżem adriatyckim. Między innymi, tą właśnie drogą, z kamieniołomów znajdujących się nieopodal miejscowości Candoglia, leżącej nad Lago Maggiore, transportowano biało-różowy marmur użyty do budowy Duomo.



   Niegdyś główną rolę odgrywały przede wszystkim duże kanały: Naviglio Grande, Pavese, Martesana, Paderno, i Bereguardo, lecz oprócz nich istniała duża sieć pomniejszych kanałów na terenie miasta. To sprawiało, że można było spławiać barki z towarami produkowanymi w Lombardii aż do portów  leżących u ujścia Padu, a następnie transportować dalej, przy użyciu statków pełnomorskich. Była to wspaniała idea i majstersztyk wiedzy inżynieryjnej, gdyż oprócz kanałów sensu stricto, musiano zbudować liczne śluzy, darseny, oraz mosty. Przy ich budowie i utrzymaniu pracowało wielu wybitnych inżynierów, między innymi Leonardo da Vinci, który zmodernizował Naviglio Grande, dziś mający swój początek niemal w samym centrum miasta. Obecnie ulice w pobliżu tego kanału są malowniczym miejscem z mnóstwem sympatycznych barów i kawiarenek, a także dzielnicą artystów, którzy tu chętnie sytuują  swe pracownie. Nieopodal Darseny, wielkiego basenu, w którym kiedyś cumowano barki i gdzie zaczyna się ów kanał, można zobaczyć pochylony i powykrzywiany daszek wsparty na drewnianych krokwiach, pod którym znajduje się coś na kształt szerokiej rynny z bieżącą wodą. Jest to zabytkowe "lavatoio" czyli miejsce gdzie jeszcze kilkadziesiąt lat temu mieszkanki okolicznych domów przychodziły aby zrobić pranie.
mediolan  Tuż obok, w kompleksie budynków z typowym,,cortile’’ czyli wewnętrznym podwórkiem, z którego wchodzi się do poszczególnych mieszkań, mieści się kilkanaście pracowni artystycznych. Można tam wejść, porozmawiać z artystą, pooglądać jego prace, a także kupić jedną z nich, jeśli coś się nam szczególnie spodoba. Nieopodal Darseny zaczyna się Corso di Porta Ticinese, długa ulica o jedynym w swoim rodzaju, niepowtarzalnym charakterze. Swą nazwę zawdzięcza klasycystycznej bramie miejskiej - Porta Ticinese, która ją zamyka od południa, zaś na północnym krańcu można podziwiać jeden z najważniejszych zabytków Mediolanu -  Colonne San Lorenzo, czyli  Kolumny Świętego Wawrzyńca. Jest to szesnaście korynckich kolumn, datowanych na II-III w n.e. Zamykają one plac, przy którym znajduje się jeden z najwspanialszych kościołów Mediolanu, Bazylika San Lorenzo. Jej najstarsza część pochodzi z pierwszych wieków chrześcijaństwa, można tam zobaczyć min. kaplicę San Aquilino, a w niej cenne romańskie mozaiki. Od dawna jest to ulubiona dzielnica  młodzieży należącej do tzw. "alternatywy" a w okolicy znajdziemy liczne butiki z odlotową odzieżą, gdzie można kupić ubrania "vintage", są również sklepy dla zwolenników stylu punk, i  metal, oraz inne, oferujące torebki, biżuterię, różne niepowtarzalne, ręcznie robione akcesoria, wymyślne buty, a także sprzęt muzyczny.

