Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania monte generoso, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania monte generoso, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 lutego 2013

Włochy - Szwajcaria, czyli Monte Generoso.



Ten tytuł nie nawiązuje do międzynarodowych zawodów sportowych, lecz do jednej z pierwszych i chyba piękniejszych wycieczek, jakie zrobiłam w okolicy Como. Monte Generoso wznosi się na wysokość 1704 metrów ponad poziom morza i zalicza się do najwyższych gór w okolicyLeży w szwajcarskim Kantonie Ticino; pomiędzy nią i niedaleką Monte Bisbino przebiega włosko-szwajcarska granica. To bardzo piękna góra a jej charakterystyczną sylwetkę o dwóch szczytach widać nawet z dużej odległości. Podobnie jak inne góry w tym rejonie, mogłam ją widzieć z okien, kiedy byłam w pracy.


Ta piękna panorama niezbyt odległych gór zawsze mnie nastrajała bardzo optymistycznie, choć z drugiej strony, budziło to moją nieprzepartą tęsknotę do zielonych stoków i górskich ścieżek. Zresztą podobnie było w okresie zimowym, wtedy widok jej wierzchołka pobielonego śniegiem sprawiał, że nie mogłam się doczekać wiosny i dnia, kiedy znów podejmę moje włóczęgi... Nazwę tej góry zna chyba każde dziecko mieszkające na północ od Mediolanu, ponieważ większość szkół organizuje wycieczki do wzniesionego tam obserwatorium astronomicznego. Dostęp do niego jest bardzo łatwy, gdyż z miejscowości Capolago kursuje kolejka górska, docierająca prawie na sam szczyt. Kiedy zamieszkałam w Lombardii, niejednokrotnie słyszałam o Monte Generoso od moich znajomych, jednak początkowo nie myślałam o wycieczkach z Włoch na teren Szwajcarii a tym bardziej o górskich wyprawach, choć pomiędzy przygranicznymi rejonami tych dwóch państw obowiązuje układ o swobodnym przekraczaniu granicy, obejmujący również cudzoziemskich rezydentów posiadających stałe zameldowanie.


Po wstąpieniu Polski do UE wielokrotnie bez przeszkód korzystałam z tego przywileju, jednak byłam też świadkiem bardzo drobiazgowych kontroli osób, które z jakiegoś powodu zwróciły uwagę pograniczników. Jak już wspominałam w pierwszym okresie pobytu we Włoszech skupiłam się na zwiedzaniu Mediolanu i najbliższej okolicy. Nieco później mój wolny czas zaczęłam poświęcać na wyprawy do dalszych miejscowości, aż wreszcie przyszedł dzień, że postanowiłam wyruszyć "na szwajcarską stronę". Pierwszym celem mojej podróży miało być właśnie Monte Generoso. Co prawda nieco mnie zbiła z tropu opowieść Michele (jednego z moich kolegów z pracy) który stwierdził, że cena biletu jest nieadekwatna do atrakcyjności podróży i że nigdy nie zapłacił tak dużo za nic. Nie była to najlepsza rekomendacja, ale ponieważ lubię sobie wyrabiać własny osąd, na przekór tej opinii, pewnego pięknego, czerwcowego dnia, wsiadłam do pociągu jadącego w kierunku Lugano. Po wyjeździe z Como i przekroczeniu granicy, przejechaliśmy jeszcze kilkanaście kilometrów, aż do chwili, gdy pociąg zatrzymał się w niedużej miejscowości Capolago.

