Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

niedziela, 4 listopada 2012

Piemont. Fort Foens i Monte Jafferau.

Pierwsza wyprawa


Valle di Susa




















Tę wyprawę zawdzięczam Carlowi. Carlo, mój kolega po fachu (pracowaliśmy w tym samym domu opieki) zwierzył mi się kiedyś, iż ma marzenie, którego nie może zrealizować od z górą dwudziestu lat, ponieważ ciągle coś staje na przeszkodzie jego zamiarom.  Opowiedział mi o okolicach Bardonecchi, gdzie w rejonie graniczącym z Francją można zobaczyć stare forty pochodzące z końca XIX wieku, które były wykorzystywane również w czasie I i II wojny światowej. Niektóre z nich są nieźle zachowane, zaś z innych pozostały jedynie ruiny.  Mówił też, że jako młody chłopak był kilkakrotnie w tamtych stronach  na swoim ukochanym motocyklu, lecz mimo to, nigdy nie udało mu się dotrzeć do fortu Jafferau, którego ruiny można oglądać na szczycie góry noszącej tę samą nazwę. Znając moją pasję do wycieczek, zaproponował mi wspólny wypad. Muszę przyznać, że podeszłam do tej propozycji z odrobiną rezerwy.

 Monte Jafferau znajduje się w rejonie niezbyt oddalonym od  Aosty, więc widziałam podobne  góry podczas podróży do Courmayeur, miasteczka leżącego u podnóża Mont Blanc. To nie Prealpy ze swoimi wzniesieniami, które w większości mają nieco ponad 1000 m, lecz prawdziwe góry, liczące sobie ok. 3000 m. Dotychczas nie zdarzyło się abym chodziła tak wysoko, jednak Carlo zapewnił mnie, że nie ma mowy o  wspinaczce wymagającej profesjonalnego przygotowania, i mimo znacznej wysokości chodzi o spokojny trekking,  wyłącznie po wytyczonych szlakach. Mimo to, obawiałam się reakcji mojego organizmu na tę (dość przecież znaczną) wysokość. Nie bez znaczenia był też fakt, iż dotychczas zawsze chodziłam sama, w moim rytmie. Carlo to rosły mężczyzna, były alpejski  żołnierz, więc obawiałam się że  wspólna wyprawa może okazać się kompletnym fiaskiem z mojej winy, gdyż nie podołam kondycyjnie takiemu wyzwaniu. Dodatkowo stropił mnie opowiastką o tym, jak  to swego czasu wybrał się w tamte strony ze sporo młodszym od siebie kolegą. Kolega poczuł się źle, prawdopodobnie z powodu zwyżki ciśnienia (co poskutkowało swego rodzaju psychozą ) więc rozczarowany Carlo wrócił z nim do domu, nie osiągnąwszy celu wyprawy. Jednak nad tymi obawami i wątpliwościami przeważyła moja żądza przygód, oraz nieodparta chęć sprawdzenia własnych możliwości.  Carlo postanowił, że na początek wybierzemy się szlakiem  powyżej Bardonecchii, wiodącym do niewielkiego, sztucznego jeziora Rochemolles, jakie powstało po przegrodzeniu zaporą górskiej rzeki. Bladym, lipcowym świtem, około czwartej nad ranem, wsiedliśmy do samochodu aby wyruszyć autostradą w stronę Turynu.
Valle di SusaPóźniej była Aosta, Susa i wreszcie Bardonecchia. Zaczął siąpić drobny  deszczyk, więc wypiliśmy w barze po kawie z "prądem" i jednogłośnie postanowiliśmy, że nie damy sobie zepsuć dnia. Jak się okazało, była to dobra decyzja, bo deszczyk wkrótce powędrował gdzie indziej. Carlo, który przejął kierownictwo naszej dwuosobowej wycieczki oznajmił, że daje mi wolną chwilę na obejrzenie miejscowego deptaka, a on w tym czasie " skoczy po coś do zjedzenia". Kiedy wrócił, znów wsiedliśmy do samochodu i wyjechaliśmy z miasta drogą prowadzącą wzdłuż rzeki. Po przejechaniu kilku kilometrów, zostawiliśmy samochód przed malowniczym domostwem i poszliśmy bitym traktem biegnącym po zboczu góry. Po następnych kilku kilometrach porzuciliśmy tę drogę aby dalej pójść wąską, lecz wygodną ścieżką.

