czwartek, 12 kwietnia 2012

"Pierwsze foto".


Długo się zastanawiałam, czy a przede wszystkim jak, opisać tę historię... Jest to też historia mojego ponad dziesięcioletniego pobytu we Włoszech, dojrzewania, poszukiwania tego co jest moje własne i sprawia, że jestem tym, kim jestem. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze interesowały mnie podróże, historia i jej poznawanie poprzez życiorysy ludzi, których losy są cząstką  dziejów miejsc gdzie niegdyś żyli. Być może, gdybym urodziła się nieco później i w innej rzeczywistości, dane by mi było te zainteresowania zmienić w pasję już wcześniej; jednak moje życie miało dla mnie scenariusz o wiele bardziej banalny. Szkoła, praca w szpitalu, później małżeństwo, narodziny dwójki dzieci i zwykłe, codzienne obowiązki w socjalistycznej rzeczywistości. Mimo rozlicznych zajęć zawsze byłam pasjonatką literatury, czytałam dużo i w każdych okolicznościach. Kiedy sięgam pamięcią wstecz, widzę siebie, kiedy jako młoda matka stoję przy kuchni i jedną ręką mieszam w garnku zupę żeby się nie przypaliła, jednocześnie czytając książkę od której nie mogę się oderwać. Lektura była moim nałogiem i drugim życiem, doskonalszym, równoległym światem, jaki miałam na wyciągnięcie ręki. Z biegiem czasu zaczęłam czytać nieco mniej, być może dlatego, że rozziew pomiędzy otaczającą mnie rzeczywistością i  tym, co znajdowałam w książkach, stał się zbyt duży i nie widziałam już żadnego związku pomiędzy nimi? A może po czasach kiedy czytałam wszystko co mi wpadło w ręce, był to po prostu przesyt a po nim przyszło rozczarowanie i znużenie?

Dziś, kiedy o tym myślę mam wrażenie, że w latach mojej wczesnej młodości gdy kształtował się mój światopogląd i charakter, zabrakło mi wsparcia ze strony osób, które powinny mi powiedzieć jak należy żyć
"w realu" i jakimi zasadami się kierować... Życia nauczyłam się z książek, ale czy dobrze na tym wyszłam? Czasem myślę, że były to "książki zbójeckie" bo dały mi fałszywy obraz rzeczywistości i w pewnym sensie zostałam przez to okaleczona. Z głową pełną wzniosłych myśli, pragnieniem świata rządzonego przez uczucia szlachetne i prawdziwe, wylądowałam na mieliźnie; sama z rozdartym sercem i poczuciem, że nic nie zależy ode mnie... Jednak, jak to zwykle bywa, to co wywołało  chorobę stało się też moim ocaleniem. Jest to pewien rodzaj "życiowej homeopatii" i w tym wypadku trucizna stała się również moim  lekiem... Kiedy przyjechałam do Włoch była wokół mnie pustka, którą musiałam czymś wypełnić aby nie popaść w duchowe rozterki, tak często  dręczące ludzi nagle oderwanych od środowiska w jakim dotychczas żyli. Wiedziałam z całą pewnością, że nie będzie to okazjonalne towarzystwo, alkohol. czy też  "miękkie" albo co gorsza "twarde" narkotyki, gdyż mój instynkt samozachowawczy kłóci się z takimi rozwiązaniami.

Podczas emigracji zawsze dużo pracowałam, nawet nie tyle z potrzeby co z konieczności, ponieważ  uprawiając wolny zawód musiałam być dyspozycyjna aby utrzymać dobrą opinię i pozycję na rynku pracy. Jednak siłą rzeczy utrudniało mi to kontakty przyjacielskie i towarzyskie a tak zwanych kontaktów męsko - damskich zwłaszcza przygodnych, nigdy tam nie szukałam. Początkowo samotność była dla mnie nieznośnym ciężarem, później do niej przywykłam a z biegiem czasu zaczęłam ją akceptować i doceniać. Zrozumiałam, że przyszedł czas abym zajrzała w głąb mojego "ja" i jest to okazja, której nie mogę zaprzepaścić...

