***
…. I czuję, jak w milczeniu nocy
Włoskie impresje i pejzaże - na moim blogu prezentuję przede wszystkim relacje z podróży do ciekawych zakątków Północnych Włoch (choć nie tylko) a także zdjęcia, jakie tam zrobiłam.
***
Bergamo zwiedzałam z moją córką Martą, która przyjechała do mnie na Święta Wielkanocne. Każdy jej przyjazd był dla nas okazją do wspólnego zwiedzania i oglądania różnych ciekawych miejsc; tym razem wybór padł na niezbyt odległe Bergamo, gdzie przede wszystkim chciałyśmy zobaczyć spektakularne Górne Miasto. Po krótkiej podróży pociągiem wysiadłyśmy na dworcu w Dolnym Mieście, skąd bez problemu trafiłyśmy do stóp wzniesienia, gdzie posadowiła się bergamska starówka. Aby dotrzeć na górę, mogłyśmy skorzystać z szybkiej kolejki funicolare, jednak wybrałyśmy Salita della Scaletta, uroczą drogę pieszą, dzięki czemu miałyśmy świetny widok na zielone zbocza wzgórza w wiosennej szacie i potężne mury obronne, wzniesione przez Wenecjan w XVI wieku.
Po pokonaniu sporej ilości schodów a następnie kamiennego wiaduktu, dotarłyśmy do Porta San Giacomo, pięknej bramy z białego marmuru, ozdobionej rzeźbą przedstawiającą lwa św. Marka, widomego znaku weneckiego panowania. Tuż za bramą, weszłyśmy w plątaninę wąziutkich, brukowanych uliczek, gdzie nasz wzrok przyciągały malownicze detale - balkony z kutego żelaza, śliczne okienka z małymi szybkami oprawionymi w ołów, wyblakłe freski, kamienne portale i wymyślne, mosiężne kołatki. Wielokondygnacyjne budynki sprawiały, że ulice wyglądały niczym głębokie, niemal bezludne tunele. Jedynie w ścisłym centrum, na placykach przed popularnymi lokalami gastronomicznymi, widać było większe grupki osób. Była to przede wszystkim młodzież i turyści, ci ostatni niezbyt liczni, bo do rozpoczęcia sezonu było jeszcze dość daleko.
Niemniej cechowała go wielka duma rodowa i osobista, której dał wyraz zamawiając sobie imponujący grobowiec. Jest to wspaniały monument w renesansowym stylu, wyróżniający się na tle otaczających go późnogotyckich budowli. Twórcą projektu i jego głównym wykonawcą był Giovanni Antonio Amadeo, znany również z tego, że miał znaczący udział w stworzeniu wspaniałych dzieł dla Certosy nieopodal Pavii link. Nie będę tu szczegółowo opisywać kaplicy i jej detali, gdyż jest to trudne bez nieskończonego mnożenia pochlebnych przymiotników. Jest to budowla bardzo wysmakowana, z fasadą ozdobioną licznymi elementami z marmuru w kolorze białym, szarym i różowym oraz niezbyt dużą, ale bardzo dekoracyjną rozetą. Również wnętrze kaplicy budzi zachwyt dzięki pięknym obrazom, licznym posągom i płaskorzeźbom. Całe to bogactwo tworzy harmonijną, choć dość kokieteryjną całość i szczerze mówiąc, mimo obecności sarkofagów, nie przytłacza grobową atmosferą. W kaplicy spoczął nie tylko Bartolomeo, jeszcze za jego życia pochowano tu córkę Colleonich Medeę, która zmarła w wieku piętnastu lat.
Choć jak już wspomniałam, nie był to absolutnie szczyt sezonu turystycznego, wewnątrz było dużo ludzi i panowało spore zamieszanie, co utrudniało dokładne przyjrzenie się wszystkim intersującym detalom; mimo to, trudno było nie dostrzec, że na życzenie fundatora powstał monument naprawdę wyjątkowy.
Ze względu na zakaz używania flesza, zrezygnowałam z robienia zdjęć we wnętrzach kompleksu, gdyż w słabo oświetlonych pomieszczeniach było dość trudno o ich przyzwoitą jakość. Poza tym, szczerze mówiąc, w owym czasie nie myślałam o prowadzeniu bloga, więc też nie czułam potrzeby fotografowania wszystkiego, jak to miało miejsce nieco później.
Mam za sobą wiele niezapomnianych dni, jednak jeden z nich jest szczególnie żywy w moich wspomnieniach... Widziałam wiele miejsc być może piękniejszych, zabytki cenniejsze i cieszące się większą sławą, jednak wycieczka nad Lago Maggiore, jaką zrobiłam pewnej wiosny, pozwoliła mi zobaczyć miejscowość skromną a jednocześnie nieopisanie uroczą; wrażenia, jakie na mnie wywarł blask tego dnia, jego kolory i zapachy, czas chyba nigdy nie zatrze w mojej pamięci...
