Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prealpy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prealpy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 października 2024

Lombardia i Piemont. Lago Maggiore oraz jego okolica.



Lago Maggiore, to jedno z największych włoskich jezior. Leży na pograniczu dwóch prowincji — jego wschodnia strona należy do Lombardii, natomiast zachodni brzeg to już Piemont. Od Mediolanu dzieli je około godzina jazdy pociągiem lub samochodem. W tym zaktualizowanym wpisie chciałabym powiedzieć cos więcej o jego topografii, a także o miejscach na jego obu brzegach, które miałam okazję zobaczyć i których pisałam na blogu. Czytelnik, który choćby wirtualne chciałby pójść w moje ślady, znajdzie tu wiele linków do postów ze zdjęciami i większą ilością szczegółów




Położone nieco na zachód od Jeziora Como, Lago Maggiore jest też od niego znacznie większe. Jego południowa część rozlewa się pośród płaskiej Równiny Padańskiej, natomiast północny kraniec otaczają łańcuchy Alp. W przeciwieństwie do Como, które w okresie wiosenno-letnim odbija zielone stoki gór i nabiera szmaragdowego koloru, Lago Maggiore w pogodny dzień ma kolor szafirowy a widziane z dużej wysokości staje się wręcz chabrowe. Przy kiepskiej pogodzie pojawiają się tu całkiem spore fale, którym zazwyczaj towarzyszą zadziwiająco ciemne chmury przesłaniające niebo. Wody jeziora stają się wtedy stalowo–szare, niczym wody naszego Bałtyku podczas zimowego sztormu.


W poprzek jeziora przebiega granica ze Szwajcarią, jednak nie ma to żadnego wpływu na podróż statkiem, którym można popłynąć z części włoskiej aż do szwajcarskiego Locarno. Jest to bardzo piękna wycieczka, lecz trwa wiele godzin, z tego powodu odradzałabym ją osobom nerwowym i źle znoszącym pobyt na ograniczonej przestrzeni pokładu. Wzdłuż brzegu jeziora prowadzą wygodne drogi, jest również pociąg relacji Mediolan–Locarno.


Mieszkańcy Mediolanu i okolicy pragnący tu spędzić miły dzień, mogą też  dotrzeć nad jezioro jednym z licznych pociągów lokalnych, należących do sieci "TreNord" relacji Mediolan-Laveno. Jeśli ktoś planuje jednodniową wycieczkę objazdową warto zapytać o możliwość nabycia całodobowego biletu kumulacyjnego ważnego na terenie Lombardii, gdyż dzięki niemu możemy bez przeszkód jeździć wszystkimi pociągami regionalnymi a także autobusami i środkami komunikacji miejskiej. 




Jeżeli lubimy przygodę i wędrówki gdzie oczy poniosą, jest to rozwiązanie idealne, ponieważ można wsiadać i wysiadać w dowolnym miejscu, nie troszcząc się o szukanie kasy biletowej. Jednak należy zwrócić uwagę, aby nie przekroczyć granicy prowincji i nie próbować podróży z lombardzkim biletem na terenie Piemontu! Jeśli środek lokomocji przekracza tę granicę, jest on ważny jedynie do ostatniego przystanku na terenie Lombardii a na część piemoncką należy wykupić drugi bilet. Z reguły wystarczy powiadomić o tym kierowcę autobusu, poprosić aby chwilę zaczekał z odjazdem, wysiąść na odpowiednim przystanku i opłacić pozostałą część trasy.


Podczas mojego pobytu we Włoszech Piemont jeszcze nie oferował biletów kumulacyjnych, ale warto zasięgnąć stosownej informacji, bo być może coś się zmieniło od tej pory. Podobne udogodnienie oferuje armator statków; płacąc określoną kwotę mamy możliwość pływania do woli przez cały dzień po włoskiej części jeziora, możemy zmieniać prom na statek i wysiadać, gdzie nam serce podpowiada. Bilety opiewają na określony dystans, zwykle należy poprosić o "biglieto cumulativo fino a..." czyli bilet kumulacyjny aż do...  tu należy określić, czy chcemy płynąć do Arony, czy też będziemy krążyć pomiędzy Laveno i Stresą lub wybieramy się również do eremu Świętej Katarzyny.


Oczywiście, mając jasno określony plan, możemy kupić zwykły bilet albo z opcją A/R czyli 'tam i z powrotem". Możliwości jest wiele, więc należy zapytać w kasie albo punkcie informacji turystycznej, gdzie pracownik przedstawi nam wszystkie dostępne warianty. W pełni sezonu rejsy są bardzo liczne, nieco gorzej jest wiosną i jesienią;  w  zimie ich większa część jest zawieszona, lecz mimo to, żegluga nigdy nie zamiera całkowicie. 




