niedziela, 28 stycznia 2024

Lombardia. Jeden taki dzień w Mediolanie.


Mediolan, choinka na Piazza Duomo

Mediolan to miasto wyjątkowe, różni się od innych historycznych włoskich miast. Jego sercem jest Plac Katedralny (Piazza Duomo) z konnym pomnikiem Wiktora Emmanuela II, pierwszego króla zjednoczonych Włoch. Otaczają go imponujące budowle z różnych epok — majestatyczne gotyckie Duomo, neorenesansowa Galeria Wiktoria Emmanuela II, klasycystyczne Palazzo Reale, miejsce wspaniałych wystaw czasowych, i Palazzo Arengario, przykład włoskiego racjonalizmu. Nie ma tu wyraźnie wyodrębnionego zabytkowego centrum, jest to miasto eklektyczne, a jego liczne zabytki są porozrzucane na dość znacznym obszarze. Również w nowo powstałych dzielnicach można znaleźć wielowiekowe budowle — kościół z przyległym do niego klasztorem, patrycjuszowską willę, a nawet zamek. Dzieje się tak, ponieważ miasto, podobnie jak inne metropolie, nieustannie się rozszerza, wchłaniając w siebie liczne ościenne miejscowości, a także obiekty, które w momencie swego powstania znajdowały się na pustkowiu. Z tego powodu ktoś, kto nie mieszka tam od wielu lat, a do tego nie pasjonuje go zwiedzanie nowych zakątków, ma niewielką szansę na jego rzeczywiste poznanie. Mediolan kojarzy się z pośpiechem, modą i nowoczesnością. Czy da się go naprawdę poznać podczas krótkiego wypadu? Jako osoba, która spędziła w Lombardii wiele lat, uważam, że nie, bo wiem, że to miasto-zagadka. Jednak nie dziwię się, jeśli ktoś na jego zwiedzanie poświęca dwa, trzy lub nawet jeden dzień. Jest to zrozumiałe, gdyż trzeba mieć na względzie  czas, oraz zasoby finansowe, jakimi dysponuje turysta. Nie można też zapominać o tym, że całe Włochy to prawdziwa skarbnica sztuki i zabytków, więc wybór jest tak duży, że nie wiadomo, gdzie kierować swe kroki.

Mediolan, Piazza Duomo - konny pomnik Wiktora Emmanuela II

Mediolan, Palazzo Reale i wieża San Gottardo

Mediolan ma wiele twarzy i tylko od tego, czego szukamy, zależy, co tam znajdziemy. Ja miałałam to szczęście, że mój pobyt w Lombardii trwał wiele lat, więc jego zwiedzanie mogłam rozłożyć na wiele epizodów, jednak wracając do Polski na stałe, zdawałam sobie sprawę, że widziałam może połowę tego, co warto zobaczyć. Jednak mimo wszystko parę takich dni zapadło mi w pamięć – jedne dlatego, że zobaczyłam jakiś znaczący zabytek lub wystawę, a inne po prostu z powodu niezwykłej atmosfery.
Niestety Mediolan nie zalicza się do miast, w których można bezkarnie przebywać przez dłuższy czas, jeśli gnębią nas problemy zdrowotne lub po prostu mamy na względzie swój fizyczny dobrostan. Zresztą z tym samym problemem boryka się cała Równina Padańska i są okresy, kiedy ten region znajduje się na szczycie rankingu miejsc o najbardziej zanieczyszczonym powietrzu.
Ma na to wpływ zarówno specyficzny mikroklimat i wysokie uprzemysłowienie regionu, jak i spaliny produkowane przez ogromną liczbę aut, które nieustannie krążą po ulicach. W niektóre dni czapa smogu jest tak dokuczliwa, że drapanie w gardle ciągle zmusza do kaszlu, a podrażnione oczy łzawią i pieką. Jednak czasem zdarza się, że przychodzą dni wspaniałej pogody, gdyż wiatr od gór przegania te dokuczliwe zanieczyszczenia, a to sprawia, że ostry blask słońca inaczej modeluje budynki i ukazuje nam detale architektoniczne, które na co dzień umykają naszej uwadze.
Najczęściej dzieje się tak wczesną wiosną lub jesienią, bo wtedy wiatr mocniej wieje — sporadycznie zdarza się też w lecie, po burzy połączonej z obfitym deszczem, która na kilka dni oczyszcza powietrze.

