sobota, 16 czerwca 2012

Lombardia. Griante, kościół Świętego Marcina.



Griante to niewielka miejscowość na lewym brzegu jeziora Como, pomiędzy Lenno i Menaggio. Jest ona nieco przytłoczona sławą dwóch okolicznych atrakcji, cieszących się zasłużoną sławą, gdzie  ciągną  rzesze  turystów,  willi "Carlotta" w pobliskiej  Cadenabbi i willi Balbianello w nieco dalej leżącym Lenno. Jednak  Griante, podobnie jak większość miejscowości nad Jeziorem Como, ma swą niepowtarzalną atmosferę, która sprawia, że każda z nich jest wyjątkowa.


Ponad Griante wznosi się górski masyw noszący nazwę Monti di Nava; jego malowniczą sylwetkę można podziwiać w całej okazałości z leżącego na przeciwległym brzegu miasteczka Bellagio lub podczas rejsu statkiem. Griante jest bardzo spokojnym miasteczkiem i z dala od zgiełku można tu do woli smakować uroki Italii. Jego wdzięk docenił między innymi Konrad Adenauer, który przez ponad dwadzieścia lat spędzał tu letnie wakacje w leżącej nieco na uboczu willi "La Collina". Kanclerz był chyba niezłym piechurem, gdyż podczas pobytu w Griante codziennie odbywał obowiązkowy spacer wzdłuż zbocza góry, drogą wiodącą od willi do centrum miasteczka. Nie jest to długa trasa, ale z pewnością wystarczająca, żeby zgodnie z nakazami higienicznego trybu życia odetchnąć pełną piersią, w ruchu, na świeżym powietrzu. Dziś na trasie tych spacerów można zobaczyć tabliczki z napisem "Przechadzka Konrada Adenauera" a w willi, gdzie mieszkał mieści się centrum kongresowe i hotel o wysokim standardzie, którymi zarządza fundacja jego imienia.


Kiedy patrzymy z oddali, na zboczu góry, po jej lewej stronie, możemy dostrzec skalną półkę a na niej niewielki kościółek. Jest to kościół Św. Marcina (San Martino) - miejsce kultu religijnego i zarazem uznany punkt widokowy. Różnica poziomów pomiędzy miasteczkiem a miejscem, gdzie go wzniesiono, wynosi ok 250 m. Przy sprzyjającej pogodzie, przechadzka z Griante do  świątyni może być bardzo przyjemnym spacerem, który zajmuje nieco ponad godzinę. Początkowy odcinek drogi to łagodnie wznosząca się mulatiera, po pewnym czasie przechodząca w dość wąską, lecz wygodną ścieżkę. W trakcie tej niezbyt wyczerpującej wędrówki można podziwiać piękne ogrody i gaje oliwne a kiedy znajdziemy się nieco wyżej, panoramę jeziora Como z okolicznymi miejscowościami, półwysep Bellagio i góry na przeciwległym brzegu. Dla osób wierzących droga do kościoła ma również wymiar duchowy, gdyż wzdłuż ścieżki wznoszą się małe kapliczki, przedstawiające epizody z życia Jezusa inspirowane tajemnicami różańca.


Mniej więcej w połowie szlaku znajduje się nieco większa kaplica, poświęcona pamięci żołnierzy Wojsk Alpejskich, w szczególności tych, którzy polegli na wojennych frontach. Tradycje alpejskie stanowią bardzo istotny element tutejszej kultury i nadal są pieczołowicie kultywowane. Dzisiejsi Alpini to często byli żołnierze, którzy służyli w górskich wojskach a także pasjonaci górskiej turystyki pieszej, zrzeszeni w klubach CAI (Club Alpino Italiano). Są oni świetnie zorganizowani i na ogół robią wiele dobrego dla swojej okolicy. Opiekują się górskimi szlakami w swoim rejonie, prowadzą schroniska, organizują święta patronackie a w okresie jesieni bardzo tu popularne, wspólne pieczenie kasztanów. Z punktu widzenia strategii wojskowej, teren pomiędzy jeziorami Como i Lugano zawsze miał dla Włochów bardzo istotne znaczenie. W latach 1916-17 zbudowano tu ciąg umocnień, tzw. Linię Cadorna. Składały się na nią liczne drogi wojskowe (strada militare), koszary (caserma), okopy, bunkry i stanowiska strzeleckie.
 
Wszystkie te obiekty na ogół są nieźle zachowane. Drogi włączono do sieci szlaków turystycznych, zaś koszary były użytkowane aż do lat 60-tych, gdyż wykorzystywano je jako posterunki straży granicznej, zwalczającej bardzo tu rozwiniętą kontrabandę (swego czasu Włosi masowo przemycali papierosy ze Szwajcarii). Na terenie okopów i umocnień często można spotkać niewielkie kaplice wznoszone siłami społeczności lokalnej, przeważnie z inicjatywy klubów CAI. W czasie moich górskich wędrówek napotkałam niezliczoną ilość takich kaplic. W każdej z nich można zobaczyć podobne elementy wystroju: alpejski kapelusz z orlim piórem oraz obraz lub fresk o tematyce militarnej. Najczęściej przedstawia on żołnierza brnącego ostatkiem sił poprzez górskie śniegi, niejednokrotnie wraz ze swym nieodłącznym towarzyszem niedoli mułem, który dźwiga elementy wojskowego wyposażenia. Patrząc na te wizerunki, nie sposób zapomnieć o szaleństwie, które popycha ludzi do walki w tak ekstremalnych warunkach...Podczas mojego pobytu we Włoszech często rozmawiałam ze znajomymi na ten temat; na  podstawie ich wypowiedzi wyrobiłam sobie przekonanie, że tutejsi ludzie nie należą do tych, którzy kochają walkę dla niej samej. Włosi mówią o tym otwarcie, nie kryjąc, że umiłowanie do wojaczki nie leży w ich naturze; preferują wino oraz dobre jedzenie, no i oczywiście (chyba na pierwszym miejscu) "amore". Obydwie wojny światowe, zwłaszcza Pierwsza, zwana Wielką, zostawiły w pamięci tego narodu trwały ślad, więc nie bez powodu w każdej z miejscowości, w jej centralnym punkcie, można zobaczyć pomnik lub pamiątkową tablicę z nazwiskami i zdjęciami poległych żołnierzy, którzy niegdyś byli jej mieszkańcami. Myślę, że również z tej przyczyny najsmutniejsze i najbardziej przejmujące piosenki, jakie kiedykolwiek słyszałam, to włoskie piosenki żołnierskie z czasów Wielkiej Wojny.


Wracając do kościółka San Martino: jest to niewielka świątynia, która powstała tu w XVI. Zbudowano ją, aby dać w niej schronienie drewnianej rzeźbie przedstawiającej Madonnę. Figura ta, od kilku wieków jest otoczona wielką czcią. Miejscowa legenda głosi, że w cudowny sposób została przeniesiona do górskiej groty, gdzie odnalazła ją okoliczna ludność. Prawdopodobnie w rzeczywistości została tam ukryta w okresie wojen religijnych przez mieszkańców pobliskiego Menaggio, którzy w ten sposób chcieli ją uchronić przed zbezczeszczeniem z rąk szwajcarskich kalwinów. Stare dokumenty mówią, że kościół powstał na miejscu dawnego oratorium, będącego częścią średniowiecznych umocnień Griante. Obecna świątynia mieści się na niewielkim płaskowyżu, pod imponującą skalną ścianą zwaną Sasso San Martino (Skała Świętego Marcina). Tuż za kościołem, na skraju urwiska, znajduje się niewielki kamienny krzyż, poświęcony pewnemu tragicznemu wydarzeniu. Otóż ponad sto lat temu, w tym miejscu  29.O9.1909 spadł z urwiska i stracił życie, młody, polski chłopiec, Julian Chłapowski. W boczną ścianę kościoła wmurowano tablicę pamiątkową, wraz z prośbą o modlitwę w intencji zmarłego. To smutne polonicum przyćmiło mój entuzjazm związany z możliwością podziwiania uroczej panoramy jeziora i otaczających je gór.
  