Stacja końcowa kolei TreNord w Laveno, podobnie jak ta w Como, znajduje się niemal na samym skraju akwenu. Wystarczy wyjść z pociągu i przejść przez ulicę by wsiąść na prom, który przewiezie nas na przeciwległy brzeg jeziora. Tam, w miejscowości Intra znajduje się duży port, będący swego rodzaju węzłem komunikacyjnym żeglugi śródlądowej w tej okolicy. Można stąd popłynąć zarówno na północ, do Szwajcarii, jak i na południową, włoską stronę, gdzie znajdziemy liczne atrakcje, warte naszej uwagi.


Są to między innymi dwa przepiękne parki — ogród botaniczny willi Taranto w Verbanii (link jest tu Verbania, Villa Taranto, czyli spełnione marzenie Kapitana.) i ogrody willi Pallavicino w Stresie, gdzie dodatkowo można  zobaczyć z bliska wiele gatunków zwierząt. Po drugiej stronie jeziora leży widoczny w oddali klasztor Świętej Katarzyny Na Skale, który opisywałam w poprzednim poście pt. Lago Maggiore, Santa Caterina del Sasso..


Statki kursujące po  jeziorze zawijają również do niewielkich, lecz bardzo malowniczych miejscowości a wśród nich największą popularnością cieszy się właśnie Stresa. Leży ona u podnóża góry noszącej nazwę Monte Mottarone, na jej szczyt można wejść jedną z licznych ścieżek lub wygodnie wjechać kolejką linową (relacja z wycieczki jest tu Jedna góra, dwa światy, czyli Monte Mottarone). Mniej więcej w połowie drogi znajduje się stacja przesiadkowa "Giardino Alpinia", nazwana tak od interesującego ogrodu botanicznego, w którym rosną rośliny alpejskie w swoim naturalnym środowisku.


Wjazd kolejką na górę zapewnia niezapomniane wrażenia; w miarę, jak wagonik się wznosi, ogarniamy wzrokiem coraz większą połać jeziora i położoną na wprost Stresy Zatokę Boromeuszy (Golfo Borromeo) z trzema wysepkami leżącymi w jej obrębie. Rodzina hrabiów Borromeo jest sławna między innymi z tego, że wydała jednego ze świętych, znanego nam, Polakom, jako Św. Karol Boromeusz.   





Te trzy nieduże wyspy są znane jako Isole Borromee i w dalszym ciągu należą do żyjących współcześnie potomków owej rodziny. Najmniejsza z nich to Isola Madre, niewielki skrawek ziemi, gdzie wzniesiono  willę otoczoną pięknym ogrodem. Druga z wysp to Isola Bella o której pisałam w poście Isola Bella - jej pałac i czarodziejskie ogrody., ongiś wspaniała siedziba głowy rodu, która ma bardziej reprezentacyjny charakter. Znajduje się tam imponujący, barokowy pałac otwarty dla zwiedzających i jedyny w swoim rodzaju, tarasowy ogród w stylu włoskim. Ogrodowe tarasy zdobią posągi, niezliczone, bardzo zadbane rośliny oraz piękna fontanna, wyglądająca niczym teatralna dekoracja.


Dodatkową atrakcją jest mieszkająca tam rodzina białych pawi, swobodnie krążąca wśród odwiedzających. Kilka lat temu na wyspach miał miejsce bardzo głośny we Włoszech ślub Lawinii Borromeo i Johna "Jaki" Elkanna. Młody Elkann jest jednym z dziedziców Giovanniego Agnelli a po śmierci dziadka został jego następcą i objął prezesurę firmy "Fiat".

Ślub odbył się w prywatnej kaplicy na Isola Madre, w bardzo wąskim gronie składającym się jedynie z najbliższych krewnych. Następnie nowożeńcy, wraz ze swoim niewielkim orszakiem, udali się motorówkami do pałacu na Isola Bella, gdzie odbyło się huczne wesele, na którym pojawił się już cały  wielki świat czyli potentaci przemysłowi i arystokracja a także wiele osób związanych z kulturą.




Mimo tych niewątpliwych ogrodowo-pałacowych wspaniałości, również trzecia z wysp, zwana Isola Pescatori, czyli Wyspa Rybaków. O niej opowiadam w poście pt. Wyspa Rybaków, czyli Isola dei Pescatori.– cieszy ona się sporym gronem swoich zagorzałych zwolenników, do których również się zaliczam. Długa i wąska, do dziś zachowała swój rybacki charakter, choć nie brakuje tu także pracowni artystycznych wytwarzających majolikę, sklepików z pamiątkami i uroczych restauracyjek.