  Muszę wyznać, że mimo nie najlepszej pogody ( niebo ciągle było zachmurzone ), widoki jakie miałam przed oczami w pełni potwierdzały to, co wcześniej mówił mi Carlo. Piękne, zielone stoki gór, poprzecinane spływającymi strumykami  i niewielkimi kaskadami, z widocznymi tu i ówdzie skałami, cieszyły oczy. Na tym tle   pojawiały się większe i mniejsze chmury, niczym białe kłębki waty. Byłam pod wrażeniem łanów kwitnących ziół, i niezwykle bujnej trawy. Po pewnym czasie doszliśmy do niewielkiej, zabytkowej kapliczki, z bardzo dobrze zachowanymi malowidłami przedstawiających świętych i pustelników. Tu Carlo postanowił, że  opuścimy dłuższą lecz wygodną ścieżkę wiodącą do zapory, i przejdziemy na drugą stronę doliny aby wspiąć się na zbocze po innej ścieżce, przypominającej schody wyżłobione w  (jak mi się zdawało) prawie pionowej ścianie. Już po pierwszych metrach myślałam że wyzionę ducha zanim dotrę na górę. Przypomniał mi się  kolega Carla i jego problemy, lecz pomyślałam że jako dumna Polka za nic się nie poddam. Wzięłam się mocno w garść aby zapanować nad oddechem i trzęsącymi się nogami, po czym nieco wolniej ale zdecydowanie, ruszyłam w górę. Carlo od czasu oglądał się żeby sprawdzić moje postępy, a widząc jak nie daję za wygraną oznajmił mi na pociechę, że kiedy dojdziemy na górę przekonam się, iż było warto zadać sobie ten trud. Istotnie, kiedy dotarliśmy do szczytu zapory zobaczyłam śliczne, niewielkie jeziorko o szmaragdowej wodzie. Poszliśmy dalej jego brzegiem, a ja nie mogłam się nacieszyć widokiem przepięknej, bujnej łąki, pełnej kwitnących kwiatów. Nieopodal spotkaliśmy pasterza pilnującego stada 
Valle di Susakrów, który przemówił do nas w lokalnym dialekcie. Na szczęście Carlo w przeciwieństwie do mnie zrozumiał o co chodzi, i przetłumaczył mi jego wypowiedź na włoski. Okazało się, że w nocy, dwa dni wcześniej, przeszła tam  gwałtowna burza i trąba powietrzna przewróciła  prowizoryczne domostwo pasterza wraz z nim w środku. Istotnie, nieopodal zobaczyliśmy dużą, drewnianą przyczepę przypominającą wóz Drzymały, leżącą na boku. Na szczęście, jak się okazało nie ucierpiało ani stado, ani jego pasterz. Nieco dalej zobaczyliśmy inne świadectwo mówiące o tym, jak niebezpieczne może być załamanie pogody w górach. Był to mały krzyż i płyta wyglądającą niczym niewielki nagrobek. Pasterz powiedział nam, że w tym miejscu zginął od pioruna piętnastoletni chłopiec. Mimo iż miało to miejsce ponad sześćdziesiąt lat temu nie zaginęła pamięć o tym zdarzeniu, o czym świadczył  odnowiony napis, którego litery były chyba  tak wyraźne, jak w chwili powstania.


