Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

czwartek, 31 grudnia 2015

Wenecja, dzień drugi, wszędzie woda...





Kiedy następnego ranka obudziłam się po dobrze przespanej nocy, przede wszystkim szybko otworzyłam okiennice, żeby sprawdzić co się dzieje na zewnątrz, i jaka jest pogoda. Kiedy poprzedniego dnia zainstalowałyśmy się w pokoju były one przymknięte i tak je pozostawiłyśmy wychodząc do miasta, więc nie zauważyłyśmy, że przylegający do hotelu spory kwartał pomiędzy domami jest pięknym, zielonym ogrodem. Niestety, jeśli chodzi o aurę widok nie napawał optymizmem, niebo było bardzo zachmurzone, a w powietrzu unosił się wilgotny opar, który szybko zamienił się w drobny, siąpiący deszczyk.

Mimo to, mając w pamięci słowa Daria, nie zamierzałyśmy rezygnować z wyjścia, nie mówiąc o tym, że bezczynne siedzenie w niewielkim pokoju byłoby po prostu stratą czasu. Zaufałyśmy naszym ciepłym, nieprzemakalnym kurtkom oraz solidnym butom, i po śniadaniu ruszyłyśmy na zwiedzanie miasta. Miałam nadzieję, że uda się nam odwiedzić kilka weneckich kościołów, gdzie można zobaczyć piękne rzeźby i obrazy, jednak w tym względzie spotkała nas niezbyt miła niespodzianka. Ponieważ była niedziela i w kościołach odprawiano msze, przed drzwiami stały czujki parafian, broniące turystom dostępu do ich wnętrza, Trudno się było dziwić takiemu nastawieniu, ponieważ ktoś kto przychodzi aby uczestniczyć w zbiorowej modlitwie z pewnością nie chce, aby mu przeszkadzali zwiedzający, którzy niejednokrotnie w czasie mszy próbują również robić zdjęcia (zdarzyło mi się być świadkiem podobnych zachowań). Przed pięknym Kościołem braci franciszkanów znanym jako Santa Maria dei Frari, udało się nam uprosić panów z czujki, żeby pozwolili nam wejść do środka; zgodzili się bez entuzjazmu, pod warunkiem, że aparat fotograficzny schowamy do plecaka. Kiedy znalazłyśmy się w świątyni, natychmiast kilka głów odwróciło się w naszą stronę, a parę osób zmierzyło nas niechętnym spojrzeniem.

 Przemieściłyśmy się nieco w głąb, co pozwoliło nam choć rzucić okiem na wnętrze kościoła; moją uwagę zwrócił piękny nagrobek w kształcie piramidy wzbogaconej grupami symbolicznych rzeźb, wykonany z białego marmuru. Był to grobowiec Canovy, wykonany przez uczniów rzeźbiarza według jego rysunków (artysta stworzył je projektując monument pierwotnie przeznaczony dla Tycjana). Kryje on jedynie serce artysty, gdyż jego doczesne szczątki spoczywają w rodzinnej miejscowości. Kościół jest ogromny i raczej surowy, o wspaniałych proporcjach i pięknej apsydzie rozświetlonej strzelistymi oknami. Ołtarz główny zdobi obraz Tycjana przedstawiający Wniebowstąpienie Marii, zaś w bocznych kaplicach można zobaczyć miedzy innymi tryptyk Giovanniego Belliniego oraz rzeźbę Donatella przedstawiającą Jana Chrzciciela. Zgodnie z daną obietnicą unikałyśmy natrętnego zachowania; po dyskretnym rozejrzeniu się zmówiłyśmy modlitwę i po cichu wyszłyśmy. Obeszłyśmy kościół dookoła, oglądając z zaciekawieniem jego bryłę, gdyż z zewnątrz jest on równie imponujący i wyniosły; wzniesiony z czerwonej cegły, z wysoką dzwonnicą, ozdobiony białymi ornamentami i pięknymi płaskorzeźbami.

Spacerowałyśmy po okolicy zatrzymując się na niewielkich, malowniczych placykach, gdzie na ogół centralne miejsce zajmowała kamienna, cembrowana studnia, przykryta metalową klapą.  Pogoda nadal była kiepska, od czasu do czasu padał przelotny deszcz, a wąskie zaułki były niemal całkowicie bezludne. Zupełnie przypadkowo zauważyłyśmy piękną bramę zamykającą niewielki dziedziniec, otoczony budynkami, których architektura wskazywała, że powstały na pograniczu gotyku i renesansu.  Jak się okazało, była to Scuola Grande di San Giovanni Evangelista, będąca niegdyś siedzią bractwa biczowników. Biczownicy nie cieszyli się w Wenecji estymą a ich praktyki szybko zostały zakazane. Bractwo szczyciło się tym, że posiada relikwie św. Krzyża, z którymi wiązano legendy o licznych cudach. Przedstawiono je na cyklu obrazów,  pędzla tak znanych artystów jak Perugino, Carpaccio i Gentile Bellini. Relikwie do dziś znajdują się w Oratorium Scuoli, natomiast obrazy przeniesiono do galerii Akademii. Co ciekawe, ponieważ przedstawiono na nich scenerię ówczesnej Wenecji, przez niektóre kręgi były traktowane jako swego rodzaju dokument odnoszący się do faktów historycznych, a nie odzwierciedlenie legendy. Niestety, Scuola podobno niezbyt często otwiera swoje podwoje, więc nie miałyśmy okazji zobaczyć jej wnętrza, gdzie nadal można podziwiać dzieła Tintoretta i Tiepola. Za to zobaczyłyśmy coś, co choć nie zasługiwało na miano dzieła sztuki ani na miano cudu, również wywołało nasze ogromne zadziwienie.

 Było to stadko gołębi, które pracowicie rozdziobywały ceglany mur na wysokości kilkudziesięciu centymetrów od ziemi. Prawdopodobnie robiły to od dawna, ponieważ w tym miejscu w ścianie było widać znaczne ubytki. Zastanowiło nas to dość niezwykłe zachowanie, ja sądziłam że być może w murszejącej ścianie zagnieździły się jakieś larwy stanowiące ich przysmak, natomiast Marta uważała, że w ten sposób dostarczają sobie mikroelementów służących do budowy skorupki jaj (według mnie w tym celu powinny raczej dziobać wapień, którego wokoło nie brakuje). Podumałyśmy chwilę nad tym zagadkowym zjawiskiem, zrobiłyśmy ptakom zdjęcie i ruszyłyśmy na dalszą wędrówkę.  Deszcz rozpadał sie na dobre; kiedy dotarłyśmy na plac Św. Marka okazało się, że jest on cały  zalany wodą, która wystąpiła na nabrzeże na wysokość kilkunastu centymetrów. W najbardziej uczęszczanych miejscach ustawiono kładki z wysokich podestów, aby mogli się po nich przemieszczać ludzie, których nie brakowało mimo paskudnej pogody. Zapewne w większości byli to turyści, którzy podobnie jak my nie dawali za wygraną, i mimo niesprzyjającej aury postanowili realizować swój program zwiedzania Wenecji .


 Na podestach stały kilkusetmetrowe kolejki do katedry i Pałacu Dożów, jedynie dzwonnica nie cieszyła się powodzeniem, co nietrudno było zrozumieć, bo widoczność z jej szczytu podczas deszczu zapewne była znikoma, nie mówiąc o wietrze szalejącym na wysokości kilkudziesięciu metrów. Ponieważ deszcz zamienił się w ulewę, postanowiłyśmy dołączyć do kolejki stojącej przed Pałacem, która mimo imponującej długości dość szybko się przemieszczała, więc do środka weszłyśmy po zaledwie kilkunastominutowym oczekiwaniu. O ile bez przeszkód mogłyśmy swobodnie podziwiać okazały renesansowy dziedziniec, wspaniałe, monumentalne schody i stojące u ich szczytu posągi dłuta Sansovina, to wewnątrz zastałyśmy prawdziwe tłumy, podobnie jak poprzedniego dnia w bazylice Św. Marka. Pojedynczy zwiedzający mógł się przyłączyć do jednej z licznych  grup oprowadzanych przez przewodników, można też było zwiedzać samodzielnie i jedynie od czasu do czasu słuchać informacji, jakie dobiegały ze wszystkich stron (język do wyboru). Jednak mimo niezaprzeczalnej wspaniałości tego miejsca, podobnie jak w bazylice trudno było się skupić na dziełach sztuki pokrywających ściany i sklepienia.

W oczach po prostu dwoiły się i troiły nagie i ubrane postacie ludzi, bohaterów, bogów i bogiń, alegorie i symbole. Żywe, jaskrawe kolory i złocenia oszałamiały swoim bogactwem, a do tego Sala Wielkiej Rady po prostu przytłaczała swoim ogromem. Jej ściany i sufit zdobią malowidła świetnych malarzy, jednak nie są to freski, lecz cykl obrazów wykonanych na płótnie, ujętych w drewniane, złocone ramy, a imponujący efekt ich pracy może przyprawić o zawrót głowy. W zdobieniu pałacu mieli udział min. Veronese, Tintoretto i Jakub Palma Młodszy. Obrazy te powstały po wielkim pożarze, który w dużej mierze zniszczył poprzedni wystrój, więc malarze musieli się pośpieszyć żeby jak najszybciej wykonać  zadanie, które im powierzono, aby pałac na powrót odzyskał swój dawny splendor. Ten pośpiech prawdopodobnie jest przyczyną tego, że (jak uważają znawcy sztuki) nie są to najwybitniejsze dzieła tych skądinąd bardzo zdolnych i uznanych artystów. Jednak mimo to, Pałac nadal robi ogromne wrażenie, a w czasach świetności Republiki był z pewnością świadectwem jej bogactwa i potęgi.  Niestety, podobnie jak w bazylice, nadmiar szczegółów wartych, aby im się uważnie przyjrzeć, niezbyt dobre oświetlenie, a także mnóstwo ludzi kręcących się dokoła, spowodował, że nie byłam w stanie skupić się na zwiedzaniu w sposób, na  jaki ten obiekt zasługuje. Pozostałam z wrażeniem, że owszem, byłam tam, ale nie była mi dana możliwość obejrzenia Pałacu tak dokładnie, jak bym tego chciała, i to nie tylko z powodów, jakie wymieniłam powyżej, ale z tej prostej przyczyny, że mój system nerwowy nie był w stanie przystosować się do przetworzenia tego nadmiaru bodźców i informacji.