Leży ona na krańcu jednej z licznych odnóg polodowcowego jeziora Lugano, którego dziwny i pokrętny kształt determinują otaczające je góry. Kiedy wysiadłam z pociągu i stanęłam na peronie było już prawie południe, po klimatyzowanym pociągu uderzyła mnie fala upału i oślepił mocny blask słońca. Nie miałam pojęcia skąd odjeżdża kolejka, więc zapytałam panią kasjerkę; pani ta powiedziała mi, że przystanek jest tuż przed budynkiem dworca a jej odjazd nastąpi niebawem. Zakupiłam bilet z opcją „tam i z powrotem” i wyszłam na zewnątrz. Istotnie, nieopodal stały dwa niezbyt okazałe czerwono - niebieskie wagoniki przypominające tramwaj z kilkunastoma osobami wewnątrz. W samą porę wsiadłam i zajęłam miejsce przy oknie, bo po chwili ruszyliśmy w drogę. Już od pierwszego momentu jazda sprawiła mi przyjemną niespodziankę. Początkowy etap trasy prowadził po wiadukcie i estakadach wznoszących się serpentynami, co nieco przypomina jazdę kolejką górską w lunaparku z tą różnicą, że tu jedzie się wciąż wyżej. Po chwili wagoniki wjechały na tor biegnący po stoku wzniesienia i muszę przyznać, że w tej chwili skóra nieco mi ścierpła…Zbocze w tym miejscu jest bardzo strome i sprawia wrażenie niemal pionowego urwiska. Tory są ułożone na bardzo wąskim chodniku, co sprawia, że po jednej stronie widzimy skalną ścianę a z drugiej przepaść porośniętą drzewami i krzewami, które wczepiają się korzeniami w większe i mniejsze rozpadliny. Mimo tego mrożącego krew w żyłach wrażenia, kolejka oczywiście jest zupełnie bezpieczna, (porusza się na podobnej zasadzie jak ta na zakopiańskiej Gubałówce). Zresztą ten emocjonujący odcinek nie trwa zbyt długo i po kilku minutach wjeżdża się na dość rozległą połoninę; tu tory łagodnie wznoszą się w kierunku szczytu wśród zielonych łąk i świerkowych lasów. Mniej więcej w połowie drogi znajduje się stacyjka Bellavista, skąd jest wspaniały widok na jezioro Lugano i gdzie można zatrzymać się na piknik lub wyruszyć pieszo na jeden z górskich szlaków. Muszę przyznać, że od pierwszej chwili oczarował mnie widok tej okolicy, wprost nie mogłam się doczekać chwili, kiedy dotrzemy na miejsce i będę mogła wyjść z wagonika. Stacja końcowa mieści się nieopodal jednego z bliźniaczych szczytów Monte Generoso i nie wyróżnia  szczególną urodą. W klockowatym budynku mieści się również schronisko oraz restauracja, ale ja myślałam jedynie o tym aby jak najszybciej pójść przed siebie jedną ze ścieżek. 


Choć we Włoszech byłam już od kilku lat, po raz pierwszy znalazłam się tak wysoko w górach. Do tej pory miałam  okazję oglądać je podczas wycieczki do leżącego na wysokości 1000 metrów miasteczka Brunate, spacerów po okolicy Canzo oraz rejsów statkiem po jeziorze Como. Jednak tym razem dotarłam dużo wyżej, znalazłam się na otwartej przestrzeni a do tego pogoda była po prostu wspaniała. Nieco później przekonałam się, że nie zawsze tak bywa, gdyż foschia niejednokrotnie uniemożliwia nacieszenie się pięknem tej wspaniałej okolicy. Miałam to szczęście, że powietrze było kryształowo czyste, więc patrząc w stronę północy widziałam w głębi dalekie łańcuchy Alp, pobielone śniegiem. Kiedy dotarłam na szczyt skąd jest niczym niezakłócony widok w promieniu 360 stopni, mój zachwyt sięgnął zenitu. Przede mną na południu leżała lombardzka równina skąpana w błękitnej poświacie a poza mną oraz po mojej prawej i lewej ręce wznosiły się zielone Prealpy. Mimo woli pomyślałam o moim koledze, na którym podobna wycieczka nie zrobiła żadnego wrażenia a nawet uważał ją za stratę czasu i pieniędzy. W tym okresie już nie pracowaliśmy razem i nie miałam okazji aby z nim porozmawiać na ten temat, więc nie wiem, czy po prostu jak większość Włochów był zblazowany podobnymi widokami wśród których wyrastał, czy też pogoda mu nie dopisała? Za to mnie ogarnęło uczucie prawdziwej euforii, kiedy patrzyłam na ten pejzaż pełen nieopisanej urody. Jak już wspominałam przy innych okazjach, Lombardia widziana w słoneczny dzień z dużej wysokości ma kolor zielono-błękitny i najczęściej otula ją delikatny welon wilgoci, drgający od rozproszonego światła. Choć bywałam w naszych przepięknych, polskich górach, nigdy dotąd nie oglądałam podobnego widoku, gdyż to, co tu zobaczyłam, było zupełnie odmienne od znanej mi panoramy Tatr i Karkonoszy.