Mediolan, Piazza Duomo - schody przed katedrą

Mediolan, fasada Duomo

Mediolan, Piazza  Duomo fasada katedry

Mediolan, Piazza Duomo Fragment fasady katedry i Galerii

Pewnego razu, pod koniec listopada, wybrałam się do Mediolanu, aby obejrzeć wystawę obrazów Salvadora Dalego w Palazzo Reale. Co prawda nie jestem szczególną miłośniczką jego malarstwa, jednak wychodząc z założenia, że czym innym jest kontakt z reprodukcją, a czym innym możliwość obejrzenia oryginału, postanowiłam skorzystać z tej niepowtarzalnej okazji. Wystawy w Palazzo Reale zawsze gwarantują spotkania ze sztuką na najwyższym poziomie. Nie tylko są przygotowane z ogromną starannością, ich dodatkowym walorem jest to, że organizatorzy sprowadzają dzieła z najróżniejszych źródeł – są one wypożyczane nie tylko z muzeów, ale również z kolekcji prywatnych czy zbiorów wielkich banków.
Dla mnie była to prawdziwa gratka – miałam niepowtarzalną okazję zobaczyć wiele wspaniałych obrazów, które bardzo rzadko są udostępniane szerszej publiczności. Wystawa Dalego była jedną z większych ekspozycji i zgromadziła mnóstwo oglądających. Szczerze mówiąc, tym, co mnie naprawdę zaskoczyło, była rozmaitość stylów i technik prezentowanych obrazów. Oprócz tych powszechnie znanych, namalowanych w stylu surrealizmu i bezsprzecznie robiących ogromne wrażenie, pokazano również inne, dość konwencjonalne, które bardzo mnie zaskoczyły, gdyż skojarzyły mi się raczej z wystawą prac studentów akademii sztuk pięknych.
Reasumując, cieszę się, że mogłam to wszystko zobaczyć, ale nie mogę powiedzieć, że poczułam się szczególnie wzbogacona duchowo. Dla mnie sztuka jest przede wszystkim sprawą emocji, które we mnie budzi, co oczywiście nie znaczy, że szukam tylko tego, co jest pogodne, "ładne" i miłe dla oka. Nie mogę też powiedzieć, że w obrazach Dalego nie dostrzegam przesłania czy swoistej filozofii w sposobie widzenia świata, jednak patrząc na nie, mam wrażenie czegoś wyrozumowanego i wykreowanego, a nie płynącego z głębi jaźni artysty.
Mediolan, Piazza Duomo Palazzo Arengario

Mediolan, Piazza Duomo okna Palazzo Arengario

Mediolan, Piazza Duomo odbicie katedry w oknach Palazzo Arengario

Mimo wszystko, na wystawie spędziłam około trzech godzin, a kiedy wyszłam na Plac Duomo minęło już południe. Był to jeden z tych pięknych dni późnej jesieni i choć dopiero kończył się listopad, pogoda była niemal zimowa — utrzymywał się lekki mróz, wspaniale świeciło słońce, a powietrze miało przejrzystość kryształu. Aura była wręcz wymarzona na przechadzkę po mieście, tym bardziej że tym razem pokazało się ono ze swojej najlepszej strony. 

Chyba po raz pierwszy miałam okazję oglądać mediolańską katedrę w takim oświetleniu. Muszę przyznać, że prezentowała się po prostu olśniewająco, przepięknie wymodelowana przez światło i cień, ukazywała wszystkie swoje detale i zakamarki fasady. 

Również inne budynki wokół placu nabrały niemal nierzeczywistego wyglądu — masywna bryła Palazzo Arengario, podobnie jak Duomo oblicowana marmurem z Candoglii, zdawała się niemal unosić w powietrzu dzięki swym ogromnym oknom, w których odbijał się ciemny błękit nieba i rozmyta sylwetka katedry.

Mediolan, Piazza Duomo- Galeria Wiktora Emmanuela II

Mediolan, Piazza Duomo "żywy posąg" w królewskich szatach

Mediolan, pogawędka na Piazza Duomo

Mediolan, Piazza Duomo - sprzedawca bransoletek

Na Piazza Duomo jak zwykle było sporo ludzi, a jeszcze więcej gołębi, które całymi chmarami fruwały z miejsca na miejsce. Choć od świąt dzielił nas równo miesiąc, na placu już ustawiono ogromną, smukłą choinkę, jeszcze częściowo osłoniętą, gdyż nadal trwały prace związane z jej ozdabianiem i montażem światełek. Światełka, zgodnie z tradycją, po raz pierwszy zapala się w dniu 6 grudnia, czyli w wigilię obchodów poświęconych św. Ambrożemu, patronowi miasta. Jest to ważne wydarzenie gromadzące wielu widzów.
Tymczasem na placu toczyło się zwykłe życie, choć może nieco zredukowane z racji mniejszej liczby turystów. Imigranci z krajów afrykańskich handlowali książkami, a młodzi mężczyźni, przybysze z Maghrebu, przez zaskoczenie próbowali "obdarowywać" turystów bransoletkami splecionymi z kolorowych nitek. Rzekomi ofiarodawcy po zawiązaniu tego "prezentu" na nadgarstku upatrzonej ofiary żądają za niego datku w postaci kilku euro, co często kończy się kosmiczną awanturą, gdyż wiele osób nie chce płacić i próbuje zwracać niechciany podarunek.
Nie brakuje też osób sprzedających kukurydzę dla gołębi, chociaż ich karmienie jest surowo zakazane i zagrożone sporą grzywną. Mimo to chyba jest to proceder dość opłacalny, bo wiele osób chce sobie zrobić zdjęcie w otoczeniu chmury ptaków.
Mediolan, Piazza Duomo - dziecko wśród gołębi