Po zwiedzeniu wszystkich pięknych sal na pierwszym i drugim piętrze, wraz z grupą turystów przeszłyśmy na Most Westchnień, gdzie  przez ażurowe okno mogłyśmy spojrzeć na wyspę San Giorgio tonącą w deszczu. Zapewne nikomu nie jest obcy fakt, że romantyczne miano mostu nie pochodzi od westchnień kochanków, lecz skazańców, którzy tędy przechodzili, ponieważ most łączy salę gdzie wydawano wyroki, z budynkiem więzienia zwanym Prigioni Nuove i salą tortur. Część cel były to tzw. pozzi (studnie) lochy znajdujące się poniżej lustra wody, gdzie więźniowie faktycznie byli pogrzebani za życia w towarzystwie wszędobylskich szczurów, natomiast w pomieszczeniach na najwyższej kondygnacji, umieszczonych pod ołowianym dachem, w letnich miesiącach wprost umierali z gorąca i braku powietrza. Miałyśmy okazję zobaczyć taką celę, niewielką, o niskim, kolebkowym sklepieniu. Swego czasu czytałam pamiętniki Casanowy, który jako jedyny zdołał stąd uciec; podobno dokonał tego wyczynu robiąc otwór w stropie i wychodząc przez dach. Zastanawiałam się jak mu się to udało, bo podobno jego jedynym narzędziem był metalowy pręt, a jeszcze bardziej dziwiło mnie to, że jego zabiegi pozostały przez nikogo niezauważone. Mimo iż Casanowa opisuje całe zajście bardzo dokładnie, w moim sceptycznie nastawionym umyśle zrodziło się podejrzenie, że może po prostu przekupiono kogo trzeba, po czym niewygodny więzień został dyskretnie wypuszczony, a dla zatarcia śladów przekupstwa stworzono historię o jego brawurowej ucieczce (ale to moja prywatna teoria).

Kiedy po ponad dwóch godzinach wyszłyśmy z pałacu było wczesne popołudnie, ulewa minęła, ale deszcz nadal padał, choć ze zmiennym natężeniem. Znowu przeszłyśmy pod Wieżą Zegarową, po czym ruszyłyśmy przez mostki i zaułki w stronę mostu Rialto. W miarę jak się do niego zbliżałyśmy, znajdowałyśmy coraz więcej uliczek zalanych wodą. Co prawda nie były to rwące strumienie, ani woda do kostek, jak na placu Św. Marka, ale i tak miałyśmy powody, aby błogosławić nasze solidne trzewiki, dzięki którym mogłyśmy chodzić z suchymi nogami. Gdy doszłyśmy nad Wielki Kanał, okazało się, że i tu woda wystąpiła z brzegów, zalewając miejsca, gdzie były wystawione stoliki z okolicznych barów i kawiarni. Patrząc na moknącą okolicę musiałyśmy przyznać rację Dariowi, że Wenecja podczas deszczu jest nie mniej malownicza, jak podczas słonecznej pogody. Piękne pałace po obu stronach kanału tonęły w szaro - perłowej poświacie, i choć ich kolory były przygaszone, to nie mniej tworzyły naprawdę wspaniałą perspektywę. Przy palach pomalowanych w kolorowe, spiralne pasy cumowały gondole przykryte plandekami; pływały jedynie nieliczne, gondolierzy dla ochrony przed deszczem pozakładali czarne sztormiaki, a ich pasażerowie chronili się pod parasolami.

Ponieważ ciągnęło nas do dalszego zwiedzania poświęciłyśmy krótką chwilę na obejrzenie mostu  Rialto i pobieżnie rzuciłyśmy okiem na sklepy pod jego podwójnymi portykami, gdzie oprócz tradycyjnych, weneckich pamiątek można kupić także wysmakowaną, oryginalną biżuterię wykonaną ze złota i srebra. Zeszłyśmy z mostu i ponownie zapuściłyśmy się w zaułki dzielnicy San Marco, szukając ulotnej atmosfery tonącego miasta; znów jak poprzedniego dnia przekraczałyśmy kolejne mostki i słuchałyśmy wody cicho uderzającej o murszejące fundamenty. Mijałyśmy nieliczne domy pięknie odnowione, i te, które ząb czasu nadkruszył i pokrył zaciekami wilgoci. Znowu uderzyła nas cisza wyludniającego się miasta, umierającego powolną śmiercią, tak bardzo odmiennego od pozłocistego, kolorowego obrazka, jaki można oglądać na placu Św. Marka. Patrzyłyśmy na kruszejące detale wykute w jasnym kamieniu, wysokie kominy, balkony, portale i ostrołukowe okna. Po oszołomieniu wspaniałościami bazyliki i Pałacu Dożów oraz kilkugodzinnym przebywaniu w tłumie, tu znalazłyśmy zupełnie inną atmosferę, ciszę, spokój, i odosobnienie. Co prawda od czasu do czasu spotykałyśmy innych przechodniów; niekiedy byli to stali mieszkańcy, a innym razem zakochane pary, czy pojedyncze osoby, podobnie jak my szukające miejsc, gdzie można być sam na sam z miastem, jednak to w żaden sposób nie mąciło naszego poczucia, że mamy je tylko dla siebie...

Kilkakrotnie weszłyśmy w ślepe uliczki, a na koniec chyba zabłądziłyśmy krążąc po labiryncie podwórek i zaułków, zresztą nie zależało nam szczególnie na tym, żeby trzymać się mapy. Tak, czy inaczej, obszar w którym się poruszałyśmy był dość ograniczony, poza tym pociągał nas ten aspekt niespodzianki i zaskoczenia, kiedy raptem ukazywała się nam jakaś budowla widziana niedawno, lecz pod innym kątem i w innej perspektywie. Prawdopodobnie obeszłyśmy dzielnicę dookoła, ponieważ po jakimś czasie znów znalazłyśmy się w sąsiedztwie bazyliki. Mimo że zapadał wieczór, zalany wodą plac nie opustoszał i nadal było tam sporo ludzi. Moją uwagę zwróciła pewna dziewczyna, która  pośród turystów ubranych w ciepłe kurtki oraz sportowe buty, lub kalosze, wyróżniała się nadzwyczaj oryginalnym strojem, a także dość niebanalną urodą. Nieduża i drobna, w zasadzie nie była pięknością, miała szeroką twarz o bardzo jasnej cerze i  niemal białe włosy, tak że można było ją wziąć za albinoskę. Była upudrowana, miała też mocno uróżowane policzki, czym nieco przypominała rokokowe damy, jednak jej strój w żaden sposób nie nawiązywał do tej epoki. Ubrana była w krótką, powiewną sukienkę w odcieniu bardzo jasnego różu, widoczną spod kremowego, dopasowanego płaszcza, na nogach miała złote balerinki i białe pończochy. Jej jasne włosy sięgały ramion, zdobił je wianek z drobnych kwiatów,  w dłoniach trzymała podobne kwiaty, zebrane w niewielki bukiet. Kiedy tak stała samotnie w tłumie ludzi, wyglądała niczym dziwaczna panna młoda czekająca na swojego oblubieńca. Zastanawiałam się, co ma znaczyć to niezwykłe ubranie-przebranie, czy jest zabłąkaną cosplayerką, aktorką, która nie zdjęła kostiumu po spektaklu, uczestniczką ulicznego happeningu, a może zwykłą dziewczyną, która postanowiła w obcym mieście, gdzie nikt jej nie zna, w ten sposób wyrazić swoją osobowość, na co dzień głęboko ukrytą pod bardziej banalnym strojem? Nie miałam odwagi zrobić jej zdjęcia, więc ten obraz przetrwał jedynie w mojej pamięci...

Z placu ponownie ruszyłyśmy w stronę Ponte Rialto, aby przekroczyć Wielki Kanał i późnym wieczorem dotarłyśmy do hotelu. Ten deszczowy dzień pokazał nam inną Wenecję, niż ta, którą widziałyśmy po przyjeździe, ale jak słusznie powiedział Dario - Venezia e'sempre Venezia...




















Czytelników zapraszam do obejrzenia pozostałych zdjęć jakie zrobiłam tego dnia>
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/6232954347993691489

sobota, 26 grudnia 2015

Venezia e' sempre Venezia, czyli Marta i ja przez trzy dni w Wenecji.



Kiedy parę lat temu zbierałam się do definitywnego wyjazdu z Włoch, przyjechała do mnie Marta, żeby pomóc mi w przeprowadzce. Przy  tej okazji po raz ostatni chciałyśmy skorzystać z możliwości wspólnego odwiedzenia kilku interesujących miejsc. Byłyśmy wtedy w prześlicznej Orcie i w Varallo, a na koniec postanowiłyśmy pojechać na trzy dni do Wenecji. Mimo iż był listopad, piękna pogoda sprzyjała nam podczas wycieczek  na terenie Piemontu. Niestety, dla Perły Adriatyku prognozy były mniej pomyślne...  Martwiłyśmy się nieco z tego powodu, wtedy Dario, zaprzyjaźniony właściciel apartamentu, w którym wówczas  mieszkałam, wygłosił nam na pocieszenie frazę, którą przytoczyłam w tytule co można przetłumaczyć jako "Wenecja jest zawsze Wenecją". Rozszerzył też swoją myśl mówiąc, że w Wenecji pogoda nie ma decydującego znaczenia, ponieważ to miasto zawsze ma wiele do zaoferowania, zaś podczas deszczu (choć wtedy jej urok staje się mniej oczywisty i pocztówkowy) nastrój jest zdecydowanie bardziej romantyczny. Zawierzyłyśmy mu na słowo ponieważ był tam kilka razy, poza tym my również miałyśmy swoje wyobrażenie o jej mrocznym pięknie, jakie sobie wyrobiłyśmy na postawie świetnego, nastrojowego thrillera "Nie oglądaj się teraz" którego akcja toczy się właśnie w Wenecji;  ja nieco później miałam okazję ponownie przyjrzeć się temu miastu w filmie "Anonimo Weneziano" gdzie para bohaterów krążyła po jego mniej znanych zakątkach. Obydwa filmy były bardzo dalekie od serwowania obiegowych widoczków, a my chyba właśnie taką odmienną Wenecję pragnęłyśmy zobaczyć, choć oczywiście nie zamierzałyśmy pomijać popularnych, turystycznych szlaków. Nie robiłyśmy sobie żadnych planów na zwiedzanie, nie zagłębiałyśmy się też w lekturę przewodników, ponieważ chciałyśmy poznać miasto i wchłonąć jego atmosferę zwiedzając je niejako na żywioł. Mimo tych założeń uzbroiłyśmy się w mapę, żeby przynajmniej z grubsza orientować się co do miejsca, w jakim mogłybyśmy się znaleźć oraz zarezerwowałyśmy nocleg w hotelu.

Dzień pierwszy, czyli słońce i kolory.


Do Wenecji przyjechałyśmy pociągiem, który swój bieg kończył na dworcu Santa Lucia (według mnie banalnym, klockowatym a do tego dość brudnym, natomiast zdaniem Marty będącym świetnym przykładem modernizmu z elementami Art Deco). Nasz hotel mieścił się bardzo blisko, więc bez zwłoki ruszyłyśmy w jego stronę aby zostawić nasz niewielki bagaż i rozpocząć zwiedzanie miasta. Jak się okazało, pokój był niewiele większy od dużej szafy, jednak były tam dwa dość wygodne łóżka oraz równie mała, lecz czysta i zadbana łazienka. Sam budynek hotelu wzniesiono w ciemnym zaułku, tak wąskim, iż mogło się zdawać, że gdyby drzwi wejściowe otwierały się nie do wewnątrz lecz na zewnątrz, dotknęłyby ściany domu stojącego naprzeciwko. To pierwsze wrażenie jeszcze wielokrotnie się powtórzyło kiedy wędrowałyśmy po mieście; czasem, stojąc w tunelu wąziutkiej uliczki, nad głowami widziałyśmy jedynie niewielki skrawek nieba szerokości wstążki.

