czwartek, 16 sierpnia 2012

Piemont i Lombardia. Sacro Monte, czyli Góra Kalwaria po włosku.



Jak już niejednokrotnie wspominałam, Włosi to naród dla którego emocje są niezwykle ważnym elementem życia. Również wrażenia estetyczne odgrywają dla nich niepoślednią rolę, jako sposób wyrażenia  owych uczuć w odniesieniu  zarówno do "sacrum" jak i "profanum". W związku z tym, nie dziwi fakt, iż aspekt wizualny odgrywa tu wielką rolę również w przeżywaniu wiary, co na przestrzeni wieków poskutkowało ogromną ilością obrazów i rzeźb o tematyce religijnej. Podczas moich włoskich wędrówek zawsze starałam się zajrzeć do kościołów, nawet tych położonych w maleńkich miejscowościach, gdyż niejednokrotnie można tam zobaczyć dzieła sztuki o ogromnej wartości. Jedyną przeszkodą mogło być to, że z przyczyn logistycznych nie mogłam zatrzymać się w danej miejscowości na dłużej a kościół był zamknięty z powodu popołudniowej sjesty (choć zdarzało się, że kiedy odnalazłam osobę dysponują kluczami, wrota kościoła otwierały się specjalnie dla mnie). O Świętych Górach, zwanych tu Sacro Monte, dowiedziałam się od moich włoskich znajomych podczas rozmowy na temat Varese, miejscowości leżącej nieco na północ od Mediolanu a na zachód od Como. Później odkryłam, że podobnych miejsc w północnych Włoszech jest o wiele więcej, z czego dziewięć, znajdujących się Piemoncie i Lombardii, należy do dziedzictwa UNESCO (na tej liście jest również polska Kalwaria Zebrzydowska). Miałam zamiar odwiedzić wszystkie, lecz niestety, skończyło się jedynie na pięciu, jednak tak się złożyło, że cztery z nich widziałam dwukrotnie. Pierwsze Sacro Monte we Włoszech (a jeśli się nie mylę, również w Europie ) powstało w piemonckim mieście Varallo, kiedy to zajęcie Palestyny przez Turków sprawiło, że pielgrzymki do Ziemi Świętej stały się przedsięwzięciem trudnym i niebezpiecznym. W związku z tym, bracia mniejsi opiekujący się Świętym Grobem w Jerozolimie wystąpili z pomysłem zbudowania w Europie miejsc kultu, które byłyby swego rodzaju "Ziemią Świętą w miniaturze" i dawałyby wiernym możliwość odbycia pielgrzymki bez narażania życia. Wybrano do tego celu właśnie Varallo, przepięknie położone  w alpejskiej dolinie u zbiegu  rzek Sesia ( która rodzi się z lodowca na Monte Rosa) i wpadającego do niej Mastallone. We wschodniej części miasta znajduje się skaliste, liczące 150 m wzniesienie, ze ściętym tarasowo wierzchołkiem. To tu brat Bernardino Caimi, delegat zakonu św. Franciszka, znalazł idealne miejsce w którym miała powstać Nowa Jerozolima. Był rok 1481, kiedy wzniesiono tu pierwszą z kaplic, Kaplicę Grobu Pańskiego. Od tego momentu przez około 150 lat powiększano i upiększano Świętą Górę, gdzie dziś ogółem możemy oglądać 45 obiektów, w tym przepiękną bazylikę, fontannę i czterdzieści trzy kaplice z czterema tysiącami postaci namalowanych przez dziewiętnastu malarzy i czterystoma  figurami, dłuta dwunastu pracujących tu rzeźbiarzy. Są to z pewnością imponujące liczby, ale rzecz jest nie w nich, lecz w przesłaniu płynącym z tego miejsca. Całość bowiem,  podobnie jak inne przedsięwzięcia tego typu, porusza od stuleci wyobraźnię i emocje ludzi, którzy przybywają do tych sanktuariów zarówno z przyczyn religijnych, jak i przyciągnięci pięknem pejzażu oraz sławą artystów jacy tu zostawili  swoje dzieła. Prace wzmożono w okresie reformacji, która objęła niedaleką Szwajcarię a swoiste "teatrum Męki Pańskiej" wywodzące się z tradycji franciszkańskich szopek i widowisk pasyjnych, przedstawione w niezwykle sugestywny sposób, miało pogłębić więź wiernych  z kościołem katolickim. Jednak ta idea ma oczywiście o wiele szerszy wymiar, bowiem nawet osoby o odmiennych poglądach mogą tu zadumać się nad naturą boskości, istotą człowieczeństwa i wartością poświęcenia siebie samego dla udokumentowania Prawdy, która jest w nas... Nie bez przyczyny też, na miejsce usytuowania podobnych obiektów wybierano wzniesienia. Miały one nie tylko uprawdopodobnić geograficznie ową "Nową Jeruzalem" ale przede wszystkim przedstawić trud wznoszenia się człowieka do Boga a poprzez piękno okolicy głosić chwałę Pana Stworzenia.



W Piemoncie i Lombardii znajduje się ogółem 17 Świętych Gór ( z czego 9 z listy dziedzictwa ludzkości) 3 inne zaś można zobaczyć w przygranicznych rejonach Szwajcarii, w Kantonie Ticino i Vallese.

Na liście UNESCO znajdują się:

Sacro Monte Ossuccio

Sacro Monte Ghiffa

Sacro Monte Orta

Sacro Monte  Varallo

Sacro Monte Varese

Sacro Monte Oropa

Sacro Monte Domodossola

Sacro Monte Belmonte

Sacro Monte Crea


Jak już pisałam, miałam zamiar zwiedzić je wszystkie, lecz musiałam poprzestać na zobaczeniu jedynie pięciu kolejnych z listy (nazwy zaznaczone na niebiesko są linkami) W następnych postach postaram się przybliżyć ich urodę i podzielić emocjami, jakie mi towarzyszyły podczas ich zwiedzania.


środa, 18 lipca 2012

Lombardia. Jezioro Como, Willa Balbianello.