Mediolan, Piazza Duomo - chłopiec z gołębiami na ramionach

Mediolan, Piazza Duomo - mały chłopczyk z gołębiami

Mediolan, Piazza Duomo - stado gołębi

Podobnie jak Duomo i Arengario, również Galeria Wiktora Emmanuela dzięki temu niecodziennemu oświetleniu ukazała całe bogactwo swych dekoracyjnych elementów. Z racji wysokości budynku część z nich zwykle tonie w półcieniu i aby je dobrze obejrzeć, należałoby użyć lornetki. Tym razem ostre słoneczne światło padające od wejścia zadziałało jak reflektor, oświetlając mozaiki i architektoniczne zdobienia.
Mnie zainteresowały czasowe dekoracje w postaci kolorowych proporców zawieszonych pod stropem, wysoko ponad głowami przechodniów. Na proporcach umieszczono symbole i motywy ze średniowiecznych rycin, ilustrujących stare, włoskie przysłowia. Większość z nich była mi zupełnie nieznana i mogłam się jedynie domyślać, o co w nich chodzi, jednak dwa nie pozostawiały cienia wątpliwości.
Pierwszy proporzec przedstawiał wizerunek nieszczęsnej owieczki rozszarpywanej przez wilka i napis "Che pecora si fa" (To się robi z owcą) - nic ująć, nic dodać! (Tu przyszła mi do głowy refleksja — czy nie ma innego podziału, czy na świecie faktycznie są tylko owieczki na pożarcie i okrutne wilki? A może są momenty, kiedy te role się odwracają? Można by o tym długo dyskutować).
Natomiast na drugim widniał wizerunek człowieka, który z niezbyt mądrą miną zamierza drażnić kijem śpiącego psa, czemu odpowiadało przysłowie "Non svegliare il cane che dorme" (Nie budź śpiącego psa). To ostatnie po prostu mnie oczarowało trafnością spostrzeżenia! W Polsce mówi się w takich sytuacjach "Nie budź licha", ale wydaje mi się, że włoska wersja bardziej przemawia do wyobraźni. Wraz z moją córką Martą szybko je zaadaptowałyśmy na swoje potrzeby, zmieniając psa na kota i używamy go, kiedy nasze kotki śpią (wiadomo, że jak się je zbudzi bez potrzeby, będą robić na złość i zaczną rozrabiać).

