Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

niedziela, 1 września 2013

Lombardia. Monza - Villa Reale i jej park.


Wjeżdżając do Monzy od zachodu, mijamy wlot szerokiej, pięknej, dwupasmowej alei, wysadzonej okazałymi drzewami. Aleja jest bardzo długa, więc budowla wzniesiona na jej drugim końcu zaledwie majaczy w oddali, jednak i z tej odległości widać, że jest to ogromna willa w klasycystycznym stylu. To jeden z największych, a niegdyś i najświetniejszych pałaców w Lombardii, czyli Villa Reale (chciałabym tu zaznaczyć, iż nazwa "willa" w języku włoskim oznacza nie tylko willę w przyjętym w naszym języku znaczeniu tego słowa, lecz również pałac poza miastem, więc często są to obiekty naprawdę imponujące).

Jej budowę rozpoczęto na zlecenie (dobrze nam znanej skądinąd) cesarzowej Marii Teresy Austriackiej, był to bowiem okres, kiedy zarówno Lombardia jak i południowa część Polski znajdowały się w obrębie Cesarstwa Austro - Węgierskiego. Cesarzowa, choć mocną ręką trzymała podległe sobie prowincje, bardzo dbała o dobry wizerunek domu Habsburgów. Swojego syna Ferdynanda mianowała Gubernatorem Generalnym Lombardii i w związku z tym, zleciła budowę rezydencji odpowiedniej do wysokiej rangi arcyksięcia. Wzniesienie nowej siedziby powierzono włoskiemu architektowi Giuseppe Piermarini, który rozpoczął pracę w 1777 roku i uporał się z tym zadaniem w ciągu zaledwie trzech lat.Powstał piękny i okazały klasycystyczny pałac, jednak na wyraźne zalecenie władczyni mimo swej wielkości nie rażący zewnętrznym przepychem.
 Przez około dziesięć lat stanowił on ulubioną wiejską rezydencją Ferdynanda, aż do chwili, kiedy do Lombardii wkroczył Napoleon wraz ze swą armią. Po wyrugowaniu Austriaków willa na pewien czas opustoszała, gdyż Bonaparte, mając do wyboru kilka pałaców w Lombardii gdzie mógłby pomieścić swoją rodzinę i dwór, o dziwo nie zdecydował sę na Monzę, lecz dużo mniejszą willę Crivelli w Mombello, nieopodal Limbiate. Dopiero w 1803 roku jego pasierb Eugeniusz de Beaucharnais, mianowany przez Napoleona wicekrólem Włoch, wybrał willę w Mozie na swoją siedzibę. Eugeniusz był zapalonym kawalerzystą, wielkim miłośnikiem koni i polowania, więc z jego rozkazu poszerzono istniejący już ogród o przyległe tereny, które otoczono murem aby wicekról mógł bez przeszkód oddawać się ulubionym rozrywkom. Powstał w ten sposób wielki angielski park liczący 750 ha, a w jego obrębie znalazły się inne, mniejsze obiekty: wille, folwarki, młyny wodne, a także niewielki kościółek. Po upadku Napoleona willę ponownie przejęli Austriacy, zaś po odzyskaniu przez Włochy niepodległości przeszła ona na własność panującego domu de Savoya. Pod koniec XIX wieku często bywał tu ówczesny król, Umberto I, wraz ze swą żoną Margheritą (nota bene byli oni bliskimi kuzynami).

