sobota, 8 października 2016

Lombardia. Wycieczka na Monte Cornizzolo.



Jednym z najdawniejszych wspomnień, jakie kojarzą mi się pejzażem Brianzy, jest widok Monte Cornizzolo, niezbyt wysokiego wzniesienia, leżącego na południowym skraju Triangolo Lariano.        
Jechałam wówczas pociągiem relacji Mediolan - Canzo-Asso, gdzie w małej miejscowości u podnóża Prealp, miałam podjąć moją pierwszą pracę na terenie Lombardii. Wtedy też zobaczyłam tę okolicę, która na przeciąg długich dziesięciu lat stała się moim miejscem do życia i w pewnym sensie moją małą, tymczasową ojczyzną. Jednak ta odległa przyszłość była jeszcze zakryta przed moimi oczami, za to patrząc przez okno pociągu, mogłam bez umiaru chłonąć obcy mi pejzaż i z zainteresowaniem spoglądać na tablice z nazwami kolejnych stacji.


Dziwiło mnie to, że niejednokrotnie były one dwuczłonowe, dopiero po pewnym czasie dowiedziałam się, że są to po prostu nazwy sąsiadujących ze sobą miejscowości, czasami położonych po dwóch stronach torów i na pierwszy rzut oka tworzących jeden organizm. Podróż trwała dość długo, pociąg zatrzymywał się często a kolejne miasteczka nie porażały urodą. Dopiero kiedy minęliśmy Seveso, okolica nabrała charakteru i wdzięku. Zabudowa, dotychczas ciągnąca się niemal nieprzerwanie i jedynie od czasu do czasu nieco rzednąca, stała się bardziej zwarta a granice miejscowości bardziej wyraźne. Za oknem coraz częściej ukazywały się zielone połacie pól i łąk, co pozwalało mojemu spojrzeniu biec dalej; dzięki temu mogłam dostrzec rozległe przestrzenie Brianzy i łańcuch gór zamykających horyzont.


Kiedy pociąg pokonywał odcinek drogi pomiędzy Arosio i Inverigo, po raz pierwszy ujrzałam charakterystyczną sylwetkę Mone Cornizzolo z rozpłatanym zboczem, gdzie pośród lasów porastających jej stoki, widać było wnętrze góry zbudowane z biało - różowego granitu. Ponieważ ten granit był poprzecinany poprzecznymi liniami zieleni z daleka wyglądało to niczym ogromy tort, z którego odkrojono solidny kawałek. Zorientowałam się, że był to teren kamieniołomu, gdzie warstwami wydobywano materiał, tworząc stopnie w ścianie wyrobiska. Gdy na stałe zamieszkałam w Lombardii, po pewnym czasie przywykłam do tego widoku, który mimo to, zawsze mnie frapował i niezmiennie kojarzył się z tortem. W przyszłości krążąc po okolicy, miałam okazję zobaczyć również zachodnią grań góry, wznoszącą się łagodnym łukiem w stronę szczytu. Mogłam wtedy dostrzec ścieżkę biegnącą po trawiastym zboczu, znajdującym się ponad linią lasu, leżącego u jej podnóża.


Tu muszę podzielić się fascynacją podobnymi widokami, które nieodmiennie sprawiały, że ogarniała mnie nieprzeparta chęć pójścia takim szlakiem; temu uczuciu zawsze towarzyszyła myśl, że wraz z kolejnymi pokonanymi metrami będzie mi dane zobaczyć wciąż więcej i więcej, że otworzą się przede mną pejzaże i przestrzenie, jakie jedynie przeczuwałam stojąc na dole... To pragnienie było motorem moich wypraw, pozwoliło mi zwalczyć początkowy lęk przed samotnymi wędrówkami i poprawić moją kondycję fizyczną. Dzięki temu pokonałam wiele moich ograniczeń, zyskałam wiarę w siebie i własne siły a także wewnętrzne przekonanie, iż jedynie ode mnie zależy, jakie wyzwania podejmę i czy wyjdę z nich zwycięsko. Dziesięć lat spędzonych w Lombardii było dla mnie okazją do wielu pięknych wycieczek, jednak zawsze miałam więcej planów, niż czasu dla ich realizacji, więc głównym problemem było dla mnie nie "gdzie", ale "kiedy" i "jak". Pytanie o to kiedy, miało też jeszcze jeden aspekt  - pogodowy. 


Pomijając dni, kiedy padało, albo zanosiło się na burzę, więc o wędrówce w góry nie mogło być mowy, trzeba było też zwrócić uwagę na afę, czyli obezwładniający upał połączony z wilgotnym powietrzem, gdyż powoduje to niebezpieczną dla zdrowia duchotę, mogącą skutkować niedotlenieniem i również nie sprzyja podobnym wyprawom, zwłaszcza jeśli w planie mamy robienie zdjęć. Na Monte Cornizzolo wybierałam się długo, ponieważ mając ją niemal w zasięgu ręki sądziłam, że kiedyś, kiedy nie będę mała czasu, czy ochoty na odleglejszą wyprawę, przyjdzie i na nią kolej, dlatego ten pomysł wciąż odkładałam na później. Dopiero podczas ostatniego włoskiego lata zdecydowałam, że teraz, albo nigdy. Mój pobyt nieuchronnie zbliżał się do końca a ja wciąż miałam w pamięci wspaniały widok, kiedy to poprzedniego roku zobaczyłam ją podczas lotu  samolotem, w sąsiedztwie masywu Corni di Canzo, gdzie wiele lat wcześniej po raz pierwszy miałam okazję podziwiać piękno Prealp. 


Lato tamtego roku nie rozpieszczało pogodą, także dzień, jaki przeznaczyłam na tę wycieczkę nie zapowiadał się dobrze, ranek był mglisty i słońce ledwie prześwitywało przez mleczne zasłony wilgoci. Mimo wszystko, miałam jednak nadzieję, że w ciągu dnia widoczność się poprawi, chociaż doświadczenie mi podpowiadało, że to jest to raczej nadzieja złudna. Kiedy dotarłam pociągiem do Erby, welon mgły nadal spowijał wszystko wokoło. Ponieważ nie chciałam zmieniać planu, nie bacząc na to, odważnie wsiadłam do autobusu jadącego do Eupilio, wioski leżącej u podnóża Monte Cornizzolo, na wysokości 383 m n.p.m.

Góra ta ma wysokość 1241 metrów, więc przewyższenie, jakie miałam do pokonania, wynosiło ponad 800 m, wiedziałam też, że od szczytu dzieli mnie mniej więcej siedem kilometrów i że prawdopodobnie przynajmniej na tyle samo muszę szacować drogę powrotną (miałam zamiar wracać innym szlakiem). Szybko znalazłam się na obrzeżach Eupilio, gdzie zatrzymałam się nieopodal małego kościółka. Najpierw zobaczyłam tam coś, co wyglądało na polowy ołtarz i chyba nim było w istocie a tuż obok, na ścianie niewielkiego, wiejskiego budynku, znalazłam pamiątkową tablicę ze zdjęciami dwóch mężczyzn. Napis, jaki na niej umieszczono, mówił o dwóch partyzantach, rozstrzelanych w tym miejscu przez nazistów. Ta wojenna historia wzbudziła moje zainteresowanie, więc po powrocie do domu przeszukałam internet i znalazłam na ten temat kilka informacji, z których wynikało, że pamięć tych poległych nadal jest otoczona szacunkiem miejscowej społeczności i przywoływana podczas lokalnych uroczystości patriotycznych, zaś w miejscu ich śmierci ludzie spotykają się celem wspólnej modlitwy (do tego służył ten polowy ołtarz).
Po wyjściu poza granice miasteczka, ruszyłam przed siebie asfaltową drogą prowadzącą w pobliże szczytu, gdzie znajduje się schronisko SEC "Marisa Consigliere"  a także teren działania lokalnego Aeroklubu, prowadzącego szkółkę lotniarską. W weekendy można tu spotykać również wielu rowerzystów, którzy na tej trasie skutecznie szlifują kondycję, ponieważ z racji sporego nachylenia i wielu ostrych zakrętów uchodzi ona za jedną z trudniejszych, jednak w dzień powszedni jest tu naprawdę spokojnie i wręcz bezludnie.


Asfaltowa droga prowadziła mnie  przez las, aż w pewnym momencie doszłam do na pozór opuszczonych zabudowań, gdzie napotkałam stado kóz. Bardzo lubię obserwować kozy, gdyż są to sympatyczne stworzenia, skłonne do różnych figlarnych zachowań. Także i tym razem miałam okazję popatrzeć na kózki, które naśladując koty wdrapały się na wielką stertę drewna, gdzie wylegiwały się w malowniczych pozach. Drugie kozie stado napotkałam, kiedy z drogi jezdnej zboczyłam na leśną ścieżkę. Szczerze mówiąc, nieco się wystraszyłam, gdyż zwierzaki  niczym szalone pędziły przez zarośla, robiąc przy tym sporo hałasu. Ponieważ były poza zasięgiem mojego wzroku, obawiałam się, że mogą to być dziki lub wataha bezpańskich psów, więc ścierpła mi skóra na myśl o takim niebezpiecznym spotkaniu.


