Castelveccana to gmina w prowincji Varese, położona pomiędzy Lago Maggiore a zielonymi stokami Prealp, na północ od Laveno Mombello. Składa się z kilkunastu niewielkich osad i wiosek, z których największą jest Calde, znana z malowniczego portu.
Nad wioską wznosi się Rocca di Calde – wapienna skała wysoka na około 180 metrów, z której roztacza się wspaniały widok na jezioro. Od czasów starożytnych wznoszono na niej fortyfikacje i konstrukcje obronne, a ich niewielkie fragmenty zachowały się do naszych czasów. U jej podnóża znajdują się zabytkowe wapienniki, będące ciekawym świadectwem przemysłowej przeszłości tego regionu.
Podczas pobytu we Włoszech przeżyłam wiele niezapomnianych dni, jednak ta wycieczka nad Lago Maggiore zajmuje szczególne miejsce w moich wspomnieniach. Wrażenia, jakie wywarł na mnie blask tego dnia, jego kolory i zapachy, czas chyba nigdy nie zatrze w mojej pamięci...
Wszystko to zaczęło się dawno temu, gdy po raz pierwszy płynęłam promem z Laveno do Intry. Po lewej stronie mój wzrok przyciągnęły trzy Wyspy Boromejskie, odcinające się na tle ciemnoniebieskiej toni jeziora, a za nimi zbocza gór z białymi wyrobiskami kamieniołomów. Po prawej widok był zupełnie inny – tu mogłam podziwiać ogromną połać Lago Maggiore, zamkniętą pomiędzy zielonymi łańcuchami gór ciągnących się w stronę Szwajcarii.
Cały ten turkusowo-zielony pejzaż roztapiał się w błękitnej poświacie. Jego głębia sprawiła, że mimo hałasującego silnika promu i obecności innych ludzi wokół mnie poczułam się jak ptak bujający w przestworzach. Mój wzrok błądził po okolicy i właśnie wtedy zauważyłam w oddali niewielki cypel, a na jego krańcu wysoką, trójkątną skałę, wrastającą z wody. Nawet z daleka widać było, że porasta ją bujna roślinność, u podnóża poprzetykana zgaszoną czerwienią dachów ludzkich siedzib. Ten widok był bardzo intrygujący, więc pomyślałam, że kiedyś warto byłoby się tam udać, by obejrzeć to miejsce z bliska.
W następnych latach niejednokrotnie miałam okazję oglądać tę skałę z innej perspektywy, kiedy krążyłam po okolicy, zwiedzając różne ciekawe miejsca na obu brzegach jeziora. Z mapy dowiedziałam się, że nosi ona nazwę Rocca di Calde', a czerwone dachy należą do kilku małych miejscowości wchodzących w skład gminy Castelveccana.
Kiedy podjęłam decyzję o zakończeniu pracy i powrocie do Polski, postanowiłam, że spróbuję zrealizować różne małe wycieczki, które zawsze odkładałam na później, między innymi właśnie tę nad Lago Maggiore, do miejsca, gdzie wznosiła się Rocca. Ułożyłam też plan, że na te krótkie wyprawy będę przeznaczała dni wolne po zakończeniu każdego cyklu nocnych dyżurów, których zwykle miałam cztery lub pięć, jeden po drugim. Starałam się wtedy nie spać po powrocie z pracy, żeby bez problemu móc zasnąć wieczorem, więc była to dobra okazja, aby wyskoczyć w jakieś spokojne, ładne miejsce, gdzie mogłabym pospacerować dla zabicia czasu, nie męcząc się zbytnio.
Moja wycieczka nad Lago Maggiore jak zwykle zaczęła się od podróży do Laveno ( post Laveno Mombello i Sasso di Ferro), które z racji swego położenia jest świetną bazą wypadową dla osób przybywających od strony Mediolanu. Tam przesiadłam się na pociąg jadący do Luino i w krótkim czasie znalazłam się w Calde', celu mojej podróży. Wysiadłam na niewielkiej stacyjce i bez ociągania ruszyłam w drogę, biorąc za cel pierwszą z brzegu uliczkę sąsiedniej frakcji Castello, wychodząc z założenia, że w tak małej miejscowości trudno jest zabłądzić.
Wbrew swemu zwyczajowi przed wyjazdem nie robiłam żadnego rozeznania na temat okolicy, więc z niejakim zdziwieniem na szczycie skały dostrzegłam wyniosły kształt przypominający obelisk, a poniżej, mniej więcej w połowie zbocza, niewielki kościółek, usytuowany na uskoku wyglądającym niczym naturalny balkon. Bez wątpienia, należało tam dotrzeć i obejrzeć to wszystko z bliska, jednak problemem było znalezienie drogi prowadzącej na górę. Okolica sprawiała wrażenie kompletnie wyludnionej — na wąskich uliczkach nie spotkałam nikogo, ale za to znalazłam tablicę informacyjną z planem okolicy, gdzie zaznaczono ścieżki prowadzące do interesujących mnie miejsc.