Tu muszę zamieścić pewną istotną dygresję. Dość długo sądziłam, iż tragicznie zmarły Julian był dzieckiem ( tak też napisałam w poprzedniej wersji tego posta)  na co by wskazywała pamiątkowa tablica, gdzie widnieje napis, który można byłoby odczytać jako "d'anni 9" czyli "9 lat". Próbowałam dowiedzieć się czegoś więcej o tym wypadku i w genealogii Chłapowskich szukałam małego chłopca. Zupełnie niespodziewanie znalazłam Juliana Chłapowskiego, syna Franciszka i Mari z Łubieńskich, lecz starszego o dziesięć lat i z datą zgonu 30.09.1909, podczas gdy tablica  podaje jako datę wypadku 29.09.1909. Ponownie obejrzałam jej zdjęcie w powiększeniu i zauważyłam, iż przed cyfrą 9 w kolorze czarnym, widnieje (prawie niewidoczne) wyżłobione 1 z którego zeszła farba (podobnie jak z kilku liter) Ponieważ wszystko wskazuje na to, że to ta sama osoba, zmieniłam poprzedni akapit (chciałabym jednocześnie przeprosić wszystkich, których mimo woli wprowadziłam w błąd). Z tego co wiem, tablica już po moim pobycie została odnowiona i obecnie napis jest wyraźny, więc trudno o pomyłkę. Ponieważ ta historia bardzo mnie zaintrygowała, co jakiś czas wznawiałam moje poszukiwania, aż udało mi się natrafić na artykuł we włoskim internecie, który dokładnie opisywał całe zajście i potwierdził moje przypuszczenia. Dowiedziałam się wówczas, że Julian Chłapowski istotnie zmarł skutkiem odniesionych obrażeń w następnym dniu po wypadku.


Griante ma też trwałe miejsce w historii literatury. Wybitny pisarz francuski Henri Beyle, powszechnie znany jako Stendhal, opisał je w swojej powieści "Pustelnia parmeńska". Główny bohater książki Fabrycy del Dongo, miał się bowiem urodzić w Griante, tu też autor umieścił jego zamek i rodzinne włości. Nazwisko rodziny to inny smaczek związany z okolicą, wskazuje bowiem na jej pochodzenie z pobliskiej miejscowości Dongo, leżącej nieco dalej na północ. W okolicy Como rozwija się akcja pierwszej części powieści, poświęcona dzieciństwu i wczesnej młodości Fabrycego. Stendhal, jak wielu innych romantyków, był oczarowany jeziorem Como. W czasach, kiedy mieszkał w pobliskim Mediolanie, bywał częstym gościem swoich arystokratycznych znajomych, spędzających letnie miesiące w okolicznych willach, willi Melzi w Bellagio i willi Plinio w Blevio, odwiedził również Griante. Malownicza okolica poruszyła zapewne jego imaginację a echo tych wrażeń znalazło swe odbicie na kartach powieści. Niedawno ponownie przeczytałam tę niezrównaną książkę i próbowałam sobie wyobrazić okolicę taką, jaka była ponad dwieście lat temu.


Oczywiście, obecne Griante znacznie się zmieniło od czasów, kiedy bywał tu pan Henri Beyle, również zamek opisany na kartach powieści nie jest tym, który widział pisarz, miał on bowiem bardzo ciekawą i burzliwą historię. 
Początkowo zamczysko stanowiło istotny punkt obronny w czasie licznych działań wojennych, aby w XVI wieku stać się siedzibą okrutnego zbója i jeziornego pirata, zwanego Giovanni del Matto. Po śmierci tego przestępcy zamek został spalony a za czasów Stendhala był jedynie malowniczą ruiną. W XIX wieku rozebrano jego walącą się wieżę, zaś pozostała część została poddana niezbędnej restauracji i dziś jest domem rodziny Riva. Griante to spokojna, urocza miejscowość, świetna jako pomysł na spędzenie spokojnych wakacji w pięknej okolicy z możliwością licznych, ciekawych wycieczek do okolicznych miejscowości, gdzie można zobaczyć renomowane ogrody i zabytkowe wille. Jest też możliwość jednodniowego wypadu do niedalekiego Como a nawet do Mediolanu ( jednak należny pamiętać o tym, że w drugiej połowie sierpnia komunikacja publiczna jest znacznie zredukowana).


Jeśli ma się odpowiednią kondycję do uprawiania trekkingu, warto wybrać się w góry, gdzie są piękne szlaki, gwarantujące niezapomniane widoki, choć są one o wiele dłuższe i nieco trudniejsze niż tu opisany. Koś, kto interesuje się historią wojskowości, napotka tam umocnienia Linii Cadorna o których pisałam powyżej. Dla osób preferujących mniej aktywny wypoczynek jest też urocza plaża, kawiarenki, bary i lodziarnie, więc w Griante każdy może znaleźć dla siebie coś, co sprawi, że będą to niezapomniane wakacje.


więcej zdjęć San Martino jest pod linkiem>

czwartek, 7 czerwca 2012

Lombardia. Jezioro Como (Lario).



Przez wiele lat mediolański dworzec Cadorna był dla mnie bardzo istotnym miejscem na mapie miasta. Czasem mówi się o nim po prostu "Stazione Nord" ponieważ to właśnie stąd odjeżdżają regionalne pociągi łączące Mediolan z licznymi miejscowościami leżącymi na północy kraju, u podnóża Prealp. Jego nazwa pochodzi od nazwy placu, przy którym się znajduje (Piazza Cadorna). Na wprost dworca można zobaczyć oryginalny, charakterystyczny akcent miasta -„Igłę z nitką”. Jest to monumentalna rzeźba, dzieło dwóch holenderskich artystów, pomnik ku czci mediolańskiego krawiectwa. Składa się on z ogromnej, stalowej igły z przewleczoną trójkolorową nitką; zanurza się ona w wielkiej fontannie, aby ponownie wychynąć z wody pod postacią supełka.


Dworzec Cadorna jest bardzo uczęszczany, gdyż codziennie korzystają z niego ogromne rzesze ludzi, którzy w Mediolanie uczą się lub pracują, robią zakupy albo po prostu chcą odetchnąć wielkomiejską atmosferą. Jest on też ważny z punktu widzenia turysty, gdyż jak już wspomniałam, tu rozpoczynają swój bieg pociągi jadące na północ, w stronę Alp oraz nad lombardzkie jeziora Como i Maggiore. Podczas mojego pobytu we Włoszech, właśnie na tym dworcu zaczynały się i kończyły moje mediolańskie wędrówki a także niektóre dalsze wycieczki. To stąd niezliczoną ilość razy odjeżdżałam w stronę Varese, Laveno i oczywiście Como, które było jednym z punktów wypadowych dla moich górskich wypraw. Połączeń na poszczególnych liniach jest jest dużo, odjazdy następują co trzydzieści minut, od wczesnego rana, aż do późnych godzin wieczornych.
 

