Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

sobota, 30 marca 2013

Wesołych Świąt oraz kilka słów o tym, co mi przyniósł wielkanocny zajączek.


Z okazji
Świąt Wielkiej Nocy życzę wszystkim odwiedzającym aby te dni upłynęły im w zdrowiu i radosnej, wiosennej atmosferze, na przekór upartej zimie, która nie chce odejść. A wielkanocny zajączek niech Wam przyniesie dużo smacznych, kolorowych pisanek, oraz prezentów, które Was zaskoczą i ucieszą!

Mój zajączek w tym roku nieco się pośpieszył, i dzięki temu wczoraj w naszym domu zjawiła się nowa lokatorka, mała, śliczna koteczka, czarna niczym węgielek. Znalazłam ją na ulicy, bez wątpienia błąkała się od dłuższego czasu, bo była brudna i wychudzona. Jest bardzo ufna, i ma wszystkie dobre maniery domowego kota. Myślę że będziemy miały z niej dużo radości!

Wszystkich zaprzyjaźnionych blogerów zapraszam też do przeczytania poprzedniego posta!

Liebster Blog Avard X 2

Jak widać łańcuszek blogowych wyróżnień ma się dobrze i  zabawa dalej trwa w najlepsze! Ja również otrzymałam  zaproszenia  od dwóch blogerek, które zresztą bardzo mnie zaskoczyły, gdyż jedną  http://polkanakresach.blogspot.com/   poznałam niedawno a drugą http://zapachsztuki.blogspot.com/ dopiero przy tej okazji. Podobne zaproszenie otrzymałam w grudniu od Fidrygauki http://szeptywmetrze.blox.pl  jednak wtedy zaangażowałam się jako wolontariuszka "Szlachetnej paczki" i szczerze mówiąc, był to moment, kiedy moje myśli biegły w innym kierunku....Oczywiście  jest to  bardzo miłe wyróżnienie, więc  bardzo za nie dziękuję! Tym razem postanowiłam, że  wezmę udział w zabawie, i odpowiem na zadane pytania, gdyż jak sądzę, jest to dobra okazja żeby się nieco lepiej poznać.

 Pytania od Lui M. http://polkanakresach.blogspot.com/

1. Od jak dawna blogujesz?

Zaczęłam blogować na Bloxie, 5 kwietnia 2010 roku, pod tym samym tytułem a w ubiegłym roku przeniosłam się na Bloggera, gdzie zamieszczam nowe wpisy i przenoszę te stare, poprawione i nieco uaktualnione. W sumie daje to trzy lata a co ciekawe to moje" najmłodsze dziecko" ma urodziny w tym samym dniu co moja córka, Marta.


2. Dlaczego zacząłeś/zaczęłaś prowadzić bloga?

Po dziesięcioletnim pobycie we Włoszech zostało mi mnóstwo zdjęć i wspomnień z odwiedzonych miejsc. Chciałabym się tym podzielić z innymi osobami, oraz zostawić mojej rodzinie jakiś ślad po tej części mojego życia, która  minęła z dala od nich. Oprócz tego jest jeszcze jeden ważny powód: chciałabym pokazać innym osobom, które podobnie jak ja z jakiegoś powodu znalazły się "na zakręcie", że w większości z nas drzemie siła podpowiadająca nam jak się w tej sytuacji  odnaleźć, trzeba tylko nadstawić ucha i posłuchać jej cichego głosiku...


3. Kto jest Twoim autorytetem? 

Szczerze mówiąc, nie posiadam takowych i dobrze mi z tym. Moim mottem są słowa z piosenki Bułata Okudżawy  "... a przecież mi żal, że nad naszym zwycięstwem niejednym, górują cokoły, na których nie stoi już nikt.." .To bardzo gorzkie, lecz i bardzo prawdziwe  słowa.


4. Podaj tytuł filmu, który byś polecił/poleciła.

Moje dwa ukochane filmy to "Łowca androidów" Ridley'a Scotta i "Barry Lyndon" Stanley'a Kubricka.Obydwa mówią o życiu i ludzkiej naturze to, co sama chciałabym powiedzieć, gdybym była wybitnym reżyserem.


5. Ostatnio przeczytana książka to...

Właśnie kończę  "Krzyżowców" Zofii Kossak, których czytałam dawno temu jako bardzo młoda osoba.


6. Wymarzone wakacje - gdzie?

Chciałaby jeszcze raz odwiedzić południe Europy, greckie wyspy, Włochy, Francję i Hiszpanię, ruszyć na nieśpieszną włóczęgę, jak to robiono w XIX wieku.


7. Wyjazdy i zwiedzanie zorganizowane czy na własną rękę?

Raczej na własną rękę.


8. Kim chciałeś/chciałaś zostać będąc dzieckiem? 

  Historykiem sztuki.


9. Co zawsze poprawia Ci humor?

Kiedy jestem wyspana, jest ładna pogoda a ja mam coś istotnego do zrobienia, co jednak nie przyprawia mnie o stres z powodu braku czasu czy stopnia trudności.


10. Boże Narodzenie czy Wielkanoc?

Tu przypomina mi się Stanisławski ze swoim felietonami " O wyższości świąt..." nie ma wyboru, gdyż są zupełnie inne.


11. Wielkanoc kojarzy mi się z...? 

Topniejącym śniegiem, baziami i kolorem żółtym.



 A to moje odpowiedzi na pytania, które zadała 
 IVNA http://zapachsztuki.blogspot.com/


1.Wakacje na wsi czy w mieście?


W zależności od potrzeb, pół na pół, miasto ma swoje uroki a wieś swoje.

2.Muzyka jest po to by ....?

 Dostarczać mi dobrych emocji.

3.Pora dnia najlepsza na porządki?


Żadna...ale jeśli już, to do południa.

4.Przepis na ciasto, które zawsze wychodzi?


Mam taki, to świetny przepis na ciasto biszkoptowe, które można dowolnie wzbogacać. Zainteresowanym osobom mogę go przesłać mailem.

5.Najlepsze i najtańsze biuro podróży?


Nie mam pojęcia, nigdy z nich nie korzystam.

6.Hipiska, femme fatale, bizneswoman w białym kołnierzyku?


Tramp w dni powszednie, na nieco bardziej oficjalne okazje styl  rodem "z angielskiej wioski" czyli sztruks i tweed a do tego jedwabna bluzka i perły, a na takie naprawdę duuuże, femme fatale.

7.Ilość obrazów w domu ( chodzi mi o obrazy olejne, akrylowe, akwarele itp.)?


Pięć.

8.Przepis na domowe SPA?


Dłuuuuga kąpiel z dodatkiem relaksującej soli, z maseczką na twarzy, i książką w ręku.


9.Teren prywatny to ...?

Przestrzeń, której staram się nie naruszać.

10.Co nosiłabyś najchętniej na koszulce?


Chiński ideogram kota.

11.Sposób na porządek w szafie i papierach?


Nie posiadam....


----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Wymyślanie inteligentnych a przy tym niezbyt wścibskich pytań nie jest prostą rzeczą, tym bardziej, że wiele z nich już padło, mimo to, postaram się najlepiej, jak potrafię.

1.Pies czy kot? (Proszę o uzasadnienie wyboru).

2. Jakie życie preferujesz, aktywne czy kanapowe?

3.Ulubiony gatunek książki, filmu i muzyki?

4. Morze czy góry?

5. Ulubiony styl w architekturze i sztuce (również proszę o parę słów uzasadnienia).

6.Czy jest kraj poza Polską gdzie chciałabyś/chciałbyś zamieszkać na stałe i dlaczego?

7.Pytanie w dwóch wariantach:

a (dla pań)  Lakier na paznokciach czerwony, czy  naturalny?
b (da panów) Motocykl czy samochód?

8. Czy jest w twoim życiu moment, o którym myślisz, że gdyby się nie przydarzył, to wyglądałoby ono zupełnie inaczej?

9.Czy w dzieciństwie lub młodości miałaś/miałeś bohatera literackiego, z którym się utożsamiałaś/utożsamiałeś ? (Tu również prosiłabym o parę słów o motywach tej fascynacji)

10. Czy uważasz że wysiłek bez nagrody jest marnowaniem energii?

11.Czy w Twoim życiu miały miejsce dziwne przypadki,  których nie można racjonalnie wytłumaczyć? (Jeśli ktoś będzie miał ochotę, może tu zamieścić tę historię) 

A teraz pora przejść do najważniejszej części, czyli do nominacji.

NINIEJSZYM  OŚWIADCZAM, że nominację ode mnie mają wszyscy blogerzy, których do tej pory umieściłam w pasku po prawej stronie na "Mojej liście blogów". 

