wtorek, 31 października 2023

Post na Święto Zmarłych - kilka słów o Tadeuszu Borowskim i jego poezji.

 ***



…. I czuję, jak w milczeniu nocy 
upływa ze mnie jakby krew 
z otwartych żył, coś co jest mną
i w mroku wsiąka bezpowrotnie, 
a we mnie pustka tak jak brzeg, 
z którego odpływ odszedł w morze,
bezwładnie leży. Monotonnie
daleki mrok jak morze szumi
i prąd wiruje gdzieś koło mnie,
który jest mną. Krwią swoją czuję,
że płynie we mnie i zabiera
wszystko co moje. Tak utonąć
w nocy i w drzewie, które nocą
martwe w dalekim mroku stoi
jak wyrzeźbione z czarnej gliny
ponad popiołem nieba. Może
światy spalają się w milczeniu
jak ja się spalam? Mrok kosmiczny
porywa popiół, z prądem niesie
i to jest noc, i to jest świat
o nazwach prostych, drzewo, kamień, cierpienie
lub po prostu ty...

Ten wiersz towarzyszy mi przez moje całe dorosłe życie...
Miałam osiemnaście lat, kiedy dostałam miniaturową książeczkę, gdzie na kartkach z delikatnej, kremowej bibuły wydrukowano zbiór utworów poetyckich Tadeusza Borowskiego. Wcześniej poznałam jego opowiadania, jednak ta część jego twórczości była mi całkowicie nieznana. Poezja towarzyszyła mi od zawsze i miałam wiele wierszy, które przychodziły mi do głowy w różnych sytuacjach, jednak poezja Borowskiego od pierwszego czytania stała mi się tak bliska, jak żadna przedtem. Jego wizja świata, miejsca człowieka w kosmosie i pytania, jakie zadaje na temat człowieczej egzystencji, wydają mi się tak istotne i trafne, że choć od tamtego czasu minęło wiele lat, większość tych wierszy pamiętam do dziś.

Sądzę, że  nie ma sensu robić rozbioru poezji na elementy pierwsze, poezja to rzecz ulotna i każdy, kto się z nią zetknie, wyczyta z niej swoją prawdę. 
 

Kiedy patrzę na zdjęcia Tadeusza Borowskiego, widzę człowieka ( zdawać by się mogło) pełnego wewnętrznej radości i dalekiego od zadawania trudnych pytań. Ten wizerunek dziwnie nie przystaje do jego życiorysu pełnego traumatycznych zdarzeń - począwszy od dzieciństwa, kiedy został rozdzielony z rodzicami, którzy udali się na przymusowe zesłanie, pierwszych lat dorosłości naznaczonych wojną, poprzez obóz koncentracyjny później obóz dla dipisów, aż do powrotu do Polski i jej pokrętnej, powojennej rzeczywistości. Jego życie osobiste również było pełne bólu i rozterek - trudne miłości, polemiki, jakie toczył i dramatyczne wybory światopoglądowe, to wszystko dla młodego człowieka mogło się stać głęboką przepaścią nie do przekroczenia. Jeśli jego wiersze i opowiadania zawierają egzystencjalny ciężar, który musiał nosić ze sobą każdego dnia, to powiem, że był on cięższy, niż kamień Syzyfa...

Tadeusz Borowski zmarł 3 lipca 1951 roku, w tydzień po narodzinach córki. W chwili śmierci miał 29 lat, nie wyklucza się, że popełnił samobójstwo.


wtorek, 24 października 2023

Lombardia. Bergamo Alta, czyli starówka, gdzie czas się zatrzymał.



Bergamo - chyba nie ma Polaka, który przynajmniej raz nie słyszał o tym mieście...Jest ono bardzo popularne, przede wszystkim wśród osób, które chcą odwiedzić Północne Włochy, ponieważ na jego obrzeżach mieści się port lotniczy Orio al Serio, gdzie z wielu miast naszego kraju można dolecieć za stosunkowo niewielkie pieniądze. Niestety, drugie skojarzenie ma wydźwięk tragiczny - wczesną wiosną 2020 roku, kiedy lawinowo zaczęły się zachorowania na COVID-19 media, również w Polsce, codziennie donosiły o zatrważającej ilości zgonów w tym mieście, która podobno sięgnęła 6500 osób.


Bergamo ma bogatą historię, sięgającą czasów rzymskich. Jest to spore miasto,  leżące u podnóża Alp Bergamskich, liczące ponad 120 tys. mieszkańców, dobrze skomunikowane z niedalekim Mediolanem i wieloma atrakcyjnymi miejscowościami, otaczającymi lombardzkie jeziora. Choć mogłoby się wydawać, że miasto tej wielkości nie oferuje przybyszowi zbyt wielu zakątków, gdzie w ciszy i spokoju można zatopić się w historii, to w przypadku Bergamo czeka nas miła niespodzianka. Składa się ono z dwóch wyraźnie wyodrębnionych części, większa z nich to leżące na równinie Bergamo Bassa, czyli Dolne Miasto, zwarte, dobrze rozplanowane z wieloma ciekawymi budowlami z różnych epok. Od chwili powstania było znaczącym ośrodkiem przemysłowo - handlowym, co widać po wielu okazałych urzędach i budynkach użyteczności publicznej. Na terenie Dolnego Miasta znajdziemy między innymi dworzec kolejowy i autobusowy, stadion, szpital, hotele, liczne sklepy, bary i restauracje. Nie brakuje też obiektów oferujących strawę duchową - jest tu wiele zabytkowych kościołów, teatr im. Dionizettiego a przede wszystkim Akademia Carrara, muzeum, gdzie można zobaczyć wspaniałe obrazy malarzy ze szkoły weneckiej, Tycjana, Veronese, Tintoretta i mojego ulubieńca Canaletta, którego kocham za wspaniałe weduty Wenecji, pełne światła i żywych, nasyconych kolorów. Dolna część Bergamo jest pełna życia i ruchu, jednak to nie wszystko, co ta miejscowość oferuje przybyszowi, gdyż jak wspomniałam powyżej, ma ona w zanadrzu wspaniałą niespodziankę, jaką jest Bergamo Alta, czyli Górne Miasto. 