Zielona Dolina Padu z licznymi miasteczkami i widocznym w oddali Mediolanem, poprzetykana błękitem jezior, lśniła w słońcu. Wokół mnie ciągnął się pofalowany obszar Valle d'Intelvi, zamknięty pomiędzy jeziorami Como i Lugano z białymi kreskami dróg i ścieżek, szmaragdowymi plamami lasów i wioskami o czerwonawych dachach. Jeszcze dalej na horyzoncie. widać było szczyty alpejskich czterotysięczników w śniegowych czapach. Dość długo stałam na niewielkim tarasie widokowym, gdzie dla wygody turystów ustawiono cztery fotograficzne panoramy z nazwami poszczególnych gór. Dzięki nim można lepiej poznać najbliższą okolicę a także odszukać charakterystyczne sylwetki Matterhornu, Monte Rosa, Grigni, Berniny, czy Monte Disgrazia. Po zejściu z tarasu udałam się na drugi szczyt góry, wznoszący się nieopodal. Wąska ścieżka poprowadziła mnie wśród traw i kwitnących ziół, tak bujnych, że owce pasące się na zboczu nurkowały w nich niczym pływacy w morskich odmętach i chwilami widać było jedynie ich białe grzbiety. Jednak mój entuzjazm dopełnił się na widok orła bujającego w błękicie; wydawał on ostre, ostrzegawcze krzyki, gdyż w jego przestrzeń niespodziewanie wdarł się człowiek na paralotni...Nieco niżej fruwały chmary jaskółek, które niespodziewanie zapadały w trawie, żeby po chwili znów wzbić się w powietrze.

Bez końca krążyłam po licznych ścieżkach, oglądając panoramę okolicy z różnych miejsc. Szczególnie zafascynowała mnie ta część, gdzie w dole widać było meandry jeziora Lugano i długi most
przerzucony nad jego wodami u podnóża Monte San SalvatorePodziwiałam piękne kształty wzniesień porośniętych gęstym lasem, które wyglądały niczym spowite fałdami szmaragdowego aksamitu. Na wschodnim stoku góry napotkałam dziwne skalne formacje, wyglądające niczym młode grzyby o masywnej nóżce i małym, przylegającym kapeluszu. Wszystko to sprawiło, że ta pierwsza wycieczka bardzo mi zapadła w pamięć, co więcej, chyba właśnie wtedy poczułam, że jest to miejsce, gdzie zechcę wrócić gdyż zawsze będę pragnęła tego widoku, kolorów i przestrzeni. Tak się złożyło, że nigdy więcej nie stanęłam na Monte Generoso, jednak ilekroć widziałam ją w oddali, niezmiennie wracałam pamięcią do tego czerwcowego dnia.

Jej widok zawsze napełniał mnie optymizmem i nieodpartą ochotą aby ruszyć przed siebie, samotnie stanąć gdzieś wysoko i odetchnąć pełną piersią, ze świadomością, że jestem tylko ja i nieogarniona przestrzeń wokoło mnie... Jeszcze wiele razy otwierała się przede mną ta panorama, co prawda widziana z innych miejsc i innych szczytów, ale tego dnia chyba nigdy nie zapomnę…Jeśli ktoś będąc w Lombardii miałby ochotę na podobną wyprawę, to bardzo ją polecam jednak po warunkiem, że powietrze będzie dość przejrzyste, gdyż w przeciwnym razie można mieć niedosyt wrażeń, chyba że jest się miłośnikiem dłuższego trekkingu, za to niekoniecznie nastawionym  na fotografowanie. W takim wypadku co prawda trudno zobaczyć odległe, alpejskie szczyty, ale wyprawa w góry i tak zawsze daje mnóstwo pozytywnych wrażeń. Warto też się zastanowić nad kupnem biletu w jedną stronę i zejść do którejś z wiosek na terenie Włoch a stamtąd autobusem wrócić do domu. Jest to z pewnością wyprawa na cały dzień, więc należy wyruszyć dość wcześnie. Można też zrobić trasę odwrotną, wejść na górę pieszo i zjechać w dół kolejką do Capolago a później pojechać pociągiem do Como. Miałam kiedyś taki plan, ale ponieważ od Como dzielił mnie jeszcze spory kawałek drogi, trudno mi było zgrać wszystkie środki komunikacji; innym razem pogoda nie była odpowiednia albo ciągnęło mnie w strony, gdzie jeszcze nie byłam, więc ostatecznie mój zamiar spalił na panewce. W letnich miesiącach zdarza się, że foschia bardzo ogranicza widoczność a wtedy (jeśli komuś zależy na fotografowaniu lub pięknych widokach) nie warto robić podobnych wycieczek ani rejsów statkiem. Najlepsza widoczność zwykle jest w dniach, kiedy po burzy przychodzi ładna pogoda a wiatr przegania chmury i oczyszcza powietrze. Jednak w okolicy jest wiele innych atrakcji, więc czas można spożytkować na zwiedzanie jednej z historycznych willi rozrzuconych wokół jeziora Como, muzeum w Como lub Mediolanie, że nie wspomnę o zakupach mediolańskich sklepach.