Pozornie było to bardzo zgodne małżeństwo, darzące się szacunkiem i zachowujące formy przyjęte w "wielkim świecie" jednak w rzeczywistości panował między nimi głęboki rozdźwięk z powodu długoletniego romansu króla z księżną Eugenią Bolognini. Księżna była damą honorową królowej i miała swoje stałe miejsce na dworze, posiadała również własne dobra w przyległej do Monzy miejscowości Vedano. Do dziś krążą legendy na temat mniej lub bardziej tajemnych spotkań króla i jego kochanki, podobno zdarzyło się nawet, że pewnego razu Margherita zastała ich "in flagranti”, co stało się powodem nieoficjalnej separacji królewskiej pary. Od tej pory każde z nich żyło na swój ulubiony sposób, a Margherita większość czasu zaczęła spędzać w ukochanym Gressoney u podnóża Monte Rosa, gdzie często towarzyszył jej pewien baron, przyjaciel od serca...Ta sytuacja trwała aż do roku 1900, kiedy król Umberto zginął w Monzie z ręki zamachowca. Stało się to podczas manifestacji sportowej, nieopodal willi, po lewej stronie prowadzącej do niej alei. Owdowiała królowa Margherita poleciła, aby w tym miejscu wzniesiono okazały monument dla uczczenia pamięci małżonka. Co więcej, wykazała się szlachetnością i wspaniałomyślnością wobec swojej byłej rywalki, zezwalając jej na ostatnie pożegnanie ze zmarłym bez żadnych świadków.

Po tragicznej śmierci Umberta pałac opustoszał, gdyż nowy król, a syn zmarłego, nie chciał bywać w Monzie, ponieważ budziła w nim niedobre wspomnienia. Willa Reale opustoszała, większość mebli wywieziono do rzymskiego pałacu na Kwirynale, zaś upływ czasu i brak starania dokonały w niej ogromnego spustoszenia. Po wojnie kiedy rodzinie de Savoya odebrano tron a wraz z nim wszystkie dobra, willa przeszła w ręce Gminy Monza. W latach sześćdziesiątych przeznaczono ją na centrum wystawowe, co niestety doprowadziło do dalszej dewastacji budynku. Na szczęście w porę podjęto decyzję o jej restauracji, przedsięwzięciu na ogromną skalę, którego całkowity koszt jest przewidziany na niemal trzydzieści milionów euro. Kiedy po raz pierwszy byłam w Monzie fronton pałacu przedstawiał się zupełnie przyzwoicie, natomiast z tyłu, od strony parku, był to prawdziwy „obraz nędzy i rozpaczy”. Na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat wyremontowano tylną elewację, zewnętrzne schody, klatki schodowe i pierwsze piętro pałacu, gdzie obecnie można zwiedzić apartamenty króla i królowej. Niestety, pozostałe pomieszczenia chyba jeszcze nieprędko otworzą swe podwoje...Zdarzyło mi się widzieć w lokalnej TV reportaż, który obrazował niewiarygodne wprost zniszczenia: pozrywane posadzki, tapety wiszące w strzępach i powyrywane z zawiasów drzwi.
Pałac zbudowano w kształcie litery "U" i jak już wspomniałam, korpus główny, a także lewe skrzydło, w większości odzyskały swoją świetność, natomiast prawe zastałam w bardzo złym stanie, zwłaszcza od strony parku, gdzie straszyło łuszczącym się żółtobrązowym tynkiem, powyrywanymi okiennicami oraz oknami bez szyb. Bardzo bym życzyła mieszkańcom Monzy aby całkowita restauracja pomyślnie dobiegła końca, bo pałac z pewnością na to zasługuje. Co prawda, nieco wątpliwości zasiał we mnie widok dużych zacieków wilgoci na niedawno wyremontowanej elewacji, co mogłoby świadczyć o tym, iż nie wszystkie prace wykonano z należytą starannością...Dzisiejszy park otaczający Villę Reale ma charakter parku miejskiego i mimo dużej ilości drzew rosnących na jego terenie raczej nie przypomina podmiejskiego lasu, w którym polował wicekról. W latach dwudziestych ubiegłego wieku powstał tu sławny na całym świecie tor wyścigowy Formuły I oraz klub golfowy. W zasadzie park składa się z trzech wyodrębnionych części o odmiennym charakterze. Od frontu znajdują się rozległe trawniki, a po lewej stronie, przed dawną pomarańczarnią, piękne rozarium