Rodzina Borromeo ma w swym posiadaniu także zamek w miejscowości Angera, leżący na południowym końcu jeziora, na wprost innego urokliwego miasteczka, zwanego Arona, gdzie wzniesiono kolosalny pomnik Karola Boromeusza, jeśli ktoś chciały dowiedzieć się o nim czegoś więcej, zapraszam do przeczytania wpisu Arona, "Sancarlone" - monumentalny pomnik św. Karola Boromeusza..





Północny kraniec Lago Maggiore ma zupełnie odmienny charakter, lecz i w jego obrębie nie brakuje ciekawych miejsc. Jest tam niewielkie, urocze miasteczko Ghiffa, ze swoim Sacro Monte, o którym pisałam w tym poście Ghiffa, czyli Sacro Monte niedokończone. i Muzeum Kapeluszy, gdzie można dowiedzieć się różnych ciekawostek na temat procesu powstawania tych nakryć głowy oraz obejrzeć maszyny służące do ich wyrobu.


Jeszcze dalej na północ, nieopodal miasteczka Cannero, znajdują się na jeziorze dwie mikroskopijne wysepki, gdzie niegdyś wznosiły się obronne zamki, znane jako Castelli di Cannero. Mają one za sobą bardzo bogatą historię, niestety, dziś pozostały z nich jedynie malownicze ruiny, sprawiające wrażenie, że wyrastają wprost z toni jeziora. O ich burzliwej historii opowiada post Lago Maggiore - Castelli di Cannero, czyli zamki na wodzie.



Tuż przy samej granicy ze Szwajcarią leży Cannobio, gdzie warto zobaczyć miejsce znane jako L'Orrido di Sant' Anna. Jest to głęboki wąwóz, w którym płynie strumień, noszący tę samą nazwę co miasteczko. Nad nim, nieopodal kamiennego mostu, stoi niewielki kościółek pod wezwaniem Świętej Anny; od niego to wywodzi się nazwa wąwozu, byłam tam swego czasu, a relację z wycieczki można znaleźć tu Cannobio, Orrido di Sant' Anna..


Cannobio to ostatnia z miejscowości po stronie włoskiej, na znajdującym się nieopodal przejściu granicznym dla pieszych, podobnie, jak w innych, przygranicznych miejscowościach, panuje zazwyczaj dość znaczna swoboda ruchu. Ja także kilkakrotnie przekraczałam granicę ze Szwajcarią w różnych miejscach, gdzie nikt nie pytał mnie ani o dokumenty, ani o czas, jaki mam zamiar spędzić w tym kraju. Jedynie dwa razy spotkałam się z kontrolą paszportową, raz w pociągu na trasie Mediolan–Lugano i po raz drugi, kiedy przypłynęłam statkiem do Locarno.




Właściwie należałoby jeszcze raz wspomnieć o panoramie wokół jeziora, która chyba nie pozostawia obojętnym nikogo z odwiedzających te strony... Tak, jak pisałam wcześniej, południowa część jeziora ma w większości płaskie brzegi z nielicznym i  niewysokimi pagórkami, natomiast na północy okolica jest zdecydowanie górzysta. Wyższe wzniesienia są po lewej, zachodniej stronie a ponieważ większość z nich znacznie przekracza wysokość 1000 m, często aż późnej wiosny ich szczyty pokrywa warstwa śniegu, co w połączeniu z szafirowym kolorem wody i nieba, daje obraz wprost niewyobrażalnej urody. Wschodni brzeg to łagodne, zielone łańcuchy Prealp, pomiędzy nimi, nieco dalej na wschód, znajduje się  jezioro Lugano, podobnie jak Lago Maggiore podzielone na część włoską i szwajcarską.

Kiedy kończy się nasz rejs po jeziorze a statek skieruje się do Laveno, nieopodal, po lewej stronie, widzimy charakterystyczną, trójkątną skałę, wyłaniającą się z wody. Jest to Rocca di Calde’ miejsce warte, aby je odwiedzić, ze względu na interesujący, romański kościół pod wezwaniem Świętej Weroniki, gdzie z tarasu przed świątynią roztacza się jeden z najpiękniejszych widoków na jezioro - zdjęcia i relacja z tej wyprawy jest w tym poście Castelveccana, czyli z dala od zgiełku.





Samo Laveno leży u podnóża dość sporego wzniesienia, noszącego nazwę Sasso di Ferro, można tam wejść jedną z licznych i bardzo wygodnych ścieżek lub wjechać wyciągiem kubełkowym, który funkcjonuje od wiosny do jesieni. Na szczycie góry znajduje się punkt widokowy, zwany Poggio Sant' Elsa i restauracja z obszernym tarasem. Przy dobrej pogodzie jest stąd niezapomniany widok na włoską część jeziora, otaczające je Alpy z masywem Monte Rosa na czele, Wyspy Boromeuszy i białe wyrobiska w zboczach gór na zachodnim brzegu.