Przyjrzałyśmy się najbliższej okolicy, odwiedziłyśmy dwa pobliskie kościoły i z przyjemnością skonstatowałyśmy, że lekki wiatr rozgonił poranne mgły, a pomiędzy chmurami ukazało się piękne, lazurowe niebo. Ciemnych i ciężkich chmur nadal było sporo, jednak wszystko wskazywało na to, że dzień będzie raczej pogodny. Ponieważ chciałyśmy jak najlepiej wykorzystać czas, postanowiłyśmy wsiąść do tramwaju wodnego, płynącego  Canale Grande aż do końca trasy czyli do Placu Świętego Marka, a później wrócić do hotelu na piechotę. Jednak tu spotkała nas niespodzianka, która co prawda nie wpłynęła na nasze plany, jednak spowodowała w nich pewne zamieszanie.
Otóż tramwaj wodny, do którego wsiadłyśmy co prawda płynął w kierunku placu, jednak nie kanałem lecz w odwrotną stronę, najpierw obok portu turystycznego, a później pomiędzy Wenecją i wyspami Giudecca oraz San Giorgio.
Tym sposobem straciłyśmy możliwość przyjrzenia się historycznym pałacom stojącym po obu stronach Wielkiego Kanału; w zamian za to miałyśmy okazję obejrzeć na terenie portu piękny, nowy most przypominający rybi szkielet oraz ginący we mgle drugi most, spinający stały ląd i terytorium Wenecji. Po drodze minęłyśmy dwa ogromne, pełnomorskie statki wycieczkowe, a właściwie małe pływające miasta, które zabierają na pokład niemal dwa tysiące pasażerów i oferują usługi hotelowe na wysokim poziomie. Swoją drogą, nawet obietnica zobaczenia najpiękniejszych miejsc świata, nie skłoniłaby mnie do wejścia na jego pokład, gdyż taki statek za bardzo mi przypomina luksusowe, pływające więzienie, pełne przypadkowych osób, uważam też, że jeśli podróżować, to w pojedynkę, albo w niewielkim, dobranym towarzystwie. 


Gdy wypłynęliśmy poza rejon portu, po lewej stronie ukazała się naszym oczom Wenecja; urocza, pocztówkowa, oszałamiająca swoimi kolorowymi domami, zawieszonymi pomiędzy turkusową wodą i szafirowym niebem. Domostwa i pałace wprost raziły oczy swoimi wyrazistymi barwami, podkreślonymi białymi detalami. Czyste powietrze i blask słońca sprawiały, że trudno było oderwać wzrok od tego ślicznego obrazka. Kiedy znaleźliśmy się na wysokości wyspy San Giorgio, naszym oczom ukazała się znajoma sylwetka Pałacu Dożów, dwie kolumny stojące niemal na skraju placu, kopuły bazyliki w głębi, a obok nich wyniosła sylwetka dzwonnicy. Każda z tych budowli ma swoją odrębną i ciekawą historię; budowę dzwonnicy rozpoczęto w XI stuleciu lecz ostateczny kształt uzyskała dopiero w XVI wieku, wtedy też Jacopo Sansovino dobudował do niej Loggettę, niewielki, elegancki budynek stojący u jej podnóża. Niestety, wieża, którą widzimy obecnie, pochodzi z początków XX wieku, ponieważ w 1902 roku oryginalna dzwonnica zawaliła się zamieniając w ogromną kupę gruzu. Trudno mi sobie wyobrazić co czuli świadkowie tej sceny, gdy runęła ta niemal stumetrowa budowla; co najdziwniejsze w tym wszystkim, to fakt, że nie zginął wtedy żaden człowiek, a jedyną ofiarą katastrofy był podobno kot dozorcy... (Osobiście w to nie wierzę, koty mają niezwykle wyczulony słuch i instynkt nakazujący ucieczkę z miejsca zagrożenia, więc zapewne zwierzak po prostu oddalił się w porę i więcej nie wrócił, jako że jest to jak najbardziej zgodne z kocią naturą, nakazującą szukanie miejsca wygodnego i bezpiecznego.)

Tak, czy inaczej, w 1912 roku zakończono odbudowę dzwonnicy w dawnym kształcie i znowu można wejść na jej szczyt aby podziwiać widok miasta niemal z lotu ptaka. Jak zapewne wszyscy wiedzą, od stuleci doroczny karnawał wenecki rozpoczyna się tzw. "lotem anioła" czyli osoby przebranej w powiewne szaty (obecnie są to piękne kobiety lecz w przeszłości bywali to również panowie), która zjeżdża po linie przyczepionej do szczytu wieży aż na plac. W biografii Wenecji napisanej przez Acroyda znalazłam informację, że ongiś wyglądało to tak, iż pomiędzy łodzią przycumowaną do nabrzeża a szczytem kampanili rozciągano linę, zaś jej drugi koniec mocowano do dachu Pałacu Dożów. Linoskoczek przebrany za anioła najpierw wdrapywał się po linie na wieżę, a następnie zjeżdżał po niej na dach pałacu, po drodze sypiąc kwiaty na zebranych na placu ludzi. Ten  wyczyn nazywano"volo della colombina" czyli lotem gołębicy; podobno w 1680 roku ów anioł (był to akrobata nazwiskiem Scartenador) wjechał po linie na wieżę konno; konia z rzędem temu, kto powie, jak tego dokonał...Jest to według mnie historia zupełnie nieprawdopodobna, ale przytaczam ją za Acroydem jako ciekawostkę. Obecnie osoby chcące popatrzeć na miasto z góry mogą wjechać na wieżę za pomocą windy, jednak my nie skorzystałyśmy z tej atrakcji, ponieważ odstraszył nas widok ogromnej kolejki wijącej się u jej stóp. Mimo iż była połowa listopada i w zasadzie sezon turystyczny się zakończył, w Wenecji nadal było mnóstwo przyjezdnych, którzy zapewne podobnie jak my, liczyli na nieco mniejsze tłumy o tej porze roku. Patrząc na to co się działo na placu, aż trudno było sobie wyobrazić jego widok w pełni sezonu. Jak już wspomniałam, ogromne kolejki stały wszędzie, do wieży, do bazyliki, do pałacu dożów a także do kawiarni gdzie sprzedawano lody.

 Pozostali turyści przechadzali się po placu fotografując co się da, karmiąc gołębie lub po prostu gapiąc się na otaczające cuda. Chociaż zasadniczo wolę zwiedzać w bardziej kameralnych warunkach, dałam się wciągnąć tej atmosferze i razem z Martą kręciłyśmy się po placu podziwiając jego niecodzienną urodę. W zasadzie nie wiadomo było czemu przyznać palmę pierwszeństwa: złocistej fasadzie bazyliki, wyniosłej, szlachetnej prostocie dzwonnicy, czy pałacowi dożów z rzędem kolumn o prześlicznych kapitelach i subtelnych detalach loggii. Pałac dożów zadziwił mnie swoim kolorytem, ponieważ zawsze sądziłam, że ma raczej jednolitą barwę; tymczasem okazało się, iż jego ściany zdobią romboidalne wzory z okładziny w kolorze jasnopopielatym i łososiowym. Dotychczas znałam go jedynie ze zdjęć i
muszę przyznać, że widziany z bliska prezentuje się naprawdę wspaniale. Na pozór zadziwiająca koncepcja aby masywną bryłę drugiego piętra oprzeć na ażurowym parterze i równie lekkim krużganku pierwszego, w tym wypadku robi wrażenie czegoś zupełnie naturalnego, a nie odwrócenia porządku architektonicznego. Być może ma na to wpływ fakt, że tę ciężką ścianę ozdobiono na górze koronkową attyką i przebito w niej dwa rzędy okien, a także dodano wyżej wspomnianą ażurową loggię z balkonem? Tak czy inaczej, fronton pałacu jest naprawdę przepiękny, i nie dziwi mnie, że jest uważany za architektoniczny majstersztyk.

Łącznikiem pomiędzy bazyliką oraz
Pałacem Dożów jest wspaniała brama w stylu płomienistego gotyku, zwana Porta della Carta; niegdyś była ona głównym wejściem do pałacu i miejscem, gdzie ogłaszano prawa obowiązujące mieszkańców miasta. Niestety, podobnie jak w przypadku wieży, i tu tryby historii starły na proch niektóre z tych wspaniałości;
część rzeźb to jedynie kopie, ponieważ oryginały (min. lew i klęczący doża) zostały zniszczone na rozkaz Napoleona, który jak wiemy, nakazał również zdjęcie sławnych rumaków z dachu bazyliki św Marka i wywiezienie ich do Paryża. Posągi koni odzyskano po upadku cesarza, jednak to co dziś widzimy na dachu są to ich kopie, zaś autentyczne konie można zobaczyć w nieodległym muzeum. Nieopodal bramy, na rogu bazyliki, znajdują się porfirowe posągi przedstawiające czterech mężczyzn, bez wątpienia parających się wojennym rzemiosłem, którzy obejmują się ramionami. Rzeźby pochodzą z Konstantynopola, skąd przywieziono je po złupieniu miasta przez krzyżowców. Ktoś, kto im się dobrze przyjrzy, zauważy, że stopa jednej z postaci jest wyraźnie jaśniejsza. Stało się tak, ponieważ posąg został uszkodzony zanim trafił Wenecji, gdzie dokonano jego rekonstrukcji. Oryginalną stopę odnaleziono później w mieście Bodrum w Turcji, jednak posąg pozostawiono w dotychczasowym stanie, a odzyskana stopa trafiła do muzeum. Ta piękna grupa prawdopodobnie powstała w czwartym stuleciu naszej ery i przedstawia tetrarchów, czyli Dioklecjana, Maksymiana, Chlorusa i Galeriusza, władców, którzy swego czasu wspólnie rządzili rzymskim terytorium, (przy czym każdy odpowiadał za inne prowincje). To wspaniały przykład rzeźby portretowej, i muszę przyznać, że mimo uszkodzeń posągi zrobiły na mnie ogromne wrażenie

Wobec przeładowanej ozdobami bazyliki, pełnej cudów i wspaniałości, są zadziwiająco skromne, statyczne, niejako osobne, mimo ich ścisłego połączenia z bryłą kościoła. Patrząc na nie, miałam nieodparte wrażenie, iż stanęłam oko w oko z kawałkiem niezwykłej historii i niemym świadectwem ludzkich poczynań, o wiele bardziej, niż w przypadku innych, może równie pięknych, szczegółów wystroju...
Gdybym dzisiaj miała powiedzieć co najbardziej mi utkwiło w pamięci, i jakie obrazy ona przywołuje kiedy pomyślę o Wenecji, z pewnością będą to te postacie o splecionych ramionach, od wieków spoglądające na świat dziejący się wokoło. Sama bazylika, jak już wspomniałam, jest tak pełna różnorakich detali, kolumn, posągów, złoceń i mozaik, że jedynym uczuciem, jakie mnie ogarnęło na jej widok było ogromne oszołomienie, a z jej wnętrza wyszłam kompletnie zdruzgotana. Rzec można, iż podobnie jak nadmiar szczęścia może być nieszczęściem, to w tym wypadku nadmiar piękna spowodował u mnie zniechęcenie, gdyż wszystkie te wspaniałości były dla mnie po prostu nie do ogarnięcia wzrokiem i umysłem. We wnętrzu katedry puściłam się na samotne zwiedzanie, jedynie od czasu do czasu podsłuchując co po włosku mówili przewodnicy, natomiast Marta przyłączyła się do grupy angielskojęzycznej. Martę bardzo zdegustowała informacja, że większość mozaik i innych elementów wystroju (podobnie jak posągi tetrarchów) pochodzi z rabunku, i swego czasu weneccy kupcy mieli wręcz obowiązek przywożenia czegoś, co mogłoby służyć do ozdobienia kościoła, przy czym nie miało znaczenia, czy rzecz ta została nabyta w sposób uczciwy. Zresztą samo sprowadzenie ciała św. Marka również wiązało się z jego wykradzeniem z kościoła koptyjskiego w Aleksandrii w 828 roku, więc w pewnym sensie zachowano swoistą ciągłość tradycji, tym bardziej, że relikwie poprzedniego patrona, czyli św Teodora, także zostały zdobyte drogą kradzieży. Co prawda, w przypadku św. Marka z czasem dorobiono legendę, która całe zdarzenie ukazuje w nieco lepszym świetle, ale prawdopodobnie nie do końca jest ona zgodna z prawdą.