Willa Balbianello, o której wspominałam we wpisie na temat mojego pierwszego rejsu po jeziorze Como, to jedno z najbardziej czarujących miejsc, jakie widziałam w jego obrębie. Na ten efekt składa się nie tylko jej niewątpliwa uroda architektoniczna, lecz również wspaniałe położenie i przepiękna panorama gór otaczających jezioro. Ten niezapomniany pejzaż tworzy wspaniałą ramę, podnoszącą naturalne uroki posiadłości. Willa znajduje się na cyplu niewielkiego półwyspu noszącego nazwę Lavedo; można tam dotrzeć łódką z miejscowości Sala Comacina lub pieszo z leżącego nieopodal  Lenno. Półwysep ma kształt niewielkiego, skalistego wzgórza w większej części porośniętego gąszczem liściastych drzew. Jego prawa strona to urwisko schodzące wprost do jeziora, natomiast z lewej jest wygodna droga, która w ciągu kilku minut doprowadzi nas przed bramę willi.



Do XVI w znajdował się tu niewielki konwent braci kapucynów - pozostałością z tego okresu jest fasada  kościółka o dwóch wieżach. Willa powstała w XVIII w na życzenie kardynała Durini, jako jego letnia siedziba. Później wielokrotnie zmieniała właścicieli a ostatnim z nich był hrabia Guido Monzino. Po jego śmierci na mocy testamentu willa stała się własnością FAI (Fondazione l’Ambiente Italiana) włoskiej fundacji, która zarządza wieloma obiektami o wielkiej wartości materialnej, historycznej i kulturowej, przekazanymi przez osoby prywatne, jako dar w celu utworzenia muzeum i udostępnienia publiczności. 

W willi Balbianello znajduje się niezwykle interesująca ekspozycja zbiorów, które uprzednio stanowiły własność hrabiego. Guido Monzino był człowiekiem bardzo zamożnym, więc bez przeszkód mógł oddawać się swojej pasji do dalekich i kosztownych podróży, skąd przywoził wiele cennych artefaktów.



W tej luksusowej siedzibie utworzył swoje prywatne muzeum, na które składa się  ogromna biblioteka o tematyce geograficznej i podróżniczej a także wspaniała kolekcja map z różnych epok. W innej części domostwa można obejrzeć kolekcje zgromadzone przez hrabiego podczas licznych wypraw na tereny Afryki, Azji oraz Ameryki Południowej: rytualne maski, figurki i ceramikę. Willa jest kompletnie umeblowana (zbiory wraz z wyposażeniem wchodziły w skład spadku) meblami w stylu francuskim i angielskim. Wszystkie one są antykami o dużej wartości, datowanymi na XVIII i XIX wiek. Oprócz tego są tu  cenne arrasy, dywany i lampy a także zbiór malowideł na szkle w stylu weneckim z XVIII wieku, kolekcjonowanych przez matkę hrabiego. Po śmierci darczyńcy, na mocy testamentu FAI otrzymało również niebagatelną sumę pieniędzy na potrzeby należytego utrzymania posiadłości i zbiorów. Guido Monzino był człowiekiem niskiego wzrostu, ale o ogromnej sile ducha, który przez całe swoje bujne i barwne życie z zapałem podejmował różne niecodzienne wyzwania. Między innymi, w latach siedemdziesiątych XX wieku zdobył Mont Everest oraz Biegun Północny. 




W skład muzealnej ekspozycji wchodzi także jego ekwipunek polarnika i sanie, których używał w czasie wyprawy do Arktyki. Cała posiadłość jest bardzo dobrze utrzymana; chodząc po willi ma się wrażenie, że jest to dom, który nadal żyje a jego lokator za chwilę wyjdzie z sąsiedniego pokoju aby przywitać gości. Willę można zwiedzać jedynie w niewielkich grupach pod opieką przewodnika, natomiast po rozległym, wspaniale utrzymanym ogrodzie każdy porusza się na własną rękę. Pamiętam, jaki zachwyt wzbudziło we mnie to miejsce, kiedy je zobaczyłam po raz pierwszy... Płynęłam wtedy statkiem, podziwiając jednocześnie niezrównany pejzaż jak i śliczne miejscowości na obu brzegach jeziora. Często są one porównywane do sznura rozsypanych pereł i sądzę, że nie ma w tym cienia przesady. Wille z różnych epok, zwrócone swymi bogato zdobionymi fasadami w stronę jeziora, romańskie kościółki, przepiękne ogrody wiszące ponad taflą wody niczym kosze pełne kwiatów, to wszystko widziane na tle intensywnej zieleni gór składa się na jedyny w swoim rodzaju, niezapomniany widok.




Statek którym wtedy zmierzałam do Bellagio, płynął po jeziorze zygzakiem. Kiedy odbił od nabrzeża przystani w Sala Comacina skierował się w stronę małego półwyspu a po chwili na jego cyplu zobaczyłam niewielki kompleks budynków. Jeden z nich przypominał kościółek z dwiema wieżami, nieco wyżej widać było niski pawilon a ponad nimi górowała przepiękna loggia o trzech arkadach obrośniętych bluszczem. Wszystko to nosiło wyraźne znamiona baroku, lecz bez przeładowania oraz zbędnych detali. Doskonałe proporcje budynków i piaskowy kolor ścian pięknie harmonizujący z zielenią roślinności, urzekały elegancją. Całość otaczały pełne słońca tarasy, połączone schodami z rozległym parkiem, pełnym pinii, cyprysów i kwitnących hortensji. Ze statku widziałam sylwetki ludzi spacerujących po alejkach i wokół willi. Wtedy nic nie wiedziałam o tej okolicy, więc sądziłam, że są to jej mieszkańcy. Z  zazdrością pomyślałam o tym, jakim szczęściem musi być  przebywanie w tak pięknym miejscu!


