Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

poniedziałek, 28 maja 2012

Lombardia. Torno, czyli strach i starożytne grobowce.


panoramaPisząc poprzedniego posta wspomniałam o irracjonalnym strachu, jaki odczuwałam na myśl o samotnej wyprawie na San Zeno, mimo przemożnej, wręcz obsesyjnej chęci, aby zrealizować ten zamysł. Z natury nie jestem osobą bojaźliwą, raczej przewidującą, więc planując jakieś przedsięwzięcie z reguły rozważam możliwe warianty rozwoju sytuacji, w tym również "czarny scenariusz". W związku z tym, na ogół mam wrażenie, że jestem dobrze przygotowana na niespodzianki ( również te przykre), co pozwala mi zachować spokój i zdrowy dystans, oraz nie tracić zimnej krwi kiedy sprawy idą w złym kierunku. Mimo to, zawsze mogą się zdarzyć rzeczy na które nie mam wpływu, i to oczywiście rodziło moje zrozumiałe obawy. Jedną z nich są żmije, które w rejonie Prealp są ponoć bardzo liczne. Piszę "ponoć”, ponieważ na szczęście żywą żmiję spotkałam tylko raz, i to właściwie "pod przymusem " gdyż pokazał mi ją pewien kolega, który wypatrzył ją w trawie pod drzewem. 
Torno Natomiast zdarzyło mi się widzieć kilka egzemplarzy na asfaltowych górskich drogach, przejechanych przez samochody, zredukowanych do wysuszonej skórki; wielokrotnie też mówiono mi aby w górach nie chodzić poza ścieżkami ani nie siadać na trawie, gdzie te gady chętnie się kryją i są wtedy absolutnie niewidoczne. Moim środkiem ostrożności który zawsze stosowałam były długie spodnie i grube podkolanówki, oraz buty trekkingowe z wysoką cholewką, jednak nigdy nie nosiłam ze sobą surowicy, mimo iż większość przewodników to zaleca. Innym straszakiem były dla mnie dziki, których podobno jest sporo w górskich lasach Triangolo Lariano. Na moje szczęście nigdy ich nie spotkałam, bo jak sądzę wpadłabym w panikę robiąc dużo niepotrzebnego hałasu, co mogłoby jedynie zwrócić ich uwagę. Za to dwukrotnie miałam duszę na ramieniu, kiedy zdarzyło mi się zobaczyć jakiś zwierzęcy kształt, przedzierający się z trzaskiem gałęzi przez leśne chaszcze. Skończyło się na strachu, gdyż za pierwszym razem było to jedynie cielątko, a za drugim stado poczciwych kóz gnające za swoim przewodnikiem. Innym realnym zagrożeniem dla osoby chodzącej w pojedynkę jest "niekontrolowany poślizg" i tego zawsze obawiałam się najbardziej. Można by powiedzieć, że w dobie telefonów komórkowych wezwanie pomocy w razie potrzeby nie powinno stwarzać większych problemów, ale niejednokrotnie okazywało się, że w górach telefon nie ma zasięgu, lub co chwila gubi sieć co powoduje szybkie rozładowanie baterii. Prealpy nie są wysokimi górami, jednak absolutnie nie należy ich lekceważyć. Można tu znaleźć ścieżki dostępne przez cały rok, lecz na ogół uważa się, że lepiej unikać wędrówek zanim szlaki nie obeschną w wiosennym słońcu. Ziemia w zimie rzadko przemarza, i w związku z tym,  pod cienką warstwą maskującego śniegu niejednokrotnie napotka się sypki grunt, co może skutkować niebezpiecznym upadkiem. 
Początkowo chodziłam w góry bez kijka zwanego tu, „bastone” czyli po prostu "laska", aż do chwili, kiedy otrzymałam takowy od mojego kolegi, Carla. Szybko przekonałam się o jego przydatności podczas drogi pod górę, niejednokrotnie też uchronił mnie przed przyśpieszonym "zjazdem" w dół na tylnej części ciała. Co ciekawe, mój pierwotny ekwipunek w większości otrzymałam w prezencie. Pierwsze buty podarowała mi Patrycja (były niesamowicie lekkie i bardzo wytrzymałe) domek pasterzaco wspominam z wielkim sentymentem, ponieważ  w pewnym sensie również i to zmotywowało mnie do górskich wypraw (wykazałabym się dużą  niewdzięcznością, nie robiąc użytku z prezentu). Kijek (jak już pisałam) był od Carla, a wspaniały przewodnik po górach w okolicy Como od krewnych jednego z pensjonariuszy Domu Opieki, gdzie pracowałam. Buty służyły mi parę lat, aż przyszedł dzień, kiedy musiałam się z nimi pożegnać i kupić nowe, natomiast kijek oraz przewodnik towarzyszyły mi wiernie aż do końca mojego pobytu we Włoszech. Przez te kilka lat zużyły mi się trzy plecaki, dwa kapelusze a la Indiana Jones, zgubiłam też kilka par słonecznych okularów...

