środa, 10 sierpnia 2016

Lombardia. Poza sezonem, czyli Bellagio w odsłonie jesienno - zimowej.



W trzech poprzednich postach pokazałam Bellagio w wiosennej i letniej szacie, z mnóstwem zieleni poprzetykanej kwitnącymi kwiatami, jakim je widzą osoby, które przyjeżdżają tam w pełni sezonu turystycznego. Ja również zachwycałam się tą wspaniałą scenerią i niejednokrotnie odwiedzałam je w tym okresie, chociaż z natury jestem raczej samotniczką i nie ciągnie mnie go gwarnych kurortów, gdzie krążą tłumy ludzi.

Mam wtedy wrażenie, iż umyka mi coś ważnego, że nie mogę się skupić na tym, co jest najciekawsze i najpiękniejsze... Porównałabym to do gwarnego spotkania towarzyskiego, kiedy w tłumie dostrzegamy jakąś interesującą osobę, jednak co chwila ktoś staje między nami i przeszkadza w rozmowie. To właśnie mi się  przydarzyło, gdy po raz pierwszy, w pełni sezonu, odwiedziłam moje wymarzone Portofino. Było tam mnóstwo ludzi, co prawda mimo wszystko miałam okazję przyjrzeć się miasteczku, lecz prawdziwą znajomość zawarłam z nim dopiero podczas drugiej wycieczki, którą zrobiłam pod koniec zimy. Oczywiście, poznawanie nowych miejsc w towarzystwie wielu obcych osób także ma swoje dobre strony, dając nam miłe poczucie bycia częścią ludzkiej społeczności, lecz osobiście zdecydowanie wolę nastrój bardziej intymny i kameralny.
Bellagio natomiast ma tę zaletę, że nawet kiedy jest tam sporo turystów, nadal pozostaje miasteczkiem raczej przytulnym i klimatycznym, gdzie łatwo można znaleźć dla siebie cichy i spokojny zakątek. Jednak to, co mnie naprawdę zachwyciło, to moje wycieczki na półwysep późną jesienią i w zimie.


Pisałam już, że kochałam to miejsce i to co miało do zaoferowania; widok przeciwległych brzegów jeziora z górami wspinającymi się stromo do nieba niemal wprost z lustra wody, zapach bryzy i foschię prześwietloną słońcem a przede wszystkim moment, kiedy stawałam na cyplu Punta Sparivento i mogłam zobaczyć trzy odnogi jeziora z wysokimi górami w głębi, gdzie w pogodny dzień w oddali widać było odległe, alpejskie szczyty, pobielone śniegiem. Takie piękne dni na jeziorem Como zdarzają się wtedy, gdy porywiste, wczesnowiosenne lub jesienne wiatry przeganiają opary wilgoci i chmury. Wówczas powietrze nabiera przejrzystości kryształu, niebo koloru głębokiego szafiru a jezioro staje się niemal granatowe; jego wzburzone fale przemieszczane wiatrem tłuką się o brzeg i cofają w rozbryzgach białej piany.


Mimo jesieni w miasteczku jest zielono, dopóki nie nadejdą nocne przymrozki;  po nich w ciągu kilku dni opadają liście drzew i krzewów a poczerniałe kwiaty smętnie zwieszają swe główki, czekając na ogrodnika, który wyda na nie ostateczny wyrok. Jednak najczęściej dzieje się tak dopiero w listopadzie lub grudniu, natomiast październik w pogodne dni nadal nas rozpieszcza ostrymi promieniami słońca. Co prawda, nie daje ono wysokich temperatur, ale za to wspaniale modeluje kształty, wydobywa barwy i sprawia, że wszystko wokół wygląda wprost przepięknie. O ile podczas cieplejszych miesięcy w tej okolicy dominuje kolor zielony i błękitny, to jesień przynosi ich całą gamę; jasnoniebieski zamienia się w granat, szafir i ultramarynę a zieleń staje się głęboka i nasycona, niepostrzeżenie przechodząc w całą paletę żółci oraz brązów.


Na bulwarze i w parku zaczynają opadać pierwsze liście a kasztanowe lasy porastające stoki Prealp rudzieją, wydając z siebie gorzkawy zapach. Ta pora roku, kiedy kolory i słońce nadal mi mówiły o minionym już lecie zaś ostre powietrze przypominało o nadchodzącej zimie, zawsze był dla mnie najpiękniejszy. Był to czas przełomu pomiędzy życiem i pozorną śmiercią przyrody, czas Kory schodzącej do podziemia będący też czasem nadziei, bo przecież wiedziałam, że za kilka miesięcy znów przyjdzie wiosna i koło życia obróci się jeszcze raz...Myślę, iż ta nieuchronność przemijania i odradzania się roślin niosła mi podświadomą pewność, że również dla mnie nic nie jest stałe i niezmienne a po każdym złym okresie muszą nadejść bardziej pomyślne czasy.

Dawało mi to wewnętrzne przekonanie, że najlepszą rzeczą, jaką mogę zrobić dla siebie jest patrzenie z nadzieją w przyszłość i czerpanie radości z każdej pięknej, ulotnej chwili, która za mgnienie oka przeminie a jeśli jej nie dostrzegę, utracę ją na zawsze...
Jesienią w Bellagio można spotkać niewielu turystów, niektóre kawiarenki i restauracje na świeżym powietrzu jeszcze funkcjonują, ale większość z nich przygotowuje się do zimy. Również właściciele butików i sklepów z pamiątkami powoli redukują zewnętrzne wystawki, które w sezonie przyciągały oczy przechodniów i zachęcały do kupna, więc strome uliczki raptem wydają się szersze i bardziej przestronne, ukazując swoje nieoczekiwane perspektywy. Arkadowe podcienia przy centralnym placu także pustoszeją, ale za to są pełne światła, ponieważ po lecie usunięto z nich ciężkie zasłony chroniące od nadmiaru słońca. Lubiłam ten jesienny nastrój i dobrze się czułam w niemal opustoszałym Bellagio. Mogłam je wtedy odkrywać na nowo, gdyż nic nie rozpraszało mojej uwagi; teraz nadeszła chwila, kiedy można było dokładnie obejrzeć dotychczas niezauważone detale architektoniczne oraz ustronne tarasy i podwórka, gdzie w lecie panoszyły się leżaki i parasole. Ten nastrój potęgował się wraz z upływem czasu, kiedy jesień zamieniała się w zimę.


Zdarza się, że w Lombardii zwłaszcza na terenach u podnóża gór pada śnieg, lecz w bezpośrednim sąsiedztwie jeziora częściej jest to po prostu okres, kiedy przyroda idzie spać. W pogodne dni powietrze staje się suche i rześkie od lekkiego mrozu a to sprawiało, że chętnie wybierałam się do ulubionych zakątków nad Jeziorem Como, częstego celu moich wiosennych i letnich wędrówek. Lubiłam te wypady, gdyż brakowało mi otwartej przestrzeni a także pięknych widoków, jakich nie miałam w miejscowości, gdzie wówczas mieszkałam, na równinie okrytej grubą czapą wilgoci i smogu .
Uwielbiałam patrzeć na poszarzałe Prealpy w zimowej szacie; pomiędzy bezlistnymi drzewami kasztanowców gęsto porastającymi ich zbocza, mogłam oglądać wystrzelające gdzieniegdzie zielone świerki i pinie a w niższych partiach cyprysy, drzewka laurowe oraz zimozielone magnolie.