Aby poznać jego urocze zaułki i wspaniałe zabytki, należy udać się na wzgórze, gdzie od czasów Longobardów mieścił się ośrodek władzy. Władza ta wielokrotnie się zmieniała, panowali tu książęta z mediolańskiego rodu Viscontich, później Republika Wenecka a za czasów Napoleona Bergamo weszło w skład Królestwa Włoch. Po Kongresie Wiedeńskim, wraz z całą Lombardią znalazło się w granicach Cesarstwa Austro-Węgierskiego, aby na koniec stać się częścią odrodzonych Włoch. Ta bogata historia zostawiła po sobie mnóstwo zabytków; całe wzgórze jest ich pełne i nie znajdziemy tam żadnych nowszych obiektów. Chyba jedynym wyjątkiem jest  kolejka szynowo - linowa, zwana we Włoszech funicolare, jednak również tutaj zadbano o to, aby  ta użyteczna innowacja nie zniszczyła zabytkowego charakteru tej części miasta. Kolejka powstała w latach 80- tych XIX wieku, co ciekawe, zastosowano tu rozwiązanie podobne do tego, jakie znajdziemy w warszawskich ruchomych schodach na Placu Zamkowym a mianowicie, górną stację kolejki ukryto w zabytkowym budynku Palazzo Suardi, jednym z najstarszych  pałaców Bergamo, wzniesionym w XIV wieku.

Bergamo zwiedzałam z moją córką Martą, która przyjechała do mnie na Święta Wielkanocne. Każdy jej przyjazd był dla nas okazją do wspólnego zwiedzania i oglądania różnych ciekawych miejsc; tym razem wybór padł na niezbyt odległe Bergamo, gdzie przede wszystkim chciałyśmy zobaczyć spektakularne Górne Miasto. Po krótkiej podróży pociągiem wysiadłyśmy na dworcu w Dolnym Mieście, skąd bez problemu trafiłyśmy do stóp wzniesienia, gdzie posadowiła się bergamska starówka. Aby dotrzeć na górę, mogłyśmy skorzystać z szybkiej kolejki funicolare, jednak wybrałyśmy Salita della Scaletta, uroczą drogę pieszą, dzięki czemu miałyśmy świetny widok na zielone zbocza wzgórza w wiosennej szacie i potężne mury obronne, wzniesione przez Wenecjan w XVI wieku.

Po pokonaniu sporej ilości schodów a następnie kamiennego wiaduktu, dotarłyśmy do Porta San Giacomo, pięknej bramy z białego marmuru, ozdobionej rzeźbą przedstawiającą lwa św. Marka, widomego znaku weneckiego panowania. Tuż za bramą, weszłyśmy w plątaninę wąziutkich, brukowanych uliczek, gdzie nasz wzrok przyciągały malownicze detale - balkony z kutego żelaza, śliczne okienka z małymi szybkami oprawionymi w ołów, wyblakłe freski, kamienne portale i wymyślne, mosiężne kołatki. Wielokondygnacyjne budynki sprawiały, że ulice wyglądały niczym głębokie, niemal bezludne tunele. Jedynie w ścisłym centrum, na placykach przed popularnymi lokalami gastronomicznymi, widać było większe grupki osób. Była to przede wszystkim młodzież i turyści, ci ostatni niezbyt liczni, bo do rozpoczęcia sezonu było jeszcze dość daleko. 




Nieco więcej ludzi zastałyśmy na Piazza Vecchia; nie było w tym nic dziwnego, ponieważ wraz z przyległym Piazza Duomo  jest to serce miasta, ze wspaniałymi zabytkami, z których palma pierwszeństwa należy do kaplicy grobowej Bartolomeo Colleoniego. Ten dzielny kondotier wyróżniał się nie tylko wielką sprawnością jako żołnierz i dowódca, oprócz tego, cieszył się wielkim  szacunkiem swoich współczesnych, ponieważ był człowiekiem lojalnym wobec swoich mocodawców a do tego łaskawym zwycięzcą - nigdy nie dopuszczał do zwyczajowych rabunków i gwałtów wobec zwyciężonych. Tu może zmartwię tych, którzy uwierzyli w pikantną legendę, co do atrybutów, mających związek z nazwiskiem i herbem Colleonich - nieprawdą jest, jakoby ów bohater miał trzy jądra ! Faktycznie, trzykrotnie powtórzony wizerunek męskich genitaliów (coglioni) znajduje się w jego herbie, również przydomek, który z biegiem czasu stał się nazwiskiem, ma podobną proweniencję, jednak jedno i drugie było notowane w tej rodzinie już na początku XII stulecia a Bartolomeo żył w wieku XV, co jednoznacznie zaprzecza popularnej legendzie.

Niemniej cechowała go wielka duma rodowa i osobista, której dał wyraz zamawiając sobie imponujący grobowiec. Jest to wspaniały monument w renesansowym stylu, wyróżniający się na tle otaczających go późnogotyckich budowli. Twórcą projektu i jego głównym wykonawcą był Giovanni Antonio Amadeo, znany również z tego, że miał znaczący udział w stworzeniu wspaniałych dzieł dla Certosy nieopodal Pavii link. Nie będę tu szczegółowo opisywać kaplicy i jej detali, gdyż jest to trudne bez nieskończonego mnożenia pochlebnych przymiotników. Jest to budowla  bardzo wysmakowana, z fasadą ozdobioną licznymi elementami z marmuru w kolorze białym, szarym i różowym oraz niezbyt dużą, ale bardzo dekoracyjną rozetą. Również wnętrze kaplicy budzi zachwyt dzięki pięknym obrazom, licznym posągom i płaskorzeźbom. Całe to bogactwo tworzy harmonijną, choć dość kokieteryjną całość i szczerze mówiąc, mimo obecności sarkofagów, nie przytłacza grobową atmosferą. W kaplicy spoczął nie tylko Bartolomeo, jeszcze za jego życia pochowano tu córkę Colleonich Medeę, która zmarła w wieku piętnastu lat. 

Choć jak już wspomniałam, nie był to absolutnie szczyt sezonu turystycznego, wewnątrz było dużo ludzi i panowało spore zamieszanie, co utrudniało dokładne przyjrzenie się wszystkim intersującym detalom; mimo to, trudno było nie dostrzec, że na życzenie fundatora powstał monument naprawdę wyjątkowy. 




W pewnym sensie kaplica Colleonich  jest  częścią bazyliki Santa Maria Maggiore, gdyż powstała w miejscu jej dawnej zakrystii, jednak ma osobne, zewnętrzne wejście, tuż obok portalu, który prowadzi do wnętrza kościoła. Ciekawostką jest to, że bazylika nie posiada zwyczajowej, okazałej fasady z głównym wejściem, w zamian za to, są tu dwa piękne portale z rzeźbami, przedstawiającymi postacie świętych, Chrystusa i apostołów, autorstwa Giovanniego da Campione. Oprócz tego, północny portal ozdobiono dwoma lwami wykutymi w czerwonym marmurze, natomiast przy południowym także zobaczymy dwa lwy, tym razem z marmuru w kolorze białym. Nieopodal tych portali, są jeszcze dwa dodatkowe, mniej ozdobne wejścia. Bazylika z zewnątrz zachowuje surowy styl romański, natomiast jej  wnętrze w XVII wieku poddano poważnym zmianom, nadając mu barokowy wystrój, jednak mimo to, w katedrze nadal można znaleźć pozostałości fresków z XIV wieku. Nieopodal kaplicy Colleonich znajduje się jeszcze jedna część kompleksu należącego do Piazza Duomo, jest to baptysterium, które mimo ciekawej formy i ładnej, marmurowej okładziny, na tle kaplicy prezentuje się dość skromnie. Plac zamyka katedra pod wezwaniem św. Aleksandra; jej budowę rozpoczęto pod koniec XV wieku, jednak prace zakończono dopiero w ostatnich latach XVII stulecia. W  XIX  wieku świątynia znów przeszła liczne przeróbki, w tym czasie dodano jej elegancką fasadę z białego marmuru. Ciekawą informacją jest to, że w okolicy Bergamo, w małej wiosce Sotto il Monte, urodził się Angelo Giuseppe Roncalli, znany jako papież Jan XXIII  kanonizowany w 2014 roku. W jednej z kaplic katedry przechowuje się jego tiarę, trumnę oraz kilka przedmiotów osobistych.