  Ale wracając do strachów: muszę powiedzieć, że na trasach moich wędrówek nie brakowało mi wskazówek czego należy się obawiać w lombardzkich górach. Niejednokrotnie bowiem spotykałam niewielkie monumenty lub pamiątkowe krzyże, w miejscu gdzie ktoś upadł ze skutkiem śmiertelnym, lub zginął od pioruna. Nigdy nie potrafiłam przejść obojętnie koło tych smutnych pamiątek, które dla mnie były ostrzeżeniem i uczyły szacunku dla gór. Lecz jak to zwykle bywa, prawdziwym lękiem nie napawa nas to, co możemy nazwać i przewidzieć, ale to co nieuświadomione i irracjonalne. I tak moją pięta achillesową było przechodzenie koło porzuconych pasterskich chatek. Czasy kiedy Prealpy były pełne pasących się owiec dawno minęły, i coraz rzadziej widzi się tu ich duże stada. Z minionego okresu zostały w górach liczne zabudowania, gdzie niegdyś na parterze chroniły się zwierzęta, a na pięterku pasterz miał swoje mieszkanko. Te domki, wzniesione z drewna i górskiego kamienia dziś w większości stoją zamknięte na głucho, inne zaś idą w ruinę strasząc powyrywanymi drzwiami i okiennicami, oraz zawalonymi stropami. Mijając te smutne relikty dawnego życia zawsze miałam zimne dreszcze na plecach, i przypominało mi się ulubione powiedzonko Marty, że "miejsce jest tak straszne, iż do pełni okropieństwa brak tylko widoku rozkładających się zwłok leżących w trawie". Patrząc z punktu widzenia zdrowego rozsądku, nie wiem jakie niebezpieczeństwa miałyby na mnie czyhać w tych rozpadających się chatkach, okrutny morderca czający się w wysokich pokrzywach? Ogromy wąż, albo inne straszne monstrum?