W takie dni nad jeziorem unosił się leciutki, popielaty opar, niczym dym z papierosa; po południu nisko stojące słońce zabarwiało go na kolor lekkiego różu lub kładło się ciemnopomarańczową barwą na całej okolicy. Jeden z takich mroźnych, lecz pogodnych, lutowych dni poświęciłam właśnie na wyjazd do Bellagio; jak zawsze ciągnęło mnie do tych tak dobrze mi znanych miejsc a poza tym miałam ochotę odetchnąć czystym powietrzem. Miasteczko było niemal kompletnie uśpione, przy stolikach pod portykami siedziało przy kawie jedynie kilku stałych mieszkańców, również na stromych uliczkach spotkałam nieliczne pojedyncze osoby. Na parkingu nieopodal nabrzeża stało sporo samochodów, jednak ich lokalne numery rejestracyjne świadczyły o tym, że prawdopodobnie nie należały one do gości, lecz do różnych ekip wyspecjalizowanych w remontach oraz przygotowaniu pensjonatów i hoteli do następnego sezonu.


W kawiarence przy bulwarze, gdzie w lecie kupowałam pyszne lody, pozsuwano na bok krzesła i stoły zwykle stojące pod drzewami, zaś same drzewa, mocno przycięte, prezentowały swe ciemne sylwetki na tle błękitnego nieba. Wiedziałam, że na wiosnę znów wypuszczą mnóstwo młodych gałązek i szybko pokryją się masą zielonych liści, tworząc szczelny, zielony dach, chroniący gości od słońca albo przelotnego deszczu. Podobnie rzecz się miała z platanami, które całkowicie pozbawiono mniejszych gałęzi. Kiedy przyjechałam do Włoch, ten zwyczaj wydawał mi się dość brutalny, żeby nie powiedzieć barbarzyński. Kiedyś zobaczyłam duże, stare drzewa, z których pozostał jedynie gruby pień całkowicie pozbawiony korony, przeżyłam wtedy spory szok, jednak szybko się przekonałam, że jest to przejaw mądrości i umiejętności przystosowania do istniejących warunków klimatycznych.

Drzewa, choć tak okrutnie potraktowane, świetnie się miały w okresie wegetacji; poza tym te radykalne cięcia sprawiają, że w czasie porywistych wiatrów często nawiedzających te strony, unika się zagrożenia, jakim są połamane konary i gałęzie. Z biegiem czasu polubiłam widok tych ogołoconych drzewek, o pokrętnych sylwetkach rodem z japońskiej litografii, tak jak lubiłam widok łódek ze zwiniętymi żaglami, stojących na kotwicy. W ich głębokim śnie była nadzieja na ponowne przebudzenie i życie, były dla mnie symbolem przemijania czasu, lecz także odradzania się na nowo...
Do Bellagio przyjechałam w południe, więc słońce stało dość wysoko, jednak szybko zaczęło chylić się ku zachodowi. Przeciwległy brzeg jeziora poszarzał, cienie się wydłużyły a na wodzie zaczął się kłaść pomarańczowy poblask, mówiący o tym, iż niedługo zacznie zapadać zmrok. Stojąc nad jeziorem pod bezlistnymi drzewami nieopodal opustoszałej przystani, patrzyłam jak urzeczona na ten piękny widok; przeżyłam wtedy moment pełen magii w poczuciu, że to, co widzę, mam tylko dla siebie...


Wokoło nie było żywego ducha, nikogo z kim musiałabym dzielić tę chwilę i ten pejzaż. Było to niezapomniane wrażenie, którego nie zatarł czas; bez niego moje życie z pewnością byłoby uboższe o coś cennego, co zostało mi dane zupełnie nieoczekiwanie. To wrażenie  kazało mi zapomnieć o rękach marznących podczas robienia zdjęć i o tym, że niedługo odjedzie ostatni autobus do Como; chciałam jedynie stać tam i patrzeć jak słońce powoli zapada za górami a jezioro pogrąża się w cieniu. Było to wspaniałe przeżycie, jednak wyjeżdżając z Bellagio miałam poczucie, że mimo wszystko nie wrócę tam po podobne doznania, że ten dzień i ta ulotna chwila muszą pozostać jedyne i niepowtarzalne ...


Więcej zdjęć z zimowego Bellagio można zobaczyć tutaj >

niedziela, 31 lipca 2016

Lombardia. Urok prostoty, czyli Bellagio San Giovanni, Loppia i Pescallo.



W centrum Bellagio, jak przystało na miejscowość o ustalonej od wieków międzynarodowej renomie, w sezonie turystycznym jest zawsze sporo gości. W poprzednich postach wspominałam, że choć nie jest ono szczególnie zatłoczone, to z pewnością nie można go nazwać oazą spokoju.

Za to w innych frakcjach gminy leżących na jej obrzeżach, w ciszy i odosobnieniu, do woli możemy się oddawać kontemplacji uroków zarówno miejscowości, jak i niezrównanego pejzażu. Będąc tam, niejednokrotnie przemierzałam ich uliczki i placyki, podczas gdy w zasięgu mojego wzroku nie było ani jednej osoby...
Gdybym miała zdecydować, która z nich najbardziej przypadła mi do serca, byłabym w prawdziwym kłopocie, ponieważ są one zupełnie odmienne, podobnie jak panorama, oglądana z prawego i lewego (albo wschodniego i zachodniego) brzegu półwyspu. Tym razem nasze zwiedzanie rozpoczniemy od Bellagio San Giovanni, urokliwego zakątka, usytuowanego pomiędzy jeziorem i drogą dojazdową do centrum. Kiedy płyniemy statkiem z Como, widzimy je jako skupisko niewielkich domków, leżących w głębi za ślicznym, barokowym kościółkiem, przed którym znajduje się przystań dla łódek. Otocza ją kamienny falochron z szerokimi schodami, prowadzącymi z przykościelnego placu na skraj wody. Miejscowość jest niewielka, to zaledwie kilka wąskich uliczek i ów centralny plac przed kościołem, ozdobiony dwoma ogromnymi cyprysami. Daje to piękny efekt - kiedy idziemy od strony miasteczka do przystani i popatrzymy na przeciwległy brzeg jeziora, te wyniosłe drzewa stanowią oryginalną ramę dla widocznej w oddali białej bryły willi Carlotta ( link).

Nazwa miejscowości wiąże się z imieniem patrona kościoła, wzniesionego pod wezwaniem Św. Jana Chrzciciela niemal pięćset lat temu. Jego sylwetka mogłaby wskazywać, że powstał w okresie baroku, jednak ten efekt to wynik przebudowy, jakiej go poddano w owej epoce. Chociaż preferuję przede wszystkim styl romański, to muszę przyznać, że bardzo mi się podobają barokowe kościoły, które widywałam w małych, lombardzkich miejscowościach.  Na ogół są one dość skromne, zapewne z racji ograniczonych środków, jakie mieszkańcy tych okolic mogli przeznaczyć na wzniesienie świątyni. Lubiłam ich sylwetki, otynkowane na jasne, ciepłe kolory, kolumny i ornamenty, czasem białe a innym razem w kolorze terakoty oraz charakterystyczne kampanile przykryte niewielkim hełmem, gdzie w łukowatych okienkach na szczycie widać było dzwony z ich kolistym mechanizmem. Nie wprawiały mnie one w uniesienie, jakie mi towarzyszyło podczas zwiedzania tysiącletnich, romańskich budowli, jednak ich eleganckie sylwetki wznoszące się na tle zieleni, radowały moje oczy, będąc dla mnie jeszcze jednym elementem mówiącym o kulturze i przeszłości tej ziemi.

Uwielbiałam momenty, kiedy mogłam zobaczyć dzwony wprawione w ruch a nad moją głową przetaczał się ich dostojny dźwięk, powoli cichnący w delikatnej mgiełce spowijającej przestrzeń nad jeziorem... Wspominałam już przy innych okazjach, że Włochy mają to do siebie, że w małych, wiejskich kościółkach niejednokrotnie można spotkać prawdziwe dzieła sztuki; podobnie jest w kościele San Giovanni, gdzie w ołtarzu znajduje się obraz pędzla Gaudenzia Ferrari a piękna rzeźba  z karraryjskiego marmuru przedstawiająca wniebowstąpienie Marii, pochodzi z pracowni Berniniego. Poza tym, można tu też zobaczyć wspaniałe stiuki i snycerkę, wykonane przez miejscowych, lombardzkich artystów a wszystko to sprawia, że jego wnętrze zasługuje na zainteresowanie każdego miłośnika sztuki sakralnej.
Bardzo lubiłam tę cichą miejscowość, więc jadąc do Bellagio niejednokrotnie wysiadałam z autobusu nieco wcześniej, żeby odetchnąć jej atmosferą. Najchętniej przysiadałam na kamiennym molo, gdzie mogłam słuchać delikatnego szumu fal i dumać o tym, jak żyli jej dawni mieszkańcy, w czasach, gdy na wodzie jedynym środkiem komunikacji była łódka a na lądzie grzbiet osła albo własne nogi, na których przemierzano wąskie, brukowane mulatiery.

