Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

wtorek, 28 stycznia 2014

Lombardia. Valsolda, świat miniony, świat odnaleziony...


Mam nadzieję, że tych osób, które przeczytały poprzedni post nie zniechęciło moje długie milczenie, i znów zechcą powędrować wraz ze mną, aby odkryć czarodziejskie zakątki Valsoldy. Jak już pisałam poprzednio, nad jezioro Lugano trafiłam przez czysty przypadek i splot okoliczności, ale zanim tam dotarłam, upłynęło wiele lat mojej emigracji. W tym czasie niekiedy wspominałam film "Piccolo mondo antico" obejrzany tuż po przyjeździe do Włoch, a wtedy znów miałam przed oczami wąskie zaułki górskich wiosek i uliczki schodzące tuż na skraj wody.
 Pewnego dnia trafiła w moje ręce ulotka, promująca jednodniową wycieczkę po jeziorach Como i Lugano, jaką można zrobić korzystając z dogodnych połączeń statkiem, pociągiem i autobusem.
Propozycja wydała mi się atrakcyjna, i postanowiłam, że kiedyś muszę się tam wybrać. Z tego projektu zwierzyłam się mojej przyjaciółce Patrycji, a nasza rozmowa niespodziewanie zeszła na temat filmu, który kiedyś zrobił na mnie tak wielkie wrażenie. Patrycja wspomniała, że podobno sceny plenerowe do niego kręcono właśnie w okolicy miejscowości Porlezza, a to wystarczyło, aby ożywić moją wyobraźnię i wzbudzić we mnie przemożną chęć zobaczenia tych stron.

 Co prawda już wcześniej miałam okazję popatrzeć na Valsoldę z drugiego brzegu jeziora, kiedy to wędrowałam po zielonych stokach Valle d'Intelvi, ale tym razem chodziło o coś więcej, osobiste pójście śladami bohaterów filmu, więc mimo znacznej odległości nie mogłam sobie odmówić takiej frajdy! Samo dotarcie do Porlezzy okazało się bardzo czasochłonne, ponieważ jak zwykle musiałam odbyć godzinną podróż do Como, następnie wsiąść do autobusu jadącego do Menaggio gdzie nastąpił krótki postój, po którym autobus ruszył w dalszą drogę w stronę Lugano, co w sumie zajęło niemal dwie godziny. Porlezza okazała się małym rozczarowaniem, gdyż miasteczko nie oszołomiło mnie swoją urodą. Składa się ono przede wszystkim z dużej ilości współczesnych domków nie odznaczających się niczym szczególnym, oraz kilku klockowatych hoteli nieopodal przystani. Do tego panowała pogoda w kratkę, przez chwilę nawet zanosiło się na deszcz i mimo iż promienie słońca uparcie próbowały przebić się spoza ciężkich chmur, niebo nadal było szaro-bure, a jezioro rozhuśtane zimnym wiatrem miało kolor ołowiu.


 Szczerze mówiąc, chyba zbyt wiele oczekiwałam, sądziłam, że zobaczę romantyczne zakątki, podobne do tych, jakie stanowiły scenerię filmu, tymczasem malutkie centrum historyczne w niczym ich nie przypominało... Błąkałam się po bulwarze, gapiąc na jezioro leżące pomiędzy górami i  sylwetki Monte Sighignola i San Salvatore, które zamykały ten ponury pejzaż. W takiej sytuacji pozostawało mi jedynie zasięgnięcie języka u miejscowej ludności, choć tu miałam pewne opory, ponieważ wydawało mi się, że kiedy zapytam gdzie kręcono film, mogę być poczytana za nawiedzoną  dziwaczkę, szukającą taniej sensacji. Ale mimo to, postanowiłam, że chwycę byka za rogi. Weszłam do baru ( w małych miejscowościach często bywa on również ochotniczą agendą informacji turystycznej) gdzie dla niepoznaki zamówiłam kawę i lody. Obsłużyła mnie sympatyczna dziewczyna, z którą szybko nawiązałam kontakt, więc po chwili odważnie wypaliłam, że szukam śladów "Piccolo mondo antico". 