Ze względu na zakaz używania flesza, zrezygnowałam z robienia zdjęć we wnętrzach kompleksu, gdyż w słabo oświetlonych pomieszczeniach było dość  trudno o ich przyzwoitą jakość. Poza tym, szczerze mówiąc, w owym czasie nie myślałam o prowadzeniu bloga, więc też nie czułam potrzeby fotografowania wszystkiego, jak to miało miejsce nieco później.




Tuż obok możemy zobaczyć inne ważne zabytki Bergamo, jednym z nich jest XII wieczne Palazzo della Ragione, przez wieki będące politycznym centrum miasta. Palazzo, podobnie jak wiele podobnych budowli tego typu, jest wzniesione w (zdawać by się mogło) odwróconym porządku - ciężki masywny korpus posadowiono na raczej lekkim portyku loggii. Ten porządek miał istotne uzasadnienie - Sala Rady niejednokrotnie bywała ostatnim schronieniem władz miasta przed rozsierdzonym tłumem niezadowolonych współmieszkańców... Jedyną w swoim rodzaju ciekawostką tego budynku jest Meridiana, podłogowy gnomon albo inaczej zegar słoneczny, będący jednocześnie kalendarzem, zbudowany  w XVIII wieku. Jego działanie polega na tym, że po posadzce, gdzie umieszczono marmurowe płyty z odpowiednimi znakami przesuwa się promień słońca, w sposób adekwatny do pory dnia i roku. Niegdyś był on niezawodny w swoich wskazaniach, jednak obecnie z racji przesunięcia osi Ziemi nie jest już tak dokładny, jak w czasach kiedy go zbudowano. Pod arkadami loggii można przejść z Piazza Duomo na Piazza Vecchia, gdzie po przeciwnej stronie placu znajduje się śliczna fontanna z różowego marmuru. Za nią wznosi się Palazzo Nuovo, z piękną neoklasyczną fasadą z marmuru w kolorze białym. Jest to siedziba biblioteki im. Angelo Mai, instytucji bardzo ważnej dla włoskiej kultury z uwagi na wartość historyczną posiadanych zbiorów. Obecnie biblioteka posiada ok. 700 tys. woluminów, w tym inkunabuły, starodruki, autografy i manuskrypty a także fotografie i czasopisma.  


Innym interesującym zabytkiem jest znajdująca się nieopodal Torre Civica, czyli Wieża Miejska, wzniesiona w XI- XII wieku. Pełniła ona wiele funkcji, była wieżą mieszkalną, siedzibą podesty a nawet więzieniem. Kilkakrotnie przebudowywana i podwyższana, obecny kształt przybrała w XIX wieku. W okresie średniowiecza wieżę wyposażono w zegar i dzwony, największy z nich, zwany Campanone, waży 7 ton. Zgodnie z tradycją dzwon bije sześćdziesiąt  razy w południe, tyleż samo o godzinie dziewiątej jeśli zbiera się Rada Miejska, natomiast aż sto osiemdziesiąt razy o godzinie dwudziestej drugiej, co niegdyś było sygnałem dla mieszkańców, że należy zamknąć miejskie bramy a w domach zgasić światła. Obecnie wieża jest udostępniona jako punkt widokowy a na górę można wjechać windą. Chodząc po mieście zatoczyłyśmy wielkie koło; po drodze mijałyśmy małe sklepiki z lokalnymi produktami, o pięknie zaaranżowanych wystawach z wielkanocnymi akcentami, przytulne bary i kawiarenki. Ta część miasta jest naprawdę urzekająca a możliwość podziwiania jej urody w ciszy i spokoju dawała naszej wycieczce dodatkowy walor. Być może, w pełni sezonu turystycznego to się zmienia, nie wiem, ponieważ nie miałam takiego doświadczenia, dla nas było to miejsce, gdzie miałyśmy wrażenie, że naprawdę  czas się zatrzymał.
Spacerując, dotarłyśmy na wzgórze św. Eufemii, gdzie już w  średniowieczu mieściła się twierdza zwana  Rocca di Bergamo. Na przestrzeni wieków była poddawana różnym modernizacjom i ulepszeniom, gdyż z racji swego dominującego położenia zawsze stanowiła bardzo ważny element miejskich umocnień. 



Współcześnie w cytadeli mieści się Muzeum Historyczne a na jej dziedzińcu odbywają się uroczystości patriotyczne. Z twierdzy jest wspaniały widok na niezbyt odległe Alpy Orobie i również bardzo malowniczą, bliższą okolicę. Osobiście urzekła mnie piękna zielona łąka rozciągająca się na zboczu wzgórza, świetne miejsce odpoczynku dla kotów i ludzi...


Dla porządku dodam, że w Bergamo był jeszcze jeden zamek, zwany Castello di San Vigilio. Jego ruiny z imponującą wieżą znajdują się na wysokim wzgórzu, będącym świetnym punktem widokowym, podobnie jak do Bergamo Alta można tam dojechać kolejką szynowo -linową.

Jeśli ktoś chciałby zobaczyć więcej zdjęć uroczych zakątków Bergamo i elementów Meridiany jest link do albumu >


wtorek, 30 stycznia 2018

Lombardia. Castelveccana, czyli z dala od zgiełku.


Mam za sobą wiele niezapomnianych dni, jednak jeden z nich jest szczególnie żywy w moich wspomnieniach... Widziałam wiele miejsc być może piękniejszych, zabytki cenniejsze i cieszące się większą sławą, jednak wycieczka nad Lago Maggiore, jaką zrobiłam pewnej wiosny, pozwoliła mi zobaczyć miejscowość skromną a jednocześnie nieopisanie uroczą; wrażenia, jakie na mnie wywarł blask tego dnia, jego kolory i zapachy, czas chyba nigdy nie zatrze w mojej pamięci...

