Tenuta Pomelasca to dobra ziemskie położone w gminie Inverigo, należące do arystokratycznego rodu Sormani. Choć jest to okolica pełna typowego lombardzkiego uroku, można tu znaleźć miejsca, gdzie pofalowany teren, parasolowate pinie i cyprysowe aleje przywodzą na myśl pejzaże charakterystyczne dla Toskanii.
Wśród łagodnych wzgórz i starych drzew stoi urocza Chiesetta Rossa di Pomelasca – mały czerwony kościółek, który wygląda jak wyjęty z romantycznego obrazu. Jego prosta architektura i ciepły kolor ścian tworzą atmosferę spokoju i melancholijnego piękna. To miejsce zachwyca nie tyle przepychem, co subtelną harmonią krajobrazu, historii i poetyckiego klimatu.
Pisząc o moich wycieczkach po Lombardii, niejednokrotnie wspominałam o tym, że często korzystałam z lokalnego pociągu TreNord, na linii Mediolan – Asso. Bardzo lubiłam te podróże, ponieważ mniej więcej od połowy drogi jedzie się przez bardzo malowniczą okolicę, która stanowi część terytorium Brianzy, pagórkowatego płaskowyżu, rozciągającego się od metropolii mediolańskiej aż do podnóża Prealp w obrębie Triangolo Lariano.
Co prawda początkowo teren wzdłuż torów jest dość gęsto zabudowany, miasteczka płynnie przechodzą jedno w drugie i tylko zmieniające się nazwy stacyjek informują nas o tym, że opuściliśmy poprzednią miejscowość. Jednak czym bliżej gór, tym zabudowania są rzadsze, a granice miejscowości bardziej wyraźne. Widać coraz większe obszary zieleni, teren jest bardziej zróżnicowany a na horyzoncie możemy dostrzec zielony łańcuch Prealp i szaro-błękitne sylwetki skalistych gór w okolicy Lecco.
Od nazwy tej pierwszej posiadłości pochodzi nazwisko możnego rodu, którego historia sięga XII wieku. Rodzina zaliczała się do mediolańskiego patrycjatu aż do XVII wieku, kiedy to kondotier Paolo Giuseppe Sormani zakupił lenno Missaglia, dzięki czemu uzyskał tytuł hrabiowski.
Większość tego terenu jest ogólnie dostępna, można tam dojść prywatną drogą, która prowadzi do kościółka, willi i leżącej nieopodal faktorii. Ja swe pierwsze kroki skierowałam w stronę kościółka, który z bliska okazał się równie urokliwy, jak z okna pociągu.
Wspomniałam już, że leży on na niewielkim wzniesieniu, które od południa i zachodu ma formę dwupiętrowego ziemnego tarasu. Niższy jest naturalną łąką, a wyższy – zadbanym trawnikiem; obydwie te części oddziela niezbyt wysoki żywopłot.
Żeby zobaczyć kościółek od frontu, trzeba okrążyć górny taras, ponieważ wejście do świątyńki znajduje się od północy. Pokonałam ścieżkę pomiędzy dwoma szpalerami strzyżonych bukszpanów, a kiedy podeszłam zupełnie blisko i obeszłam kościółek dookoła, zorientowałam się, że jest on naprawdę miniaturowy, choć z większej odległości wcale nie sprawiał takiego wrażenia.
To złudzenie zapewne wzięło się z jego doskonałych proporcji i braku innych budynków w sąsiedztwie, które by stanowiły punkt odniesienia. Wielka parasolowa pinia, ocieniająca jego apsydę, i dwa smukłe cyprysy nieopodal również nie niweczyły tego wrażenia.
Zresztą nie tylko jego wielkość okazała się dla mnie dużym zaskoczeniem. Również czas, w którym powstał, okazał się nie tak odległy, jak by się mogło wydawać, kiedy patrzymy na jego sylwetkę. Bryła i zdobienia kościółka doskonale się wpisują w kanony stylu romańsko-lombardzkiego, w jakim tworzyli Magistri Comacini, znani też jako komaskowie.
W przeszłości tak nazywano grupę zdolnych budowniczych, artystów i architektów z Como i pogranicza włosko-szwajcarskiego, w tym z Valle d’Intelvi, gdzie te zdolności i fach przez całe wieki przechodziły z ojca na syna. Jest to nadzwyczaj fascynująca historia, o której kilkakrotnie wspominałam na tym blogu. Jeśli ktoś chciałby poczytać na ten temat znajdzie inne posty pod tagiem Magistri Intelvesi.