Głównym wrażeniem, jakie wyniosłam po zwiedzeniu katedry była ogromna ilość złota we wszelkiej postaci, gdyż wenecjanie chyba wzięli sobie za punkt honoru, aby jej bogactwo rzucało wiernych na kolana.Natomiast Marta jako kolor dominujący wspomina czerwień marmuru kolumn i posadzki, co dowodzi, że kiedy dwie osoby oglądają to samo, to nie jest to samo...Z wnętrza kościoła nie mamy żadnych zdjęć, ponieważ jego fotografowanie jest surowo zabronione, więc możemy polegać jedynie na własnej pamięci, lub na zdjęciach zamieszczonych w internecie. Zważywszy na okoliczności, z pewnością potrzeba o wiele więcej czasu, a przede wszystkim spokoju, aby należycie ocenić rangę artystyczną bazyliki. Zwiedzając ją stosunkowo krótko, a do tego w tłumie, można się oprzeć jedynie na ogólnym wrażeniu; gdybyśmy chciały ją zobaczyć naprawdę, musiałybyśmy tam spędzić kilka dni w ciszy i skupieniu, a do tego uzbrojone w lornetkę. Tak, czy inaczej, utwierdziło mnie to w moim przekonaniu o wyższości stylu romańskiego nad innymi jeśli chodzi o wyrażenie ducha religii, a także zachowanie służebnej roli architektury w stosunku do idei wiary. Po wyjściu z kościoła ponownie obeszłyśmy plac, podziwiając w świetle zachodzącego słońca jego dwie kolumny, stojące na skraju przylegającym do wody, tuż przy nabrzeżu noszącym nazwę Riva degli Schiavoni. Można to przetłumaczyć jako Nabrzeże Słowiańskie, jednak mnie ta nazwa skojarzyła się z niewolnictwem. Ta dwuznaczność wynika z tego, że za czasów rzymskich rejon dzisiejszej Słowenii, Dalmacji, i Chorwacji, nazywano Sclavonią (w późniejszych czasach Schiavonią lub Slavonią) ponieważ z tych rejonów pochodziło wielu ówczesnych niewolników (sclavi).


Poza tym, z historycznych zapisków wiadomo, że we wczesnym średniowieczu na tym nabrzeżu faktycznie uprawiano handel ludźmi, (od czego wenecjanie nie stronili) zaś nieco później było to miejsce, gdzie przybijali swoimi statkami i wystawiali towary kupcy z Dalmacji, tak więc proweniencja tej nazwy jest jak już wspomniałam, dość dwuznaczna. Kolumny zdobią dwa posągi; jeden wyobraża skrzydlatego lwa z uniesionym ogonem, a drugi postać rycerza z aureolą, stojącego na smoku przypominającym krokodyla. Ów rycerz to nie (jakby się można było spodziewać) święty Jerzy, lecz święty Teodor, pierwszy patron Wenecji, niejako zdetronizowany przez świętego Marka. Wśród Wenecjan panuje przesąd, że nie należy przechodzić pomiędzy kolumnami, ponieważ może to sprowadzić na człowieka nieszczęście; podobno jest to związane z tym, że niegdyś tą drogą prowadzono skazańców na egzekucję. Co ciekawe, ani lew, ani św. Teodor nie wyszły spod jednego dłuta, lecz są zlepkiem różnych rzeźb spiętych metalowymi klamrami, np. głowa świętego to prawdopodobnie głowa starożytnego posągu przedstawiającego Mitrydatesa, króla Pontu, natomiast co do lwa, podejrzewa się, że pochodzi z Chin, a jego skrzydła zostały dodane podczas zabiegów konserwatorskich

Tamtego popołudnia Riva była pełna przechadzających się ludzi, na wodzie bujały się gondole, a gondolierzy w swoich tradycyjnych strojach czekali na klientów. Z tego co zauważyłam, na wynajęcie gondoli decydowali się przeważnie młodzi ludzie wyglądający na zakochanych, dla których zapewne taka przejażdżka jest w pewnym sensie obligatoryjna. My jednak nie miałyśmy poczucia, że wydatek osiemdziesięciu euro za podobną usługę jest dla nas w jakikolwiek sposób uzasadniony, (dwie noce w hotelu kosztowały nas dziewięćdziesiąt euro) choć z pewnością ta dość wysoka cena ma sens z punktu widzenia właściciela łodzi, zważywszy na jej znaczny koszt oraz wszystkie płatne zezwolenia i podatki, jakie musi on uiszczać. Przy nabrzeżu, nieopodal pałacu dożów stoi legendarny hotel Danieli, wspaniały pałac zbudowany w XIV wieku, niegdyś należący rodziny Dandolo, a później Mocenigo i Bernardo. W XIX wieku kupił go friulański przedsiębiorca Da Niel i przeznaczył na luksusowy hotel. Swego czasu gościł on min. Goethego, Byrona, Dickensa i Wagnera, w jego pokojach rozwijał się źle zakończony romans George Sand z Alfredem de Musset, natomiast w czasach nam współczesnych jest znany z tego, że kręcono w nim sceny do filmu "Turysta" z Angeliną Jolie i Johnny'm Deppem.

 Po przechadzce w okolicy hotelu wróciłyśmy z powrotem na plac św. Marka, gdzie na Torre di Orologio obejrzałyśmy piękny zegar ozdobiony znakami zodiaku. Jest on sprzężony z mechanizmem poruszającym dwie figury wybijające godziny uderzeniami młotów w wielki dzwon. Wieża Zegarowa jest też wieżą bramną,  przez jej wąski tunel  można przejść na przyległe do placu ulice. Tu zaczęła się nasza wędrówka poprzez urokliwe zakątki, wąskie zaułki i śliczne mostki. W okolicy było pełno sklepików z rękodziełem typowym dla Wenecji: maskami, drewnianymi zabawkami, biżuterią, szkłem z Murano, haftami i koronkami. Podziwiałyśmy te śliczne przedmioty, jednak cały czas towarzyszyło mi przekonanie, że ich urok jest nieodłącznie związany z magiczną atmosferą miasta, która stanowi jego integralną część; że wyrwane z przynależnego sobie kontekstu, staną się niczym polne kwiaty, tak pięknie wyglądające wśród zieleni łąki, lecz ścięte i przyniesione do domu będące zaledwie echem samych siebie...

Dlatego też trudno było nam zdecydować się na zakup czegokolwiek; po długim namyśle Marta wybrała dla siebie malutką maskę Pulcinelli i zawieszkę w kształcie serduszka ze srebrzystego szkła, a ja sprawiłam sobie szklaną papryczkę, tzw. cornetto, która podobno przynosi szczęście. Zapadał zmrok, w sklepikach i bodegach zapalano światła, a my przekraczałyśmy kolejne mostki idąc na azymut w stronę hotelu. Otwierały się przed nami perspektywy na węższe i szersze kanały, gdzie w głębi widziałyśmy pałace i kościelne wieże. Nadszedł wieczór i zrobiło się zupełnie ciemno, my dalej szłyśmy przed siebie, od czasu do czasu zerkając na mapę. Nagle dotarłyśmy do szerokiego pasa wody, a po naszej prawej ręce zobaczyłyśmy wysoko sklepiony łuk oświetlonego mostu; to był Wielki Kanał i Ponte Rialto. Przeszłyśmy przez most żeby nieco skrócić drogę i znów powędrowałyśmy krętymi uliczkami w stronę Ponte degli Scalzi, gdzie nieopodal mieścił się nasz hotel. Tu miasto było niemal wymarłe, część turystów wróciła do hoteli, inni zapewne siedzieli w barach czy osteriach, skąd czasem dobiegały ludzkie głosy i śmiech.

 Wysokie, ciemne ściany domów gdzieniegdzie rozjaśniała plama okna z zapalonym światłem oraz słaby blask ulicznych latarni. W ciszy i ciemności późnego wieczoru, z dala od uczęszczanych szlaków, ukazała się nam inna Wenecja, butwiejąca, na pozór martwa; z wodą cicho pluskającą o fundamenty, z wyłaniającymi się z cienia ślepymi oczami okien zasłoniętych drewnianymi żaluzjami i wysokimi kominami rysującymi się na tle ciemnego nieba. Szłyśmy szybko, a po drodze towarzyszył nam jedynie odgłos naszych kroków. Był to magiczny moment, sam na sam z bezludnym miastem, niczym we śnie, kiedy ogarnia nas niewytłumaczalny, nieznany na jawie nastrój i poczucie oderwania od rzeczywistości. Gdy wreszcie zobaczyłyśmy przed sobą znajomą sylwetkę mostu, którego szukałyśmy, puściłyśmy się niemal biegiem. Tam był nasz hotel, zapalone światło oraz wygodne łóżka. Po dniu tak pełnym różnorodnych wrażeń przyszła pora na odpoczynek i sen...

Więcej zdjęć z naszego pierwszego dnia w Wenecji można zobaczyć w albumie>https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/6232313387241117937

piątek, 25 grudnia 2015

Życzenia świąteczne.

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia  
wszystkim zaprzyjaźnionym blogerom i czytelnikom 
"Sukienki w kropki" życzę wiele pogody ducha oraz spełnienia marzeń. 
Niech te Święta miną Wam wszystkim w atmosferze szczęścia i radości!