Wszystko to zaczęło dawno temu, gdy po raz pierwszy płynęłam promem z Laveno do Intry. Po lewej stronie w zboczach schodzących na skraj jeziora widziałam białe wyrobiska kamieniołomów a na tle jego ciemnoniebieskiej toni trzy Wyspy Boromejskie. Po prawej widok był zupełnie inny, tu mogłam podziwiać ogromną połać Lago Maggiore, zamkniętą pomiędzy zielonymi łańcuchami gór ciągnących się w stronę Szwajcarii. Cały ten turkusowo - zielony pejzaż roztapiał się w błękitnej poświacie, jego głębia sprawiła, że mimo hałasującego silnika promu i obecności innych ludzi wokół mnie, poczułam się jak ptak bujający w przestworzach. Mój wzrok błądził po okolicy i właśnie wtedy zauważyłam w oddali niewielki cypel a na jego krańcu wysoką, trójkątną skałę, wrastającą z wody. Nawet z daleka widać było, że porasta ją bujna roślinność u podnóża poprzetykana zgaszoną czerwienią dachów ludzkich siedzib. Ten widok był bardzo intrygujący, więc pomyślałam o tym, że być może, kiedyś warto byłoby się tam udać.



Później też niejednokrotnie miałam okazję oglądać tę skałę już z innej perspektywy, kiedy krążyłam po okolicy zwiedzając różne ciekawe miejsca na obu brzegach jeziora. Z mapy dowiedziałam się, że nosi ona nazwę Rocca di Calde' a czerwone daszki należą do kilku małych miejscowości wchodzących w skład gminy Castelveccana. Kiedy podjęłam decyzję o definitywnym wyjeździe z Włoch, postanowiłam, że spróbuję zrealizować różne małe wycieczki, które zawsze odkładałam na później, między innymi właśnie tę nad Lago Maggiore, do miejsca, gdzie wznosiła się Rocca. Wymyśliłam plan, że na te wyprawy będę przeznaczała dni wolne po zakończeniu każdego cyklu nocnych dyżurów, gdyż zwykle miałam ich cztery lub pięć, pod rząd. Starałam się wtedy nie kłaść spać po powrocie z pracy, żeby bez problemu móc zasnąć wieczorem, więc była to dobra okazja, aby wyskoczyć w jakieś spokojne, ładne miejsce, gdzie mogłabym pospacerować dla zabicia czasu, nie męcząc się zbytnio. Moja wycieczka nad Lago Maggiore zaczęła się od podróży do Laveno (link), które z racji swego położenia jest bazą wypadową dla osób przybywających od strony Mediolanu. Tam przesiadłam się na pociąg jadący do Luino i w krótkim czasie znalazłam się w Calde', celu mojej podróży. Wysiadłam na niewielkiej stacyjce i bez ociągania ruszyłam w drogę, biorąc za cel pierwszą z brzegu uliczkę sąsiedniej frakcji Castello, gdyż wyszłam ze słusznego założenia, że w tak małej miejscowości trudno jest zabłądzić.



Wbrew swemu zwyczajowi przed wyjazdem nie robiłam żadnego rozeznania na temat okolicy, więc z niejakim zdziwieniem na szczycie skały dostrzegłam wyniosły kształt przypominający obelisk a poniżej, mniej więcej w połowie zbocza niewielki kościółek, usytuowany na uskoku wyglądającym niczym naturalny balkon. Bez wątpienia, należało tam dotrzeć i obejrzeć to wszystko z bliska, jednak problemem było znalezienie drogi prowadzącej na górę. Okolica sprawiała wrażenie kompletnie wyludnionej; na wąskich uliczkach nie spotkałam nikogo ale za to znalazłam tablicę informacyjną z planem okolicy, gdzie zaznaczono ścieżki prowadzące do interesujących mnie miejsc.



W wiosce zatrzymałam się na chwilę, żeby obejrzeć niewielką budowlę przykrytą czterospadowym daszkiem, ozdobioną freskami, gdzie w niektórych miejscach czas zatarł wyobrażone kształty, pozostawiając zaledwie plamy jaskrawych kolorów. Z tablicy informacyjnej wynikało, że jest to kaplica "Al pozzo" czyli "Przy studni" pochodząca z XV wieku, prawdopodobnie wzniesiona ku czci św. Antoniego, jako wotum po epidemii półpaśca, we Włoszech potocznie nazywanego "fuoco (ogień ) di San Antonio". Na jednej ze ścian widnieje wizerunek tego świętego a obok postać Madonny z małym Jezusem. Niegdyś w tym miejscu nie tylko czerpano wodę, przy okazji mieszkańcy wioski mogli porozmawiać o ważnych a także mniej istotnych sprawach, czyli był to swego rodzaju klub czy też świetlica ludowa pod gołym niebem. Obecnie, choć ta pierwotna funkcja odeszła do przeszłości, kapliczka nadal jest zadbana i ozdobiona kwiatami. Minąwszy ostatnie zabudowania znalazłam się u podnóża wzniesienia, na uroczej łączce z soczyście zieloną trawą, poprzetykaną białymi i żółtymi kwiatami. Nieopodal natrafiłam na mulatierę biegnącą wśród liściastego lasu porastającego strome zbocze góry, bez wątpienia prowadzącą na jej szczyt. W niedługim czasie znalazłam się na rozległej, trawiastej polanie; domyśliłam się, że gdzieś tu musi być kościół, który widziałam z dołu.






Faktycznie, po chwili pomiędzy drzewami zobaczyłam najpierw wieżę a następnie jego szare mury. Kościół pod wezwaniem św. Weroniki jest datowany na XVI wiek; tę niewielką świątynię wzniesiono na samym skraju urwiska, które dla bezpieczeństwa otoczono metalową barierką. Historia tego miejsca mówi, że wcześniej była tam kaplica, stanowiąca część zabudowań zamkowych, jako że już od wczesnego średniowiecza miejsce to było ufortyfikowane. Kościółek jest niewielki, lecz ładnie utrzymany. Co prawda, nie mogłam wejść do wnętrza, ponieważ zamykała je metalowa krata, jednak drzwi były otwarte, więc mogłam zajrzeć do środka i choć z daleka obejrzeć freski w absydzie. W XVI wieku, podczas wojen o mediolańską sukcesję twierdza wpadła w ręce Szwajcarów i została zburzona. Kiedy pozbyto się najeźdźców, kościół podniesiono z ruin i przebudowano skutkiem tej przebudowy do naszych czasów z jego pierwotnej bryły pozostała jedynie absyda oraz dwie arkady krużganka.