Za pałacem rozciąga się najstarsza część parku, Giardino Reale, czyli Ogród Królewski, mająca charakter ogrodu botanicznego, gdzie można zobaczyć wiele bardzo pięknych, starych drzew i typowych dla XIX wieku budowli: pawilony w antycznym stylu, sztuczne pagórki i groty, sadzawki i wodospady. Jest tu też swego rodzaju altana, która powstała pod gałęziami grabowego szpaleru posadzonego na planie okręgu. Gałęzie splatają się ze sobą, tworząc zamkniętą przestrzeń w kształcie zielonej kopuły, gdzie można się schronić w upalny dzień lub w czasie deszczu. Ta część ogrodu jest odgrodzona od reszty parku metalowym parkanem, za nim rozciąga się część w stylu angielskim, która powstała za czasów Eugeniusza de Beaucharnais. Dla mieszkańców Monzy ten piękny park jest nie tylko powodem do dumy, lecz przede wszystkim popularnym miejscem rekreacji. Wiele osób przychodzi tu żeby spokojnie posiedzieć lub pospacerować, a druga, wcale nie mniejsza grupa, zjawia się aby aktywnie uprawiać różnego rodzaju sporty.

 Zwłaszcza w weekendowe poranki park roi się od ludzi w różnym wieku, biegających, jeżdżących na rowerach, rolkach, wrotkach i czy hulajnogach, oprócz tego można tu również pograć w piłkę, albo pojeździć konno. W Parku byłam w kilkakrotnie, ale nigdy nie dotarłam do jego krańców i szczerze wyznam, że widziałam zaledwie jego niewielką część (powiedzmy 1/3) Bardzo lubię chodzić pieszo i przejście kilku a nawet kilkunastu kilometrów mnie nie przeraża. Jednak o ile chodzenie po górach niesamowicie mnie "nakręca" i mimo czysto fizycznego zmęczenia zapewnia wysoki poziom adrenaliny, to przemieszczanie się po parkowych alejkach szybko sprawia, że siły kompletnie mnie opuszczają...Nie mam pojęcia, jak to się dzieje, czy to sprawa innego powietrza jakie jest na nizinach, a może monotonnego tempa takiej przechadzki, ale zauważyłam to niejednokrotnie. Miałam szczery zamiar przejść kiedyś park wzdłuż i wszerz, lecz ten pomysł spalił na panewce, ponieważ było wiele miejsc, które wydawały mi się bardziej atrakcyjne, więc dokładne obejrzenie parku odkładałam na bliżej nieokreśloną przyszłość. Podczas ostatnich miesięcy spędzonych we Włoszech pracowałam bardzo dużo i miałam niewiele czasu na wypady w plener. Kiedy nadchodził mój wolny dzień, podjęcie decyzji o tym gdzie powinnam się udać stanowiło dla mnie naprawdę poważny problem.

Było jeszcze tyle miejsc, które tak bardzo chciałam zobaczyć i tak mało czasu na realizację planów! Z reguły przeważały moje ukochane góry, do których zawsze mnie ciągnęło niczym przysłowiowego wilka do lasu. Dlatego też park w Monzie wielokrotnie schodził na dalszy plan, aż do chwili, kiedy to 1 listopada 2011 roku o godzinie 7 rano, skończyłam mój ostatni, nocny dyżur. Już w przeddzień postanowiłam, że zamiast wrócić bezpośrednio do domu pojadę do Monzy. Park w Monzie jest ogromny. Dziś liczy sobie 685 ha i otacza go mur długości 14 km. Od strony miasta są tu dwie bramy, po prawej i lewej stronie Villi Reale. Do parku można również wejść przez cztery bramy główne prowadzące z okolicznych miejscowości: Vedano, Villasanta, Biassono i San Giorgio, a także kilka pomniejszych furtek. W związku z tym, jadąc na dyżur uzbroiłam się w buty trekkingowe oraz plecak, a po pożegnaniu z dotychczasowymi współpracownikami pojechałam na zwiedzanie parku. Przywitał mnie on pięknymi jesiennymi kolorami i lekką mgiełką snującą się pośród drzew, co wyglądało po prostu zjawiskowo... Szczególnie pięknie prezentowała się wąska, długa sadzawka, w której niczym w lustrze odbijały się drzewa rosnące wokół.