Tu spotkało mnie miłe zaskoczenie, bo zamiast popukać się w głowę, barmanka zasypała mnie gradem informacji, a z nich wynikało, iż istotnie film (a nawet dwa filmy, bo była też wersja wcześniejsza od tej, którą oglądałam) kręcono w wioskach leżących nieopodal, co więcej, tam toczy się również akcja książki, więc reżyser poszedł za ciosem, i starał się wiernie odtworzyć jej klimat, korzystając z tej naturalnej scenografii. Dowiedziałam się też, że powinnam wsiąść w następny autobus i pojechać w stronę włosko-szwajcarskiej granicy, do Orii, gdzie bez problemu mogę rozpocząć wędrówkę śladami bohaterów powieści Fogazzaro, ponieważ znajdę tam specjalne tablice informacyjne. Nie bardzo wiedziałam o co chodzi z tymi tablicami, ale uznałam, że nie będę się dopytywać, gdyż sama odkryję wszystko na miejscu poczym bez zwłoki udałam się na przystanek.

Wraz ze mną na autobus czekały dwie włoskie turystki, które mi powiedziały, że również jadą do Orii, zobaczyć willę Fogazzaro.
 Zaskoczyła mnie ta wiadomość, bo nie miałam pojęcia, iż autor książki mieszkał w tych stronach, ani o tym, jak ścisły związek miało to z jego twórczością. Chociaż jeszcze o tym  nie wiedziałam, był to moment przełomowy w moim spotkaniu z Valsoldą i jej historią, pisarzem oraz jego twórczością. Od tej chwili zaczęłam ich powolne odkrywanie i poddałam się oczarowaniu, które przerodziło się w trwałą miłość do tego niezwykłego zakątka;
 ta z kolei zaprowadziła mnie dalej, zaowocowała przeczytanymi książkami, poszukiwaniami w internecie a także wieloma refleksjami...Tymczasem nadjechał zatłoczony autobus do którego oprócz mnie wsiadło jeszcze sporo osób jadących w tę samą stronę i po kilkunastu minutach jazdy wysiadłam w Orii. Kiedy rozejrzałam się wokoło, zachwyciła mnie uroda pejzażu, jaki miałam przed oczami. Droga wiodąca do Lugano biegnie nie samym brzegiem jeziora lecz nieco wyżej, więc lustro wody leżało w pewnej odległości.

Dzieliły mnie od niego czerwone dachy małych domków ukrytych w bujnej zieleni, a pomiędzy nimi wystrzelała kościelna wieża. Po drugiej stronie jeziora widziałam masywną sylwetkę Monte Bisgnago i strome stoki Valle d'Intelvi porośnięte gęstym lasem, wyglądającym niczym ciemnozielony aksamit.
Pogoda poprawiła się zdecydowanie, co prawda powietrze nadal było ciężkie i wilgotne, ale słońce wyjrzało pomiędzy chmurami, które szybko zniknęły, pozostawiając po sobie delikatny woal foschii. Miałam okazję podziwiać wspaniały spektakl natury, kiedy to góry i jezioro wyłaniają się powoli z ciemnych zasłon w całej krasie swoich kolorów, a kropelki wilgoci rozproszone w powietrzu zacierają wszystkie kontury, lśniąc i migocąc w blasku słońca. Był to urzekający i niezapomniany widok, przez chwilę miałam wrażenie, że jestem tam oczekiwanym gościem i to specjalnie na moje przybycie przyroda przygotowała to niezwykłe widowisko...