   W okolicy chętnie spotykają się przedstawiciele młodzieżowych subkultur, co niestety nie zawsze dobrze się kończy, tym bardziej, że podobno jest to miejsce, gdzie kwitnie handel narkotykami. Sama kilkakrotnie wśród osób siedzących na schodach przed kościołem i pod kolumnami, widziałam takie, których stan jednoznacznie wskazywał na znaczny stopień odurzenia. Mimo to, lubiłam tę dzielnicę, z jej kolorowymi wystawami i zaskakującymi  graffiti, chociaż nie da się ukryć, że nie wszyscy zostawiający tam swój ślad mają coś istotnego do powiedzenia w materii street- artu. Starsi mieszkańcy tej dzielnicy nieustannie narzekają na hałasy trwające długo w noc, walające się śmieci, oraz szkło z potłuczonych butelek i brak poczucia bezpieczeństwa. To wszystko sprawiło, że  niegdyś bardzo prestiżowe apartamenty leżące w tej okolicy zaczęli opuszczać ich dotychczasowi mieszkańcy, a ci, którzy pozostali, wciąż ponawiają desperackie apele o zdyscyplinowanie młodzieży środkami policyjnymi. W związku z tym, wydano wiele zakazów - nie wolno siadać pod kolumnami, pić alkoholu poza barami, śmiecić, itd., co w pewnym stopniu poprawiło sytuację i ograniczyło aspołeczne zachowania. Raz w roku, w dniu 1 maja, rusza stąd kolorowy pochód organizowany przez centra socjalne, związki zawodowe, oraz grupy młodzieżowej kontrkultury. Jest to bardzo ciekawe zjawisko, o którym szerzej piszę w poście>


Jak zwykle zapraszam do albumów na Google +
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5448121000260552097
lub na Picasie
http://picasaweb.google.pl/elzbieta.przymenska/MediolanMilano#

wtorek, 11 grudnia 2012

Muzyka.



