Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Triangolo Lariano. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Triangolo Lariano. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 listopada 2017

Lombardia. Triangolo Lariano - Monte Palanzone.



Góra Monte Palanzone ma wysokość 1440 m n.p.m. – po Monte San Primo jest to drugi co do wysokości szczyt w obrębie Triangolo Lariano. Choć wznosi się niemal centralnie na rozległym obszarze pomiędzy odnogami jeziora, dzięki tej wysokości nieźle go widać podczas rejsu statkiem. Po raz pierwszy zobaczyłam to wzniesienie, kiedy zamieszkałam w Caslino d'Erba, małej wiosce leżącej na zboczu Prealp.

Podczas pogodnych, wiosennych dni, ponad masywną, zalesioną sylwetką góry Capanna Mara, wysoko, wysoko, niczym zielony trójkąt na błękitnym niebie, rysował się jego trawiasty wierzchołek. Niejednokrotnie, kiedy słońce świeciło szczególnie ostro, mogłam dostrzec na nim coś, co – jak sądziłam – jest krzyżem, jakich sporo można spotkać w lombardzkich górach.


Pewnego razu, podczas rozmowy ze starszą panią, mieszkanką wioski, dowiedziałam się, iż to nie krzyż, lecz monumento, czyli pomnik. Pani dodała jeszcze parę zdań na jego temat, ale moja (wówczas dość ograniczona) znajomość języka włoskiego nie pozwoliła mi zrozumieć, co to za pomnik, a także kto i dlaczego go wzniósł. Jednak nasza rozmowa zasiała w mojej głowie ziarno ciekawości, więc nawet kiedy wyjechałam z Caslino i zamieszkałam w Limbiate, miejscowości położonej bliżej Mediolanu, od czasu do czasu wspominałam ów widok.

Niejednokrotnie też mogłam oglądać tę górę, kiedy płynęłam statkiem z Como do Bellagio, i zawsze przy tej okazji wypatrywałam interesującej mnie budowli na jej szczycie. Czasem wydawało mi się, że widzę tam coś na kształt białego przecinka, jednak duża odległość i znaczna wysokość nie pozwalały mi dostrzec nic, co dałoby mi jakieś szersze pojęcie na ten temat.

Sprawa się wyjaśniła, kiedy wpadła mi w ręce lokalna gazetka, gdzie ktoś pisał o swojej wycieczce na tę górę i zamieścił zdjęcie pomnika. Okazało się, że jest to mała kapliczka w kształcie smukłej piramidy otoczonej niskim murkiem, wzniesiona z szarawego, ciosanego kamienia. Wtedy zaświtał mi pomysł, aby wybrać się na podobną wycieczkę, jednak nie miałam pojęcia, jak tam dotrzeć.

Cały pomysł zaczął się materializować, kiedy weszłam w posiadanie książki z opisem szlaków w obrębie Triangolo Lariano – dzięki niej mogłam planować moje wyprawy, nie narażając się z góry na porażkę.


Dzięki temu artykułowi rozwiązałam dręczącą mnie zagadkę, co jeszcze bardziej zaostrzyło mój apetyt na wędrówkę śladami jego autora. Kilkakrotnie miałam okazję być na Piano del Tivano, rozległym płaskowyżu położonym pomiędzy Monte San Primo i Monte Palanzone, w samym sercu Triangolo Lariano. Powszechnie uważa się, że nazwa płaskowyżu pochodzi od il Tivano, porannego wiatru, jaki tu wieje z północnego wschodu, choć są na ten temat również inne, mniej romantyczne teorie.
Jest to ulubione miejsce rekreacji i pikników, więc w weekendy można tam spotkać sporo ludzi, ale w dni powszednie niepodzielnie panuje cisza i spokój. Dla mnie ta okolica przedstawiała się szczególnie atrakcyjnie u progu jesieni, kiedy lasy i trawy zaczynały płowieć, a głogi i jarzębiny stroiły się w złote liście i czerwone korale.


Uwielbiałam te wędrówki, zwłaszcza kiedy kończyło się lato, a upał przestawał dokuczać. Ciągnęło mnie wtedy w wyżej położone rejony, lecz wiedziałam, że taka wycieczka może skończyć się tym, iż ucieknie mi jedyny autobus powrotny, a to by oznaczało przymusowy nocleg w schronisku i nieobecność w pracy następnego dnia. W takich wypadkach żałowałam, że nie mam prawa jazdy, co dałoby mi możliwość swobodnego poruszania się po okolicy.

Oczywiście, mogłabym zanocować na miejscu i rano ruszyć na wyprawę, jednak musiałabym mieć dwa kolejne dni wolne, co raczej mi się nie zdarzało. Doroczny urlop także nie wchodził w grę, ponieważ w tym czasie moim jedynym celem był powrót do domu, do Polski, więc nie w głowie były mi góry – nawet najpiękniejsze i najbardziej wymarzone.

Dopiero kiedy lepiej poznałam Carla, pielęgniarza pracującego w tej samej placówce co ja, mogłam pomyśleć o realizacji planu wejścia na Monte Palanzone. Okazało się, że Carlo jest wytrawnym, górskim łazikiem, i choć jego ulubionym regionem była Val d'Aosta, udało mi się namówić go na tę wyprawę. Była to transakcja wiązana – ja miałam mu towarzyszyć na Monte Jafferau (pisałam o tym w poście pt. Fort Foens i Monte Jafferau ), a w zamian za to mieliśmy wybrać się we wskazane przeze mnie miejsce.

Skorzystałam na tym podwójnie, bo nie tylko miałam okazję podziwiać piękne okolice Aosty i Bardonecchii, ale wreszcie zobaczyłam miejsce tak bliskie, lecz mimo to dla mnie niedostępne. W sumie ta wycieczka była zrobiona nieco na siłę, ponieważ prognoza pogody nie nastrajała optymistycznie, jednak na przestrzeni kilku tygodni był to jedyny wspólny dzień wolny w naszych grafikach, więc nie mieliśmy wielkiego wyboru, tym bardziej że lato miało się ku końcowi.



Wczesnym rankiem wyjechaliśmy z Saronno, gdzie wtedy mieszkałam, i pojechaliśmy w stronę Como, później dalej, do Nesso, skąd droga ostro pnie się w górę, aż osiąga Piano del Tivano. Przejechaliśmy cały płaskowyż z zachodu na wschód i zatrzymaliśmy się w miejscu zwanym Colma di Piano. Pisałam o nim przy innej okazji w poście Triangolo Lariano - "Muro di Sormano" kiedy relacjonowałam moją wycieczkę na znany z trudności odcinek wyścigu rowerowego Giro di Lombardia. Meta etapu jest tam, gdzie my rozpoczęliśmy naszą wędrówkę, tuż obok niewielkiego obserwatorium astronomicznego (o wizycie tamże napiszę na końcu posta). 

Nasza wątła nadzieja na poprawę pogody okazała się niestety złudna; co prawda słońce próbowało wyglądać zza zasłon foschii, ale mimo to widoczność była marna, co nie rokowało nadziei na podziwianie głębi pejzażu.  