To właśnie tam leży niewielka miejscowość Candoglia, znana ze swoich kamieniołomów, gdzie wydobywa się piękny szary i biało-różowy marmur, z którego zbudowano mediolańskie Duomo. Niegdyś, bloki tego surowca transportowano stąd drogą wodną przez jezioro, następnie rzeką Ticino i systemem kanałów, aż do Mediolanu — nieco więcej na temat mediolańskich kanałów można przeczytać w jednym z moich starszych wpisów pt. Milano - ancora!. 


Nie mniej piękny jest widok na południu, otulony lazurową mgiełką, z panoramą Doliny Padu i rozległym, zielonym  wzniesieniem Campo dei Fiori. Ze względu na sprzyjające prądy powietrza, Sasso di Ferro jest jednym z ulubionych miejsc do uprawiania lotniarstwa a ponieważ jest tu też lotniarska szkółka, więc nie jeden raz zdarzyło mi się widzieć nawet po kilkadziesiąt osób, latających jednocześnie. W sezonie wiosenno-letnim jest to również jedno z ulubionych miejsc piknikowych, zarówno ze względu na piękno okolicy, jak i z powodu wspaniałego, rześkiego powietrza, którego tak bardzo brakuje w mglistej Lombardii.


Osobiście najbardziej lubiłam wycieczki w te strony nie w środku lata, lecz w kwietniu (o jednej z nich pisałam tu Laveno-Mombello i Sasso di Ferro.) lub maju albo na przełomie września i października. Kiedy nadchodzi fala upałów, powietrze nad jeziorem często traci przejrzystość, foschia utrudnia obserwację okolicy oraz robienie zdjęć i robi się bardzo duszno. Natomiast wiosna a także wczesna jesień to wymarzony okres zarówno na wędrówki, jak i fotografowanie. 


Jeśli ktoś ma ochotę na obejrzenie innych zdjęć z Lago Maggiore, wystarczy że kliknie w jeden z linków. do Zdjęć Google


https://photos.google.com/album/AF1QipMm-pz1CE-j2FVY99Lg3e60HYQp1TU10fEy7-iL?hl=pl

Lub

https://photos.google.com/album/AF1QipNaJUkpOIfkqbH-xm7q5A6SUNN1gwShHN5uGB7D?hl=pl


wtorek, 27 sierpnia 2024

Lombardia. Jezioro Como - Torno albo miejsce, do którego się wraca.


Torno to śliczne miasteczko położone na prawym brzegu jeziora Como, graniczące z Blevio, o którym pisałam w jednym z poprzednich postów. Niejasna jest etymologia jego nazwy, która po włosku oznacza "wrócę". Jedną z hipotez jest to, że ma ona związek z dość ostrym zakrętem, jaki jezioro wykonuje w tym miejscu.

Podobnie jak Moltrasio, leżące na przeciwległym brzegu, Torno zajmuje uprzywilejowaną pozycję na cyplu półwyspu wrzynającego się w wody jeziora, które w tym miejscu staje się wyraźnie węższe. Jego kręta linia brzegowa i ściana gór zamykająca horyzont sprawiają, że ma się wrażenie, iż w tym miejscu akwen kończy się definitywnie. Jednak jest to tylko złudzenie, ponieważ Como, niczym wąż, wije się pomiędzy górami, na przemian zacieśnia i rozszerza, więc kiedy statek pokonuje jego następny zakręt, znów otwiera się przed nami szeroka panorama okolicy.

Te meandry jeziora możemy podziwiać z pokładu statku, a także podczas spaceru w góry, gdy staniemy na jednym z wielu punktów widokowych, skąd można zobaczyć łańcuchy okolicznych wzniesień z turkusowymi i błękitnymi połaciami wody pomiędzy nimi.

Torno, podobnie jak większość miejscowości w obrębie jeziora, ma starożytne, przedrzymskie korzenie. Po upadku cesarstwa zachodniego zaczęły tu napływać celtyckie ludy zaalpejskie i inne barbarzyńskie plemiona; uważa się, że świadectwem obecności któregoś z nich są massi avelli, starożytne grobowce wykute w wielkich głazach narzutowych.

W wiekach średnich Torno było świetnie działającym ośrodkiem wyrobu tkanin wełnianych, a jako pięciotysięczne miasto skutecznie konkurowało z nieco większym Como. Tak było aż do 1522 roku, kiedy podczas wojny pomiędzy Mediolanem i Francją mieszkańcy Torno sprzymierzyli się z Francuzami. Ta decyzja miała wysoką cenę, gdyż spowodowała karną ekspedycję mediolańskich najemników pod wodzą stronnika księcia Sforzy, Domenica del Matto.