Carlo powiedział mi, że nieco dalej znajduje się inne miejsce gdzie upamiętniono  tragiczny wypadek kiedy to w latach trzydziestych lawina pogrzebała oddział żołnierzy przebywający tu na zimowych  ćwiczeniach. Idąc w górę rzeki dotarliśmy do tego pomnika,  będącego częścią ołtarza polowego wzniesionego przez członków Koła Alpejskiego z Bardonecchii. Mimo całego szacunku dla zmarłych, Włosi nie mają zbytnich zapędów do martyrologii, więc z tyłu za ołtarzem jest miejsce ze stołami i ławami, gdzie można pokrzepić nadwątlone siły, nie brakuje również  kuchni polowej, zbudowanej z płaskich kamieni.
 I tu Carlo pokazał co potrafi! Wysłał mnie powodę do strumienia, nakazał nakryć do stołu i cierpliwie czekać. Jako pierwsze danie zaserwował risotto, a następnie wziął  się za pieczenie kiełbasek i opiekanie befsztyków na  kamiennym, prowizorycznym grillu. Nie ukrywam, że był to jeden z najsmaczniejszych posiłków w moim życiu. Nie jestem mięsożerna, ale kotlety i kiełbaski wraz ze świeżym chlebem i czerwonym, wytrawnym winem, to było to! Ponieważ poprawiła się pogoda i wyjrzało słońce, Carlo postanowił się poopalać, a ja poszłam wzdłuż rzeki, w głąb doliny. Po drodze wielokrotnie spotykałam  chmary dziwnych motyli. Były niezbyt duże i większości miały kolor niebieski, lecz niektóre były prawie czarne, a inne  beżowo- perłowe. Zaskoczyło mnie to, że nie siadały na kwiatach, lecz na wilgotnej  ziemi lub w błocie. Próbowałam je fotografować, i mimo iż były bardzo płochliwe, udało mi się zrobić im parę zdjęć. Niestety, czas wyznaczony mi przez Carla  szybko minął, i musieliśmy pomyśleć o powrocie. 
Valle di Susa
Tym razem poszliśmy szerokim, wygodnym, utwardzonym traktem (jak się okazało można tam również  przyjechać samochodem terenowym ). Ta droga  okazała się o wiele dłuższa, lecz dopiero teraz, schodząc w dół, bez stresu i w blasku słońca, mogłam w pełni cieszyć się pięknem tego miejsca. Carlo puścił się przodem, a ja zatrzymywałam się co chwilę aby podziwiać pejzaż i robić zdjęcia. Późnym popołudniem dotarliśmy do miejsca gdzie zostawiliśmy samochód. Byłam bardzo zadowolona z siebie, że jednak stanęłam na wysokości zadania. Myślę, że Carlo umyślnie popędził mnie tą "kozią percią" żeby sprawdzić czy mam w sobie ducha bojowego i można się ze mną wybrać na trudniejsze wycieczki. Po wyjeździe z Bardonecchi czekały nas jeszcze trzy godziny jazdy autostradą, więc do domu dotarłam dobrze  po zapadnięciu zmroku.

 Więcej zdjęć z tej wycieczki można zobaczyć w albumie>https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5448526023721084721

Druga wyprawa.