Pocieszałam się tym, że tę okolicę widziałam z góry nie raz a moim celem było przede wszystkim  zobaczenie  z bliska  pomnika  na   szczycie.   Początkowo  szliśmy  przez  las, wygodną i szeroką gruntową dróżką, która dość  szybko  zmieniła  się w stromą, betonową  rampę  z  ukośnymi  żłobkowaniami.  Dzięki  nim ów  odcinek  drogi można  przebyć  przy każdej  pogodzie lecz według  mnie, wyglądało to  dość  barbarzyńsko.  Zdawałam  sobie  sprawę,  iż  deszcz  zamieniłby  tę  ścieżkę  w błotnisty strumyk  nie do przebycia, mimo to z uznaniem myślałam o dawnym, dobrym obyczaju brukowania podobnych ścieżek  zgrabnymi  otoczakami,  co  z pewnością  było  bliższe  naturze.  W  okolicznych   górach  są  niezliczone  kilometry dawnych  mulatier, kamienistych,  brukowanych  ścieżek,  po  których  poruszali  się  niegdysiejsi  mieszkańcy gór i ich zwierzęta. Obecnie nikomu takie prace nie są w głowie, więc idzie się na łatwiznę i w szczególnie newralgicznych miejscach  zalewa  ścieżki betonem. 

Przeszliśmy jeszcze kilkaset metrów; las zaczął rzednąć, dalej towarzyszyły nam coraz mniej liczne drzewa, dziwacznie poskręcane buki o gładkiej, szarej korze, wysmukłe brzozy oraz rozłożyste jarzębiny, przyciągające wzrok złotym kolorem liści i pękami szkarłatnych owoców.



Tak jak poprzednio każde z nas szło w swoim rytmie – Carlo, jak przystało na starego stażem piechura, maszerował długim krokiem, znacznie mnie wyprzedzając, a ja spokojnie i bez pośpiechu szłam sobie z tyłu, rozglądając się i robiąc zdjęcia. Mimo słabej widoczności okolica wyglądała atrakcyjnie, mogłam też do woli podziwiać „duchy gór”, jak nazywałam wzniesienia tonące w mglistym oparze, gdzie kolory i sylwetki szczytów zaledwie majaczyły, co sprawiało, że raczej trzeba było się ich domyślać, niż oglądać rzeczywisty obraz. Jednak to mi nie przeszkadzało – te szaro-perłowe zasłony wciąż się przemieszczały, dając różne nieoczekiwane efekty, co starałam się utrwalić na zdjęciach. 

Byliśmy na wysokości ponad 1100 m n.p.m, więc od czasu do czasu napływały chmury i pochłaniały nas wraz z pejzażem. Droga na Monte Palanzone prowadzi grzbietem długiego wzniesienia o kilku pomniejszych wierzchołkach, tak więc mieliśmy do pokonania kolejno: Monte Cippei, Monte Falò, Monte Croce, Monte Pianchetta i Monte Bul. Wdrapywaliśmy się na te szczyty, schodziliśmy w dół i tak, górka za górką, zbliżaliśmy się do celu.


Szczerze mówiąc, nie wzbudziło to we mnie nadmiernego entuzjazmu i z pewnością wolałabym iść cały czas pod górę. Ścieżka, którą szliśmy była dobrze ubita i dość wygodna, prowadziła wśród wielkich kęp szorstkiej trawy, gdzie po drodze napotkaliśmy kilka ogromnych grzybów, podobnych do kani. Nie miałam ochoty sprawdzać na własnej skórze czy przypadkiem nie są one muchomorami sromotnikowymi, więc pozostawiłam je w spokoju.

Po drodze natrafiliśmy na niewielki pomnik kształcie pięcioboku, poświęcony pamięci żołnierzy wojsk powietrznych, którzy w tym miejscu zginęli w tragicznym wypadku. Stało się to wiosną 2005 roku, podczas ćwiczeń grupy ratowników, mających za zadanie podejmowanie z ziemi ofiar nieszczęśliwych zdarzeń. Niestety, helikopter, którym lecieli rozbił się i cała piątka zginęła, ocalał jedynie pozorant pełniący rolę rannego, chwilę wcześniej opuszczony na ziemię... Podobno bezpośrednią przyczyną tej tragedii był nagły, boczny podmuch wiatru, przez co helikopter stracił sterowność i runął na ziemię. Razem z Carlem poprawiliśmy porozrzucane przez wiatr kwiaty leżące u stóp pomnika, zapaliliśmy niedopalone znicze i po chwili zadumy ruszyliśmy w dalszą drogę.



Do celu wędrówki było już niedaleko – przed nami rysował się szczyt Monte Palanzone z wzniesionym na nim monumentem. Zbliżaliśmy się od strony północnej; ponieważ wejście znajduje się po południowej stronie, aby zajrzeć do wnętrza kaplicy, musieliśmy obejść długi, niski murek, który ją otacza.

Z tabliczki przymocowanej do furtki dowiedziałam się, że kaplica została poświęcona Redentore (Odkupicielowi), a zbudowano ją w 1900 roku z inicjatywy młodzieży z Como, zrzeszonej w Circolo Educativo Alessandro Volta. Sama organizacja ma również ciekawą historię – założono ją w 1883 roku przy męskim oratorium San Filippo Neri, a jej celem było wychowywanie chłopców w duchu chrześcijańskim i patriotycznym poprzez działalność edukacyjną, sportową i kulturalną. Jednym z efektów tej działalności było właśnie powstanie kaplicy. Po rozwiązaniu koła w 1973 roku opiekę nad monumentem przejęli lokalni członkowie CAI, którzy dwukrotnie przeprowadzali tu prace renowacyjne – również o tym wspomina tablica informacyjna.

Kaplica zwykle pozostaje zamknięta (do środka można zajrzeć przez niewielki otwór), ale zgodnie z tradycją, podczas swoich świąt członkowie Klubu oraz byli żołnierze Korpusu Alpejskiego przybywają na Monte Palanzone, aby uczestniczyć w uroczystej mszy. Budowla jest skromna, ale – jak zazwyczaj w Prealpach – bardzo zadbana. Zawsze wysoko ceniłam tę cechę lombardzkich górali, którzy z pietyzmem dbają o tego rodzaju miejsca, będące świadectwem lokalnej historii, kultury i tradycji.



Niemal równocześnie z nami na szczyt dotarła kilkuosobowa grupa kobiet i mężczyzn w naszym wieku, więc wymieniliśmy kilka zdań o trasach i okolicznych ciekawostkach. Zbliżało się południe – przysiedliśmy więc na murku, by coś zjeść przed drogą powrotną. W tym czasie zaczął wiać lekki wiatr, niebo na chwilę się rozjaśniło, dzięki czemu w dole mogliśmy dostrzec błękitną taflę jeziora Como. 

Miałam nadzieję, że ten powiew poprawi widoczność, ale stało się inaczej – nadciągnęła gęsta chmura, która objęła cały szczyt, wraz z nami. Żałowałam, że nie mogłam spojrzeć na położoną nieopodal górę Capanna Mara, gdzie kilka lat wcześniej byłam z Graziellą – koleżanką z pracy (tą samą, która towarzyszyła mi w wyprawie na Corni di Canzo). Wtedy też pogoda nas nie rozpieszczała – choć dzień był ciepły, wilgotne powietrze uniemożliwiało podziwianie okolicy w pełnej krasie.

Ponieważ główny cel naszej wycieczki został osiągnięty, a pomnik obejrzany i sfotografowany, pozostało nam wrócić do punktu wyjścia, czyli na parking nieopodal obserwatorium. Tym razem droga nie wydała mi się tak nużąca, być może dlatego, że wiedziałam już, czego się spodziewać.