Był to wielki cios dla miejscowości, którą w przeważającej części zniszczono, a następnie siłą włączono do terytorium Como. Upadek gospodarczy i dodatkowe ciężary finansowe z tym związane spowodowały odpływ ludności, początkowo do Bergamo i Lugano, zaś w późniejszych wiekach do Francji i Niemiec. 




Dzisiejsze Torno to urocza, spokojna miejscowość turystyczna, pełna malowniczych zakątków, bardzo czysta i zadbana. Jest tu dobra baza noclegowa, zarówno dla osób spragnionych luksusu w historycznym otoczeniu, jak i tych, które poszukują przytulnego lokum w przystępnej cenie.

Turysta nastawiony na aktywny wypoczynek znajdzie w tej okolicy wiele pięknych szlaków pieszych i rowerowych, prowadzących na szczyty gór leżących w obrębie Triangolo Lariano, a także do wielu atrakcyjnych miejsc o znaczeniu historycznym i przyrodniczym. To wszystko poskutkowało przyjęciem Torno do elitarnej organizacji, jaką jest Touring Club Italiano, i przyznaniem pomarańczowej flagi, co daje mu silną markę ośrodka promującego turystykę zrównoważoną ekologicznie.

Jak wspomniałam, miejscowość zajmuje niewielki, trójkątny półwysep u stóp wzniesienia noszącego nazwę Monte Bolletone. Ciągnie się ono od Brunate, wioski leżącej ponad miastem Como, skąd na górę można wjechać kolejką linowo szynową i gdzie wznosi się Faro Voltiano, wieża poświęcona pamięci Aleksandra Volty, o której pisałam tutaj. Grzbietem tego wzniesienia prowadzi kilkukilometrowy, piękny szlak spacerowy, którym można przejść z Como do Torno lub odwrotnie.

Masyw Monte Bolletone ponad Torno tworzy występ o płaskim szczycie, wyglądający jak nieco mniejsze wzgórze; to Monte Piatto, naturalny taras widokowy, skąd można podziwiać panoramę jeziora i okolicy. Jest to niezwykle ciekawe miejsce, gdzie znajdziemy kilka interesujących szlaków wycieczkowych, lecz o tym napiszę w dalszej części tego posta.






Torno najpiękniej wygląda od strony jeziora, a pierwszą rzeczą, która przyciąga naszą uwagę, jest niewielka świątynia stojąca na nabrzeżu obszernej darseny, w której nadal cumują łodzie. Dziś służą one do celów sportowych i rekreacyjnych, jednak przed zbudowaniem drogi jezdnej były najważniejszym środkiem transportu pomiędzy tutejszymi wioskami i Como, a tym samym resztą świata.

Kościółek stojący nieopodal pochodzi z XIII wieku. Wzniesiono go pod wezwaniem św. Tekli (Santa Tecla), prawdopodobnie na fundamentach starszej, romańskiej budowli. Choć na przełomie XIX i XX wieku poddano go różnym modernizacjom, zachował swą elegancką dzwonnicę, okazałą gotycką rozetę i marmurowy portal z kolumnami datowanymi na XV wiek.

Ta mała świątynia, będąca niejako wizytówką Torno, wygląda bardzo pięknie ze swą harmonijną fasadą zwróconą w stronę jeziora, jej szeroko otwarte drzwi zdają się symbolicznie zapraszać przybyszów do tego gościnnego miejsca.






Wspomniałam już, że jest to bardzo malownicza i pełna kwiatów miejscowość, gdzie widać rękę dobrego gospodarza i staranie mieszkańców. Torno nie udaje modnego kurortu, nadal pozostaje miasteczkiem, które oferuje przybyszom spokojny wypoczynek w przyjaznej atmosferze. Znajdziemy tu niewielkie placyki i wąskie uliczki, gdzie otwierają się przed nami nieoczekiwane perspektywy z widokiem na jezioro, w innych miejscach nasze oczy przyciągają eleganckie fasady i urocze detale budynków.

Mnie szczególnie zainteresował współczesny, choć ładnie wystylizowany fresk w zabytkowym portyku, ukazujący scenę zniszczenia Torno podczas wojny w 1522 roku. Lewa strona malowidła przedstawia sceny walki na tle płonącego miasta, natomiast po prawej widoczni są protagoniści tego zdarzenia. Wśród nich znajduje rycerz w srebrzystej zbroi, prawdopodobnie jest to dowódca obrońców, Giovanni Malacrida. Niestety, nie udało mi się znaleźć żadnej informacji na jego temat, oprócz tego, że w miasteczku jest ulica jego imienia i że pochodził z rodu, który z ramienia Viscontich przez jakiś czas posiadał lenno w niedalekim Musso. Potomkowie tej rodziny nadal żyją w Como i okolicy, co więcej, jeden z nich, Rino Malacrida, od dziesięciu lat jest burmistrzem Torno i przewodniczącym związku okolicznych gmin.