Po moim pomyślnie zdanym egzaminie na alpejskiego łazika, umówiliśmy się z Carlem na właściwą wyprawę, której celem miał być fort Jafferau. I znów bardzo wczesnym rankiem wyjechaliśmy autostradą w stronę Turynu, i dalej w Dolinę Suzy, a po kilku godzinach byliśmy w Bardonecchi. Wypiliśmy poranną kawę i pojechaliśmy kilka kilometrów do parkingu, gdzie zostawiliśmy samochód aby rozpocząć naszą pieszą wędrówkę. Pierwszy, kilkukilometrowy odcinek drogi, to łatwy, dość szeroki, bity trakt, który spokojnie można pokonać nieco bardziej wytrzymałym samochodem,  biegnący po zalesionym zboczu Monte Jafferau. Pokonując go, po prawej stronie mogłam podziwiać wspaniałą panoramę Alp, a ponieważ  Valle di Susatym razem pogoda naprawdę dopisała, ciepły dzień i piękne niebieskie niebo z białymi obłokami zapewniały mi wrażenia  trudne do  opisania. Carlo, tak jak poprzednio zostawił mi wolną rękę i raźno maszerował przodem, długim krokiem wytrawnego piechura. Ja z tyłu, szłam  w moim tempie, robiąc zdjęcia i podziwiając widoki. Kiedy zatrzymaliśmy się na chwilę przy źródle aby zrobić zapas wody, Carlo pokazał mi leżący przed nami odległy wierzchołek góry. Przyznam się, że trochę zwątpiłam w swoje możliwości, gdyż wydawało mi się, iż jest on niesłychanie daleko. Później niejednokrotnie myślałam o tym, co bym wtedy zrobiła, gdybym wiedziała że ta widoczna  część to tylko "wierzchołek góry lodowej" i jest to zaledwie połowa drogi, gdzie znajduje się pierwszy fort, zwany Foens. Pewnie poszłabym dalej, ale  sądzę, że moje morale uległoby częściowej destrukcji... Po przejściu jeszcze kilku kilometrów dotarliśmy do  fortu, a właściwie jego ruin. 

Obejrzeliśmy tam resztki stajni gdzie trzymano muły niezbędne do transportowania ciężarów, pomieszczenia dla żołnierzy (stały tam jeszcze zardzewiałe szkielety metalowych łóżek) i betonową rampę, na której swego czasu  umieszczone były działa. Na  wysokości fortu Foens kończyła się linia lasu, po lewej stronie  wznosił się  szczyt góry o trawiastych zboczach, a poniżej rozciągała  Dolina Suzy. Widzieliśmy stąd dużą część drogi, jaką przybyliśmy do Bardonecchii. Kiedyś ten fort  panował nad całą doliną, a wojska nieprzyjacielskie które znalazły się w zasięgu jego dział, musiały być w niemałym kłopocie. Po obejrzeniu różnych zakamarków postanowiliśmy zatrzymać się na niedługi postój. Tym razem żeby nie tracić czasu nie bawiliśmy się w kucharzenie. Szybko zjedliśmy nasz suchy prowiant i znowu wyruszyliśmy w drogę. Pierwszy odcinek był bardzo  stromy i Valle di Susaprowadził prosto w górę, lecz na szczęście dość szybko ścieżka zaczęła wspinać się serpentyną, co sprawiło, że droga stała się łatwiejsza. Ponad nami wznosił się szczyt, który pięknie się odcinał na tle błękitnego nieba. Po cichu liczyłam na to, że kiedy tam wreszcie dojdę, zobaczę  fort. Niestety, rzeczywistość zakpiła z moich oczekiwań... Wierzchołek przede mną to nie był właściwy szczyt góry, lecz pierwszy z wielu garbów w łańcuchu, którego końca nie było widać. Miałam go po lewej stronie, a na wprost był drugi,  podobny, górski grzbiet, przypominający koguci grzebień. Łączyły się one ze sobą tworząc głęboką nieckę. Daleko w dole pasły się stada owiec, więc od czasu do czasu z wiatrem docierało do mnie ich beczenie i dźwięk dzwoneczków. Na tym drugim zboczu można było dostrzec białą nitkę dawnej, wojskowej drogi. Byliśmy już na wysokości znacznie  przekraczającej 2500 metrów, lecz  ku mojej radości  nie dawała mi się ona we znaki, jak się tego początkowo obawiałam. Wzdłuż ścieżki spotykałam wdzięczne alpejskie kwiaty, które w Polsce można zobaczyć w ogródkach skalnych a tu, w swoim naturalnym środowisku wyglądały one naprawdę urzekająco.