Wszystkich lubię i cenię za to, co piszą, za ciekawe przemyślenia, interesujące relacje, i wspaniałe zdjęcia. Staram się  wszystkie te blogi czytać regularnie, bo dają mi okazję do własnych refleksji lub poznania innych zakątków świata, więc przykro by mi było kogoś wyróżnić a kogoś innego pominąć. Poza tym, wiele osób z różnych powodów nie chce lub nie może uczestniczyć w tej zabawie, natomiast inni, być może, chętnie skorzystaliby z okazji...W związku z tym, każdego z moich ulubionych autorów  proszę i  o umieszczenie banerka  z wyróżnieniem otrzymanym ode mnie na swoim blogu i (ewentualnie) napisanie posta z odpowiedziami na zadane pytania, oraz zamieszczenie własnej listy pytań. 

sobota, 23 marca 2013

Piemont. Cannobio, Orrido di Sant' Anna.


CanobbioW mojej "turystycznej karierze" przeżyłam wiele miłych niespodzianek, lecz jak to zwykle bywa w życiu, nie brakowało również niezbyt przyjemnych zaskoczeń i uczucia niedosytu. Bardzo często zdarzyło mi się, że jakieś zdjęcie, fragment filmu, lub nazwa gdzieś zasłyszana, poruszyły moją wyobraźnię do tego stopnia, że myślałam - "prędzej czy później, muszę to zobaczyć". Z różnych względów odkładałam te projekty w czasie, lecz mimo wszystko przychodził dzień, kiedy mówiłam sobie, iż jest to dobry moment na realizację któregoś z tych długo piastowanych zamierzeń. Jedną z takich "idee fixe" było zobaczenie Orrido di Sant' Anna w  Cannobio, małej miejscowości leżącej nad Lago Maggiore, tuż przy granicy ze Szwajcarią, gdzie z alpejskich zboczy spływa  do jeziora potok noszący tę samą nazwę co miasteczko. Idąc jego brzegiem w głąb gór, w odległości niespełna czterech kilometrów od Cannobio dotrzemy do miejsca, gdzie znajdują się dwa mosty leżące tuż obok siebie, i niewielki kościóCanobbiołek pod wezwaniem Świętej Anny.
Za nimi zaczyna się skalisty wąwóz, zwany po włosku "orrido". Pewnego razu, przeglądając album o Lago Maggiore i jego okolicy, trafiłam na piękne zdjęcie tego wąwozu, przedstawiające ogromne głazy doskonale wygładzone przez wodę, leżące w łożysku potoku. W głębi, poza nimi widniał malutki, malowniczy kościółek. Zafascynowało mnie to miejsce, lecz ponieważ Limbiate i Cannobio dzieli dość znaczna odległość, z reguły skłaniałam się do realizacji mniej skomplikowanych projektów.  Kiedy uzyskałam stały dostęp do internetu mój świat skurczył się nieco, ponieważ nareszcie bez większych trudności mogłam studiować rozkłady jazdy i wybierać najlepsze połączenia, co znacznie zwiększyło moją mobilność, i pozwoliło mi dotrzeć do wielu miejsc bez zbytniej straty czasu, oraz nadkładania drogi. W ten sposób udało mi się ustalić korzystną marszrutę do Cannobio, i pewnego ranka,  po zakończeniu nocnego dyżuru, wyruszyłam w drogę do tego wymarzonego miejsca. Mimo nieprzespanej nocy czułam się dość dobrze, oprócz tego czekały mnie prawie trzy godziny jazdy, więc miałam nadzieję, iż uda mi się zdrzemnąć w pociągu lub autobusie. Pociągiem dojechałam do Laveno na lombardzkim brzegu Lago Maggiore i po przeprawie promem na brzeg piemoncki wsiadłam do autobusu jadącego w stronę granicy ze Szwajcarią. Okazało się, że Cannobio to miasteczko gdzie na ulicy bardzo często słyszy się nie tylko język włoski, lecz również  niemiecki.

CanobbioMimo to, bez większych problemów dopytałam się o dalszą drogę i ruszyłam w stronę gór. Pogoda była średnia, a słońce gdzieś wysoko pracowicie usiłowało przebić się przez cienką warstwę chmur. Osobiście nie przepadam za taką aurą, powietrze jest wtedy ciepłe i wilgotne, co daje efekt sauny i działa "antyenergetycznie". Z nadzieją, że niebo jednak się rozpogodzi, szłam przed siebie drogą wśród lasu, a w wąwozie po prawej stronie towarzyszył mi szumiący potok. Wreszcie pośród drzew zobaczyłam szarą wieżę znaną mi ze zdjęcia i po chwili droga zaprowadziła  mnie na niewielki most, za którym wznosił się kościół. Dużo sobie obiecywałam po tej wycieczce, gdyż podobno w kościółku są bardzo interesujące freski. Niestety, był on zamknięty, a niewielkie  okienko mimo iż otwarte, zakryto siatką tak gęstą, że  we wnętrzu nic nie można było dojrzeć. I tu muszę wyrazić moje głębokie rozczarowanie! Cannobio bardzo reklamuje atrakcję, jaką jest wąwóz i stojąca nad jego brzegiem świątynia. Ta reklama  najwidoczniej przynosi wymierne efekty, gdyż oprócz mnie było tam  sporo ludzi; kilka rodzin z dziećmi (słyszałam język niemiecki, francuski i angielski) spora grupa młodych osób i szkolna wycieczka. Zdawać by się mogło, iż w Canobbiotej sytuacji należałoby znaleźć człowieka, który mógłby udostępnić kościół zwiedzającym, tym bardziej, że prowadzi tam wygodna droga jezdna, i kustosz nie miałby najmniejszego problemu z dotarciem na miejsce. Przyszli mi na myśl wolontariusze opiekujący się położonymi wysoko w górach romańskimi bazylikami San Pietro link, czy San Benedetto, gdzie jedynym środkiem lokomocji są własne nogi, i myślę, że mieszkańcy Cannobio mogliby się od nich wiele nauczyć! Samo orrido jak się okazało również bardzo zazdrośnie strzeże swych wdzięków, gdyż wąwóz jest praktycznie niedostępny i widać zaledwie jego początek. Jak już wspomniałam, tuż obok kościoła znajdują się dwa wysokie mosty; jeden współczesny, stylem naśladujący ten drugi, liczący sobie kilkaset lat, na który nie wolno wchodzić z przyczyn technicznych. Za mostami zaczyna się głęboki, skalisty wąwóz, leżący pośród zalesionych górskich stoków, a nieco dalej, za kościołem, jest niewielka restauracja z pięknie położonym tarasem. Mimo że wywieszka głosiła iż nie nadeszła jeszcze godzina otwarcia, sympatyczni kelnerzy nie mieli nic przeciwko  temu abym tam weszła, i zrobiła parę zdjęć tej części wąwozu, która jest niewidoczna z mostu.
                                                       
CanobbioJednak mimo wszystko pozostało mi przykre uczucie niedosytu, gdyż sądzę, że widok jaki miałam przed sobą to zaledwie zapowiedź tego, który był niedostępny moim oczom. Podobno nie ma  żadnej możliwości aby przeciętny turysta mógł zapuścić się w głąb wąwozu, ponieważ teren jest niebezpieczny i nie ma żadnej oznakowanej ścieżki wzdłuż jego krawędzi. W związku z tym, pozostało mi zejście na brzeg rzeki, gdzie w jej kamienistym zakolu buszowały cudzoziemskie rodziny z dziećmi. Dzieciaki hasały po kamieniach, niektóre tylko w koszulkach, a inne gołe, jak je Pan Bóg stworzył. Tu zobaczyłam ogromne głazy, które kiedyś  tak mnie zafascynowały na zdjęciu. Okazało się, że istotnie są imponującej wielkości, a rzeka, bardzo głęboka w okolicy mostu, tu jest płyciutka, lecz dość rwąca, i tworzy na kamieniach małe kaskady. Wreszcie pokazało się słońce i zrobiło się bardzo ciepło, więc przysiadłam na jednym z głazów i oddałam kontemplacji. Zmęczenie po nieprzespanej nocy zaczęło mi się dawać we znaki i być może zapadłabym w sen, gdyby nie fakt, iż w wodzie niedaleko brzegu zobaczyłam niewielki kształt, który początkowo wzięłam za patyk. Nie zwróciłabyCanobbiom na niego uwagi gdyby nie niemieckojęzyczny tata dwojga maluchów, który bacznie go obserwował, a po chwili zaczął mu robić zdjęcia. Kiedy się zbliżyłam, dostrzegłam, że jest to ni mniej, ni więcej, tylko mały  wąż, który chyba niezadowolony z sensacji, jaką wzbudził, oddalił się po chwili płynąc w poprzek nurtu. Prawdopodobnie był nieszkodliwy sądząc po białych plamach na bokach głowy, ale mimo to, jego obecność popsuła mi humor na tyle, że powzięłam decyzję o powrocie do miasteczka. Szczerze mówiąc, po zamkniętym kościele i częściowo widocznym wąwozie, obecność węża była ostatnią kroplą, która przelała czarę goryczy. Od zawsze mam ogromny lęk przed wężami, i struchlałam na samą myśl o tym, że siedząc na kamieniu mogłabym raptem ujrzeć jakiegoś gada nieopodal mojej nogi.