Kiedy ujrzałam kozy, humor od razu mi się poprawił; tym bardziej, że zwierzęta  nie zwracały na mnie najmniejszej uwagi i spokojnie zajęły się skubaniem trawy na niewielkiej polance. Po chwilowym postoju przewodnik stada zameczał rozkazująco i wszystkie, jak jeden mąż, rzuciły się galopem w krzaki. Poza kozami i ptakami, po drodze na szczyt nie napotkałam żadnego żywego stworzenia, szczęśliwie ominęło mnie także nieprzyjemne spotkanie z gzami, które na Monte Cornizzolo podobno potrafią  mocno dać się we znaki, do tego stopnia, że ta góra ma z ich powodu złą sławę. Pod tym względem miałam fart, za to pogoda kompletnie mnie zawiodła, wilgotnemu powietrzu daleko było do przejrzystości, sylwetki okolicznych gór były mocno rozmyte a dalsze szczyty leżące po drugiej stronie Jeziora Lecco, zaledwie majaczyły w głębi. Cała okolica parowała w ogromnym upale, więc również widok Brianzy z jej  uroczymi jeziorami Annone i Pusiano z pewnością wiele tracił z powodu niesprzyjającej aury.


Choć oczekiwałam czegoś innego, musiałam się z tym pogodzić, bo gdybym chciała czekać na lepsze warunki, ta wyprawa (oraz wiele innych) być może nigdy nie doszłaby do skutku. Jak już niejednokrotnie wspominałam, podczas upalnego lata dobra widoczność w Lombardii to rzadkość a ja,  mając w miesiącu jedynie kilka wolnych dni, musiałam się kontentować tym, co przyniosła pogoda, albo zostać w domu, na  co oczywiście nie miałam najmniejszej ochoty. Oprócz słabej widoczności spotkała mnie jeszcze inna, niezbyt miła niespodzianka; otóż miałam zamiar wejść na szczyt górską ścieżką widoczną z dołu na zachodnim zboczu i sądziłam, że bez trudu znajdę miejsce, w którym się ona zaczyna, więc nie przyłożyłam się należycie do czytania opisu szlaku w internecie. Początkowo wędrowałam po asfaltowej drodze prowadzącej do schroniska; tym sposobem wyszłam poza linię lasu, aż znalazłam się na wysokości, gdzie zaczynają się górskie pastwiska i znalazłam tam punkt orientacyjny, jakim jest wielki, ponad stuletni buk.


Tu gdzieś powinna zaczynać się owa ścieżka tak dobre widoczna z dołu, zastanawiałam się, czy powinnam jej szukać w prawo, czy też w lewo od drzewa, lecz ani rusz nie mogłam sobie tego przypomnieć, więc na chybił trafił poszłam w prawo. Niestety, była to zła decyzja, gdyż wejścia na ścieżkę nie znalazłam. Przeszłam już około kilometra po asfalcie, kiedy za kolejną serpentyną, w oddali, nieco po lewej stronie, ujrzałam  szczyt góry, co niezbicie świadczyło o tym, iż pomyliłam drogę. W tej sytuacji mogłam wrócić w pobliże starego buka i na  nowo rozpocząć poszukiwania, albo pokornie maszerować dalej w stronę schroniska. Uważam, że chodzenie w góry asfaltową drogą to coś, co kompletnie mija się z celem, ale w tym wypadku poddałam się ze względu na stratę czasu, jaka mi groziła, gdybym znowu zaczęła błądzić po zboczu, tym bardziej, że musiałam myśleć o znacznie dłuższej drodze powrotnej. Byłam z tego powodu zła na siebie niczym osa i w tym momencie nawet jadowite gzy nie miałyby przy mnie żadnych szans. Mimo wszystko, poszłam dalej przed siebie i w niedługim czasie dotarłam w pobliże schroniska wzniesionego przez SEC (Societa Escursionisti Civatesi). Przez chwilę pokręciłam się po okolicy, obejrzałam niewielką kapliczkę oraz zabytkowy kamienny krzyż, leżący nieopodal, miałam też okazję popatrzeć z góry na romański kompleks świątynny San Pietro al Monte, gdzie byłam rok wcześniej, o czym pisałam tutaj.


Teraz pozostało mi jedynie wejść na wierzchołek góry, co też uczyniłam, tym razem idąc po dobrze  ubitej gruntowej  ścieżce. Okazało się, że na tej wysokości słońce świeci dość ostro, lecz za to o wiele łatwiej się oddycha, gdyż opary wilgoci pozostały poniżej. Na szczycie wzniesiono duży, metalowy krzyż, będący także odgromnikiem, posadowiony na okazałym, cementowym cokole, na którym umieszczono pamiątkową tablicę. Pod tym symbolem kultu zastałam stadko złożone z kilku owiec; przez chwilę obserwowałam je z zaciekawieniem z powodu ich dość zaskakującego zachowania.
Otóż trzy owieczki chyba próbowały szukać odrobiny schronienia przed upałem, więc jedna z nich stanęła w cieniu postumentu a dwie inne schowały głowy pod jej brzuchem. Nigdy nie widziałam czegoś podobnego, ale byłam pełna uznania dla sprytu tych zwierząt.


Ze szczytu mogłam popatrzeć na zachodnie zbocze, gdzie zobaczyłam stuletni buk i  ścieżkę, której początku nie mogłam znaleźć oraz okoliczne góry: Capanna Mara, długi grzbiet pasma Monte Bolettone, ciągnący się aż do Como, Monte Barzaghino, Monte Scioscia i kilka pomniejszych pagórków. Daleko w dole widziałam miasteczko Canzo, gdzie miałam zamiar zakończyć moją wędrówkę a nieopodal  na wprost Corni di Canzo; za nimi, w gęstych oparach wilgoci, zaledwie mogłam się domyślać zarysów obu Grigni. Po stronie wschodniej dostrzegłam białą nitkę drogi prowadzącej na Monte Rai, gdzie na szczycie ustawiono potężną wieżę antenową. Monte Rai to ciekawe miejsce, na jej zboczu znajdują się formacje skalne, które chętnie bym zobaczyła, nie mówiąc o panoramie okolicy, jaka się stamtąd roztacza, więc przez chwilę rozważałam zmianę planu.


Jednak po chwili zastanowienia zrezygnowałam tego z pomysłu; co prawda z Monte Rai także można dojść do Canzo, ale moja i tak długa droga powrotna wydłużyłaby się jeszcze bardziej a poza tym mam ogromną awersję do wszelkich anten oraz przekaźników; źle się czuję  w ich pobliżu i z reguły unikam, jak przysłowiowego ognia. Na ścieżkę do Canzo trafiłam bez trudu, więc ochoczo ruszyłam w dół, aż doszłam do ogromnej skały wyrastającej ze zbocza, zwanej Ceppo dell'Angua. Ponieważ wcześniej kilkakrotnie byłam w dolinie u podnóża Monte Cornizzolo, nie raz miałam okazję podziwiać tę fascynującą formację przypominającą ogromną głowę cukru. Tym razem ku mojemu wielkiemu zadowoleniu mogłam popatrzeć na nią z drugiej strony i po raz kolejny zadziwiła mnie jej wielkość; choć byłam dość blisko, drzewa rosnące na niej wydawały się maleńkie, niczym krzaczki.


Cale północne zbocze Monte Cornizzolo jest porośnięte mieszanym lasem z przewagą drzew liściastych, więc szło mi się bardzo przyjemnie, chociaż stroma i kamienista ścieżka wymagała ciągłej uwagi. O tym że było naprawdę niebezpiecznie, przekonałam się, kiedy mój wierny kijek kilkakrotnie uchronił mnie przed przyspieszonym zjazdem na tylnej części ciała. Niebawem doszłam do koryta malowniczego strumienia Ravella, gdzie latem ciurka niezbyt szeroka strużka wody, lecz jego szerokość i wygładzone kamienie w łożysku świadczą o tym, że kiedy zacznie padać deszcz, ta strużka zamieni się w wielokrotnie szerszą, rwąca rzekę. Przeszłam przez strumień po prowizorycznej przeprawie ułożonej z dużych, płaskich kamieni i wyszłam na ładną, brukowaną drogę, będącą częścią geologicznej ścieżki dydaktycznej. Ta zaprowadziła mnie do miejsca zwanego Fonte di Gajum, gdzie oprócz polany ze stołami i ławami piknikowymi oraz restauracji z zapleczem hotelowym, znajduje się źródło, od którego to miejsce wzięło swą nazwę.


Ponieważ miałam zamiar w miarę szybko dotrzeć na dworzec w Canzo, po krótkim odpoczynku i napełnieniu butelki źródlaną wodą ruszyłam w dalszą drogę. Canzo-Asso jest dobrze skomunikowane z Mediolanem, jeździ tu lokalny pociąg, który zatrzymuje się w Boviso - Masciago, skąd do domu, gdzie mieszkałam miałam pięć minut drogi. Canzo, choć ma niezbyt wielu mieszkańców, jest dość rozległe; to śliczne, pełne zieleni malownicze miasteczko z licznymi ładnymi willami i domkami ukrytymi w zadbanych ogrodach. Oprócz tego, posiada bardzo ładne centrum historyczne z wieloma domami liczącymi sobie ponad sto lat. Te domostwa w większości przeszły gruntowną restrukturyzację, więc ich mieszkańcy mogą korzystać z dobrodziejstw cywilizacji, jednak z przyjemnością zauważyłam, że w bramach prowadzących na podwórka pozostawiono zabytkowe, drewniane odrzwia. Bardzo lubiłam Canzo, bywałam tam dość często i szczerze mówiąc, nieco zazdrościłam jego mieszkańcom. Swego czasu, nawet zastanawiałam się, czy nie podjąć pracy w tamtejszym RSA, czyli domu opieki dla osób starszych i przewlekle chorych.