Z trudem przyzwyczaiłam się do tego, że moje rozmowy z bliskimi odbywają się jedynie za pomocą telefonu, zaś Dario i Patrycja właściciele małego apartamentu, gdzie zamieszkałam, są dla mnie na co dzień tym wsparciem, jakie z reguły daje nam nasza własna rodzina. Zresztą dobrze trafiłam, ci wspaniali ludzie byli dla mnie zawsze niczym opoka; bliscy bez natręctwa, zawsze gotowi do pomocy zanim o to poprosiłam. Ich dwie córki - Ilenia i Federica przez te lata na moich oczach z dzieci stały się dwiema młodymi kobietami, które wciąż mają swój ciepły kącik w moim sercu.


Kiedy zaczęłam poznawać Włochy, naturalną koleją rzeczy zapragnęłam podzielić się z moją rodziną tym, co tu zobaczyłam. A nowych wrażeń miałam mnóstwo, bo niemal każdy wolny dzień przeznaczałam na zwiedzanie lub wędrówki po okolicy.. Początkowo kupowałam popularne albumy, gdzie można znaleźć krótkie informacje i zdjęcia z najciekawszych miejsc w regionie, później wpadłam na pomysł, że przecież sama również mogę fotografować. Moje pierwsze, nieśmiałe próby odbywały się za pomocą turystycznego aparatu marki Kodak, jaki niektóre biura podróży dają w prezencie uczestnikom wycieczek. Aparat ten niegdyś należał do Lawinii, matki Patrycji; niczym nasz "Druh" był bardzo prosty w obsłudze i działał na tradycyjne filmy w rolkach. Pamiętam dzień, kiedy w punkcie usługowym zrzucono mi te pierwsze zdjęcia na płytę, którą po przyjeździe do Polski z dumą odtworzyłam rodzinie.

Byłam ciekawa jaką opinię usłyszę, gdyż moje dzieci Jakub i Marta, także fotografują (mają również inne zainteresowania i zdolności artystyczne) a do tego syn w owym czasie był studentem wychowania plastycznego, gdzie fotografia jest jednym z przedmiotów nauczania. Pamiętam zachwyty mojej mamy nad pięknem włoskiego krajobrazu i słowa syna,  że co prawda mam dobre oko do fotografii, ale powinnam  mieć lepszy aparat. Lepszy aparat wkrótce się znalazł, używany, lecz w pełni sprawny cyfrowy Nikon, ofiarowany mi przez Daria. Wtedy to wraz z jego otrzymaniem narodziła się moja nowa pasja. Teraz nie wybierałam się z domu jedynie dla zabicia czasu lub żeby zobaczyć coś nowego. Utrwalanie widzianych miejsc za pomocą fotografii stało się dla mnie równorzędnym celem a nie jedynie środkiem na zachowanie ich w pamięci.

Mimo to, nigdy  nie nauczyłam się fotografować w pełnym znaczeniu tego słowa, funkcje analogowe nadal są dla mnie jedną wielką tajemnicą, zapewne też brak mi było czasu i wrodzonych zdolności technicznych aby zgłębić ich tajniki. Myślę jednak, że może kiedyś uda mi się ten brak nadrobić, gdyż chciałabym kontynuować moją pasję w innym wymiarze i na innym gruncie. Dość szybko postanowiłam zmienić Nikona na inny aparat i kupiłam sobie Canona, który ze swoimi licznymi funkcjami cyfrowymi dawał mi więcej możliwości. Tak czy inaczej, abstrahując od artystycznej i technicznej wartości moich zdjęć, mają one dla mnie osobiście ogromną  wartość sentymentalną. Dzięki nim moja pamięć zachowała to, co zapewne dawno by z niej uleciało lub stało się zaledwie cieniem wspomnienia... Zawsze też pragnęłam opisać  miejsca, jakie widziałam oraz emocje z nimi związane, więc siłą rzeczy musiałam zasiąść do komputera (kiedyś tego nie znosiłam, gdyż od patrzenia w ekran monitora starej generacji bolała mnie głowa i oczy). Laptop  stał się moim niezastąpionym towarzyszem w jego pamięci są moje zdjęcia, mogłam też na nim pisać bloga i szukać w internecie informacji niezbędnych do planowania następnych wypraw.