Po mniej więcej godzinnej jeździe na trasie Mediolan -Como, pociąg (czasem stary i zdezelowany, czasem nowy z klimatyzacją) zatrzymuje się na stacji Como Lago, gdzie można rozpocząć zwiedzanie bliższej i dalszej okolicy. W dosłownym tłumaczeniu znaczy to "Como Jezioro" i jest to jak najbardziej zasadne, ponieważ wychodząc z wagonu widzimy po drugiej stronie ulicy jezioro, które nawet najbardziej zblazowane osoby uważają za jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Od dawna jest ono europejską Mekką turystyczną; szczególną sławą cieszyło się w epoce romantyzmu, dlatego też, wielu znanych pisarzy, poetów i kompozytorów spędzało tu wakacje w przepięknych willach, zdobiących jego brzegi. Jezioro, którego oficjalna nazwa jako całości to Lario, ma kształt odwróconego "Y" i  składa się z trzech odnóg: Como, Lecco i Colico.


Jest dość wąskie, bardzo kręte i głębokie ( aż 400 m). Przez cały rok pływają po nim statki (nieco mniej liczne od jesieni do wczesnej wiosny) są też wodoloty a w centralnej części pomiędzy jego brzegami kursują promy. Jezioro Como widziałam niezliczoną ilość razy. Od chwili, kiedy je zobaczyłam po raz pierwszy minęło wiele lat, jednak tamto wrażenie jest we mnie tak żywe, jakby od tego czasu upłynęło zaledwie kilka dni...Był piękny, czerwcowy dzień, w nocy przeszła burza, która oczyściła atmosferę i sprawiła, że powietrze stało się kryształowo przejrzyste. Miałam dużo szczęścia, gdyż podczas letnich miesięcy na taką pogodę trzeba wręcz polować; bowiem zwykle nad jeziorem unosi się opar wilgoci zwany tu  "foschia" bardzo ograniczający widoczność. Pełna entuzjazmu wykupiłam bilet na statek do Bellagio i chyba również w tym wypadku czuwał nade mną jakiś dobry duszek...


Ze względu na wysoką cenę biletu zrezygnowałam z rejsu ekspresowym statkiem i wygrałam na tym, gdyż jak się później okazało, miał on ograniczoną ilość miejsc na górnym, odkrytym pokładzie a płynąc na dole miałabym kiepską widoczność.  Wsiadłam na górny pokład następnego, mniejszego, nieco wolniejszego statku i cała w skowronkach rozkoszowałam się cudnym widokiem okolicy. Pierwsza rzecz, jaka mnie uderzyła, to niesamowity kolor tego jeziora. Nigdy w życiu nie widziałam wody o tak intensywnym, szmaragdowym kolorze i złotawym, oleistym połysku, niczym najlepsza oliwa "extra vergine". Brzegi jeziora stanowią stoki niezbyt wysokich gór, porośniętych liściastym lasem a ponieważ przypomina ono wijącą się rzekę, zieleń drzew odbija się w lustrze wody, co nadaje jej ten urzekający, zielony kolor. Po pewnym czasie, kiedy ta okolica stała się jednym z ulubionych celów moich wycieczek, dowiedziałam się, że jezioro może mieć także kolor akwamaryny lub szafiru, szczególnie, jeśli patrzymy na nie ze szczytu góry; może też być perłowe, granatowe a podczas złej pogody staje się grafitowo - szare, niemal czarne.


Tymczasem nadal podążaliśmy w stronę Bellagio a ja niczym urzeczona oglądałam otaczające mnie cuda... Statek płynął slalomem od brzegu do brzegu, zawijając do poszczególnych miejscowości a wąsaty marynarz oznajmiał następny przystanek, wykrzykując jego nazwę stentorowym głosem. Nie  wiedziałam co mam bardziej podziwiać, piękno pejzażu, czy miasteczka i wille rozproszone na brzegach? Patrzyłam na góry otaczające jezioro, na ich łagodne grzbiety, przypominające stado śpiących dinozaurów, myśląc o tym, jak by to było pięknie, gdybym mogła stanąć na jednym ze szczytów i zobaczyć ten pejzaż z innej perspektywy... To pierwsze spotkanie z jeziorem stało się zaczątkiem ogromnej fascynacji; w przyszłości wracałam tam jeszcze wiele razy, ciągle głodna nowych miejsc i nowych widoków.


Podczas tego pierwszego rejsu, mniej więcej w połowie jeziora, zobaczyłam niewielki półwysep a na nim willę, tak uroczą, że oniemiałam z zachwytu. Była to willa Balbianello; nieco później dowiedziałam się, że jest tam muzeum, którego nie omieszkałam zwiedzić podczas jednej z następnych wycieczek. Ten pierwszy rejs zakończyłam w Bellagio, prześlicznym miasteczku, położonym na cyplu półwyspu o tej samej nazwie, którego górzysty obszar określa się mianem "Triangolo Lariano". Z cypla rozciąga się wspaniały widok na trzy odnogi jeziora: prawą - Como, Lecco - po lewej a na wprost Colico ze skalistą ścianą Alp w głębi. Przeżyłam tam swoiste deja-vu, kiedy przed sobą zobaczyłam dwa leżące obok siebie szczyty o dziwnych, pochylonych sylwetkach, które wydały mi się znajome, choć przecież nigdy przedtem tu nie byłam... Dopiero po chwili zorientowałam się, że widziałam tę panoramę na starej litografii, stanowiącej ilustrację do biografii Wagnera (w Bellagio urodziła się jego żona Cosima).


Wzdłuż jeziora, po zboczach gór, prowadzą wąskie i kręte drogi (czasami na dość znacznej wysokości) więc można tu  podróżować również samochodem, rowerem albo skorzystać z bardzo licznych autobusów (w tym wypadku warto zająć miejsce przy oknie od strony brzegu, co gwarantuje naprawdę niezapomniane widoki). W autobusach najczęściej panuje bardzo sympatyczna, wręcz rodzinna atmosfera. Kierowcy na ogół znają większość swoich stałych pasażerów, więc ucinają sobie z nimi pogawędki, jednocześnie prowadząc autobus z iście kawalerską fantazją. Dojeżdżając do zakrętu używają klaksonu, trąbiąc przeraźliwie, aby ostrzec kierowców nadjeżdżających z przeciwka. Niejednokrotnie czułam się nieswojo, kiedy po jednej stronie drogi widziałam kilkudziesięciometrową przepaść i wody jeziora, zaś z drugiej skalną ścianę, podczas gdy pan kierowca prowadząc autobus flirtował z dziewczynami wracającymi ze szkoły albo wymieniał wrażenia z jakimś znajomym.


W sumie wszystko kończyło się dobrze, po czym cała i zdrowa (choć pełna licznych, dodatkowych i nieplanowanych emocji) docierałam na miejsce. Te rodzinne stosunki obejmują zresztą każdego, kto wyraża chęć wspólnego podróżowania lokalnym autobusem. Można np. wsiąść bez biletu (w wioskach bilety kupuje się w barach, które w większości są  zamykane w południe) a uprzejmy kierowca zatrzyma się w pobliżu miejsca, gdzie można go nabyć i poczeka cierpliwie, aż dokonamy zakupu. Jeśli gapowiczem jest cudzoziemiec nie potrafiący się dogadać, zawsze znajdzie się wśród pasażerów kilka osób chętnych do udzielenia pomocy wszelkimi dostępnymi sposobami.
W miarę jak oswajałam się z terenem a moja wiedza o różnych ciekawych szlakach rosła, zaczęłam się zapuszczać w głąb okolicznych gór. Uwielbiałam te piesze wycieczki, jednak zawsze największą satysfakcję sprawiał mi moment, kiedy wspinając się coraz wyżej i wyżej, dochodziłam do miejsca, skąd mogłam w dole dostrzec lustro wody.