Kiedy wracałam do Capolago, w kolejce zauważyłam pewnego pana z trójką dzieci, które chyba podobnie jak ja nie miały ochoty rozstawać się z tym miejscem, gdyż tęsknie wyglądały przez okno, rzucając ostatnie spojrzenia na ten piękny zakątek świata. Ukradkiem zrobiłam im zdjęcie, które zaliczam do moich ulubionych a może nawet najbardziej udanych w sensie przekazu, choć nie widać ich twarzyczek. W  sylwetkach dzieci i w przechyleniu ich głów jest tęsknota za uciekającym krajobrazem, jaka chyba towarzyszyła  nam wszystkim ...

Jak zwykle podaję link do albumu, gdzie można obejrzeć więcej zdjęć z tej wycieczki >


sobota, 28 września 2013

Szwajcaria. Z widokiem na Lago di Lugano - Monte Bre'.



Już wspominałam, że Lugano leży w dolinie otoczonej górami. Kiedy patrzymy na okolicę stojąc na brzegu jeziora, na wprost po jego drugiej stronie widzimy ciekawe w kształcie wzniesienie, zwane Monte Salvatore; natomiast po lewej  dominuje nad nim niezbyt wysoka (933m) Monte Bre'. Ta góra z racji swojego położenia i bliskości z miastem jest miejscem, gdzie wiele osób udaje się, aby odetchnąć świeżym  powietrzem a także popatrzeć na piękną panoramę, jaka się roztacza wokoło. Inni traktują ją jako punkt wypadowy, z którego można rozpocząć pieszą lub rowerową wycieczkę po górskich szlakach. Dolne partie tego wzniesienia są pokryte siecią ulic i dość gęstą zabudową; na jego szczyt można dotrzeć pieszo, samochodem (korzystając z asfaltowej drogi jezdnej) albo kolejką zębatą. Kolejka jedzie w dwóch etapach, więc w połowie drogi trzeba się przesiąść.


Z jej wagonika widać sporą część jeziora i miasta, jest to bardzo atrakcyjna podróż zapewniająca niezapomniane wrażenia, podobnie jak to się dzieje, kiedy jedziemy kolejką zębatą z Como do Brunate. Po przyjeździe na górę należy obowiązkowo odbyć spacer drogą wijącą się wokół szczytu, aby popatrzeć na przepiękne widoki, jakie oferuje to miejsce. Przy sprzyjającej pogodzie oprócz jeziora i miasta Lugano, widać stąd jak na dłoni okoliczne góry, w tym najwyższą z nich, odległą Monte Rosa o szczycie pobielonym śniegiem.


Równie wspaniale wyglądają Prealpy, kąpiące w wodach jeziora swoje zielone zbocza. Trudno się też nie zachwycić widokiem, jaki prezentuje samo Lago di Lugano, którego pokrętny przebieg sprawia, że pośród gór widać jego błękitne fragmenty, wyglądające niczym łańcuch niewielkich jezior. Na mnie ogromne wrażenie zrobiła ta jego część, którą już widziałam podczas wycieczki na Monte Generoso, (link)  gdzie widać długi most przecinający je w poprzek. Podobno wzniesiono go na wybrzuszeniu, jakie tworzy morena znajdująca się na dnie jeziora; co jest godne uwagi, nie jest to konstrukcja nam współczesna, lecz wzniesiona w połowie XIX wieku a w XX jedynie rozbudowana. Most jest ogromnie ważny dla szwajcarskiej komunikacji, gdyż oprócz drogi regionalnej, biegnie tu także autostrada i linia kolejowa.