Powstrzymała mnie świadomość tego, że po ciepłych miesiącach nadchodzą jesienno - zimowe szarugi i krótkie dni, kiedy sytuacja zmienia się radykalnie i życie w takim miejscu staje się dość monotonne a z Canzo do większych miejscowości jest dość daleko. Jednak tym razem mogłam cieszyć się latem i jego urokami, co prawda zrobiłam wiele kilometrów, ale byłam bardzo zadowolona z tej wycieczki. Miałam satysfakcję, że wreszcie doprowadziłam do skutku dawno powzięty zamysł i choć pomyliłam drogę, to po raz kolejny mogłam popatrzeć ze szczytu na okolicę a do tego porównać dwa odmienne światy, czyli południowe i północne zbocze góry. 

Pomiędzy Monte Cornizzolo, Monte Rai i masywem Corni di Canzo rozciąga się przepiękna  dolina Val Ravella, warta tego, aby jej poświęcić odrębną notatkę, dlatego też niebawem jeszcze raz wrócimy w te strony. 

Więcej zdjęć z tej wycieczki można obejrzeć w albumie>

niedziela, 28 sierpnia 2016

Lombardia. Mulini del Perlo i majowe Bellagio.



Jak wiadomo, po zimie zawsze przychodzi wiosna, więc również na łamach mojego bloga (gdzie ostatnio pisałam o Bellagio w jesienno - zimowych klimatach) nadeszła kolej na zmianę dekoracji i drugą odsłonę w całym blasku wiosennego słońca. Będzie to ostatni post na temat tej uroczej okolicy a jednocześnie relacja z mojej wycieczki do niewielkiej osady Mulini del Perlo. Leży ona na stoku wzniesienia, które pnie się od nasady półwyspu Bellagio, aż do najwyższego punktu Triangolo Lariano,  jakim jest szczyt Monte San Primo.


Już przedstawiałam wiosenne oraz letnie klimaty Bellagio w zieleni i błękicie, jednak tym razem wyjdziemy poza granice miasteczka, na piękne łąki, gdzie ścieżka zaprowadzi nas nad strumień Perlo, pomiędzy drzewa gęsto porastające zbocza Prealp. Bezpośrednim impulsem do odbycia tej wycieczki była informacja, jaką znalazłam w moim przewodniku, mówiąca o tym, że jest tam miejsce, z którego świetnie widać cały półwysep i jezioro rozgałęziające się na trzy odnogi. Było to w czasach zanim wybrałam się na Monte San Primo, skąd roztaczają się podobne, oszałamiające widoki, link z tą różnicą, że z dużo większej wysokości, bo ponad 1600 metrów. Jednak to mogłam stwierdzić dopiero za rok, więc tymczasem nawet nieznaczna, bo niespełna 200 metrowa różnica poziomów pozwalająca na swobodne podziwianie panoramy, wydawała mi się bardzo atrakcyjną możliwością. Tego dnia pogoda była naprawdę piękna; co prawda, nad jeziorem unosił się lekki opar wilgoci, jednak mimo to, widoczność była nie najgorsza. Moim punktem wypadowym była frakcja San Giovanni; jak zwykle, nie mogłam się oprzeć jej tak dobrze mi znanym urokom, więc zamiast od razu wyruszyć do celu mej wycieczki, zeszłam nad brzeg jeziora i poszłam aż do Loppi, z przyjemnością oglądając ulubione zakątki.


Po tej krótkiej przechadzce nie skierowałam się jak zwykle do centrum Bellagio, lecz w przeciwną stronę; najpierw przemierzyłam schody, niegdyś prowadzące do willi Giulia a następnie ruszyłam w kierunku południowo - wschodnim. Po drodze minęłam maleńką kapliczkę poświęconą Jezusowi Ukrzyżowanemu, zwaną w lokalnym dialekcie "Signurin" a po chwili dotarłam do obszernego domostwa. Zaciekawiły mnie dwie bramy wiodące na  posesję, pierwsza z metalową, współczesną kratą, była bez wątpienia zmodernizowana, za to druga z masywnymi, drewnianymi odrzwiami prowadzącymi na dziedziniec, wyglądała na zabytkową a jej architektura była zdecydowanie barokowa. Budynek także nosił pewne cechy tego stylu, chociaż mimo swej okazałej bryły w sumie prezentował się dość skromnie. Odniosłam wrażenie, że prawdopodobnie niegdyś był zasobną rezydencją a może klasztornym konwentem? Miałoby to sens, bo czytając historię Bellagio dowiedziałam się, że kiedyś w San Giovanni rezydowały dwa zakony.

Odważnie weszłam na dziedziniec, licząc na to, że uda mi się spotkać kogoś z mieszkańców i zasięgnąć języka. Niestety, nie napotkałam żywego ducha, za to obejrzałam z bliska edicolę, gdzie znajdowało się ujęcie wody, ze sporą cysterną w kształcie antycznego sarkofagu.
Wyglądało na to, że w czasach świetności edicola była ozdobiona freskami, które czas zatarł niemal kompletnie, więc  pozostały z nich jedynie bardzo wyblakłe zarysy. Po drugiej stronie dziedzińca mieściła się wielka spiżarnia w kształcie rotundy, przykryta stożkowatym dachem z kokieteryjną, kulistą ozdobą na czubku. Niegdyś, przed epoką lodówek, w takich dobrze izolowanych budynkach o kamiennych ścianach, można było bez problemu przechowywać żywność nawet podczas upalnego, włoskiego lata. Nieco zawiedziona, że nie napotkałam nikogo, kto mógłby mi udzielić informacji, opuściłam dziedziniec; po drodze minęłam obudowane źródełko (tym razem  od strony ulicy) gdzie woda spływała  metalową rurką do zagłębienia wykutego w dużym głazie.


Niebawem wyszłam poza obręb zabudowań i skierowałam swe kroki na ścieżkę biegnącą poprzez piękną, zieloną łąkę z bujną trawą poprzetykaną polnymi kwiatami. Powietrze było pełne upajających aromatów; pachniały zioła, kwitnące krzewy dzikiego bzu i akacjowe drzewka. Był to bardzo przyjemny spacer, szłam przed siebie bez większego wysiłku, tym bardziej, że ścieżka biegła w górę łagodnym łukiem. Po drodze napotkałam kilka osiołków oraz krowy, pracowicie żujące trawę z zasępionymi minami. Duże zwierzęta od zawsze budzą we mnie lęk, więc zwykle omijam je szerokim łukiem Tym razem odgradzał mnie od nich elektryczny pastuch, więc bez obawy mogłam im zrobić parę zdjęć. Idąc, często oglądałam się za siebie, aby spojrzeć na miejsca, które niedawno opuściłam, teraz znajdujące się sporo poniżej. W oddali było widać błękitne jezioro i dach willi Melzi, ukrytej w ciemnej zieleni parku a nieco bliżej domostwo, które mnie tak zaintrygowało. Szłam przed siebie wygodną, dobrze ubitą ścieżką, mijając kolejne wiejskie zabudowania, wzniesione z szarego kamienia, pokryte czerwonawymi dachówkami.

Bardzo lubiłam te malownicze, skromne domki, niewymyślne w swej architekturze, lecz za to wspaniale harmonizujące z otaczającym je pejzażem. Dróżka zaprowadziła mnie na skraj strumienia, przeszłam przez antyczny mostek i znalazłam się w niewielkiej osadzie, która na pierwszy rzut oka wyglądała na wyludnioną, jednak po bliższym przyjrzeniu się widać było, że bez wątpienia nadal jest zamieszkana. To miejsce, zwane Mulini del Perlo, niegdyś tętniło życiem; w kilku małych, rodzinnych zakładach tłoczono oliwę z orzechów a w innych mielono kukurydzę na mąkę do przyrządzania polenty. Jeden z tych młynów jest czynny do dzisiaj, o czym świadczą festony kukurydzy suszącej się pod dachem na drewnianym krużganku. Na podwórkach i dziedzińcach nadal można zobaczyć ogromne młyńskie kamienie, ślady tej dawnej działalności. Wyglądało na to, że jest tam również cenione źródło wody pitnej, ponieważ na jednym z podwórek zastałam wielką ilość plastikowych kontenerów pełnych butelek wyglądających, jakby czekały na napełnienie. Strumień Perlo nie jest zbyt szeroki, ale bardzo wartki dzięki temu, że płynie z dość znacznej wysokości a do tego po drodze pokonuje liczne skalne progi.