Teraz, gdy z perspektywy czasu patrzę na siebie widzę kobietę, której młodość co prawda minęła, ale której chyba udało się ocalić młodość ducha, zainteresowanie dla otaczającego świata, chęć aby wciąż odkrywać coś nowego i iść do przodu, mimo iż czasami zmęczone nogi odmawiają posłuszeństwa. To co miało być w moim życiu "zamiast" niepostrzeżenie stało się po prostu moim życiem. Dziś wiem, że nigdy nie dotrę do tych wszystkich miejsc, jakie chciałam zobaczyć, że wciąż zostaną pejzaże i miasta, których widok  wprawiłby mnie w zachwyt a których nigdy nie poznam... Zostawiłam to wszystko, może z lekką nutą melancholii i niedosytu, ale bez zbytniego żalu bo wiem, że mogę sama sobie dać jeszcze wiele prezentów i sprawić dużo pięknych niespodzianek. Dziś kiedy otwieram komputer i widzę mój folder niegdyś nazwany roboczo "Pierwsze foto", patrzę na te zdjęcia, niczym matka oglądająca schowane przed laty obrazki, nieudolne bazgroły dziecka, które nie wiadomo kiedy dorosło i stało się poważnym człowiekiem.

Nie wiem jak by wyglądało moje życie i kim byłabym teraz, gdybym wtedy nie wzięła do ręki żółtego Kodaka Lawinii...

To pytanie pozostanie bez odpowiedzi, gdyż nie potrafię sobie wyobrazić tych długich lat spędzonych w inny sposób. Mimo wielkiego smutku jaki mi przyniosła emigracja, to właśnie narodzinom tej pasji zawdzięczam, że udało mi się zachować równowagę psychiczną i zdrowie fizyczne. Powiem więcej, dzięki niej zrozumiałam, jaką wartość ma moje życie dla mnie samej, kim jestem i co sama sobie mam do zaoferowania...

niedziela, 8 kwietnia 2012

Dwa koty, jeden pies.



Tym razem nie będę pisała o moich wycieczkach lecz o tym co w czasie, kiedy przebywałam we Włoszech, przez wiele lat było dla mnie punktem odniesienia -  niewielkim, parterowym domku w miejscowości Limbiate. leżącej nieopodal Mediolanu. Zamieszkałam tam, gdy po krótkich perypetiach związanych z pobytem w Bari, przeniosłam się do Lombardii. W domku znajdują się dwa apartamenty, w mniejszym (który nie jest taki znów mały) mieszkam ja, większy zajmuje rodzina właścicieli składająca się z czterech osób. Są to Dario i Patrycja oraz ich córki, Federica i Ilenia.

Oprócz naszej piątki jest jeszcze trójka czworonożnych lokatorów, dwa koty - Tommy (kocurek rasy norweskiej) i Minou (śliczna trójkolorowa kotka) oraz suczka o imieniu Ciuffy. Kiedy wiele lat temu po raz pierwszy przestąpiłam te progi, w domu nie było jeszcze Minou, Tommy był malutkim kotkiem a Ciuffy kilkumiesięcznym szczeniaczkiem. Lubię zwierzęta, więc bez problemu nawiązaliśmy pierwszy kontakt. Co prawda, dzikie skoki i hałaśliwe zachowanie szczeniaka nie budziły mojego entuzjazmu, lecz mimo wszystko, trudno mi było oprzeć się sympatii wyrażanej tak bezkrytycznie. Z Tommym (który szybko stał się dla mnie Tomkiem lub Tomusiem) polubiliśmy się od pierwszego wejrzenia a po pewnym czasie połączyło nas szczere i trwałe uczucie. Często przychodził do mnie podrzemać lub sprawdzić, czy w spiżarni nie stoi spodeczek z mlekiem. W żartach nazwałam go moim "Principe Azzurro" bowiem Tomek to kot naprawdę wyjątkowy. Nie tylko z powodu pięknego, puszystego futra, wspaniałych, bardzo długich wąsów i wymownych, zielonych oczu.