Jednak oprócz refleksji nad oczywistą użytecznością tego przedsięwzięcia, nie sposób nie zachwycić się widokiem połyskliwych wód jeziora i gór przepięknie modelowanych przez światło i cień z głębokimi rozpadlinami biegnącymi wzdłuż stoków. Na lewym brzegu, oprócz Monte Generoso mogłam zobaczyć Valle d'Intelvi, leżącą po włoskiej stronie granicy, gdzie tak lubiłam chodzić na wiosenne wycieczki, kiedy rozwijały się pierwsze listki a zagajniki tarniny czarowały welonem swoich drobnych kwiatków o gorzkawym, odurzającym zapachu.


Z trudem oderwałam się do tego widoku, aby udać się do wioski Bre' leżącej w niewielkim obniżeniu terenu pomiędzy Monte Bre' i Monte Boglia. Wiedzie tam wygodna ścieżka, wyłożona kamiennymi płytami, podczas tego spaceru można popatrzeć w stronę północy, gdzie horyzont zamykają góry leżące na terenie Włoch, na północny wschód od Jeziora Como. Bre' to bardzo malownicza wioska, z zabytkową zabudową, jaką tworzą małe domki, wzniesione wedle dawnego, lokalnego zwyczaju z szarego kamienia i drewna. Dzięki temu, że zamieszkują ją liczni pasjonaci sztuki i tradycji, całość z biegiem lat nic nie straciła ze swego rustykalnego charakteru.

Niezbędne prace modernizacyjne  przeprowadzono tam w taki sposób, żeby nie naruszyć zabytkowej substancji, więc z przyjemnością zapuściłam się w wąskie i kręte uliczki, podziwiając urocze zaułki, gdzie czyjeś poczucie estetyki kazało posadzić krzewy, zasiać kwiaty przy schodach albo umieścić na podwórku kolekcję zabytkowych narzędzi rolniczych. Ta mała wioska gościła wielu sławnych mieszkańców, tu swoje domostwa mieli malarze Wilhelm Schmid, Josef Biro' czy Pasquale Gilardi, który urodził się w Bre' w rodzinie wyróżniającej się talentami artystycznymi (jego dwaj bracia również byli malarzami, zaś trzeci z nich został architektem). W latach 1995- 2005 w wiosce miało miejsce interesujące przedsięwzięcie artystyczne, dzięki któremu pozostało tam wiele dzieł sztuki: mozaiki, rzeźby i witraże, wyeksponowane na uliczkach i ścianach budynków. Podobne inicjatywy są bardzo popularne po obydwóch stronach granicy,  również w wielu włoskich miejscowościach, że wymienię choćby takie wioski jak Arcumeggia czy Boarezzo, (link) gdzie możemy oglądać ich efekty.

Zresztą ta okolica od niepamiętnych czasów szczyciła się tym, że wydała licznych artystów - rzemieślników, którzy swoimi dziełami ozdobili wiele kościołów we Włoszech, Francji i w Niemczech. Wywodzili się oni z okolic Como oraz Lugano i do dziś są znani miłośnikom historii sztuki. Mówi się o nich "magistri luganesi" lub "comacini" albo "intelvesi" w zależności od miejsca urodzenia a czasem "antelami" od nazwiska Benedetto Antelami, najsłynniejszego z nich, któremu zawdzięczamy przepiękne baptysterium w Parmie. Osoby, które były w Mediolanie, być może zwróciły uwagę na okazały budynek Broletto, wzniesiony z czerwonej cegły i usytuowany na potężnych arkadach, znajdujący się nieopodal Duomo na wprost Palazzo della Ragione. Tam w niszy znajdującej się na ścianie od strony dziedzińca, można zobaczyć rzeźbę, będącą jednym z symboli tego miasta. Jest to konny pomnik Oldrado da Tresseno, dzieło pochodzące ze szkoły Benedetta. Uważa się, że to właśnie jego uczniowie i następcy, wędrując po całej Europie, z jednej wielkiej budowy na drugą, stworzyli korporacje, będące zalążkiem wolnomularstwa o czym pisałam w starszych wpisach tutaj i tutaj
Jak widać, na koniec nieco odbiegłam od zasadniczego tematu tego posta, ale w moich podróżach często spotykałam różne informacje nawiązujące do tej szczytnej tradycji, więc mam nadzieję, iż nie od rzeczy jest wzmianka na ten temat, która być może zainteresuje również kogoś z czytelników.
 