Poszłam przed siebie ścieżką prowadzącą w górę jego biegu, wśród liściastego lasu porastającego zbocze góry, aż do miejsca, gdzie nurt rzeczki przegradzał uskok, bez wątpienia stworzony ludzkimi rękami celem wzmożenia naturalnej energii wody. Nieco dalej napotkałam resztki czegoś, co wyglądało jak fragment zrujnowanej lub nieukończonej tamy, długie, zardzewiałe, metalowe belki i niewielkie, betonowe platformy, otoczone balustradą. W tym miejscu ścieżka kończyła się definitywnie, poza tym zauważyłam napis ostrzegający, że jest to miejsce niebezpieczne, więc nie pozostało mi nic innego, jak tylko ruszyć w drogę powrotną. Kiedy ponownie doszłam do osady, również i tym razem nie napotkałam nikogo, z kim można byłoby porozmawiać o dawnym życiu na jej terenie. Jedynymi ludźmi, których napotkałam, byli cudzoziemscy robotnicy o ciemnej karnacji, zajęci przy budowie domu, zapewne również oni nie mogli mi nic powiedzieć na interesujący mnie temat. W związku z tym, postanowiłam poszukać punktu widokowego, więc powędrowałam w stronę niewielkiego hotelu Il Perlo, położonego nad głębokim jarem przecinającym zbocze.


Za hotelem jest taras, skąd można podziwiać piękną panoramę, będącą celem mojej wycieczki. Naprawdę było na co popatrzeć; poniżej, jak na dłoni widać było cały półwysep, wzniesienie na cyplu, gdzie rozciągają się rozległe ogrody otaczające Willę Serbelloni oraz  trzy odnogi jeziora. Nieco bliżej znajdowały się zabudowania wszystkich frakcji, składających się na gminę Bellagio. Pejzaż był naprawdę niezapomniany, jezioro i otaczające je góry tonęły w błękicie, walczącym o lepsze ze świeżą zielenią przyrody, jeszcze nie zwarzonej letnimi upałami. Wyobrażam sobie zachwyt hotelowych gości, którzy mogli oglądać taki widok z okna swego pokoju o wschodzie słońca; pomyślałam też, że jest on z pewnością wart swojej ceny ( powyżej 100 euro za noc).

Po opuszczeniu hotelowego tarasu poszłam kawałek drogi pod górę, miałam bowiem pewien plan na dalszą wędrówkę, jednak po rozważeniu wszystkich za i przeciw, doszłam do wniosku, że mogę nie zdążyć na ostatni autobus, więc zmieniłam zamiary i zeszłam w dół, do frakcji Visgnola. Dotychczas nigdy nie byłam w tej części Bellagio, gdyż przewodniki niewiele mówią na jej temat; poza tym z racji swojego położenia, pozostaje ona nieco na uboczu bardziej uczęszczanych szlaków. Jednak we Włoszech jest mało miejsc, w których nie znajdziemy czegoś interesującego, więc i w Visgnoli napotkałam  kilka malowniczych zaułków z zabytkowymi, kamiennymi domkami, obszerne lavatoio (czyli dawną pralnię) przykryte dachem wspartym na eleganckich arkadach a jako swego rodzaju wisienkę na torcie, zabytkowe domostwo, w którym niegdyś u schyłku XVIII wieku, spędzali wakacje fizyk Aleksander Volta i Giuseppe Parini, poeta i myśliciel. Co ciekawe, gościł ich równie nieprzeciętny człowiek, Giacomo Rezia, wybitny lekarz owej epoki. Gospodarz domu  i Aleksander Volta byli profesorami uniwersytetu w Pavii, do tego urodzili się w tym samym roku - Volta w Como a Rezia w Menaggio, więc byli także rówieśnikami i krajanami. Tak się złożyło, że nawet zmarli mniej więcej w tym samym wieku (Volta odszedł z tego świata dwa lata później). Obydwaj naukowcy, podobnie jak starszy od nich o kilkanaście lat Giuseppe Parini, także będący znaczącą postacią swojej epoki, hołdowali ideałom Oświecenia; nic więc dziwnego, że właściciele trzech tak wybitnych umysłów i zbieżnych poglądów, znajdowali upodobanie w swoim towarzystwie.

Zastanawiałam się, jak wyglądały ich wspólne wakacje, czy może dyskutowali w szlafrokach przy porannej kawie a może chodzili na przechadzki tym samym szlakiem, jaki ja przemierzyłam tego dnia? O pobycie Volty i Pariniego w owym domu, dowiedziałam się z napisu na marmurowej tablicy pamiątkowej, jaką w 1902 roku na jednej ze ścian umieścił jego ówczesny właściciel, inżynier Barelli. Sam budynek jest dość spory, z dużym ogrodem na tyłach. Z zewnątrz wygląda na dość zniszczony, jednak prawdopodobnie w środku przedstawia się o wiele lepiej, sądząc z dobrze utrzymanej, obszernej sieni, gdzie na ścianie umieszczono kilka interesujących litografii. Co ciekawe,  we włoskich domostwach należących do naprawdę zasobnych ludzi, niejednokrotnie mogłam zobaczyć pięknie wyremontowane wnętrza, podczas gdy fasada na pierwszy rzut oka pozostawiała wiele do życzenia, dając raczej obraz ruiny finansowej, niż zamożności. Swego czasu, pewna osoba powiedziała mi, że często jest to celowy zabieg, z różnych powodów mający odwracać uwagę od rzeczywistej wartości majątku właścicieli. 


Z Visgnoli powędrowałam w stronę północnego krańca półwyspu; minęłam Willę Giulia i Oliviero, aż na koniec dotarłam do Pescallo i jego uroczego nabrzeża. Łódki nadal odpoczywały na kotwicach lub wyciągnięte na brzeg, czekając na prawdziwe rozpoczęcie sezonu. W szeroko otwartych oknach powiewały białe firanki a koty jak zwykle wylegiwały się na słońcu, nie zwracając uwagi na nielicznych przechodniów. Po krótkim odpoczynku w cieniu platanów, ruszyłam w górę salitą Serbelloni w kierunku centrum Bellagio. W miasteczku było jeszcze niewielu turystów, jednak właściciele sklepików szeroko otworzyli ich podwoje, czekając na potencjalnych klientów. Witryny zapełniły się rękodziełem i pamiątkami a w oszklonych gablotkach umieszczono kolorowe akwarele, przedstawiające różne zakątki Bellagio i sąsiednich miejscowości leżących nad jeziorem Como.

Lubiłam patrzeć na te obrazki, choć szczerze mówiąc, ich dość jadowite kolory i wysoka cena, skutecznie mnie powstrzymywały przed pomysłem zabrania jednej z nich do domu. Prawdę powiedziawszy, od zawsze mam  wrażenie, że tak zwane pamiątki wyglądają atrakcyjnie w sklepie, gdzie w pewnym sensie są częścią naturalnego środowiska, natomiast wyrwane z niego i przeniesione w nowe miejsce, często pasują do niego niczym przysłowiowy kwiatek do kożucha, więc zwykle dobrze się zastanawiam, zanim się zdecyduję na nabycie czegokolwiek. Jednak czasami trudno człowiekowi oprzeć się pomysłowi na podobne zakupy, więc zapewne z tego powodu w moich ulubionych sklepach "Mercato di usato" oferujących rzeczy z drugiej ręki, można było znaleźć wiele takich przedmiotów, wystawionych za parę groszy przez kogoś, kto zbyt późno doszedł do podobnego wniosku. Z natury jestem zapaloną szperaczką, więc często w  nich bywałam i wygrzebałam tam niejedną prawdziwą perełkę - przewodniki i albumy o sztuce niejednokrotnie bez najmniejszych śladów użycia, miedziane utensylia kuchenne, piękną ceramikę, pochodzącą z różnych regionów Włoch a nawet tradycyjne, sycylijskie marionetki. Takie sklepy są w Lombardii dość powszechne i cieszą się sporym zainteresowaniem wśród kolekcjonerów.

Z przyjemnością spacerowałam po Bellagio grzejącym się w blasku wiosennego, popołudniowego słońca, aż do chwili, gdy doszłam do wniosku, że pora myśleć o powrocie o domu. Cała wycieczka nie była zbyt wyczerpująca, w sumie zrobiłam nieco ponad sześć kilometrów, jednak wydawała mi się o wiele dłuższa. Prawdopodobnie działo się tak z tej przyczyny, że miejsca, jakie odwiedziłam, różniły się od siebie tak bardzo, iż stanowiły niemal odrębne  światy. Zielone pastwiska na zboczu, strumień ukryty w lesie, młyny, taras przy hotelu, tajemnicze zaułki Visgnoli, znane tylko jej mieszkańcom, urokliwe Pescallo i  Bellagio oczekujące na turystów z całego świata. Miejsca zupełnie odmienne a mimo to połączone w jedną całość, oferujące swoje uroki komuś, kto tak jak ja, zechce zadać sobie nieco trudu, żeby je odnaleźć i pokochać...

Osoby, które zechcą zobaczyć inne zdjęcia z tej wycieczki, zachęcam do obejrzenia ich w albumie

środa, 10 sierpnia 2016

Lombardia. Poza sezonem, czyli Bellagio w odsłonie jesienno - zimowej.