Mediolan jest pełen muzyki. Pisząc to, nie mam  na myśli ani sławnej La Scali, ani znanych klubów w rodzaju "Blu Note",  czy sal koncertowych. Na ulicach, zwłaszcza w centrum miasta, targowiskach, stacjach, i wagonach metra, spotyka się wielu mniej, lub bardziej wprawnych muzyków, którzy grają i zbierają datki, aby w ten sposób zarobić na życie. Ich produkcje na ogół cieszą się dużym zainteresowaniem, wiele osób przystaje, żeby posłuchać, więc nierzadko zbiera się przy nich dość spora gromadka przechodniów. Ludzie chętnie dają muzykom pieniądze, i z zapałem biją brawo.
saksofonista
Czasem ktoś ze starszych słuchaczy puszcza się w tany, szczególnie gdy zabrzmią tradycyjne, włoskie utwory. Uliczni muzycy to towarzystwo międzynarodowe, oprócz Włochów można spotkać przede wszystkim Rumunów, przybyszów z dawnego Związku Radzieckiego, oraz Cyganów. Część muzykujących robi to nielegalnie (na takie występy potrzebne jest zezwolenie wydawane przez kwesturę) lecz liczni są też tacy, którzy oficjalnie wykonują wolny zawód ulicznego artysty -muzyka. Oprócz tego, są też w mieście wydzielone miejsca, gdzie każdy uliczny artysta może dokonać prezentacji swoich umiejętności bez żadnej rejestracji. Jednak może się zdarzyć, że policja zechce kogoś takiego wylegitymować, a nie wszyscy posiadają niezbędne wizy, wymagane od obywateli spoza UE. Dlatego też niektórzy z muzyków milkną i chowają instrumenty gdy na horyzoncie pojawiają się karabinierzy, zaś inni spokojnie przygotowują swoje stanowisko, rozstawiają mikrofony oraz wzmacniacze, i dają prawdziwe koncerty. Czasami są to osoby, które w okresie swojej świetności cieszyły się sporą popularnością, śpiewały w salach do tańca, nagrywały płyty. Bardzo polubiłam tę uliczną muzykę, taką miłą i lekką, dodającą miastu wdzięku, i szczególnego kolorytu. Jednym z uprzywilejowanych miejsc dla takich występów jest via Dante, bardzo piękna, szeroka ulica, wiodąca od Placu Duomo aż do Castello Sforzesco. Ze względu na ograniczony ruch samochodowy służy ona za deptak; nawet w dzień powszedni przemieszcza się tam mnóstwo ludzi, więc podobnie jak w innych popularnych miejscach można tu spotkać wielu artystów ulicznych liczących na znaczący zarobek. Pamiętam, jak niedługo po przyjeździe z Polski, spotkałam tam po raz pierwszy rumuńskiego akordeonistę, zwykle siedającego po zacienionej stronie ulicy i grającego motywy z „Ojca chrzestnego”.
muzyk Robił to pięknie i z polotem, a dźwięki jego instrumentu słyszało się z daleka. Słodka, sentymentalna melodia wypełniała przestrzeń, miało się wrażenie, że ludziom nagle poprawiły się humory, a w powietrzu krąży pozytywna energia...  Rumun przez kilka kolejnych lat grał w tym miejscu, zmieniając jedynie stronę ulicy w poszukiwaniu cienia. Pewnego razu, przechodziłam obok niego w momencie gdy odpoczywał, więc przystanęłam żeby porozmawiać. Przy tej okazji powiedział mi, że w Rumunii był nauczycielem muzyki, lecz powszechna bieda w rodzimym kraju skłoniła go do emigracji. Na moje pielęgniarskie oko nie cieszył się najlepszym zdrowiem, był bardzo otyły, z opuchniętymi nogami, które z trudem się mieściły w obszernych klapkach. Powiedziałam mu, że również jestem cudzoziemką, i że bardzo lubię słuchać jak gra. Gawędziliśmy przez chwilę, a na koniec zapytał jaką piosenkę chciałabym usłyszeć. Poprosiłam o stary, włoski utwór „Le ragazze di Trieste”. Chyba mnie zapamiętał, bo później niejednokrotnie kiedy przechodziłam ulicą obok niego, uśmiechał się do mnie, a po chwili słyszałam jak gra tę melodię. Miałam też innych grających i śpiewających ulubieńców. W wagonach metra często spotykałam pewną koncertującą parę, mężczyzna grał na skrzypcach, a jego towarzyszka śpiewała. W przeciwieństwie do innych osób muzykujących (a raczej żebrzących pod tym pretekstem) które robią to raczej „na odczepnego” (chyba wychodząc z założenia, że hałas i tak zagłusza wszystko) wkładali w swoje występy wiele zapału.
sobowtór Obydwoje byli bardzo biednie ubrani, z twarzami o niezdrowym kolorycie, lecz zawsze sympatycznie uśmiechnięci. Bez wątpienia znali się na muzyce, a dziewczyna miała naprawdę piękny, niski głos. Odrzucała głowę do tyłu i śpiewała pełną piersią, w jakimś nierozpoznawalnym dla mnie języku. Nigdy nie miałam okazji aby z nimi porozmawiać, więc nie dowiedziałam się z jakiego kraju pochodzą, jednak patrząc na rysy ich twarzy, odniosłam wrażenie, że mogli być Albańczykami, albo obywatelami jednego z państw wchodzących w skład dawnej Jugosławii.