Jednak San Giovanni to nie tylko skromne domki, gdzie swego czasu mieszkali rzemieślnicy i rybacy; kiedy płyniemy statkiem, na brzegu jeziora możemy zobaczyć piękne, okazałe wille, niegdyś należące do okolicznych patrycjuszy. Niektóre z nich, jak willa Trivulzio, czy willa Trotti, do dziś noszą nazwiska dawnych właścicieli, zresztą nadal pozostają one w prywatnych rękach, nabyte drogą kupna albo dziedziczenia. Takie okazałe domostwa często są  przerabiane na luksusowe apartamenty do wynajęcia lub hotele a spokoju mieszkańców i gości strzegą wysokie mury, otaczające rozległe ogrody. Do frakcji San Giovanni przylega maleńka Loppia, która oddziela ją od parku należącego do willi Melzi (link). Jest ona zaledwie kropeczką na mapie tej okolicy, jednak i tu można zobaczyć ciekawe ślady przeszłości, w postaci pięknej, obszernej darseny z dwoma bliźniaczymi hangarami, w których nadal przechowuje się łodzie i nieczynnej stoczni, o podwojach zamkniętych na cztery spusty.


Już za czasów Juliusza Cezara ta naturalna, ustronna zatoczka stanowiła dobre miejsce, gdzie można było dokonać napraw statków; również w późniejszych czasach, wśród zgrzytu pił i stukania młotków wprawne ręce rzemieślników naprawiały i powoływały do życia wielkie łodzie, służące do transportu towarów i ludzi. Dwie z nich, Giulia i Rosina, nadal są przycumowane w darsenie, prezentując nam swoje ciężkie, czarne kadłuby, okryte płóciennymi daszkami rozpiętymi na półkolistych podporach, będących bliźniaczym odbiciem wręgów. Dziś, z masztami ogołoconymi z żagli, stanowią jedną z pamiątek czasów, które powoli odchodzą w zapomnienie...Tuż obok darseny, pomiędzy dwoma rzędami wyniosłych cyprysów, widzimy schody, biegnące w kierunku centralnej części półwyspu.


Patrząc na nie mamy wrażenie, że prowadzą one donikąd, jednak gdy dojdziemy na ich szczyt i przekroczymy szeroką drogę dojazdową do centrum Bellagio, możemy zauważyć, że za rozległą łąką znajduje się duża, piękna willa. Jest to Willa Giulia, leżąca na wschodnim brzegu półwyspu na terenie frakcji zwanej Regatola; dziś otacza ją spory ogród, jednak w czasach, gdy powstała, cały pas terenu u nasady półwyspu Bellagio stanowił jedną posiadłość. Dzięki temu dominującemu usytuowaniu, do willi można było przybyć zarówno od strony Como jak i Lecco, zaś te schody i aleja, dziś już nieistniejąca, służyły do komunikacji z przystanią w Loppii.


To uprzywilejowane położenie na grzbiecie wzgórza sprawia, że z willi można podziwiać całą tę piękną okolicę i cieszyć się blaskiem słońca od jego wschodu, aż do zachodu. Podobnie jak inne, także willę Giulia możemy oglądać jedynie z zewnątrz, gdyż również ona nadal jest własnością prywatną.
Kiedy ją miniemy, nieopodal zobaczymy oliwkowy sad oraz budynki typowe dla dawnego folwarku z częścią mieszkalną i zabudowaniami gospodarczymi. Dziś stoją niezamieszkałe, wygląda na to, że ich obecny właściciel opuścił stary dom wzniesiony przez przodków, wybierając uroki nowoczesności... Powiem szczerze, że to i jemu podobne domostwa, proste, lecz nie pozbawione wdzięku, zatopione w zieleni, z szarymi murami widocznymi pomiędzy koronami srebrnawych oliwek, oglądałam z nie mniejszą przyjemnością i zachwytem, jak bogate wille patrycjuszy.


Ich sylwetki, choć niewymyślne, świadczą nie tylko o dobrym rzemiośle twórców, lecz także ich poczuciu smaku oraz zamiłowaniu do harmonii. Ta część Bellagio, leżąca na łagodnym stoku, nie bez racji nosi nazwę Oliviero, gdyż jej mieszkańcy chyba od zawsze zajmowali się uprawą drzewek oliwnych. Stąd jest już niedaleko do Pescallo, o którym zawsze myślałam jako o Pescau, jak to się mówi w lokalnym dialekcie... Nazwa tej frakcji świadczy o tym, że jej mieszkańcy od niepamiętnych czasów trudnili się połowem ryb, zresztą nadal jest tu mnóstwo łodzi, służących przede wszystkim do rekreacji i połowów sportowych. Pescallo jest położone niemal na końcu półwyspu, na wysokości centrum Bellagio, lecz na przeciwległym, wschodnim brzegu, od strony Lago di Lecco. Podobnie jak na zachodzie, za lustrem wody widzimy stoki Prealp, które tutaj są  bardziej skaliste i strome.


Wzdłuż brzegu jeziora, od Varenny aż do Lecco, ciągnie się długi, górski grzbiet, z szarymi stożkami najwyższych szczytów - Grigni i Grignetty, czyli Grigni Meridionale i Settentrionale. Po jego stoku biegnie Sentiero del Viandante, dawna droga handlowa prowadząca w stronę Alp, nadal chętnie uczęszczana przez miłośników trekkingu i pięknych widoków. W Pescallo uderza nas spokój i cisza tego miejsca; wschodni brzeg jeziora dość szybko okrywa cień padający od wyższej części półwyspu, podczas część leżąca od zachodu wraz z wodami jeziora nadal tonie w słonecznym blasku. Na wodzie kołyszą się łódki ze zwiniętymi żaglami stojące na kotwicach a ich nieuskrzydlone siostry leżą na brzegu, przykryte plandeką lub odwrócone stępką do góry.


W upalny dzień miło jest przysiąść na ławce pod platanem na zacienionym placyku i słuchać cichutkiego dzwonienia wiatru na wantach albo zapuścić się w wąziutkie uliczki, gdzie wyciągając ramiona można dotknąć budynków po ich obu stronach. Stare mury porastają bujne festony bluszczu oraz dzikiego wina a leniwe koty śpią pomiędzy doniczkami kwiatów na tarasach i balkonach. Wszystkie uliczki nieodmiennie kończą się nad wodami jeziora, gdzie na maleńkich, piaszczystych plażach także leżą łódki, w oczekiwaniu, aż czyjeś ręce zepchną je na wodę...

Z Pescallo do centrum Bellagio prowadzi droga, biegnąca wzdłuż muru granicznego otaczającego ogrody willi Serbelloni; po jej drugiej stronie jest podobny mur, także oddzielający prywatne tereny, więc do miasta idzie się pod górę pomiędzy tymi dwiema kamiennymi ścianami.
Kiedy dochodzimy do szczytu wzgórza, w świetle drogi ukazują się nam dachy miasteczka i wody jeziora. Z cichej i spokojnej enklawy, jaką jest Pescallo, wkraczamy w kolorowe uliczki Bellagio, pełne sklepików i kawiarenek, gdzie różnojęzyczne grupy turystów chłoną niepowtarzalną atmosferę tego miejsca. Ja też z przyjemnością poddawałam się jego urokowi, sprawiedliwie dzieląc moje uczucia pomiędzy poszczególne frakcje, przechodząc od ciszy spokojnych zakątków do gwaru centrum a z zacienionych zaułków do blasku słońca. Kochałam jedno i drugie, bo przecież choć przeciwstawne, razem tworzą piękną, niepowtarzalną całość...

czwartek, 16 czerwca 2016

Lombardia. Bellagio - druga odsłona.