Nieco później, dzieląc się moimi wrażeniami ze znajomą Włoszką, dowiedziałam się, że w willi znajduje się muzeum i to szczęście jest dostępne dla każdego śmiertelnika po wykupieniu biletu, którego cena wynosi osiem euro. Postanowiłam, że skorzystam z okazji i ponownie wybiorę się w te strony, co też stało się niebawem. Oczywiście zwiedzanie muzeum to nie to samo, co bycie jej mieszkańcem, lecz mimo to, spędziłam tam naprawdę piękny dzień. Urok willi i ogrodu oraz bogactwo zbiorów są doprawdy imponujące, jednak największe wrażenie zrobiła na mnie wielkoduszność hrabiego Monzino. Co prawda do końca życia pozostał on w stanie kawalerskim i umarł bezdzietnie, lecz zapewne posiadał dalszych krewnych lub powinowatych, którym mógł zostawić w spadku swój majątek a mimo to, przekazał go na cele publiczne... Tu muszę zaznaczyć, że nie stanowił on wyjątku, gdyż podobna wspaniałomyślność nie jest we Włoszech niczym nadzwyczajnym; dzięki tej ofiarności FAI otacza opieką wiele zabytków i posiada mnóstwo zbiorów, przekazanych na cele muzealne przez prywatne osoby.




Oczywiście, jest to nie tylko ogromny majątek w sensie materialnym, lecz przede wszystkim nieocenione dziedzictwo włoskiej kultury. Podczas mojego wieloletniego pobytu we Włoszech niejednokrotnie miałam okazję zobaczyć piękne, zabytkowe budowle jak chociażby opactwo San Fruttuoso w Ligurii, które dzięki tej organizacji odzyskało swoją świetność. Fundacja okresowo wydaje katalogi z opisem stanu posiadania, corocznie też urządzane są Dni otwarte FAI. Można wtedy pogłębić swą wiedzę na temat zwiedzanego obiektu dzięki wspaniale przygotowanym przewodnikom (zarówno zawodowym, jak i działającym w ramach wolontariatu), dostępnym za darmo materiałom wydawanym z tej okazji a także uczestniczyć w zdarzeniach kulturalnych i wystawach.



Dni otwarte są również wyjątkową okazją do obejrzenia miejsc, które ze względu na nienajlepszy stan oraz potrzebę dużych prac konserwatorskich i archeologicznych, nie są udostępniane na co dzień. Willa Balbianello, którą za czasów hrabiego Guido Monzino gruntownie odrestaurowano, została przekazana FAI w stanie więcej niż dobrym. Zdarzyło mi się jednak widzieć inne, równie cenne zabytki, które zostały przejęte w kondycji naprawdę opłakanej, wymagające długoletnich, bardzo kosztownych prac. W związku z tymi ogromnymi nakładami finansowymi wszelka pomoc jest bardzo mile widziana, wszyscy chętni mogą wesprzeć Fundację poprzez jednorazową wpłatę, ewentualnie przyjąć jej członkostwo i zadeklarować swoje stałe wsparcie.



Nieskromnie dodam, że zwiedzając tego rodzaju miejsca zawsze przekazywałam na ów cel pewną kwotę, co wydawało mi się należnym zadośćuczynieniem za możliwość oglądania tych świadectw historii i kultury, które bez starań FAI dawno mogłyby popaść w ruinę.


Więcej zdjęć Willi Balbianello znajdziecie w albumie  Google >


https://photos.google.com/album/AF1QipNaECHMHCpIQX9_HcXOAPXB7FR9X9U12yBToVY4?hl=pl


sobota, 16 czerwca 2012

Lombardia. Griante, kościół Świętego Marcina.



Griante to niewielka miejscowość na lewym brzegu jeziora Como, pomiędzy Lenno i Menaggio. Jest ona nieco przytłoczona sławą dwóch okolicznych atrakcji, cieszących się zasłużoną sławą, gdzie  ciągną  rzesze  turystów,  willi "Carlotta" w pobliskiej  Cadenabbi i willi Balbianello w nieco dalej leżącym Lenno. Jednak  Griante, podobnie jak większość miejscowości nad Jeziorem Como, ma swą niepowtarzalną atmosferę, która sprawia, że każda z nich jest wyjątkowa.


Ponad Griante wznosi się górski masyw noszący nazwę Monti di Nava; jego malowniczą sylwetkę można podziwiać w całej okazałości z leżącego na przeciwległym brzegu miasteczka Bellagio lub podczas rejsu statkiem. Griante jest bardzo spokojnym miasteczkiem i z dala od zgiełku można tu do woli smakować uroki Italii. Jego wdzięk docenił między innymi Konrad Adenauer, który przez ponad dwadzieścia lat spędzał tu letnie wakacje w leżącej nieco na uboczu willi "La Collina". Kanclerz był chyba niezłym piechurem, gdyż podczas pobytu w Griante codziennie odbywał obowiązkowy spacer wzdłuż zbocza góry, drogą wiodącą od willi do centrum miasteczka. Nie jest to długa trasa, ale z pewnością wystarczająca, żeby zgodnie z nakazami higienicznego trybu życia odetchnąć pełną piersią, w ruchu, na świeżym powietrzu. Dziś na trasie tych spacerów można zobaczyć tabliczki z napisem "Przechadzka Konrada Adenauera" a w willi, gdzie mieszkał mieści się centrum kongresowe i hotel o wysokim standardzie, którymi zarządza fundacja jego imienia.


Kiedy patrzymy z oddali, na zboczu góry, po jej lewej stronie, możemy dostrzec skalną półkę a na niej niewielki kościółek. Jest to kościół Św. Marcina (San Martino) - miejsce kultu religijnego i zarazem uznany punkt widokowy. Różnica poziomów pomiędzy miasteczkiem a miejscem, gdzie go wzniesiono, wynosi ok 250 m. Przy sprzyjającej pogodzie, przechadzka z Griante do  świątyni może być bardzo przyjemnym spacerem, który zajmuje nieco ponad godzinę. Początkowy odcinek drogi to łagodnie wznosząca się mulatiera, po pewnym czasie przechodząca w dość wąską, lecz wygodną ścieżkę. W trakcie tej niezbyt wyczerpującej wędrówki można podziwiać piękne ogrody i gaje oliwne a kiedy znajdziemy się nieco wyżej, panoramę jeziora Como z okolicznymi miejscowościami, półwysep Bellagio i góry na przeciwległym brzegu. Dla osób wierzących droga do kościoła ma również wymiar duchowy, gdyż wzdłuż ścieżki wznoszą się małe kapliczki, przedstawiające epizody z życia Jezusa inspirowane tajemnicami różańca.