Biorąc rzecz obiektywnie nie miałam powodu do narzekania, okolica wąwozu jest piękna, pogoda również mi dopisała, więc chyba po prostu moje oczekiwania i wyobraźnia nieco przerosły rzeczywistość. Rozczarowanie to nieco się zmniejszyło gdy wróciłam do miasteczka, i w czasie dzielącym mnie od odjazdu autobusu udałam się nad jezioro. Okazało się, że Cannobio ma bardzo ładnie zagospodarowane nabrzeże, do którego przylega rząd pięknych, stylowych kamieniczek. Żałowałam, że ze względu na znaczną odległość od domu nie mogę jechać późniejszym autobusem. "W locie" zrobiłam jeszcze kilka zdjęć, i z mieszanymi uczuciami ruszyłam w drogę powrotną...


Jak zwykle zapraszam do obejrzenia innych zdjęć które są w albumie w Googlach+


 i na Picasie >

środa, 20 marca 2013

Piemont. Jedna góra, dwa światy, czyli Monte Mottarone.


W poprzednim poście (link) pisałam o zadziwiających skałkach, jakie przez przypadek odkryłam na Monte Mottarone, wspominałam też, że byłam tam kilka lat wcześniej. 
O ile mnie pamięć nie myli, była to chyba jedna z moich pierwszych górskich wycieczek... Odwiedziłam wtedy Stresę, gdzie w biurze informacji turystycznej zobaczyłam piękne zdjęcie Lago Maggiore zrobione z  wagonika kolejki linowej, którą można wjechać na szczyt tej góry. Postanowiłam sprawić sobie  przyjemność i też spojrzeć na świat "z lotu ptaka". Było to bardzo piękne przeżycie i przyniosło mi niezapomniane wrażenia, gdyż widok na Zatokę Boromeuszy swoją urodą rzeczywiście zapiera dech w piersiach . Po przybyciu na miejsce, wraz z innymi turystami ruszyłam przed siebie  w stronę krzyża widniejącego na szczycie góry. Wtedy po raz pierwszy we Włoszech  zetknęłam się  z obyczajem (bardzo popularnym również w Polsce, i nie tylko), polegającym na wnoszeniu na górę kamienia i dokładanie go do usypanego tam  kopczyka. Skojarzyło mi się to z tybetańskimi czortenami, jednak tu chyba był to raczej symboliczny gest "podwyższania góry" i swego rodzaju zadośćuczynienie za jej "zadeptywanie". Wtedy również i ja wniosłam mój kamień, a w przyszłości wielokrotnie na innych szczytach też je dokładałam do już istniejącego kopca; czasem budowałam go od podstaw, mając przy tym miłe poczucie  wspólnoty z innymi górskimi łazikami. Może jest to czynność zbędna i nic nie znacząca, jednak widząc takie ułożone odłamki skał siłą rzeczy myśli się o  ludziach, którzy byli w tym samym miejscu przed nami. Moja pierwsza wizyta na Monte Mottarone nie trwała długo, gdyż słońce chyliło się ku zachodowi i należało pomyśleć o powrocie do domu. Jednak od tej pory co jakiś czas wracałam wspomnieniami do tego dnia i planowałam  powrót w tamte strony, tym bardziej, że na stoku góry jest interesujący alpejski ogród botaniczny, którego wtedy nie zobaczyłam. 

Pisałam już, jak doszło do mojej drugiej wycieczki, więc dodam tylko, że znowu z radością patrzyłam na pejzaż roztaczający się przede mną w miarę jak wagonik kolejki unosił mnie w górę. Tym razem zrobiłam  sporo zdjęć jeziora i wysepek w zatoce, które z tej wysokości wyglądały wprost czarodziejsko. O ile na dole była już wiosna w całej krasie, to na szczycie góry dopiero zaczynało się przedwiośnie. W niektórych miejscach leżały jeszcze łachy śniegu, a pierwsze  kwiaty nieśmiało wyglądały z zeschłej zeszłorocznej trawy. Jednak to co mnie zaskoczyło, to nie przyroda, lecz zmiany wprowadzone ręką ludzką...nie tylko powstał tu nowy wyciąg krzesełkowy; obok niego zobaczyłam długi i pokrętny tor dla bobslejów na kółkach, a na samym szczycie kilka wielkich anten. Pamiątkowy  krzyż niegdyś niepodzielnie górujący nad  wzniesieniem, wyglądał  obok tych znamion cywilizacji dziwnie, niczym uczestnik balu maskowego pośród przechodniów śpieszących do codziennych zajęć. Miałam wrażenie, że wokoło panuje nieopisany chaos, wszystkie te nowości, mimo iż funkcjonujące, chyba były w dalszym ciągu były w budowie, teren nie został jeszcze do końca zagospodarowany, a do tego na narciarskich trasach zjazdowych pozostały po zimie całe kilometry niebieskiej  i zielonej wykładziny. W tym zabałaganionym otoczeniu maleńki kościółek poświęcony Matce Boskiej Śnieżnej wyglądał równie nie na swoim miejscu, co krzyż na szczycie. Nieco dalej powstał nowy hotel, restauracje i sztuczne oczko wodne, ich otoczenie również wyglądało na nieuporządkowane, zaś architektura sprawiła na mnie wrażenie niezupełnie przystającej do okolicznego pejzażu. Widok tych innowacji zazgrzytał mi niczym piasek w zębach, gdyż miałam wrażenie, że wpuszczono tam kilku inwestorów, którzy robią co im się żywnie podoba, nie dbając ani trochę o zachowanie dotychczasowego charakteru tego miejsca. Miałam okazję oglądać stare zdjęcia tej góry, na których widać dziś już nieistniejący hotel Giulielmina  (spłonął doszczętnie w 1943 roku) oraz inne zabudowania, w tym stacyjkę kolejki zębatej, zlikwidowanej w 1963 roku. Nie mogłam się pozbyć wrażenia, że ongiś wszystko to nieco lepiej harmonizowało z okolicą i tworzyło bardziej przyjazne środowisko. Być może, z biegiem czasu również te nowo powstałe obiekty nabiorą nieco patyny i pomału wtopią się w krajobraz...

W sumie byłam mocno zdegustowana, bo o ile można zrozumieć chęć odtworzenia  w tym miejscu  prężnego ośrodka sportów zimowych, to wielka ilość anten i ogólny rozgardiasz, spowodowały, że miałam ochotę uciekać stamtąd jak najprędzej. Dlatego też poszłam ścieżką wiodącą w przeciwną stronę, a ona doprowadziła mnie do skałek, o których pisałam kilka dni temu. Pogoda także nieco mnie rozczarowała, gdyż mimo wiejącego wiatru  pojawiła się foschia, co niestety spowodowało znaczne ograniczenie widoczności. Piszę niestety, ponieważ dużo sobie obiecywałam w tym względzie, i jechałam tam z nadzieją, że uda mi się zrobić parę  interesujących zdjęć, ponieważ przy dobrej pogodzie ze szczytu Monte Mottarone widać jak na dłoni piękny masyw Monte Rosa, której ośnieżony wierzchołek góruje nad okolicą. Tego dnia jej kontury zacierał wilgotny opar, więc mój fotograficzny zamysł spalił na panewce. To rozczarowanie nieco mi osłodziło odkrycie "skamieniałych zwierzaków"  którym poświęciłam sporo czasu, gdyż miałam  dziwne wrażenie, że znalazłam się w miejscu naprawdę niezwykłym, a do tego promieniującym  pozytywną energią. W związku z tym, nie spieszyłam się z powrotem, tym bardziej, że mimo wszystko miałam co podziwiać. Jak już wspominałam, wschodni stok Monte Mottarone leży tuż nad wodami Lago Maggiore, natomiast z jej południowo -zachodniej części widać długie i wąskie jezioro Orta, o którym pisałam tutaj, z maleńką wysepką San Giulio link. Mimo kiepskich warunków do fotografowania widok na okolicę także był nie do pogardzenia, gdyż przesycona światłem  foschia sprawiała, że okoliczne szczyty tonęły w rozedrganej, delikatnej poświacie i wyglądały niczym zjawiskowa fatamorgana. Jednak wiele bym dała, żeby pogoda była taka, jak podczas mojej wyprawy na Sasso di Ferro, o której napiszę niebawem...