Więcej zdjęć z Bre' i Monte Bre'>

niedziela, 21 kwietnia 2024

Lombardia. Jezioro Como, kolejka linowa Argegno - Pigra.



Argegno to mała miejscowość na lewym brzegu jeziora Como, mniej więcej w połowie drogi pomiędzy miastem Como a półwyspem Balbianello. Liczy niespełna 700 mieszkańców, lecz mimo to, jest ważnym punktem na mapie tej okolicy. Podobnie jak w innych miejscowościach, znajdziemy tu port i przystań dla statków, poza tym jest ona swego rodzaju bramą do pięknej doliny Valle d'Intelvi, o której wielokrotnie wspominałam na moim blogu. Dawniej ta dolina cieszyła się wielką popularnością jako miejsce letniego wypoczynku, współcześnie, podobnie jak inne miejsca w obrębie Prealp, nieco straciła na znaczeniu. Jednak nadal jest spora grupa osób, która tu przyjeżdża, ponieważ w okolicznych wioskach zaczyna się wiele malowniczych i chętnie uczęszczanych szlaków pieszych i rowerowych. Jak już pisałam w postach na temat Monte Bisbino i Sasso San Martino, górzyste treny nad jeziorem były kiedyś ważne z punktu widzenia obrony terytorium Lombardii, dlatego można tu spotkać liczne pozostałości umocnień należących do Linii Cadorna. Jednak Argegno ma jeszcze jedną atrakcję, a mianowicie jedyną w obrębie jeziora kolej linową, łączącą jego nabrzeże  z wyżej położoną wioską Pigra. Bardzo atrakcyjną opcją jest rejs statkiem z Como do Argegno, połączony z wjazdem kolejką do Pigry. Na taką wycieczkę wybrałam się pewnej czerwcowej niedzieli a dla  towarzystwa zabrałam ze sobą czternastoletnią córkę moich gospodarzy, u których wynajmowałam mieszkanie.  



Jak to dokładnie widać na zdjęciach powyżej, górna stacja kolejki leży na skraju niezbyt rozległego płaskowyżu; nosi on nazwę Camoggia i stanowi swego rodzaju balkon na zboczu wyższej góry, zwanej Costone. Pigra, podobnie jak cała ta okolica, choć jest naprawdę maleńka (liczy nieco ponad 200 mieszkańców) ma bogatą historię, o czym świadczą zabytki architektury sakralnej i świeckiej. Niegdyś nieopodal miejsca, gdzie teraz jest stacja kolejki, na samym skraju płaskowyżu stała wieża strażnicza z XII wieku, jednak z czasem popadła w ruinę i została rozebrana. Na jej miejscu w początkach XX wieku wzniesiono willę, która chyba nie ma szczęścia do mieszkańców, ponieważ jest niezamieszkała, za to podobno przechodzi niekończące się restrukturyzacje. Poszłam ją zobaczyć z bliska, jednak zniechęcił mnie fakt, że niemal cały teren wokół niej był gęsto zarośnięty wysokimi drzewami i chaszczami, przez które chyba trzeba byłoby przedzierać się z maczetą. Powiem szczerze, że mimo wszystko, nie odmówiłabym kilku dni pobytu w pokoju z romantycznym balkonem i niesamowitym widokiem na jezioro (najlepiej po zakończonej restrukturyzacji).



A widok jaki się roztacza z tej wysokości jest po prostu oszałamiający! Kolejka żeby wjechać na górę ma do pokonania 540 m różnicy poziomów i muszę przyznać, że ta krótka, bo pięciominutowa podróż, wydała mi się o wiele dłuższa z racji natłoku wrażeń, jaki jej towarzyszył. Zdjęcia, które tu zamieszczam nie oddają w pełni urody okolicznego pejzażu; choć dzień był słoneczny, na niebie widziało się dużo nisko wiszących, białych cumulusów a w powietrzu nad jeziorem jak zwykle unosiło się sporo wilgoci. Taka pogoda nie sprzyja fotografowaniu aparatem cyfrowym, choć na żywo daje piękne widoki. Na zdjęciach ten lekki opar foschii spowija wszystko delikatnym welonem błękitu a to sprawia, że są one zaledwie cieniem tego, co można zobaczyć naocznie.