Mediolan, Galeria  Vittorio Emanuele II - fresk

Mediolan, Galeria Vittorio Emanuele - szklana kopuła

Mediolan, GalerVittorio Emanuele II szklany dach nad pasażem

Mediolan, Galeria Vittorio Emanuele II proporce z sentencjami

Mediolan, Galeria Vittorio Emanuele II orzeł trzymający tarczę herbową

Mediolan, Galeria Vittorio Emanuele II proporzec z przysłowiem o owcy i wilku

Mediolan, Galeria Vittorio Emanuele II proporzec z przysłowiem o śpiącym psie

To miłe popołudnie postanowiłam zakończyć kawą w ustronnym barze przy placu San Fedele, z widokiem na piękny, renesansowy kościół pod wezwaniem tegoż świętego. Ten śródmiejski plac, choć znajduje się na tyłach Galerii i w bezpośrednim sąsiedztwie bardzo uczęszczanego Piazza della Scala, zwykle jest oazą spokoju. Co ciekawe, jedną jego pierzeję stanowią tyły Palazzo Marino (jego front wychodzi na Piazza della Scala). Jeśli ktoś czytał mojego posta Historia zakazanej miłościmiejsce, gdzie urodziła się Marianna de Leyva, znana jako Virginia, mniszka z Monzy, i gdzie spędziła pierwsze lata swego życia
Ale to nie koniec ciekawostek — tuż obok, na małym placyku Piazza Belgiojoso, znajduje się dom, gdzie mieszkał Aleksander Manzoni, pisarz, który pod imieniem Gertrudy uwiecznił Virginię w swojej powieści "Promessi sposi", sztandarowym dziele włoskiej literatury. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że pewnego razu liczący niemal dziewięćdziesiąt lat Manzoni, wychodząc po mszy z kościoła San Fedele, upadł na schodach tak niefortunnie, że dotkliwie rozbił sobie głowę. Skutki tego zdarzenia były fatalne — pisarz nie odzyskał zdrowia i zmarł po kilku miesiącach.
W dziesiątą rocznicę jego śmierci na środku placu wystawiono mu pomnik, w miejscu, które tak bardzo połączyło w jedno jego życie i twórczość. Nawiązując do Manzoniego, dodam jeszcze, że w domu, gdzie niegdyś mieszkał, obecnie znajduje się muzeum i że byłam tam na początku mojego pobytu w Mediolanie. Przeżyłam wtedy mały szok na widok tego domostwa o wprawdzie licznych, lecz dość skromnie wyposażonych pokojach, które pozostawiono w nienaruszonym stanie. Moją uwagę zwróciła bogata biblioteka pisarza i jego pokój o ścianach pociemniałych od dymu z kominka, z wąskim, metalowym łóżkiem i wręcz ubogim, podstawowym wyposażeniem.
Było to zaskakujące, tym bardziej że Manzoni pochodził z arystokratycznej rodziny i był człowiekiem zamożnym. Tymczasem jego pokój był chyba bardziej odpowiedni dla ucznia niezbyt dbającego o wygody, a nie człowieka w podeszłym wieku i uznanego autora.
Mediolan - Piazza San Fedele fragment fasady kościoła

Mediolan - Piazza San Fedele fragment portalu kościoła

Mediolan - Piazza San Fedele fragment portalu kościoła (zbliżenie)

Słoneczny dzień, jak zwykle o tej porze roku, szybko się skończył, lecz mimo to byłam bardzo zadowolona z tego relaksującego wyjazdu. Jedyna rzecz, która mnie ominęła, to widok na ośnieżone Alpy z dachu Duomo. Co prawda oglądałam go kilkakrotnie jednak przy dużo gorszej pogodzie. Niestety, uświadomiłam to sobie dopiero w chwili, kiedy już siedziałam w pociągu powrotnym. Szkoda, że wcześniej nie wpadłam na ten pomysł, bo tym razem zapewne wszystko było widać jak na dłoni – zarówno miasto, jak i dalsze rejony Lombardii, Alpy, a nawet Apeniny...

środa, 3 stycznia 2024

Lombardia. Ossuccio - romańskie kościoły i Villa Balbiano.

 


Jezioro Como i otaczające je tereny uchodzą za jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Nie mogę się wypowiadać na ten temat, bo nie mam aż takich doświadczeń, jednak widziałam kilka krajów i wiele wspaniałych lokalizacji, więc przynajmniej w części mogę potwierdzić tę opinię. Ogromnym atutem tej okolicy jest nie tylko przepiękny pejzaż; godnie mu sekundują nadzwyczaj malownicze, pełne zabytków miasteczka i wioski. 

Najwięcej turystów przybywa nad jezioro od maja do końca września, jednak wczesna wiosna i złota jesień również są bardzo atrakcyjną porą, zwłaszcza dla miłośników fotografii i pieszych wypraw. Słoneczne, suche i bezśnieżne dni zimowe, choć krótkie, także są dobrym czasem na wycieczki. Można wtedy oglądać Prealpy w otulinie bezlistnych drzew kasztanowych, a ponad nimi białe szczyty Monte Legnone, Grignii i Grignetty. Jeśli wybierzemy się do Bellagio i staniemy na cyplu zwanym Punta Spartivento, zobaczymy  również pokryte śniegiem Alpy w okolicy  Chiavenny. 

Bardzo lubiłam patrzeć na ośnieżony, trochę dziwaczny kształt Monte Legnone. Ta dobrze widoczna góra ze swoimi wyraźnymi krawędziami zawsze kojarzyła mi się ze skręconym, zapadającym się ostrosłupem. Natomiast rozłożysta Grigna, z trójkątnym wierzchołkiem i dwoma niemal poziomymi grzbietami zbocza poniżej, niezmiennie przypominała mi (pardon!) wielkanocną kurę w koszyku, siedzącą na jajach z szeroko rozłożonymi skrzydłami.



Jezioro Como, półwysep Balbianello, Grigna


Dla miłośnika stylu romańskiego, okolica jeziora Como to miejsce nieustannej fascynacji. W wielu małych wioskach można napotkać niemal tysiącletnie, romańskie kościółki, wzniesione z lokalnego kamienia, proste w formie i niewiele większe od otaczających je domów, gdzie o ich obecności zaświadcza jedynie smukła kampanila, wznosząca się ponad okoliczne dachy. Jedną z takich miejscowości jest Ossuccio, znane z tego, iż jest tu Sacromonte, czyli Święta Góra, obiekt wpisany na listę UNESCO, składający się z czternastu kaplic stacji Drogi Krzyżowej i sanktuarium. 