Ponieważ miałam zamiar zwiedzić także alpejski ogród botaniczny, chcąc, nie chcąc, ruszyłam w drogę powrotną. Wstąpiłam jeszcze do kościółka pod wezwaniem  Matki Boskiej Śnieżnej (Madonna della Neve) który nie jest szczególnie wiekowy (liczy sobie ok.100 lat) lecz pięknie nawiązuje do lokalnej architektury sakralnej. W środku wprawiły mnie w zachwyt dwie figury klęczących aniołów wykonane z  majoliki w jaskrawych kolorach, zauważyłam też, że przybyło tam kilka współczesnych obrazów przedstawiających  epizody z życia Marii. Nieopodal drzwi wyłożono projekt z którego wynikało, że mają powstać następne płótna, a całość finansuje lokalna społeczność. W tym miejscu chciałabym zrobić małą dygresję; żyjąc we Włoszech  przez wiele lat i będąc "Włoszką z adopcji" jak mnie nazywali moi przyjaciele,  naturalną koleją rzeczy czułam się częścią włoskiego społeczeństwa, niezależnie od tego, że zawsze moim najgorętszym pragnieniem był  powrót w domowe pielesze. Polska  była i będzie moją najukochańszą Ojczyzną, jednak dziesięć lat życia to szmat czasu, a w tym okresie spotkało mnie wiele rzeczy dobrych i pięknych, poznałam wspaniałych, życzliwych ludzi oraz  kraj o niepowtarzalnej historii i kulturze. W ciągu tych lat pełnymi garściami czerpałam z tego, co najlepsze, więc miałabym się za niewdzięcznicę, gdybym nie poczuwała się do obowiązku wspierania przedsięwzięć tego rodzaju. Oczywiście, nie raz utyskiwałam z różnych powodów na rzeczy, które mnie denerwowały, lecz nieodmiennie podziwiałam to, co było tego warte; miłość do ziemi gdzie się wyrosło, poczucie społecznej więzi i szacunek dla  lokalnej tradycji. Dlatego też nigdy nie żałowałam kilku euro na inicjatywy tego typu, z poczuciem satysfakcji, że również ja, osoba z odległego kraju, dołożyłam do nich  małą cegiełkę, a kiedy odjadę na zawsze to jednak coś po mnie tam pozostanie...
W kościółku moją uwagę zwróciły liczne mosiężne tabliczki przykręcone do pulpitów ławek, gdzie wyryto prośby o modlitwę za dusze zmarłych osób. Wśród nich było również kilku członków rodziny  Borromeo, która od wieków posiadała rozległe tereny w okolicy, w tym również te, leżące na wschodnim stoku góry. Co ciekawe, rozwój turystyki na dobre zapoczątkowała właśnie dobra wola ich właścicieli, którzy udostępnili swoją prywatną drogę dla publicznego ruchu. Dzięki temu w początkach XX wieku Monte Mottarone stało się popularnym i chętnie uczęszczanym miejscem, cieszącym się wielką renomą zarówno ze względu na naturalne walory okolicy, jak i bardzo dobrą bazę do uprawiania sportów letnich oraz zimowych, tym bardziej, że jak już wspominałam, był tu także luksusowy hotel, w którym gościły nawet koronowane głowy.
 Z kościółka wyruszyłam w drogę  powrotną, jednak tym razem nie pojechałam na sam dół,  do Stresy, lecz wysiadłam na stacyjce przesiadkowej  Alpino gdzie znajduje się alpejski ogród botaniczny.

Aby dotrzeć do niego należy przejść jeszcze kawałek drogi piękną aleją pośród wysokich drzew, która prowadzi nas wprost do bramy parku. Tu  ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu okazało się, że dziewczyna sprzedająca wejściówki  również jest Polką! Wdałyśmy się w długą rozmowę i zaczęło się zanosić na to, że czas, jaki przeznaczyłam na zwiedzanie ogrodu spędzę na pogawędce z rodaczką, więc kiedy nadeszło kilku nowych gości nie zwlekając udałam się parkowymi alejkami zgodnie ze wskazaniami mapki dołączonej do biletu. Gardino "Alpinia" ( taką nazwę nosi ów ogród) to przepiękne miejsce, i każdemu kto będzie w tej okolicy mogę je śmiało polecić  jako  warte odwiedzenia. Nie można go porównywać z ogrodami niedalekiej Willi Taranto, gdyż jego charakter i roślinność są zupełnie odmienne. Tu można zobaczyć przede wszystkim gatunki roślin, dla których naturalnym środowiskiem są Alpy i góry Kaukazu. Park zajmuje cztery hektary powierzchni i leży na wysokości 800 m n.p.m. a to położenie sprawia, że  często jest  nazywany "naturalnym balkonem". Istotnie, kiedy usiądziemy na ławeczce nieopodal ogrodowego pawilonu krytego łupkiem, roztocza się przed nami widok  na jezioro i góry, który sprawia, że chciałoby się tam siedzieć godzinami,  bez końca podziwiać pejzaż i wdychać zapachy kwiatów. Jak wspominałam był właśnie początek wiosny, i upały jeszcze nie zdążyły zwarzyć świeżej zieleni rozwijających się liści, a wiatr jak dotąd oszczędził delikatne kwiaty tarniny o słodko - gorzkim zapachu. Po nieprzespanej nocy i spacerze po szczycie góry gdzie jeszcze było widać ślady odchodzącej zimy, miałam wrażenie że śnię, lub że przeniosłam się do zupełnie innego świata.

Szczerze mówiąc, nie miałam siły aby ruszyć na zwiedzanie innych zakątków ogrodu, więc zadowoliłam się jego "widokiem ogólnym" tym bardziej, że pawilon przed którym siedziałam, znajduje się w jego najwyższej części, a pozostała rozciąga się poniżej. Ponieważ tym razem słońce miałam za plecami, widoczność była nieco lepsza i przed sobą mogłam zobaczyć wiele znajomych alpejskich szczytów, zaś rozpoznanie pozostałych ułatwiały mi tablice z panoramicznymi zdjęciami opatrzonymi stosownymi napisami. Oczywiście, równie pięknie przedstawiało się jezioro z masywem Sasso di Ferro widocznym na przeciwległym brzegu, i wysepkami Boromejskimi na pierwszym planie. Wyglądały one niczym śliczne miniaturki, lecz mimo znacznej odległości można było dostrzec poszczególne domki na Wyspie Rybaków i  tarasy ogrodu na Isola Bella. Jednak nawet najpiękniejsza wycieczka kiedyś się kończy, więc należało pomyśleć o powrocie do domu. Kiedy wsiadłam w pociągu znowu ogarnęło mnie uczucie, że mam za sobą dzień pełen wrażeń tak różnych, że aż nierzeczywisty. Od skamieniałego świata na szczycie - do kwitnącego ogrodu na stoku, od przedwiośnia - do wiosny w pełnym rozkwicie, od górskich łańcuchów - do widoku na szafirowe jezioro... Jedna góra, lecz dwa różne światy...

Dodam jeszcze, że Giardino "Alpinia" założono w latach trzydziestych XXwieku (podobnie jak ogrody Willi Taranto, które jednak ostateczny kształt otrzymały dużo później) i aż do upadku Mussoliniego nosiły na jego cześć nazwę "Dux".

Jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć więcej zdjęć zapraszam do kliknięcia w jeden z linków poniżej
 w Google+
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5856314228217329201

https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5856316143359496001?authkey=CKG1nd3lkaituwE
 lub Picasa
https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/MonteMottarone02

https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/StresaGiardinoAlpino?authkey=Gv1sRgCKG1nd3lkaituwE

Mam też małą prośbę do ewentualnych czytelników aby napisali w komentarzach z jakimi nazwami kopców kamieni mieli okazję się zetknąć? Wiem, że najczęściej mówi się o nich jako o "cairn" lub "czortenach", czy ktoś zna jeszcze jakąś inną?

piątek, 15 marca 2013

Piemont. Stresa - "skamieniałe zwierzaki" na Monte Mottarone.