Później w książce Fogazzaro przeczytałam opis podobnego zjawiska, dość częstego w tych stronach, wtedy ponownie wróciło do mnie wspomnienie dnia, kiedy po raz pierwszy  zobaczyłam Valsodę. Pomyślałam sobie, że podczas tego spotkania byłam niczym książę z bajki, któremu przyprowadzają nigdy nie widzianą oblubienicę, a ona powoli podnosi zasłonę i ukazuje swą piękną twarz...
 Tymczasem przez chwilę stałam na niewielkim tarasie, patrząc na jezioro w dole i zalesione zbocza gór, gdzie przytuliło się kilka wiosek połączonych krętą drogą, biegnącą powyżej tej, którą przybyłam. W wioskach można było dostrzec wyniosłe bryły kościołów, a w tej położonej najbliżej, zauważyłam dwie wielkie wille, ozdobione kolumnami, odcinające się swoim wielkopańskim wyglądem na tle skromnych domków z szarego kamienia. Nieopodal tarasu gdzie stałam, były wąskie kamienne schodki prowadzące w dół; skierowałam tam swe kroki, i po chwili dotarłam do uroczej uliczki sąsiadującej z zielonymi ogrodami, gdzie cichutko szemrały liście drzew prześwietlone słońcem.


Uliczka biegła dość wysoko; poniżej widziałam dach kościoła, zaś przede mną były następne schodki, które zaprowadziły mnie wprost do niewielkiego portyku. Pokonałam jeszcze kilka stopni i znalazłam się na niewielkim placu wybrukowanym kamiennymi płytami. Przede mną otworzył się widok na wody jeziora, oddzielone od placu skarpą oraz niskim murkiem. Lewą stronę placu stanowiła boczna ściana willi z małą loggią i tarasem, po prawej był kościół, a pomiędzy nim i jeziorem, tuż na skraju skarpy, wzniesiono okazałą pergolę.  W tym momencie serce zabiło mi mocniej, bo zrozumiałam, że znalazłam się w w samym środku scenerii, w jakiej kręcono film! Wszystko było dokładnie tak samo, niczego nie brakowało, i nic nie zostało usunięte na potrzeby scenariusza... Przed sobą miałam dom wuja Piera, w którym po ślubie zamieszkali Franco i Luiza, na tarasie ponad loggią stał metalowy stolik z krzesełkami, przy którym Franco z przyjaciółmi pijał popołudniową kawę, a pod pergolą był jego ukochany ogród, gdzie z miłością pielęgnował swoje rośliny. Obok zauważyłam pierwszą z licznych tablic, o jakich powiedziała mi barmanka w Porlezza. Umieszczono na niej krótką notkę biograficzną o pisarzu, mapkę Valsoldy, oraz fragment "Piccolo mondo antico" nawiązujący do tego miejsca. Tuż obok kościoła rosły wielkie cyprysy, zaś w głębi pinia, dokładnie tak jak w książce, z tą różnicą, że tymczasem stała się okazałym drzewem, podczas gdy w powieści była zaledwie odchowaną sadzonką.