 Szłam przed siebie wąziutką ścieżką, wiatr gwizdał mi w uszach, i wydaje mi się  że wpadłam w swego rodzaju trans. Po raz pierwszy na własnych nogach weszłam tak wysoko, i myślę że dopadł mnie "górski bakcyl". Być może, jest to swego rodzaju narkotyk, taki stan euforii spowodowany wysokością i rozrzedzonym górskim powietrzem? Przestałam nawet myśleć o tym, że nie widać końca drogi, i fortu do którego zmierzaliśmy. Wypełniało mnie uczucie całkowitej wolności, czułam się lekka i szczęśliwa. Carlo, który jak zwykle był dość daleko przede mną, nagle zatrzymał się i zaczął gorączkowo machać ręką. Przyśpieszyłam kroku, a kiedy stanęłam obok niego, zobaczyłam ruiny fortu.
  Był to rzeczywiście wspaniały moment i niezapomniana chwila! Beżowo-brązowy wierzchołek góry wyglądał wspaniale na tle nieba o szafirowym kolorze, a na jego szczycie ruiny tworzyły swego rodzaju koronę. Ogarnęło mnie uczucie niesamowitej radości, gdyż nareszcie fort do którego szłam z takim poświęceniem, był prawie na wyciągnięcie ręki mimo iż mieliśmy do przebycia jeszcze około kilometra krętą drogą prowadzącą do ruin. Okazało się, że jesteśmy w dość licznym towarzystwie ludzi, Valle di Susaktórzy przybyli tu jadąc dawną wojskową drogą, samochodami terenowymi,  na rowerach górskich lub motocyklach. Mimo wszystko nie żałowałam wysiłku, jaki włożyłam w dotarcie tam na piechotę. Było to  wspaniałe doświadczenie, a ja wyszłam z tej próby z honorem, więc miałam niemałe powody do zadowolenia. Ruiny fortu widziane z bliska, wyglądały naprawdę imponująco. Poświęciliśmy dość sporo czasu na ich dokładne obejrzenie, jednak  ja najbardziej zachwycałam się krajobrazem, jaki miałam przed sobą; surowym, lecz o przepięknych, pastelowych barwach, które nieustannie się zmieniały. Ponad naszymi głowami przepływały duże, białe cumulusy, rzucające cień na okolicę, sprawiające, iż to co przed chwilą było beżowe czy  zielonkawe, stawało się niebieskie lub granatowe. Po lewej stronie, w oddali, widziałam dolinę ze sztucznym jeziorkiem Rochemolles i zaporę, gdzie byliśmy poprzednim razem. Po prawej, daleko, daleko, była Dolina Suzy,  nieco bliżej widać było fort Foens, maleńki, niczym zbudowany z klocków lego. Był to wspaniały widok i niezapomniany moment, jednak czas mijał nieubłaganie i trzeba było myśleć o powrocie.

 Aby wrócić do Bardonecchi skierowaliśmy się na drogę dojazdową prowadzącą do wyciągów narciarskich, bardzo licznych na północnym stoku góry. W 2006 roku odbywały się tu zawody w ramach Olimpiady Zimowej w Turynie, i w związku z tym powstało  wiele tego typu obiektów. Droga, mimo iż dość szeroka aby mogły nią jeździć samochody, dla nas piechurów okazała się niewygodna i niezbyt atrakcyjna. Spod naszych nóg usuwały się masy kamieni większych i mniejszych, oprócz tego idąc mimowolnie wzbijaliśmy kurz przypominający sypki cement; jedynie widok świstaka stojącego słupka koło swojej norki, nieco mi wynagrodził pieczenie oczu i kręcenie w nosie, spowodowane przez ten uciążliwy pył. Na dodatek, wzdłuż drogi rozciągały się pastwiska, gdzie pasły się duże stada krów. Odkąd sięgam pamięcią, te stworzenia budzą we mnie ogromny lęk, więc całą siłą woli musiałam się powstrzymywać aby nie uciekać, kiedy któraś z nich zaczynała na mnie patrzeć z uwagą. Tłumaczyłam sobie sama, iż bardziej prawdopodobne jest że się przewrócę biegnąc z góry po kamieniach, niż to, że zaatakuje mnie krowa zajęta jedzeniem. Na szczęście pastwiska się skończyły i znów weszliśmy w las. Okazało się, że ta droga jest o wiele krótsza,  więc niebawem stanęliśmy na polanie gdzie nieopodal biło źródło, przy którym rano robiliśmy zapas wody. Tu Carlo znalazł następny skrót, stromą ścieżkę, a ta dość szybko doprowadziła nas do parkingu, gdzie pozostawiliśmy samochód. Słońce miało się ku zachodowi kiedy wyjeżdżaliśmy z Bardonecchi, więc do domu dotarłam już w zupełnych ciemnościach. Mimo około trzydziestu kilometrów w nogach i wielu godzin spędzonych na wysokości niemal 3000 m, nie czułam zmęczenia ani bólu mięśni. Moje pielęgniarskie doświadczenie podpowiedziało mi, że zapewne jest to  zbawienny wpływ czystego górskiego powietrza. Tak, czy inaczej,  był to naprawdę piękny dzień i bardzo udana wyprawa.