Monte Mottarone
Kiedy w 2011 roku podjęłam decyzję o zakończeniu pracy we Włoszech i definitywnym powrocie do domu, była to dla mnie ogromna radość, lecz również  powód do tego, aby ostatnie miesiące wykorzystać jak najlepiej i zobaczyć miejsca, które mnie interesowały, a gdzie dotychczas jeszcze nie dotarłam. Postanowiłam, że nie przepuszczę żadnej ku temu okazji, nawet kosztem wypoczynku. Zresztą to, co mi się najbardziej dawało we znaki, to nie zmęczenie fizyczne, lecz stres związany z wyczerpującą pracą i oddaleniem od Polski oraz mojej rodziny, a  owe wyprawy zawsze były najlepszym lekarstwem na takie problemy. Dlatego też, pewnego kwietniowego dnia korzystając z dobrej pogody postanowiłam, że po nocnym dyżurze nie pójdę spać lecz wybiorę się "w plener".

Monte Mottarone Przez kilka kolejnych dni  było bardzo ciepło, a przejrzyste powietrze pozwalało dostrzec na horyzoncie łańcuchy Alp pokryte śniegiem. Niestety, miałam wtedy cztery nocne dyżury pod rząd, więc musiałam je odsypiać w dzień aby przed wieczorem odzyskać formę do przetrwania następnej bezsennej nocy, a tu jak na złość, zapowiadano,  że za kilka dni pogoda zmieni się na gorsze! W związku z tym, chcąc wykorzystać odpowiedni moment, na ostatni z nich wybrałam się z moim wycieczkowym ekwipunkiem, i prosto z pracy pojechałam do Mediolanu, a następnie do Stresy nad Lago Maggiore. Leży ona pomiędzy brzegiem jeziora i łańcuchem  niewysokich gór, a na jedną z nich, nosząca nazwę Monte Mottarone można wjechać kolejką linową. Byłam tam kilka  lat temu, lecz miałam ochotę znów stanąć na jej  szczycie, skąd roztacza się przepiękny widok na okoliczne jeziora i  alpejskie wzniesienia. Mimo iż Monte Mottarone ma jedynie 1300 m, jedzie się tam w trzech etapach. Pierwszy i drugi obsługuje kolejka gondolowa, a trzeci - wyciąg krzesełkowy.  Kiedy dotarłam na górę przeżyłam prawdziwy szok, gdyż okolica zmieniła się  nie do poznania. W czasie, który minął od mojego poprzedniego pobytu,  powstał  tam ośrodek sportów zimowych, restauracje, hotel i wyciągi narciarskie, a do tego ustawiono kilka  potężnych anten Monte Mottarone przekaźnikowych. Nie mogę powiedzieć że mnie to wprawiło w zachwyt, więc postanowiłam oddalić się jak najszybciej w kierunku przeciwnym do tego, z którego przybyłam. Nieco poniżej szczytu dostrzegłam ścieżkę prowadzącą po wydłużonym grzbiecie góry, z grupą skał na końcu, więc nie zwlekając, ruszyłam w drogę. Odległość do przebycia była większa niż sądziłam, lecz nie miałam powodów do narzekania, ponieważ szło mi się bardzo przyjemnie. Mimo silnie wiejącego wiatru było cieplutko, a ja  bardzo lubię taką wietrzną pogodę. Kiedy doszłam na miejsce natychmiast przypomniał mi się "Piknik pod Wiszącą Skałą", film, który oglądałam wiele lat temu. Skałki okazały się  bardziej okazałe niż przypuszczałam widząc je z daleka, i były pogrupowane w dość zaskakujący sposób, na tej górze o łagodnych, trawiastych zboczach. Z bliska zobaczyłam  też, że od zachodniej strony  jest ona o wiele bardziej stroma i pełna urwisk, więc nie zdziwiła mnie tabliczka informująca, iż jest to teren ćwiczeń szkółki wspinaczki skałkowej. Grzbiet kończył się ogromnym,  płaskim głazem, którego rozmiarów nie byłam  w stanie ocenić, ponieważ stałam na jego szczycie, a nie mając żadnej  asekuracji nie chciałam ryzykować podchodzenia do krawędzi, żeby spojrzeć w dół. Za to mogłam do woli cieszyć oczy widokiem leżącego u stóp góry jeziora Orta, z ośnieżonymi Alpami w tle. Rozglądając się wokół zauważyłam, że okoliczne skały mają bardzo dziwne, wręcz zwierzęce kształty, więc postanowiłam pochodzić wśród nich i uwiecznić je na zdjęciach.

Monte Mottarone

Patrząc na ten wytwór przyrody miałam nieodparte wrażenie, że widzę ogromnego węża pełznącego po zboczu.

Monte Mottarone






To wygląda niczym głowa węża,

Monte Mottarone

a to, niczym  głowa rekina lub jaszczura leżącego brzuchem do góry...

Monte Mottarone




                                                                                                                                               
Monte Mottarone














Ta skałka według mnie przypomina łeb jakiegoś wielkiego zwierzęcia zakleszczonego między skałami, które wyje "pod niebiosa" wzywając pomocy.

Monte Mottarone





A ta głowę małpki.

Monte Mottarone











Tu ktoś czy coś pełznie, być może to dinozaur?

Monte Mottarone

















Głowa dinozaura z bliska.

Monte Mottarone











A to chyba potłuczone jajo dinozaura...

Monte Mottarone









Tu jeszcze jeden  tajemniczy płaz, a do tego uśmiechnięty!

Montye Mottarone











Czyja nóżka mogła zostawić ten ślad?

Monte Mottarone












To wielka   skała na końcu górskiego grzbietu, o której pisałam poprzednio. Czy nie macie wrażenia, że te ślady mogli zostawić przedstawiciele pozaziemskiej cywilizacji?

Monte Mottarone















Ta skałka przypomina mi ogromny kamienny Big Mac,

Monte Mottarone



















a ta, księżniczkę zaklętą w kamienną ropuchę...


Mam nadzieję że te moje "odkrycia " spodobają się oglądającym. Niestety, część zdjęć robiłam pod słońce więc ich jakość  nie jest najlepsza, ale tylko w ten sposób było widać podobieństwa, które chciałam pokazać. Niestety, pogoda nie była już tak fantastyczna jak jeszcze poprzedniego dnia, widoczność znacznie się pogorszyła, i mimo wiatru welon foschii spowijał dalszą okolicę, co wyraźnie widać na zdjęciach. Mimo to, jak zwykle zapraszam  do Googli + i na Picasę, gdzie jest ich więcej >

https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5594976483184271857?banner=pwa

https://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/SkamieniaEZwierzakiNaMonteMottarone#

czwartek, 7 marca 2013

Piemont. Verbania, Willa Taranto, czyli spełnione marzenie Kapitana.


Ogrody willi Taranto to  ogród botaniczny zaliczany do najpiękniejszych na świecie, i jedna z największych atrakcji w obrębie Lago Maggiore. Cieszy się  swoją zasłużoną sławą zarówno wśród turystów, jak i  naukowców, którzy przybywają tu nie tylko z całej Europy, ale również z innych, pozaeuropejskich krajów.
Willa TarantoCo ciekawe, jego powstanie nie jest  zasługą społecznego wysiłku, lecz wynikiem pasji pojedynczego człowieka. Był nim  Neil Boyd Mc Eacharn, którego za życia nazywano po prostu Kapitanem. Urodził się w 1884 r  w Szkocji, w bardzo zamożnej rodzinie, należącej do potężnego klanu Mac Donald. Z tego samego klanu wywodził się napoleoński marszałek, Stefan Jakub Józef Aleksander  Macdonald, który z woli cesarza otrzymał tytuł księcia Taranto. Ten sławny przodek Kapitana  przyszedł na świat we Francji, dokąd jego ojciec  Neil McEachen uciekł z powodów politycznych. Wiodło mu się nieszczególnie, więc przyszły dostojnik i filar cesarskiej armii  wychowywał się w bardzo skromnych warunkach, co jak widać nie przeszkodziło mu w karierze. Próbowałam odnaleźć jakieś dane dotyczące stopnia pokrewieństwa Marszałka i Kapitana, lecz wszystko, na co się natknęłam, to przynależność obu rodzin do jednego klanu, oraz podobieństwo nazwisk. Jednak nie wykluczone, ta  więź była silniejsza niż się może dziś wydawać na pierwszy rzut oka...