 Postanowiłam odszukać jeden z dawnych młynów i znajdującą się w jego pobliżu kaskadę.Po drodze minęłam niewielki most na rzece Lambro zwany "Łańcuchowym", od łańcuchów zaczepionych na kamiennych słupkach zastępujących zwyczajowe barierki. To właśnie tutaj znaleziono ciało zakonnicy Ottavii, zamordowanej przez Osia, kochanka Marianny de Leyva, Signory di Monza (będzie o tym wpis) o czym pisał Manzoni w swojej powieści "Promessi sposi"... Kiedy dotarłam do młyna, z przykrością stwierdziłam, iż mimo pięknej architektury i malowniczego położenia nieopodal kaskady, opłakany stan w jakim się znajduje ten zabytkowy budynek, powoduje, że powinno się go oglądać tylko z dość dużej odległości...Niestety, nie była to jedyna zrujnowana budowla, którą znalazłam na swej drodze. Co gorsza nie spotkałam map, które pozwoliłyby mi zorientować się gdzie jestem, gdyż nawet te nieliczne, jakie znalazłam, zostały zniszczone przez wandali (wyglądało zresztą na to, że stało się to dość dawno temu, lecz nikt nie zadbał o ich wymianę).

W związku z takim stanem rzeczy, doszłam do wniosku, że nie będę się torturować chodzeniem w kółko, tym bardziej, że zmęczenie po nieprzespanej nocy coraz bardziej dawało mi się we znaki. Humor nieco mi poprawił widok dwóch starszych panów, śmigających na rolkach po drodze dojazdowej prowadzącej do toru wyścigowego, przy czym jeden z nich piastował pod pachą pieska, który wyglądał na dość zadowolonego ze swojego "środka transportu".Jednak życie nie jest bajką, więc jego pan po pewnym czasie postawił czworonoga na ziemi, i pupil również musiał podjąć przymusowy trening. Ale w prawdziwe osłupienie wprawiła mnie pewna pani, mająca z całą pewnością dobrze po siedemdziesiątce, mknąca na rolkach naprzeciw mnie, niczym przysłowiowa burza. Niestety, zanim zdążyłam podnieść aparat fotograficzny była już zbyt daleko, abym mogła jej zrobić zdjęcie. W zasadzie widok osób w "pewnym wieku" cieszących się dobrą formą fizyczną nie jest we Włoszech niczym nadzwyczajnym, ale ci państwo swoją sprawnością mogli wzbudzić zazdrość niejednego młodzieniaszka...

Mimo iż i tym razem nie udało mi się obejrzeć całego parku, byłam zadowolona z mojej ostatniej przechadzki, a także zdjęć, jakie zrobiłam w tej pięknej, jesiennej scenerii. Dla chętnych do obejrzenia zdjęć z Monzy i parku zamieszczam link do albumu w Googlach+


 https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/6313432473411227201

i na Picasie>
https://picasaweb.google.com/113977733476722899989/6313431240254113169

13 komentarzy:

  1. Piękny i ogromny park. Długość muru robi wrażenie! Po za tym zdjecia i opisy jak zawsze bardzo przemyślane i dokładne. Musisz wkładać ogrom pracy w stworzenie takiego posta. Chciałbym zobaczyć kiedyś Włochy i pozwiedzać prezentowane przez Ciebie perełki architektury.