W wiosce zatrzymałam się na chwilę, żeby obejrzeć niewielką budowlę przykrytą czterospadowym daszkiem, ozdobioną freskami. W niektórych miejscach czas zatarł kształty namalowanych postaci, pozostawiając zaledwie plamy jaskrawych kolorów. Z tablicy informacyjnej wynikało, że jest to kaplica "Al pozzo" czyli "Przy studni" pochodząca z XV wieku. Prawdopodobnie wzniesiono ją ku czci San Antonio Abate, jako wotum po epidemii półpaśca, we Włoszech potocznie nazywanego "fuoco (ogień) di San Antonio". Na jednej ze ścian widnieje wizerunek tego świętego, a obok postać Madonny z małym Jezusem.
Niegdyś w tym miejscu nie tylko czerpano wodę — przy tej okazji mieszkańcy wioski mogli porozmawiać o ważnych, a także mniej istotnych sprawach, więc studnia była swego rodzaju klubem, czy też świetlicą ludową pod gołym niebem. Obecnie, choć ta pierwotna funkcja odeszła do przeszłości, kapliczka nadal jest zadbana i ozdobiona kwiatami, co robi bardzo miłe wrażenie.
Minąwszy ostatnie zabudowania, znalazłam się u podnóża skalnego wzniesienia, na uroczej łączce z soczyście zieloną trawą, poprzetykaną białymi i żółtymi kwiatami. Nieopodal natrafiłam na mulatierę, biegnącą wśród liściastego lasu porastającego strome zbocze góry, która bez wątpienia prowadziła na jej szczyt. W niedługim czasie znalazłam się na rozległej, trawiastej polanie — domyśliłam się, że gdzieś tu musi być kościół, który widziałam z dołu.
Faktycznie, po chwili pomiędzy drzewami zobaczyłam najpierw wieżę, a następnie jego szare mury. Kościół pod wezwaniem św. Weroniki jest datowany na XVI wiek; tę niewielką świątynię wzniesiono na samym skraju urwiska, które dla bezpieczeństwa otoczono metalową barierką.
Historia tego miejsca mówi, że wcześniej była tam kaplica, stanowiąca część zabudowań zamkowych, jako że już od wczesnego średniowiecza miejsce to było ufortyfikowane. Kościółek jest niewielki, lecz ładnie utrzymany. Co prawda, nie mogłam wejść do wnętrza, ponieważ zamykała je metalowa krata, jednak drzwi były otwarte, więc mogłam zajrzeć do środka i choć z daleka obejrzeć freski w absydzie. W XVI wieku, podczas wojen o mediolańską sukcesję twierdza wpadła w ręce Szwajcarów i została zburzona. Kiedy pozbyto się najeźdźców, kościół podniesiono z ruin i przebudowano, skutkiem czego do naszych czasów z jego pierwotnej bryły pozostała jedynie absyda oraz dwie arkady krużganka.
Ten krużganek jest świetnym punktem widokowym, można z niego podziwiać wspaniałą panoramę, jaka się rozciąga przed naszymi oczarowanymi oczami. Tym razem sprzyjała mi pogoda — był koniec kwietnia, piękny czas, kiedy Lombardzkie góry i jeziora pokazują się w pełni swej urody. Zachodnią część Lago Maggiore spowijał głęboki błękit rozświetlony blaskiem słońca, a zielone Prealpy i szafir nieba chyba nikogo nie pozostawiłyby obojętnym na te uroki.
Kochałam ten pejzaż, chociaż oglądałam go bardzo często, nigdy nie miałam dość tego widoku, który mogłam podziwiać bez końca. Wiosenne powietrze było ciepłe, a jednocześnie rześkie, jeszcze było daleko do letnich upałów i dużej wilgotności, które w środku lata zwalają człowieka z nóg. Świeża zieleń przyciągała oczy, stanowiąc niezrównane tło dla kwiatów w pełni rozkwitu. Foschia nie przesłaniała okolicy, więc mój wzrok biegł swobodnie w dal, aż po horyzont zamknięty alpejskimi szczytami.
Wody jeziora, przy brzegu szmaragdowe, bo odbijają zieleń lasów porastających góry, dalej od niego stawały się zwierciadłem nieba, na które słońce rozsypywało garście złotych łusek. Domy w wioskach, w naturalnej barwie szarego kamienia lub pomalowane na ciepłe, pastelowe kolory, aż po swe czerwonawe dachy zatopione w zieleni ogrodów, dawały poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Był to widok tak kojący, że starałam się nie myśleć o tym, iż kiedyś kręciło się tu uzbrojone wojsko, nieznające litości dla pokonanych...
Na tym gęsto zarośniętym terenie podobno nadal można dostrzec ślady dawnych umocnień, jednak nie znając dokładnie miejsca ich usytuowania, nawet nie próbowałam szukać tych nikłych śladów przeszłości. Pozostał mi jeszcze do obejrzenia pomnik, który widziałam z dołu, więc postanowiłam wspiąć się na szczyt skały, gdzie wcześniej zauważyłam tajemniczy obelisk.