Rodzina Mc Eacharn  nie mogła narzekać na brak środków do życia, miała bowiem  w swym posiadaniu rozległe tereny w Australii, liczne kopalnie, a także  kompanię żeglugową oraz zamek Galloway w Szkocji otoczony pięknym ogrodem. Podobno to właśnie ten ogród wpłynął na późniejsze zainteresowanie Neila botaniką. Nieco później  matka wybrała się z wraz z nim w podróż do Europy, wtedy młody Neil po raz pierwszy zobaczył Włochy, a to zapoczątkowało  jego zauroczenie tym krajem trwające aż do śmierci. Nie wykluczone, że te dwie okoliczności spowodowały, iż biegiem czasu nie tylko stał się  zapalonym miłośnikiem nauki o roślinach, lecz stworzenie własnego ogrodu botanicznego stało się dla niego celem życia. Na miejsce realizacji swego zamierzenia wybrał właśnie Włochy ze względu na sprzyjający klimat, miał jednak problemy z nabyciem odpowiedniego terenu. Dopiero ogłoszenie w "The Times" przyniosło oczekiwane efekty, gdyż odpowiedziała na nie  markiza Sant'Elia, mająca do sprzedania posiadłość nad Lago Maggiore. W ten sposób w 1930 r Kapitan stał się właścicielem willi i terenu w Verbanii zwanego "La Crocetta".
Willa TarantoJest to istotnie świetne miejsce  pod takie przedsięwzięcie, leżące tuż nad  brzegiem jeziora, na zboczu niezbyt wysokiego wzniesienia, z którego roztacza się przepiękny widok na okolicę. Dzięki pasji nowego właściciela i jego środkom finansowym, na nowo nabytej ziemi zaczął powstawać prawdziwy ogród z marzeń. Kapitan nadał  posiadłości nazwę "Willa Taranto" na cześć swego sławnego przodka, lecz musiał przerwać pracę nad stworzeniem ogrodu gdy wybuchła II Wojna Światowa, został bowiem powołany pod broń i wyruszył do Australii, gdzie była jego macierzysta jednostka. Swoje dzieło zostawił w dobrych rękach zaufanego współpracownika i administratora, adwokata Antonio Cappelletto. Po powrocie z wojny  kontynuował rozpoczęte wcześniej prace, i z uwagi na swe zasługi  w 1963 roku został ogłoszony honorowym obywatelem Verbanii  gdzie się osiedlił na stałe. Niestety, Kapitan krótko cieszył się efektami długoletniej pracy, gdyż  w 1964 roku niespodziewanie zmarł  w swoim wymarzonym ogrodzie...
Dziś, w centralnym punkcie parku wznosi się cokół z popiersiem Kapitana; skromny pomnik człowieka, który zrealizował swoje marzenie dla pożytku publicznego. Z tego co wiem, ogród nadal jest własnością prywatną, lecz został   przekazany w użytkowanie państwu włoskiemu, z zastrzeżeniem, że ma być pielęgnowany i udostępniony  zwiedzającym zgodnie z ideą, jaka przyświecała jego założycielowi.  Po raz pierwszy otwarto go dla publiczności w 1952 roku, jeszcze za życia Kapitana. Obecnie można go zwiedzać po wykupieniu biletu wstępu w okresie od kwietnia do października.Willa Taranto
W parku znajduje się niewielka rotunda, jest to mauzoleum gdzie spoczywają doczesne szczątki Neila Mc Eacharn'a a także jego najbliższego współpracownika i przyjaciela, Antonia Cappelletti, oraz jego rodziny.
Ogród ma charakter parku angielskiego, powierzchnia całkowita
wynosi ponad
szesnaście hektarów a
Willa Tarantona tym terenie rośnie około dwudziestu tysięcy gatunków i odmian roślin pochodzących z całego świata. Mimo że jest tu wiele zakątków o zupełnie odmiennym charakterze, jego forma jest zadziwiająco naturalna i płynna. Ponieważ leży na zboczu wzniesienia, zastosowano tu układ tarasowy, całość jest tak przemyślnie skomponowana, że rośliny  tworzą dla siebie nawzajem piękne tła. Trudno doprawdy opisać wszystkie  uroki tego parku, zresztą aby je w pełni ocenić należałoby go odwiedzić kilka razy do roku, podczas kwitnienia poszczególnych gatunków. Jako pierwsze wczesną wiosną zakwitają tulipany, następnie  kamelie, później azalie, glicynie, róże i dalie tworzące fontanny kwiecia pośród zieleni i wielokolorowe, kwietne dywany.
willa TarantoOczywiście, jest też mnóstwo innych, równie wdzięcznych kwiatów oraz wiele gatunków drzew i krzewów, a także pięknych, i rzadko spotykanych gatunków paproci. Jest też zakątek z nenufarami, oraz cieplarnia, gdzie rosną rośliny noszące nazwę Wiktoria Cruziana o pływających liściach niemal dwumetrowej średnicy. Nieco na uboczu, w pobliżu bambusowego zagajnika, znajduje się pawilon z roślinami owadożernymi, które są umieszczone w specjalnych  klatkach z siatki o niewielkich oczkach. Sam budynek willi jest niedostępny dla zwiedzających, bowiem znajdują się w nim biura Prefektury Prowincji. Jego architektura, typowa raczej dla krajów Północnej Europy, została nieco zeszpecona przybudówką czy też werandą, która razi oko nowoczesnym wyglądem okien nie pasujących do elewacji. 
willa TarantoNatomiast to co mnie zachwyciło w tym parku, to przepiękne, wspaniale utrzymane trawniki. Miałam wrażenie, że jest to jakiś niespotkany gatunek murawy, która odpowiednio przycięta sprawia wrażenie zielonego aksamitu. W czasie kiedy tam byłam, kwitły też maleńkie stokrotki, a było ich takie zatrzęsienie, że niektóre trawniki wyglądały niczym przyprószone śniegiem. Zapewne ten nadzwyczajny efekt jest też wynikiem odpowiedniej pielęgnacji i to dzięki niej trawa bardzo gęsta, krótko przycięta, jakby lekko kędzierzawa, tworzy wspaniałe tło dla kwiatowych rabat. Tak się jednak niefortunnie złożyło, że pogoda spłatała mi niezbyt miłą niespodziankę. Rankiem dzień zapowiadał się na dość pogodny, lecz około południa niebo mocno się zachmurzyło, i zaczął padać deszcz. Gdzieś dalej była burza, bowiem od strony Alp widać było błyskawice i od czasu do czasu dobiegał stłumiony odgłos
willa Tarantogrzmotów. Zwiedzanie ogrodu i robienie zdjęć spod parasola, to oczywiście nie było to, o czym marzyłam, no ale cóż, trzeba było pogodzić się z okolicznościami. Załamanie pogody jednak nie wypłoszyło zwiedzających, kto jak ja, miał parasol kontynuował przechadzkę, inni chwilowo  pochowali się  pod gęstymi drzewami, w altanach i pawilonach. Deszcz zresztą szybko przestał padać lecz niebo nadal pozostało nieco zachmurzone, a powietrze ciężkie i wilgotne.  Zapewne blask słońca ożywiłby kolory kwiatów i zieleń drzew, jednak mimo wszystko nie miałam powodu do narzekania. Znalazłam tam wiele uroczych miejsc, w których chętnie zatrzymałabym się na dłużej, lecz pamiętałam o tym, co napisano w ulotce, jaką otrzymałam wraz z biletem - że łączna długość ścieżek w ogrodzie wywilla Tarantonosi siedem kilometrów! Jest to niemało, a należy przecież doliczyć jeszcze czas na choćby pobieżny rzut oka na tabliczki znamionowe umieszczone przy roślinach. W kilku miejscach zatrzymałam się mimo wszystko, bowiem trudno było nie poświęcić dłuższej chwili maleńkiemu mauzoleum gdzie spoczywa Kapitan lub jego pomnikowi, w końcu jedynym co mogłam ofiarować w zamian za to piękno, jakie stworzył ku radości naszych oczu był moment zadumy i cichej modlitwy nad jego grobem...
Mogłabym jeszcze długo pisać o oczkach wodnych, fontannach, mostkach nad dolinkami, czy skarpach porośniętych gąszczem azaliowych krzewów, lecz myślę, że zainteresowani odniosą więcej korzyści z wykonanych przeze mnie zdjęć ( jak zwykle, zapraszam do obejrzenia albumów) willa Taranto niż moich opisów. Jednak nie mogę sobie odmówić podzielenia się niesamowitą i mrożącą krew w żyłach przygodą, jaka mnie tam spotkała. Otóż muszę się tu przyznać  do panicznego, atawistycznego strachu przed wężami. Być może, datuje się on od  "bliskiego spotkania" jakie przeżyłam w wieku lat trzech oko w oko z padalcem, a może zapoczątkowały go opowiastki mojej Babci o "wężu  kusicielu", dość, że sama myśl o tym gadzie powoduje, iż włosy jeżą mi się na głowie. Zwiedzając park doszłam do miejsca, gdzie ponad sadzawką ustawiono śliczny posążek przedstawiający chłopca trzymającego w rękach złowioną rybkę. Doszłam do wniosku, że ponieważ to miejsce znajduje się nieco wyżej, stojąc tam mogę  zrobić kilka ciekawych zdjęć ogrodowych tarasów z willą w tle. 
willa TarantoZaczęłam ustawiać się aby uzyskać jak najlepsze ujęcie, jednak nie wychodziło mi to tak, jak tego chciałam, więc zrobiłam kilka kroków do tyłu a wtedy raptem poczułam pod butem coś dziwnego. W pierwszej chwili myślałam, że to jakiś porzucony kabel lub gumowa rura odprowadzająca wodę z sadzawki. Obejrzałam się i zamarłam. Stałam na wężu! Właściwie był to jego ogon, bowiem głowa gada tkwiła pod cokolikiem rzeźby. Miałam ochotę uciekać gdzie pieprz rośnie lecz wąż wyglądał na nieżywego, postanowiłam więc przyjrzeć mu się dokładniej. W pierwszej chwili pomyślałam, że złamałam mu kręgosłup w momencie kiedy na niego nastąpiłam. Mimo mojej obawy przed gadami, nigdy nie posunęłabym się do ich zabijania, więc zaczęłam się pocieszać myślą, iż prawdopodobnie był martwy już wcześniej. Nigdy nie słyszałam otym, aby wąż ginął po nastąpieniu na jego ogon. A może się mylę? Zastanawiające było jednak to, że nie widziałam go podchodząc do sadzawki, co mogło by przemawiać za tym, że pojawił się kiedy stałam tyłem do posągu. Tak, czy inaczej, nie było mi przyjemnie, wydawało mi się też, że jego bracia i siostry pełzają gdzieś wokół mnie, ukryci w trawie. Na szczęście mój spacer po parku miał się ku końcowi, więc powoli powędrowałam do wyjścia, tym razem patrząc uważnie pod nogi. Żałowałam, iż pogoda mi nie dopisała, myślałam też o tym, żeby wybrać się tam ponownie w okresie kwitnienia tulipanów, miałam też w projekcie  wariant jesienny, kiedy węże zapadają w zimowy letarg, a kolorowe liście zdobią drzewa. Jednak mimo to, nigdy więcej nie wróciłam do pięknego ogrodu, jaki sobie wymarzył  Kapitan... Mój pobyt we Włoszech dobiegał końca, a nadal było jeszcze tak wiele miejsc, które chciałam zobaczyć! Były to dla mnie bardzo trudne wybory, lecz rozsądek nakazywał mi na pierwszym planie umieścić te, gdzie jeszcze nie byłam. Do tego wciąż musiałam wybierać pomiędzy urokami  sztuki i architektury, a alpejskimi ścieżkami gdzie także ciągnęło mnie serce.
Jeszcze raz potwierdziło się to, o czym wspominałam  niejednokrotnie, że nie starczyło by mi życia, aby zobaczyć wszystko, co jest warte widzenia we Włoszech...