Gdy dotarliśmy na Colmę, było jeszcze dość wcześnie, więc nie musieliśmy się spieszyć z odjazdem. Postanowiłam pokręcić się wokół obserwatorium i zrobić kilka zdjęć. Na tarasie stał jakiś pan – zapytałam, czy nie ma nic przeciwko temu, by znaleźć się na jednym z ujęć. Zgodził się bez wahania,  po czym przedstawiliśmy się sobie i wdaliśmy w pogawędkę. Pan miał na imię Valter i – jak się okazało – był astronomem-amatorem prowadzącym obserwacje kosmosu. Do rozmowy dołączył Carlo, więc oboje usłyszeliśmy wiele ciekawych rzeczy o pracy obserwatorium. Na koniec Valter zaprosił nas do środka, abyśmy mogli popatrzeć przez teleskop ustawiony do śledzenia aktywności Słońca.


Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie zrobił na mnie widok ogromnej, ognistej, pomarańczowej masy od której odrywało się coś na kształt płonących, strusich piór. Nie mogłam uwierzyć, że bez zmrużenia oczu patrzę na gorejącą kulę Słońca; było to fascynujące i straszne jednocześnie, zjawisko niemal poza granicą pojmowania...

Widziałam coś podobnego w telewizji, ale tym razem nie był to martwy, powtarzalny obraz – działo się to na moich oczach, choć miałam świadomość, że z powodu ogromnej odległości to, co widzę, dociera do mnie z opóźnieniem.

W obserwatorium można obejrzeć fragmenty meteorytów oraz ciekawe zdjęcia wykonane przez astronomów podczas śledzenia nieba. Kupiłam sobie jedną z odbitek, przedstawiającą narodziny nowej gwiazdy – Valter opowiedział nam w skrócie, jak wygląda ten proces, co uznałam za niezwykle inspirujące. Jeszcze większy podziw wzbudził we mnie  sam fakt powstania tego miejsca zbudowanego przez stowarzyszenie Gruppo Astrofili Brianza (astrofil to astronom-amatorem, Brianza to kraina położona na północ od Mediolanu). Członkowie tej grupy prowadzą z Colmy obserwacje nieba, a przede wszystkim asteroid i komet. Mają na tym polu imponujące osiągnięcia – każdy z nich odkrył wiele nowych obiektów. Sam Valter Giuliani, nasz rozmówca, ma na koncie aż dwadzieścia dwa odkrycia, z czego cztery samodzielne, a osiemnaście dokonane wspólnie z innymi – jak podaje Wikipedia.


Poza działalnością stricte naukową, stowarzyszenie zajmuje się także popularyzacją astronomii – organizuje programy edukacyjne, ciekawe wydarzenia dla dzieci i młodzieży oraz wspólne obserwacje zjawisk zachodzących na niebie. Te inicjatywy trafiają na bardzo podatny grunt – pamiętam, jak ogromnym zainteresowaniem we Włoszech cieszyło się zjawisko zwane luna rossa, czyli zaćmienie księżyca. Miałam okazję obserwować je z tarasu domku w Limbiate, gdzie wtedy mieszkałam, ale wiem, że wiele osób pojechało w góry, m.in. na Colmę, gdzie widoczność jest znacznie lepsza. Mimo wszystko ja też byłam bardzo zadowolona – noc była pogodna, a światła w okolicy nie przeszkadzały w obserwacji. To był naprawdę niezwykły widok – księżyc najpierw przybrał czerwoną barwę, a potem, gdy cień Ziemi przesłonił jego tarczę, zaczął przypominać rozżarzoną bryłkę węgla, która powoli pokrywa się popiołem.

Inną okazją do grupowych obserwacji nieba jest noc św. Wawrzyńca, czyli notte di San Lorenzo, przypadająca w połowie sierpnia, kiedy we Włoszech można podziwiać rój spadających gwiazd. Z tej okazji wiele osób wyjeżdża w góry lub za miasto – niejednokrotnie są to prawdziwe nocne pikniki astronomiczne, połączone z posiłkiem pod gołym niebem.

Włosi są w tym niezrównani – potrafią świetnie się bawić w każdej sytuacji, kochają tradycję i cenią poczucie wspólnoty. Miałam naprawdę dużo szczęścia ponieważ podczas moich wędrówek wielokrotnie spotykałam fantastycznych, otwartych i życzliwych ludzi, którzy wbrew obiegowym opiniom o ich niechęci do cudzoziemców nigdy nie dali mi odczuć, że traktują mnie z rezerwą. Dzięki temu wiele przypadkowych spotkań, jak choćby to z astronomem Valterem, okazywało się nie tylko miłym doświadczeniem, ale też szansą na zdobycie ciekawych i wartościowych informacji.


Więcej zdjęć z tej wycieczki (i nie tylko – dodałam również fotografie Monte Palanzone zrobione podczas przejścia trasą wyścigu „Muro di Sormano” oraz rejsu statkiem po jeziorze Como w rejonie Torno) można zobaczyć pod linkiem>





środa, 26 października 2016

Lombardia. Val Ravella i Corni di Canzo



W poprzednim poście pisałam, że Canzo jest ślicznym i klimatycznym miasteczkiem; jego najbliższa okolica to piękne, choć niezbyt wysokie góry, przedzielone zalesioną doliną, od przepływającego przez nią potoku zwaną Val Ravella. W zasadzie nie mam pojęcia, dlaczego piszę o tym dopiero teraz, choć wiążą się z nią jedne z moich pierwszych wspomnień o wycieczkach w Prealpy, jakie tam zrobiłam, gdy przez kilka miesięcy mieszkałam w pobliskim Caslino d'Erba. Wówczas w wolnym czasie często chodziłam pieszo po okolicy, trafiłam też do Canzo i Gajum. Polubiłam to miasteczko i często tam wracałam, nawet kiedy zamieszkałam w nieco bardziej oddalonym Limbiate, skąd do Canzo miałam godzinę jazdy pociągiem. Pewnego razu odwiedziła mnie moja przyjaciółka Renata, mieszkająca na równinie nieopodal Monzy, bardzo chciałam, żeby odetchnęła czystym, górskim powietrzem i zobaczyła moje ulubione miejsca, więc wspólnie wybrałyśmy się do Canzo, a następnie poszłyśmy na długi spacer leśną mulatierą, prowadzącą z Fonte di Gajum do schroniska Terz'Alpe.


Oczarowane urodą okolicy usiadłyśmy na pniach ściętych drzew leżących nieopodal obudowanego źródła, gapiąc się niczym dwie sroki na zielone stoki gór, które wtedy nie miały dla mnie żadnych nazw, były po prostu kilkoma anonimowymi wzniesieniami. Musiały minąć niemal dwa lata do chwili, kiedy zawarłam z nimi bliższą znajomość i mogłam je nazwać po imieniu: Monte Rai, Cornizzolo, Prasanto, Corni di Canzo... Co do tych ostatnich, nie było trudno dokonać ich identyfikacji, dwie skały przypominające kształtem rogi byka (corni) można zobaczyć z wielu miejsc w obrębie Triangolo Lariano, jak również podczas wycieczek statkiem po jeziorze Lario. W zasadzie skały są trzy — zachodnia, centralna i wschodnia, jednak ta ostatnia z daleka jest bardzo mało widoczna, dlatego właśnie dwie pierwsze nadają górze tę charakterystyczną sylwetkę. Podczas tamtego spaceru chyba połknęłam górskiego bakcyla, bo na dobre zaczęłam myśleć o tym, że chciałabym pójść dalej i wyżej, dotrzeć na szczyt, z którego mogłabym popatrzeć na otaczający mnie świat...