Sacromonte widziałam dwa razy i pisałam o nim tu (link). Muszę też przyznać, że bez wątpienia jest to bardzo ciekawy zabytek, jednak moje serce skradły właśnie te malutkie, romańskie kościółki, o których pisałam na wstępie. Niejednokrotnie próbowałam analizować moje zauroczenie stylem romańskim, zwłaszcza jego odmianą swojską i rustykalną, ubogą krewną monumentalnych zabytków Rawenny, czy choćby pięknej i okazałej Madonny del Tiglio w niedalekiej Gravedonie. Być może, dzieje się tak, ponieważ z upływem czasu nabieram coraz większego dystansu do świata i siebie samej? Pewnie z tego powodu, choć nadal podziwiam wspaniałe i wiekopomne dzieła ludzkich rąk, to serce mnie ciągnie do tych skromnych, a czasem wręcz niezbyt udolnych, rzemieślniczych budowli. Wzrusza mnie ich niedoskonałość, a także dążenie anonimowego człowieka sprzed wieków, by za pomocą ograniczonych środków wznieść i ozdobić budowlę, będącą wyznaniem jego wiary... 

Ossuccio to nieduża miejscowość o bardzo bogatej przeszłości. Jej pisana historia sięga II wieku naszej ery, kiedy to zamieszkiwał ją lud zwany Ausuciates co budzi jednoznaczne skojarzenia z obecną nazwą. Prawdopodobnie trudno dostępne brzegi jeziora były skolonizowane dużo wcześniej, gdyż za czasów rzymskiego panowania, w mieście Como, czyli ówczesnym Comum Novum, wzniesiono twierdzę graniczną. Chrześcijaństwo szerzące się w imperium, w naturalny sposób dotarło również na te ziemie, jednak nie ma zbyt wielu doniesień na ten temat. Z całą pewnością jedno z pierwszych miejsc kultu znajdowało się w niedalekiej Pionie (link) już przed VII wiekiem i można domniemywać, że nie było ono jedynym w tej okolicy. 

Do umocnienia nowej wiary na tych ziemiach przyczyniła się longobardzka królowa Teodolinda, której imię nosi antyczna droga, biegnąca wokół jeziora. Dezyderiusz, ostatni król Longobardów, również miał na tym polu swój znaczący wkład, m.in. dzięki niemu powstał tak niezwykły zabytek, jakim jest opactwo San Pietro al Monte, o którym pisałam w jednym ze starszych postów tutaj

Po tym bardzo skrótowym wprowadzeniu, chciałabym znów wrócić do Ossuccio, wioski leżącej na wysokości wyspy Isola Comacina, nieopodal półwyspu Lavedo, gdzie znajduje się przepiękna Villa Balbianello (link). Obecnie tę miejscowość zamieszkuje zaledwie ok. tysiąca osób, jednak kiedy weźmiemy pod uwagę jej wielowiekową przeszłość, nie zdziwi nas fakt, że znajdują się tu aż cztery romańskie kościoły. 




Podczas mojego pierwszego rejsu statkiem do Bellagio, byłam pod ogromnym wrażeniem tej okolicy i miałam wielki problem z podzielnością uwagi. Nie wiedziałam, na czym mam się skupić — czy podziwiać okoliczne góry, czy miasteczka i wioski na brzegach jeziora? Na szczęście statek płynął wolno i często zatrzymywał się w portach, co sprawiało, że niektóre miejscowości miałam niemal na wyciągnięcie ręki. Tak też było z Ossuccio; po wypłynięciu z portu w Sala Comacina i opłynięciu wyspy, przez chwilę znajdowaliśmy się na tyle blisko brzegu, że wśród kolorowych domków, wznoszących się tarasowo u podnóża góry, mogłam zobaczyć niezbyt wysoką wieżę o dziwnym kształcie. 

Na pierwszy rzut oka jej kształt może kojarzyć się z maczugą, ja jednak wolałam myśleć o niej, jako o pąku kwiatu na bezlistnej łodydze, gdyż nawet z daleka widać było, że jej szerszą, górną część zdobią wymyślne ornamenty, przypominające haft lub koronkę. Ten widok jednocześnie zdziwił mnie i zachwycił, choć nie dostrzegłam na niej dzwonów, domyślałam się, że jest to kampanila, jednak nigdy przedtem (a także i później) nie widziałam podobnej wieży... Trochę czasu musiało upłynąć do chwili, kiedy zaczęłam intensywne zwiedzanie regionu, ale zawsze wiedziałam, że prędzej czy później muszę to miejsce zobaczyć z bliska. 