To już drugie Boże Narodzenie w naszym nowym domu...To pierwsze, rok temu, minęło nam jeszcze częściowo na walizkach, a czas dzielący tamte dni i dzień dzisiejszy, zarówno dla mnie, jak i dla Marty, był czasem trudnym, wypełnionym pracą, pełnym nieprzewidzianych obowiązków i różnorodnych zajęć. Mimo że remont naszego mieszkania w większości został zakończony o wiele wcześniej, nadal pozostało do zrobienia sporo rzeczy, które miały zadecydować o jego ostatecznym wystroju. Zupełnie niedawno udało się nam wreszcie zrealizować najważniejsze z nich, co zdecydowanie poprawiło nasze nastroje.
 Lubię nasze obecne mieszkanie i dobrze się w nim czuję, to sympatyczne dwupoziomowe poddasze "z duszą", w starej kamienicy usytuowanej w samym centrum miasta. Jeśli chodzi o mnie - znów pracuję tylko w dzień,  od poniedziałku do piątku, więc sądzę, że będę miała dość czasu aby wrócić do blogowania, zanim czas zacznie zacierać w mojej pamięci wspomnienia z włoskich wędrówek...
Jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć nasze nowe locum, zapraszam do obejrzenia albumu
>https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/6232225544546013201

piątek, 25 września 2015

Rowery i ludzie.

C omo

Chyba każdy z nas zetknął się z obiegową opinią, że wśród europejskich krajów gdzie rower jest uznanym i bardzo popularnym środkiem transportu prym wiedzie Holandia. Nigdy tam nie byłam, więc nie mam pojęcia jak to wygląda w praktyce, choć niejedno słyszałam o wysokiej kulturze ze strony wszystkich użytkowników dróg i doskonałej sieci ścieżek rowerowych.

W Polsce chyba nadal nam daleko do uznania jego rzeczywistych walorów za to często słyszy się wiadomości o pijanych cyklistach, którzy padli ofiarą wypadków drogowych, i braku respektu ze strony kierowców samochodów w stosunku do użytkowników "dwóch kółek".

 Być może Włosi nie dorastają w tym względzie do Holendrów, lecz mimo to, widzi się  wielu rowerzystów obojga płci i w różnym wieku (niejednokrotnie naprawdę podeszłym).
 Kiedy zamieszkałam w Lombardii nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że chodzenie na piechotę (przynajmniej na północy) jest uważane za jakieś niezdrowe dziwactwo. To fakt, że trudno tu żyć bez samochodu, komunikacja publiczna nie funkcjonuje najlepiej, więc dojazd do pracy czy szkoły niejednokrotnie może być sporym problemem. Jednak samochód trzeba bezpiecznie zaparkować a z tym są kłopoty, zarówno w dużych miastach gdzie ulice są bardzo zatłoczone a miejsc parkingowych brakuje, jak i w małych miejscowościach, zwłaszcza w ich historycznej części z powodu uliczek tak wąskich, że jadąc większym samochodem trzeba uważać żeby nie stracić bocznych lusterek. Z tego względu sporo osób wybiera rower, zwłaszcza jeśli ma do pokonania niewielkie odległości. 
MediolanMam też wrażenie, że jest w tym pewien zdrowy szpan, dowód na inny sposób na życie, bardziej romantyczny, i w zgodzie z ekologią. W Mediolanie nie jest rzadkością widok eleganckiego pana w garniturze lub długim płaszczu czy pani w garsonce i butach na obcasach (sic!) pomykających na rowerze z gracją i dużą wprawą. Nierzadko też widzi się rower na którym jedzie rodzic wiozący jedno lub dwoje dzieci na zamocowanych dodatkowych siodełkach. Zdarzyło mi się widzieć młodą mamę, która chyba pobiła  rekord świata w tym względzie. Właśnie wracałam po nocnym dyżurze więc widząc ją pomyślałam, że troi mi się w oczach z niewyspania. Kobieta jechała na rowerze z jednym dzieckiem na foteliku przymocowanym z przodu, drugie siedziało na podobnym foteliku z tyłu, a trzecie, chyba najstarsze, wyglądające na jakieś sześć lat, na ramie. 

Do tego prowadziła rower jedną ręką, w drugiej bowiem trzymała duży, czarny parasol, gdyż siąpił deszcz.
 Prawdopodobnie wiozła dzieci do przedszkola, które znajdowało się nieopodal i powiem szczerze, że był to widok, który trudno zapomnieć. W pierwszej chwili chciało mi się śmiać, ale się zreflektowałam na myśl o bolesnych konsekwencjach ewentualnej wywrotki zaradnej mamy i jej potomstwa, więc oglądałam się za siebie żeby w razie potrzeby rzucić się na ratunek, aż do chwili kiedy zniknęli mi z oczu. Kiedy mieszkałam w Polsce jazda na rowerze pod parasolem kojarzyła mi się raczej z cyrkowymi popisami, lecz we Włoszech jest to rzecz normalna, i chyba nie budząca zdziwienia nikogo poza mną. W pamięci utkwił mi też widok pewnego pana w dojrzałym wieku, sądząc po stroju robotnika budowlanego, jadącego na rowerze pod kokieteryjną damską parasolką.

Może moje zdziwienie byłoby mniejsze gdyby nie fakt, że był to grudzień, a w nocy niespodziewanie zaczął padać gęsty wilgotny śnieg zamieniający się w mokrą breję po kolana w której grzęzły samochody, więc jazda rowerem w takich warunkach była nie tylko nadzwyczaj trudna, ale wręcz niebezpieczna, do tego ów pan miał na sobie jedynie robocze ogrodniczki i T-shirt z krótkim rękawem....
Podczas bardziej sprzyjających warunków pogodowych z przyjemnością obserwowałam cyklistów i ich pojazdy. Niejednokrotnie były to bardzo piękne egzemplarze o wysmakowanej linii i z pewnością kosztowne, lecz nie brakowało tańszych, przyciągających wzrok designem autorstwa właściciela. Większość rowerów miała zamocowany wiklinowy lub metalowy koszyczek na zakupy, który niejednokrotnie służył właścicielowi do przewożenia ukochanego pieska, zdarzyło mi się też widzieć rowery ze specjalną przyczepką, gdzie po namiocikiem chroniącym od słońca i deszczu siedział np. okazały owczarek alzacki, udający się na wycieczkę wraz ze swym człowiekiem.

 Nierzadko widzi się rowery służące do transportu większej ilości towaru, z jednym lub dwoma wielkimi koszami z wikliny. Wyglądają one niczym bardziej nowocześni, mechaniczni następcy osiołka, i są bardzo popularne min. wśród dostawców dowożących świeże pieczywo do barów. Lubiłam obserwować rowery pozostawione na ulicy, i zgadywać po ich wyglądzie kto też może na nich jeździć. Jednym z moich "ulubieńców" był czerwony rower z wiklinowym koszyczkiem wysłanym czerwoną tkaniną w białe groszki, który często widziałam zaparkowany nad kanałem w Mantovie. Na własny użytek nazwałam go "rowerem Czerwonego Kapturka" a po kilku miesiącach udało mi się "namierzyć" jego właścicielkę. Jak mogłam się spodziewać, była to eteryczna istota płci żeńskiej,  o długich kręconych włosach, ubrana w stylu hippie.

Z biegiem czasu bardzo polubiłam fotografowanie rowerów stojących na ulicy. Czasem był to rower- gentleman,  czarny i elegancki, innym razem rower – robociarz lub rower – pijak leżący pod latarnią, rowery pod sklepem sportowym stojące w gromadce niczym tulące się do siebie szczeniaki lub dwa rowery, mały i duży, spięte razem, niczym matka z dzieckiem trzymanym za rękę. Albo rower - panienka - lekkich -  obyczajów, stojący pod latarnią, z koszyczkiem przystrojonym kwiatkami niczym zalotny kapelusik. Kiedy nabrałam zwyczaju chodzenia z aparatem fotograficznym wypatrywałam na ulicach ciekawych sytuacji z rowerami w roli głównej. Swego czasu bardzo mnie rozśmieszył rower przypięty do słupka z informacją że jest to teren będący własnością prywatną i w związku z tym obowiązuje tu zakaz parkowania. Faktem jest że zakaz odnosił się raczej do samochodów ale mimo to efekt był bardzo komiczny. Niestety, rowery tak jak ludzie, też mają swoich wrogów, którzy nie wahają się przed aktami wandalizmu i bez pardonu uszkadzają zaparkowane dwuślady.

Pewnego lata w Como darzyło mi się widzieć rower, który zwrócił moją uwagę ponieważ został pomalowany przez swego właściciela w zielono -żółte wzorki z pasków i kropek. Sprawny i gotów do jazdy stał na parkingu dla rowerów przed budynkiem poczty, gdzie wielokrotnie widywałam go wieczorami kiedy wracałam z moich górskich wędrówek. Po jakimś czasie zobaczyłam go w tym samym miejscu, wciąż przypięty, lecz zdezelowany przez jakiegoś chuligana. W tym opłakanym stanie stał tam przez kilka miesięcy, gdyż najwyraźniej nikt nie kwapił się aby go usunąć. Podobne obrazki miałam okazję oglądać wielokrotnie, w różnych miejscowościach. Prawdopodobnie dewastacja zaczynała się od paru kopniaków w koło co czyniło rower bezużytecznym, więc rozgoryczony właściciel pozostawiał go na pastwę losu i następnych osobników pragnących
wyładować na nim swą energię.
Później zjawiał się ktoś, komu mogła się przydać jakaś część więc ją wymontowywał, aż kończyło się na tym, że pozostawała z niego jedynie rama przypięta łańcuchem. Wtedy wkraczały służby miejskie, które odcinały te nędzne resztki i po niegdyś sprawnym egzemplarzu pozostawało jedynie wspomnienie...Swego czasu miałam okazję oglądać taki proces destrukcji który trwał kilka tygodni, więc nie mogłam się oprzeć pokusie zrobienia jego dokumentacji fotograficznej. Natomiast kiedy byłam na Wyspie Rybaków na Lago Maggiore w niewielkim porcie zauważyłam rower, który mimo iż nie wygladał na uszkodzony był tak dokładnie pokryty rdzą, że prawdopodobnie spędził tam niejeden deszczowy sezon. Bardzo mnie to zaintrygowało, wygladało to tak jakby właściciel o nim zapomniał i odpłynął stakiem w siną dal, a ponieważ wśród niewielkiej wyspiarskiej społeczności nie znalazł się nikt kto miałby ochotę wejść w jego posiadanie, biedak pozostał tak palony słońcem, chłostany deszczem i wiatrem...Lokaną ciekawostką w Como stała się obecność policjantów na rowerach, umundurowanych na wzór tych, którzy patrolują kalifornijskie plaże.