Niezależnie od wysiłku, jaki musiałam włożyć w dotarcie na szczyt, ten widok zawsze był dla mnie najmilszą niespodzianką, niczym nieoczekiwane spotkanie z ulubionym znajomym, którego nagle dostrzegamy w ulicznym tłumie... Oglądałam to jezioro i jego zmieniające się kolory o różnych porach dnia i roku, podczas pięknej pogody i w deszczu, w oślepiającym słońcu i spowite w opalizującą mgłę, odmienione, lecz wciąż to samo...

Więcej zdjęć jeziora można zobaczyć w albumie>

niedziela, 3 czerwca 2012

Maj i Maja w ogrodzie.



Być może, moi starzy czytelnicy pamiętają z ubiegłego roku wpis na Bloxie, w którym opisywałam moje ogrodowe perypetie. Dla przypomnienia - rok temu ja i moja córka Marta, kupiłyśmy bardzo zapuszczoną i od kilku lat nieuprawianą działkę z zaniedbaną, murowaną altanką. Ubiegły rok poświęciłyśmy na jej remont i budowę drewnianego tarasu, co bardzo sprawnie wykonali wynajęci rzemieślnicy. Zostało nam jeszcze nieco prac typowo kosmetycznych, które planujemy zrobić same, kiedy poprawi się pogoda. Gdy zobaczyłyśmy ten ogród po raz pierwszy, zachwyciły nas stare drzewa i ogromna ilość kwiatów, wiele lat temu posadzonych przez poprzednich właścicieli (tulipany, narcyzy, śniedki i piwonie) oraz innych, które same się wysiewały (niezapominajki, stokrotki, łubiny, ostróżki, dzwonki ) i które dopiero zaczynają się ukazywać. Do tego są jeszcze przepiękne paprocie i krzaki bzu. Te ostatnie, przycięte rok temu, w obecnym sezonie odwdzięczyły się nam ogromną masą kwiatów. To wszystko stanowi nie tylko urok tego miejsca, ale też niesamowity kłopot, bo ogrodu nie można po prostu przekopać i zacząć całej pracy od początku, nie niszcząc przy okazji tego, co już jest. W związku z tym, próbuję karczować niektóre miejsca, co pozwoli  wprowadzić w całość  jakiś ład, lecz jest naprawdę trudnym zadaniem. Ubiegłej wiosny założyłyśmy spory trawnik, który systematycznie koszony, jak dotąd ma się dobrze. Jednak trawa, rosnąca poza nim, pośród kwiatów w tym roku musi być wycinana za pomocą nożyc, co jest prawdziwie syzyfową pracą. Mam nadzieję, że gdy uda mi się poprzenosić kwiaty cebulowe oraz byliny i stworzyć z nich sensowne grupy, w przyszłym roku będziemy mogły użyć do tej pracy kosiarki lub przynajmniej podkaszarki. Mimo wszystko, jestem bardzo zadowolona a nawet szczęśliwa, gdyż nie tylko mam ważny powód żeby wyjść z domu, ale również miejsce, gdzie mogę popracować fizycznie, co w pewnym sensie rekompensuje mi brak górskich wycieczek, jakim z pasją oddawałam się podczas pobytu we Włoszech. Kiedy zakończymy prace remontowe wokół domku z przyjemnością zaprezentuję końcowy efekt naszych wysiłków. Na razie chciałabym podzielić się zdjęciami, jakie zrobiłam w ubiegłym miesiącu podczas pobytu mojej wnuczki Mai, która mi dzielnie asystowała podczas podlewania i grabienia.

Więcej zdjęć z majowego ogrodu>

piątek, 1 czerwca 2012

Lombardia. Torno, Pietra Pendula, czyli kamień na kamieniu, na kamieniu kamień.



Sądzę, że każdy kto spojrzy na powyższe zdjęcie, zgodzi się ze mną, iż jest to naprawdę przepiękne miejsce...Uwielbiałam tę okolicę od chwili, kiedy ujrzałam ją po raz pierwszy i ten widok nigdy mnie nie zawiódł. Wąska rynna jeziora Como wije się kręto pomiędzy zalesionymi zboczami Prealp, stromo schodzącymi do wody. To sprawia, że niejednokrotnie wyrasta przed naszymi oczami pasmo gór na pozór zamykające horyzont, co jednak jest jedynie złudzeniem, gdyż po chwili statek zmienia kurs i okazuje się, że ku naszej radości rejs trwa dalej. Tak się dzieje, kiedy przepływamy na wysokości miejscowości Torno, leżącej u podnóża wzniesienia Monte Piatto, sprawiającego wrażenie tarasu przyklejonego do zbocza wyższego łańcucha górskiego zwanego Monte Bolettone. Jego nazwa znaczy dosłownie "Płaska góra" co jak widać na powyższym zdjęciu dobrze oddaje jego charakter, gdyż istotnie wygląda ono jakby jego wierzchołek odcięto ostrym nożem. Na szczyt wiedzie mulatiera z kamiennymi stopniami, prowadząca wprost do niewielkiego kościółka; obok niego jest ładny placyk z miejscem piknikowym, gdzie można odpocząć przed dalszą wędrówką.


Ciekawe ukształtowanie terenu to zasługa lodowca, jaki tu się przemieszczał oraz wielowiekowej erozji gruntu. Obecnie Prealpy porastają kasztanowe lasy; jednak podobno nie zawsze tak było, więc mróz, deszcze i wiatr miały większe pole do działania. Wszystko to sprawiło, że wędrując po lombardzkich, górskich lasach można napotkać ogromne głazy, przywleczone tu przez przesuwający się lodowiec. Ich  kształty i wielkość są doprawdy imponujące, z niektórymi związane są lokalne opowiastki i legendy, w innych wykuto charakterystyczne niecki, prawdopodobnie niegdyś służące jako miejsca pochówku (o czym pisałam w poprzednim poście tutaj). Część  tych interesujących pomników natury w obrębie Triangolo Lariano jest celem wycieczek i prowadzą do nich oznakowane ścieżki, inne leżą samotnie, zagubione w lesie, niedostępne dla oczu turysty. Wiele takich głazów, rozproszonych w masywie Corni di Canzo, można obejrzeć podążając geologiczną ścieżką dydaktyczną. 







Tym razem chciałabym napisać jedynie o tych pierwszych, gdyż ścieżka geologiczna jest dość długa, zawiera liczne elementy i z całą pewnością zasługuje na osobny wpis.  Chodząc po górskich szlakach w okolicy Torno i Blevio, również napotykamy wiele takich głazów. Jeden z nich jest doprawdy wyjątkowy, gdyż ma formę ogromnego grzyba. Znajduje się  nieopodal niewielkiej osady na zboczu Monte Piatto. Nadano mu  nazwę "Pietra Pendula" co można byłoby przetłumaczyć jako "wiszący" lub "bujający się" kamień  Jest to ogromna, granitowa bryła, ważąca prawdopodobnie około 60 ton, wsparta na swego rodzaju postumencie z wapienia, więc całość wygląda niczym wielki borowik o fantazyjnie wywiniętym kapeluszu. Powszechnie uważa się, iż "efekt końcowy" jest dziełem rąk ludzkich i baza, czy też nóżka grzyba, została celowo ociosana, aby całości nadać ten bardzo szczególny kształt. Donosi o tym tablica umieszczona na postumencie, jednak nie znalazłam żadnej informacji mówiącej o tym kto i kiedy miałby tego dokonać.