Na początek przede wszystkim należało zorientować się w geografii terenu, środkach transportu i ich rozkładach, co nie było proste, ponieważ szczerze mówiąc, brakowało mi dobrych źródeł informacji. W moim najbliższym otoczeniu nie było nikogo, kto znałby te okolice, więc byłam skazana jedynie na mapę i przypadkowe rozmowy z mieszkańcami. Dopiero kiedy uzyskałam stały dostęp do internetu, mogłam skutecznie szukać wiadomości na interesujące mnie tematy i dokładnie planować moje przyszłe wycieczki. Jednymi z pierwszych był wyjazd do Ossuccio i leżącej nieopodal willi Balbianello. 

Wtedy to miałam okazję przejrzeć się dziwnej wieży z okna autobusu, a także zobaczyć z bliska drugi z kościołów, który chcę tu opisać. Zwrócił on moją uwagę swą skromną, szarą bryłą, ozdobioną zatartym freskiem na bocznej ścianie i fasadą zwieńczoną kurtynową kampanilą z samotnym dzwonem. Tego drugiego kościoła nie dostrzegłam, kiedy płynęłam statkiem, ponieważ zasłania go wyspa, ale gdy go zobaczyłam, byłam pewna, że jeszcze tam wrócę. 





Pewnego listopadowego dnia, korzystając z przepięknej pogody, ponownie wybrałam się do Ossuccio. Wysiadłam w jego północnej części zwanej Ospedaletto (Szpitalik) w bezpośrednim sąsiedztwie wzniesionego w XI wieku kompleksu Świętej Marii Magdaleny. W jego skład wchodziło oratorium i hospicjum dla pielgrzymów, a w późniejszych czasach również szpital. To właśnie do niego przynależy jedyna w swoim rodzaju dzwonnica — tym razem miałam okazję zobaczyć ją z bliska, a to sprawiło, że moja admiracja dla jej piękna jeszcze wzrosła.

Choć kampanila nie stanowi jednorodnej budowli, jest naprawdę prześliczna. Jej romański trzon prawdopodobnie pierwotnie kończył się ponad pierwszym poziomem okienek typu bifora, przedzielonych prostymi w konstrukcji kolumienkami. Górna, szersza część, została dodana w XV-XVI wieku więc o całą (a nawet więcej) architektoniczną epokę później. Być może, powstała podczas przebudowy, którą w 1506 roku zlecił hrabia Giovio, sprawujący władzę świecką w tej okolicy?

Nic nie wiadomo o jej twórcy, czy też twórcach, jednak mając na uwadze, że z wiosek leżących na pobliskim płaskowyżu Valle d'Intelvi pochodzili zdolni mistrzowie kamieniarscy, zwani magistri intelvesi, trudno wykluczyć, że właśnie im zawdzięczamy to piękne dzieło. Głowica kampanili jest zadziwiająco ozdobna, również z bliska przypomina koronkę, dzięki licznym ażurowym elementom, po części średniowiecznym, a po części renesansowym. W obiekcie przeprowadzono liczne prace restauracyjne — podczas jednej z nich w 1900 roku wszystkie budynki, łącznie z dzwonnicą, przykryto daszkami z łupku. 

Całość kompleksu, niegdyś leżącego tuż przy drodze królowej Teodolindy, obecnie znajduje się znacznie poniżej współczesnej drogi, biegnącej dookoła jeziora. Tuż obok oratorium zbudowano potężny mur oporowy, zabezpieczający teren przed osunięciem gruntu, co wygląda dość nieciekawie, zwłaszcza w połączeniu ze schodami wyposażonymi w brzydkie, metalowe barierki, dzięki którym można zejść na dziedziniec.

Pierwotnie kompleks leżał na łagodnym zboczu, jednak konieczność zmusiła budowniczych do wykonania ogromnych prac ziemnych i stworzenia swego rodzaju tarasu, po którym poprowadzono szosę. Obiekt bardzo na tym stracił, gdyż brak jest perspektywy, pozwalającej go należycie obejrzeć, a nieduży dziedziniec sprawia wrażenie piwnicy. Jest to wysoka cena za ocalenie, jednak widać wysiłek, jaki włożono, aby pogodzić interesy lokalnej społeczności z szacunkiem dla tego świadectwa historii.

Okoliczne tereny są bardzo trudne, jeśli chodzi o tworzenie nowych szlaków komunikacyjnych, co generuje nie tylko ogromne koszty, ale również wiele problemów technicznych.