Historia powstania tej ślicznej świątyńki, od koloru cegły przez miejscową ludność zwanej Chiesetta Rossa (czerwony kościółek), jest uwieczniona na marmurowej tablicy, umieszczonej na jego wschodniej ścianie. Rycina ta głosi:
Kościółek nadal jest kaplicą prywatną, więc nie można wejść do środka. Osobiście uważam, że to odosobnienie i aura tajemnicy, jaka go otacza, stanowią dodatkowy walor tego miejsca. Jednak ta współczesna budowla jest wyposażona w element o wielkiej wartości historycznej – to dzwon odlany w Como w XIII wieku, niegdyś należący do opactwa San Genesio, leżącego w obrębie feudum Missaglia. Jest to swego rodzaju pamiątka rodzinna, gdyż jego dźwięk towarzyszył uroczystości, podczas której Paolo Sormani, pierwszy hrabia di Missaglia, obejmował swe lenno.
Dodam tu jeszcze, że Ambrogio Annoni był zdolnym i uznanym architektem swoich czasów. Fundatorzy dali temu wyraz w bardzo piękny sposób, nazywając go komaskiem XX wieku i podkreślając ciągłość tradycji, łączącej współczesność z przeszłością. Niestety, mistrz Annoni nie dożył konsekracji Czerwonego Kościółka, gdyż zmarł w 1954 roku, kilka miesięcy przed tą uroczystością.
Na ścianie świątyni znalazłam jeszcze jedną marmurową tablicę, prawdopodobnie mówiącą o ważnym wydarzeniu w życiu rodu. Jest tam umieszczone nazwisko jakiegoś Sormani oraz kobiety, być może jego żony lub matki, Hipolity Serbelloni (we Włoszech kobiety zamężne pozostają przy swoim nazwisku). Jednak czas skonsumował marmur do tego stopnia, że nie da się odczytać całego napisu ani dat.
Po obejrzeniu kościółka postanowiłam przejść się po okolicy, do czego zachęcały liczne alejki, obsadzone szpalerami buków, grabów, cyprysów i pinii. Dość szybko dotarłam do dużego skupiska drzew, które wyglądało niczym resztka mieszanego lasu lub fragment angielskiego parku. Okazało się, że za nimi kryje się ładna XIX-wieczna willa, z frontonem ozdobionym balkonem umieszczonym nad wejściem, otoczona kamiennym murem. Była to willa Sormani, należąca do dóbr Pomelasca, zaś grupa drzew faktycznie okazała się niezbyt dużym parkiem, gdzie na wprost wejścia do willi umieszczono eksedrę z marmurowymi posągami, ławami i stołem.
Poszłam ścieżką wzdłuż muru, żeby obejrzeć najbliższe otoczenie; okazało się, że od strony ogrodu, gdzie królowały wyniosłe palmy, willa ma kształt litery U, a po jej prawej i lewej stronie usytuowano dwa nieduże folwarki: Cascina Teresa i Cascina Fulvia. Niegdyś trzymano tam zwierzęta gospodarskie, natomiast w czasach jedwabniczego prosperity zajmowano się hodowlą jedwabników. Obecnie jedna z nich, położona bliżej willi, wygląda, jakby służyła za magazyn, natomiast na terenie drugiej kręciło się parę kóz i kilka sztuk drobiu. Na całe to gospodarstwo miał baczenie nieco znudzony, puszysty czarno-biały kot, wylegujący się w trawie.
Moją uwagę zwróciły dwa piękne koguty – biało-czarny i złoto-rudy – najwyraźniej rywalizujące o prymat na podwórku. Początkowo wyglądało na to, że złoto-rudy jest na wygranej pozycji, jednak, jak to często bywa, ostatni są pierwszymi, więc na koniec czarno-biały rycerz uprowadził mu kurkę i zgodnie pomaszerowali w inny kąt podwórka.
W bonusie do tej wycieczki poznałam ciekawą historię rodziny Sormani, która odegrała znaczącą rolę w dziejach Lombardii i pozostawiła wiele materialnych dowodów swojej świetności w postaci willi i pałaców w Mediolanie oraz jego okolicy.
O jednej z nich napiszę w następnym poście, a tymczasem dodam jeszcze, że większość obiektów tego rodzaju, choć nadal jest w rękach prywatnych, sporadycznie otwiera swoje drzwi dla zwiedzających podczas akcji "Ville aperte" (Otwarte wille). To cykliczne przedsięwzięcie zwykle jest obsługiwane przez świetnie przygotowanych wolontariuszy, zrzeszonych w kole miłośników danej miejscowości, czasem przy współudziale właścicieli domu, którzy bardzo chętnie odpowiadają na pytania zwiedzających.
Ten wpis to dopiero początek opowieści o gminie Inverigo, jej pięknym pejzażu i niezwykłych miejscach jakie można znaleźć na jej terenie. W następnych postach będę chciała opowiedzieć o pięknych zabytkowych willach i sanktuarium Santa Maria della Noce — miejscach, które mają zupełnie inny charakter, ale równie ciekawą historię.