W trzech poprzednich postach pokazałam Bellagio w wiosennej i letniej szacie, z mnóstwem zieleni poprzetykanej kwitnącymi kwiatami, jakim je widzą osoby, które przyjeżdżają tam w pełni sezonu turystycznego. Ja również zachwycałam się tą wspaniałą scenerią i niejednokrotnie odwiedzałam je w tym okresie, chociaż z natury jestem raczej samotniczką i nie ciągnie mnie go gwarnych kurortów, gdzie krążą tłumy ludzi.

Mam wtedy wrażenie, iż umyka mi coś ważnego, że nie mogę się skupić na tym, co jest najciekawsze i najpiękniejsze... Porównałabym to do gwarnego spotkania towarzyskiego, kiedy w tłumie dostrzegamy jakąś interesującą osobę, jednak co chwila ktoś staje między nami i przeszkadza w rozmowie. To właśnie mi się  przydarzyło, gdy po raz pierwszy, w pełni sezonu, odwiedziłam moje wymarzone Portofino. Było tam mnóstwo ludzi, co prawda mimo wszystko miałam okazję przyjrzeć się miasteczku, lecz prawdziwą znajomość zawarłam z nim dopiero podczas drugiej wycieczki, którą zrobiłam pod koniec zimy. Oczywiście, poznawanie nowych miejsc w towarzystwie wielu obcych osób także ma swoje dobre strony, dając nam miłe poczucie bycia częścią ludzkiej społeczności, lecz osobiście zdecydowanie wolę nastrój bardziej intymny i kameralny.
Bellagio natomiast ma tę zaletę, że nawet kiedy jest tam sporo turystów, nadal pozostaje miasteczkiem raczej przytulnym i klimatycznym, gdzie łatwo można znaleźć dla siebie cichy i spokojny zakątek. Jednak to, co mnie naprawdę zachwyciło, to moje wycieczki na półwysep późną jesienią i w zimie.


Pisałam już, że kochałam to miejsce i to co miało do zaoferowania; widok przeciwległych brzegów jeziora z górami wspinającymi się stromo do nieba niemal wprost z lustra wody, zapach bryzy i foschię prześwietloną słońcem a przede wszystkim moment, kiedy stawałam na cyplu Punta Sparivento i mogłam zobaczyć trzy odnogi jeziora z wysokimi górami w głębi, gdzie w pogodny dzień w oddali widać było odległe, alpejskie szczyty, pobielone śniegiem. Takie piękne dni na jeziorem Como zdarzają się wtedy, gdy porywiste, wczesnowiosenne lub jesienne wiatry przeganiają opary wilgoci i chmury. Wówczas powietrze nabiera przejrzystości kryształu, niebo koloru głębokiego szafiru a jezioro staje się niemal granatowe; jego wzburzone fale przemieszczane wiatrem tłuką się o brzeg i cofają w rozbryzgach białej piany.


Mimo jesieni w miasteczku jest zielono, dopóki nie nadejdą nocne przymrozki;  po nich w ciągu kilku dni opadają liście drzew i krzewów a poczerniałe kwiaty smętnie zwieszają swe główki, czekając na ogrodnika, który wyda na nie ostateczny wyrok. Jednak najczęściej dzieje się tak dopiero w listopadzie lub grudniu, natomiast październik w pogodne dni nadal nas rozpieszcza ostrymi promieniami słońca. Co prawda, nie daje ono wysokich temperatur, ale za to wspaniale modeluje kształty, wydobywa barwy i sprawia, że wszystko wokół wygląda wprost przepięknie. O ile podczas cieplejszych miesięcy w tej okolicy dominuje kolor zielony i błękitny, to jesień przynosi ich całą gamę; jasnoniebieski zamienia się w granat, szafir i ultramarynę a zieleń staje się głęboka i nasycona, niepostrzeżenie przechodząc w całą paletę żółci oraz brązów.


Na bulwarze i w parku zaczynają opadać pierwsze liście a kasztanowe lasy porastające stoki Prealp rudzieją, wydając z siebie gorzkawy zapach. Ta pora roku, kiedy kolory i słońce nadal mi mówiły o minionym już lecie zaś ostre powietrze przypominało o nadchodzącej zimie, zawsze był dla mnie najpiękniejszy. Był to czas przełomu pomiędzy życiem i pozorną śmiercią przyrody, czas Kory schodzącej do podziemia będący też czasem nadziei, bo przecież wiedziałam, że za kilka miesięcy znów przyjdzie wiosna i koło życia obróci się jeszcze raz...Myślę, iż ta nieuchronność przemijania i odradzania się roślin niosła mi podświadomą pewność, że również dla mnie nic nie jest stałe i niezmienne a po każdym złym okresie muszą nadejść bardziej pomyślne czasy.

Dawało mi to wewnętrzne przekonanie, że najlepszą rzeczą, jaką mogę zrobić dla siebie jest patrzenie z nadzieją w przyszłość i czerpanie radości z każdej pięknej, ulotnej chwili, która za mgnienie oka przeminie a jeśli jej nie dostrzegę, utracę ją na zawsze...
Jesienią w Bellagio można spotkać niewielu turystów, niektóre kawiarenki i restauracje na świeżym powietrzu jeszcze funkcjonują, ale większość z nich przygotowuje się do zimy. Również właściciele butików i sklepów z pamiątkami powoli redukują zewnętrzne wystawki, które w sezonie przyciągały oczy przechodniów i zachęcały do kupna, więc strome uliczki raptem wydają się szersze i bardziej przestronne, ukazując swoje nieoczekiwane perspektywy. Arkadowe podcienia przy centralnym placu także pustoszeją, ale za to są pełne światła, ponieważ po lecie usunięto z nich ciężkie zasłony chroniące od nadmiaru słońca. Lubiłam ten jesienny nastrój i dobrze się czułam w niemal opustoszałym Bellagio. Mogłam je wtedy odkrywać na nowo, gdyż nic nie rozpraszało mojej uwagi; teraz nadeszła chwila, kiedy można było dokładnie obejrzeć dotychczas niezauważone detale architektoniczne oraz ustronne tarasy i podwórka, gdzie w lecie panoszyły się leżaki i parasole. Ten nastrój potęgował się wraz z upływem czasu, kiedy jesień zamieniała się w zimę.


Zdarza się, że w Lombardii zwłaszcza na terenach u podnóża gór pada śnieg, lecz w bezpośrednim sąsiedztwie jeziora częściej jest to po prostu okres, kiedy przyroda idzie spać. W pogodne dni powietrze staje się suche i rześkie od lekkiego mrozu a to sprawiało, że chętnie wybierałam się do ulubionych zakątków nad Jeziorem Como, częstego celu moich wiosennych i letnich wędrówek. Lubiłam te wypady, gdyż brakowało mi otwartej przestrzeni a także pięknych widoków, jakich nie miałam w miejscowości, gdzie wówczas mieszkałam, na równinie okrytej grubą czapą wilgoci i smogu .
Uwielbiałam patrzeć na poszarzałe Prealpy w zimowej szacie; pomiędzy bezlistnymi drzewami kasztanowców gęsto porastającymi ich zbocza, mogłam oglądać wystrzelające gdzieniegdzie zielone świerki i pinie a w niższych partiach cyprysy, drzewka laurowe oraz zimozielone magnolie.


W takie dni nad jeziorem unosił się leciutki, popielaty opar, niczym dym z papierosa; po południu nisko stojące słońce zabarwiało go na kolor lekkiego różu lub kładło się ciemnopomarańczową barwą na całej okolicy. Jeden z takich mroźnych, lecz pogodnych, lutowych dni poświęciłam właśnie na wyjazd do Bellagio; jak zawsze ciągnęło mnie do tych tak dobrze mi znanych miejsc a poza tym miałam ochotę odetchnąć czystym powietrzem. Miasteczko było niemal kompletnie uśpione, przy stolikach pod portykami siedziało przy kawie jedynie kilku stałych mieszkańców, również na stromych uliczkach spotkałam nieliczne pojedyncze osoby. Na parkingu nieopodal nabrzeża stało sporo samochodów, jednak ich lokalne numery rejestracyjne świadczyły o tym, że prawdopodobnie nie należały one do gości, lecz do różnych ekip wyspecjalizowanych w remontach oraz przygotowaniu pensjonatów i hoteli do następnego sezonu.


W kawiarence przy bulwarze, gdzie w lecie kupowałam pyszne lody, pozsuwano na bok krzesła i stoły zwykle stojące pod drzewami, zaś same drzewa, mocno przycięte, prezentowały swe ciemne sylwetki na tle błękitnego nieba. Wiedziałam, że na wiosnę znów wypuszczą mnóstwo młodych gałązek i szybko pokryją się masą zielonych liści, tworząc szczelny, zielony dach, chroniący gości od słońca albo przelotnego deszczu. Podobnie rzecz się miała z platanami, które całkowicie pozbawiono mniejszych gałęzi. Kiedy przyjechałam do Włoch, ten zwyczaj wydawał mi się dość brutalny, żeby nie powiedzieć barbarzyński. Kiedyś zobaczyłam duże, stare drzewa, z których pozostał jedynie gruby pień całkowicie pozbawiony korony, przeżyłam wtedy spory szok, jednak szybko się przekonałam, że jest to przejaw mądrości i umiejętności przystosowania do istniejących warunków klimatycznych.