Jeśli tak było istotnie, to wszelkie informacje na ten temat chyba nikną w pomroce dziejów, gdyż żadna z lokalnych legend nic nie wspomina na ten temat. Nie można wykluczyć, że jest to dzieło tych samych rąk, które w zamierzchłych czasach wykuły grobowce w ogromnych kamieniach zwanych tu "massi avelli" jakie również można napotkać w tej okolicy. (Osobiście zastanawia mnie, w jakim celu miano by to robić, zważywszy, że nasi praszczurowie chyba mieli pilniejsze zajęcia związane z walką o byt, niż tworzenie podobnie bezużytecznych monumentów (bo jeśli chodzi o grobowce, kult zmarłych zapewne jest dostatecznie ważną motywacją). Pomyślałam sobie (może naiwnie, bo absolutnie nie znam się na geologii) iż być może skała wapienna, na której wspiera się granitowa bryła, jako bardziej miękka i narażona na erozję, po prostu wypłukała się w ciągu tego w końcu niezmiernie długiego okresu, od czasu kiedy wędrował tędy lodowiec przesuwający ów głaz. Taka refleksja nasunęła mi się na widok  "nóżki" skalnego grzyba która jest o wiele lepiej wypracowana od strony, gdzie w czasie opadów spływa woda, natomiast ze strony przeciwnej wygląda na  zdecydowanie bardziej masywną. Tak, czy inaczej, ów skalny twór faktycznie robi ogromne wrażenie; zresztą cały szlak jest bardzo interesujący, również ze względu na możliwość podziwiania przepięknej panoramy Jeziora Como.


Z tej wysokości wygląda ono bardzo malowniczo, zwłaszcza kiedy powoli kończy się lato i kasztanowce porastające góry zaczynają zmieniać barwę z zielonej na złotawą, powietrze staje się  bardziej przejrzyste a cały pejzaż nabiera wspaniałych, nasyconych kolorów, zapowiadających nadchodzącą jesień. W lasach zaczyna się unosić  nieco gorzkawy zapach kasztanowych liści, które niedługo zaczną opadać; wody jeziora, zmarszczone pod wpływem lekkiego wiatru pokrywają się delikatną falą, przystrojoną leciutką koronką piany. Widziałam ten pejzaż we wszystkich jego szatach, jednak ta pora nastraja mnie najbardziej sentymentalnie, budząc we mnie uczucie, które Jarosław Iwaszkiewicz nazywał "serenite" -  to spokój z lekką nutką melancholii, świadomość przełomu i przemijania, połączonego z poczuciem zawieszenia w czasie. Uwielbiam tę porę i kocham to uczucie. W końcu urodziłam się 5 września, pod znakiem Panny, więc jest to mój czas. Czas refleksji, przedostatnich kwiatów, spadających kasztanów, złotych liści i babiego lata...

Więcej zdjęć można zobaczyć w albumie>

poniedziałek, 28 maja 2012

Lombardia. Torno, czyli strach i starożytne grobowce.



Pisząc poprzedniego posta, wspomniałam o irracjonalnym strachu, jaki odczuwałam na myśl o samotnej wyprawie na San Zeno, mimo przemożnej, wręcz obsesyjnej chęci, aby zrealizować ten zamysł. Z natury nie jestem osobą bojaźliwą - raczej można mnie nazwać przewidującą, więc zgodnie ze swoją naturą planując jakieś przedsięwzięcie z reguły rozważam wszystkie możliwe warianty rozwoju sytuacji, w tym również "czarny scenariusz". W związku z tym, na ogół mam wrażenie, że jestem dobrze przygotowana na niespodzianki ( również te przykre) co pozwala mi zachować spokój i zdrowy dystans oraz nie tracić zimnej krwi, kiedy sprawy idą w złym kierunku. Mimo to, zawsze mogą się zdarzyć rzeczy, na które nie mam wpływu i to oczywiście rodziło moje zrozumiałe obawy. Jedną z nich są spotkania ze żmijami, które w rejonie Prealp są ponoć bardzo liczne. Piszę "ponoć” ponieważ na szczęście żywą żmiję widziałam tylko raz i to właściwie "pod przymusem " gdyż pokazał mi ją pewien kolega, który wypatrzył ją w trawie pod drzewem. 


Natomiast zdarzyło mi się widzieć kilka egzemplarzy na asfaltowych, górskich drogach, przejechanych przez samochody, zredukowanych do wysuszonej skórki; wielokrotnie też mówiono mi, aby w górach nie chodzić poza ścieżkami i nie siadać na trawie, gdzie te gady chętnie się kryją i są wtedy absolutnie niewidoczne. Moim środkiem ostrożności, jaki zawsze stosowałam był solidny ubiór -  długie spodnie i grube podkolanówki oraz buty trekkingowe z wysoką cholewką; jednak nigdy nie nosiłam ze sobą surowicy, mimo iż większość przewodników to zaleca. Innym straszakiem były dla mnie dziki, których podobno jest sporo w górskich lasach Lombardii. Na moje szczęście nigdy ich nie spotkałam, bo jak sądzę, wpadłabym w panikę robiąc dużo niepotrzebnego hałasu, co mogłoby jedynie zwrócić ich uwagę. Za to dwukrotnie miałam duszę na ramieniu, kiedy zdarzyło mi się zobaczyć jakiś zwierzęcy kształt, przedzierający się z trzaskiem gałęzi przez leśne chaszcze. Skończyło się na strachu, gdyż za pierwszym razem było to jedynie cielątko a za drugim, stado poczciwych kóz, gnające na łeb na szyję, za kozłem - przewodnikiem. Innym realnym zagrożeniem dla osoby chodzącej w pojedynkę jest "niekontrolowany poślizg" i tego zawsze obawiałam się najbardziej. Można by powiedzieć, iż w dobie telefonów komórkowych wezwanie pomocy w razie potrzeby nie powinno stwarzać większych problemów, ale niejednokrotnie okazywało się, że w górach telefon nie ma zasięgu; często zdarza się też, że co chwila gubi sieć co powoduje szybkie rozładowanie baterii. Prealpy nie są wysokimi górami, jednak absolutnie nie należy ich lekceważyć. Można tu znaleźć ścieżki dostępne przez cały rok, lecz na ogół uważa się, że lepiej unikać wędrówek zanim szlaki nie obeschną w wiosennym słońcu. Ziemia w zimie rzadko przemarza i w związku z tym, pod cienką warstwą maskującego śniegu niejednokrotnie napotka się sypki grunt a to może skutkować niebezpiecznym upadkiem. 


Początkowo chodziłam w góry bez kijka zwanego tu, „bastone” aż do chwili, kiedy otrzymałam takowy od mojego kolegi Carla, zgorszonego moim brakiem należytego przygotowania. Szybko przekonałam się o jego przydatności podczas drogi pod górę, niejednokrotnie też uchronił mnie przed przyśpieszonym zjazdem w dół na tylnej części ciała. Co ciekawe, mój pierwotny ekwipunek w większości otrzymałam w prezencie. Pierwsze buty dostałam od Patrycji (były świetne, niesamowicie lekkie i bardzo wytrzymałe) co wspominam z wielkim sentymentem, ponieważ  w pewnym sensie również i to zmotywowało mnie do górskich wypraw (wykazałabym się dużą niewdzięcznością, nie robiąc użytku z prezentu). Kijek, jak już pisałam był od Carla a wspaniały przewodnik po górach w okolicy Como, od krewnych jednego z pensjonariuszy Domu Opieki, gdzie pracowałam. Buty służyły mi parę lat, aż przyszedł dzień, kiedy musiałam się z nimi pożegnać i kupić nowe; natomiast kijek oraz przewodnik towarzyszyły mi wiernie, aż do końca mojego pobytu we Włoszech. Przez te lata trzy razy zmieniłam plecak, dwa razy kapelusz a la' Indiana Jones, zgubiłam też kilka par słonecznych okularów...