  Z powodu tych strachów szczególnie zapamiętałam krótką wycieczkę, jaką zrobiłam w okolicy Torno. W liściastych lasach porastających zbocza gór powyżej tej miejscowości, znajdują się nadzwyczaj ciekawe grobowce pochodzące z zamierzchłych czasów, zwane tu "massi avelli”, co można by w przybliżeniu przetłumaczyć, jako "kamienie - sarkofagi". Są to bardzo ciekawe znaleziska, charakterystyczne tylko dla niewielkiego obszaru  Lombardi w pobliżu Como i w przygranicznych regrobowiecjonach szwajcarskiego Kantonu Ticino. Co ciekawe, te tajemnicze niecki wykute w ogromnych głazach narzutowych dotychczas nie wyjawiły swoich tajemnic, i wszystko co o nich wiadomo to jedynie supozycje i przypuszczenia, nie mające naukowych dowodów. Jeszcze dziwniejsze jest to, że brak jest również miejscowych legend i opowieści, które mogłyby rzucić światło na ich pochodzenie. Powszechnie uważa się, że pochodzą z V - VI wieku naszej ery, i nie mają nic wspólnego z kulturą celtycką, rzymską czy wczesno- chrześcijańską... Brak na nich jakichkolwiek inskrypcji, a także innych wskazówek, bowiem wszystkie zostały sprofanowane w zamierzchłych czasach. Dotychczas zidentyfikowano trzydzieści dwa grobowce w obrębie Brianzy, okolicy Torno, Val Menaggio, Valle d'Intelvi, i  Kantonie Ticino. Jest jeszcze siedem innych podobnych obiektów, lecz te budzą jeszcze więcej wątpliwości co do swego pochodzenia  (nie wiadomo czy można je połączyć w jedną grupę). Przyjęto teorię, że owe sarkofagi są dziełem któregoś z barbarzyńskich plemion, być może Gotów, lecz jedynym co mogłoby definitywnie wyjaśnić uczonym ich tajemnicę, byłoby odkrycie takiego grobowca w nienaruszonym stanie, na co się chyba nie zanosi, bo teren jest dość dobrze spenetrowany jeśli nie przez specjalistów, to przez miejscową ludność. W gminie Torno, w jej frakcji zwanej Negrenza, na niewielkim obszarze znajdują się trzy z nich, a dwa dalsze we frakcjach Maas i Resina. Do tych w Negrenza prowadzi ścieżka zwana "Ferro di Cavallo” czyli "Podkowa”, choć w istocie z podkową ma niewiele wspólnego a jej linia na mapie przypomina raczej rozciągnięty owal. Po wyruszeniu z Torno przebyłam pierwszy odcinek drogi wygodną mulatierą, która zaprowadziła mnie do grobowiecantycznej bramy z czasów rzymskich. Nieopodal był niewielki mostek i mała kaplica. Tu rozpoczynała się właściwa ścieżka do grobowców, niestety, nie mogę powiedzieć że jej oznaczenie wzbudziło mój szczególny entuzjazm. Niejednokrotnie bowiem dochodziłam do miejsc gdzie się rozdwajała i w zasadzie nie wiadomo było czy dalej należy iść w prawo, czy w lewo? Na tym właśnie odcinku dały znać o sobie moje strachy, gdyż napotkałam kilka rozpadających się zabudowań których tak nie lubię, więc zaczęłam się półgłosem besztać za niezdrową ciekawość, jaka mnie tu zaprowadziła, choć w głębi ducha usprawiedliwiałam się możliwością zobaczenia tych niecodziennych zabytków. Kiedy doszłam do jednego z wyjątkowo nieprzyjemnych miejsc na pociechę tuż za walącymi się zabudowaniami zobaczyłam pierwszy grobowiec. Rzeczywiście robił wrażenie! Ogromny głaz, w którym wykuto prostokątne wgłębienie o lekko zaokrąglonych kątach, był w większej części ukryty w ziemi. Kiedy podeszłam bliżej dostrzegłam, że w jednym z krótszych boków znajduje się swego rodzaju wezgłowie. Niecka miała regularny kształt i została bardzo starannie wykonana. Nie było żadnych śladów po ewentualnej pokrywie, nic, tylko to wgłębienie wypełnione deszczówką... Można przypuszczać, iż ten grobowiec z racji bliskości pasterskiego domku zapewne przez wiele lat służył za cysternę i poidło dla owiec. Nieopodal znalazłam następny, podobny sarkofag, również do połowy zaryty w ziemi i wypełniony wodą, a nieco dalej trzeci, ogromny, widoczny w całej okazałości. Stała przy nim drabina zbita z okrąglaków, po której wdrapałam się aby zajrzeć do środka. Z boku sarkofagu zauważyłam otwór odpływowy umieszczony przy jego górnej krawędzi, więc i w tym znajdowało się sporo wody, tu także widoczne było charakterystyczne wezgłowie. Po dokładnym obejrzeniu wszystkich grobowców zadumałam sięgrobowiec nad ich historią, gdyż te zadziwiające znaleziska istotnie sprawiają niesamowite wrażenie. Powszechnie uważa się, że były miejscem pochówku osób mających wielkie znaczenie dla ludu z którego pochodzili, być może wodzów lub znamienitych wojowników. Dziwne jednak jest to, iż czas, na który są datowane jest stosunkowo krótki, a grobowce, przynajmniej te w okolicy Torno, są dość liczne na raczej niewielkiej przestrzeni. Przyznam się też, że przez moment zrodziła się w mojej głowie myśl o mistyfikacji, ale czemu miałaby ona służyć? I kto mógłby dokonać tak gigantycznej pracy? Chciałabym dożyć momentu, kiedy grobowce odkryją przed nami swe zagadki, i dowiemy się kto i dla kogo je wykuł w tych ogromnych głazach. Mimo nieprzyjemnego wrażenia związanego ze zrujnowanymi chatkami koło których znów przyszło mi przechodzić, miałam oczywiste powody do zadowolenia z tej wycieczki. Sadzę, że mając na uwadze moją pasję do zwiedzania interesujących miejsc, byłoby z mojej strony niewybaczalnym zaniedbaniem gdybym zaniechała ich obejrzenia, mając taką możliwość praktycznie w zasięgu ręki.