Co prawda od początku mojego pobytu w tych stronach chodziłam na spacery w niższe partie gór, jednak to mnie nie zadowalało; w tamtej chwili, kiedy miałam je na wyciągniecie ręki, pragnienie wejścia na szczyt stało się moją ideę fixe i w głębi ducha wiedziałam już, że nie spocznę, aż przybierze ono realny kształt. Ktoś mógłby zapytać, co stało na przeszkodzie realizacji tego zamierzenia i dlaczego wydawało mi się to takie trudne? Pierwszym powodem była moja niedostateczna znajomość regionu, włoskich realiów oraz języka. Oczywiście, nieźle sobie radziłam w wielu sprawach dnia codziennego, jednak daleko mi było do tego, aby czuć się pewnie i swobodnie w każdej nowej dla mnie sytuacji, tym bardziej że w zasadzie nie miałam tam żadnego towarzystwa, na które mogłabym liczyć podczas takiej wycieczki. Brakowało mi też odwagi, żeby wypuszczać się na samotne wędrówki w bądź co bądź obcym kraju, tym bardziej że nawet w naszych polskich górach byłam zaledwie kilka razy i zawsze z inną osobą o większym doświadczeniu w tej mierze.

Dopiero kiedy znalazłam zatrudnienie innej placówce, moja sytuacja pod tym względem zmieniła się diametralnie. Ponieważ w nowym miejscu pracy spotkałam kilka osób nieźle zorientowanych w tej sprawie, więc mogłam porozmawiać z kolegami, którzy chętnie odpowiadali na moje pytania i dzielili się swoimi doświadczeniami. Żałowałam jedynie, że jeden z najlepiej poinformowanych mówił nie tyle po włosku, ile lokalnym dialektem a do tego niezbyt wyraźnie, więc choć zmuszałam mój umysł do niesamowitego wysiłku, próbując analizować na bieżąco jego wypowiedzi, niewiele z nich rozumiałam. Bardzo mnie to stresowało, na szczęście inny kolega, rodowity Włoch obecny przy takiej rozmowie, powiedział mi na ucho, że czuje się równie niedoinformowany. Jego uwaga poprawiła mi humor i od tej chwili przestałam się czuć jak kompletna ignorantka. Miałam też to szczęście, że dogadałam się z jedną z koleżanek, która także miała ochotę na podobną wycieczkę. Jedyną przeszkodą był grafik dyżurów, gdyż trudno nam było zsynchronizować nasze dni wolne od pracy. W ten sposób minęło kilka tygodni, aż pod koniec maja nadszedł ów upragniony dzień i wraz z Graziellą wsiadłam do pociągu jadącego w stronę Canzo. Pomaszerowałyśmy znaną mi drogą do Fonte di Gajum i dalej, wzdłuż potoku Ravella, a następnie w stronę Terz'Alpe i Corni di Canzo. Szlak na szczyt nie jest trudny a ścieżka wygodna, więc mimo wysokości ponad 1000 m n.p.m. chodzą tam nawet rodziny z małymi dziećmi.


Spotkałyśmy jedną z nich, była to para Francuzów z trójką maluchów, dwoje starszych, wyglądających na jakieś cztery i sześć lat maszerowało na własnych nogach a najmłodsze, mające chyba około roku, ojciec niósł w nosidle na plecach. Szli bardzo wolno, ale widać było, że mają w tym względzie praktykę i z pewnością nie jest to ich pierwsza wyprawa tego rodzaju. Szczerze mówiąc, nieco im zazdrościłam, ponieważ dla osoby, która tak jak ja całe życie mieszkała na nizinie, wspinanie się było dość trudne; miałam problem ze znalezieniem właściwego rytmu i wyregulowaniem oddechu, co powodowało, że szybko się męczyłam. Jednak mimo to dotarłyśmy na szczyt a widok, jaki się przed nami roztoczył, był naprawdę wart każdej fatygi! Poniżej miałyśmy zalesione północno-wschodnie zbocze góry, dalej leżała błękitna tafla jeziora Lecco a poza nią Alpy Bergamskie z Grigną i Grignettą na pierwszym planie.


Wtedy jeszcze nie wiedziałam, ile miałam szczęścia, że podczas tej pierwszej wycieczki okolica pokazała mi się całej krasie, a nie opatulona zasłoną wilgotnego powietrza, jak to miało miejsce wiele razy podczas moich następnych wypraw w góry. Tamtego dnia pogoda była wspaniała, powietrze przejrzyste a po niebie płynęły piękne, białe cumulusy. Niestety, był to czas, kiedy nawet nie myślałam o robieniu zdjęć, również Graziella nie wzięła ze sobą aparatu fotograficznego, więc ten widok pozostał jedynie odbitką w archiwum mojej pamięci... (Zdjęcie zamieszczone powyżej w przybliżeniu przedstawia panoramę, jaką wtedy oglądałyśmy, jednak zostało zrobione rok później, nieopodal Ghisallo).  Poprzestałyśmy na przechadzce w pobliżu skalnych rogów wyrastających ze szczytu wzniesienia, bo choć można na nie wejść dzięki systemowi poręczy i łańcuchów, potrzebne jest do tego doświadczenie we wspinaczce oraz odpowiedni sprzęt a my nie dysponowałyśmy ani jednym, ani drugim.


Te wspaniałe wrażenia nieco zmąciła przykra przygoda, jaka mnie spotkała podczas drogi powrotnej, kiedy niebacznie zeszłam na chwilę ze ścieżki, a po kilku krokach na moje nieszczęście natknęłam się na okazałego węża, pełzającego w trawie. Wąż chyba też nie był zadowolony ze spotkania, ponieważ oboje uciekaliśmy z tego miejsca równie szybko z tą różnicą, że on nie wrzeszczał ze strachu, jak to było w moim przypadku. Nie miałam czasu, aby mu się przyjrzeć, prawdopodobnie był po prostu nieszkodliwym zaskrońcem, jednak dla mnie to nie miało znaczenia, gdyż wydał mi się gadem co najmniej na miarę tego, który w herbie Sforzów pożera Saracena. To był jedyny niemiły moment tej wycieczki, na szczęście niebawem dotarłyśmy do schroniska Terz'Alpe, gdzie, zanim ruszyłyśmy w drogę powrotną do Canzo, mogłyśmy wzmocnić nadwątlone siły filiżanką espresso. Obydwie byłyśmy zadowolone z tej wyprawy, a nawet umówiłyśmy się na następną. Tym razem celem naszej wycieczki miała być góra Capanna Mara, leżąca nieopodal Erby, co zresztą doszło do skutku kilka tygodni później. Na Corni di Canzo już nie wróciłam, ale kilkakrotnie odwiedzałam różne szlaki w obrębie Val Ravella, gdyż w moich oczach była ona skończenie piękna i nie znajdowałam w niej nic, co by mnie raziło. Choć jest to miejsce bardzo popularne i uczęszczane, w dni powszednie spotyka się tam jedynie pojedyncze osoby. Przy takich okazjach większość ludzi przystaje na chwilę, aby się pozdrowić i zamienić kila słów na temat pogody czy szlaku; inni ograniczają się jedynie do krótkiego "salve" okraszonego uśmiechem.