Niestety, oratorium widziałam tylko z zewnątrz i z tego, co wiem, nie jest ono udostępnione do zwiedzania. Dowiedziałam się jedynie, że we wnętrzu jest ołtarz wykonany ze stiuku (we Włoszech zwanym scagliola) z obrazem przedstawiającym Marię Magdalenę pokutującą oraz malowidła naścienne z XV wieku z wizerunkami rodziny Giovio, przypisywane twórcom należącym do szkoły lombardzkiej. Mury kompleksu wzniesiono z szaro-żółtego kamienia, wydobywanego w niedalekim Moltrasio, a w niektórych miejscach można dostrzec również niewielkie elementy wykonane z terakoty. Jedyne ozdoby na zewnątrz to rząd arkatur pod okapem dachu, dwa okrągłe okienka na fasadzie i szczelina w kształcie równoramiennego krzyża. Przez niewielki, arkadowy dziedziniec dawnego hospicjum przeszłam na tyły kompleksu, gdzie znalazłam dwa budynki — jeden w kolorze piaskowym z kamiennym portalem i drugi ciemnoróżowy. Z tego, co wiem, to w właśnie w nich niegdyś mieścił się szpital, od którego ta część Ossuccio wzięła swą nazwę, natomiast obecnie ma tam siedzibę lokalna policja.





Z kompleksu Świętej Marii Magdaleny, dawną drogą Teodolindy, udałam się do drugiego kościoła, San Giacomo (Świętego Jakuba), który leży we frakcji Ossuccio, zwanej Spurano. Jego południowa ściana z czterema ostrołukowymi okienkami wyrasta wprost z wody, ponieważ w dolnej mieści się darsena, gdzie niegdyś przybijały łódki, główny środek transportu w obrębie jeziora. 

Jednonawowy kościół ma śliczną, półkolistą apsydę, ozdobioną pięcioma ślepymi łukami i jednym wąskim okienkiem. Na ścianie północnej, wokół drzwi, które niegdyś były głównym wejściem, jest słabo widoczny fresk — mimo wysiłków nie udało mi się odgadnąć jego znaczenia. Fronton z kurtynową dzwonnicą, podobnie jak u Świętej Magdaleny ozdobiono rzędem arkatur pod dachem, dwoma okrągłymi okienkami i szczeliną w kształcie krzyża.

Tę dzwonnicę pokochałam ślepą i bezwarunkową miłością, nie przeszkodziła mi w tym jej nieregularna forma (szczerze mówiąc, jest ona po prostu trochę krzywa) ani to, że jeden z jej otworów jest większy i ma inny kształt. Wręcz przeciwnie, upatruję w tym jeden urok więcej, a ta niedoskonałość nadaje jej jakiś swojski i bliski memu sercu powab. Prawdopodobnie pierwotnie była to skromna sygnaturka o jednym dzwonie, umieszczona centralnie, zaś z biegiem czasu rozbudowano ją w kierunku północnym, aby dodać jej jeszcze jeden dzwon, co nadało jej obecny wygląd. 

Również i ten kościół wzniesiono z kamienia wydobywanego w Moltrasio, sklepienie apsydy wykonano z terakotowych bloczków, a dwuspadowy dach, wsparty na drewnianej więźbie, przykryto łupkiem. Wnętrze kościoła jest dostępne, jednak trzeba mieć trochę szczęścia, ponieważ otwiera się go na czas mszy lub bieżących prac. Ja miałam szczęście, ponieważ kiedy tam dotarłam, odbywało się sprzątnie, więc bez przeszkód wpuszczono mnie do środka, z zaznaczeniem, że mogę jedynie obejrzeć freski, natomiast fotografowanie (z powodu kiepskiego oświetlenia musiałabym użyć flesza) nie wchodzi w grę. 

Mimo to, byłam wdzięczna za wpuszczenie do środka i możliwość zobaczenia wnętrza. Widać było, że freski poddano pracom konserwatorskim, jednak ich subtelne kolory wyglądały na bardzo delikatne, co nie dziwi, zważywszy na czas wykonania — ich powstanie datuje się na koniec XI wieku... Malowidła przedstawiają sceny biblijne i Męki Pańskiej oraz Madonnę z Dzieciątkiem, jednak wzrok przyciąga przede wszystkim monumentalna postać świętego Krzysztofa z koroną na głowie, ale bez Dzieciątka na ramionach, z którym się go zwykle przedstawia. Podobno taki wizerunek świętego spotyka się także na innych malowidłach datowanych na XI wiek i wczesne średniowiecze. 

O ile kompleks Marii Magdaleny zauroczył mnie swą piękną kampanilą, to kościół San Giacomo skradł całe moje serce. Wszystko w nim było zachwycające, kształt budowli, dzwonnica, freski wewnątrz i apsyda porośnięta bluszczem. Jego oszczędna architektura miała wszystko, czego potrzeba człowiekowi, aby zbudować Dom Boży, gdzie ludzie idą z wiarą i z wewnętrznej potrzeby...

Wspaniałe otoczenie stanowiło jedynie ramę dla tego kościoła, tak skromnego w swojej prostocie. Zresztą miał on więcej szczęścia niż Maria Magdalena, która obecnie mieści się w głębokim i ciasnym wykopie, a do tego w bliskim sąsiedztwie innych budynków. Choć nieopodal San Giacomo również przebiega nowa droga, to mur oporowy jest w tym miejscu niższy, a poza tym wzniesiono go nieco dalej, więc wokoło powstał ładny, nieduży placyk z widokiem na jezioro i wyspę.