Ale wracając do strachów: muszę powiedzieć, że na trasach moich wędrówek nie brakowało mi wskazówek czego należy się obawiać w lombardzkich górach. Niejednokrotnie bowiem spotykałam niewielkie monumenty i pamiątkowe krzyże, w miejscach, gdzie ktoś upadł ze skutkiem śmiertelnym lub zginął od pioruna i wcale nie byli to górscy nowicjusze mojego pokroju... Nigdy nie potrafiłam przejść obojętnie koło tych smutnych pamiątek, które dla mnie były ostrzeżeniem i uczyły szacunku dla gór. Lecz, jak to zwykle bywa, prawdziwym lękiem nie napawa nas to, co możemy nazwać i przewidzieć, ale to, co nieuświadomione i irracjonalne. I tak moją piętą achillesową było przechodzenie koło porzuconych, pasterskich chatek. Czasy, kiedy Prealpy były pełne pasących się owiec dawno minęły i coraz rzadziej widzi się tu ich duże stada. Z minionego okresu zostały w górach liczne zabudowania, gdzie niegdyś na parterze chroniły się zwierzęta a na pięterku pasterz miał swoje mieszkanko. Te domki, wzniesione z drewna i górskiego kamienia, dziś w większości stoją zamknięte na głucho. Inne idą w ruinę, strasząc powyrywanymi drzwiami i okiennicami oraz zawalonymi stropami. 


Mijając te żałosne relikty dawnego życia zawsze miałam zimne dreszcze na plecach i przypominało mi się ulubione powiedzonko mojej córki Marty  "...to miejsce jest tak straszne, iż do pełni okropieństwa brak tylko widoku rozkładających się zwłok, leżących w trawie". Patrząc z punktu widzenia zdrowego rozsądku nie wiem, jakie niebezpieczeństwa miałyby na mnie czyhać w tych rozpadających się chatkach, okrutny morderca czający się w wysokich pokrzywach? Ogromy wąż a może inne straszne monstrum?
Z powodu tych wyimaginowanych strachów szczególnie zapamiętałam krótką wycieczkę, jaką zrobiłam w okolicy Torno. W liściastych lasach porastających zbocza gór powyżej tej miejscowości, znajdują się nadzwyczaj ciekawe grobowce, pochodzące z zamierzchłych czasów zwane tu "massi avelli” co można by w przybliżeniu przetłumaczyć, jako "kamienie - sarkofagi". Są to bardzo ciekawe znaleziska, charakterystyczne tylko dla niewielkiego obszaru Lombardii w pobliżu Como i w przygranicznych rejonach szwajcarskiego Kantonu Ticino.


Co ciekawe, te tajemnicze niecki wykute w ogromnych głazach narzutowych, dotychczas nie wyjawiły swoich tajemnic i wszystko, co o nich wiadomo, to jedynie supozycje i przypuszczenia, nie mające naukowych dowodów. Jeszcze dziwniejsze jest to, że brak jest również miejscowych legend i opowieści, mogących rzucić światło na ich proweniencję. Powszechnie uważa się, że pochodzą z V - VI wieku naszej ery i nie mają nic wspólnego z kulturą rzymską, celtycką, czy wczesno- chrześcijańską, jakie kolejno następowały po sobie na tych ziemiach. Brak na nich jakichkolwiek inskrypcji a także innych wskazówek, bowiem wszystkie zostały sprofanowane w zamierzchłych czasach. Dotychczas zidentyfikowano trzydzieści dwa takie grobowce w obrębie Brianzy, okolicy Torno, Val Menaggio, Valle d'Intelvi i  Kantonie Ticino. Jest jeszcze siedem innych podobnych obiektów, lecz te budzą jeszcze więcej wątpliwości co do swego pochodzenia  (nie wiadomo nawet, czy można je połączyć w jedną grupę). Przyjęto teorię, że owe sarkofagi są dziełem któregoś z barbarzyńskich plemion, być może Gotów, lecz jedynym co mogłoby definitywnie wyjaśnić uczonym ich tajemnicę, byłoby odkrycie takiego grobowca w nienaruszonym stanie, na co się chyba nie zanosi, bo teren jest dość dobrze spenetrowany, jeśli nie przez specjalistów, to przez miejscową ludność. W gminie Torno, w jej frakcji zwanej Negrenza, na niewielkim obszarze znajdują się trzy z nich a dwa dalsze we frakcjach Maas i Resina. Do tych w Negrenza prowadzi ścieżka zwana "Ferro di Cavallo” czyli "Podkowa”, choć w istocie z podkową ma niewiele wspólnego, gdyż jej linia na mapie przypomina raczej rozciągnięty owal. Po wyruszeniu z Torno przebyłam pierwszy odcinek drogi wygodną mulatierą, która zaprowadziła mnie do antycznej bramy z czasów rzymskich. 


Nieopodal był niewielki mostek i mała kaplica poświęcona Madonnie. Tu rozpoczynała się właściwa ścieżka do grobowców, niestety, nie mogę powiedzieć, że jej oznaczenie wzbudziło mój szczególny entuzjazm. Niejednokrotnie bowiem dochodziłam do miejsc gdzie się rozdwajała i w zasadzie nie wiadomo było czy dalej należy iść w prawo, czy w lewo? Właśnie na tym odcinku dały znać o sobie moje strachy, gdyż napotkałam kilka rozpadających się zabudowań, których tak nie lubię, więc półgłosem zaczęłam się besztać za niezdrową ciekawość, jaka mnie tu zaprowadziła, choć z drugiej strony, w głębi ducha usprawiedliwiałam się możliwością zobaczenia tych niecodziennych zabytków. Kiedy doszłam do jednego z wyjątkowo nieprzyjemnych miejsc, na pociechę tuż za walącymi się zabudowaniami, zobaczyłam pierwszy grobowiec. Rzeczywiście robił wrażenie! Ogromny głaz, w którym wykuto prostokątne wgłębienie o lekko zaokrąglonych kątach, był w większej części ukryty w ziemi. Kiedy podeszłam bliżej, dostrzegłam, że w jednym z krótszych boków niecki znajduje się swego rodzaju wezgłowie. Miała ona regularny kształt i została bardzo starannie wykonana. Nie było żadnych śladów po ewentualnej pokrywie, nic, tylko to wgłębienie wypełnione deszczówką... Można przypuszczać, iż ten grobowiec z racji bliskości pasterskiego domku, zapewne przez wiele lat służył za cysternę i poidło dla owiec. Nieopodal znalazłam następny, podobny sarkofag, również do połowy zaryty w ziemi i wypełniony wodą a nieco dalej trzeci, wykuty w ogromnym głazie widocznym w całej okazałości. Stała przy nim drabina zbita z okrąglaków, po której wdrapałam się, aby zajrzeć do środka. Z boku sarkofagu zauważyłam otwór odpływowy umieszczony przy jego górnej krawędzi; w tym również znajdowało się sporo wody i tu także widoczne było charakterystyczne wezgłowie. 


Po dokładnym obejrzeniu wszystkich grobowców zadumałam się nad ich historią, gdyż te zadziwiające znaleziska istotnie sprawiają niesamowite wrażenie. Powszechnie uważa się, że były miejscem pochówku osób mających wielkie znaczenie dla ludu, z którego pochodzili, być może wodzów lub znamienitych wojowników. Dziwne jednak jest to, iż czas, na który są datowane jest stosunkowo krótki a grobowce, przynajmniej te w okolicy Torno, są dość liczne na raczej niewielkiej przestrzeni. Przyznam się też, że przez moment zrodziła się w mojej głowie myśl o mistyfikacji, ale czemu miałaby ona służyć? I kto mógłby wykonać tak gigantyczną pracę? Chciałabym dożyć momentu, kiedy grobowce odkryją przed nami swe zagadki i dowiemy się, kto i dla kogo je wykuł w tych ogromnych głazach. Mimo nieprzyjemnego wrażenia związanego ze zrujnowanymi chatkami, koło których znów przyszło mi przechodzić, miałam oczywiste powody do zadowolenia z tej wycieczki. Sadzę, że mając na uwadze moją pasję do zwiedzania interesujących miejsc, byłoby z mojej strony niewybaczalnym zaniedbaniem, gdybym zaniechała ich obejrzenia, mając taką możliwość praktycznie w zasięgu ręki...

niedziela, 20 maja 2012

Lombardia. Monte San Zeno.