Nie ma w tym nic wymuszonego, jest to raczej spontaniczny odruch wędrowców, których łączy ta sama pasja. Bardzo szybko przyswoiłam sobie ten obyczaj i muszę powiedzieć, że był to jeden z powodów, dla których w lombardzkich górach czułam się dobrze i bezpiecznie, nawet wtedy, gdy zaczęłam chodzić w pojedynkę. Zresztą podobnie rzecz się miała w niewielkich miasteczkach i wioskach na pogórzu; idąc za przykładem miejscowych, kiedy w wąskiej uliczce spotykałam kogoś oko w oko, zamiast przejść obojętnie wymieniałam z nim kilka słów pozdrowienia, co czasem zamieniało się w pogawędkę. To zawsze procentowało — nie tylko natychmiastową poprawą nastroju; często przy tej okazji dowiadywałam się istotnych szczegółów o okolicy albo otrzymywałam różne użyteczne rady. Włosi są narodem gościnnym i z sercem na dłoni (przynajmniej ja ich tak postrzegałam) być może czasem jest to nieco powierzchowne, jednak w przelotnych, niezobowiązujących kontaktach bardzo miłe. Jednak wróćmy do Val Ravella — jest to nie tylko miejsce bardzo piękne, oprócz tego ma ono do zaoferowania wiele walorów poznawczych, a osobom wierzącym daje okazję do wzruszeń natury religijnej. Reasumując, jest w stanie zapewnić wędrowcowi zarówno coś dla ciała, serca, ducha jak i umysłu. Pisałam już o aspekcie turystycznym, w następnych akapitach spróbuję opisać pozostałe walory, począwszy od poznawczego.


Otóż ta okolica jest bardzo ciekawa pod względem geologicznym i można tu znaleźć wiele interesujących mezozoicznych formacji skalnych pochodzenia morskiego, zawierających przeróżne skamieniałości, miedzy innymi liczne odciski dwuskorupowego mięczaka Conchodon. Lodowce, które się przemieszczały przez te tereny, pozostawiły liczne głazy narzutowe i depozyty morenowe. To spowodowało, że dzięki staraniom lokalnej społeczności w dolinie stworzono Sentiero Geologico, czyli geologiczną ścieżkę dydaktyczną. Dzięki temu, idąc wyznaczonym szlakiem, można zobaczyć min. ogromy zielonkawy serpentyn, pstrokate granity i gnejsy. Przy poszczególnych głazach umieszczono tablice ze szczegółowymi, a jednocześnie bardzo przystępnie podanymi informacjami. Poza tym w Gajum, gdzie ścieżka ma swój początek, jest jej dokładny opis wraz z oznaczeniami poszczególnych elementów, jakie można zobaczyć podczas wędrówki, natomiast w zabytkowym domostwie zwanym Prim'Alpe (lub Alpe Grasso) znajduje się centrum edukacji ekologicznej, więc Canzo i jego ścieżka jest obowiązkowym celem licznych, szkolnych wycieczek.


Sentiero dzieli się na dwie części, pierwsza kończy się nieopodal kaplicy San Miro, natomiast druga wiedzie dalej w góry, obok schroniska Terz'Alpe na wysokość ponad 1100 m, gdzie znajduje się Sasso Malascarpa, skała, która swoim wyglądem przypomina mur wzniesiony z gigantycznych głazów. Przejście całej ścieżki trwa 3- 4 godziny, więc jest to wycieczka na cały dzień. Ja niestety nie dotarłam do jej krańca, za to podczas moich wypraw na okoliczne szczyty kilkakrotnie przemierzałam różne jej etapy, więc przy okazji mogłam poszerzyć moją wiedzę w zakresie geologii i zaczęłam innym okiem patrzeć na otaczającą mnie przyrodę. Słyszałam też, że podobno Leonardo da Vinci malując swoją Madonnę wśród skał jako tło obrazu wykorzystał pejzaż Monte Cornizzolo, nie mam pojęcia, jakie miejsce konkretnie, jednak trudno się dziwić temu wyborowi, zważywszy na urodę okolicy. Leonardo, w czasach gdy mieszkał w Mediolanie, dużo podróżował po Lombardii, więc nie wykluczone, że był także i w tych stronach...


Moim ulubionym punktem była Marmitta dei Giganti, czyli głęboka jama o żwirowym dnie, wypełniona krystalicznie czystą wodą o turkusowo -niebieskim kolorze. Podobne twory geologiczne nie są rzadkością na terenie Alp, gdzie czasami nazywane są też studniami diabła. Powstawały one, gdy woda spływająca z topniejących lodowców wprawiała kamienie i piasek ruch, te zaś obracały się, drążąc zagłębienie w miękkiej skale. Większość z nich ma średnicę około metra i podobną głębokość, choć zdarzają się też dużo większe, mające od czterech do pięciu metrów średnicy, a głębokość nawet do sześciu. marmitta w Val Ravella należy do tych mniejszych, ale mimo to, robi wrażenie dzięki czystości i barwie wody. Sentiero Geologico nosi imię Giorgio Achermanna, który był jej pomysłodawcą. Choć urodził się w Szwajcarii, został Włochem z wyboru, ożenił się z Włoszką i zamieszkał w niedalekiej  Erbie, gdzie zmarł w 1995 roku.


Giorgio Achermann pracował jako dziennikarz, a zamiłowania był ekologiem. Dzięki niemu na terenie Brianzy powstała organizacja Gruppo Naturalistico della Brianza, prężna organizacja, składająca się z ludzi działających na rzecz środowiska naturalnego. Achermann dobrze się zasłużył swojej przybranej ojczyźnie w zakresie ochrony środowiska, niestrudzenie pracując na rzecz podniesienia świadomości społecznej w dziedzinie ekologii. Muszę powiedzieć, iż bardzo mi zaimponował swymi działaniami, tym bardziej że zaciekle (choć niestety nieskutecznie) walczył z projektem wzniesienia wieży przekaźnikowej na Monte Rai straszydła, o którym pisałam w poprzednim poście. Podczas moich krótszych i dłuższych spacerów na terenie Val Ravella, miałam okazję wędrować zarówno ścieżką w dolinie prowadzącą wzdłuż potoku, jak i wyżej położoną mulatierą, biegnącą przez las.


Ta mulatiera zaczyna się w Gajum a kończy na wysokości 800 m n.p.m. przy Terz'Alpe. Bardzo lubiłam chodzić tym szlakiem, ponieważ po drodze mijałam pięknie położone Prim'Alpe (lub Alpe Grasso) później dochodziłam do miejsca, gdzie można zobaczyć ruiny Second' Alpe (inaczej zwane Alpe Betulli lub Alpe del Sole, ze względu na wyjątkowo korzystne położenie na nasłonecznionym stoku) domostwa, które ma swoją fascynującą historię, o czym napiszę nieco dalej, w związku z duchowym aspektem wędrówki w obrębie doliny. Tuż obok mijałam kapliczkę poświęconą San Miro a nieopodal jeszcze jedną, malutką i dość skromną. Ta mniejsza ma swoją ciekawą historię — otóż wznieśli ją członkowie grupy Rovers Scout z Medy, którzy umieścili w niej wizerunek San Girolamo i napis wyryty na marmurowej tabliczce, który głosi:

Wysoko ponad ziemią my Rovers Scout wznieśliśmy tę kapliczkę ku czci naszego patrona San Girolamo oraz dla upamiętnienia naszego brata Felice.                         Klan Rovers Scout z Medy 16.10.1949


Zadumałam się nad tą tabliczką i nad tym, kim byli ci chłopcy z niedalekiej, lecz leżącej na równinie Medy, złączeni braterską przysięgą skautów i kim był Felice? Dlaczego odszedł tak wcześnie? Rovers Scout, czyli starsi skauci zwani we Włoszech Wędrowcami, mieli zwykle od 17 do 21 lat, co z pewnością nie jest wiekiem do umierania... Czy zmarł z powodu choroby, może zginął na froncie a może w jakimś tragicznym wypadku? Jednak najbardziej wzruszyło mnie to, że kapliczka była odnowiona i bardzo zadbana. Stały tam kwiaty oraz znicze, również jej otoczenie było uporządkowane, więc widać było, iż są osoby, które nadal pamiętają o tym miejscu i poświęcają mu swój czas...***

Podczas moich górskich wypraw niejednokrotnie się zdarzało, że przystawałam zachwycona i z trudem mi przychodziło rozstanie z jakimś fragmentem pejzażu. Natomiast w obrębie Val Ravella podobało mi się wszystko; idąc mulatierą wiodącą do Terz'Alpe mogłam do woli popatrzeć z góry na tę piękną, zalesioną dolinę, gdzie na wprost miałam Monte Prasanto, Monte Rai i Monte Cornizzolo ( o wycieczce na tę górę pisałam tutaj  i tutaj).