W tym magicznym momencie zachłysnęłam się czarem tego niezwykłego miejsca, które geniusz pisarza unieśmiertelnił, a potomni uszanowali i z pietyzmem pozostawili wszystko na swoim miejscu. Jednak to nie była ostatnia niespodzianka, bo na ścianie domu, wśród zielonych liści bluszczu, widniała tablica pamiątkowa poświęcona pamięci Antonia Fogazzaro z medalionem przedstawiającym jego podobiznę. W tym momencie zrozumiałam, że jestem przed willą niegdyś będącą jego domem, o której wspominały dwie panie spotkane na przystanku. Postanowiłam obejrzeć wszystko dokładnie, więc weszłam do portyku przecinającego dom na przestrzał. Po lewej stronie miałam darsenę, gdzie wedle powieści utonęła mała Ombretta, a po prawej schody prowadzące do kuchni, skąd unosił się zapach gotujacych się potraw. Przez otwarte drzwi rzuciłam okiem do wnętrza, i zobaczyłam duże pomieszczenie z tradycyjnym 
kuchennym wyposażeniem, pełne starych mebli oraz naczyń z miedzi i białej porcelany w kobaltowe wzory. Po chwili z głębi domu wyszedł młody człowiek, więc zadałam mu pytanie o willę. Chyba nie był tym specjalnie zaskoczony, bo bardzo chętnie odpowiedział, że istotnie niegdyś był to dom pisarza, a obecnym  właścicielem jest jego prawnuk, markiz Giuseppe Roi, pracodawca mojego rozmówcy. Nie pytany dodał też, że markiz jest mieszkańcem Vicenzy, ale przyjeżdża do Orii na wakacje i właśnie jest obecny, więc nie ma możliwości obejrzenia wnętrza domu. Zrozumiałam z tej rozmowy, że zapewne nie byłam pierwszą osobą, jaka zwróciła się do niego w poszukiwaniu informacji, i zapewne zdarzało mu się ulegać prośbom admiratorów Fogazzaro, pragnących choć przez chwilę popatrzeć na pokoje, które autor tak sugestywnie opisywał w swojej książce. Sympatyczny młodzian powiedział mi też, że markiz jest osobą w podeszłym wieku i jakiś czas temu sporządził testament zapisując willę FAI, z zastrzeżeniem, iż ma w niej powstać muzeum poświęcone pamięci jego pradziadka.


 Pomyślałam sobie, że to naprawdę piękny gest, bo zapewne jest wiele osób, dla których podobnie jak dla mnie odwiedziny w tym miejscu będą niezwykle ważnym przeżyciem. Pożegnałam mojego rozmówcę i ruszyłam na dalsze oględziny Orii. Jest to maleńka wioska składająca się z kilku uliczek, w większości mających formę schodów łączących wąskie domki, wznoszące się tarasowo na stromym zboczu, tulące się do siebie pomiędzy skrajem wody i asfaltową drogą. Maleńki placyk oraz równie mikroskopijna przystań, dopełniały wizerunku miejscowości, gdzie oprócz młodego człowieka, o którym już wspominałam, nie spotkałam żywego ducha. Szczerze mówiąc, nie narzekałam z tego powodu, bo lubię takie samotne zwiedzanie, zwłaszcza w miejscach o tak niepowtarzalnym nastroju. Ponownie wróciłam na plac przed kościołem i ruszyłam w przeciwną stronę, mulatierą biegnącą pomiędzy wysokimi murami oddzielającymi ogrody należące do sąsiednich posesji.
 Mulatiera zaprowadziła mnie na mały cmentarz, gdzie w otwartej kaplicy znalazłam trzy nagrobki, kryjące szczątki siostry pisarza, Iny Fogazzaro Dainioni, jej męża oraz wnuka Fogazzara, Antonia Roi, (stryja markiza Giuseppe). Ten cmentarz pisarz kilkakrotnie opisywał w swojej tetralogii, tu miała spoczywać Ombretta i jej rodzice, a po latach również nieszczęśliwa żona Piera Maironi, Eliza i wreszcie on sam. Tam też zauważyłam następną tablicę informacyjną z ilustracją oraz fragmentem powieści. Jak już wspominałam, Oria sprawiała wrażenie kompletnie wyludnionej, więc byłam dość zaskoczona, kiedy na drodze nieopodal cmentarza, ni stąd, ni zowąd, spotkałam chłopaka wyglądającego na jakieś 18 lat, z bujną, potarganą czupryną, niedbale ubranego, z grubą książką w ręku. Kiedy mnie mijał uśmiechnął się nieśmiało, powiedzieliśmy sobie tradycyjne "salve" a  nasze oczy spotkały się w przelotnym spojrzeniu. W tym ulotnym momencie nie mogłam się oprzeć wrażeniu, iż mimo wszystkich dzielących nas różnic, mamy coś wspólnego, że łączy nas niewypowiedziany zachwyt dla tego miejsca i chęć odnalezienia minionego świata.