Jak przystało na kociego arystokratę, ma on doskonałe maniery oraz wrodzoną godność a jego skromność i dystynkcja, nie mają sobie równych. Jest też wyjątkowo pojętny i umiarkowany w swoich oczekiwaniach. Uwielbiają go wszyscy, łącznie z psem. Ciuffy chętnie się z nim bawi a nawet dzieli się legowiskiem. Natomiast kotka Minou to zupełne przeciwieństwo Tomasza. Swego czasu została znaleziona na pobliskiej łączce, głodna i brudna, jak nieboskie stworzenie. Z tych pierwszych, niełatwych tygodni życia, pozostała jej wola walki o przetrwanie i ogromny strach przed psami. Jest to typowy okaz kociej histeryczki, która zawsze musi być pierwsza do wszystkiego. W porze karmienia szybko zjada swoją część i natychmiast rzuca się na porcję Tomka; biedny kot szybko ustępuje z placu i patrzy smętnie, jak jego jedzenie znika w pyszczku Minou. Dlatego też, ich posiłki najczęściej odbywają się pod nadzorem kogoś z Rodziny lub w oddzielnych pomieszczeniach. Minou panicznie boi się Ciuffy, niejednokrotnie też doszło pomiędzy nimi do krwawych bójek z których suczka wychodziła z podrapanym nosem a kotka z brakami w futrze. 

Chyba z tego powodu upodobała sobie moje mieszkanie, gdzie z reguły panuje spokój i nikt jej nie przeszkadza. Wszyscy ją kochają, gdyż jest milusińską pieszczochą i wybaczają żarłoczność oraz skłonność do histerycznych wrzasków. Obydwa koty są niczym rozpuszczone dzieciaki, które po całych dniach baraszkują przed domem. Ciuffy jest w nieco gorszej sytuacji; niestety, daleko jej do inteligentnych i zaradnych kotów, jest to bowiem typowy okaz osobnika o "bardzo małym rozumku". Mimo zbiorowego wysiłku Rodziny, nie dała się wyedukować ani nie nauczyła dobrych, psich manier. Na nic się nie zdały światłe rady weterynarza i poradniki typu "Jak wychować psa". Skończyło się na tym, że Rodzina uznała, iż należy jej odpuścić i pozostawić pieska jego naturalnym instynktom.
Jej terytorium to pokój dzienny, kuchnia i taras kuchenny oraz kawałek podwórka za domem, gdzie może hasać do woli. Ciuffy jest szczególną ulubienicą Federiki, która ma dla niej uczucie, jakim dobra matka darzy swoje niezbyt udane dziecko. Pozostali domownicy traktują pieska z pobłażliwą tolerancją, w zamian za to zwierzaczek stara się jak najlepiej wypełniać rolę stróża domu, szczekając ofiarnie, bez wyjątku - na swoich i obcych. Patrycja, pani domu, jest osobą mającą ogromny kult dla czystości i porządku. W związku z tym, również zwierzęta podlegają okresowym akcjom higienicznym w postaci kąpieli, która odbywa się w pralni w suterenie domku w dużym zlewozmywaku - wanience. Tommy, jak przystało na gentlemana, poddaje się tym zabiegom z godnością, wręcz chętnie. Nieco mniej lubi suszenie futra za pomocą suszarki, ale i to znosi cierpliwie, choć bez entuzjazmu. Minou początkowo bardzo histeryzowała, lecz po pewnym czasie przywykła i ona również nie stwarza problemów.