    Pozdrawiam i dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobno park w Monzie jest największym w Europie parkiem w całości ogrodzonym murem. Nie ukrywam, że pisanie zajmuje mi dużo czasu, nie tylko ze względu na meritum bo jak zapewne wiesz, ciągle zmagam się z materia języka... Naprawdę warto wybrać się do Włoch w okolice jeziora Como i Maggiore na włóczęgę to naprawdę piękna kraina. Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Wiele razy bylam w tym parku, glownie na spacerach z psem, nigdy w celach turystycznych. Jedna z moich przyjacilek ma tam dom a jej corka chodzi do szkoly katolickiej umieszczone wlasnie na terenie parku. Mi to miejsce bardzo spowszednialo i nie umialm o nim napisac tak jak ty. Ciesze sie ze jest ktos w blogosferze, kto robi tak rzetelna robote. Dzis widzialam na jakims blogu sprawozdanie z wycieczki do Mediolanu bardzo powierzchowne i niesprawiedliwe. Mimo ze Mediolan nie jest moim ulubionym miastem to nie powiedzialbym ze na zwiedzanie go wystarczy 1 dzien, bo po za duomo, zamkiem i kosciolem Santa Maria delle Grazie nie ma nic innego do zobaczenia. To jak by ktos napisal ze w Krakowie jest tylko rynek i Wawlel.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne że każde miasto można liznąć w jeden dzień do tego jeżdżąc autobusem turystycznym, ciekawa jestem tego bloga (jak byś mogła podrzucić?)Szczerze mówiąc ani Monza ani jej park nie zabrały mi serca mimo swoich walorów o czym zresztą wspominałam. Jednak muszę oddać sprawiedliwość, że są tam rzeczy nadzwyczajne, jak choćby Żelazna Korona, o której pisałam w poprzednim poście i wspaniałe muzeum z klejnotami Longobardów. No i oczywiście historia Mniszki z Monzy, którą uwiecznił Manzoni (o niej będzie następny post, zapraszam)

      Usuń
  3. Widziałam włoskie wille, ba płaciliśmy za wejście, więc gdybym mogłam obejrzeć bez płacenia chętnie skorzystam. To takie podziwianie Włoch na żywo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Włosi mają taką akcję kiedy dwa razy do roku a nawet częściej są dni otwarte i wolny wstęp do większości muzeów i zabytków a co więcej otwierają swe podwoje również wille domostwa i pałace które zwykle są niedostępne dla zwiedzających, super sprawa.

      Usuń
  4. Niezwykłe jest to , ileż ciekawych historii wiąże się z pokazywanymi przez Ciebie miejscami. Do tego potrafisz je interesująco przedstawić i ubarwić świetnymi zdjęciami. Z przyjemnością przeczytałem.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Wiesiu i zapraszam ponownie bo będą jeszcze inne historyjki związane z Monzą z życia wyższych sfer ale najzupełniej prawdziwe. Serdecznie pozdrawiam i życzę miłej niedzieli!

      Usuń
  5. Jak zwykle wspaniała relacja. I nawet zdjęcia pasują do daty, jaka nam dzisiaj wybiła. Już jesień się zbliża...Zazdroszczę tym Państwu na rolkach. Ja do tej pory nie opanowałam tej sztuki na tyle dobrze, aby bez obaw przemierzać ulice. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za odwiedziny! Jesień we Włoszech też jest bardzo piękna choć przychodzi dużo później (jak pisałam zdjęcia są robione 1 listopada) A co do rolek to w pierwszej chwili też byłam w szoku ale później przyszło mi do głowy, że ci państwo zapewne kiedyś świetnie śmigali na łyżwach więc po prostu zamienili je na rolki jednak zapału i kondycji naprawdę można im pozazdrościć... Również pozdrawiam!

      Usuń
  6. jak tu pięknie :) bardzo, bardzo dobra relacja !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogromnie mi miło, ciekawa jestem czy znasz te strony?

      Usuń
  7. Ten wpis mi umknął, już nadrabiam, piękny park, jestem pod wrażeniem!

    OdpowiedzUsuń