Więcej zdjęć>  https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5448540162947696273










14 komentarzy:

  1. Oj, takie zdobycie góry to niezwykła satysfakcja. Pamiętam, jak dawno, dawno temu mąż koleżanki zabrał mnie w góry i na nóżkach musiałam nań wejść. Górka nie była duża, może to raczej pagórek dla zaprawionych wędrowców, ale dla mnie, osoby, która lubi chodzić po płaskim wejście nawet parę schodów stanowi problem. Zostałam wówczas wzięta podstępem i weszłam. Na górze pot ze mnie płynął kaskadą, byłam wściekła na kolegę, ale po rozejrzeniu się wokoło - bajka, było cudownie i choć nigdy więcej nie dam się namówić na żaden pagórek tamte widoki były niezapomniane. A co do wspaniałego posiłku- nie chcąc odejmować umiejętności Carla do jego przygotowania - wiele daje otoczenie, w którym się posiłek spożywa. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja ponieważ urodziłam się w roku kota mam taką nieprzepartą ochotę żeby patrzeć na świat z wysokości i nie ważne, czy to będzie drzewo, wieża czy wzniesienie, ważne żeby się wdrapać na górę. Co do kuchni Carla to jak mówią, najlepszą przyprawą jest głód, lecz mimo to, myślę że Carlo chyba po prostu dobrze wybrał mięso na kotlety, słyszałam też, iż opiekanie na kamieniu daje ten wspaniały efekt że na wierzchu jest ono przypieczone a w środku soczyste. A może po prostu tak jak piszesz, posiłek w górach po przejściu 10 km jaki by nie był, jest wspaniałą ucztą. Również serdecznie Cię pozdrawiam!

      Usuń
  2. niezły z Ciebie piechur :) i dziękuję za wycieczkę w takim doborowym towarzystwie i aurze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama siebie zaskoczyłam... Cieszę mnie że wycieczka się podobała!

      Usuń
  3. Oj Sukienko, tak dobrze Cię rozumiem. Stojąc u podnórza góry często jej ogrom, wielkość są dla nas przerażajace ale kiedy znajdziemy się na szczycie widoki wrazenia są nie do opisania. Ja pamiętam takie widoki z przed 20 lat, z Romanki i Pilska. Zawsze mam ze sobą problem, kiedy trzeba je zostawić i wracać do domu. Pozdrawiam. Alina.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, że wejście na szczyt to niezapomniane uczucie i kto raz tego zaznał, zawsze będzie za nim tęsknił. Również pozdrawiam!