Oprócz kościoła Santa Tecla w Torno są jeszcze dwie inne świątynie - jedną z nich jest wzniesiony w XII wieku kościół San Giovanni Battista del Chiodo, czyli Święty Jan Chrzciciel od Gwoździa. Ów gwóźdź, według tradycji, jest jednym z tych, którymi Chrystus został przybity do krzyża. W 1099 roku miał go tu zostawić nieznany z imienia arcybiskup niemiecki, wracający do ojczyzny po pierwszej krucjacie. Dostojnik zatrzymał się w Torno na odpoczynek, ponieważ czasy były niespokojne, obawiał się utraty cennej relikwii i z tego powodu ofiarował ją miejscowej świątyni.

Podobno przeprowadzone badania potwierdziły, że faktycznie gwóźdź pochodzi z początku naszej ery i wykonano z żelaza. Jest pokaźnych rozmiarów, jego długość wynosi 20 cm, grubość od 1 do 1,5 cm natomiast płaska główka ma średnicę 4 cm.  Umieszczono go w cennym relikwiarzu w kształcie krzyża, który jest przechowywany w masywnej skrzyni zamkniętej na siedem zamków, ukrytej w kościele za ołtarzem. Jednym z kluczy dysponuje proboszcz, zaś pozostałe sześć przechowują członkowie zaufanych, miejscowych rodzin. Dwukrotnie w ciągu roku te siedem osób spotyka się w kościele, by uroczyście otworzyć skrzynię i wydobyć z niej relikwię, którą w tym dniu mogą oglądać wszyscy wierni.

Jedno takie święto ma miejsce w pierwszą niedzielę maja, gdy duchowni niosą relikwiarz z gwoździem podczas uroczystej procesji ulicami Torno. Drugie okazanie relikwii następuje w ostatnią niedzielę czerwca, w dniu poświęconym Janowi Chrzcicielowi. Tym razem nie ma procesji, uroczystość odbywa się w kościele, w jej trakcie cenny artefakt obmywa się w miedzianej misie pełnej wody na pamiątkę chrztu Jezusa. Wodzie użytej do tej ceremonii przypisuje się moc uzdrawiania, więc po zakończeniu uroczystości jest rozdawana osobom chorym i niedołężnym.

Dodam jeszcze, że w Lombardii znajdują się dwa inne gwoździe, które również są uznawane za narzędzie męki Chrystusa. Jeden z nich można zobaczyć w Monzie, gdyż stanowi część Żelaznej Korony (pisałam o niej tutaj), natomiast drugi  jest przechowywany w mediolańskim Duomo. Czwarty znajduje się w Rzymie, co przeczy ogólnie przyjętej teorii, że nogi Jezusa przybito jednym gwoździem, lecz jest w zgodzie z najstarszymi przedstawieniami Ukrzyżowania. Pierwotnie na tych wizerunkach jego nogi są przybite osobno - obecną wersję podobno zapoczątkował Giotto, malując swój piękny krucyfiks, co z czasem stało się obowiązującym kanonem.  







Kościół św. Jana Chrzciciela w obecnej postaci prawdopodobnie jest wynikiem XV-wiecznej przebudowy pierwotnej, romańskiej świątyni. Z tego okresu pochodzi piękny marmurowy portal i rozeta, a także niektóre elementy wewnętrznego wystroju. Natomiast okazała, smukła dzwonnica z XII wieku pozostała w stanie niemal niezmienionym (w XVIII wieku dodano jej hełm i nowe dzwony). Jednonawowe wnętrze kościoła jest podzielone na sześć przęseł za pomocą łuków z dekoracją naśladującą czarno-białe kamienne ciosy - nad jednym z nich umieszczono datę przebudowy – 1494 rok. Prezbiterium jest podzielone na trzy kaplice, ozdobione ładnymi XVII-wiecznymi freskami, wykonanymi przez malarzy z pracowni braci della Rovere.
Oprócz tego w świątyni zobaczymy wiele ciekawych elementów z różnych epok, między innymi elegancką, renesansową kropielnicę, ładny XIX-wieczny marmurowy nagrobek Giuseppe Croffa, rzeźbiarza zmarłego w Torno i ciekawy renesansowy fresk, wyobrażający Madonnę z Dzieciątkiem i św. Janem Chrzcicielem.