Ten krużganek jest świetnym punktem widokowym, można z niego podziwiać wspaniałą panoramę, jaka się rozciąga przed naszymi oczarowanymi oczami. Tym razem sprzyjała mi pogoda, był koniec kwietnia, czas kiedy Lombardzkie góry i jeziora pokazują się w pełni swej urody. Zachodnią część Lago Maggiore spowijał błękit rozświetlony blaskiem słońca a zielone Prealpy i szafir nieba chyba nikogo nie pozostawiłyby obojętnym na te uroki. Kochałam ten pejzaż i choć widywałam go tak często, nigdy nie miałam go dość i mogłam podziwiać bez końca. Wiosenne powietrze było ciepłe a jednocześnie rześkie, jeszcze było daleko do letnich upałów i dużej wilgotności, które w środku lata zwalają człowieka z nóg. Świeża zieleń czarowała oczy, stanowiąc niezrównane tło dla kwiatów w pełni rozkwitu. Foschia nie przesłaniała okolicy, więc mój wzrok biegł swobodnie w dal, aż po horyzont zamknięty alpejskimi szczytami.






Wody jeziora, przy brzegu szmaragdowe bo odbijają zieleń lasów porastających góry, dalej od niego stawały się zwierciadłem nieba, na które słońce rozsypywało garście złotych łusek. Domy w wioskach, w naturalnej barwie szarego kamienia lub pomalowane na ciepłe, pastelowe kolory, aż po swe czerwonawe dachy zatopione w zieleni ogrodów, dawały poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Był to widok tak kojący, że starałam się nie myśleć o tym, iż kiedyś kręciło się tu uzbrojone wojsko, nie znające litości dla pokonanych... Na tym gęsto zarośniętym terenie podobno nadal można dostrzec ślady dawnych umocnień, jednak nie znając dokładnie miejsca ich usytuowania, nawet nie próbowałam szukać tych nikłych śladów przeszłości i postanowiłam wspiąć się na szczyt skały, gdzie wcześniej zauważyłam tajemniczy obelisk.


Po krótkiej, lecz forsownej wspinaczce przy pomocy łańcuchów zamocowanych na niemal pionowej skale, znalazłam się u stóp schodów prowadzących do okazałej budowli. Ma ona kształt latarni morskiej i jak się okazało, jest kaplicą a jednocześnie pomnikiem ku czci żołnierzy poległych na frontach wszystkich wojen. Choć z natury jestem racjonalistką, sentymenty nie są mi obce, więc w obliczu podobnych monumentów zawsze wpadam w zadumę nad pokrętnymi losami narodów i ludzkich jednostek, będących niczym mrówki rozdeptywane nogą nieuważnego przechodnia... To dobrze, że ktoś myśli o tym aby upamiętnić te wszystkie istnienia, przedwcześnie zmiecione z tego świata, szkoda jednakże, iż ta pamięć niczego nie zmienia w ludzkiej naturze, zawsze skłonnej do przemocy i dowodzenia swoich racji poprzez posyłanie innych na śmierć i poniewierkę... Z przykrością zauważyłam, że ząb czasu zaczął kruszyć bazę pomnika. Na stopniach schodów pomiędzy kamiennymi płytami rosła trawa a jego najbliższe otoczenie wyglądało na równie zaniedbane. Na szczęście jak się dowiedziałam z lokalnej gazetki, podobno są plany doprowadzenia tego miejsca do porządku i nawet znaleziono fundusze na ten cel. Droga powrotna była dużo łatwiejsza, gdyż okazało się, że z drugiej strony wzniesienia prowadzi szeroka i wygodna ścieżka z pięknym widokiem na jezioro. Idąc znowu mogłam podziwiać pejzaż okolicy - po lewej stronie miałam przeciwległy brzeg z miasteczkiem Ghiffa (link) na pierwszym planie, a kiedy patrzyłam przed siebie, widziałam inne okoliczne miejscowości z górskim łańcuchem w tle, zaczynającym się od Monte Lema (link) a kończącym na Monte Tamaro.


Droga zaprowadziła mnie do frakcji San Pietro, biorącej swą nazwę od kościoła parafialnego. Tu mogłam z bliska popatrzeć na urocze wille i zgrabne domki, otoczone ogrodami pełnymi kwitnących krzewów kamelii, ozdobione bujnymi festonami glicynii z mnóstwem fioletowych kiści. Podczas tego spaceru zatoczyłam spory łuk u podnóża góry i znów znalazłam się w Calde, miejscu, gdzie rano rozpoczęłam wędrówkę. Tym razem poszłam nad brzeg jeziora, ponieważ chciałam obejrzeć z bliska nieczynne wapienniki, znajdujące się u stóp skały. Podobne piece można często zobaczyć w wielu okolicznych miejscowościach nad Lago Maggiore oraz Lago di Lugano; obecnie nieczynne, nadal pozostają interesującym świadectwem przeszłości.




Jeśli o mnie chodzi, zawsze podziwiałam ich estetykę i harmonię budowy, smukły kształt zakończony czerwonawym wylotem, z daleka nieodmiennie kojarzył mi się z młodymi grzybami, które dopiero co wychynęły z leśnego poszycia. Niestety, brama wiodąca na teren wapienników była zamknięta. Wiele pomniejszych budynków na terenie fabryczki nosiło ślady działań artystycznych okolicznych miłośników street - artu, jednak nie wydawało mi się właściwym pójście w ich ślady i forsowanie ogrodzeń, tym bardziej, że na bramie widniała tablica, głosząca, iż jest to teren prywatny a wstęp osobom postronnym surowo zabroniony. Pocieszyłam się możliwością obejrzenia z bliska zabytkowej wieży obserwacyjnej, uczepionej do przybrzeżnej skały. Wyglądało na to, iż wieżę (podobno wzniesioną w późnym średniowieczu) wielokrotnie rekonstruowano, jednak mimo wszystko, była to jedna z niewielu pozostałości dawnych fortyfikacji.


Już po moim wyjeździe z Włoch, w internecie znalazłam informację, że grupa młodych ekologów postanowiła oczyścić i uporządkować teren wapienników, który widziany z bliska był obrazem nędzy i rozpaczy. Skutkiem tych działań przybyły nowe murale a zniknęły śmieci zalegające tam od wielu lat. Szkoda, że już nie mogłam tego zobaczyć! Jednak ku mojej wielkiej radości na You Tube trafiłam na świetny filmik zrobiony za pomocą drona, który bardzo ładnie pokazuje nie tylko niezwykle ciekawą strukturę wzniesienia, ale także same wapienniki i zdobiące je murale. Jak widać, tony odpadków zniknęły a całość, z miejsca opuszczonego i okrutnie zdegradowanego, stała się ciekawym przyczynkiem do historii lombardzkiego przemysłu, zyskując status parku archeologicznego. Poniżej zamieszczam link do tegoż filmu a pod nim dla porównania inny, obrazujący stan przed rewitalizacją terenu. Co prawda w drugim filmie dziewczyna oprowadzająca po terenie mówi po włosku, ale obraz mówi sam za siebie.

czwartek, 30 listopada 2017

Lombardia. Triangolo Lariano - Monte Palanzone.