Jak pisałam w poprzednim poście, pierwsza wizyta w Bellagio zrobiła na mnie ogromne wrażenie; nigdy dotąd nie byłam w miejscu tak malowniczym a do tego wspaniała pogoda podnosiła walory pięknego pejzażu. Jego ukoronowanie stanowił widok prześlicznego bulwaru i wąskich uliczek, pnących się w górę, pomiędzy stylowymi budynkami w żywych, pastelowych kolorach. Pokochałam to miasteczko od pierwszego wejrzenia i co jakiś czas czułam wewnętrzny przymus, aby znowu zobaczyć jego śliczne zakątki.


Bellagio, chociaż od dawna było miejscem, gdzie licznie przybywali turyści z całej Europy, swą dzisiejszą postać zaczęło przybierać dopiero w drugiej połowie XIX wieku, kiedy to dla wygody znamienitych gości, powstały liczne, dobrze wyposażone  hotele. Wcześniej było to po prostu zbiorowisko raczej skromnych domostw, poprzetykanych nieco bardziej okazałymi kamieniczkami i willami należącymi do miejscowych patrycjuszy, gdzie ulewne deszcze spłukiwały rynsztoki a w miejscu, w którym  obecnie jest przystań dla łódek i statków, pędzono krowy do wodopoju. Mimo to, turyści chyba cenili sobie te skromne uroki; liczni przybysze znajdowali lokum w domach stałych mieszkańców, którzy w owych czasach niewiele mogli im zaoferować - pokoje pozbawione wygód, świeże mleko, jaja i kurczaki, kuchnię prostą i niewymyślną. Kiedy trafił się gość bardziej wymagający i żądny luksusu, gospodarz udawał się do kogoś z lokalnych wyższych sfer, aby pożyczyć porcelanową zastawę i srebrne sztućce.

Jednak z biegiem czasu znalazło się kilku prężnych przedsiębiorców, którzy postanowili czerpać zyski z goszczenia turystów, to zaś zaowocowało powstaniem odpowiedniej bazy hotelowej. Sama nigdy nie nocowałam w żadnym z tamtejszych hoteli, gdyż mieszkając w okolicy nie miałam takiej potrzeby, dlatego nic nie mogę powiedzieć o wnętrzach, jednak patrząc na ich piękne bryły i zadbane otoczenie, nietrudno sobie wyobrazić, że ilość gwiazdek jakie im przynależą  z pewnością jest większa niż dwie. Oczywiście, to nie oznacza, że w Bellagio panuje pogoda jedynie dla bogaczy, osoby o mniej zasobnych portfelach mają do dyspozycji pensjonaty, apartamenty i pokoje na wynajem oraz pole campingowe. Ale wróćmy do uroków Bellagio - jak już pisałam, jest tu długi, zabytkowy bulwar, prowadzący z centrum miasteczka w stronę willi Melzi, ozdobiony oleandrami, platanami, palmami i kolorowymi klombami pełnymi  kwiatów.
Szkoda jedynie, że kiedy tam byłam ten piękny widok tracił nieco przez sąsiedztwo opuszczonego hotelu Grande Bretagne; niegdyś był to wspaniały przybytek, w którym, jak wskazuje na to jego nazwa, lubili gościć przybysze z Wysp Brytyjskich.


Niestety, błędy w zarządzaniu sprawiły, że podupadł i na koniec został zamknięty; jednak z tego co wiem, odkupiła go pewna spółka, która ma mu przywrócić dawną świetność, więc nie wykluczone, że niebawem znów zawitają do niego goście. (W internecie znalazłam wiadomość, że ma się to stać w tym roku, ciekawa jestem czy dotrzymano terminu?) Spacerując po bulwarze możemy popatrzeć na górującą nad Bellagio Willę Serbelloni albo panoramę przeciwległego brzegu jeziora, z zielonymi pasmami gór dotykających nieboskłonu i miasteczkami schodzącymi tuż na skraj lazurowej wody.  Możemy też dostrzec półwysep Balbianello z willą tej samej nazwy oraz elegancką, białą sylwetkę Willi Carlotta w pobliskiej Cadenabbi. Kiedy nasycimy oczy barwami kwiatów, zielenią drzew, błękitem nieba i wody, możemy pójść  w przeciwną stronę, przejść przez centralny plac w pobliżu przystani, drogą, która zaprowadzi nas na kraniec półwyspu.


Po drodze mija się Grand Hotel Villa Serbelloni (najbardziej luksusowy hotel w Bellagio) leżący tuż nad brzegiem jeziora u stóp wzgórza, gdzie znajduje się właściwa willa Serbelloni, o której wspominałam powyżej. Willa ma bardzo bogatą historię - niegdyś należała do Viscontich (w owych czasach była raczej niewielkim zameczkiem) później przeszła w ręce rodziny Serbelloni, od której wzięła swą nazwę. Willa swoich murach gościła wielu książąt i królów a nawet samego Leonarda da Vinci. Jej ostatnią właścicielką była Ella Walker, potomkini sławnych gorzelników, którzy stworzyli markę "Johny Walker" (po mężu księżna Thurn und Taxis albo jak mówią Włosi - Torre e Tasso). Księżna była osobą o wielkich zaletach charakteru i szerokim geście o czym świadczy fakt, że w testamencie zapisała willę fundacji Rockefellera; dziś służy ona za miejsce wypoczynku i pracy twórczej uczonym oraz artystom. Idąc drogą wiodącą między wzgórzem i ogrodem przylegającym do hotelu, dotrzemy do przylądka zwanego La Punta, Jest to miejsce, skąd mamy wspaniały widok na trzy odnogi jeziora, skaliste  pasma gór w głębi, eleganckie Menaggio po lewej stronie i śliczną Varennę z Willą Monastero po prawej.


Choć będąc tam zrobiłam wiele zdjęć, to z ręką na sercu wyznaję, że absolutnie nie oddają one urody tego miejsca...To, co na zdjęciu jest po prostu nieostrym drugim i trzecim planem, w rzeczywistości jest uroczą mgiełką spowijającą pejzaż, w której majaczą odległe brzegi i zarysy gór. Jezioro w tym miejscu jest najszersze, przy upalnej pogodzie cały akwen paruje oddając wielką ilość wilgoci, więc zdarza się, że kiedy ciśnienie atmosferyczne spada a wiatr idzie spać, nie ma mowy o podziwianiu widoków i można ich się jedynie domyślać. Na szczęście pogoda zmienia się często, letnie burze oraz wiatr wiejący od gór oczyszczają atmosferę a wtedy znowu można się zachwycać tą piękną okolicą.


Niezależnie od pogody, bardzo lubiłam odpoczywać na cyplu w cieniu platanów nieopodal falochronu i patrzeć na jezioro; czułam się wtedy niczym na dziobie statku a widok falującej wody sprawiał, że zapadałam w stan doskonałego relaksu. Chętnie tam siadywałam, ale jeszcze bardziej ciągnęło mnie miasteczko, ze swoimi stromymi uliczkami, uroczymi podwórkami i tarasami pomiędzy domami. Lubiłam zaglądać do sklepików z ceramiką i artystyczną biżuterią oraz butików, gdzie można kupić unikatową odzież, niepowtarzalne szale, kapelusze i torebki. Czasem wstępowałam do cukierni na pyszne lody lub smakowite ciastko, albo wypijałam aromatyczne espresso w jednym ze stylowych barów, gdzie prostota i wyrafinowanie wystroju splatają się w jedną całość.