Można obejrzeć więcej zdjęć w albumie na Picasie>

https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/TornoAntyczneSarkofagi

11 komentarzy:

  1. Z przyjemnością przeczytałem Twój post. :-)
    Ja również do bojaźliwych nie należę, ale podobnie jak Ty i jak pewnie większość, staram się jednak niebezpieczeństw nie lekceważyć.
    Ja osobiście bardzo rzadko wędruję w samotności, ale czasami się zdarza i wtedy właśnie rozwaga i przewidywanie jest bardzo ważne.
    Na szczęście nie miałem na razie jakichś przygód związanych z niebezpieczeństwami w górach i mam nadzieję, że tak zostanie...
    Pozdrawiam
    P.S. Ciekawe grobowce i ładny widok na pierwszym zdj. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzę Ci z sałego serca abyś nigdy nie spotkał niemiłej niespodzianki na swojej drodze. Zresztą w tym celu nie trzeba jechać w góry, przypomniało mi się właśnie pewne zdarzenie kiedy wraz z moją córką Martą pojechałyśmy do Gdańska na Jarmark Dominikański. Otóż Marta lubiła chodzić w glanach z rozwiązanymi sznurówkami i natychmiast po wyjściu z samochodu, na drugim stopniu schodów w przejściu podziemnym złamała nogę w kostce. Diabli wzięli wycieczkę i jarmark... wnioski nasuwają się same!

      Usuń
  2. Wspaniały wpis. Nie ma to jak szczypta tajemniczości. Co do grobowców to liczę, że dożyję otwarcia grobowca Jagiełły :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, życie bez tajemnicy byłoby płaskie jak powirzchnia stołu i odrobina dreszczyka jest jak szczypta soli, dodaje mu smaku. A z grobem Jagiełły zaskoczyłeś mnie, gdyż sądziłam iż był otwarty w latach trzydziestych. Pogooglałam trochę i odkryłam że jednak groby jego i Łokietka dotychczas pozostały nienaruszone.