Wycieczka na Monte San Zeno była jedną z tych, do których zbierałam się jak przysłowiowa sójka za morze, bowiem czekała ona na realizację nieomal pięć lat... Pierwszy raz zwróciłam uwagę na tę górę dość dawno, podczas rejsu statkiem po Jeziorze Como. Było późne popołudnie i właśnie wracałam do domu po jednej z moich wypraw na prealpejskie szlaki. Mając do wyboru powrót do Como autobusem lub statkiem, wybrałam ten drugi, gdyż przy okazji chciałam zrobić kilka zdjęć. Byliśmy właśnie na wysokości Argegno, kiedy niespodziewanie załamała się pogoda i zaczęło zbierać się na burzę. Tak dobrze mi znana panorama okolicznych gór, nagle nabrała zupełnie innego wymiaru. Najczęściej widziałam ją przy dobrej pogodzie lub spowitą uroczym welonem lombardzkiej mgiełki; tym razem, na tle ciemnych, burzowych chmur kontury wzniesień rysowały się wyraziście, niczym na dziewiętnastowiecznej litografii stanowiącej ilustrację w romansie grozy.



Moją uwagę przykuło jedno z nich, przypominające kształtem zalesiony stożek (lub bardziej prozaicznie - ogromną kopę zielonego siana) znajdujące się w niecce leżącej u podnóża Monte Generoso, w części Prealp, zwanej Valle d’Intelvi. Zafascynował mnie  piękny, regularny kształt tego wzniesienia, więc zaczęłam przyglądać się z uwagą widokowi, jaki miałam przed sobą. Miałam wrażenie, że na szczycie zobaczyłam coś, co przypominało kościelną wieżę. Pomyślałam wtedy, że to dość dziwne miejsce na budowę kościoła z racji sporej odległości od okolicznych wiosek, niemniej, znając włoski obyczaj umieszczania kaplic i sanktuariów na szczytach gór, doszłam do wniosku, że to prawdopodobnie jedno z tych miejsc, gdzie wierni udają się na pielgrzymkę, ofiarowując swój trud w sobie tylko wiadomej intencji...Wtedy, na widok tego fascynującego wzniesienia przyszło mi do głowy, że byłaby to z pewnością bardzo ciekawa wyprawa. Próbowałam rozpytywać znajomych, czy wiedzą coś o tej tajemniczej górze i widocznej tam budowli, lecz nikt nie miał pojęcia, o jakie miejsce mi chodzi a tym bardziej o tym, jak tam dotrzeć. Wtedy przyszło mi do głowy, że dobrym źródłem informacji mogą być kierowcy lokalnych autobusów, rekrutujący się z Como i okolicznych wiosek, którzy z racji swej pracy ustawicznie krążą po całym regionie




Okazało się, że był to pomysł genialny w swojej prostocie! Pewnego razu, jadąc do Bellagio, gdy po drugiej stronie jeziora ukazało się interesujące mnie miejsce, wskazałam górę kierowcy i zapytałam, czy może mi coś powiedzieć na jej temat. Trafiłam na wiarygodne źródło, ponieważ ów pan był członkiem Klubu Alpejskiego i osobą dobrze poinformowaną. Dowiedziałam się wtedy, że ta góra to Monte San Zeno a na szczycie znajduje się  zabytkowy kościół, który przez wiele lat stał w ruinie. Kierowca uprzedził mnie, że szlak jest raczej mało uczęszczany i w związku z tym, może być nieco zapuszczony a cały szczyt góry porasta gęsta roślinność. Nie była to dobra wiadomość i  nieco ostudziła mój zapał, lecz idea odwiedzenia tego miejsca odżyła, kiedy weszłam w posiadanie książkowego przewodnika po pieszych szlakach turystycznych w okolicy Jeziora Como. Znalazłam też  inne, niezbędne mi wskazówki, dowiedziałam się również, że kościół wzniesiono w 1215 roku lecz w latach 50 skutkiem uderzenia pioruna stracił dach i dzwonnicę. Choć nigdy mi nie brakowało planów, ani zamierzeń czekających w długiej kolejce na realizację, umieściłam projekt wycieczki na San Zeno na mojej dość długiej liście miejsc do odwiedzenia. Dziwna rzecz, ale pomimo wręcz obsesyjnej chęci, aby dotrzeć na ów szczyt, z niewyjaśnionych powodów odczuwałam jakiś dziwny lęk na myśl o samotnej wyprawie, tym dziwniejszy, że przecież z reguły wszystkie wycieczki, również i te górskie, robiłam w pojedynkę.


Chyba właśnie z tego względu zwlekałam z jej realizacją, mimo iż niejednokrotnie jadąc autobusem do San Fedele, Pelio, czy innych wiosek Valle d’Intelvi, skąd prowadzą szlaki po tej malowniczej okolicy, San Zeno nieodmiennie przyciągało mój wzrok niczym magnes. Przez kilka lat nadaremnie szukałam kogoś, kto mógłby mi dotrzymać kompanii, lecz tak się składało, że na przeszkodzie stanęły problemy ze zgraniem dni wolnych od pracy, pogodą lub obowiązkami rodzinnymi moich potencjalnych towarzyszy. Tak minęło prawie pięć lat i wreszcie przyszedł dzień, kiedy powiedziałam sobie, iż albo pójdę sama, albo będę zmuszona zrezygnować z tego pomysłu. Ponieważ rezygnacja nie leży w mojej naturze, postanowiłam, że jeśli tylko pogoda będzie w miarę sprzyjająca, najbliższy wolny dzień bez względu na okoliczności, przeznaczę na tę wyprawę. Szczerze mówiąc, od początku wszystko składało się na opak... Obudziłam się otępiała z okropnym bólem głowy i z ledwością zdążyłam na pociąg do Como. Teraz czekała mnie jazda autobusem do Argegno, przesiadka do San Fedele d’Intelvi a następnie po prawie godzinnym oczekiwaniu, jazda jeszcze jednym autobusem do wioski Casasco d’Intelvi, gdzie zaczynał się właściwy, pieszy szlak. Jak widać, wyprawa na San Zeno była prawdziwą podróżą „rzemiennym dyszlem” jak mawiali nasi przodkowie. Dla zabicia czasu pospacerowałam po niewielkim San Fedele, gdzie podobnie, jak w większości górskich, lombardzkich wiosek, znajduje się interesujący romański kościół.
 

Gorzej, bo już w chwili wyjazdu z Como pogoda nie była najlepsza, mimo dość dobrej prognozy meteo (niestety, w tym regionie bardzo często mylnej). W głębi ducha miałam jednak nadzieję, że niebo się rozjaśni i zniknie foschia co poprawi  widoczność. Niestety, kiedy dojechałam do Casasco, na niebie pojawiły się jeszcze ciemniejsze, wyraźnie deszczowe chmury. Ponieważ pierwszy odcinek szlaku przebiega asfaltową drogą, przy której od czasu do czasu spotyka się pojedyncze zabudowania i gdzie ewentualnie można szukać schronienia, postanowiłam, że jednak przejdę jeszcze kawałek drogi i zawrócę, jeśli  aura nie zmieni się na lepsze. Na szczęście, ciemne chmury gdzieś się rozpłynęły i mimo nie najlepszej widoczności pogoda stała się znośna. Po przejściu kilku kilometrów asfaltową drogą, skręciłam w lewo i weszłam na ścieżkę prowadzącą w stronę szczytu. Monte San Zeno nie jest wysoką górą, liczy  jedynie 1025 m n.p.m. natomiast wioska Casasco jest położona dość wysoko, więc aby dotrzeć na szczyt miałam do pokonania zaledwie niespełna trzysta metrów przewyższenia i odległość około 5-6 kilometrów. Szlak prowadził poprzez las w pobliżu pastwisk, gdzie pasły się stada owiec; od czasu do czasu z wiatrem dobiegało mnie ich beczenie i dźwięk dzwoneczków. Wzdłuż ścieżki napotkałam liczne, drewniane krzyże, co wskazywało na fakt, iż jest to trasa pielgrzymek, podczas których wierni wędrują na górę odmawiając poszczególne tajemnice różańca.