Drzewa, choć tak okrutnie potraktowane, świetnie się miały w okresie wegetacji; poza tym te radykalne cięcia sprawiają, że w czasie porywistych wiatrów często nawiedzających te strony, unika się zagrożenia, jakim są połamane konary i gałęzie. Z biegiem czasu polubiłam widok tych ogołoconych drzewek, o pokrętnych sylwetkach rodem z japońskiej litografii, tak jak lubiłam widok łódek ze zwiniętymi żaglami, stojących na kotwicy. W ich głębokim śnie była nadzieja na ponowne przebudzenie i życie, były dla mnie symbolem przemijania czasu, lecz także odradzania się na nowo...
Do Bellagio przyjechałam w południe, więc słońce stało dość wysoko, jednak szybko zaczęło chylić się ku zachodowi. Przeciwległy brzeg jeziora poszarzał, cienie się wydłużyły a na wodzie zaczął się kłaść pomarańczowy poblask, mówiący o tym, iż niedługo zacznie zapadać zmrok. Stojąc nad jeziorem pod bezlistnymi drzewami nieopodal opustoszałej przystani, patrzyłam jak urzeczona na ten piękny widok; przeżyłam wtedy moment pełen magii w poczuciu, że to, co widzę, mam tylko dla siebie...


Wokoło nie było żywego ducha, nikogo z kim musiałabym dzielić tę chwilę i ten pejzaż. Było to niezapomniane wrażenie, którego nie zatarł czas; bez niego moje życie z pewnością byłoby uboższe o coś cennego, co zostało mi dane zupełnie nieoczekiwanie. To wrażenie  kazało mi zapomnieć o rękach marznących podczas robienia zdjęć i o tym, że niedługo odjedzie ostatni autobus do Como; chciałam jedynie stać tam i patrzeć jak słońce powoli zapada za górami a jezioro pogrąża się w cieniu. Było to wspaniałe przeżycie, jednak wyjeżdżając z Bellagio miałam poczucie, że mimo wszystko nie wrócę tam po podobne doznania, że ten dzień i ta ulotna chwila muszą pozostać jedyne i niepowtarzalne ...


Więcej zdjęć z zimowego Bellagio można zobaczyć tutaj >

niedziela, 31 lipca 2016

Lombardia. Urok prostoty, czyli Bellagio San Giovanni, Loppia i Pescallo.



W centrum Bellagio, jak przystało na miejscowość o ustalonej od wieków międzynarodowej renomie, w sezonie turystycznym jest zawsze sporo gości. W poprzednich postach wspominałam, że choć nie jest ono szczególnie zatłoczone, to z pewnością nie można go nazwać oazą spokoju.

Za to w innych frakcjach gminy leżących na jej obrzeżach, w ciszy i odosobnieniu, do woli możemy się oddawać kontemplacji uroków zarówno miejscowości, jak i niezrównanego pejzażu. Będąc tam, niejednokrotnie przemierzałam ich uliczki i placyki, podczas gdy w zasięgu mojego wzroku nie było ani jednej osoby...
Gdybym miała zdecydować, która z nich najbardziej przypadła mi do serca, byłabym w prawdziwym kłopocie, ponieważ są one zupełnie odmienne, podobnie jak panorama, oglądana z prawego i lewego (albo wschodniego i zachodniego) brzegu półwyspu. Tym razem nasze zwiedzanie rozpoczniemy od Bellagio San Giovanni, urokliwego zakątka, usytuowanego pomiędzy jeziorem i drogą dojazdową do centrum. Kiedy płyniemy statkiem z Como, widzimy je jako skupisko niewielkich domków, leżących w głębi za ślicznym, barokowym kościółkiem, przed którym znajduje się przystań dla łódek. Otocza ją kamienny falochron z szerokimi schodami, prowadzącymi z przykościelnego placu na skraj wody. Miejscowość jest niewielka, to zaledwie kilka wąskich uliczek i ów centralny plac przed kościołem, ozdobiony dwoma ogromnymi cyprysami. Daje to piękny efekt - kiedy idziemy od strony miasteczka do przystani i popatrzymy na przeciwległy brzeg jeziora, te wyniosłe drzewa stanowią oryginalną ramę dla widocznej w oddali białej bryły willi Carlotta ( link).

Nazwa miejscowości wiąże się z imieniem patrona kościoła, wzniesionego pod wezwaniem Św. Jana Chrzciciela niemal pięćset lat temu. Jego sylwetka mogłaby wskazywać, że powstał w okresie baroku, jednak ten efekt to wynik przebudowy, jakiej go poddano w owej epoce. Chociaż preferuję przede wszystkim styl romański, to muszę przyznać, że bardzo mi się podobają barokowe kościoły, które widywałam w małych, lombardzkich miejscowościach.  Na ogół są one dość skromne, zapewne z racji ograniczonych środków, jakie mieszkańcy tych okolic mogli przeznaczyć na wzniesienie świątyni. Lubiłam ich sylwetki, otynkowane na jasne, ciepłe kolory, kolumny i ornamenty, czasem białe a innym razem w kolorze terakoty oraz charakterystyczne kampanile przykryte niewielkim hełmem, gdzie w łukowatych okienkach na szczycie widać było dzwony z ich kolistym mechanizmem. Nie wprawiały mnie one w uniesienie, jakie mi towarzyszyło podczas zwiedzania tysiącletnich, romańskich budowli, jednak ich eleganckie sylwetki wznoszące się na tle zieleni, radowały moje oczy, będąc dla mnie jeszcze jednym elementem mówiącym o kulturze i przeszłości tej ziemi.

Uwielbiałam momenty, kiedy mogłam zobaczyć dzwony wprawione w ruch a nad moją głową przetaczał się ich dostojny dźwięk, powoli cichnący w delikatnej mgiełce spowijającej przestrzeń nad jeziorem... Wspominałam już przy innych okazjach, że Włochy mają to do siebie, że w małych, wiejskich kościółkach niejednokrotnie można spotkać prawdziwe dzieła sztuki; podobnie jest w kościele San Giovanni, gdzie w ołtarzu znajduje się obraz pędzla Gaudenzia Ferrari a piękna rzeźba  z karraryjskiego marmuru przedstawiająca wniebowstąpienie Marii, pochodzi z pracowni Berniniego. Poza tym, można tu też zobaczyć wspaniałe stiuki i snycerkę, wykonane przez miejscowych, lombardzkich artystów a wszystko to sprawia, że jego wnętrze zasługuje na zainteresowanie każdego miłośnika sztuki sakralnej.
Bardzo lubiłam tę cichą miejscowość, więc jadąc do Bellagio niejednokrotnie wysiadałam z autobusu nieco wcześniej, żeby odetchnąć jej atmosferą. Najchętniej przysiadałam na kamiennym molo, gdzie mogłam słuchać delikatnego szumu fal i dumać o tym, jak żyli jej dawni mieszkańcy, w czasach, gdy na wodzie jedynym środkiem komunikacji była łódka a na lądzie grzbiet osła albo własne nogi, na których przemierzano wąskie, brukowane mulatiery.

Jednak San Giovanni to nie tylko skromne domki, gdzie swego czasu mieszkali rzemieślnicy i rybacy; kiedy płyniemy statkiem, na brzegu jeziora możemy zobaczyć piękne, okazałe wille, niegdyś należące do okolicznych patrycjuszy. Niektóre z nich, jak willa Trivulzio, czy willa Trotti, do dziś noszą nazwiska dawnych właścicieli, zresztą nadal pozostają one w prywatnych rękach, nabyte drogą kupna albo dziedziczenia. Takie okazałe domostwa często są  przerabiane na luksusowe apartamenty do wynajęcia lub hotele a spokoju mieszkańców i gości strzegą wysokie mury, otaczające rozległe ogrody. Do frakcji San Giovanni przylega maleńka Loppia, która oddziela ją od parku należącego do willi Melzi (link). Jest ona zaledwie kropeczką na mapie tej okolicy, jednak i tu można zobaczyć ciekawe ślady przeszłości, w postaci pięknej, obszernej darseny z dwoma bliźniaczymi hangarami, w których nadal przechowuje się łodzie i nieczynnej stoczni, o podwojach zamkniętych na cztery spusty.


Już za czasów Juliusza Cezara ta naturalna, ustronna zatoczka stanowiła dobre miejsce, gdzie można było dokonać napraw statków; również w późniejszych czasach, wśród zgrzytu pił i stukania młotków wprawne ręce rzemieślników naprawiały i powoływały do życia wielkie łodzie, służące do transportu towarów i ludzi. Dwie z nich, Giulia i Rosina, nadal są przycumowane w darsenie, prezentując nam swoje ciężkie, czarne kadłuby, okryte płóciennymi daszkami rozpiętymi na półkolistych podporach, będących bliźniaczym odbiciem wręgów. Dziś, z masztami ogołoconymi z żagli, stanowią jedną z pamiątek czasów, które powoli odchodzą w zapomnienie...Tuż obok darseny, pomiędzy dwoma rzędami wyniosłych cyprysów, widzimy schody, biegnące w kierunku centralnej części półwyspu.