      Usuń
  3. Witaj !
    Można by powiedzieć "strachy na lachy". Samotne wędrówki niestety stwarzają ryzyko, że będziemy zmuszeni prosić o pomoc lub będziemy narażeni na niebezpieczeństwa czy to od zwierząt (zazwyczaj przesadzamy) lub co gorsza od ludzi (ostatnimi czasy jest to problem). Ale z drugiej strony takie wycieczki sam na sam pozwalają na delektowanie się tym, co oglądamy wtedy gdy mamy na to ochotę i tak długo, jak chcemy. Pokazane na zdjęciach grobowce sa bardzo interesujące, mnie jednak zauroczyło pierwsze zdjęcie. Czy to jest jezioro Como? Pytam, bo wygląda jakby znajomo. Miałem przyjemność być nad nim dwukrotnie i do dzisiaj wspominam ten pobyt bardzo przyjemnie.
    Dziękuję za odwiedziny u mnie, a na Twój blog obiecuję zaglądać, bo lubię takie klimaty.
    Pozdrawiam serdecznie, Wiesiek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację Wiesiu, ja początkowo cierpiałam i szukałam towarzystwa (trochę też ze strachu)ale później odkryłam uroki samotności kiedy nikt mi nie "mendził za uszami" idźmy, stójmy,wracajmy, zjedzmy coś, itd. i mogłam zawsze robić to na co miałam ochotę. Zdjęcie rzeczywiście przedstawia jezioro Como na wysokości Torno a ten długi grzbiet górski który po prawej stronie zamyka horyzont, to masyw Monte San Primo (jeśli Cię interesuje jest wpis z ubiegłego lata na moim starym blogu, na Bloxie). Nie będę kryć że ten widok zauroczył mnie od pierwszego wejrzenia i nigdy mi się nie znudził. Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Nieustający podziw dla Twojej odwagi, tym większy, że sama do osób szczególnie odważnych nie należę. Ale i Twoja odwaga odpowiednio była nagradzana, bo trzeba przyznać, że bogactwo tego , co widziałaś i czego doświadczyłaś, jest niezwykłe! BBM

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć BBM! Myślę że miałam trochę szczęścia do ludzi i miejsc. A co do odwagi: myślę, że gdyby życie postawiło Cię na moim miejscu zapewne wycisnęłabyś z niego jeszcze więcej niż ja! Zważywszy na Twoją dociekliwość, żywy umysł i zainteresowanie światem, któremu ciągle dajesz wyraz opisując różne aspekty życia, nie wyobrażam sobie że siedziałabyś bezczynnie na ławkach w parku wiedząc że w zasięgu ręki masz tyle ciekawych rzeczy. Kiedy wyjeżdżałam do Włoch byłam innym człowiekiem i w trakcie odkryłam w sobie różne cechy a pozostałe ( w tym odwagę) wypracowałam małymi kroczkami. Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  5. Taka samotna wyprawa przynosi nie tylko satysfakcję z oglądania czy zwiedzania,to przeżycie wypełnia człowieka aż po brzegi, przynosi wspaniałą radość wewnętrznego spełnienia. Często tego szukam. Pozdrawiam Cię sukienko. Alina.

















    podchmielo

    OdpowiedzUsuń
  6. Alinko, trafiłaś w sedno! Czasem się zastanawiałam czy nie jestem jakimś dziwadłem bo wielokroktnie pytano mnie, czy nie brak mi towarzystwa i kogoś z kim mogłabym się podzielić emocjami. Na ogół nie miałam odwagi przyznać że dobrze się czuję w samotności, sama też jestem swoim towarzystwem i dialog wewnętrzny mi wystarcza (czasem zdarzało mi się prowadzić ten dialog dość głośno) Chociaż przyznam, że mój kolega Carlo był świetnym towarzyszem w górach a Marta jest wspaniała podczas zwiedzania miast. Również serdecznie pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  7. tak... emigracja zarobkowa ma też i jakieś swoje plusy. ja na przyklad, gdyby mnie życie nie zmusiło, to o stanach pewnie bym wiedział tyle, co teraz wiem o.... ?.... Islandii?

    OdpowiedzUsuń