Niewątpliwie najbardziej egzotyczną muzykę proponowali Indianie z obu Ameryk. Wykonywali utwory typowe dla swojej kultury, na ogół ubrani w narodowe, lub plemienne stroje, zdobione koralikami skóry i pióropusze. Dobrze przygotowani, sprzedawali swoje płyty, a oprócz tego piszczałki i grzechotki wykonane z łupin orzechów.
W ciągu tych lat, jakie spędziłam we Włoszech, spotkałam jeszcze wielu innych muzyków zasługujących na uwagę. Saksofonistę, grającego klasyczne, jazzowe evergreeny, sobowtóra Michaela Jacksona w długiej białej szacie, z jakimś egzotycznym, przypominającym gęśle instrumentem, skrzypków, trębaczy, i gitarzystów. Wiele nacji, wiele gatunków muzyki... Jedno z tych spotkań szczególnie zapadło mi w pamięć. Było to w tunelu pod Placem Dumo, gdzie krzyżują się dwie linie metra. Aby się przesiąść z linii „czerwonej” na „żółtą”, trzeba pokonać długi, podziemny korytarz. Szłam tym tunelem w tłumie ludzi, gdy nagle dobiegł mnie dźwięk muzyki. Początkowo był stłumiony, słyszało się jedynie wyrwane z całości nuty. W miarę jak posuwałam się do przodu, ten dźwięk narastał, aż po chwili, kiedy pokonałam kolejny zakręt korytarza, ogłuszył mnie i porwał, niczym fala przypływu.
W tunelu muzykowało trzech Cyganów. Byli bardzo młodzi, wyglądali jakby jeszcze nie przekroczyli dwudziestu lat życia; jeden z nich grał na akordeonie, a dwaj pozostali na skrzypcach. Wykonywali allegro z 3 Koncertu Brandenburskiego Bacha, z taką maestrią i brawurą, że mógłby im pozazdrościć sam Paganini. Miałam wrażenie, iż muzyka spada na mnie niczym jastrząb na zająca, a dźwięki zwielokrotnione śindianincianami tunelu otaczały mnie, wywołując zimne dreszcze na plecach i łzy w oczach. Efekt był tak niesamowity, że trudno było uwierzyć, iż to niezwykłe zjawisko nie ma miejsca w sali koncertowej, a wykonawcy to obdarci cygańscy chłopcy. Przez jakiś czas spotykałam ich w tym miejscu, i za każdym razem słysząc jak grają nie mogłam wyjść z podziwu. Wszyscy zapewne znają historyjki o cudownej wirtuozerii cygańskich skrzypków z dawnych rosyjskich szantanów, a ja sama miałam okazję słyszeć ich niezrównaną grę podczas pobytu na Węgrzech. Jednak w tym wypadku najbardziej zaskakujący był młody wiek muzyków i nadzwyczajne zgranie tego trio. Po pewnym czasie chłopcy zniknęli z podziemia, sądziłam że zmienili miejsce, lub wyjechali do innego miasta. Niestety, prawda okazała się bardziej brutalna... Kiedyś, przez przypadek, usłyszałam w lokalnej telewizji końcówkę wywiadu, który przeprowadziła z nimi młoda, niezależna reporterka. Z rozmowy wynikało, iż padli ofiarą prawa pozwalającego policji skonfiskować instrument, jeśli służy on do nielegalnego zarobkowania. Zostali więc pozbawieni możliwości gry, ponieważ nie stać ich było na kupno nowych skrzypiec (akordeon ocalał).
Dziewczyna przygotowująca reportaż wyraziła nadzieję, że być może znajdzie się jakiś wielkoduszny
sponsor, który  ich wesprze w zakupie nowych instrumentów i zalegalizowaniu działalności. Przez dłuższy czas nic o nich nie słyszałam, jednak niejednokrotnie zastanawiałam się co się z nimi dzieje, i czy ten program oglądał ktoś, kto zechciał im pomóc. Dlatego poczułam ogromną radość i
satysfakcję, kiedy po upływie kilku lat, w okresie  poprzedzającym
Boże Narodzenie, niespodziewanie spotkałam ich ponownie w Como, a kilka dni później w Mediolanie. Dawny tercet stał się kwartetem, teraz ich zespół składał się z trojga skrzypiec i akordeonu. Wszyscy nieco wyrośli i zmężnieli, ale ich gra była równie ekscytująca i porywająca, jak wtedy, kiedy ich słyszałam po raz pierwszy. Bardzo mnie to ucieszyło, i pomyślałam, że jednak cuda się zdarzają... Przypomniała mi się wtedy inna zadziwiająca historia, jaką słyszałam kilka lat temu, kiedy to wiele mówiono o młodziutkiej dziewczynce, bodajże Rumunce, zarabiającej na życie tańcem w podziemiach metra. Podobno jej wrodzony talent zwrócił uwagę nauczycielki ze szkoły baletowej przy Operze, która pomogła jej w zdobyciu stypendium do tejże szkoły. Dziewczynka podjęła naukę, a jej nauczyciele uważają że rokuje wielkie nadzieje.

więcej zdjęć>

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Tancerze uliczni.