 Pomysł oceniłam jako świetny z racji wąskich, jednokierunkowych uliczek, gdzie trzeba stracić mnóstwo czasu na pokonanie nawet ich małego odcinka, ponieważ służą one również jako deptaki. Natomiast w Mediolanie kilka lat temu pojawiły się liczne parkingi z rowerami do wypożyczenia, które cieszą się ogromnym powodzeniem zarówno wśród turystów jak i stałych mieszkańców. Czasem jest mi żal, że sama na rowerze nie jeżdżę (mam uraz po przykrej kraksie, a do tego zdarzają mi się zawroty głowy, więc boję się problemów z utrzymaniem równowagi, nie mogę też zapominać że mam skłonność do złamań kości). Myślę że niezłym pomysłem byłoby kupienie trójkołowca, którym mogłabym jeździć na wycieczki oraz na działkę, co byłoby bardzo praktyczne z racji sporego koszyka w jaki są wyposażone takie modele, gdyż zawsze jest coś do zawiezienia, nie mówiąc o tym, że wracając niejednokrotnie mam do zabrania warzywa czy owoce. Szkoda tylko że moje miasto nie rozpieszcza nadmiarem ścieżek rowerowych, a te które są dzięki fantazji architekta na niektórych odcinkach przeplatają się z chodnikami dla pieszych tworząc ósemki...

 Ta rowerowa notka łączy się z moimi starszymi postami na temat kolarstwa wyczynowego i amatorskiego o którym kiedyś pisałam przy innej okazji.
Jeśli ktoś nie trafił na ten temat zapraszam, bo jest to interesujący aspekt włoskiej kultury gdzie sport rowerowy ma wielką tradycję, nie mówiąc o tym, że odbywa się tu jeden z najważniejszych wyścigów czyli "Giro d'Italia" >


Jeśli ktoś chce zobaczyć więcej zdjęć rowerów zapraszam do obejrzenia albumu>https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5587892710971979073


czwartek, 17 września 2015

Święta Lipka, mazurskie sanktuarium.




Poniższy wpis dedykuję Ewie, autorce bloga "Moje klimaty" w którym opisuje Polskę nie tylko wielkomiejską, zabytkową, ale również gminną i powiatową, jej bezdroża, górskie szlaki, pejzaże, to wszystko co w niej ładne i warte zobaczenia, lecz także to, co pomału idzie w zapomnienie i ruinę.
Wszystkim zainteresowanym ciekawymi miejscami jakie widziałam we Włoszech śpieszę donieść, że mam zamiar kontynuować moje relacje na ten temat, który nadal nie został wyczerpany.
Jednak tym razem nie będę pisała o moich włoskich wycieczkach, lecz po raz kolejny o miejscu leżącym o wiele bliżej bo na moich rodzimych Mazurach, więc w zasadzie po sąsiedzku.

Tym miejscem jest sanktuarium w Świętej Lipce, maleńkiej miejscowości położonej pomiędzy Reszlem i Kętrzynem. Po raz pierwszy byłam tam  na wycieczce z moimi rodzicami wiele lat temu;  mimo upływu czasu w mojej pamięci zachował się obraz okazałej bazyliki wzniesionej na wąskim przesmyku pomiędzy dwoma jeziorami, podmokłej łąki i chaszczy rosnących nieopodal. Kiedy wróciłam do Polski na stałe, to wspomnienie niespodziewanie obudziło się w mojej głowie, i od czasu do czasu myślałam o tym, że chętnie bym się tam wybrała, więc zaczęłam namawiać Martę na wspólną wycieczkę. Pewnego letniego dnia udało nam się wprowadzić ów zamiar w czyn, i po krótkiej wizycie w Kętrzynie dotarłyśmy do Świętej Lipki. Po przyjeździe na miejsce okazało się, że obecny stan sanktuarium dość daleko odbiega od tego, jaki widziałam kiedy byłam tam po raz pierwszy. Dawna podmokła łąka zamieniła się w spory parking, a najbliższe otoczenie zostało uporządkowane i przystosowane do przyjęcia dużej ilości turystów oraz pielgrzymów przybywających tam każdego dnia. Jak to zwykle bywa, na widok podobnych zmian miałam dość mieszane uczucia, bo to miejsce całkowicie zmieniło swój charakter; dawne odludzie będące w kontraście z imponującą bryłą bogato zdobionej bazyliki zostało ucywilizowane, podmokły teren odwodniony, a ścieżki utwardzone. Trochę wbrew naszym oczekiwaniom znalazłyśmy się w sporym tłumie; osobiście niezbyt mi to odpowiada, gdyż podobne miejsca lubię zwiedzać w pojedynkę albo w niewielkiej grupie, nie tylko dlatego, że chciałabym się skupić na interesujących mnie detalach architektonicznych oraz elementach wystroju, ale także z wewnętrznej potrzeby paru momentów zadumy i kontemplacji. W sytuacji kiedy po sanktuarium kręcili się pasażerowie bodajże czterech czy pięciu autokarów, nie mogło być mowy nawet o chwili samotności, jednak miało to tę dobrą stronę, że mogłyśmy skorzystać ze źródła wiedzy, jakim była świetnie przygotowana pani przewodnik, ze swadą opowiadająca fascynującą historię tego miejsca.

O najdawniejszych dziejach sanktuarium donoszą nam ustne przekazy, natomiast pierwsze dokumenty pisane pochodzą z XVI wieku. Legenda mówi, że w XIV wieku w lochach kętrzyńskiego zamku przebywał pewien człowiek oczekujący na proces. Wszystko wskazywało na to, że zostanie skazany na śmierć; w nocy poprzedzajacej wydanie wyroku przyśniła mu się Matka Boska, która powiedziała żeby wyrzeźbił jej wizerunek z Dzieciątkiem. Kiedy się obudził, znalazł w swej celi kawałek drewna i narzędzia snycerskie więc wziął się do pracy i stworzył rzeźbę tak piękną i wymowną, że sędziowie darowali mu życie, a następnie uwolnili go z zamkowego lochu. Niedoszły skazaniec postanowił wrócić do rodzimego Reszla, po drodze na wąskim przesmyku pomiędzy jeziorem Wirowym i Dejnowo napotkał rozłożystą lipę, więc umieścił na niej rzeźbę aby wędrowcy mogli się tam pomodlić i poprosić Matkę Boską o opiekę. Wkrótce to miejsce stało się celem pielgrzymek, a wizerunek uznano za cudowny. Aby go należycie zabezpieczyć, wokół lipy zbudowano kaplicę, do której przybywało wiele osób nawet z bardzo odległych stron; jednym z pielgrzymów był wielki mistrz Albrecht Hohenzollern, ten sam, który po przejściu na luteranizm stał się pierwszym księciem Prus i wasalem Polski. Ta zmiana wiary sprawiła, że nastały niepomyślne czasy dla katolików, a z biegiem czasu doszło do rozlicznych prześladowań ze strony protestantów. Przyszedł dzień, kiedy rzeźbę utopiono w jeziorze Wirowym, kaplicę zrównano z ziemią, a lipę ścięto. Legenda mówi, że z jej drewna zbudowano szubienicę, która stanęła na dawnym miejscu kultu. Dopiero w XVII wieku Stefan Sandorski, sekretarz królewski i właściciel dóbr w Prusach, wykupił owe tereny i spowodował, że powstała tam nowa kaplica, a zaginioną rzeźbę zastąpił obraz Madonny z Dzieciątkiem. Pod koniec XVII wieku na miejscu owej kaplicy z inicjatywy zakonu jezuitów wzniesiono obecną bazylikę, która jest uznawana za jeden najwspanialszych przykładów architektury późnobarokowej w północnej Polsce.

Aby ustabilizować grząski grunt gdzie miała stanąć świątynia, w ziemię wbito aż   10000 pali, podobnie jak to czyniono w Wenecji. Budowę rozpoczęto w 1688 roku, większość prac ukończono na przestrzeni pięciu lat, jednak fasada kościoła przybrała swój obecny kształt dopiero w roku 1730. Historia nic nie mówi na temat architekta, który zaprojektował sanktuarium, w dokumentach przechowało się jedynie nazwisko budowniczego nadzorującego prace, był to Jerzy Ertli z Wilna. Fasada bazyliki mimo wszystkich cech baroku jest raczej wyważona, i nie przytłacza nadmiarem zbędnych detali. Zdobią ją dwie piękne wieże, a nad portalem głównego wejścia umieszczono rzeźbę nawiązującą do legendarnego wizerunku Madonny, niegdyś umieszczonego na lipie przez niedoszłego skazańca. Przestrzeń wokół kościoła zamyka czworoboczny krużganek z czterema kaplicami narożnymi, który dawniej dawał schronienie pielgrzymom odwiedzającym to miejsce; całość zamyka ażurowa kuta brama, gdzie również umieszczono elementy nawiązujące do legendy. Wewnątrz kościoła, przy jednej z kolumn, ponownie możemy zobaczyć symboliczne lipowe drzewo, z pokrytą srebrem płaskorzeźbą przedstawiającą Matkę Boską z Dzieciątkiem; wizerunek stworzony na kształt tego, który uległ zniszczeniu z rąk innowierców. Kościół jest bogato zdobiony freskami o subtelnych pastelowych kolorach, równie pięknie prezentuje się główny ołtarz, wykonany przez Krzysztofa Peuckera, zdolnego snycerza  z niedalekiego Reszla, wypełniający niemal całą przestrzeń absydy. 


Ponad nim znajduje się okno, skąd spływa łagodne światło, oświetlające wizerunek  Marii z Dzieciątkiem na rękach. Obraz jest przykryty srebrną barokową sukienką, a spod niej wyłania się kobieca twarz o wielkich, ciemnych oczach. To co zwróciło moją szczególną uwagę, to fakt, że nie jest to twarz wyidealizowana, której pędzel mistrza dał rysy ponadczasowej piękności lecz mimo to, chwyta za serce swoim ciepłem i skupionym spojrzeniem pełnym smutku. Zastanawiałam się kim była modelka, czy malarz znalazł ją po długich poszukiwaniach, a może była to osoba mu bliska, jego żona lub córka? Na wprost ołtarza znajdują się bogato zdobione organy, przyciągające wzrok nie tylko wieloma figurami, ale także świetlistym kobaltowym kolorem i bogatymi złoceniami, oraz swą formą przypominającą falującą zasłonę. Twórcą prospektu jest również Krzysztof Peucker, snycerz, który wykonał główny ołtarz. Organy posiadają skomplikowany mechanizm;  podczas koncertu wprawia on figury w ruch, a dzięki temu słuchacz staje się także widzem. Podobnie jak w przypadku ołtarza, również i na organy spływa światło z dwóch okien o szybkach w kolorze bursztynu, położonych  powyżej, tuż obok siebie, co  wspaniale modeluje cały instrument i podkreśla blask złoceń. Jednak z uwagi na fakt, że kościół był pełen ludzi zarówno podczas koncertu, jak i zwiedzania, trudno było o chwilę skupienia, co nieco mnie rozczarowało, ponieważ jak już wspomniałam, wolę atmosferę nieco bardziej spokojną i sprzyjającą chwilom refleksji.