 Więcej zdjęć >
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5561504867974745809?banner=pwa

 http://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/WillaTaranto#

sobota, 2 marca 2013

Lombardia i Piemont. Lago Maggiore oraz jego okolica.




Lago Maggiore to jedno z największych włoskich jezior. Leży ono na pograniczu dwóch prowincji, jego wschodnia strona należy do Lombardii, natomiast zachodni brzeg to już Piemont. Od Mediolanu dzieli je około godzina jazdy pociągiem lub samochodem.  
Położone nieco na zachód od jeziora Como, jest też od niego znacznie większe. Jego południowa część rozlewa się pośród płaskiLago Maggioreej Równiny Padańskiej, natomiast północny kraniec otaczają łańcuchy Alp. W przeciwieństwie do jeziora Como, które w okresie wiosenno - letnim odbija zielone stoki gór i nabiera szmaragdowego koloru, Lago Maggiore w pogodny dzień ma kolor szafirowy, a widziane z dużej wysokości staje się wręcz chabrowe. Przy kiepskiej pogodzie pojawiają się tu całkiem spore fale, a na niebie zadziwiająco ciemne chmury. Wody jeziora stają się wtedy stalowo – szare, niczym wody naszego Bałtyku. W poprzek jeziora przebiega granica ze Szwajcarią, jednak nie ma to żadnego wpływu na podróż statkiem, którym można popłynąć z części włoskiej aż do szwajcarskiego Locarno. Jest to bardzo piękna wycieczka lecz ponieważ trwa wiele godzin, odradzałabym ją osobom nerwowym lub źle znoszącym  pobyt na ograniczonej przestrzeni pokładu. Wzdłuż brzegu jeziora prowadzą wygodne drogi, jest również pociąg relacji Mediolan – Locarno. Mieszkańcy Mediolanu i okolicy  pragnący tu spędzić miły dzień mogą też  dotrzeć nad jezioro jednym z licznych pociągów lokalnych należących do sieci "TreNord", relacji Mediolan-Laveno. 

 Jeśli ktoś planuje jednodniową wycieczkę "objazdową" warto zapytać o możliwość nabycia całodobowego biletu kumulacyjnego ważnego na terenie Lombardii, gdyż dzięki niemu możemy bez przeszkód jeździć wszystkimi pociągami regionalnymi, a także autobusami i środkami komunikacji miejskiej. Jeżeli lubimy przygodę i wędrówki "gdzie oczy poniosą", jest to rozwiązanie idealne, ponieważ można wsiadać i wysiadać w dowolnym miejscu, nie troszcząc się o szukanie kasy biletowej. Jednak należy zwrócić uwagę aby nie przekroczyć granicy prowincji, i nie próbować podróży z lombardzkim biletem na terenie Piemontu! Jeśli środek lokomocji przekracza tę granicę jest on ważny jedynie do ostatniego przystanku na terenie Lombardii a na część piemoncką należy wykupić drugi bilet. Z reguły wystarczy powiadomić o tym kierowcę autobusu prosząc  aby chwilę zaczekał z odjazdem, wysiąść na odpowiednim przystanku i opłacić pozostałą część trasy. Podczas mojego pobytu we Włoszech Piemont jeszcze nie oferował biletów kumulacyjnych, ale warto zasięgnąć stosownej informacji, bo być może coś się zmieniło od tej pory. Podobne udogodnienie oferuje armator statków; płacąc określoną kwotę mamy możliwość pływania do woli przez cały dzień po włoskiej części jeziora, możemy zmieniać prom na statek i wysiadać gdzie nam serce podpowiada. Bilety opiewają na określony dystans, zwykle należy poprosić o "biglieto cumulativo fino a..." czyli bilet kumulacyjny aż do... i tu należy określić, czy chcemy płynąć do Arony, czy też będziemy krążyć pomiędzy Laveno a Stresą, lub wybieramy się również do eremu Świętej Katarzyny. Oczywiście  mając jasno określony plan, możemy kupić zwykły bilet lub z opcją " A/R" czyli "tam i z powrotem". Możliwości jest wiele, więc należy zapytać w kasie, albo punkcie informacji turystycznej, gdzie pracownik przedstawi nam wszystkie dostępne warianty. W pełni sezonu rejsy są bardzo liczne, nieco gorzej jest wiosną i jesienią, zaś w  zimie ich większa część jest zawieszona, lecz mimo to, żegluga nigdy nie zamiera całkowicie. 


Stacja końcowa kolei Trenord w Laveno podobnie jak ta w Como, znajduje się na samym skraju wody. Wystarczy wyjść z pociągu i przejść przez ulicę by wsiąść na prom, który przewiezie nas na przeciwległy brzeg jeziora. Tam, w miejscowości Intra znajduje się duży port, będący swego rodzaju węzłem komunikacyjnym żeglugi śródlądowej w tej okolicy. Można  stąd popłynąć zarówno na północ do Szwajcarii, jak i na południową, włoską stronę, gdzie znajdziemy liczne atrakcje, warte naszej uwagi. Są to między innymi dwa przepiękne parki - ogród botaniczny willi Taranto w Verbanii i ogrody willi Pallavicino w Stresie, gdzie dodatkowo  można  zobaczyć z bliska wiele gatunków zwierząt. Po drugiej stronie jeziora widać w oddali klasztor Świętej Katarzyny Na Skale, który opisywałam w poprzednim poście link. Statki kursujące po  jeziorze zawijają również do niewielkich, lecz bardzo malowniczych miejscowości, a wśród nich największą popularnością cieszy się właśnie Stresa. Leży ona u podnóża góry noszącej nazwę Monte Mottarone, na jej szczyt można wygodnie wjechać kolejką linową. Mniej więcej w połowie drogi znajduje się stacja przesiadkowa "Giardino Alpinia", nazwana tak od interesującego ogrodu botanicznego, w którym rosną rośliny alpejskie w swoim naturalnym środowisku. Wjazd kolejką na górę zapewnia niezapomniane wrażenia;  w miarę jak wagonik się wznosi ogarniamy wzrokiem coraz większą połać jeziora i położoną na wprost Stresy Zatokę Boromeuszy (Golfo Borromeo) z trzema wysepkami leżącymi w jej obrębie. Rodzina hrabiów  Borromeo jest znana  między innymi z tego, że wydała jednego ze świętych, znanego nam, Polakom, jako Św. Karol Boromeusz.   