Mediolan jest miastem gdzie taniec ma poczesne miejsce; przede wszystkim dlatego, że to właśnie tu znajduje się  La Scala, renomowany teatr operowy ze wspaniałym baletem. W wąskich uliczkach na jej tyłach gdzie znajdują się wejścia służbowe często można spotkać artystów przychodzących na próby. Nietrudno wśród nich rozpoznać członków baletu, gdyż wyróżniają  się wzrostem oraz sprężystymi, eleganckimi sylwetkami. Do nich należą sceniczne deski i aplauz wyrafinowanej publiczności, jednak  również mediolańska ulica ma swoich tancerzy.
taniecW samym centrum miasta, na tyłach katedry, znajduje się znany mediolański deptak - Corso Wiktora Emanuela II z galerią Pasarella. Po obu stronach ulicy ciągną się tu długie portyki chroniące przechodniów przed deszczem lub nadmiarem słońca. Jest to bardzo uczęszczane miejsce, pełne luksusowych sklepów, stylowych barów i lodziarni z przepysznymi lodami. Zawsze też jest tu mnóstwo ludzi, z tej racji jest to także świetne miejsce na wszelkiego rodzaju występy uliczne. Pewnej wiosny, wiele lat temu, pojawił się tam pewien Hiszpan tańczący flamenco. Nie pierwszej młodości, szczupły, muskularny, z włosami do połowy pleców, które czasem związywał w "koński ogon" tańczył na ulicy wystukując rytm kastanietami i podkutymi butami. Nie zauważyłam aby jego popisy cieszyły się szczególnym zainteresowaniem, sprawiał przy tym wrażenie, że nie zależy mu na poklasku widowni, jakby  tańczył jedynie dla własnej satysfakcji. Jego spuszczone oczy nie szukały kontaktu z otoczeniem a ponura twarz o orlich rysach raczej nie budziła sympatii wśród na ogół wesołych i otwartych Włochów. Kiedyś widziałam, jak kłócił się z kobietą siedzącą w ulicznej kawiarence, tuż obok miejsca gdzie tańczył. Kobiecie zatopionej w pogawędce z przyjaciółką zapewne przeszkadzał stukot jego kastanietów, bo bez ogródek powiedziała mu żeby zmienił miejsce swych występów. Hiszpan zrobił pod jej adresem parę kąśliwych uwag, lecz po chwili przeniósł się na drugą stronę ulicy. Mimo wszystko te pokazy chyba przynosiły mu jakiś profit, bowiem tańczył tam przez kilka letnich sezonów. Czasem wydawało mi się, że jest tam od zawsze, niemal zrośnięty z ulicznym pejzażem, niczym posągi na pobliskim Duomo. Jednak coś się zmieniło na przestrzeni tych lat- hiszpański tancerz najpierw obciął swe długie włosy a nieco później podkute brązowe buty zmienił na białe...