W poprzednim poście wspominałam, że ze zbocza tej ostatniej wyrasta ogromna skała zwana Ceppo d'Angua; kiedy przechodziłam nieopodal, wręcz przytłaczała mnie swoim ogromem, jednak nie budziło to we mnie uczucia lęku, raczej wielki podziw dla tego tworu przyrody. Jej nazwa nawiązuje do legend o fantastycznych, wodnych istotach, zwanych "angue" lub "aguane" i zapewne ma związek z przepływającym u jej stóp potokiem Ravella. Równie podobał mi się nasłoneczniony las na przeciwległym zboczu, ciągnący się wokół mulatiery; jest tam dużo drzew iglastych, więc ziemię zawsze pokrywa gruba warstwa brązowych szpilek, można tam też znaleźć wielkie, sosnowe szyszki, niejednokrotnie mające długość przekraczającą trzydzieści centymetrów. Mulatiera kończy się przy Terz'Alpe, gdzie wędrowiec musi dokonać wyboru: może iść dalej, w wyższe partie gór, albo zawrócić i wejść na tę część ścieżki geologicznej, która zmierza do Fonte di Gajum i San Miro. Po przejściu na drugą stronę potoku znajdziemy się w miejscu, skąd jeden szlak prowadzi w dół do Canzo a drugi w górę, do sanktuarium.

Ten drugi wariant (jak to pisałam na wstępie) ma aspekt duchowy, gdyż jest związany z człowiekiem, który w tym miejscu spędził większą część swego życia, a po śmierci został uznany za świętego. Nazywał się  Miro Paredi i przyszedł na świat w domostwie dziś znanym jako Second' Alpe (dlatego też wzniesiono tam kaplicę jego imienia, o której wspominałam powyżej). Jak pisałam, do naszych czasów z tych zabudowań pozostały jedynie ruiny; na szczęście w porę zostały zabezpieczone i oczyszczone z zarastającej je roślinności; zadbano także o ustawienie tablic poglądowych, dzięki czemu możemy zobaczyć, z jakich pomieszczeń składało się obejście i jakie pełniło funkcje. Legenda mówi, że małżonkowie Paredi mieli około sześćdziesiątki, kiedy ich dziecko przyszło na świat, nic więc dziwnego, że uznano to za cud, co znalazło odbicie w imieniu, jakie mu nadano. Nie ma zgody, jeśli chodzi o rok jego urodzenia, jedne źródła podają 1306, natomiast inne 1336 r. Tak czy inaczej, Miro już jako dziecko został oddany pod opiekę bogobojnego pustelnika. Kiedy dorósł, poszedł w jego ślady — majątek odziedziczony po rodzicach oddał ubogim i nadal wiódł życie eremity w grocie po drugiej stronie strumienia, leżącej niemal na wprost jego rodzinnego domu. San Miro poprzez swe modły kilkakrotnie miał sprawić, że po okresach posuchy spadały deszcze, co ratowało ludzi przed utratą plonów i śmiercią głodową.

Z tego powodu jest on nazywany "Santo della pioggia" czyli "Świętym od deszczu". Przypisuje mu się modlitwę, którą w 1975 roku powtórzył papież Paweł VI, kiedy to długotrwała susza trapiła wiele rejonów na całym świecie. San Miro pod koniec życia powędrował do Onno, skąd w cudowny sposób przeprawił się na drugi brzeg jeziora. Ponieważ nie miał pieniędzy, przewoźnik nie chciał go zabrać na swoją łódź; wtedy pielgrzym miał rzucić na wodę swój płaszcz, na którym pokonał wodne odmęty. (Jest tu zadziwiająca zbieżność z tym, czego miał dokonać San Giulio, o którym pisałam tutaj). Następnie kontynuował swą wędrówkę po wschodnim brzegu jeziora, aż dotarł do Sorico, miejscowości leżącej na jego północnym krańcu, gdzie niebawem zmarł. W połowie XVII wieku nieopodal groty gdzie spędził większą część swego życia, wzniesiono małe sanktuarium i domek, dający schronienie braciom zakonnym sprawującym tam posługę kapłańską.  Z biegiem czasu cały obiekt uległ częściowej destrukcji, mimo to dotrwał do czasów, kiedy znaleźli się ludzie, którzy w 1994 roku podjęli prace renowacyjne, co upamiętniono wyryciem ich imion na niewielkim kamieniu wmurowanym w północną ścianę kościoła. Również dom mieszkalny wyremontowano, dzięki czemu dziś służy on pielgrzymom oraz osobom szukającym miejsca odosobnienia, gdzie można oddać się rozmyślaniom i modlitwie. Wysoko, w skalnej ścianie na wprost kościółka, znajduje się ciasna i ciemna jama z figurką Madonny; to wejście do groty, gdzie mieszkał San Miro.

Poniżej jest obudowane źródło, o którym wieść gminna głosi, że trysnęło ze skały dzięki modlitwie świętego, a jego woda ma moc uzdrawiania niektórych chorób. Po prawej stronie sanktuarium, na zboczu Monte Cornizzolo, leżą wielkie, obłe głazy a pomiędzy nimi sączy się strużka wody zmierzająca do potoku Ravella. Zaczęłam się po nich wspinać niczym po monumentalnych schodach,  kiedy znalazłam się na zboczu powyżej kościoła, znów zachwycił mnie widok, jaki roztaczał się z tego miejsca. Głazy stawały się coraz większe a droga coraz trudniejsza, więc dalsze wspinanie się po nieoznaczonym szlaku nie miało sensu. Zeszłam w dół i ruszyłam w stronę Canzo, po drodze minęłam jeszcze jedną kapliczkę poświęconą San Miro, tym razem wzniesioną na skale wyrastającej nieopodal drogi. Przez jakiś czas szłam wzdłuż strumienia, w jego łożysku płynęło niewiele wody, więc wielu wędrowców, którzy przechodzili tą drogą przede mną, układało jeden na drugim płaskie kamienie, ustawiając niewielkie kopczyki, które Włosi nazywają "ometti". Podobny zwyczaj może się komuś wydawać śmieszny i bezużyteczny, jednak od czasów, kiedy wniosłam mój pierwszy kamień na szczyt Monte Mottarone i dołożyłam go do tych, które położyli inni, będący tam przede mną, ja również nigdy nie omieszkałam ustawiać podobnych kopczyków, choć zdawałam sobie sprawę z tego, że padną ofiarą pierwszej niepogody.