Natomiast kąpiel psa to zabieg, w którym muszą uczestniczyć co najmniej dwie osoby. Nieszczęsne zwierzę broni się, jak może, próbuje uciekać, chlapiąc wodą na wszystkie strony, więc każda kąpiel kończy się przymusowym, generalnym sprzątaniem pralni i prysznicem "kąpielowych". Od wiosny do późnej jesieni zwierzaki mogą do woli buszować na dworze; kiedy robi się chłodno, chętnie przenoszą się do mieszkania, zajmując swoje ulubione miejsca. Ciuffy ma swoje legowisko pod kuchennym stołem, Tommy w zacisznym kącie pod kaloryferem w przedpokoju lub na fotelu - leżaku, który często dzieli z Minou. Obydwa koty niejednokrotnie całymi godzinami śpią tam przytulone do siebie, aż do chwili, kiedy kotka wpada na pomysł aby wylizywać Tomkowi głowę. Z jej strony jest wyrazem uczucia, lecz absolutnie nie budzi akceptacji Tommy'ego, więc szybko dochodzi do separacji. Minou z powodu swojej obawy przed psem lubi też przebywać wraz ze mną (pies u mnie bywa rzadko). Kiedy wracam do domu po nocnym dyżurze, obydwa koty już czekają na mnie przy furtce i razem maszerujemy do mieszkania. Gdy otwieram drzwi, szybko wpadają do środka (Minou, jak zwykle pierwsza, miaucząc przeraźliwie). W głębokiej tajemnicy wypijają nieco mleka bez laktozy, którego używam do kawy (weterynarz sprawujący nad nimi opiekę wciąż utyskuje, że koty mają nadwagę) po czym Tommy wychodzi na poranny obchód okolicy a Minou mości się do drzemki na kanapie. Zanim zapadnie w sen, bacznie mnie obserwuje, czy przypadkiem nie wyjmuję z lodówki pudełka z serkiem "Filadelfia". Nie mam pojęcia, jak potrafi je odróżnić od innych produktów, ale zawsze trafia w dziesiątkę. Jeśli istotnie mój wybór padnie na "Filadelfię" zrywa się z okropnym wrzaskiem i domaga zaraz, natychmiast, swojego udziału w konsumpcji. Choć zawsze dostaje odrobinę, nie pozwala mi zjeść spokojnie, wdrapuje się na moje kolana i próbuje zlizywać serek z kanapek. Jedynym sposobem abym mogła w spokoju spożyć śniadanie, to "wystawienie" jej za drzwi, gdzie lamentuje w nieskończoność. Mimo tych awantur kochamy się bardzo i często śpimy razem jak susły, ja w moim łóżku a kotka na kanapie.

I tak, na wzajemnych kłótniach i pieszczotach minęło nam prawie dziesięć lat... Tommy z małego kociaczka stał się kotem niemal w podeszłym wieku, Minou również ma już swoje lata, nawet Ciuffy spoważniała, nie szczeka już niczym szalona a czasem nawet grzecznie wychodzi z Ilenią i spaceruje na smyczy po okolicznych uliczkach.
A ja? Czasem wydaje mi się, że to nie dziesięć lat, lecz całe wieki a może nawet lata świetlne, dzielą mnie od dnia, kiedy po raz pierwszy przez okno autobusu patrzyłam na zielone stoki Alp i Apeninów...

Mówi się, że jeden rok psiego lub kociego życia, jest niczym siedem lat ludzkich. Również dla mnie każdy rok tu spędzony był niczym kilka lat przeżytych w Polsce. Czasem mam wrażenie, że całe to doświadczenie życiowe, jakie mi dał pobyt we Włoszech, nie tylko psychicznie postarzyło mnie o wiele lat, lecz paradoksalnie, przybliżyło mi moje dzieciństwo... Niektóre filozofie ukazują nasze życie w postaci okręgu a jego kres jest również początkiem. Choć nadal nie czuję się staro, coraz częściej mam wrażenie, że znalazłam się w punkcie w jakim byłam wtedy, gdy świat odkrywał przede mną swoje tajemnice... Przyjechałam do Włoch jako dojrzała osoba, lecz w obcym kraju i w obcym mi świecie stałam się niczym dziecko, uczące się mówić i interpretować otaczającą je rzeczywistość. Gdy zamieszkałam w małym domku w Limbiate, mimo moich metrykalnych lat byłam równie nieporadna, jak ślepy kociak albo pełzający szczeniaczek. 

No cóż, lata minęły, Tomkowi siwieje pyszczek, Ciuffy spoważniała a ja przeszłam drogę tak długą, że czasem, gdy myślę o przeszłości i oglądam za siebie, mam wrażenie, że moje życie przed emigracją to jakiś dawno widziany film... Dwa lata temu, kiedy podjęłam decyzję o definitywnym powrocie do Polski, przyjechała do mnie moja córka Marta. Miała ze mną spędzić ostatnie dwa tygodnie we Włoszech, pomóc w pakowaniu dobytku a przy okazji nieco pozwiedzać. Pewnej nocy śniło mi się, że idziemy razem na dworzec kolejowy; Marta poszła przodem aby kupić bilety a ja miałam jeszcze do pokonania ścieżkę przecinającą pożółkły, rozmokły trawnik. Bardzo się śpieszyłam, lecz nagle nogi odmówiły mi posłuszeństwa i upadłam na kolana. Z ogromnym bólem i niesamowitym trudem czołgałam się, czepiając drewnianego płotka, bo ze wszystkich sił pragnęłam dotrzeć na czas do pociągu, ale czułam, że to daremny wysiłek. Obudziłam się z tego snu ze ściśniętym sercem i łzami w oczach. Podświadomie wiedziałam, że jest to sen wróżebny... Wtedy, w listopadzie, zdążyłam na mój pociąg, jednak mimo gorącego pragnienia aby zamknąć ten etap życia, po rocznej przerwie przyszło mi jeszcze przez dwa lata oglądać słońce Italii. Teraz, kiedy po raz kolejny pakuję moje bagaże, jestem już spokojna; wiem, że to było tylko ostatnie, długie pożegnanie...

czwartek, 5 kwietnia 2012

Sukienka w kropki. Pierwsze wspomnienia.