taniec
Nieopodal, w galerii Pasarella, zagnieździli się na stałe młodzi przedstawiciele kultury hip-hopu. Jest tam atrium z zewnętrznymi, kręconymi schodami, gdzie bardzo często można spotkać tancerzy  break-dance. Stylowo ubrani, z nieodłącznym boomboxem, przysiadali na schodach niczym ptaki, które przed odlotem przycupnęły na gałęzi. Posadzka galerii wykonana z polerowanego kamienia i gładka niczym szkło, stanowi wprost wymarzone miejsce do tańca, toteż nie trzeba było długo czekać aby pierwszy odważny zaczął swoje ewolucje. Widziałam tę scenę wielokrotnie, zresztą z reguły szybko gromadziła się tam spora grupka widzów. Zatrzymywała się przede wszystkim młodzież, lecz zdarzali się też widzowie dużo starsi, czasem wręcz w podeszłym wieku. Tancerze byli raczej początkujący, do rzadkości należało, by czyjeś ewolucje trwały dłużej niż dwie, trzy, minuty. Jednak żaden z nich się nie poddawał, ani nie zrażał niepowodzeniem. Bez żenady i skrępowania z powodu otaczających ich gapiów, powtarzali kolejno swe heroiczne próby. Widzowie oddawali im sprawiedliwość; z pełnym szacunkiem dla ich ambitnych wysiłków nagradzali kolejne podejścia gromkimi brawami. Nierzadko wśród obserwatorów znalazł się jakiś tata lub dziadek z małym chłopcem, zdarzało się też, że maluch zafascynowany tymi popisami z mizernym skutkiem próbował naśladować starszych tancerzy. Ja również często przystawałam żeby na nich popatrzeć; pewnego razu, ponownie zobaczyłam tam "Ikara", chłopaka, którego kiedyś widziałam na via Moscova i zapamiętałam, mimo iż od tego przelotnego spotkania minęło trochę czasu. Było to wczesną wiosną, chyba z końcem marca, pamiętam, że wiał przenikliwy, zimny wiatr. Wraz z moją przyjaciółką Renatą właśnie wyszłyśmy z podziemi metra. Przejął nas chłód, więc pośpiesznie pozapinałyśmy guziki płaszczy i ciaśniej zawiązałyśmy szaliki. Nagle wyrósł przed nami wysoki chłopak, przyodziany w spodnie do kolan i wyblakłą, różową podkoszulkę. W pierwszej chwili pomyślałam, że chyba oszalał wychodząc w taką pieską pogodę w stroju, który byłby odpowiedni raczej w środku lata. Oświecił mnie widok boomboxa, przypomniałam też sobie że niedaleko wyjścia z metra jest mała galeria, gdzie w zacisznym kącie można tańczyć break-dance. Przez moment taniecszliśmy w tym samym kierunku, po czym my zatrzymałyśmy się przy jednej z  wystaw a on poszedł dalej, w stronę pasażu. Nie widziałam jego twarzy, tylko szerokie, proste plecy i tlenione włosy blond. Po chwili zobaczyłyśmy go po ponownie, zziębnięty dreptał pod kolumnadą, niespokojnie przebierając nogami, niczym młody kogut biorący w posiadanie swój kawałek podwórka. Rozglądał się trochę bezradnie, wyraźnie czekając na kogoś, a może na odpowiedni moment? Obserwowałam go przez chwilę, w nadziei, że zacznie tańczyć. Chłopak chyba nie bardzo wiedział co ma ze sobą zrobić, wyglądało na to, że kumple go zawiedli lub spóźniają się na spotkanie. Sprawiał wrażenie trochę zagubionego a  jego opuszczone barki świadczyły o tym, że nie czuje się zbyt pewnie. Przyszła mi wtedy do głowy myśl, że jest on niczym młody Ikar zanim ojciec przypiął mu skrzydła do ramion; jeszcze trochę stropiony, lecz już ze świadomością że poleci, jeżeli naprawdę tego zechce... Patrzyłam na niego i myślałam o tym, że jest w jego postaci cała kwintesencja młodości, oczekiwanie, szerokie ramiona, na których może się wesprzeć cały świat i ręce, jeszcze opuszczone, lecz mimo to świadome swej siły.   
Wtedy nie widziałam  jego tańca, gdyż poszłyśmy wraz z Renatą w swoją stronę.
Po bodajże dwóch latach zobaczyłam go ponownie, w grupce przesiadującej w galerii Pasarella. Zatrzymałam się, żeby popatrzeć jak tańczy. Nie było to maksimum ludzkich możliwości, widać było jednak, że nie tracił czasu. Zastanawiałam się, ile upadków zaliczył on i jego koledzy, ile razy boleśnie poobijali sobie kolana i łokcie? Wraz z innymi klaskałam, kiedy któremuś z nich ładnie wyszła ewolucja lub tańczył nieco dłużej niż pozostali chłopcy. Lubiłam na nich patrzeć, na tę bandę młodych mieszczuchów, uparcie walczących  z prawami grawitacji. Oni wiedzieli, że nie jest ważne ile razy „zaliczą glebę”, lecz ich upór w pokonywaniu siły ziemskiego przyciągania; jedyną nagrodą za ten wysiłek będzie moment wzlotu, być może krótki, niczym mrugnięcie powieką i oklaski przygodnych widzów...