Później też niejednokrotnie miałam okazję oglądać tę skałę już z innej perspektywy, kiedy krążyłam po okolicy zwiedzając różne ciekawe miejsca na obu brzegach jeziora. Z mapy dowiedziałam się, że nosi ona nazwę Rocca di Calde' a czerwone daszki należą do kilku małych miejscowości wchodzących w skład gminy Castelveccana. Kiedy podjęłam decyzję o definitywnym wyjeździe z Włoch, postanowiłam, że spróbuję zrealizować różne małe wycieczki, które zawsze odkładałam na później, między innymi właśnie tę nad Lago Maggiore, do miejsca, gdzie wznosiła się Rocca. Wymyśliłam plan, że na te wyprawy będę przeznaczała dni wolne po zakończeniu każdego cyklu nocnych dyżurów, gdyż zwykle miałam ich cztery lub pięć, pod rząd. Starałam się wtedy nie kłaść spać po powrocie z pracy, żeby bez problemu móc zasnąć wieczorem, więc była to dobra okazja, aby wyskoczyć w jakieś spokojne, ładne miejsce, gdzie mogłabym pospacerować dla zabicia czasu, nie męcząc się zbytnio. Moja wycieczka nad Lago Maggiore zaczęła się od podróży do Laveno (link), które z racji swego położenia jest bazą wypadową dla osób przybywających od strony Mediolanu. Tam przesiadłam się na pociąg jadący do Luino i w krótkim czasie znalazłam się w Calde', celu mojej podróży. Wysiadłam na niewielkiej stacyjce i bez ociągania ruszyłam w drogę, biorąc za cel pierwszą z brzegu uliczkę sąsiedniej frakcji Castello, gdyż wyszłam ze słusznego założenia, że w tak małej miejscowości trudno jest zabłądzić.
Wbrew swemu zwyczajowi przed wyjazdem nie robiłam żadnego rozeznania na temat okolicy, więc z niejakim zdziwieniem na szczycie skały dostrzegłam wyniosły kształt przypominający obelisk a poniżej, mniej więcej w połowie zbocza niewielki kościółek, usytuowany na uskoku wyglądającym niczym naturalny balkon. Bez wątpienia, należało tam dotrzeć i obejrzeć to wszystko z bliska, jednak problemem było znalezienie drogi prowadzącej na górę. Okolica sprawiała wrażenie kompletnie wyludnionej; na wąskich uliczkach nie spotkałam nikogo ale za to znalazłam tablicę informacyjną z planem okolicy, gdzie zaznaczono ścieżki prowadzące do interesujących mnie miejsc.
W wiosce zatrzymałam się na chwilę, żeby obejrzeć niewielką budowlę przykrytą czterospadowym daszkiem, ozdobioną freskami, gdzie w niektórych miejscach czas zatarł wyobrażone kształty, pozostawiając zaledwie plamy jaskrawych kolorów. Z tablicy informacyjnej wynikało, że jest to kaplica "Al pozzo" czyli "Przy studni" pochodząca z XV wieku, prawdopodobnie wzniesiona ku czci św. Antoniego, jako wotum po epidemii półpaśca, we Włoszech potocznie nazywanego "fuoco (ogień ) di San Antonio". Na jednej ze ścian widnieje wizerunek tego świętego a obok postać Madonny z małym Jezusem. Niegdyś w tym miejscu nie tylko czerpano wodę, przy okazji mieszkańcy wioski mogli porozmawiać o ważnych a także mniej istotnych sprawach, czyli był to swego rodzaju klub czy też świetlica ludowa pod gołym niebem. Obecnie, choć ta pierwotna funkcja odeszła do przeszłości, kapliczka nadal jest zadbana i ozdobiona kwiatami. Minąwszy ostatnie zabudowania znalazłam się u podnóża wzniesienia, na uroczej łączce z soczyście zieloną trawą, poprzetykaną białymi i żółtymi kwiatami. Nieopodal natrafiłam na mulatierę biegnącą wśród liściastego lasu porastającego strome zbocze góry, bez wątpienia prowadzącą na jej szczyt. W niedługim czasie znalazłam się na rozległej, trawiastej polanie; domyśliłam się, że gdzieś tu musi być kościół, który widziałam z dołu.
Ten krużganek jest świetnym punktem widokowym, można z niego podziwiać wspaniałą panoramę, jaka się rozciąga przed naszymi oczarowanymi oczami. Tym razem sprzyjała mi pogoda, był koniec kwietnia, czas kiedy Lombardzkie góry i jeziora pokazują się w pełni swej urody. Zachodnią część Lago Maggiore spowijał błękit rozświetlony blaskiem słońca a zielone Prealpy i szafir nieba chyba nikogo nie pozostawiłyby obojętnym na te uroki. Kochałam ten pejzaż i choć widywałam go tak często, nigdy nie miałam go dość i mogłam podziwiać bez końca. Wiosenne powietrze było ciepłe a jednocześnie rześkie, jeszcze było daleko do letnich upałów i dużej wilgotności, które w środku lata zwalają człowieka z nóg. Świeża zieleń czarowała oczy, stanowiąc niezrównane tło dla kwiatów w pełni rozkwitu. Foschia nie przesłaniała okolicy, więc mój wzrok biegł swobodnie w dal, aż po horyzont zamknięty alpejskimi szczytami.
Droga zaprowadziła mnie do frakcji San Pietro, biorącej swą nazwę od kościoła parafialnego. Tu mogłam z bliska popatrzeć na urocze wille i zgrabne domki, otoczone ogrodami pełnymi kwitnących krzewów kamelii, ozdobione bujnymi festonami glicynii z mnóstwem fioletowych kiści. Podczas tego spaceru zatoczyłam spory łuk u podnóża góry i znów znalazłam się w Calde, miejscu, gdzie rano rozpoczęłam wędrówkę. Tym razem poszłam nad brzeg jeziora, ponieważ chciałam obejrzeć z bliska nieczynne wapienniki, znajdujące się u stóp skały. Podobne piece można często zobaczyć w wielu okolicznych miejscowościach nad Lago Maggiore oraz Lago di Lugano; obecnie nieczynne, nadal pozostają interesującym świadectwem przeszłości.
https://www.youtube.com/watch?v=r09Qmf1emHw
https://www.youtube.com/watch?v=-0la91KZCE0
Oczywiście, jak zwykle zapraszam do obejrzenia pozostałych zdjęć, które zrobiłam tego dnia >
https://photos.google.com/album/AF1QipM_EItTSFg-2k0pNMtE1SlAHErD1FKFGu8nCZi3