Po lewej stronie bryły kościoła znajduje się pięcioarkadowy portyk, gdzie umieszczono liczne cenotafy i epitafia. Za portykiem rozciąga się Parco delle Rimembranze (park pamięci), zabytkowa część cmentarza, poświęcona dawnym mieszkańcom zasłużonym dla Torno, ze szczególnym uwzględnieniem patriotów walczących o zjednoczenie Włoch w czasach Risorgimento i żołnierzy poległych na wojennych frontach. Znajdziemy tu cyprysową aleję, gdzie pod drzewami ustawiono słupki z kutego żelaza z militarnymi symbolami i imiennymi tabliczkami przypominającymi o poległych, a także pomniki i pamiątkowe stele, na których wyryto ich nazwiska. Są tu monumenty garibaldczyków, żołnierzy walczących na frontach pierwszej i drugiej wojny światowej oraz pomnik w kształcie złamanej kolumny, poświęcony pamięci księdza Tomaso Bianchi, poety i patrioty, który w 1934 roku zmarł w faszystowskim więzieniu.

Szczerze powiem, że zawsze mnie wzruszały te dowody zbiorowej pamięci i szacunku dla tych, którzy o nic nie pytani zostali wyrwani ze swych rodzinnych domów i złożyli życie w ofierze za idee, o jakich często nie mieli pojęcia. Podczas moich wędrówek w każdej, nawet najmniejszej lombardzkiej miejscowości, widziałam podobne pamiątki. W zależności od zamożności mieszkańców jest to okazały pomnik, stela albo po prostu skromna, marmurowa tablica z imionami i nazwiskami poległych oraz ich stopniem wojskowym. Czasem na takich tablicach można też zobaczyć zdjęcia tych ludzi, najczęściej są to bardzo młodzi chłopcy, choć zdarza się, że wizerunek przedstawia mężczyznę w sile wieku, zwłaszcza w grupie oficerów i podoficerów. W zjednoczonym państwie włoskim ta pamięć o zmarłych była bardzo ważnym aspektem życia społecznego, o czym swego czasu pisałam w moim poście o  pomnikach poległych.








Ta część cmentarza powstała przy kościele w 1926 roku z inicjatywy dwóch miejscowych rodzin, natomiast w kolejnym roku na zboczu poniżej zbudowano tarasy, na których zlokalizowano obecny cmentarz komunalny. Park Pamięci i cmentarz cywilny oddzielają granitowe schody - wejścia na nie strzegą dwie figury z białego marmuru, przedstawiające modlące się anioły. Całość założenia znajduje się pomiędzy kościołem i brzegiem jeziora, więc więc widok, jaki się stąd roztacza, jest naprawdę wspaniały. To wszystko sprawia, że cmentarz w Torno z pewnością zalicza się do najbardziej malowniczych, jakie widziałam podczas moich wędrówek. Tak piękne miejsce skłania do zadumy i napawa spokojem – nie budzi smutku, raczej przypomina, że śmierć jest częścią życia, a życiem wiecznym na ziemi jest ludzka pamięć o tych, którzy odeszli. Świadczy o tym marmurowa stela z wizerunkiem anioła opartego o tablicę z napisem poświęconym zmarłym, którzy nie mają swego grobu ani nikogo, kto mógłby się za nich pomodlić.

Włoskie zwyczaje związane z pochówkami są dość specyficzne z racji ograniczonej przestrzeni przeznaczanej na cmentarze. Zwykle ciała zmarłych spoczywają w ziemi do chwili, gdy pozostają z nich jedynie kości, które po ekshumacji umieszcza się w kolumbarium, aby zrobić miejsce dla kolejnych zmarłych. Osoby zamożniejsze często wykupują miejsce na cmentarzu, gdzie wznoszą rodzinne kaplice grobowe z licznymi niszami, co pozwala na pochówek wielu osób w obrębie niewielkiej przestrzeni.






Jak już pisałam, Torno to miejscowość bardzo malownicza – najlepiej widać to podczas rejsu statkiem. Jej wygląd zmienia się w zależności od pory roku i dnia: wczesny poranek maluje głębokie, niemal granatowe cienie, z których wyłaniają się sylwetki budynków, południe zatapia wszystko w błękicie, a zachód słońca pokrywa miasteczko i całą okolicę pomarańczową poświatą. Ten piękny spektakl natury sprawia, że za każdym razem dostrzega się inne szczegóły tego widoku, więc choć jest nam dobrze znany, zawsze ma w sobie urok nowości.

W Torno i jego okolicy znajduje się wiele ładnych prywatnych willi, otoczonych pięknymi ogrodami. Najbardziej znana jest Villa Pliniana o fascynującej przeszłości, obecnie pełniąca rolę luksusowego hotelu (pisałam o niej tutaj ) i klasycystyczna Villa Taverna. Jednak o ile się nie mylę, za tą ostatnią nie stoi żadna tajemnicza historia, a wszystko co o niej wiadomo  to nazwiska jej kolejnych właścicieli.