Nie wykluczone, że ta czynność może się wydać bezsensowna, jednak dla mnie zawsze była wyrazem łączności, zarówno z miejscem, w jakim się znalazłam, jak i podobnymi do mnie przechodniami. Być może, u jej podstaw leży chęć zostawienia po sobie śladu na przebytej drodze, podobna do tej, która innych ludzi skłania do rycia napisów na drzewach lub ścianach, jednak zdecydowanie bardziej subtelna i pozbawiona elementu destrukcji a do tego dająca przyrodzie szansę na przywrócenie pierwotnego porządku. Jak zwykle podczas moich wycieczek w te strony, idąc wzdłuż potoku Ravella dotarłam do Gajum, gdzie zatrzymałam się na krótki odpoczynek. Lubiłam siadywać pod rozłożystymi drzewami nieopodal źródła, by słuchać szumu potoku płynącego w głębokim jarze. Kiedy zmęczona, lecz szczęśliwa wracałam do Canzo i zagłębiałam się w jego urocze zaułki, po wielokroć przystawałam, żeby jeszcze raz popatrzeć na piękny widok gór dominujących nad miasteczkiem, jaki zostawiałam za sobą i na zawsze utrwalić go w mojej pamięci...
***
Tu pragnę zamieścić dopisek — dziś, 21 sierpnia 2023 roku, zupełnie przypadkowo trafiłam w internecie na długą listę włoskich skautów, którzy odeszli z tego świata. Postanowiłam ją przejrzeć w nadziei, że znajdę na niej jakąś wzmiankę o Felice. 

Jak się okazało, mój trud został nagrodzony, gdyż z listy dowiedziałam się, że zmarły skaut nosił nazwisko Frigerio, dość popularne w Lombardii a przyczyną jego zgonu było utonięcie. Rzeczą, która mnie uderzyła, były dane na temat śmierci innych osób z listy, gdyż przy wielu nazwiskach były dość szczegółowe informacje — i tak kilka osób zginęło w różnego rodzaju wypadkach, podczas zamachów bombowych i trzęsień ziemi. Inni umarli w hitlerowskich obozach koncentracyjnych, było też kilku takich, którzy zostali misjonarzami w Kongo, gdzie zostali zabici przez rebeliantów. Ciekawostką jest też to, że na tej liście jest kilka polskich nazwisk. 


Więcej zdjęć z Val Ravella można zobaczyć w albumie 


czwartek, 16 czerwca 2016

Lombardia. Bellagio - druga odsłona.



Jak pisałam w poprzednim poście, pierwsza wizyta w Bellagio zrobiła na mnie ogromne wrażenie; nigdy dotąd nie byłam w miejscu tak malowniczym a do tego wspaniała pogoda podnosiła walory pięknego pejzażu. Jego ukoronowanie stanowił widok prześlicznego bulwaru i wąskich uliczek, pnących się w górę, pomiędzy stylowymi budynkami w żywych, pastelowych kolorach. Pokochałam to miasteczko od pierwszego wejrzenia i co jakiś czas czułam wewnętrzny przymus, aby znowu zobaczyć jego śliczne zakątki.


Bellagio, chociaż od dawna było miejscem, gdzie licznie przybywali turyści z całej Europy, swą dzisiejszą postać zaczęło przybierać dopiero w drugiej połowie XIX wieku, kiedy to dla wygody znamienitych gości, powstały liczne, dobrze wyposażone  hotele. Wcześniej było to po prostu zbiorowisko raczej skromnych domostw, poprzetykanych nieco bardziej okazałymi kamieniczkami i willami należącymi do miejscowych patrycjuszy, gdzie ulewne deszcze spłukiwały rynsztoki a w miejscu, w którym  obecnie jest przystań dla łódek i statków, pędzono krowy do wodopoju. Mimo to, turyści chyba cenili sobie te skromne uroki; liczni przybysze znajdowali lokum w domach stałych mieszkańców, którzy w owych czasach niewiele mogli im zaoferować - pokoje pozbawione wygód, świeże mleko, jaja i kurczaki, kuchnię prostą i niewymyślną. Kiedy trafił się gość bardziej wymagający i żądny luksusu, gospodarz udawał się do kogoś z lokalnych wyższych sfer, aby pożyczyć porcelanową zastawę i srebrne sztućce.

Jednak z biegiem czasu znalazło się kilku prężnych przedsiębiorców, którzy postanowili czerpać zyski z goszczenia turystów, to zaś zaowocowało powstaniem odpowiedniej bazy hotelowej. Sama nigdy nie nocowałam w żadnym z tamtejszych hoteli, gdyż mieszkając w okolicy nie miałam takiej potrzeby, dlatego nic nie mogę powiedzieć o wnętrzach, jednak patrząc na ich piękne bryły i zadbane otoczenie, nietrudno sobie wyobrazić, że ilość gwiazdek jakie im przynależą  z pewnością jest większa niż dwie. Oczywiście, to nie oznacza, że w Bellagio panuje pogoda jedynie dla bogaczy, osoby o mniej zasobnych portfelach mają do dyspozycji pensjonaty, apartamenty i pokoje na wynajem oraz pole campingowe. Ale wróćmy do uroków Bellagio - jak już pisałam, jest tu długi, zabytkowy bulwar, prowadzący z centrum miasteczka w stronę Villi Melzi, ozdobiony oleandrami, platanami, palmami i kolorowymi klombami pełnymi  kwiatów.
Szkoda jedynie, że kiedy tam byłam ten piękny widok tracił nieco przez sąsiedztwo opuszczonego hotelu Grande Bretagne; niegdyś był to wspaniały przybytek, w którym, jak wskazuje na to jego nazwa, lubili gościć przybysze z Wysp Brytyjskich.


Niestety, błędy w zarządzaniu sprawiły, że podupadł i na koniec został zamknięty; jednak z tego co wiem, odkupiła go pewna spółka, która ma mu przywrócić dawną świetność, więc nie wykluczone, że niebawem znów zawitają do niego goście. (W internecie znalazłam wiadomość, że ma się to stać w tym roku, ciekawa jestem czy dotrzymano terminu?) Spacerując po bulwarze możemy popatrzeć na górującą nad Bellagio Willę Serbelloni albo panoramę przeciwległego brzegu jeziora, z zielonymi pasmami gór dotykających nieboskłonu i miasteczkami schodzącymi tuż na skraj lazurowej wody.  Możemy też dostrzec półwysep Balbianello z willą tej samej nazwy oraz elegancką, białą sylwetkę Villi Carlotta w pobliskiej Cadenabbi. Kiedy nasycimy oczy barwami kwiatów, zielenią drzew, błękitem nieba i wody, możemy pójść  w przeciwną stronę, przejść przez centralny plac w pobliżu przystani, drogą, która zaprowadzi nas na kraniec półwyspu.


Po drodze mija się Grand Hotel Villa Serbelloni (najbardziej luksusowy hotel w Bellagio) leżący tuż nad brzegiem jeziora u stóp wzgórza, gdzie znajduje się właściwa Villa Serbelloni, o której wspominałam powyżej. Willa ma bardzo bogatą historię - niegdyś należała do Viscontich (w owych czasach była raczej niewielkim zameczkiem) później przeszła w ręce rodziny Serbelloni, od której wzięła swą nazwę. Willa swoich murach gościła wielu książąt i królów a nawet samego Leonarda da Vinci. Jej ostatnią właścicielką była Ella Walker, potomkini sławnych gorzelników, którzy stworzyli markę "Johny Walker" (po mężu księżna Thurn und Taxis albo jak mówią Włosi - Torre e Tasso). Księżna była osobą o wielkich zaletach charakteru i szerokim geście o czym świadczy fakt, że w testamencie zapisała willę fundacji Rockefellera; dziś służy ona za miejsce wypoczynku i pracy twórczej uczonym oraz artystom. Idąc drogą wiodącą między wzgórzem i ogrodem przylegającym do hotelu, dotrzemy do przylądka zwanego La Punta, Jest to miejsce, skąd mamy wspaniały widok na trzy odnogi jeziora, skaliste  pasma gór w głębi, eleganckie Menaggio po lewej stronie i śliczną Varennę z Willą Monastero po prawej.