Mniej więcej w połowie szlaku znajduje się nieco większa kaplica, poświęcona pamięci żołnierzy Wojsk Alpejskich, w szczególności tych, którzy polegli na wojennych frontach. Tradycje alpejskie stanowią bardzo istotny element tutejszej kultury i nadal są pieczołowicie kultywowane. Dzisiejsi Alpini to często byli żołnierze, którzy służyli w górskich wojskach a także pasjonaci górskiej turystyki pieszej, zrzeszeni w klubach CAI (Club Alpino Italiano). Są oni świetnie zorganizowani i na ogół robią wiele dobrego dla swojej okolicy. Opiekują się górskimi szlakami w swoim rejonie, prowadzą schroniska, organizują święta patronackie a w okresie jesieni bardzo tu popularne, wspólne pieczenie kasztanów. Z punktu widzenia strategii wojskowej, teren pomiędzy jeziorami Como i Lugano zawsze miał dla Włochów bardzo istotne znaczenie. W latach 1916-17 zbudowano tu ciąg umocnień, tzw. Linię Cadorna. Składały się na nią liczne drogi wojskowe (strada militare), koszary (caserma), okopy, bunkry i stanowiska strzeleckie.
 
Wszystkie te obiekty na ogół są nieźle zachowane. Drogi włączono do sieci szlaków turystycznych, zaś koszary były użytkowane aż do lat 60-tych, gdyż wykorzystywano je jako posterunki straży granicznej, zwalczającej bardzo tu rozwiniętą kontrabandę (swego czasu Włosi masowo przemycali papierosy ze Szwajcarii). Na terenie okopów i umocnień często można spotkać niewielkie kaplice wznoszone siłami społeczności lokalnej, przeważnie z inicjatywy klubów CAI. W czasie moich górskich wędrówek napotkałam niezliczoną ilość takich kaplic. W każdej z nich można zobaczyć podobne elementy wystroju: alpejski kapelusz z orlim piórem oraz obraz lub fresk o tematyce militarnej. Najczęściej przedstawia on żołnierza brnącego ostatkiem sił poprzez górskie śniegi, niejednokrotnie wraz ze swym nieodłącznym towarzyszem niedoli mułem, który dźwiga elementy wojskowego wyposażenia. Patrząc na te wizerunki, nie sposób zapomnieć o szaleństwie, które popycha ludzi do walki w tak ekstremalnych warunkach...Podczas mojego pobytu we Włoszech często rozmawiałam ze znajomymi na ten temat; na  podstawie ich wypowiedzi wyrobiłam sobie przekonanie, że tutejsi ludzie nie należą do tych, którzy kochają walkę dla niej samej. Włosi mówią o tym otwarcie, nie kryjąc, że umiłowanie do wojaczki nie leży w ich naturze; preferują wino oraz dobre jedzenie, no i oczywiście (chyba na pierwszym miejscu) "amore". Obydwie wojny światowe, zwłaszcza Pierwsza, zwana Wielką, zostawiły w pamięci tego narodu trwały ślad, więc nie bez powodu w każdej z miejscowości, w jej centralnym punkcie, można zobaczyć pomnik lub pamiątkową tablicę z nazwiskami i zdjęciami poległych żołnierzy, którzy niegdyś byli jej mieszkańcami. Myślę, że również z tej przyczyny najsmutniejsze i najbardziej przejmujące piosenki, jakie kiedykolwiek słyszałam, to włoskie piosenki żołnierskie z czasów Wielkiej Wojny.


Wracając do kościółka San Martino: jest to niewielka świątynia, która powstała tu w XVI. Zbudowano ją, aby dać w niej schronienie drewnianej rzeźbie przedstawiającej Madonnę. Figura ta, od kilku wieków jest otoczona wielką czcią. Miejscowa legenda głosi, że w cudowny sposób została przeniesiona do górskiej groty, gdzie odnalazła ją okoliczna ludność. Prawdopodobnie w rzeczywistości została tam ukryta w okresie wojen religijnych przez mieszkańców pobliskiego Menaggio, którzy w ten sposób chcieli ją uchronić przed zbezczeszczeniem z rąk szwajcarskich kalwinów. Stare dokumenty mówią, że kościół powstał na miejscu dawnego oratorium, będącego częścią średniowiecznych umocnień Griante. Obecna świątynia mieści się na niewielkim płaskowyżu, pod imponującą skalną ścianą zwaną Sasso San Martino (Skała Świętego Marcina). Tuż za kościołem, na skraju urwiska, znajduje się niewielki kamienny krzyż, poświęcony pewnemu tragicznemu wydarzeniu. Otóż ponad sto lat temu, w tym miejscu  29.O9.1909 spadł z urwiska i stracił życie, młody, polski chłopiec, Julian Chłapowski. W boczną ścianę kościoła wmurowano tablicę pamiątkową, wraz z prośbą o modlitwę w intencji zmarłego. To smutne polonicum przyćmiło mój entuzjazm związany z możliwością podziwiania uroczej panoramy jeziora i otaczających je gór.
  