Żeby było jeszcze ładniej, stare mury domów porastają pnącza a w oknach i przed drzwiami stawia się donice pełne kwitnących roślin. Uwielbiałam patrzeć na śliczne balkony z kutego żelaza splecionego w misterne arabeski, kaskady petunii i pelargonii, kryte galeryjki, niczym mostki łączące budynki po dwóch stronach uliczki, markizy z płótna w pasy i cieniste portyki z arkadami, gdzie w lecie opuszcza się portiery chroniące od nadmiaru słońca.
Jak wspominałam, w Bellagio wypoczywało wielu znakomitych gości- pisarzy, kompozytorów, aktorów i polityków, jednak mnie szczególnie zainteresowała pamiątkowa tablica, którą znalazłam na jednym z budynków. Tablica mówi o tym, że w 1837 roku w tym domu mieszkał Franciszek Liszt z hrabiną Marią d'Agoult, która dla niego pozostawiła swego męża i dwójkę dzieci. Ich długoletni, burzliwy romans sprawił, że przez wiele lat ta niekonwencjonalna para była obiektem powszechnego zainteresowania i licznych plotek. Nie było w tym niczego dziwnego, ponieważ Franciszek mimo młodego wieku cieszył się zasłużoną sławą niezwykle utalentowanego wirtuoza i kompozytora (a przy tym atrakcyjnego mężczyzny) zaś dama jego serca była arystokratką o literackich ambicjach (po rozstaniu z Lisztem powróciła do Paryża, gdzie z powodzeniem  publikowała swe prace pod pseudonimem Daniel Stern).

Kochankowie przybyli do Bellagio w sierpniu (Maria była wówczas w zaawansowanej ciąży) i pozostali do grudnia, kiedy to urodziła się Cosima, ich druga córka, przyszła żona Ryszarda Wagnera. (Swoją drogą, Cosima poszła w ślady matki, gdyż aby związać się z Wagnerem zostawiła swego pierwszego męża, dyrygenta Hansa von 
Bülow, z którym miała dwie córki.) Liszt, mimo swej skomplikowanej sytuacji życiowej chyba nie narzekał na brak weny twórczej. Z różnych przekazów wiadomo, że chętnie bywał w ogrodach willi Melzi, gdzie lubił siadywać w mauretańskiej altanie z widokiem na rzeźbę przedstawiającą Dantego i Beatrycze; ten widok oraz lektura "Boskiej komedii" natchnęły młodego kompozytora do napisania sonaty "Dante". Jak wspominałam wcześniej, Bellagio w owych czasach nie było tym eleganckim miasteczkiem, jakie widzimy współcześnie, jednak jego niezrównane położenie i wspaniały klimat sprawiły, że Liszt pisał o nim, iż jest to miejsce pobłogosławione przez niebo i stworzone, aby być scenerią życia dla miłości. Z pewnością, pobyt w tym miejscu u boku ukochanej osoby ma szczególny urok; ja bywałam tam w pojedynkę, ale wcale mi to nie przeszkadzało w cieszeniu się jego szczególną atmosferą, mogłam bez przeszkód i do woli snuć się znajomymi zaułkami, przysiadać na parkowych ławkach albo w chłodnym wnętrzu jednego z kościołów. Lubiłam mały, skromy, antyczny kościółek San Giorgio, gdzie pod  dzwonnicą jest sklepione przejście, tworzące bramę pomiędzy salitą Genazzini  (to przy niej znajduje się dom, gdzie mieszkał Liszt ze swą ukochaną) a głównym placem, przy którym mieści się Municipio, jak i okazałą, romańską bazylikę San Giacomo, której wyniosła wieża góruje ponad miastem.

Wewnątrz bazyliki możemy zobaczyć obrazy pędzla takich malarzy jak Perugino i Foppa oraz wspaniałe mozaiki szkoły weneckiej; ich złocisty kolor potęguje blask bijący od pięknie podświetlonego ołtarza z pozłacanego drewna co rozjaśnia surowe wnętrze świątyni. Na placu przed kościołem znajduje się fontanna, gdzie na wysokiej kolumnie umieszczono rzeźbę przedstawiającą Madonnę z Dzieciątkiem, szkoda jedynie, że plac jest jednocześnie parkingiem, w sezonie jest tam zawsze mnóstwo samochodów i motocykli, co zdecydowanie psuje nastrój tego zakątka. Swoją drogą, dziwi mnie, że do tej pory nie ograniczono ruchu kołowego na terenie tej części miasta, chociaż nie od dziś mówi się o potrzebie stworzenia parkingów poza ścisłym centrum (były nawet głosy mówiące, że przymierzano się do stworzenia jednego na terenie ogrodów hotelu Grande Bretagne, co mam nadzieję, nigdy nie dojdzie do skutku). Letnie Bellagio to miejsce, gdzie przebywa wielu gości, zarówno takich, którzy przyjeżdżają na dłuższy wypoczynek, jak i przelotnych ptaków, mimo to, nie sprawia wrażenia zatłoczonego, dla wszystkich jest dość miejsca na bulwarze, w parkach i restauracyjnych ogródkach. 

Na szczęście jest tu tyle interesujących miejsc i możliwości zorganizowania sobie odpowiednich rozrywek, że każdy znajdzie coś dla siebie; można oddać się zwiedzaniu zabytków, popłynąć w rejs po jeziorze, odwiedzić inne malownicze miejscowości w okolicy, uprawiać sporty wodne, plażować, udać się w góry pieszo albo na rowerze, czy po prostu korzystać z chwili relaksu na jednej z licznych ławek nieopodal brzegu jeziora i możliwości podziwiania wspaniałego widoku, jaki się przed nami roztacza. 

Zachęcam do obejrzenia pozostałych zdjęć z Bellagio >



sobota, 16 kwietnia 2016

Lombardia. Bellagio, perła Jeziora Como.



"Perła" to zwyczajowy przymiotnik, jakiego używa się w stosunku do  miejsc, które w obrębie pewnego regionu wyróżniają się szczególną urodą. Na całym świecie jest wiele takich pereł a jedna z nich leży właśnie nad jeziorem Como. Jak już o tym niejednokrotnie pisałam, na jego brzegach znajduje się wiele miejscowości przykuwających nasze oczy niezrównaną urodą. Przybyszowi płynącemu statkiem po raz pierwszy, trudno się nie zachwycić eleganckimi miasteczkami Menaggio (link) czy Cernobbio, ze wspaniałą willą Erba gdzie Luchino Visconti spędzał swe dziecięce i młodzieńcze lata, prześlicznym Torno, romantycznym Nesso z jego imponującym wodospadem albo malowniczą panoramą Varenny (pisałam o niej tutaj i tu) z kolorowymi domkami stojącymi tuż na skraju wody.


Wszystkie one mają wiele uroku, jednak to właśnie Bellagio cieszy się zasłużoną sławą najpiękniejszego z nich, nie tylko dzięki walorom architektonicznym, lecz przede wszystkim z powodu niezrównanego położenia, jedynego w swoim rodzaju. W jednym ze starszych postów (link) pisałam już o tym, że jezioro Como ma kształt odwróconej litery Y. Przestrzeń pomiędzy jego krótszymi ramionami to Triangolo Lariano, trójkątny, górzysty teren; jego szczyt stanowi półwysep, podobnie jak miasteczko noszący nazwę Bellagio. Zaczyna się on w miejscu, gdzie stoki gór schodzą coraz niżej i kończy sporym wzniesieniem; kiedy patrzymy na niego z góry, całość wygląda niczym cielsko ogromnego jaszczura wynurzającego swój łeb z wód jeziora.