Po krótkiej, lecz forsownej wspinaczce przy pomocy łańcuchów, zamocowanych na niemal pionowej skale, znalazłam się u stóp schodów prowadzących do okazałej budowli. Ma ona kształt latarni morskiej i jak się okazało, jest kaplicą, a jednocześnie pomnikiem ku czci żołnierzy poległych na frontach wszystkich wojen. Choć z natury jestem racjonalistką, sentymenty nie są mi obce, więc w obliczu podobnych monumentów, zawsze wpadam w zadumę nad pokrętnymi losami narodów i ludzkich jednostek, będących niczym mrówki rozdeptywane nogą nieuważnego przechodnia...
To dobrze, że ktoś myśli o tym, aby upamiętnić te wszystkie istnienia, przedwcześnie zmiecione z tego świata, szkoda jednakże, iż ta pamięć niczego nie zmienia w ludzkiej naturze, zawsze skłonnej do przemocy i dowodzenia swoich racji poprzez posyłanie innych na śmierć i poniewierkę...
Z przykrością zauważyłam, że ząb czasu zaczął kruszyć bazę pomnika. Na stopniach schodów pomiędzy kamiennymi płytami rosła trawa, a jego najbliższe otoczenie wyglądało na równie zaniedbane. Na szczęście jak się dowiedziałam z lokalnej gazetki, podobno są plany doprowadzenia tego miejsca do porządku i nawet znaleziono fundusze na ten cel.
Droga zaprowadziła mnie do frakcji San Pietro, biorącej swą nazwę od kościoła parafialnego. Tu mogłam z bliska popatrzeć na urocze wille i zgrabne domki ozdobione bujnymi festonami glicynii z mnóstwem fioletowych kiści, otoczone ogrodami pełnymi kwitnących krzewów kamelii.
Podczas tego spaceru zatoczyłam spory łuk u podnóża góry i znów znalazłam się w Calde, miejscu, gdzie rano rozpoczęłam wędrówkę. Tym razem poszłam nad brzeg jeziora, ponieważ chciałam obejrzeć z bliska nieczynne wapienniki, znajdujące się u stóp skały. Podobne piece można często zobaczyć w wielu okolicznych miejscowościach nad Lago Maggiore oraz Lago di Lugano — obecnie nieczynne, nadal pozostają interesującym świadectwem przeszłości.
Zawsze podziwiałam harmonię ich budowy, smukły kształt zakończony czerwonawym wylotem z daleka nieodmiennie kojarzył mi się z młodymi grzybami, które dopiero co wychynęły z leśnego poszycia. Niestety, spotkało mnie rozczarowanie, bo brama wiodąca na teren wapienników była zamknięta. Bardzo żałowałam, bo na terenie fabryczki dostrzegłam kilka pomniejszych budynków noszących ślady działań artystycznych okolicznych miłośników street-artu. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie zrobili oni w płocie jakiejś dziury, przez którą ja również mogłabym by przejść na drugą stronę, jednak po namyśle uznałam, że pójście w ich ślady i forsowanie ogrodzeń, to zły pomysł. Gdyby ktoś mnie zauważył, nie mogłabym tłumaczyć się niewiedzą, gdyż na bramie wisiała duża tablica, głosząca, iż jest to teren prywatny, a wstęp osobom postronnym surowo zabroniony.
Pocieszyłam się możliwością obejrzenia z bliska zabytkowej wieży obserwacyjnej, uczepionej do przybrzeżnej skały niczym jaskółcze gniazdo. Wzniesiono ją w późnym średniowieczu a następnie wielokrotnie rekonstruowano, obecnie jest ona jedną tak dobrze zachowaną pozostałością dawnych fortyfikacji.
Już po moim wyjeździe z Włoch, w internecie znalazłam informację, że grupa młodych ekologów postanowiła oczyścić i uporządkować teren wapienników, który widziany z bliska był obrazem nędzy i rozpaczy. Szkoda, że już nie mogłam tego zobaczyć, bo skutkiem ich działań zniknęły śmieci zalegające tam od wielu lat, za to na ocalałych ścianach powstały nowe murale.
Bardzo się ucieszyłam, ponieważ na YouTube trafiłam na świetny filmik zrobiony za pomocą drona, który bardzo ładnie pokazuje nie tylko niezwykle ciekawą strukturę wzniesienia, ale także efekty akcji wolontariuszy, wapienniki oraz murale. Jak widać, tony odpadków zniknęły, a całość z miejsca zdegradowanego i opuszczonego, stała się ciekawym przyczynkiem obrazującym historię lombardzkiego przemysłu.
Poniżej zamieszczam link do tegoż filmu, a pod nim dla porównania inny, obrazujący stan przed rewitalizacją terenu. Co prawda w drugim filmie dziewczyna oprowadzająca po terenie mówi po włosku, ale obraz przemawia sam za siebie.
https://www.youtube.com/watch?v=r09Qmf1emHw
https://www.youtube.com/watch?v=-0la91KZCE0
Oczywiście, jak zwykle zapraszam do obejrzenia pozostałych zdjęć, które zrobiłam tego dnia >
https://photos.google.com/album/AF1QipM_EItTSFg-2k0pNMtE1SlAHErD1FKFGu8nCZi3