Tu muszę zamieścić pewną istotną dygresję. Dość długo sądziłam, iż tragicznie zmarły Julian był dzieckiem ( tak też napisałam w poprzedniej wersji tego posta)  na co by wskazywała pamiątkowa tablica, gdzie widnieje napis, który można byłoby odczytać jako "d'anni 9" czyli "9 lat". Próbowałam dowiedzieć się czegoś więcej o tym wypadku i w genealogii Chłapowskich szukałam małego chłopca. Zupełnie niespodziewanie znalazłam Juliana Chłapowskiego, syna Franciszka i Mari z Łubieńskich, lecz starszego o dziesięć lat i z datą zgonu 30.09.1909, podczas gdy tablica  podaje jako datę wypadku 29.09.1909. Ponownie obejrzałam jej zdjęcie w powiększeniu i zauważyłam, iż przed cyfrą 9 w kolorze czarnym, widnieje (prawie niewidoczne) wyżłobione 1 z którego zeszła farba (podobnie jak z kilku liter) Ponieważ wszystko wskazuje na to, że to ta sama osoba, zmieniłam poprzedni akapit (chciałabym jednocześnie przeprosić wszystkich, których mimo woli wprowadziłam w błąd). Z tego co wiem, tablica już po moim pobycie została odnowiona i obecnie napis jest wyraźny, więc trudno o pomyłkę. Ponieważ ta historia bardzo mnie zaintrygowała, co jakiś czas wznawiałam moje poszukiwania, aż udało mi się natrafić na artykuł we włoskim internecie, który dokładnie opisywał całe zajście i potwierdził moje przypuszczenia. Dowiedziałam się wówczas, że Julian Chłapowski istotnie zmarł skutkiem odniesionych obrażeń w następnym dniu po wypadku.


Griante ma też trwałe miejsce w historii literatury. Wybitny pisarz francuski Henri Beyle, powszechnie znany jako Stendhal, opisał je w swojej powieści "Pustelnia parmeńska". Główny bohater książki Fabrycy del Dongo, miał się bowiem urodzić w Griante, tu też autor umieścił jego zamek i rodzinne włości. Nazwisko rodziny to inny smaczek związany z okolicą, wskazuje bowiem na jej pochodzenie z pobliskiej miejscowości Dongo, leżącej nieco dalej na północ. W okolicy Como rozwija się akcja pierwszej części powieści, poświęcona dzieciństwu i wczesnej młodości Fabrycego. Stendhal, jak wielu innych romantyków, był oczarowany jeziorem Como. W czasach, kiedy mieszkał w pobliskim Mediolanie, bywał częstym gościem swoich arystokratycznych znajomych, spędzających letnie miesiące w okolicznych willach, willi Melzi w Bellagio i willi Plinio w Blevio, odwiedził również Griante. Malownicza okolica poruszyła zapewne jego imaginację a echo tych wrażeń znalazło swe odbicie na kartach powieści. Niedawno ponownie przeczytałam tę niezrównaną książkę i próbowałam sobie wyobrazić okolicę taką, jaka była ponad dwieście lat temu.


Oczywiście, obecne Griante znacznie się zmieniło od czasów, kiedy bywał tu pan Henri Beyle, również zamek opisany na kartach powieści nie jest tym, który widział pisarz, miał on bowiem bardzo ciekawą i burzliwą historię. 
Początkowo zamczysko stanowiło istotny punkt obronny w czasie licznych działań wojennych, aby w XVI wieku stać się siedzibą okrutnego zbója i jeziornego pirata, zwanego Giovanni del Matto. Po śmierci tego przestępcy zamek został spalony a za czasów Stendhala był jedynie malowniczą ruiną. W XIX wieku rozebrano jego walącą się wieżę, zaś pozostała część została poddana niezbędnej restauracji i dziś jest domem rodziny Riva. Griante to spokojna, urocza miejscowość, świetna jako pomysł na spędzenie spokojnych wakacji w pięknej okolicy z możliwością licznych, ciekawych wycieczek do okolicznych miejscowości, gdzie można zobaczyć renomowane ogrody i zabytkowe wille. Jest też możliwość jednodniowego wypadu do niedalekiego Como a nawet do Mediolanu ( jednak należny pamiętać o tym, że w drugiej połowie sierpnia komunikacja publiczna jest znacznie zredukowana).


Jeśli ma się odpowiednią kondycję do uprawiania trekkingu, warto wybrać się w góry, gdzie są piękne szlaki, gwarantujące niezapomniane widoki, choć są one o wiele dłuższe i nieco trudniejsze niż tu opisany. Koś, kto interesuje się historią wojskowości, napotka tam umocnienia Linii Cadorna o których pisałam powyżej. Dla osób preferujących mniej aktywny wypoczynek jest też urocza plaża, kawiarenki, bary i lodziarnie, więc w Griante każdy może znaleźć dla siebie coś, co sprawi, że będą to niezapomniane wakacje.


więcej zdjęć San Martino jest pod linkiem>

czwartek, 7 czerwca 2012

Lombardia. Jezioro Como (Lario).



Przez wiele lat mediolański dworzec Cadorna był dla mnie bardzo istotnym miejscem na mapie miasta. Czasem mówi się o nim po prostu "Stazione Nord" ponieważ to właśnie stąd odjeżdżają regionalne pociągi łączące Mediolan z licznymi miejscowościami leżącymi na północy kraju, u podnóża Prealp. Jego nazwa pochodzi od nazwy placu, przy którym się znajduje (Piazza Cadorna). Na wprost dworca można zobaczyć oryginalny, charakterystyczny akcent miasta -„Igłę z nitką”. Jest to monumentalna rzeźba, dzieło dwóch holenderskich artystów, pomnik ku czci mediolańskiego krawiectwa. Składa się on z ogromnej, stalowej igły z przewleczoną trójkolorową nitką; zanurza się ona w wielkiej fontannie, aby ponownie wychynąć z wody pod postacią supełka.


Dworzec Cadorna jest bardzo uczęszczany, gdyż codziennie korzystają z niego ogromne rzesze ludzi, którzy w Mediolanie uczą się lub pracują, robią zakupy albo po prostu chcą odetchnąć wielkomiejską atmosferą. Jest on też ważny z punktu widzenia turysty, gdyż jak już wspomniałam, tu rozpoczynają swój bieg pociągi jadące na północ, w stronę Alp oraz nad lombardzkie jeziora Como i Maggiore. Podczas mojego pobytu we Włoszech, właśnie na tym dworcu zaczynały się i kończyły moje mediolańskie wędrówki a także niektóre dalsze wycieczki. To stąd niezliczoną ilość razy odjeżdżałam w stronę Varese, Laveno i oczywiście Como, które było jednym z punktów wypadowych dla moich górskich wypraw. Połączeń na poszczególnych liniach jest jest dużo, odjazdy następują co trzydzieści minut, od wczesnego rana, aż do późnych godzin wieczornych.
 