 Czy muszę dodawać, że gdy  wracając z cmentarza ponownie znalazłam się na placyku koło willi, w cieniu loggi pod tarasem siedział ów chłopak, po uszy zatopiony w lekturze...

Być może poszedł tam, aby w tym romantycznym zakątku czytać jedną z powieści Fogazzara, albo jego młodzieńcze wiersze, w których przyszły pisarz opiewał piękno Valsoldy? Ukradkiem zrobiłam zdjęcie, poczym wycofałam się po angielsku, aby swą obecnoscią nie psuć mu nastroju. Pomyślałam sobie, że może to rośnie nowy pisarz, lub poeta zakochany w tej ziemi i jej przeszłości? Przypomniały mi się też moje lata "chmurne i durne", kiedy spędzałam wakacje w Warszawie i pełna romantycznych porywów biegałam do Łazienek, gdzie siadałam pod kasztanami z tomikiem wierszy Byrona, w którym za zakładki służyły mi zasuszone płatki róż...

Następnie powędrowałam do Albogasio i Castello, wiosek położonych powyżej Orii na zboczu Monte Boglia, jednak ich opis będzie tematem następnego posta. Jak wspominałam, ta wędrówka po Valsoldzie nie była ostatnią, na przestrzeni kilku letnich miesięcy 2008 roku byłam tam wiele razy, gdyż nie mogłam się wyrwać z pod jej uroku. Po upływie kilku lat przyszedł też dzień, w którym mogłam przekroczyć  progi willi Fogazzaro (będzie o tym oddzielny post).
Miało to miejsce wiosną 2011 roku, z okazji Dni Otwartych FAI (markiz Guiseppe Roi zmarł w 2009 i zgodnie z jego wolą w willi powstało muzeum) i było dla mnie niezwykłym przeżyciem. Przez te lata przeczytałam wszystkie książki Fogazzara przetłumaczone na język polski, a także ciekawe opracowanie pt."Antonio Fogazzaro i jego epoka" Katarzyny Biernackiej -Licznar. Pokusiłam się także o lekturę powieści "Piccolo mondo antico" i "Malombra" po włosku, co w moim przypadku było imponującym dokonaniem, z uwagi na styl i słownictwo, różniące się od tego, jakim mówi się współczesnie. Te czytelnicze trudności powiększa jeszcze fakt, iż pisarz obficie używał różnego rodzaju dialektów, co sprawia, że język jego postaci wiele mówi zarówno o miejscu oraz klasie społecznej, z jakich one pochodzą. Do dziś często słyszy się opinię, że Włoch z północy nie rozumie Włocha z południa, a w XIX wieku kiedy zjednoczona Italia dopiero zaczynała tworzyć wspólny wszystkim język literacki, te regionalizmy były o wiele bardziej słyszalne.


Swoim zwyczajem zaczęłam też sklejać w jedno drobne skrawki informacji, na jakie natrafiałam przy różnych okazjach. Tym co mnie najbardziej zainteresowało, był fakt, do jakiego stopnia realne zdarzenia znalazły swoje odbicie w twórczości Fogazzara. Otóż okazało się, iż  było ich niemało, począwszy od tego, że pierwowzorem Franca Maironi był Mariano, ojciec pisarza, który wbrew woli swego rodzica, bogatego
przemysłowca z Vcenzy, ożenił się z panną Teresą Barrera, córką architekta pochodzącego z Valsoldy. Jednak rysy matki Fogazzara odnajdziemy nie w postaci Luizy, lecz jej matki, pani Rigey, której pisarz dał nie tylko to samo imię, ale także obdarzył ją podobnymi cechami charakteru. 