W miarę jak wznosił się wagonik kolejki, przed naszymi oczami otwierał się coraz szerszy widok; początkowo na zabudowania Argegno i drogę prowadzącą w głąb doliny, a następnie na okoliczne wzniesienia, które (zdawało by się) są niemal na wyciągnięcie ręki. Mogłam przy okazji popatrzeć na prześliczny, regularny  kształt  Monte San Zeno, gdzie udało mi się dotrzeć w jakiś czas później i kręte, wąskie jezioro Como, pomiędzy stokami gór schodzącymi wprost do wody. Z tej wysokości widać było jak na dłoni niewielkie miejscowości, położone wzdłuż wąskich kreseczek dróg, biegnących wzdłuż linii brzegowej. Te kręte drogi łączą miasto Como z Bellagio po prawej stronie i leżące o wiele dalej na północ Sorico po lewej. Tam się kończą Prealpy a zaczyna dolina Valchiavenna otoczona łańcuchami Alp, które przecina przełęcz Spluga.  
Tymczasem przed sobą miałam znajomy widok na okoliczne góry, sylwetkę Monte Colmegnone, w głębi za nią  Monte Bisbino, Sasso Gordona i Monte Generoso a po drugiej stronie jeziora Monte San Primo, Monte Palanzone i Monte Bolletone. Uwielbiałam ten widok od chwili, kiedy po raz pierwszy płynęłam tu statkiem po jeziorze; była to prawdziwa magia i wielkie zauroczenie. Z biegiem czasu stało się to moją idee fixe, która  poprowadziła mnie na górskie ścieżki; te szczyty, choć w istocie niewysokie, były moimi Everestami, gdzie na nowo uczyłam się siebie...






Gdybym była sama zapewne i tym razem pociągnęło by mnie na szlak i nie odmówiłabym sobie wejścia na szczyt Monte Costone, ale miałyśmy inny plan i musiałam się liczyć z obecnością mojej młodej towarzyszki i jej możliwościami. Dlatego po krótkim spacerze wokół opuszczonej willi i nasyceniu oczu widokami, nie zwlekając zjechałyśmy na powrót do Argegno, skąd statek miał nas zabrać do Como. Tam czekał nas jeszcze jeden wjazd na górę, tym razem kolejką zębatą do Brunate. Ponieważ do przybycia statku miałyśmy jeszcze trochę czasu, poszłyśmy na spacer po miasteczku. Tak jak wspomniałam, jest ono niezbyt duże, jego starsza część składa się z centralnego placu położonego nad samym jeziorem, małego portu oraz skupiska domków, z których wiele liczy sobie ponad dwieście lat.  Najstarszy datowany budynek pochodzi z początku XVII wieku a w głębi miasteczka, nad strumieniem Telo, znajdziemy jeszcze starszy zabytek, most z czasów rzymskich. Stara część Argegno tworzy uroczą plątaninę wąziutkich uliczek, schodów, zaułków, podwórek i domków o balkonach ozdobionych kwiatami. Nowe domostwa znajdują się na  obrzeżach u podnóża okolicznych wzniesień i po obu stronach drogi wiodącej w głąb doliny. Ciekawostką jest fakt, że jezioro Como w tym miejscu osiąga swą największą głębokość 410 m. zdarza się też, że w pewnych okresach jego stan jest tu bardzo wysoki. Natomiast strumień Telo, tworzący przy ujściu do jeziora tzw. wachlarz aluwialny i w okresie dobrej pogody wyglądający bardzo niewinnie, w czasie obfitych opadów zbiera całą wodę spływającą z gór w obrębie Valle d'Intelvi i zmienia się w szeroką, rwącą rzekę. W 1993 roku przybrała do tego stopnia, że porwała dwa autobusy i dwa samochody osobowe.