Po mniej więcej godzinnej jeździe na trasie Mediolan -Como, pociąg (czasem stary i zdezelowany, czasem nowy z klimatyzacją) zatrzymuje się na stacji Como Lago, gdzie można rozpocząć zwiedzanie bliższej i dalszej okolicy. W dosłownym tłumaczeniu znaczy to "Como Jezioro" i jest to jak najbardziej zasadne, ponieważ wychodząc z wagonu widzimy po drugiej stronie ulicy jezioro, które nawet najbardziej zblazowane osoby uważają za jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Od dawna jest ono europejską Mekką turystyczną; szczególną sławą cieszyło się w epoce romantyzmu, dlatego też, wielu znanych pisarzy, poetów i kompozytorów spędzało tu wakacje w przepięknych willach, zdobiących jego brzegi. Jezioro, którego oficjalna nazwa jako całości to Lario, ma kształt odwróconego "Y" i  składa się z trzech odnóg: Como, Lecco i Colico.


Jest dość wąskie, bardzo kręte i głębokie ( aż 400 m). Przez cały rok pływają po nim statki (nieco mniej liczne od jesieni do wczesnej wiosny) są też wodoloty a w centralnej części pomiędzy jego brzegami kursują promy. Jezioro Como widziałam niezliczoną ilość razy. Od chwili, kiedy je zobaczyłam po raz pierwszy minęło wiele lat, jednak tamto wrażenie jest we mnie tak żywe, jakby od tego czasu upłynęło zaledwie kilka dni...Był piękny, czerwcowy dzień, w nocy przeszła burza, która oczyściła atmosferę i sprawiła, że powietrze stało się kryształowo przejrzyste. Miałam dużo szczęścia, gdyż podczas letnich miesięcy na taką pogodę trzeba wręcz polować; bowiem zwykle nad jeziorem unosi się opar wilgoci zwany tu  "foschia" bardzo ograniczający widoczność. Pełna entuzjazmu wykupiłam bilet na statek do Bellagio i chyba również w tym wypadku czuwał nade mną jakiś dobry duszek...


Ze względu na wysoką cenę biletu zrezygnowałam z rejsu ekspresowym statkiem i wygrałam na tym, gdyż jak się później okazało, miał on ograniczoną ilość miejsc na górnym, odkrytym pokładzie a płynąc na dole miałabym kiepską widoczność.  Wsiadłam na górny pokład następnego, mniejszego, nieco wolniejszego statku i cała w skowronkach rozkoszowałam się cudnym widokiem okolicy. Pierwsza rzecz, jaka mnie uderzyła, to niesamowity kolor tego jeziora. Nigdy w życiu nie widziałam wody o tak intensywnym, szmaragdowym kolorze i złotawym, oleistym połysku, niczym najlepsza oliwa "extra vergine". Brzegi jeziora stanowią stoki niezbyt wysokich gór, porośniętych liściastym lasem a ponieważ przypomina ono wijącą się rzekę, zieleń drzew odbija się w lustrze wody, co nadaje jej ten urzekający, zielony kolor. Po pewnym czasie, kiedy ta okolica stała się jednym z ulubionych celów moich wycieczek, dowiedziałam się, że jezioro może mieć także kolor akwamaryny lub szafiru, szczególnie, jeśli patrzymy na nie ze szczytu góry; może też być perłowe, granatowe a podczas złej pogody staje się grafitowo - szare, niemal czarne.


Tymczasem nadal podążaliśmy w stronę Bellagio a ja niczym urzeczona oglądałam otaczające mnie cuda... Statek płynął slalomem od brzegu do brzegu, zawijając do poszczególnych miejscowości a wąsaty marynarz oznajmiał następny przystanek, wykrzykując jego nazwę stentorowym głosem. Nie  wiedziałam co mam bardziej podziwiać, piękno pejzażu, czy miasteczka i wille rozproszone na brzegach? Patrzyłam na góry otaczające jezioro, na ich łagodne grzbiety, przypominające stado śpiących dinozaurów, myśląc o tym, jak by to było pięknie, gdybym mogła stanąć na jednym ze szczytów i zobaczyć ten pejzaż z innej perspektywy... To pierwsze spotkanie z jeziorem stało się zaczątkiem ogromnej fascynacji; w przyszłości wracałam tam jeszcze wiele razy, ciągle głodna nowych miejsc i nowych widoków.


Podczas tego pierwszego rejsu, mniej więcej w połowie jeziora, zobaczyłam niewielki półwysep a na nim willę, tak uroczą, że oniemiałam z zachwytu. Była to willa Balbianello; nieco później dowiedziałam się, że jest tam muzeum, którego nie omieszkałam zwiedzić podczas jednej z następnych wycieczek. Ten pierwszy rejs zakończyłam w Bellagio, prześlicznym miasteczku, położonym na cyplu półwyspu o tej samej nazwie, którego górzysty obszar określa się mianem "Triangolo Lariano". Z cypla rozciąga się wspaniały widok na trzy odnogi jeziora: prawą - Como, Lecco - po lewej a na wprost Colico ze skalistą ścianą Alp w głębi. Przeżyłam tam swoiste deja-vu, kiedy przed sobą zobaczyłam dwa leżące obok siebie szczyty o dziwnych, pochylonych sylwetkach, które wydały mi się znajome, choć przecież nigdy przedtem tu nie byłam... Dopiero po chwili zorientowałam się, że widziałam tę panoramę na starej litografii, stanowiącej ilustrację do biografii Wagnera (w Bellagio urodziła się jego żona Cosima).