Bellagio składa się z kilku frakcji a każda z nich ma nieco inny charakter. Centralna część to ta leżąca na lewym brzegu, gdzie znajduje się przystań dla statków i Municipio, czyli Urząd Miasta. Ma bardzo romantyczny charakter dzięki swoim wąskim uliczkom pnącym się stromo do góry (zwanym we Włoszech salita albo scalinata, ponieważ składają się  z wielu szerszych lub węższych stopni) biegnącym pomiędzy malowniczymi, zabytkowymi domkami. Dzisiejsze Bellagio oczywiście nie jest tym samym miasteczkiem, jakim było w XIX wieku, przybyło tu wiele domostw wzniesionych w poprzednim stuleciu, jednak w większości jest to budownictwo jednorodzinne, które dobrze się komponuje z pejzażem; poza tym ta nowsza część jest położona raczej w centrum półwyspu, z dala od części historycznych, leżących w pobliżu wód jeziora.


W  Bellagio znajdziemy elegancki bulwar, przy którym stoją urocze pensjonaty oraz zabytkowe, luksusowe hotele. Ponad miasteczkiem wznosi się spory pagórek, w północnej części gęsto zadrzewiony, którego teren zamieniono w tarasowy ogród należący do willi Serbelloni.
Na tym samym brzegu, nieco bardziej na północ, leży willa Melzi a tuż za nią, Loppia i San Giovanni, dwie frakcje, gdzie oprócz pięknych, obszernych, historycznych willi, wzniesionych w rozległych ogrodach, znajdziemy wiele innych, ciekawych świadectw przeszłości. W następnych postach napiszę o nich obszerniej a przy okazji opowiem o moich wycieczkach i niezapomnianych wrażeniach, jakie mi przyniosły zmieniające się pory roku; chciałabym pokazać ich kolory, grę światła  i cienia oraz  głębię przestrzeni a innym razem, ten sam pejzaż stłumiony, spowity welonem wilgotnego błękitu.


Przecinając półwysep u nasady, przechodzimy przez frakcję Giuggiate, następnie skręcając w lewo mijamy Regatolę i Oliviero, aby na koniec dotrzeć nad przeciwległy brzeg jeziora, gdzie znajduje się część zwana Pescallo. Podobnie, jak centrum Bellagio, sąsiaduje ona z ogrodami willi Serbelloni, tyle, że nie po lewej a po prawej stronie wzgórza. Tu ponownie możemy przeciąć półwysep w poprzek i dojść do miejsca, gdzie rozpoczęła się nasza wycieczka, czyli do centralnego placu w okolicy przystani. Do Bellagio można dotrzeć z Como autobusem, samochodem lub rowerem, jadąc wzdłuż brzegu jeziora, (pasjonaci rowerów górskich mogą tez skorzystać ze Ścieżki nr 1, górskiego szlaku rozpoczynającego się w Como ) albo w sposób bardziej romantyczny, korzystając z jednego z wielu statków, jakie tu kursują przez cały rok. W czasie, kiedy mieszkałam w Lombardi często odwiedzałam tę okolicę, gdyż pokochałam  ją miłością gorącą i bezwarunkową. Pisałam o tym w moim poście o pierwszym rejsie po jeziorze Como, który zakończył się właśnie w Bellagio.


Miałam wtedy pewne wyobrażenie o celu mojej podroży, ponieważ zawsze byłam wielką miłośniczką epoki romantyzmu; czytając biografie pisarzy, poetów i muzyków, niejednokrotnie napotykałam na wzmianki o tej miejscowości, która w owym czasie była Mekką artystów i kochanków. Zdarzało się, że ilustracje w tych książkach stanowiły reprodukcje litografii przedstawiających pejzaże znad jeziora Como, dlatego też, kiedy statek zbliżył się do Bellagio i zobaczyłam białą sylwetkę willi Melzi a za nią przekrzywiony szczyt Monte Legnone oraz szpiczasty stożek Legnoncino, poczułam się, jakbym kiedyś już tam była...Ktoś, kto patrzy na miasteczko z pokładu statku, musi przyznać, że prezentuje się ono naprawdę prześlicznie, choć od pewnego czasu to urocze nabrzeże nieco szpecą dwa masywne pylony w seledynowym kolorze, wzniesione w miejscu, gdzie przybijają promy krążące w centralnej części akwenu, pomiędzy Menaggio, Bellagio i Varenną.


Faktem jest, że promy niezmiernie ułatwiają komunikację samochodową w obrębie jeziora, dzięki nim nie tylko można zaoszczędzić mnóstwo czasu, oprócz tego sprawiają one, że korki na wąskich i krętych drogach biegnących wzdłuż brzegów są znacznie mniejsze a jazda bardziej bezpieczna. Trzeba przyznać, że te korzyści są ewidentne, gdyby nie prom, ktoś, kto chciałby jechać np. z Menaggio do Lecco, miałby przed sobą trasę dwa razy dłuższą, poza tym, jak już wspomniałam, wzmogłoby to ruch na okolicznych i tak przeciążonych drogach. Mam też wrażenie, że starano się w miarę możliwości wtopić nową przystań w dotychczasowe otoczenie, jednak mimo wszystko, nie da się ukryć, że wcześniej panorama Bellagio prezentowała się lepiej...Dla pozostałych statków jest druga przystań w samym centrum miasta; ze swoim półokrągłym daszkiem i ażurowymi, metalowymi ornamentami, niesie powiew elegancji w stylu belle epoque i dużo lepiej współgra z atmosferą miasteczka. Za nią wznoszą się hotele i domy w ciepłych, pastelowych kolorach z płóciennymi markizami, zielonymi, drewnianymi persjanami i balkonami z kutego żelaza. Nieopodal przystani, tuż nad wodą, są liczne kafejki, bary i restauracje z uroczymi ogródkami pod pergolami spowitymi pnącymi roślinami, gdzie strawa dla ciała jest wzbogacona strawą dla ducha, jaką jest przepiękny widok na jezioro, jego przeciwległy brzeg oraz otaczające je góry.


Kto raz zobaczy ten pejzaż, nigdy go nie zapomni, bo trudno wymazać z pamięci widok porośniętych lasami Prealp schodzących stromo wprost do wody, z miasteczkami i wioskami rozrzuconymi na stokach. Kiedy w pogodny dzień płyniemy po węższej części jeziora i patrzymy na nie z pokładu statku widzimy, że woda ma kolor nie błękitny, lecz szmaragdowy. Dzieje się tak ponieważ odbija się w niej zieleń gór; na wysokości Bellagio jest ono znacznie szersze, więc staje się lustrem nieba i przybiera barwę turkusu. Kiedy wysiądziemy na ląd i pójdziemy na spacer bulwarem wśród  kwitnących oleandrów, możemy przystanąć nad głęboką, falującą wodą i popatrzeć na jej błękit stapiający się z błękitem przestworzy. Myślę, że na ten widok niejednej osobie trudno będzie się oprzeć chęci pozostania w tym miejscu, jeśli nie na zawsze, to z pewnością na bardzo, bardzo długo....


Ten post jest jedynie zapowiedzią, w następnych pokażę to, co możemy zobaczyć w poszczególnych frakcjach Bellagio a także piękno różnych pór roku. Zapraszam!

niedziela, 27 marca 2016

Nadeszła Wielkanoc, za progiem stoi wiosna!



Wszystkim zaprzyjaźnionym blogerom oraz czytelnikom "Sukienki w kropki" życzę, aby te radosne Święta były dla nich okazją do miłych spotkań w rodzinnym gronie, spacerów lub fascynujących wycieczek w ciekawe miejsca, albo po prostu odpoczynku we własnym, przytulnym domu. Niech ten wielkanocny baranek będzie dla nas symbolem zmartwychwstania a zielona rzeżucha i kwiaty oznaką przyrody budzącej się do życia.



Wiosna 
kalendarzowa
już przyszła, 
ta prawdziwa też jest tuż tuż a niedługo nadejdzie lato, niech te ciepłe miesiące przyniosą Wam wiele pięknych chwil na łonie natury i pozwolą spełnić podróżnicze marzenia!

sobota, 5 marca 2016

Lombaria. Certosa di Pavia, czyli pustelnia nieopodal Pavii.