Na początku tego posta wspomniałam, że okolica Torno jest bardzo atrakcyjna dla osób lubiących aktywny wypoczynek i zwiedzanie ciekawych miejsc. Jedną z takich atrakcji jest Monte Piatto – niezbyt wysokie wzniesienie (niecałe 400 metrów przewyższenia od poziomu jeziora), które oferuje wspaniałe widoki i piękną trasę spacerową. W zależności od tego, czy wybierzemy drogę biegnącą po lewej, czy po prawej stronie wzgórza, będziemy mieli widok na północną lub południową część jeziora.

Na jego szczycie znajduje się niewielki kościół pod wezwaniem św. Elżbiety oraz przylegający do niego, dawny budynek klasztorny. W XVI wieku mieszkały w nim siostry zakonne do czasu, gdy pod koniec stulecia, z powodu szerzącej się epidemii, biskup Karol Boromeusz (późniejszy święty) zalecił, by zgromadzenie przeniosło się na stałe do Varese. Kompleks nie posiada szczególnych walorów architektonicznych, jednak gdy w 1975 roku został zniszczony przez pożar, ze względu na swą wartość historyczną został odbudowany z zachowaniem pierwotnej formy.






Nieopodal kościoła znajduje się ścieżka prowadząca do ciekawej formacji skalnej – ogromnego „kamiennego grzyba”, zwanego Pietra Pendula, o której pisałam na blogu jakiś czas temu. Niektórzy uważają, że to dzieło rąk ludzkich, co moim zdaniem jest dość naciągane. Tak czy inaczej, głaz jest naprawdę imponujący – pod jego „kapeluszem” może zmieścić się kilka dorosłych osób. W okolicy znajduje się więcej takich niezwykłych głazów – są dobrze opisane i oznaczone na mapach turystycznych, więc zainteresowani bez trudu znajdą właściwe miejsce.

Na Monte Piatto znajduje się jeszcze jedna atrakcja – znana mi jedynie ze słyszenia – Castel d’Ardona. Choć nazwa sugeruje zamek, w rzeczywistości była to willa zbudowana w 1894 roku w stylu gotyckiego kasztelu, niegdyś słynąca z pięknego widoku na jezioro. Niestety, do naszych czasów przetrwały jedynie jej resztki, gdyż po śmierci właściciela budynek popadł w ruinę. Choć miałam wielką ochotę zobaczyć to miejsce, powstrzymała mnie jego zła reputacja miejsca pełnego zagrożeń.  Ruiny są niezabezpieczone, poza tym teren jest porośnięty zdziczałą roślinnością, pełen wyrw i zapadlisk, niewidocznych pośród chaszczy, więc jest to miejsce, gdzie można paść ofiarą nieszczęśliwego wypadku. Jednak decydującym argumentem była dla mnie informacja, że bardzo często można tam spotkać żmije, które budzą we mnie  paniczny lęk, więc jest to ostatnie miejsce, gdzie poszłabym z własnej woli.  






Jednak kamienny grzyb i zrujnowany zamek opanowany przez żmije, to nie jedyne ciekawostki, jakie można zobaczyć, wędrując po Monte Piatto. Pisząc o historii Torno, wspomniałam o barbarzyńskich plemionach, które przewinęły się przez te ziemie, i ich grobowcach, znanych jako massi avelli. Nie ma zgody co do tego, kiedy powstały ani kto je pozostawił. Co więcej, można je spotkać jedynie na niewielkim obszarze w północnej części Lombardii i przyległego do niej kantonu Ticino. Jest to sprawa tak niezwykła i zagadkowa, że nie mogłam przepuścić okazji, aby te grobowce zobaczyć na własne oczy, więc pewnego dnia pojechałam do Torno specjalnie w tym celu (o czym pisałam tutaj ).

Była to bardzo ciekawa wycieczka, gdyż okazało się, że po drodze do grobowców można zobaczyć antyczną bramę z czasów rzymskich, która prawdopodobnie stanowiła część fortyfikacji niegdyś otaczających teren przyległy do Torno. Choć pod względem architektonicznym prezentuje się dość skromnie, jednak jej wiek i niezwykle precyzyjne wykonanie kamiennych bloków, z których ją zbudowano, robią ogromne wrażenie. Prowadzi do niej brukowana droga o równej nawierzchni, to sprawia, że ten fragment szlaku jest bardzo wygodny dla piechura. Ponieważ biegnie stromym zboczem, ponad koronami drzew można zobaczyć sporą część jeziora Como, otoczoną górskimi pasmami.



Wspaniały pejzaż i świadectwa minionych czasów sprawiają, że wycieczka na Monte Piatto to jedna z ładniejszych i ciekawszych tras, jakie oferuje okolica jeziora Como - pełna zaskakujących, geologicznych i historycznych niespodzianek. Jeśli kogoś interesuje aktywny wypoczynek z pewnością nie pożałuje, jeśli wybierze się na taką wyprawę. 

Więcej zdjęć Torno i okolic można zobaczyć w albumie