Wzdłuż jeziora, po zboczach gór, prowadzą wąskie i kręte drogi (czasami na dość znacznej wysokości) więc można tu  podróżować również samochodem, rowerem albo skorzystać z bardzo licznych autobusów (w tym wypadku warto zająć miejsce przy oknie od strony brzegu, co gwarantuje naprawdę niezapomniane widoki). W autobusach najczęściej panuje bardzo sympatyczna, wręcz rodzinna atmosfera. Kierowcy na ogół znają większość swoich stałych pasażerów, więc ucinają sobie z nimi pogawędki, jednocześnie prowadząc autobus z iście kawalerską fantazją. Dojeżdżając do zakrętu używają klaksonu, trąbiąc przeraźliwie, aby ostrzec kierowców nadjeżdżających z przeciwka. Niejednokrotnie czułam się nieswojo, kiedy po jednej stronie drogi widziałam kilkudziesięciometrową przepaść i wody jeziora, zaś z drugiej skalną ścianę, podczas gdy pan kierowca prowadząc autobus flirtował z dziewczynami wracającymi ze szkoły albo wymieniał wrażenia z jakimś znajomym.


W sumie wszystko kończyło się dobrze, po czym cała i zdrowa (choć pełna licznych, dodatkowych i nieplanowanych emocji) docierałam na miejsce. Te rodzinne stosunki obejmują zresztą każdego, kto wyraża chęć wspólnego podróżowania lokalnym autobusem. Można np. wsiąść bez biletu (w wioskach bilety kupuje się w barach, które w większości są  zamykane w południe) a uprzejmy kierowca zatrzyma się w pobliżu miejsca, gdzie można go nabyć i poczeka cierpliwie, aż dokonamy zakupu. Jeśli gapowiczem jest cudzoziemiec nie potrafiący się dogadać, zawsze znajdzie się wśród pasażerów kilka osób chętnych do udzielenia pomocy wszelkimi dostępnymi sposobami.
W miarę jak oswajałam się z terenem a moja wiedza o różnych ciekawych szlakach rosła, zaczęłam się zapuszczać w głąb okolicznych gór. Uwielbiałam te piesze wycieczki, jednak zawsze największą satysfakcję sprawiał mi moment, kiedy wspinając się coraz wyżej i wyżej, dochodziłam do miejsca, skąd mogłam w dole dostrzec lustro wody.


Niezależnie od wysiłku, jaki musiałam włożyć w dotarcie na szczyt, ten widok zawsze był dla mnie najmilszą niespodzianką, niczym nieoczekiwane spotkanie z ulubionym znajomym, którego nagle dostrzegamy w ulicznym tłumie... Oglądałam to jezioro i jego zmieniające się kolory o różnych porach dnia i roku, podczas pięknej pogody i w deszczu, w oślepiającym słońcu i spowite w opalizującą mgłę, odmienione, lecz wciąż to samo...

Więcej zdjęć jeziora można zobaczyć w albumie>

niedziela, 3 czerwca 2012

Maj i Maja w ogrodzie.



Być może, moi starzy czytelnicy pamiętają z ubiegłego roku wpis na Bloxie, w którym opisywałam moje ogrodowe perypetie. Dla przypomnienia - rok temu ja i moja córka Marta, kupiłyśmy bardzo zapuszczoną i od kilku lat nieuprawianą działkę z zaniedbaną, murowaną altanką. Ubiegły rok poświęciłyśmy na jej remont i budowę drewnianego tarasu, co bardzo sprawnie wykonali wynajęci rzemieślnicy. Zostało nam jeszcze nieco prac typowo kosmetycznych, które planujemy zrobić same, kiedy poprawi się pogoda. Gdy zobaczyłyśmy ten ogród po raz pierwszy, zachwyciły nas stare drzewa i ogromna ilość kwiatów, wiele lat temu posadzonych przez poprzednich właścicieli (tulipany, narcyzy, śniedki i piwonie) oraz innych, które same się wysiewały (niezapominajki, stokrotki, łubiny, ostróżki, dzwonki ) i które dopiero zaczynają się ukazywać. Do tego są jeszcze przepiękne paprocie i krzaki bzu. Te ostatnie, przycięte rok temu, w obecnym sezonie odwdzięczyły się nam ogromną masą kwiatów. To wszystko stanowi nie tylko urok tego miejsca, ale też niesamowity kłopot, bo ogrodu nie można po prostu przekopać i zacząć całej pracy od początku, nie niszcząc przy okazji tego, co już jest. W związku z tym, próbuję karczować niektóre miejsca, co pozwoli  wprowadzić w całość  jakiś ład, lecz jest naprawdę trudnym zadaniem. Ubiegłej wiosny założyłyśmy spory trawnik, który systematycznie koszony, jak dotąd ma się dobrze. Jednak trawa, rosnąca poza nim, pośród kwiatów w tym roku musi być wycinana za pomocą nożyc, co jest prawdziwie syzyfową pracą. Mam nadzieję, że gdy uda mi się poprzenosić kwiaty cebulowe oraz byliny i stworzyć z nich sensowne grupy, w przyszłym roku będziemy mogły użyć do tej pracy kosiarki lub przynajmniej podkaszarki. Mimo wszystko, jestem bardzo zadowolona a nawet szczęśliwa, gdyż nie tylko mam ważny powód żeby wyjść z domu, ale również miejsce, gdzie mogę popracować fizycznie, co w pewnym sensie rekompensuje mi brak górskich wycieczek, jakim z pasją oddawałam się podczas pobytu we Włoszech. Kiedy zakończymy prace remontowe wokół domku z przyjemnością zaprezentuję końcowy efekt naszych wysiłków. Na razie chciałabym podzielić się zdjęciami, jakie zrobiłam w ubiegłym miesiącu podczas pobytu mojej wnuczki Mai, która mi dzielnie asystowała podczas podlewania i grabienia.

Więcej zdjęć z majowego ogrodu>

piątek, 1 czerwca 2012

Lombardia. Torno, Pietra Pendula, czyli kamień na kamieniu, na kamieniu kamień.