      Usuń
  4. Przeczytałam jednym tchem! I teraz może przyśnią mi się błękitne motyle, wysokie pastwiska, cumulusy nad górskimi graniami. Złapałaś górskiego bakcyla, to niezaprzeczalne - tylko taką diagnozę można postawić po przeczytaniu tej historii :) Tak bardzo znana jest mi ta euforia, niewrażliwość na zmęczenie, jakaś siła, która ciągnie w górę wbrew zdrowemu rozsądkowi czasem. Szczęśliwie miałaś dobrego przewodnika. I jakie to wspaniałe uczucie, gdy można samemu wybierać sobie dowolną ścieżkę, drogę, gdy nie trzeba się trzymać wyznaczonych szlaków (by nie było wątpliwości - doskonale rozumiem ich konieczność w Tatrach).

    Taka wysokość osiągnięta właściwie bez technicznych trudności! To jest naprawdę inna skala wielkości, inne przestrzenie. Rozmach, wielkość, powietrze. Chciałabym kiedyś przejść parę alpejskich szlaków, zobaczyć ten ogrom i przestrzeń na własne oczy. Na razie zostają mi Tatry, które - choć tak niewielkie - mają w sobie jakąś tajemniczą siłę przyciągania.

    I cóż. Dziękuję Ci za tę przepiękną opowieść. Czasem dobrze jest się przenieść w inne miejsce, w inny czas. A opowiadasz tak dobrze, że drzwi do takiej wyimaginowanej wyprawy stoją otworem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego ludzie chodzą w góry? Bo są...Te słowa mówią wszystko! Ponieważ jestem mieszkanką nizin w Polsce nie miałam zbyt wielu okazji żeby chodzić po górach, byłam jedynie w Karkonoszach, Górach Izerskich i Beskidzie Sądeckim. Ale we Włoszech miałam góry na wyciągnięcie ręki więc mogłam z tego do woli korzystać. Pre - Alpy gdzie zwykle chodziłam mimo że bardzo piękne są też dużo bardziej męczące chyba ze względu na ogromną ilość wilgoci w powietrzu. Monte Jafferau ma ponad 2800 m a nie dało mi się we znaki tak, jak 1200 m Monte Bisbino na które się zawzięłam w pochmurny, parny dzień. Ale czym większy wysiłek, tym większa satysfakcja! Cieszę się że moja opowieść Cię zainteresowała, w niedalekiej przyszłości mam zamiar odświeżyć tu kilka starych, górskich wpisów z Bloxa a w zamian za to z przyjemnością poczytam o Twoich wyprawach w Tatry. Do zobaczenia na wirtualnym szlaku!

      Usuń
  5. Jak wspaniale się Ciebie czyta, Sukienko; co za wyprawa, co za widoki, jakie góry! byłaś niezwykle dzielna; pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Góry cudne ale nasze też piękne! Kiedy pokazałam moim Włochom zdjęcia z Tatr byli w szoku (pozytywnym).
      Szczerze mówiąc, bardzo się wtedy cieszyłam że podołałam tej wyprawie. Nie darowałabym sobie gdybym dołożyła jeszcze jedną cegiełkę do smutnych wspomnień Carla o nieodbytej wyprawie, moja kobieca i narodowa duma mocno by ucierpiała. Pozdro!

      Usuń
  6. Pięknie opisana wycieczka. Jeżeli nie dla fortów to dla tych wspaniałych widoków warto było zaliczyć tę wyprawę. Gratuluję zaparcia i wiary w powodzenie (chociaż do zwątpienia było blisko). Opis okrasiłaś pięknymi zdjęciami. obejrzałem wszystkie (te na Picasa również) i jestem pod wrażeniem.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Wiesiu! Było rzeczywiście pięknie a zdjęciami fortów zrobiłam przyjemność mojemu synowi, który jest bardzo zainteresowany tematem.

      Usuń
  7. Czytam, studiuję, chłonę i napawam się każdym kolejnym postem.
    Chwalić już nie będę, bo "wyłysiejesz" Sukienko od tego głaskania po głowie.
    Cieszę się, że jestem tu stałym gościem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć Lolku, fajnie że jesteś, miło mieć wiernego czytelnika również "niemego".Serdecznie pozdrawiam!

      Usuń