Monte Palanzone ma wysokość 1440 m n.p.m. i  po Monte San Primo jest to drugi co do wysokości szczyt w obrębie Triangolo Lariano. Choć wznosi się niemal centralnie na sporym obszarze pomiędzy odnogami jeziora, dzięki tej wysokości nieźle go widać podczas rejsu statkiem. Po raz pierwszy zobaczyłam to wzniesienie, kiedy zamieszałam w Caslino d'Erba, małej wiosce leżącej na zboczu Prealp. Podczas pogodnych, wiosennych dni,  ponad masywną, zalesioną sylwetką góry Capanna Mara, wysoko, wysoko, niczym zielony trójkąt na błękitnym niebie, rysował się jego trawiasty wierzchołek. Niejednokrotnie, kiedy słońce świeciło szczególnie ostro, mogłam dostrzec na nim coś, co jak sądziłam, jest krzyżem, jakich sporo można spotkać w lombardzkich górach.


Pewnego razu, podczas rozmowy ze starszą panią, mieszkanką wioski, dowiedziałam się, iż to nie krzyż lecz "monumento" czyli pomnik. Pani dodała jeszcze parę zdań na jego temat, ale moja (wówczas dość ograniczona) znajomość języka włoskiego, nie pozwoliła mi zrozumieć co to za pomnik a także kto i dlaczego go wzniósł. Jednak nasza rozmowa zasiała w mojej głowie ziarno ciekawości, więc nawet kiedy wyjechałam z Caslino i zamieszkałam w Limbiate, miejscowości położonej bliżej  Mediolanu, od czasu do czasu wspominałam ów widok. Niejednokrotnie też mogłam oglądać tę górę podczas podróży statkiem z Como do Bellagio i zawsze przy tej okazji wypatrywałam interesującej mnie budowli na jej szczycie. Czasem wydawało mi się, że widzę tam coś na kształt białego przecinka, jednak duża odległość i znaczna wysokość nie pozwoliły mi dostrzec nic, co dało by mi jakieś szersze pojęcie na ten temat.  Sprawa się wyjaśniła, kiedy wpadła mi w ręce lokalna gazetka, gdzie ktoś pisał o swojej wycieczce na tę górę i zmieścił zdjęcie pomnika; okazało się, że jest to mała kapliczka w kształcie smukłej piramidy otoczonej niskim murkiem, wzniesiona z szarawego, ciosanego kamienia. Wtedy zaświtał mi pomysł aby wybrać się tam na wycieczkę, jednak nie miałam pojęcia jak tam dotrzeć. Cały pomysł zaczął się materializować kiedy weszłam w posiadanie książki z opisem szlaków o obrębie Triangolo Lariano; dzięki niej mogłam planować moje wyprawy nie narażając się z góry na porażkę.


Dzięki temu artykułowi udało mi się rozwiązać dręczącą mnie zagadkę, jednocześnie jeszcze bardziej zaostrzyło to mój apetyt na wędrówkę śladami jego autora. Kilkakrotnie miałam okazję być na Piano del Tivano, rozległym płaskowyżu, położonym pomiędzy Monte San Primo i Monte Palanzone w samym sercu Triangolo Lariano. Powszechnie uważa się, że nazwa płaskowyżu pochodzi od "il Tivano" porannego wiatru, jaki tu wieje z północnego wschodu, choć są na ten temat również inne, mniej romantyczne teorie. Jest  to ulubione miejsce rekreacji i pikników, więc w weekendy można tam spotkać sporo ludzi, ale w dni powszednie niepodzielnie panuje cisza i spokój. Dla mnie ta okolica przedstawiała się szczególnie atrakcyjnie u progu jesieni, kiedy lasy i trawy zaczynały płowieć a głogi i jarzębiny stroiły się w złote liście i czerwone korale.


Uwielbiałam te wędrówki, zwłaszcza kiedy kończyło się lato a upał przestawał dokuczać. Ciągnęło mnie wtedy w wyżej położone rejony lecz wiedziałam, że taka wycieczka może skończyć tym, iż ucieknie mi jedyny autobus powrotny a to by oznaczało przymusowy nocleg w schronisku i nieobecność w pracy następnego dnia. W takich wypadkach żałowałam, że nie mam prawa jazdy,  co dałoby mi możliwość swobodnego poruszania się po okolicy. Oczywiście mogłabym zanocować na miejscu i rano ruszyć na wyprawę, jednak musiałabym mieć dwa kolejne dni wolne, co raczej mi się nie zdarzało. Doroczny urlop także nie wchodził w grę, ponieważ w tym czasie moim jedynym celem był powrót do domu, do Polski, więc nie w głowie były mi góry, nawet najpiękniejsze i najbardziej wymarzone.  Dopiero kiedy lepiej poznałam Carla, pielęgniarza pracującego w tej samej placówce co ja, mogłam pomyśleć o realizacji planu wejścia na Monte Palanzone. Okazało się, że Carlo jest wytrawnym, górskim łazikiem i choć jego ulubionym regionem była Val d'Aosta, udało mi się namówić go na tę wyprawę. Była to transakcja wiązana -  ja miałam mu towarzyszyć na Monte Jafferau (pisałam o tym tutaj ) a w zamian za to mieliśmy wybrać się we wskazane przeze mnie miejsce. Skorzystałam na tym podwójnie, bo nie tylko miałam okazję podziwiać piękne okolice Aosty i Bardonecchii, ale wreszcie zobaczyłam miejsce tak bliskie lecz mimo to dla mnie niedostępne. W sumie ta wycieczka była zrobiona nieco na siłę, ponieważ prognoza pogody nie nastrajała optymistycznie, jednak na przestrzeni kilku tygodni był to jedyny wspólny dzień wolny w naszych grafikach, więc nie mieliśmy wielkiego wyboru, tym bardziej, że lato miało się ku końcowi.



Wczesnym rankiem wyjechaliśmy z Saronno, gdzie wtedy mieszkałam i pojechaliśmy w stronę Como, później dalej, do Nesso, skąd droga ostro pnie się w górę, aż osiąga Piano del Tivano. Przejechaliśmy cały płaskowyż z zachodu na wschód i zatrzymaliśmy się w miejscu zwanym Colma di Piano. Pisałam o nim przy innej okazji, kiedy relacjonowałam moją wycieczkę na  Muro di Sormano, znany z trudności odcinek wyścigu rowerowego Giro di Lombardia. Meta etapu jest tam, gdzie my rozpoczęliśmy naszą wędrówkę, tuż obok niewielkiego obserwatorium astronomicznego (o wizycie tamże napiszę na końcu posta). Nasza wątła nadzieja na poprawę pogody okazała się niestety złudna; co prawda słońce próbowało wyglądać z zasłon foschii, ale mimo to widoczność była marna, co nie rokowało nadziei na podziwianie głębi pejzażu.