Certosa di Pavia jest jednym z najwspanialszych zabytków Lombardii. Każdego miłośnika sztuki sakralnej ( i nie tylko) który na kilka dni zawita do Mediolanu,  gorąco zachęcam do jej odwiedzenia, ponieważ jest to obiekt naprawdę wart tego aby poświęcić mu nieco czasu. Można tam bez trudu dotrzeć samochodem lub za pomocą komunikacji publicznej w tym drugim wypadku mamy do dyspozycji pociąg albo autobus.

Certosa (w tłumaczeniu na  język polski pustelnia), jak na to wskazuje jej nazwa, leży nieopodal Pawii, od której dzieli ją około ośmiu kilometrów Natomiast do Mediolanu jest ich nieco ponad dwadzieścia, co ( w zależności od środka lokomocji) przekłada się na mniej więcej 20-40 minut jazdy. Ja byłam w Certosie dwa razy, po raz pierwszy na początku mojego pobytu w Lombardii, zachęcona przez Daria i Patrycję właścicieli domu w którym mieszkałam. Od nich dowiedziałam się o tym zabytku a także o jego walorach historycznych i artystycznych. Ta pierwsza wizyta pozostawiła w mojej pamięci niezatarte wspomnienie a jednocześnie pewien niedosyt; ponieważ przepiękna fasada kościoła była właśnie remontowana i przesłaniały ją rusztowania, mogłam zobaczyć jedynie jej fragmenty.

Poza tym, było to w czasach, kiedy dopiero zaczęłam interesować się fotografią, więc nie zawsze byłam zadowolona z efektów moich poczynań w tym względzie; także i tym razem część ujęć w zasadzie była do wyrzucenia... Co prawda kupiłam sobie ładny album przedstawiający uroki tego zabytku, ale to przecież to nie to samo co zrobione przez siebie zdjęcia, których można dowolnie używać. Podczas tamtej wizyty próbowałam sfotografować wnętrze kościoła, jednak było to zadanie przerastające moje umiejętności; zarówno wysokość, na jakiej umieszczono większość pięknych fresków a także niewielka ilość światła sprawiły, że zdjęcia robione bez flesza były prawie nieczytelne (z reguły jego używanie w tego rodzaju obiektach jest zabronione, podobno z uwagi na ochronę malowideł wykonanych farbami na bazie substancji organicznych, które łatwo ulegają rozkładowi).

Po paru latach wybrałam się tam ponownie aby nadrobić zaległości, jednak i tym razem spotkał mnie ogromny zawód, gdyż okazało się, że tymczasem wprowadzono surowy zakaz fotografowania, zarówno we wnętrzu kościoła jak i na klasztornych dziedzińcach... Rozmawiałam na ten temat z jednym z zakonników, który mi powiedział, że ma to na celu ochronę wizerunku obiektu. Z ironią stwierdziłam, że zapewne chodzi o zakaz robienia marnych "turystycznych" zdjęć, które np. po publikacji w internecie mogłyby dać fałszywy obraz zabytku. Jednak wdaje mi się to dość naciągane, bo jak sądzę, chodzi przede wszystkim o to, że odwiedzający pozbawieni możliwości fotografowania z konieczności kupią publikacje dostępne w klasztornym sklepiku (czyli po prostu jak nie wiadomo o co chodzi z pewnością chodzi o pieniądze).

Szczerze powiem, że choć mam szacunek do racjonalnie uzasadnionych zakazów,  to w tym momencie obudziła się we mnie anarchistka i ze złośliwą satysfakcją zaczęłam łamać ten idiotyczny przepis, kiedy tylko mogłam. O ile bez trudu udawało się to na zewnątrz, to w dobrze pilnowanym kościele nie było takiej możliwości, więc pozostały mi jedynie wspomnienia, kilka kiepskich zdjęć z pierwszego pobytu oraz album o którym już pisałam. 


Certosa powstała dzięki Gian Galeazzo Viscontiemu, władcy Mediolanu. W zamyśle miał to być klasztor zakonu kartuzów i kościół przeznaczony na rodowe mauzoleum książęcej rodziny. Budowę rozpoczęto w ostatnim dziesięcioleciu XIV wieku; co ciekawe, pięćdziesiąt lat później, jako główny architekt pracował tu Guiniforte Solari, będący nie tylko jednym z współtwórców mediolańskiej katedry lecz także kościoła Santa Maria delle Grazie, który z kolei Sforzowie, następcy Viscontich, wybrali na miejsce swego ostatniego spoczynku. Certosa di Pavia to obiekt nie tylko bardzo piękny, imponuje również jego wielkość o której daje wyobrażenie zdjęcie ryciny, jaką umieściłam powyżej. Oprócz wspaniałego kościoła, są tu też liczne zabudowania klasztorne, skrzydło pałacowe, przeznaczone dla rodziny książęcej oraz zabudowania gospodarcze. Wszystko to tworzy nadzwyczaj harmonijną całość, otoczoną wysokim, ceglanym murem. Kiedy znajdziemy się w jego pobliżu, widzimy najpierw prześliczną kopułę wznoszącą się nad łamanym dachem kościoła, ozdobioną białymi kolumienkami krużganków, otoczoną licznymi "młodszymi siostrami" strzelistymi wieżyczkami i uroczymi pinaklami.


Do Certosy wchodzi się przez obszerną, sklepioną bramę, gdzie piękne freski dają nam przedsmak tego, co zobaczymy, kiedy przejdziemy dalej. Ale mimo tej zapowiedzi, gdy naszym oczom ukazuje się fasada kościoła sprawiająca wrażenie koronki wyrzeźbionej w marmurze, nie sposób oprzeć się uczuciu niezmiernego podziwu dla talentu architektów i rzeźbiarzy, którzy stworzyli to wspaniałe dzieło. Niejednokrotnie na łamach tego bloga dawałam wyraz mojemu uwielbieniu dla stylu romańskiego, ponieważ według mnie jest on najbliższy duchowi ewangelii; budowle sakralne z późniejszych okresów, choć w założeniu wzniesione na chwałę Stwórcy, moim zdaniem zaspokajają raczej nasze ludzkie potrzeby...


Jednak także w tych pozostałych przypadkach, takie rozważania nie mają żadnego wpływu na moje poczucie, że patrzę na coś, czego uroda przemawia jeśli nie bezpośrednio do serca, to z pewnością do mojego umysłu co sprawia, że zachwyt nad kunsztem artystów jest dla mnie nieodłącznym aspektem zwiedzania. Fasada Certosy powstawała na przestrzeni trzydziestu lat i jest dziełem wielu rąk lecz mimo to, wygląda pięknie i spójnie. Nie będę tu wymieniać wszystkich rzeźbiarzy, gdyż takie informacje bez trudu można znaleźć w internecie, warto jednak wspomnieć, że większości byli oni synami lombardzkiej ziemi lub pochodzili z przyległego Kantonu Ticino (że wspomnę tu nazwiska Solari, Briosco czy Amedeo). Świątynia składa się z trzech naw i ma wyraźnie gotycki charakter dzięki smukłym kolumnom i krzyżowo-żebrowym sklepieniom, jednak można tu znaleźć także liczne elementy przynależne do epoki renesansu. Stało się tak z uwagi na zmiany, jakie wprowadzono do pierwotnego projektu kościoła; ponieważ jego budowa trwała ponad sto lat, naturalną koleją rzeczy w tym czasie zmienił się gust i obowiązujący styl, co oczywiście nie pozostało bez wpływu na realizację. 