 Muszę też powiedzieć, że zaskoczyła mnie barwa jaką sanktuarium otrzymało podczas ostatniego remontu. Ponieważ przyzwyczaiłam się do tego, że barokowe budowle zwykle są koloru jasno- żółtego a z tego co pamiętałam tak właśnie prezentowała się bazylika kiedy byłam tam po raz pierwszy, bardzo się zdziwiłam, widząc ją pomalowaną na ciemnoróżowo, z białymi elementami. Mam wrażenie, że wcześniej wyglądała bardziej stylowo, jednak trzeba przyznać, że obecnie zyskała na wyrazie; poza tym, konserwatorzy twierdzą, że jest to jej pierwotny kolor. Żałowałam, że nie miałyśmy czasu żeby dokładniej obejrzeć okolicę i popatrzeć na jeziora, a także przejść szlakiem stacji Drogi Krzyżowej, jaki prowadzi w stronę Reszla. Jednak byłyśmy zdeterminowane godziną powrotu, w związku z tym nie miałyśmy większego wyboru. Ta wizyta pozostawiła mi nieco niedosytu, więc nie wykluczone, że za jakiś czas wybiorę się tam ponownnie...

Pierwsze zdjęcie zrobione z lotu ptaka pochodzi z zasobów internetu. Zamieściłam je, ponieważ pokazuje całość sanktuarium a także najbliższe otoczenie. Jak widać mury mają jeszcze tradycyjny, zółty kolor. 
Można też obejrzeć więcej zdjęć w albumie
>https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5912791917592300353?banner=pwa

wtorek, 15 września 2015

Post na urodziny Julii N.

Istnieć bez zastrzeżeń nie umiemy ani być.
Poranki należą do kormoranów,
nie wron takich zagubionych.

Ilu osobom zginąć było dane,
bym ja trwała tutaj?
Ile serc musiało pęknąć na wskroś,
że nie czuję winy?
Ile wspomnień zaciska skronie,
bez skrupułów w pięści dłonie?

Tylko wnętrze boli -
pamięta ile kosztowały chwile oswojenia.





Dziś są urodziny Julii, młodej osoby która jest mi bardzo bliska, a ten post jest moim urodzinowym prezentem a zarazem reklamą jej bloga, na którym Jula zamieszcza swoje piękne i bardzo dojrzałe wiersze. Jestem z niej dumna i chciałabym zachęcić wszystkich którzy kochają poezję do odwiedzin u Julii

http://teoriapraktyki.blogspot.com/

gdyż można tam znaleźć wiele prawdziwych uczuć i mądrych obserwacji. Julia jest wspaniałą dziewczyną, poetką, harcerką, a do tego robi ciekawe zdjęcia i świetnie sobie radzi w kuchni. Jak na osobę która w tym roku skończyła gimnazjum jest to sporo talentów świetnie rokujących na przyszłość, więc myślę że czytelnicy "Sukienki" przyłączą się do moich życzeń urodzinowych dla Julii.

Julciu, wszystkiego najlepszego, wiele radosnych chwil i pięknych, pogodnych wierszy.

                                                                                                                                     Babcia Ela

środa, 9 września 2015

Koto Chanel, wnuczek Mruczek i Piorun Kulisty, czyli nasi ulubieńcy.

Do napisania tego posta zmobilizowała mnie Avelina, która swego czasu zamieściła wpis o wystawie kotów rasowych. Z przyjemnością  obejrzałam  zdjęcia kociaków, jakie tam zamieściła, ponieważ według mnie są to stworzenia nie tylko nadzwyczaj inteligentne, ale także miłe dla oka i pełne wdzięku. Nie da się ukryć, że choć darzę sympatią większość zwierząt, to koty bezsprzecznie są najbliższe mojemu sercu. Na szczęście również moja córka Marta podziela te uczucia, więc nie mamy problemu z pokojową koegzystencją pomiędzy nami dwiema, a trzema kocimi osobnikami mieszkającymi w naszym domu. Osoby, które czytają mojego bloga od dłuższego czasu, być może pamiętają wpis o niespodziance, jaką swego czasu przyniósł mi wielkanocny zajączek. Tym nieoczekiwanym prezentem była mała, czarna koteczka, którą znalazłam w Wielki Piątek idąc do pracy. Było wtedy niesamowicie zimno, a biedne stworzenie błąkało się nieopodal śmietnika, prawdopodobnie w poszukiwaniu pożywienia. Kiedy ją zawołałam podeszła do mnie i pozwoliła się wziąć na ręce, więc po tak zawartej znajomości pozostało mi jedynie zabrać ją do domu, gdzie chyba jej się spodobało, bo bardzo szybko się zaaklimatyzowała. Dałyśmy jej na imię  Buffy, ale teraz o wiele częściej nazywamy ją Misią, Misiolinką albo po prostu Minią.

 Jest ona nadzwyczaj słodkim zwierzątkiem, spokojnym, łagodnym, i bardzo mądrym. Misia bardzo lubi spać w przedpokoju na chodniku, toteż pewnego razu Marta idąc w nocy do łazienki wpadła na nią w ciemnościach. Od tego czasu kotka kiedy ktoś koło niej przechodzi, niezależnie od pory dnia, czy nocy, wysyła sygnały ostrzegawcze, popiskując cicho, jak by chciała powiedzieć "uważaj, nie wejdź na mnie!". Te dyskretne popiskiwania to jej metoda na porozumiewanie się z nami, w ten sposób daje nam do znać, że trzeba dosypać jedzenia, wymienić wodę w misce, albo jeszcze lepiej- odkręcić kran w łazience, bo kotki lubią zimną, bieżącą wodę. Marta nazywa ją Kotem Od -ważnym, ponieważ Misia każdy dzień zaczyna od wejścia na wagę łazienkową, jakby postanowiła zadbać o linię. Miałoby to nawet swoje logiczne uzasadnienie ponieważ jest  okrąglutka niczym pulpecik, a te okrągłości spowodowały, że jej puszysty ogonek stał się nieproporcjonalnie krótki, i wygląda trochę jak ogon bobra. Misia ma jeszcze jedną cechę, która ją wyróżnia, mianowicie pasję do nitek i krawiectwa. Kiedy wyciągamy maszynę do szycia wskakuje na stół, i na wszelkie sposoby usiłuje wyciągać nawleczone nitki łapkami, albo chwyta je ząbkami. Nie można się od niej opędzić, więc jedynym skutecznym sposobem na dokończenie pracy w spokoju jest zamknięcie jej w innym pomieszczeniu. Kiedyś zaczęłyśmy przy tej okazji snuć żartobliwe domysły, że być może w poprzednim wcieleniu była wybitną krawcową niczym Coco Chanel  (stad wziął się jej przydomek, jaki umieściłam w tytule).

 Buffy - Misia, okazała się być nie tylko prezentem od wielkanocnego zajączka, ale wręcz wielkanocnym "jajkiem z niespodzianką", bowiem niedługo po świętach okazało się, że jest przy nadziei. Było to dla nas ogromne zaskoczenie, gdyż była naprawdę maleńka, więc sądziłyśmy, iż ma najwyżej sześć miesięcy (co jednak zostało zdementowane przez panią weterynarz, która stwierdziła, że kotka ma przynajmniej o rok więcej) Ta jej drobna postura spowodowała, że kiedy nadszedł czas porodu pojawiły się poważne problemy. Pechowo było to w nocy z niedzieli na poniedziałek; co prawda na drugim końcu miasta znalazła się owa pani doktor, która była gotowa udzielić pomocy, ale tak się złożyło, że w domu nie miałyśmy ani grosza na taksówkę, a do tego system naszego banku był w przebudowie, więc nie mogłyśmy pobrać pieniędzy z bankomatu! Pukanie w środku nocy do sąsiadów z prośbą o pożyczkę, lub niemal godzinny spacer z rodzącą kotką nie wchodziły w grę, więc Marta zarzuciła sobie transporter na plecy, wsiadła na rower i popedałowała do lecznicy. Po niemal dwóch godzinach pojawiła się w domu mówiąc "Są oboje!" Jak się okazało, obeszło się bez zapowiadanego cesarskiego cięcia, wystarczył zastrzyk z oksytocyny by na świat przyszło kociątko o tygrysim umaszczeniu i wyjątkowo okazałych pazurkach. Pani weterynarz stwierdziła, że prawdopodobnie jest to chłopiec, ale zaznaczyła, że u takich maluchów trudno jednoznacznie wyrokować o płci. Na nasze i Buffy szczęście, lekarka okazała się nie tylko dobrym fachowcem, ale również wspaniałą i wyrozumiałą osobą, bowiem kiedy Marta jej powiedziała o naszych problemach z bankomatem, wyraziła zgodę na przyjęcie należności za USG oraz pomoc przy porodzie w następnym dniu, gotówką, albo przelewem.

 Tamtej nocy nie spałyśmy ani chwili bo trzeba było czuwać nad Buffy, która dodatkowo dostała jeszcze zastrzyk z Relanium i leżała jak nieżywa oraz zająć się nowo narodzonym kotkiem. Kiedy Buffy doszła do siebie, okazało się, że jest niezwykle czułą matką i bardzo zazdrośnie strzeże swojego potomka. Postanowiła, że wychowa go w naszej garderobie z suwanym drzwiami; mimo że przygotowałyśmy jej posłanie w zacisznym miejscu, z maniakalnym uporem brała go do pyszczka i łapką przesuwała drzwi, żeby schować się w jakimś kąciku. Nie pozostało nam nic innego, jak umieścić tam legowisko i dać jej święty spokój. Kiedy kotek otworzył oczka i zaczął pełzać a następnie chodzić, legowisko w garderobie przestało być potrzebne, ponieważ w domu było mnóstwo innych miejsc gdzie kotki mogły wygodnie ułożyć się do snu. Kiedy dziecko Buffy skończyło miesiąc, w naszym domu niespodziewanie pojawił się jeszcze jeden czworonożny lokator...


Było to wtedy kiedy złamałam nadgarstek i chodziłam z ręką w gipsie. Ponieważ mimo to nie zaniedbywałam wizyt profilaktycznych u moich pacjentów, często towarzyszyła mi córka, która nosiła moją dość pokaźną, służbową torbę. Pewnego czerwcowego dnia szłyśmy razem wiejską drogą, kiedy Marta nagle stwierdziła, że słyszy pisk kociaka. Zaczęłyśmy zaglądać pod krzaki rosnące w przydrożnym rowie, i okazało się, że istotnie leży tam maleńki, zabiedzony kotek. Wszystko wskazywało na to, że jego matka straciła życie potrącona przez samochód, więc postanowiłyśmy uratować biedaka od śmierci głodowej i zabrać do domu z nadzieją, że nasza Buffy wykarmi również i jego. Kotek był tak przerażony, że całą drogę darł się wniebogłosy,  z ogromnym trudem udało się nam nieco go uspokoić głaskaniem i przytulaniem. Co gorsza, nasza kandydatka na mamkę nie stanęła na wysokości zadania i ani myślała przyjmować podrzutka za swoje dziecko, więc musiałyśmy szybko zorganizować specjalne mleko dla kociąt oraz buteleczkę ze smoczkiem. Marta przyjęła na siebie rolę karmicielki, i co 2 -3 godziny w dzień, a także w w nocy, podawała mu jedzenie, ja natomiast zajmowałam się "zmianą pieluch" czyli masowaniem brzuszka i myciem pupy. W tej samej garderobianej szafie w gdzie poprzednio urzędowała Buffy z potomkiem, urządziłyśmy kotkowi legowisko, włożyłyśmy mu tam pluszową maskotkę oraz plastikową butelkę wypełnioną ciepłą wodą i owiniętą w puchaty ręcznik, żeby miał choć namiastkę matczynego ciepła.