Pocieszałam się tym, że tę okolicę widziałam z góry nie raz a moim celem było przede wszystkim  zobaczenie  z bliska  pomnika  na   szczycie.   Początkowo  szliśmy  przez  las, wygodną i szeroką gruntową dróżką, która dość  szybko  zmieniła  się w stromą, betonową  rampę  z  ukośnymi  żłobkowaniami.  Dzięki  nim ów  odcinek  drogi można  przebyć  przy każdej  pogodzie lecz według  mnie, wyglądało to  dość  barbarzyńsko.  Zdawałam  sobie  sprawę,  iż  deszcz  zamieniłby  tę  ścieżkę  w błotnisty strumyk  nie do przebycia, mimo to z uznaniem myślałam o dawnym, dobrym obyczaju brukowania podobnych ścieżek  zgrabnymi  otoczakami,  co  z pewnością  było  bliższe  naturze.  W  okolicznych   górach  są  niezliczone  kilometry dawnych  mulatier, kamienistych,  brukowanych  ścieżek,  po  których  poruszali  się  niegdysiejsi  mieszkańcy gór i ich zwierzęta. Obecnie nikomu takie prace nie są w głowie, więc idzie się na łatwiznę i w szczególnie newralgicznych miejscach  zalewa  ścieżki betonem. Przeszliśmy jeszcze kilkaset metrów; las zaczął rzednąć, dalej towarzyszyły nam coraz mniej liczne drzewa, dziwacznie poskręcane buki o gładkiej, szarej korze, wysmukłe brzozy oraz rozłożyste jarzębiny, przyciągające wzrok złotym kolorem liści i pękami szkarłatnych owoców.



Tak jak poprzednio każde z nas szło w swoim rytmie - Carlo, jak przystało na starego stażem piechura maszerował długim krokiem, znacznie mnie wyprzedzając a ja spokojnie i bez pośpiechu szłam sobie z tyłu, rozglądając się i robiąc zdjęcia. Mimo słabej widoczności okolica wyglądała atrakcyjnie, mogłam też do woli podziwiać "duchy gór" jak nazywałam wzniesienia tonące w mglistym oparze, gdzie kolory i sylwetki szczytów zaledwie majaczyły, co sprawiało, że raczej trzeba było się ich domyślać, niż oglądać rzeczywisty obraz. Jednak to mi to nie przeszkadzało - te szaro - perłowe zasłony wciąż się przemieszczały, dając różne nieoczekiwane efekty, co starałam się utrwalić na zdjęciach. Byliśmy na wysokości ponad 1100 m, więc od czasu do czasu napływały chmury i pochłaniały nas wraz z pejzażem. Droga na Monte Palanzone prowadzi grzbietem długiego wzniesienia o kilku pomniejszych wierzchołkach, tak więc mieliśmy do pokonania kolejno: Monte Cippei, Monte Falo', Monte Croce, Monte Pianchetta i Monte Bul. Wdrapywaliśmy się na te szczyty, schodziliśmy w dół i tak górka za górką, zbliżaliśmy się do celu.


Szczerze mówiąc, nie wzbudziło to we mnie nadmiernego entuzjazmu i z pewnością wolałabym iść cały czas pod górę. Ścieżka, którą szliśmy była dobrze ubita i dość wygodna, prowadziła wśród wielkich kęp szorstkiej trawy, gdzie po drodze napotkaliśmy kilka ogromnych grzybów, podobnych do kani. Nie miałam ochoty sprawdzać na własnej skórze czy przypadkiem nie są one muchomorami sromotnikowymi, więc pozostawiłam je w spokoju.
Po drodze natrafiliśmy na niewielki pomnik kształcie pięcioboku, poświęcony pamięci żołnierzy wojsk powietrznych, którzy w tym miejscu zginęli w tragicznym wypadku. Stało się to wiosną 2005 roku, podczas ćwiczeń grupy ratowników, mających za zadanie podejmowanie z ziemi ofiar nieszczęśliwych zdarzeń. Niestety, helikopter, którym lecieli rozbił się i cała piątka zginęła, ocalał jedynie pozorant pełniący rolę rannego, chwilę wcześniej opuszczony na ziemię... Podobno bezpośrednią przyczyną tej tragedii był nagły, boczny podmuch wiatru, przez co helikopter stracił sterowność i runął na ziemię. Razem z Carlem poprawiliśmy porozrzucane przez wiatr kwiaty leżące u stóp pomnika, zapaliliśmy niedopalone znicze i po chwili zadumy ruszyliśmy w dalszą drogę.



Do celu wędrówki było już niedaleko - przed nami widniał szczyt Monte Palanzone i wzniesiony tam monument. Podchodziliśmy do niego od strony północnej; ponieważ wejście znajduje się od południa aby zajrzeć do  jego wnętrza musieliśmy okrążyć długi, niski murek, jaki go otacza.
Z tabliczki przymocowanej na furtce dowiedziałam się, że kaplicę wzniesiono pod wezwaniem Redentore (Odkupiciela) a zbudowała ją w 1900 roku młodzież z Como, zrzeszona w Circolo Educativo Alessandro Volta. Ta organizacja również ma ciekawą historię - otóż założono ją w 1883 roku przy męskim oratorium San Filippo Neri a jej celem było wychowywanie młodych chłopców w duchu chrześcijańskim i patriotycznym, poprzez działalność edukacyjną, sportową i kulturalną. Jednym z efektów tych działań było powstanie kaplicy a ponieważ koło przestało istnieć w 1973 roku, opiekę nad monumentem przejęli lokalni członkowie CAI, którzy dwukrotnie wykonali tam prace renowacyjne o czym również mówi tablica. Kaplica zwykle jest zamknięta (do środka można zajrzeć przez niewielki otwór) jednak zgodnie z tradycją, podczas swych świąt członkowie Klubu oraz byli żołnierze, niegdyś odbywający służbę w Korpusie Alpejskim, przybywają  na Monte Palanzone aby wspólnie uczestniczyć we mszy odprawianej z tej okazji. Kaplica jest skromna, ale  jak to zwykle w Prealpach, bardzo zadbana. Osobiście zawsze wysoko ceniłam tę cechę lombardzkich górali, którzy z pietyzmem traktują podobne pamiątki. Mają na to nie tylko czas, ale i ochotę, co jest niezmiernie budujące, gdyż dzięki temu chronią od zapomnienia bezcenne elementy lokalnej historii i kultury.