Patrząc na nie mamy wrażenie, że prowadzą one donikąd, jednak gdy dojdziemy na ich szczyt i przekroczymy szeroką drogę dojazdową do centrum Bellagio, możemy zauważyć, że za rozległą łąką znajduje się duża, piękna willa. Jest to Willa Giulia, leżąca na wschodnim brzegu półwyspu na terenie frakcji zwanej Regatola; dziś otacza ją spory ogród, jednak w czasach, gdy powstała, cały pas terenu u nasady półwyspu Bellagio stanowił jedną posiadłość. Dzięki temu dominującemu usytuowaniu, do willi można było przybyć zarówno od strony Como jak i Lecco, zaś te schody i aleja, dziś już nieistniejąca, służyły do komunikacji z przystanią w Loppii.


To uprzywilejowane położenie na grzbiecie wzgórza sprawia, że z willi można podziwiać całą tę piękną okolicę i cieszyć się blaskiem słońca od jego wschodu, aż do zachodu. Podobnie jak inne, także willę Giulia możemy oglądać jedynie z zewnątrz, gdyż również ona nadal jest własnością prywatną.
Kiedy ją miniemy, nieopodal zobaczymy oliwkowy sad oraz budynki typowe dla dawnego folwarku z częścią mieszkalną i zabudowaniami gospodarczymi. Dziś stoją niezamieszkałe, wygląda na to, że ich obecny właściciel opuścił stary dom wzniesiony przez przodków, wybierając uroki nowoczesności... Powiem szczerze, że to i jemu podobne domostwa, proste, lecz nie pozbawione wdzięku, zatopione w zieleni, z szarymi murami widocznymi pomiędzy koronami srebrnawych oliwek, oglądałam z nie mniejszą przyjemnością i zachwytem, jak bogate wille patrycjuszy.


Ich sylwetki, choć niewymyślne, świadczą nie tylko o dobrym rzemiośle twórców, lecz także ich poczuciu smaku oraz zamiłowaniu do harmonii. Ta część Bellagio, leżąca na łagodnym stoku, nie bez racji nosi nazwę Oliviero, gdyż jej mieszkańcy chyba od zawsze zajmowali się uprawą drzewek oliwnych. Stąd jest już niedaleko do Pescallo, o którym zawsze myślałam jako o Pescau, jak to się mówi w lokalnym dialekcie... Nazwa tej frakcji świadczy o tym, że jej mieszkańcy od niepamiętnych czasów trudnili się połowem ryb, zresztą nadal jest tu mnóstwo łodzi, służących przede wszystkim do rekreacji i połowów sportowych. Pescallo jest położone niemal na końcu półwyspu, na wysokości centrum Bellagio, lecz na przeciwległym, wschodnim brzegu, od strony Lago di Lecco. Podobnie jak na zachodzie, za lustrem wody widzimy stoki Prealp, które tutaj są  bardziej skaliste i strome.


Wzdłuż brzegu jeziora, od Varenny aż do Lecco, ciągnie się długi, górski grzbiet, z szarymi stożkami najwyższych szczytów - Grigni i Grignetty, czyli Grigni Meridionale i Settentrionale. Po jego stoku biegnie Sentiero del Viandante, dawna droga handlowa prowadząca w stronę Alp, nadal chętnie uczęszczana przez miłośników trekkingu i pięknych widoków. W Pescallo uderza nas spokój i cisza tego miejsca; wschodni brzeg jeziora dość szybko okrywa cień padający od wyższej części półwyspu, podczas część leżąca od zachodu wraz z wodami jeziora nadal tonie w słonecznym blasku. Na wodzie kołyszą się łódki ze zwiniętymi żaglami stojące na kotwicach a ich nieuskrzydlone siostry leżą na brzegu, przykryte plandeką lub odwrócone stępką do góry.


W upalny dzień miło jest przysiąść na ławce pod platanem na zacienionym placyku i słuchać cichutkiego dzwonienia wiatru na wantach albo zapuścić się w wąziutkie uliczki, gdzie wyciągając ramiona można dotknąć budynków po ich obu stronach. Stare mury porastają bujne festony bluszczu oraz dzikiego wina a leniwe koty śpią pomiędzy doniczkami kwiatów na tarasach i balkonach. Wszystkie uliczki nieodmiennie kończą się nad wodami jeziora, gdzie na maleńkich, piaszczystych plażach także leżą łódki, w oczekiwaniu, aż czyjeś ręce zepchną je na wodę...

Z Pescallo do centrum Bellagio prowadzi droga, biegnąca wzdłuż muru granicznego otaczającego ogrody willi Serbelloni; po jej drugiej stronie jest podobny mur, także oddzielający prywatne tereny, więc do miasta idzie się pod górę pomiędzy tymi dwiema kamiennymi ścianami.
Kiedy dochodzimy do szczytu wzgórza, w świetle drogi ukazują się nam dachy miasteczka i wody jeziora. Z cichej i spokojnej enklawy, jaką jest Pescallo, wkraczamy w kolorowe uliczki Bellagio, pełne sklepików i kawiarenek, gdzie różnojęzyczne grupy turystów chłoną niepowtarzalną atmosferę tego miejsca. Ja też z przyjemnością poddawałam się jego urokowi, sprawiedliwie dzieląc moje uczucia pomiędzy poszczególne frakcje, przechodząc od ciszy spokojnych zakątków do gwaru centrum a z zacienionych zaułków do blasku słońca. Kochałam jedno i drugie, bo przecież choć przeciwstawne, razem tworzą piękną, niepowtarzalną całość...

czwartek, 16 czerwca 2016

Lombardia. Bellagio - druga odsłona.



Jak pisałam w poprzednim poście, pierwsza wizyta w Bellagio zrobiła na mnie ogromne wrażenie; nigdy dotąd nie byłam w miejscu tak malowniczym a do tego wspaniała pogoda podnosiła walory pięknego pejzażu. Jego ukoronowanie stanowił widok prześlicznego bulwaru i wąskich uliczek, pnących się w górę, pomiędzy stylowymi budynkami w żywych, pastelowych kolorach. Pokochałam to miasteczko od pierwszego wejrzenia i co jakiś czas czułam wewnętrzny przymus, aby znowu zobaczyć jego śliczne zakątki.


Bellagio, chociaż od dawna było miejscem, gdzie licznie przybywali turyści z całej Europy, swą dzisiejszą postać zaczęło przybierać dopiero w drugiej połowie XIX wieku, kiedy to dla wygody znamienitych gości, powstały liczne, dobrze wyposażone  hotele. Wcześniej było to po prostu zbiorowisko raczej skromnych domostw, poprzetykanych nieco bardziej okazałymi kamieniczkami i willami należącymi do miejscowych patrycjuszy, gdzie ulewne deszcze spłukiwały rynsztoki a w miejscu, w którym  obecnie jest przystań dla łódek i statków, pędzono krowy do wodopoju. Mimo to, turyści chyba cenili sobie te skromne uroki; liczni przybysze znajdowali lokum w domach stałych mieszkańców, którzy w owych czasach niewiele mogli im zaoferować - pokoje pozbawione wygód, świeże mleko, jaja i kurczaki, kuchnię prostą i niewymyślną. Kiedy trafił się gość bardziej wymagający i żądny luksusu, gospodarz udawał się do kogoś z lokalnych wyższych sfer, aby pożyczyć porcelanową zastawę i srebrne sztućce.

Jednak z biegiem czasu znalazło się kilku prężnych przedsiębiorców, którzy postanowili czerpać zyski z goszczenia turystów, to zaś zaowocowało powstaniem odpowiedniej bazy hotelowej. Sama nigdy nie nocowałam w żadnym z tamtejszych hoteli, gdyż mieszkając w okolicy nie miałam takiej potrzeby, dlatego nic nie mogę powiedzieć o wnętrzach, jednak patrząc na ich piękne bryły i zadbane otoczenie, nietrudno sobie wyobrazić, że ilość gwiazdek jakie im przynależą  z pewnością jest większa niż dwie. Oczywiście, to nie oznacza, że w Bellagio panuje pogoda jedynie dla bogaczy, osoby o mniej zasobnych portfelach mają do dyspozycji pensjonaty, apartamenty i pokoje na wynajem oraz pole campingowe. Ale wróćmy do uroków Bellagio - jak już pisałam, jest tu długi, zabytkowy bulwar, prowadzący z centrum miasteczka w stronę willi Melzi, ozdobiony oleandrami, platanami, palmami i kolorowymi klombami pełnymi  kwiatów.
Szkoda jedynie, że kiedy tam byłam ten piękny widok tracił nieco przez sąsiedztwo opuszczonego hotelu Grande Bretagne; niegdyś był to wspaniały przybytek, w którym, jak wskazuje na to jego nazwa, lubili gościć przybysze z Wysp Brytyjskich.


Niestety, błędy w zarządzaniu sprawiły, że podupadł i na koniec został zamknięty; jednak z tego co wiem, odkupiła go pewna spółka, która ma mu przywrócić dawną świetność, więc nie wykluczone, że niebawem znów zawitają do niego goście. (W internecie znalazłam wiadomość, że ma się to stać w tym roku, ciekawa jestem czy dotrzymano terminu?) Spacerując po bulwarze możemy popatrzeć na górującą nad Bellagio Willę Serbelloni albo panoramę przeciwległego brzegu jeziora, z zielonymi pasmami gór dotykających nieboskłonu i miasteczkami schodzącymi tuż na skraj lazurowej wody.  Możemy też dostrzec półwysep Balbianello z willą tej samej nazwy oraz elegancką, białą sylwetkę Willi Carlotta w pobliskiej Cadenabbi. Kiedy nasycimy oczy barwami kwiatów, zielenią drzew, błękitem nieba i wody, możemy pójść  w przeciwną stronę, przejść przez centralny plac w pobliżu przystani, drogą, która zaprowadzi nas na kraniec półwyspu.