 Na szczęście, z biegiem czasu kotek stracił swój pierwotny zapach; prawdopodobnie pomógł w tym starszy kociak, który często do niego zaglądał i próbował się z nim bawić. Dzięki tej wymianie zapachów Buffy zaakceptowała maleństwo i nie protestowała, kiedy go kładłyśmy do karmienia wraz z jej potomkiem.
Rozstrzygnęła się też sprawa jego płci do tej pory niejednoznaczna, ponieważ wraz z przybyciem drugiego malucha różnice anatomiczne okazały się ewidentne i stało się jasne że nasza kotka urodziła córkę. Dałyśmy jej na imię Kulka, zaś nowy przybysz (bez wątpienia będący kocurkiem) został nazwany Baribalkiem, z racji czarnego umaszczenia z białą literą V na szyjce, wypisz, wymaluj, niczym niedźwiedź baribal. Kotek, mimo że w zasadzie został wykarmiony przez Buffy, chyba nie zapomniał pierwszych dni swego życia, i w dalszym ciągu uważał mnie i Martę za swoją naturalną rodzinę. Najlepiej mu się spało kiedy mógł się położyć z noskiem wtulonym w szyję którejś z nas, zresztą robi to nadal kiedy nadchodzą chłodne miesiące, a zanim zapadnie w głęboki sen zawzięcie mruczy nam do ucha swoje kocie kołysanki. Mimo że wyrósł na okazałego kocura, w dalszym ciągu bardzo lubi kiedy któraś z nas bierze go na ręce. Próbuje się wtedy usadowić nam na ramieniu, tak jak to robił w zaraniu życia, co obecnie jest dość trudne, z uwagi na jego rozmiary. Jest bardzo przyjaznym i spokojnym kotem, choć pewnego razu zdarzyło się, że z jego powodu przeżyłyśmy chwile grozy. Miało to miejsce tuż po przeprowadzce, kiedy nasze mieszkanie było jeszcze nie wykończone, a my nadal mieszkałyśmy na kartonach i walizkach.

 Przez kilka tygodni, kiedy trwały  intensywne prace remontowe, wszystkie trzy zwierzaki przebywały u mojej mamy, aż do czasu, kiedy przywiozłyśmy je do naszego nowego locum, gdzie od razu zajęły się rozpoznawaniem terenu. Następnego dnia pod wieczór, po wyjściu pana majstra, zorientowałam się, że w domu są obydwie kotki, lecz brakuje Baribalka. Obszukałam wszystkie dostępne i niedostępne kąty, ale kota nigdzie nie było; moje nawoływania również pozostały nieskuteczne. Przyszło mi do głowy, że byc może   udało mu się niepostrzezenie wyjść z mieszkania, a ponieważ koty w tej sytuacji często wracają do poprzedniego domu, udałam się na poszukiwania na nasze dawne osiedle, niestety, również bez rezultatu... Godzina była późna i zrobiło się zupełnie ciemno; w tym czasie Marta wróciła z pracy, a kiedy usłyszała co się stało, poszła kontynuować poszukiwania, ja zaś postanowiłam jeszcze raz zajrzeć na strych, w nadziei, że Baribal jednak gdzieś się ukrył i śpi w jakimś ciemnym kącie. Właśnie tam wchodziłam, kiedy usłyszałam straszny łomot, który mnie dosłownie sparaliżował. Szybko zeszłam na dół, gdzie moim oczom ukazał przeciągający się i ziewający kot, wychodzący z komina, jaki powstał kiedy majster wykonał obudowę zakrywającą rury biegnące z łazienki na górnej kondygnacji aż do kuchni, pozostawiając jeszcze nie zabezpieczone okienko do odczytu wodomierzy...

 Tuż pod sufitem rury się krzyżują, a ponieważ  zwykle są nagrzane od przepływającej ciepłej wody, prawdopodobnie właśnie tam ukryła się nasza zguba. Szczerze mówiąc podejrzewałam coś takiego, więc pukałam w ów komin i nawoływałam, jednak Baribal albo głęboko spał, albo był zdenerwowany zmianą miejsca i szukał sobie spokojnego kąta. Prawdopodobnie wdrapał się tam po uchwytach mocujących rury do ściany, jednak z powrotem nie mógł po nich zejść z powodu ciasnoty, w związku z tym, ześlizgnął się w dół robiąc przy tym wiele hałasu.
Szybko zadzwoniłam do Marty i nareszcie obydwie mogłyśmy odetchnąć z ulgą, że ów koszmarny wieczór grozy jednak dobrze się zakończył, choć oczywiście ta przygoda kosztowała nas sporo nerwów. Mimo pesymistycznych przewidywań behawiorystów, że kilka kocich osobników w zamkniętym pomieszczeniu może zacząć walczyć o terytorium, w naszym domu (jak dotychczas) nic takiego nie ma miejsca, a zwierzaczki żyją naprawdę zgodnie. Może nie bez wpływu jest to, że wszystkie   zostały w porę wysterylizowane, więc nie mają instynktu walki, poza tym każde z nich ma swoje ulubione miejsce, co ułatwia fakt, że nasze dwupoziomowe mieszkanie ma sporo zakamarków, a do tego jest jeszcze strych, gdzie wszystkie trzy bardzo lubią przesiadywać. Jednymi z ulubionych przez nie sprzętów domowych są komputery, stacjonarny Marty oraz mój laptop, gdzie można popatrzeć na migający ekran, pogrzać się w jego cieple, a także pochodzić po klawiaturze, dopisując swoją część historii do tej tworzonej przez człowieka.

 Niestety, ten ostatni nie przejawia większego zrozumienia dla kociej inwencji i nauczył się chować klawiaturę, albo przymykać klapę laptopa...Innym wspaniałym elementem wyposarzenia służącym kotkom do zabaw i pogoni są wewnętrzne schody, po których niejednokrotnie biegają tam i z powrotem, tupiąc przy tym niczym banda łobuziaków. Baribalek i Kulka świetnie sobie radzą z pokonywaniem stopni, natomiast Buffy ze swoimi krótkimi łapkami nie tyle zbiega po schodach, co z nich zeskakuje; to sprawia, że robi o wiele więcej hałasu, i nawet nie patrząc, wiemy, że to właśnie ona przemieszcza się na dół. Jej córka, czyli Kuleczka, jest bardzo zgrabna i bystra, chociaż nieco postrzelona, a do tego ma dość specyficzny charakterek, objawiający się całkowitym brakiem odporności na wszelkie próby okiełznania i wyrobienia pożądanych nawyków. Dość długo prowadziła egzystencję nieco na marginesie, nie miała zwyczaju przychodzenia na kolana, czy przytulania się do ludzi, prawdopodobnie dlatego, że jej potrzeby emocjonalne zaspokajała Buffy; zresztą w dalszym ciągu wszystkie trzy koty dość często kładą się blisko siebie, wzajemnie się myją, bawią  razem, i toczą pozorowane walki, celem utrzymania należytej kondycji. Jednak od pewnego czasu również i Kuleczka zaczęła przychodzić do nas po swoją porcję pieszczot, co uważamy za ogromną uprzejmość z jej strony.

Jej charakterek ujawnia się w niesfornym zachowaniu; przede wszystkim ma ona manię zrzucania drobnych przedmiotów na podłogę, więc musiałyśmy zrezygnować z pomysłu pozostawiania naszych rzeczy w miejscach, jakie odwiedza; mija się to z celem, ponieważ z reguły kotka ma zupełnie inne zdanie na temat ich należytego umiejscowienia.Tak się ma rzecz z komódką na buty stojącą w przedpokoju; jest ona bardzo płytka, ale stanowi wygodną półeczkę o szerokości 20 cm, gdzie początkowo stał koszyczek na różne "przydasie" a oprócz tego często odkładałyśmy tam na chwilę różne rzeczy, portmonetkę, okulary, książkę itp. Niestety Kulka uznała to miejsce za swoją enklawę, i widząc, że coś tam leży, natychmiast wskakiwała na ów mebel żeby zrzucić ów przedmiot na podłogę. Ta skuteczna tresura ludzi dała dobre efekty, dość szybko dotarło do nas, że po prostu nie należy tam nic zostawiać, bo to miejsce kota, i takim pozostanie.  Podczas jednego z takich skoków, mebelek przewrócił się i upadł na podłogę, robiąc przy tym straszny huk, a ponieważ miało to miejsce w środku nocy, efekt był po prostu porażający. Po tej nauczce komódka została przytwierdzona do ściany, co w zasadzie powinno być zrobione od razu, ale jakoś nam umknęło w natłoku zajęć związanych z przeprowadzką.

Różne większe i mniejsze przedmioty oraz lżejsze książki stojące na półkach, muszą być przysunięte do ściany, gdyż w przeciwnym razie z pewnością także i one szybko wylądują na podłodze. Nie wspomnę o poogryzanych i połamanych kwiatkach doniczkowych, przewróconych wazonach oraz pościąganych chodnikach w przedpokoju. Musimy też pamiętać, że nie wolno pozostawiać uchylonych drzwi do łazienki, ponieważ najlepsza zabawa jest wtedy, kiedy można człowiekowi zrzucić na podłogę słoik z kremem, albo dezodorant, pościągać ręczniki, a jeszcze lepiej porozwłóczyć patyczki, albo waciki.  Kulka ma narzeczonego; jest to kot  z drutu i masy papierowej, wykonany przez młodą rzeźbiarkę, koleżankę Marty. Kot roboczo został nazwany nazwiskiem swojej twórczyni (powiedzmy Kowalski, choć to nie jest akurat to nazwisko) a Kulka zapałała do niego głębokim uwielbieniem,  jeśli nigdzie nie można jej znaleźć, to z całą pewnością śpi na regale obok Kowalskiego.

Jak na kota przystało, większość jej niszczycielskiej działalności odbywa się przede wszystkim w nocy, więc niejednokrotnie budzą nas różne dziwne dźwięki: stukanie, drapanie i szuranie, tym donosniejsze, że z reguły w tych zabawach uczestniczy cała trójka, choć Kulka bez wątpienia jest ich organizatorką i prowodyrką. Dlatego też pewnego razu Marta orzekła, że to nie kotka, lecz prawdziwy piorun, a po namyśle  robiąc aluzję do jej imienia dodała "piorun kulisty", co obydwie uznałyśmy za nadzwyczaj trafne określenie. Mimo wszystko te figle a czasem wręcz szkody spowodowane przez kotki, nie mają wpływu na naszą zgodne współżycie, ponieważ z nawiązką wynagradzają je kołysanki - mruczanki, dotyk jedwabistego futerka, łaskotanie wąsikami i ufne spojrzenie mądrych oczu...

  Jak zwykle można obejrzeć więcej zdjęć w albumach>

https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/6192587583229219217?banner=pwa

https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5941195787016811233?banner=pwa

https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5922708211282821393?banner=pwa