Natomiast wzorcem dla powieściowej Luizy była przyjaciółka rodziny, pani Luiza Venini Campioni, którą pisarz znał od czasów swojego dzieciństwa, i to właśnie jej zadedykował 'Piccolo mondo antico". Twardy i nieustępliwy charakter, w jaki autor wyposażył markizę oraz jej negatywny stosunek do małżeństwa Franca, miał swe źródło w rzeczywistym konflikcie, jaki podzielił rodziców Fogazzara i jego dziadka, (nota bene, również Antonia).
Natomiast pod postacią Piera Ribeiry, bez trudu można odkryć jego pierwowzór, jakim był wuj Teresy, Pietro Barrera, wspaniały człowiek, bardzo kochany przez krewnych, dla których był prawdziwą podporą. Oczywiście, również wiele pomniejszych postaci miało swe żyjące modele, część z nich jest znana, zaś inni zniknęli w mrokach zapomnienia. Także opis domu w Orii (matka Fogazzara otrzymała willę w spadku po swoich krewnych i rodzina pisarza zwykle spędzała tam wakacje) oraz całej okolicy, jest nadzwyczaj wierny, bo choć z pewnością na przestrzeni stulecia na terenie Valsoldy powstało nieco nowych domostw, jednak nie tak wiele, aby zdecydowanie zmienić charakter tych stron.
 W zasadzie jedyną taką rzeczą jest asfaltowa droga Porlezza - Lugano, jaka powstała w okresie międzywojennym. Jej budowa sprawiła, że musiano poświęcić niektóre ogrody, mimo to, mieszkańcy chyba zrobili to bez żalu, zważywszy na fakt, iż poprzednio komunikacja na wybrzeżu jeziora była mocno utrudniona i ludziom pozostawały piesze wędrówki, lub droga wodna. Oczywiście podczas ciepłych miesięcy rejs statkiem czy łódką był przyjemnością sam w sobie, ale kiedy nadchodził okres niepogody, podróżnym zapewne nie było do  śmiechu (taką sceną podróży podczas deszczu i zawieruchy rozpoczyna się "Piccolo mondo antico") tym bardziej, że wody jeziora niejednokrotnie na zawsze pochłaniały swoje ofiary. Tu chciałabym dodać, że również dramatyczny opis śmierci Ombretty był odbiciem realnego zdarzenia, kiedy to dziesięcioletni syn pisarza, Mariano, (imię otrzymał po dziadku ze strony ojca) nieomal się utopił w darsenie należącej do willi i z pewnością straciłby życie, gdyby nie matka, która w porę nadbiegła i wyciągnęła nieprzytomnego chłopca z wody.
Podobnie jak Franco w powieści, także Antonio Fogazzaro przebywał wtedy poza domem w Lugano i dopiero po powrocie dowiedział się o wypadku. Pisarz był nadzwyczaj kochającym ojcem dla trójki swoich dzieci (oprócz syna miał jeszcze dwie córki) więc nie trudno sobie wyobrazić, co czuł w tej sytuacji. 
Tym razem los go oszczędził, jednak dziesięć lat później dwudziestoletni Mariano niespodziewanie zmarł na tyfus, co dla Fogazzara było strasznym ciosem. W sukurs (podobnie jak Francowi) przyszła mu jego głęboka wiara w Boga, jednak ta strata sprawiła, że rozwiały się wszystkie nadzieje, jakie pokładał w tym mądrym i uzdolnionym chłopcu.  

W następnych postach napiszę też o związkach Valsoldy z Polską poprzez postacie kilku wybitnych osób, urodzonych w okolicznych wioskach. To odkrycie było dla mnie wielkim zaskoczeniem i jednym powodem więcej, abym poczuła jeszcze silniejszą więź z tym pięknym miejscem.

Jeśli ktoś miałby ochotę obejrzeć więcej zdjęć z Orii i Porlezzy zapraszam jak zwykle do albumów w Googlach+ i na Picasie

https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5973962892873183105

https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/PorlezzaIOria