Na wstępie chcę napisać parę słów wyjaśnienia, dlaczego mój blog nosi ten (być może mylący) tytuł, gdyż  nie będę pisała o modzie dla pań, krawiectwie i tym podobnych sprawach. Mimo to chcę przy nim pozostać, gdyż powstał on całkowicie spontanicznie a raczej (mogłabym rzec) wychynął z mojej podświadomości i ma ścisły związek z odległymi czasami, kiedy byłam kilkuletnim dzieckiem. W tym czasie mój ojciec podjął pracę na "ziemiach odzyskanych" i nasza trzyosobowa rodzina przeprowadziła się z okolic Warszawy, gdzie się urodziłam do Ostródy na Mazurach, która w owych czasach była smutnym, zrujnowanym miastem. Zamieszkaliśmy na jego skraju w małym domku, otoczonym ogrodami i trochę podmokłą łąką. Do dziś mam w pamięci moje pierwsze mazurskie lato... Pamiętam jak ochoczo wstawałam rano, bez niczyjej pomocy ubierałam się w moją ulubioną sukienkę w kropki, wybiegałam do ogrodu a później dalej, na łąkę. Choć bardzo tęskniłam za cudowną krainą moich pierwszych dni, pokochałam to nowe miejsce, bujną trawę, kwiaty i zioła o nieznanych mi nazwach, gęste trzciny i wysokie topole rosnące nad niedaleką Drwęcą. Dzień po dniu, odkrywałam ten nowy dla mnie świat, początkowo obcy i zadziwiający, a który z biegiem czasu stał się po prostu moim światem...

Od tamtej pory minęło wiele lat, aż nadszedł dzień, kiedy  moje życie znalazło się na  bardzo ostrym zakręcie. Wyjechałam do obcego kraju, daleko od wszystkiego co mogłam nazwać moim, gdzie niejednokrotnie przyszło mi w obcym języku mówić o tym, o czym czasem trudno jest powiedzieć w rodzimym. Dziś już nie wiem, ileż to razy zastanawiałam się co daje mi  siłę, aby  trwać nie poddając się próżnym żalom, goryczy i zwątpieniu? Pamiętam jak gorączkowo szukałam tam czegoś własnego, dobrych emocji, którymi  mogłabym wypełnić puste dni. Mieszkałam wtedy w Limbiate, niewielkiej miejscowości w pobliżu Mediolanu. Mediolan to bogate, frenetyczne miasto, pod względem ilości skarbów sztuki nie mogące się równać z Rzymem, czy Florencją, lecz mimo to pełne pamiątek historii a także kultury przez bardzo duże "K". Pomału, krok po kroku, odkrywałam jego urodę; z  biegiem czasu spragniona nowych wrażeń, zaczęłam podróżować po najbliższej okolicy a jeszcze później w dalsze rejony Północnych Włoch. Cały mój wycieczkowy ekwipunek -  plecak, mapy, przewodniki oraz  buty i kijek do trekkingu, zawsze czekały w pogotowiu, przygotowane do następnego wyjazdu. Kiedy miałam  dzień wolny od pracy, zwykle wstawałam bardzo wcześnie rano i sprawdzałam pogodę za oknem. W zależności od aury, pozostawało tylko zadecydować co tym razem będzie celem mojej podróży. Góry? Jezioro? Inne miasto? Podczas jednej z moich wypraw nad jezioro Como, znane mi tak dobrze, a które mimo to wciąż niezmiennie czarowało mnie swoim urokiem, niespodziewanie poczułam się jak wtedy, gdy jako mała, zachwycona dziewczynka w sukience w kropki uczyłam się nowego świata. Ten blog, to jest właśnie moja historia.