Niemal jednocześnie z nami na szczyt przyszła kilkuosobowa grupa pań i panów w naszym wieku, więc pogawędziliśmy przez chwilę na temat tras i okolicznych ciekawostek. Ponieważ zbliżało się południe,  przysiedliśmy na murku aby zjeść nasz posiłek. Kiedy tak odpoczywaliśmy przed drogą powrotną, zaczęło nieco wiać, niebo na chwilę się rozjaśniło, dzięki czemu daleko w dole mogliśmy zobaczyć błękitną taflę jeziora Como. Miałam nadzieję, że mimo wszystko ten wiatr poprawi widoczność, jednak stało się inaczej ponieważ jak na złość przygonił on gęstą chmurę, która spowiła szczyt wraz z nami. Żałowałam, że nie mogłam popatrzeć na leżącą nieopodal górę Capanna Mara, gdzie byłam parę lat wcześniej wraz z Graziellą, koleżanką z pracy ( tą samą, która mi towarzyszyła w wycieczce na Corni di Canzo). Wtedy też pogoda nie dała nam szans, bo choć dzień był bardzo ciepły, to wilgotne powietrze nie pozwalało na podziwianie okolicy w całej jej krasie. Ponieważ zasadniczy cel naszej wycieczki został osiągnięty a pomnik obejrzany i sfotografowany, pozostało nam jedynie wrócić do punktu wyjścia, czyli na parking nieopodal obserwatorium. Tym razem droga nie wydawała mi się tak nużąca, być może dlatego, iż wiedziałam czego się spodziewać. Kiedy dotarliśmy na Colmę było dość wcześnie, więc nie musieliśmy śpieszyć się z odjazdem. Postanowiłam pokręcić się nieopodal obserwatorium i zrobić parę zdjęć. Ponieważ na tarasie stał jakiś pan, zapytałam, czy nie ma nic przeciwko temu, żeby znaleźć się na jednym z nich. Zgodził się bez ceregieli,  przy okazji przedstawiliśmy się sobie i wdaliśmy w pogawędkę. Pan powiedział mi, że ma na imię Valter i jest astronomem- amatorem prowadzącym badania kosmosu. Carlo także przyłączył się do rozmowy, więc obydwoje usłyszeliśmy wiele interesujących rzeczy na temat obserwatorium, po czym Valter zaprosił nas do środka, abyśmy mogli popatrzeć przez teleskop ustawiony do śledzenia aktywności słońca.


Nigdy nie zapomnę niesamowitego wrażenia, jakie mnie ogarnęło na widok ogromnej, ognistej, pomarańczowej masy od której odrywało się coś na kształt płonących, strusich piór. Nie mogłam uwierzyć, że bez zmrużenia oczu patrzę na gorejącą kulę Słońca; było to fascynujące i straszne jednocześnie, zjawisko niemal poza wszelkim zrozumieniem...

Widziałam coś podobnego w telewizji, jednak tym razem  nie był to martwy, powtarzalny obraz, bo działo się to na moich oczach, choć miałam świadomość, że zważywszy na miliony kilometrów odległości, ów widok dociera do mnie z pewnym opóźnieniem.
W obserwatorium  można zobaczyć fragmenty meteorytów oraz ciekawe zdjęcia, wykonane przez astronomów podczas pracy. Kupiłam sobie jedną z odbitek, przedstawiającą narodziny nowej gwiazdy; Valter opowiedział nam w skrócie, jak wygląda takie zjawisko, co uznałam za niezmiernie inspirujące. Jednak jeszcze większy mój podziw wzbudził sam fakt powstania tego obiektu, wzniesionego dzięki  stowarzyszeniu Gruppo Astrofili Brianza (astrofil to astronom - amator, Brianza zaś jest krainą leżącą na północ od Mediolanu) którego członkowie prowadzą stąd obserwację nieba a przede wszystkim asteroid i komet. Mają zresztą bardzo duże osiągnięcia na tym polu i każdy z nich ma na swym koncie wiele nowo odkrytych obiektów (sam nasz rozmówca, Valter Giuliani, odkrył ich dwadzieścia dwa, cztery samodzielnie a osiemnaście we współpracy z innymi obserwatorami o czym mówi Wikipedia). Jest to doprawdy piękne i budujące, że ludzie poświęcają swe starania dla wyższego celu, nie szczędząc nań sił, czasu i pieniędzy...


Oprócz pracy stricte naukowej, stowarzyszenie zajmuje się popularyzacją astronomii i organizowaniem programów edukacyjnych ciekawych imprez dla dzieci i młodzieży a także grupowych obserwacji zjawisk zachodzących na niebie. Te propozycje trafiają na podatny grunt, pamiętam, jakie ogromne zainteresowanie wzbudziła we Włoszech "luna rossa" czyli zaćmienie superksiężyca. Ja mogłam ogadać to zjawisko z tarasu domku w Limbiate, gdzie wówczas mieszkałam, ale wiem, że wiele osób pojechało wtedy w góry, między innymi na Colmę, ponieważ widoczność jest tam o wiele lepsza. Mimo wszystko ja też byłam zadowolona, gdyż noc była pogodna a okoliczne światła nie przeszkadzały w obserwacji. Był to naprawdę niezwykły widok; księżyc najpierw zmienił barwę na czerwoną a później, kiedy nasunął się na niego cień Ziemi, zaczął  przypominać rozżarzoną bryłkę węgla z wolna pokrywającą się popiołem. Inna okazja do zbiorowych obserwacji nieba jest w połowie sierpnia podczas "nocy San Lorenzo" kiedy to we Włoszech można zobaczyć deszcz spadających gwiazd. Przy takiej okazji urządza się wyprawy w gronie przyjaciół w góry lub za miasto, prawdziwe nocne, astronomiczne pikniki, połączone z konsumpcją przywiezionych produktów.
Włosi pod tym względem są niezrównanymi kompanami, potrafiącymi świetnie bawić się w każdej sytuacji, kochającymi tradycję i ceniącymi poczucie wspólnoty. Miałam dużo szczęścia, bo podczas moich wędrówek wielokrotnie zdarzyło mi się spotkać fantastycznych ludzi, otwartych i pomocnych, którzy wbrew obiegowej opinii o ich niechęci do cudzoziemców, nigdy nie dali mi odczuć, że traktują mnie z rezerwą. Dzięki temu, wiele przypadkowych spotkań, jak chociażby to z astronomem Valterem, stało się dla mnie okazją do zobaczenia różnych ciekawych rzeczy albo zdobycia interesujących i użytecznych informacji.


Więcej zdjęć z tej wycieczki i nie tylko (dodałam tu również zdjęcia Monte Palanzone, jakie zrobiłam idąc trasą wyścigu "Muro di Sormano" a także płynąc statkiem po Jeziorze Como na wysokości Torno) można zobaczyć pod linkiem>