We wnętrzu znajdziemy liczne dzieła bardzo utalentowanego malarza Ambrogio da Fossano zwanego Bergognone, który co prawda urodził się w sąsiednim Piemoncie, jednak to właśnie Lombardii poświęcił swoje siły twórcze. Oprócz Certosy, także w wielu kościołach Mediolanu, Lodi i Bergamo można do dziś oglądać jego niezwykle piękne freski oraz umieszczane w ołtarzach olejne malowidła na desce (były to jego ulubione techniki) poza tym wiele innych, wykonanych przez niego obrazów, można zobaczyć w najważniejszych muzeach na całym świecie. Tym razem oczarował mnie przede wszystkim fresk jego pędzla przedstawiający Madonnę, której Gian Galeazzo Visconti ofiarowuje model Certosy; dominuje na nim wspaniały błękitny kolor o odcieniu zbliżonym do ultramaryny, jakiego nie widziałam nigdzie poza tym miejscem. Urzekła mnie też niepospolita uroda Marii, miałam okazję oglądać kilka Madonn namalowanych przez Bergognone, zarówno bezpośrednio, jak i na reprodukcjach;  mam wrażenie, że zazwyczaj pozowała do nich ta sama modelka, ponieważ w większości mają one bardzo podobne rysy twarzy. Te wizerunki może nie tyle uderzają klasyczną urodą oblicza, co wyrazem słodyczy i zadumy nad cudem, jaki stał się udziałem Marii. W jej spojrzeniu, które kieruje w stronę swojego dziecka nie ma matczynej radości, można z niego wyczytać pełne lęku pytanie w jaki sposób wypełni się jego przeznaczenie... Oprócz Bergognone także inni, sławni  malarze pozostawili tu dowody swojego talentu, wystarczy wymienić nazwiska Morazzone, Cerano, czy Guercino. W kościele można też podziwiać przepięknie intarsjowane rzeźbione stalle oraz okazały pomnik grobowy fundatora, księcia Gian Galeazza. Jednak pośród tych wszystkich wspaniałości mnie najbardziej urzekł inny nagrobek, będący dziełem Cristofora Solariego.


Miał on być miejscem pochówku Ludovica Moro i jego żony Beatrice d'Este, jednak los zrządził inaczej; Moro dokonał żywota we francuskiej niewoli a jego żona, która zmarła przy porodzie i odeszła z tego świata w bardzo młodym wieku, została pochowana w mediolańskim kościele Santa Maria delle Grazie. Na nagrobku możemy zobaczyć książęcą parę spoczywającą obok siebie a ich twarze są wspaniałym przykładem rzeźby portretowej. Przepięknie oddane stroje i realizm postaci są po prostu uderzające, dzięki temu możemy się dowiedzieć jak niewielkiej postury była księżna; nie tylko jest przedstawiona jako dużo niższa od męża, widać także, że dodawała sobie wzrostu chodząc w butach na bardzo grubych platformach.


Mnie uderzyło to, że jej twarz została przestawiona z wyrazem nieopisanego spokoju, rysy są zmiękczone w sposób naturalny dla pozycji leżącej, dzięki czemu ta młoda kobieta wygląda niczym pogrążona w głębokim, spokojnym śnie. Długo nie mogłam rozstać się z tym miejscem, na szczęście podczas pierwszej wizyty udało mi się zrobić zdjęcia, które choć w części oddają piękno tego monumentu. Po zwiedzeniu kościoła przeszłam do części klasztornej, gdzie mogłam zobaczyć tzw. mały krużganek, czyli wewnętrzny ogród z fontanną pośrodku, otoczony prześlicznym portykiem, ozdobionym smukłymi, marmurowymi kolumnami i płaskorzeźbami z terakoty. Jego urok kompletuje niezwykle piękny widok na boczną ścianę kościoła i transept oraz kopułę wznosząca się ponad nimi.


Duży krużganek (125x100m) jest ozdobiony równie bogato, jednak jego uroda jest zupełnie innego rodzaju; o ile w małym piękno jest mocno skondensowane w dużym zauważamy przede wszystkim zieloną połać rozległego trawnika, otoczonego podobnym portykiem, ponad którym wznoszą się niewielkie domki, niegdyś będące mieszkaniem dwudziestu czterech zakonników. Każdy z tych domków składał się z pomieszczenia mieszkalnego, maleńkiej kapliczki i mikroskopijnego ogródka ze studnią i kamiennym siedziskiem. Zakon kartuzów dla którego wzniesiono klasztor był zakonem kontemplacyjnym, więc mnisi większość czasu spędzali w tych pustelniach na modlitwie oraz uprawianiu grządek z ziołami i warzywami, zaś pozostałą żywność dostarczano im z zewnątrz przez specjalne okienko.

Wspólna modlitwa i posiłek w głównym refektarzu przylegającym do małego krużganka, były dozwolone jedynie w dni świąteczne, poza tym mnichów obowiązywała surowa reguła samotności i milczenia. Po kartuzach Certosę przejęli cystersi, następnie karmelici, później znów wrócili kartuzi a dziś ponownie mieszkają tu cystersi, chociaż od 1866 roku cały obiekt jest własnością państwa włoskiego. Obecnie w klasztorze żyje jedynie siedmiu zakonników należących do tego zgromadzenia; zajmują się oni oprowadzaniem turystów, produkcją rozmaitych nalewek a także uprawą ziół, które sprzedają w sklepie wyglądającym niczym dawna apteka. Oprócz owych produktów można tam nabyć różnego rodzaju zdjęcia, albumy i pamiątki związane z Certosą. Ich główną zaletą jest to, że na ogół są raczej w dobrym guście i nie straszą tandetnym wyglądem. 

 
Nieopodal w długim korytarzu prowadzącym do sklepu jest ciekawa wystawka, stworzona z kart dawnego zielnika. Oglądając ją wyobrażałam sobie pracowitych zakonników jak przed wiekami zasuszali i opisywali te rośliny, które całkiem nieźle przetrwały do naszych czasów...

Odwiedzając Certosę, należy koniecznie zajrzeć do muzeum w dawnym Pałacu Książęcym, który tworzy ścianę zamykającą główny dziedziniec po lewej stronie. Został on wzniesiony na potrzeby dworu Viscontich i Sforzów, jako ich letnia rezydencja; był też miejscem, gdzie książę zatrzymywał się, kiedy polował w okolicznych lasach. Pomysłodawcą i organizatorem muzeum był Luca Beltrami, ten sam, który nadzorował prace podczas restauracji Castello Sforzesco w Mediolanie (pisałam o tym tutaj). Dzięki niemu w muzeum możemy obejrzeć bogatą gipsotekę, zbiory renesansowej rzeźby, malowideł na desce oraz wiele innych, ciekawych artefaktów. Jak pisałam na wstępie, naprawdę warto poświęcić kilka godzin na dotarcie do Certosy i jej zwiedzanie, gdyż jest to świetny przykład lombardzkiej architektury sakralnej, który z pewnością zapadnie w pamięć każdego miłośnika historii i sztuk pięknych.


Więcej zdjęć można obejrzeć w albumach >



Kościół i klasztor nożna zwiedzać do południa oraz po południu (w lecie nieco dłużej) wstęp jest wolny, jednak dobry obyczaj nakazuje wrzucenie choć niewielkiej kwoty do jednej z kościelnych skarbonek. Dojazd z Mediolanu jest dość prosty, jak już pisałam w tym celu można skorzystać z pociągu Tre Nord relacji Milano - Pavia. Po krótkiej podróży wysiadamy na stacji Certosa w zasadzie niemal na tyłach klasztoru, więc wystarczy iść asfaltową ścieżką wzdłuż muru jaki go otacza w prawo lub w lewo, bo tak, czy inaczej, dojdziemy do bramy wejściowej. Jeśli wybierzemy autobus, należy dojechać zieloną linią metra do stacji Famagosta w kierunku Abiategrasso, po wyjściu na ulicę znajdziemy się nieopodal przystanku autobusu odjeżdżającego w kierunku Pavii. Wysiadamy w centrum miasteczka Certosa, skąd do klasztoru doprowadzi nas piękna, zadrzewiona aleja.

Natomiast gdyby kogoś zainteresowały wielkie, miedziane kotły na jednym ze zdjęć, informuję, że nieopodal jest wytwórnia popularnego włoskiego serka "Certosa"  gdzie niegdyś podczas jego produkcji używano właśnie takich urządzeń.  Obecnie są one jedynie pamiątką przeszłości i ozdobą trawnika przed fabryczką.