Sądzę, że każdy kto spojrzy na powyższe zdjęcie, zgodzi się ze mną, iż jest to naprawdę przepiękne miejsce...Uwielbiałam tę okolicę od chwili, kiedy ujrzałam ją po raz pierwszy i ten widok nigdy mnie nie zawiódł. Wąska rynna jeziora Como wije się kręto pomiędzy zalesionymi zboczami Prealp, stromo schodzącymi do wody. To sprawia, że niejednokrotnie wyrasta przed naszymi oczami pasmo gór na pozór zamykające horyzont, co jednak jest jedynie złudzeniem, gdyż po chwili statek zmienia kurs i okazuje się, że ku naszej radości rejs trwa dalej. Tak się dzieje, kiedy przepływamy na wysokości miejscowości Torno, leżącej u podnóża wzniesienia Monte Piatto, sprawiającego wrażenie tarasu przyklejonego do zbocza wyższego łańcucha górskiego zwanego Monte Bolettone. Jego nazwa znaczy dosłownie "Płaska góra" co jak widać na powyższym zdjęciu dobrze oddaje jego charakter, gdyż istotnie wygląda ono jakby jego wierzchołek odcięto ostrym nożem. Na szczyt wiedzie mulatiera z kamiennymi stopniami, prowadząca wprost do niewielkiego kościółka; obok niego jest ładny placyk z miejscem piknikowym, gdzie można odpocząć przed dalszą wędrówką.


Ciekawe ukształtowanie terenu to zasługa lodowca, jaki tu się przemieszczał oraz wielowiekowej erozji gruntu. Obecnie Prealpy porastają kasztanowe lasy; jednak podobno nie zawsze tak było, więc mróz, deszcze i wiatr miały większe pole do działania. Wszystko to sprawiło, że wędrując po lombardzkich, górskich lasach można napotkać ogromne głazy, przywleczone tu przez przesuwający się lodowiec. Ich  kształty i wielkość są doprawdy imponujące, z niektórymi związane są lokalne opowiastki i legendy, w innych wykuto charakterystyczne niecki, prawdopodobnie niegdyś służące jako miejsca pochówku (o czym pisałam w poprzednim poście tutaj). Część  tych interesujących pomników natury w obrębie Triangolo Lariano jest celem wycieczek i prowadzą do nich oznakowane ścieżki, inne leżą samotnie, zagubione w lesie, niedostępne dla oczu turysty. Wiele takich głazów, rozproszonych w masywie Corni di Canzo, można obejrzeć podążając geologiczną ścieżką dydaktyczną. 







Tym razem chciałabym napisać jedynie o tych pierwszych, gdyż ścieżka geologiczna jest dość długa, zawiera liczne elementy i z całą pewnością zasługuje na osobny wpis.  Chodząc po górskich szlakach w okolicy Torno i Blevio, również napotykamy wiele takich głazów. Jeden z nich jest doprawdy wyjątkowy, gdyż ma formę ogromnego grzyba. Znajduje się  nieopodal niewielkiej osady na zboczu Monte Piatto. Nadano mu  nazwę "Pietra Pendula" co można byłoby przetłumaczyć jako "wiszący" lub "bujający się" kamień  Jest to ogromna, granitowa bryła, ważąca prawdopodobnie około 60 ton, wsparta na swego rodzaju postumencie z wapienia, więc całość wygląda niczym wielki borowik o fantazyjnie wywiniętym kapeluszu. Powszechnie uważa się, iż "efekt końcowy" jest dziełem rąk ludzkich i baza, czy też nóżka grzyba, została celowo ociosana, aby całości nadać ten bardzo szczególny kształt. Donosi o tym tablica umieszczona na postumencie, jednak nie znalazłam żadnej informacji mówiącej o tym kto i kiedy miałby tego dokonać.


Jeśli tak było istotnie, to wszelkie informacje na ten temat chyba nikną w pomroce dziejów, gdyż żadna z lokalnych legend nic nie wspomina na ten temat. Nie można wykluczyć, że jest to dzieło tych samych rąk, które w zamierzchłych czasach wykuły grobowce w ogromnych kamieniach zwanych tu "massi avelli" jakie również można napotkać w tej okolicy. (Osobiście zastanawia mnie, w jakim celu miano by to robić, zważywszy, że nasi praszczurowie chyba mieli pilniejsze zajęcia związane z walką o byt, niż tworzenie podobnie bezużytecznych monumentów (bo jeśli chodzi o grobowce, kult zmarłych zapewne jest dostatecznie ważną motywacją). Pomyślałam sobie (może naiwnie, bo absolutnie nie znam się na geologii) iż być może skała wapienna, na której wspiera się granitowa bryła, jako bardziej miękka i narażona na erozję, po prostu wypłukała się w ciągu tego w końcu niezmiernie długiego okresu, od czasu kiedy wędrował tędy lodowiec przesuwający ów głaz. Taka refleksja nasunęła mi się na widok  "nóżki" skalnego grzyba która jest o wiele lepiej wypracowana od strony, gdzie w czasie opadów spływa woda, natomiast ze strony przeciwnej wygląda na  zdecydowanie bardziej masywną. Tak, czy inaczej, ów skalny twór faktycznie robi ogromne wrażenie; zresztą cały szlak jest bardzo interesujący, również ze względu na możliwość podziwiania przepięknej panoramy Jeziora Como.


Z tej wysokości wygląda ono bardzo malowniczo, zwłaszcza kiedy powoli kończy się lato i kasztanowce porastające góry zaczynają zmieniać barwę z zielonej na złotawą, powietrze staje się  bardziej przejrzyste a cały pejzaż nabiera wspaniałych, nasyconych kolorów, zapowiadających nadchodzącą jesień. W lasach zaczyna się unosić  nieco gorzkawy zapach kasztanowych liści, które niedługo zaczną opadać; wody jeziora, zmarszczone pod wpływem lekkiego wiatru pokrywają się delikatną falą, przystrojoną leciutką koronką piany. Widziałam ten pejzaż we wszystkich jego szatach, jednak ta pora nastraja mnie najbardziej sentymentalnie, budząc we mnie uczucie, które Jarosław Iwaszkiewicz nazywał "serenite" -  to spokój z lekką nutką melancholii, świadomość przełomu i przemijania, połączonego z poczuciem zawieszenia w czasie. Uwielbiam tę porę i kocham to uczucie. W końcu urodziłam się 5 września, pod znakiem Panny, więc jest to mój czas. Czas refleksji, przedostatnich kwiatów, spadających kasztanów, złotych liści i babiego lata...

Więcej zdjęć można zobaczyć w albumie>