Ponieważ miałam jeszcze trochę czasu, postanowiłam przyjrzeć się barokowej Wili Balbiano, położonej tuż nad jeziorem, w części Ossuccio zwanej Isola. Prawdopodobnie willa  powstała w XV lub XVI wieku i była własnością  hrabiów Giovio. Następnie w XVII wieku została sprzedana kardynałowi Tolomeo Gallio, który postanowił zrobić z niej swą luksusową rezydencję. Niestety, zanim zamysł został zrealizowany, zmarł kardynał Gallio i jego spadkobiercy. Nowym właścicielem posiadłości został kardynał Durini, ten sam, który kupił i pięknie przysposobił drugą willę, zwaną Balbianello, wzniesioną na cyplu półwyspu Lavedo, położonego tuż obok Ossuccio. 

Nazwy obu willi pochodzą od nazwiska rzymskiego rodu Balbich (Balbusów ) a wymyślił je kardynał Durini, erudyta i miłośnik antyku. Villa Balbiano jeszcze wielokrotnie zmieniała właścicieli, obecnie po pracach renowacyjnych i konserwatorskich jest luksusowym obiektem na wynajem. 

Jej wnętrze wyposażono w meble z epoki lub ich repliki, wspaniałe sztukaterie i freski po konserwacji odzyskały pierwotny blask, a zabytkowy ogród również został odrestaurowany pod nadzorem architekta krajobrazu. Oczywiście na willę mogłam popatrzeć jedynie przez ażurową bramę, jednak swego czasu lokalna telewizja pokazywała film dokumentalny na jej temat, więc miałam jakieś pojęcie zarówno o wnętrzu, jak i o ogrodzie, który z daleka nie wygląda zbyt okazale. Jednak jest to złudzenie, gdyż w istocie jest on większym niż się wydaje, ma piękne wodotryski i wiele cennych roślin, w tym kolekcję rzadkich, fioletowych irysów. 




Kiedy wracałam na przystanek autobusowy, zupełnym przypadkiem natrafiłam na jeszcze jeden romański kościółek, niestety zamknięty. Z tablicy informacyjnej wynikało, że jest to świątynia pod wezwaniem świętej Eufemii i św. Wincentego, wzniesiona w XII- XIV wieku. Do jej budowy wykorzystano część materiału z kościoła również poświęconego św. Eufemii, znajdującego się na wyspie Comacina i zburzonego podczas oblężenia tejże przez cesarza Barbarossę. 

Jednonawowy kościół ma fasadę bardzo podobną do dwóch poprzednich, ale z biegiem czasu dodano mu kilka przybudówek, zaś apsydę otynkowano. Otynkowana jest również dzwonnica, późniejsza niż kościół, lecz nawiązująca kształtem do swojej poprzedniczki. Wnętrza nie zobaczyłam, jednak sądząc z tego, co głosiła tablica informacyjna, nie zachowały się ślady pierwotnego wystroju i jest on głównie barokowy.

Z tyłu kościoła, na ścianie apsydy, zauważyłam śliczną marmurową płaskorzeźbę przedstawiającą Baranka Eucharystycznego, a ponad nim małą główkę, w dziwnym nakryciu głowy przypominającym kapelusz z dużym odwiniętym rondem lub obszerny kaptur. Zaintrygowała mnie, więc zrobiłam jej zdjęcie i dopiero w powiększeniu dostrzegłam, że prawdopodobnie jest to wizerunek młodego mężczyzny. Zagadka jej obecności w tym miejscu pozostała nie rozwiązana, jednak nie wykluczone, że obydwa elementy pochodziły ze zburzonego kościoła na wyspie, więc je umieszczono w tym małym lapidarium. 

D a porządku dodam, że w Ossuccio jest jeszcze jeden kościół romański pod wezwaniem św. Agaty, jednak został poddany tak licznym przebudowom, że jego pierwotna forma niemal zniknęła pod różnymi naleciałościami. 

Przed odjazdem jeszcze raz rozejrzałam się po okolicy i zrobiłam kilka zdjęć. Patrząc w stronę gór, mogłam zobaczyć sanktuarium poświęcone Błogosławionej Dziewicy Wspomożycielce i białe kaplice Sacromonte, zwykle skryte wśród zieleni drzew. Natomiast jeszcze wyżej, na stoku Monte Galbiga, dostrzegłam wąwóz Val Perlana, gdzie jest jeszcze jeden tysiącletni zabytek, opactwo San Benedetto, o którym pisałam tutaj.

Więcej zdjęć z Ossuccio można zobaczyć w albumie