Te trzy nieduże wyspy noszące nazwę "Isole Borromee" w dalszym ciągu należą do żyjących wspócześnie potomków owej rodziny. Najmniejsza z nich to Isola Madre, niewielki skrawek ziemi, gdzie wzniesiono  willę otoczoną pięknym ogrodem. Druga z wysp to Isola Bella, ongiś wspaniała siedziba głowy rodu, która ma bardziej reprezentacyjny charakter. Znajduje się tam imponujący, barokowy pałac (otwarty dla zwiedzających) i jedyny w swoim rodzaju tarasowy ogród w stylu włoskim. Ogrodowe tarasy zdobią  posągi, niezliczone, bardzo zadbane rośliny i piękna fontanna wyglądająca niczym teatralna dekoracja. Dodatkową atrakcją jest mieszkająca tam rodzina białych pawi, swobodnie krążąca wśród odwiedzających. Kilka lat temu na wyspach miał  miejsce bardzo głośny we Włoszech ślub Lawinii Borromeo i Johna "Jaki" Elkanna. Młody Elkann jest jednym z dziedziców Giovanniego Agnelli a po śmierci dziadka został jego następcą i objął prezesurę firmy "Fiat".
Ślub odbył się w bardzo wąskim gronie, składającym się jedynie z najbliższych krewnych, w prywatnej kaplicy na Isola Madre. Następnie nowożeńcy wraz ze swoim niewielkim orszakiem  udali się motorówkami do pałacu na Isola Bella, gdzie odbyło się huczne wesele, na którym pojawił się już cały  „wielki świat” czyli potentaci przemysłowi, arystokracja, a także ludzie związani z kulturą.

Mimo tych niewątpliwych ogrodowo – pałacowych wspaniałości, również trzecia z wysp, zwana Isola Pescatori (Wyspa Rybaków) cieszy się sporym gronem swoich zagorzałych zwolenników (ja równiez się do nich zaliczam). Długa i wąska, do dziś zachowała swój rybacki charakter, choć nie brakuje tu także pracowni artystycznych, sklepików z pamiątkami i uroczych restauracyjek. Rodzina Borromeo ma w posiadaniu także zamek w miejscowości Angera, leżącej na południowym końcu jeziora, na wprost innego urokliwego miasteczka zwanego Arona, gdzie wzniesiono kolosalny pomnik Karola Boromeusza, o którym niedawno pisałam tutaj.
Północny kraniec Lago Maggiore ma zupełnie odmienny charakter, lecz i tu nie brakuje ciekawych miejsc. Jest tam niewielkie, urocze miasteczko Ghiffa, ze swoim Sacro Monte i Muzeum Kapeluszy, a jeszcze dalej na północ, nieopodal miasteczka Cannero, znajdują się na jeziorze dwie mikroskopijne wysepki, na których niegdyś wzniesiono obronne zamki, znane jako Castelli di Cannero. Mają one za sobą bardzo bogatą historię, lecz dziś pozostały z nich  jedynie malownicze ruiny, sprawiające wrażenie, że  wyrastają wprost z wód jeziora.

Tuż przy samej granicy ze 
Szwajcarią leży Cannobio, gdzie warto zobaczyć miejsce znane jako L'Orrido di Sant' Anna. Jest to głęboki wąwóz, w którym płynie strumień noszący tę samą nazwę co miasteczko. Nad nim, nieopodal kamiennego mostu, stoi niewielki kościółek pod wezwaniem Świętej Anny, od niego to wywodzi się nazwa wąwozu. Cannobio jest ostatnią miejscowością po stronie włoskiej. Na znajdującym się nieopodal przejściu granicznym dla pieszych, podobnie jak w innych przygranicznych miejscowosciach, panuje zazwyczaj dość znaczna swoboda ruchu; ja także kilkakrotnie przekraczałam granicę ze Szwajcarią w różnych miejscach, gdzie nikt nie pytał mnie ani o dokumenty, ani o czas, jaki mam zamiar spędzić w tym kraju. Jedynie dwa razy spotkałam się z kontrolą paszportową, raz w pociągu na trasie Mediolan – Lugano, i po raz drugi, kiedy przypłynęłam statkiem do Locarno.

Właściwie należałoby jeszcze raz wspomnieć o panoramie wokół jeziora, która chyba nie pozostawia obojętnym nikogo z odwiedzających te strony... Tak jak już pisałam wcześniej, południowa część jeziora ma w większości płaskie brzegi
z nielicznym i  niewysokimi pagórkami, natomiast na północy okolica jest zdecydowanie górzysta. Wyższe wzniesienia są po lewej, zachodniej stronie, a ponieważ większość z nich znacznie przekracza wysokość 1000 m, często aż późnej wiosny ich szczyty pokrywa warstwa śniegu, co w połączeniu z szafirowym kolorem nieba i wody daje obraz wprost niewyobrażalnej urody. Wschodni brzeg to łagodne, zielone łańcuchy Prealp, a pomiędzy nimi, nieco dalej na wschód, znajduje się  jezioro Lugano, podobnie jak Lago Maggiore podzielone na część włoską i szwajcarską.
Kiedy kończy się nasz rejs po jeziorze a statek skieruje się do  Laveno, nieopodal, po lewej stronie, widzimy charakterystyczną, trójkątną skałę, wyłaniającą się z wody. Jest to Rocca di Calde’ miejsce warte aby je odwiedzić, ze względu na interesujący romański kościół pod wezwaniem Świętej Weroniki, gdzie z tarasu przed świątynią roztacza się piękny widok na jezioro. Samo Laveno leży u podnóża dość sporego wzniesienia, noszącego nazwę Sasso di Ferro.

Można tam wejść jedną z licznych i bardzo wygodnych ścieżek, lub wjechać wyciągiem kubełkowym, który funkcjonuje od wiosny do jesieni. Na szczycie góry znajduje się punkt widokowy zwany Poggio Sant' Elsa
 i restauracja z obszernym tarasem. Przy dobrej pogodzie jest  stąd niezapomniany widok na włoską część jeziora, otaczające je Alpy z masywem Monte Rosa na czele, Wyspy Boromeuszy i białe wyrobiska w zboczach gór  na zachodnim brzegu. To właśnie tam leży niewielka miejscowość Candoglia, znana ze swoich kamieniołomów, gdzie wydobywa się piękny, szary i biało - różowy marmur, z którego zbudowano  mediolańskie Duomo. Niegdyś bloki tego surowca transportowano stąd drogą wodną przez jezioro, następnie rzeką Ticino i systemem kanałów aż do  Mediolanu link.  Nie mniej piękny jest widok na południu, z panoramą Doliny Padu otuloną  lazurową mgiełką i rozległym, zielonym  wzniesieniem Campo dei Fiori. Ze względu na sprzyjające prądy powietrza, Sasso di Ferro  jest jednym z ulubionych miejsc do uprawiania lotniarstwa więc nie jeden raz zdarzyło mi się tu widzieć nawet po kilkadziesiąt  osób latających jednocześnie. W sezonie wiosenno – letnim jest to również  jedno z ulubionych miejsc piknikowych, zarówno ze względu na piękno okolicy, jak i z powodu wspaniałego, rześkiego powietrza, którego tak bardzo brakuje w Lombardii.

Osobiście najbardziej lubiłam wycieczki w te strony nie w środku lata, lecz w kwietniu, lub maju oraz na przełomie września i października. Kiedy nadchodzi fala upałów, powietrze nad jeziorem często traci przejrzystość i robi się bardzo duszno. Natomiast wiosna i wczesna jesień to wymarzony okres zarówno na wędrówki, jak i fotografowanie. 




Jeśli ktoś ma ochotę na obejrzenie innych zdjęć z Lago Maggiore, wystarczy że kliknie w jeden z linków.

do Google+
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5850768348774057153?
 lub Picasy
https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/LagoMaggiore02?noredirect=1