Na San Zeno prowadzi kilka ścieżek. Ta z Casasco choć  dość długa, jest chyba najłatwiejsza i w sumie dobrze utrzymana, wznosi się bardzo łagodnie, dopiero na  ostatnim kilometrze biegnie po stromym zboczu. Kiedy dotarłam do celu zastałam kościół  zamknięty, lecz jak się okazało, został on pieczołowicie odrestaurowany. Ślady restauracji są wyraźnie widoczne, ponieważ stara i nowa część znacznie różnią się kolorem. Kościółek to bardzo prosta budowla z niewysoką dzwonnicą, wzniesiona z lokalnego, szarego kamienia. Mimo zamkniętych drzwi do wnętrza można zajrzeć przez zakratowane okienko, co pozwala zobaczyć ołtarz z wykonanym współcześnie wizerunkiem Świętego Zenona. Obiekt ten, niezależnie  swojej wartości historycznej, przez wiele lat był kompletnie opuszczony. Tak się złożyło, że w czasie, kiedy dojrzewałam do realizacji tego pomysłu nadal trwały tam prace restauracyjne. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam tę tajemniczą budowlę na tle ciemniejącego nieba, była ona ledwie widoczna spośród otaczającej ją roślinności, Obecnie szczyt góry oczyszczono z drzew i krzewów, co daje możliwość oglądania wspaniałej panoramy okolicy, z jeziorem Como widocznym w niecce otaczających je gór. Niestety, tym razem pogoda nie dopisała na tyle, abym mogła naprawdę cieszyć się widokiem, jaki można podziwiać w słoneczny dzień, nie mówiąc o zrobieniu przyzwoitych zdjęć. Był to niewątpliwie minus tej wycieczki, lecz nie powiem, żeby mnie to specjalnie zmartwiło. 


Abstrahując od niemiłej niespodzianki, jaką sprawiła mi pogoda, miałam ogromną satysfakcję, ponieważ osiągnęłam to, co tak długo chodziło mi po głowie i w tym momencie było to dla mnie najważniejsze. Oczywiście, byłam też bardzo zadowolona z tego, że zobaczyłam to miejsce nie w ruinie, ale doprowadzone do stanu, na jaki zasługuje, zadbane i otoczone opieką. Na niewielkiej łączce obok kościoła, zrobiłam sobie mały piknik. Nieopodal posilała się włoska rodzina z dwójką bliźniaków, która pojawiła się prawie równocześnie ze mną. Jak się okazało, przyszli oni od strony Cerano, wioski leżącej u podnóża góry, o wiele niżej niż Casasco. Od nich dowiedziałam się ciekawych szczegółów na temat rewitalizacji tego miejsca. Wymieniliśmy się także informacjami na temat ścieżek; zdecydowałam, że z powrotem pójdę drogą, którą przyszli Włosi i vice-versa, oni postanowili wracać tą, którą ja przybyłam. Ścieżka, którą poszłam w dół, była dość stroma, zapuszczona i pełna wyrw po niedawnych ulewach, lecz o wiele krótsza, więc po niedługim czasie znalazłam się w Cerano. Nie obawiałam się problemów z powrotem do San Fedele, gdyż wyruszając na wyprawę zawsze mam przy sobie książeczkę z rozkładem jazdy lokalnych autobusów, co pozwala mi na ewentualną zmianę trasy, jeśli zachodzi taka konieczność.


Po drodze zastanawiałam się, dlaczego tak długo zwlekałam z realizacją tego pomysłu i skąd się wziął ten irracjonalny lęk, który mnie powstrzymywał. Wtedy przyszła mi do głowy myśl, że być może to moja "kocia intuicja" podpowiadała mi, iż to jeszcze nie jest odpowiedni czas? Gdybym poszła tam wcześniej, zastałabym prace budowlane w toku a szczyt góry zarośnięty drzewami i krzakami, bez możliwości popatrzenia na okolicę, co przecież zawsze jest najpiękniejszym momentem, kiedy wreszcie osiąga się cel wędrówki... Było mi nieco żal straconej okazji sfotografowania jeziora z tej wysokości, ale mówi się trudno! Podobne widoki widziałam już wiele razy, więc w moich albumach nie brakowało podobnych ujęć. Na pociechę udało mi się zrobić portret fiołka alpejskiego w jego naturalnym środowisku oraz zdjęcie interesującej rzeźby, wykonanej przez anonimowego artystę w pniu, czy też korzeniu, którą zupełnie nieoczekiwanie zobaczyłam na skraju lasu.


Jak większość obiektów tego rodzaju, również kościółek na Monte San Zeno posiada swoją bardzo ciekawą historię, ściśle związaną z nieprzeciętnymi zdolnościami niegdysiejszych mieszkańców tej okolicy. Z Valle d’Intelvi wywodzili się  romańscy i średniowieczni rzeźbiarze oraz architekci, którzy przeszli do historii sztuki jako magistri antelami od nazwiska mistrza zarządzającego pracownią lub intelvesi od nazwy krainy, z której pochodzili. Najsławniejszym z nich był właśnie Benedetto Antelami, jego wspaniałe płaskorzeźby zdobią między innymi baptysterium w Parmie i Duomo w Fidenzie. Legenda związana z kościółkiem na górze nieopodal Casasco mówi, że grupa artystów - kamieniarzy,  pracujących przy wzniesieniu i dekoracji kościoła San Zeno w Veronie, podczas powrotu w rodzinne strony, została zaskoczona na jeziorze Como przez niezwykle gwałtowną burzę. Nieszczęśni podróżni zagrożeni utratą życia, żarliwie modlili się o ocalenie właśnie do św. Zenona. Na szczęście burza ucichła i zostali uratowani, więc w podzięce zbudowali tę niewielką świątynię. Przypomina o tym tablica wmurowana w lewą ścianę prezbiterium kościoła. Kiedy wyszłam z lasu na drogę prowadzącą do Cerano, jeszcze wiele razy oglądałam się za siebie, aby spojrzeć na górę i kościół na jej szczycie. Miałam trochę czasu do odjazdu, więc obejrzałam zabytkowy kościół po wezwaniem San Tomaso, który również ma bogatą historię. Jego budowę rozpoczęto we wczesnym średniowieczu, o czym przypomina tysiącletnia dzwonnica, zwana wieżą królowej Teodolindy.


Ten uroczy mostek znajduje się na ostatnim odcinku drogi, tuż przed Cerano. Na mostku wierni towarzysze moich wędrówek: plecak , kijek i kapelusz.


P.S. Jak się niedawno dowiedziałam, prace restauracyjne trwały jeszcze długo po mojej wycieczce. Po ich zakończeniu kościół konsekrowano w 2015 roku i nadano mu miano "Kościoła na trzecie tysiąclecie". 


Więcej zdjęć  z Monte San Zeno oraz Valle d'Intelvi można jak zwykle zobaczyć w albumie>