Po drodze mija się Grand Hotel Villa Serbelloni (najbardziej luksusowy hotel w Bellagio) leżący tuż nad brzegiem jeziora u stóp wzgórza, gdzie znajduje się właściwa willa Serbelloni, o której wspominałam powyżej. Willa ma bardzo bogatą historię - niegdyś należała do Viscontich (w owych czasach była raczej niewielkim zameczkiem) później przeszła w ręce rodziny Serbelloni, od której wzięła swą nazwę. Willa swoich murach gościła wielu książąt i królów a nawet samego Leonarda da Vinci. Jej ostatnią właścicielką była Ella Walker, potomkini sławnych gorzelników, którzy stworzyli markę "Johny Walker" (po mężu księżna Thurn und Taxis albo jak mówią Włosi - Torre e Tasso). Księżna była osobą o wielkich zaletach charakteru i szerokim geście o czym świadczy fakt, że w testamencie zapisała willę fundacji Rockefellera; dziś służy ona za miejsce wypoczynku i pracy twórczej uczonym oraz artystom. Idąc drogą wiodącą między wzgórzem i ogrodem przylegającym do hotelu, dotrzemy do przylądka zwanego La Punta, Jest to miejsce, skąd mamy wspaniały widok na trzy odnogi jeziora, skaliste  pasma gór w głębi, eleganckie Menaggio po lewej stronie i śliczną Varennę z Willą Monastero po prawej.


Choć będąc tam zrobiłam wiele zdjęć, to z ręką na sercu wyznaję, że absolutnie nie oddają one urody tego miejsca...To, co na zdjęciu jest po prostu nieostrym drugim i trzecim planem, w rzeczywistości jest uroczą mgiełką spowijającą pejzaż, w której majaczą odległe brzegi i zarysy gór. Jezioro w tym miejscu jest najszersze, przy upalnej pogodzie cały akwen paruje oddając wielką ilość wilgoci, więc zdarza się, że kiedy ciśnienie atmosferyczne spada a wiatr idzie spać, nie ma mowy o podziwianiu widoków i można ich się jedynie domyślać. Na szczęście pogoda zmienia się często, letnie burze oraz wiatr wiejący od gór oczyszczają atmosferę a wtedy znowu można się zachwycać tą piękną okolicą.


Niezależnie od pogody, bardzo lubiłam odpoczywać na cyplu w cieniu platanów nieopodal falochronu i patrzeć na jezioro; czułam się wtedy niczym na dziobie statku a widok falującej wody sprawiał, że zapadałam w stan doskonałego relaksu. Chętnie tam siadywałam, ale jeszcze bardziej ciągnęło mnie miasteczko, ze swoimi stromymi uliczkami, uroczymi podwórkami i tarasami pomiędzy domami. Lubiłam zaglądać do sklepików z ceramiką i artystyczną biżuterią oraz butików, gdzie można kupić unikatową odzież, niepowtarzalne szale, kapelusze i torebki. Czasem wstępowałam do cukierni na pyszne lody lub smakowite ciastko, albo wypijałam aromatyczne espresso w jednym ze stylowych barów, gdzie prostota i wyrafinowanie wystroju splatają się w jedną całość.

Żeby było jeszcze ładniej, stare mury domów porastają pnącza a w oknach i przed drzwiami stawia się donice pełne kwitnących roślin. Uwielbiałam patrzeć na śliczne balkony z kutego żelaza splecionego w misterne arabeski, kaskady petunii i pelargonii, kryte galeryjki, niczym mostki łączące budynki po dwóch stronach uliczki, markizy z płótna w pasy i cieniste portyki z arkadami, gdzie w lecie opuszcza się portiery chroniące od nadmiaru słońca.
Jak wspominałam, w Bellagio wypoczywało wielu znakomitych gości- pisarzy, kompozytorów, aktorów i polityków, jednak mnie szczególnie zainteresowała pamiątkowa tablica, którą znalazłam na jednym z budynków. Tablica mówi o tym, że w 1837 roku w tym domu mieszkał Franciszek Liszt z hrabiną Marią d'Agoult, która dla niego pozostawiła swego męża i dwójkę dzieci. Ich długoletni, burzliwy romans sprawił, że przez wiele lat ta niekonwencjonalna para była obiektem powszechnego zainteresowania i licznych plotek. Nie było w tym niczego dziwnego, ponieważ Franciszek mimo młodego wieku cieszył się zasłużoną sławą niezwykle utalentowanego wirtuoza i kompozytora (a przy tym atrakcyjnego mężczyzny) zaś dama jego serca była arystokratką o literackich ambicjach (po rozstaniu z Lisztem powróciła do Paryża, gdzie z powodzeniem  publikowała swe prace pod pseudonimem Daniel Stern).

Kochankowie przybyli do Bellagio w sierpniu (Maria była wówczas w zaawansowanej ciąży) i pozostali do grudnia, kiedy to urodziła się Cosima, ich druga córka, przyszła żona Ryszarda Wagnera. (Swoją drogą, Cosima poszła w ślady matki, gdyż aby związać się z Wagnerem zostawiła swego pierwszego męża, dyrygenta Hansa von 
Bülow, z którym miała dwie córki.) Liszt, mimo swej skomplikowanej sytuacji życiowej chyba nie narzekał na brak weny twórczej. Z różnych przekazów wiadomo, że chętnie bywał w ogrodach willi Melzi, gdzie lubił siadywać w mauretańskiej altanie z widokiem na rzeźbę przedstawiającą Dantego i Beatrycze; ten widok oraz lektura "Boskiej komedii" natchnęły młodego kompozytora do napisania sonaty "Dante". Jak wspominałam wcześniej, Bellagio w owych czasach nie było tym eleganckim miasteczkiem, jakie widzimy współcześnie, jednak jego niezrównane położenie i wspaniały klimat sprawiły, że Liszt pisał o nim, iż jest to miejsce pobłogosławione przez niebo i stworzone, aby być scenerią życia dla miłości. Z pewnością, pobyt w tym miejscu u boku ukochanej osoby ma szczególny urok; ja bywałam tam w pojedynkę, ale wcale mi to nie przeszkadzało w cieszeniu się jego szczególną atmosferą, mogłam bez przeszkód i do woli snuć się znajomymi zaułkami, przysiadać na parkowych ławkach albo w chłodnym wnętrzu jednego z kościołów. Lubiłam mały, skromy, antyczny kościółek San Giorgio, gdzie pod  dzwonnicą jest sklepione przejście, tworzące bramę pomiędzy salitą Genazzini  (to przy niej znajduje się dom, gdzie mieszkał Liszt ze swą ukochaną) a głównym placem, przy którym mieści się Municipio, jak i okazałą, romańską bazylikę San Giacomo, której wyniosła wieża góruje ponad miastem.

Wewnątrz bazyliki możemy zobaczyć obrazy pędzla takich malarzy jak Perugino i Foppa oraz wspaniałe mozaiki szkoły weneckiej; ich złocisty kolor potęguje blask bijący od pięknie podświetlonego ołtarza z pozłacanego drewna co rozjaśnia surowe wnętrze świątyni. Na placu przed kościołem znajduje się fontanna, gdzie na wysokiej kolumnie umieszczono rzeźbę przedstawiającą Madonnę z Dzieciątkiem, szkoda jedynie, że plac jest jednocześnie parkingiem, w sezonie jest tam zawsze mnóstwo samochodów i motocykli, co zdecydowanie psuje nastrój tego zakątka. Swoją drogą, dziwi mnie, że do tej pory nie ograniczono ruchu kołowego na terenie tej części miasta, chociaż nie od dziś mówi się o potrzebie stworzenia parkingów poza ścisłym centrum (były nawet głosy mówiące, że przymierzano się do stworzenia jednego na terenie ogrodów hotelu Grande Bretagne, co mam nadzieję, nigdy nie dojdzie do skutku). Letnie Bellagio to miejsce, gdzie przebywa wielu gości, zarówno takich, którzy przyjeżdżają na dłuższy wypoczynek, jak i przelotnych ptaków, mimo to, nie sprawia wrażenia zatłoczonego, dla wszystkich jest dość miejsca na bulwarze, w parkach i restauracyjnych ogródkach. 

Na szczęście jest tu tyle interesujących miejsc i możliwości zorganizowania sobie odpowiednich rozrywek, że każdy znajdzie coś dla siebie; można oddać się zwiedzaniu zabytków, popłynąć w rejs po jeziorze, odwiedzić inne malownicze miejscowości w okolicy, uprawiać sporty wodne, plażować, udać się w góry pieszo albo na rowerze, czy po prostu korzystać z chwili relaksu na jednej z licznych ławek nieopodal brzegu jeziora i możliwości podziwiania wspaniałego widoku, jaki się przed nami roztacza. 

Zachęcam do obejrzenia pozostałych zdjęć z Bellagio >