Choć będąc tam zrobiłam wiele zdjęć, to z ręką na sercu wyznaję, że absolutnie nie oddają one urody tego miejsca...To, co na zdjęciu jest po prostu nieostrym drugim i trzecim planem, w rzeczywistości jest uroczą mgiełką spowijającą pejzaż, w której majaczą odległe brzegi i zarysy gór. Jezioro w tym miejscu jest najszersze, przy upalnej pogodzie cały akwen paruje oddając wielką ilość wilgoci, więc zdarza się, że kiedy ciśnienie atmosferyczne spada a wiatr idzie spać, nie ma mowy o podziwianiu widoków i można ich się jedynie domyślać. Na szczęście pogoda zmienia się często, letnie burze oraz wiatr wiejący od gór oczyszczają atmosferę a wtedy znowu można się zachwycać tą piękną okolicą.


Niezależnie od pogody, bardzo lubiłam odpoczywać na cyplu w cieniu platanów nieopodal falochronu i patrzeć na jezioro; czułam się wtedy niczym na dziobie statku a widok falującej wody sprawiał, że zapadałam w stan doskonałego relaksu. Chętnie tam siadywałam, ale jeszcze bardziej ciągnęło mnie miasteczko, ze swoimi stromymi uliczkami, uroczymi podwórkami i tarasami pomiędzy domami. Lubiłam zaglądać do sklepików z ceramiką i artystyczną biżuterią oraz butików, gdzie można kupić unikatową odzież, niepowtarzalne szale, kapelusze i torebki. Czasem wstępowałam do cukierni na pyszne lody lub smakowite ciastko, albo wypijałam aromatyczne espresso w jednym ze stylowych barów, gdzie prostota i wyrafinowanie wystroju splatają się w jedną całość.

Żeby było jeszcze ładniej, stare mury domów porastają pnącza a w oknach i przed drzwiami stawia się donice pełne kwitnących roślin. Uwielbiałam patrzeć na śliczne balkony z kutego żelaza splecionego w misterne arabeski, kaskady petunii i pelargonii, kryte galeryjki, niczym mostki łączące budynki po dwóch stronach uliczki, markizy z płótna w pasy i cieniste portyki z arkadami, gdzie w lecie opuszcza się portiery chroniące od nadmiaru słońca.
Jak wspominałam, w Bellagio wypoczywało wielu znakomitych gości- pisarzy, kompozytorów, aktorów i polityków, jednak mnie szczególnie zainteresowała pamiątkowa tablica, którą znalazłam na jednym z budynków. Tablica mówi o tym, że w 1837 roku w tym domu mieszkał Franciszek Liszt z hrabiną Marią d'Agoult, która dla niego pozostawiła swego męża i dwójkę dzieci. Ich długoletni, burzliwy romans sprawił, że przez wiele lat ta niekonwencjonalna para była obiektem powszechnego zainteresowania i licznych plotek. Nie było w tym niczego dziwnego, ponieważ Franciszek mimo młodego wieku cieszył się zasłużoną sławą niezwykle utalentowanego wirtuoza i kompozytora (a przy tym atrakcyjnego mężczyzny) zaś dama jego serca była arystokratką o literackich ambicjach (po rozstaniu z Lisztem powróciła do Paryża, gdzie z powodzeniem  publikowała swe prace pod pseudonimem Daniel Stern).

Kochankowie przybyli do Bellagio w sierpniu (Maria była wówczas w zaawansowanej ciąży) i pozostali do grudnia, kiedy to urodziła się Cosima, ich druga córka, przyszła żona Ryszarda Wagnera. (Swoją drogą, Cosima poszła w ślady matki, gdyż aby związać się z Wagnerem zostawiła swego pierwszego męża, dyrygenta Hansa von 
Bülow, z którym miała dwie córki.) Liszt, mimo swej skomplikowanej sytuacji życiowej chyba nie narzekał na brak weny twórczej. Z różnych przekazów wiadomo, że chętnie bywał w ogrodach Villi Melzi, gdzie lubił siadywać w mauretańskiej altanie z widokiem na rzeźbę przedstawiającą Dantego i Beatrycze; ten widok oraz lektura "Boskiej komedii" natchnęły młodego kompozytora do napisania sonaty "Dante". Jak wspominałam wcześniej, Bellagio w owych czasach nie było tym eleganckim miasteczkiem, jakie widzimy współcześnie, jednak jego niezrównane położenie i wspaniały klimat sprawiły, że Liszt pisał o nim, iż jest to miejsce pobłogosławione przez niebo i stworzone, aby być scenerią życia dla miłości. Z pewnością, pobyt w tym miejscu u boku ukochanej osoby ma szczególny urok; ja bywałam tam w pojedynkę, ale wcale mi to nie przeszkadzało w cieszeniu się jego szczególną atmosferą, mogłam bez przeszkód i do woli snuć się znajomymi zaułkami, przysiadać na parkowych ławkach albo w chłodnym wnętrzu jednego z kościołów. Lubiłam mały, skromy, antyczny kościółek San Giorgio, gdzie pod  dzwonnicą jest sklepione przejście, tworzące bramę pomiędzy salitą Genazzini  (to przy niej znajduje się dom, gdzie mieszkał Liszt ze swą ukochaną) a głównym placem, przy którym mieści się Municipio, jak i okazałą, romańską bazylikę San Giacomo, której wyniosła wieża góruje ponad miastem.

Wewnątrz bazyliki możemy zobaczyć obrazy pędzla takich malarzy jak Perugino i Foppa oraz wspaniałe mozaiki szkoły weneckiej; ich złocisty kolor potęguje blask bijący od pięknie podświetlonego ołtarza z pozłacanego drewna co rozjaśnia surowe wnętrze świątyni. Na placu przed kościołem znajduje się fontanna, gdzie na wysokiej kolumnie umieszczono rzeźbę przedstawiającą Madonnę z Dzieciątkiem, szkoda jedynie, że plac jest jednocześnie parkingiem, w sezonie jest tam zawsze mnóstwo samochodów i motocykli, co zdecydowanie psuje nastrój tego zakątka. Swoją drogą, dziwi mnie, że do tej pory nie ograniczono ruchu kołowego na terenie tej części miasta, chociaż nie od dziś mówi się o potrzebie stworzenia parkingów poza ścisłym centrum (były nawet głosy mówiące, że przymierzano się do stworzenia jednego na terenie ogrodów hotelu Grande Bretagne, co mam nadzieję, nigdy nie dojdzie do skutku). Letnie Bellagio to miejsce, gdzie przebywa wielu gości, zarówno takich, którzy przyjeżdżają na dłuższy wypoczynek, jak i przelotnych ptaków, mimo to, nie sprawia wrażenia zatłoczonego, dla wszystkich jest dość miejsca na bulwarze, w parkach i restauracyjnych ogródkach. 

Na szczęście jest tu tyle interesujących miejsc i możliwości zorganizowania sobie odpowiednich rozrywek, że każdy znajdzie coś dla siebie; można oddać się zwiedzaniu zabytków, popłynąć w rejs po jeziorze, odwiedzić inne malownicze miejscowości w okolicy, uprawiać sporty wodne, plażować, udać się w góry pieszo albo na rowerze, czy po prostu korzystać z chwili relaksu na jednej z licznych ławek nieopodal brzegu jeziora i możliwości podziwiania wspaniałego widoku, jaki się przed nami roztacza. 

Zachęcam do obejrzenia pozostałych zdjęć z Bellagio >