Na koniec dodam jeszcze małą dygresję dotyczącą nazwy Pigra. Otóż pochodzi ona od słowa "pigrizia" czyli lenistwo a pigra, to po prostu leń rodzaju żeńskiego. Jednak ta niezbyt pochlebna nazwa podobno nie ma związku z charakterem mieszkańców wioski, ani z budową kolejki linowej, którą wznieśli, aby jeździć nią z lenistwa (na górę prowadzi też droga jezdna dla aut i innych środków transportu). Przekaz jest taki, że dawniej na stokach Costone hodowano winorośl, która z racji warunków dojrzewała nieco później niż w innych miejscach, co dało początek nazwie. 

Więcej zdjęć z Argegno i Pigry można zobaczyć w albumie>


środa, 16 stycznia 2013

Lombardia, Triangoloro Lariano. Monte San Primo, czyli schody do nieba.



Lombardzkie lato niejednokrotnie łączy się z iście afrykańskimi upałami. Oprócz wysokiej temperatury oscylującej wokół 35 stopni w cieniu, we znaki daje się wysoka wilgotność powietrza, sprawiająca, że ilość tlenu w powietrzu gwałtownie maleje. Na domiar złego, natychmiast po wyjściu spod chłodnego prysznica człowiek czuje się równie spocony, jak poprzednio. W takim okresie bardziej niż zwykle odczuwa się skutki smogu, "zwyczajowo" zalegającego nad całą Równiną Padańską, nic więc dziwnego, że każdy kto żyw, ucieka z miasta w okolice, gdzie klimat jest nieco łaskawszy i można oddychać pełną piersią, powietrzem o nieco lepszej jakości.


Osobiście bardzo źle wspominam moje pierwsze lato w Lombardii; niejednokrotnie miałam wrażenie, że lada moment zemdleję, okropny ból rozsadzał mi głowę a nogi miałam ciężkie niczym z ołowiu... Jednak szczęśliwie przetrwałam ów okres a po pewnym czasie przywykłam do tego, że ubranie przykleja się do spoconego ciała i co chwilę muszę przecierać zaparowane okulary słoneczne. Więcej powiem, wytłumaczyłam sobie, że to po prostu naturalna a do tego darmowa sauna a poza tym nie tylko ja cierpię z tego powodu; nauczyłam się poruszać nieco wolniej, oddychać głębiej a przede wszystkim traktować wszystko z dystansem. Moi gospodarze zwykle wyjeżdżali w tym czasie na Sardynię lub nad Morze Jońskie, zostawiając mi pod opieką cały dom, dwa koty i psa. Ponieważ w tym czasie pracowałam jedynie na nocnych dyżurach, więc w  tygodniu miałam zazwyczaj kilka dni wolnych, które mogłam przeznaczyć na to, co lubiłam najbardziej, czyli zwiedzanie okolicy.


Chociaż nigdy nie stroniłam od atrakcji, jakie zapewnia Mediolan i inne okoliczne miasta, to naturalną koleją rzeczy w letnich miesiącach bardziej mnie ciągnęło nad jeziora oraz w góry, gdzie soczysta zieleń dawała złudzenie chłodu. Od dawna nosiłam się z zamiarem wycieczki na Monte San Primo, będące najwyższym (1680 m n.p.m.) wzniesieniem w trójkątnym obszarze pomiędzy odnogami jeziora Lario (powszechnie znanym jako Como, mimo iż tę nazwę nosi jedynie jego zachodnia odnoga). Monte San Primo ma kształt wydłużonego grzbietu, leżącego w osi wschód-zachód. Południowy, trawiasty stok spływa na płaskowyż Piano del Tivano, natomiast północny, stromy i skalisty, jest porośnięty lasem. 


Tu rozciąga się drugi płaskowyż - Piano Rancio a u podnóża góry znajduje się piękna, zalesiona, dolina stanowiąca park krajobrazowy zwany Parco San Primo. (Włoska nazwa "parco" obejmuje zarówno parki miejskie, jak i inne tereny zielone, gdzie obowiązują różne rygory mające na celu ich ochronę). Chociaż od dawna nosiłam się z zamiarem wycieczki w tamte strony, trudno mi było zsynchronizować mój wolny czas z odpowiednią pogodą, gdyż jak już niejednokrotnie pisałam, przejrzyste powietrze zapewniające dobrą widoczność latem, to w Lombardii prawdziwa rzadkość. 


Pogoda miała w tym wypadku znaczenie fundamentalne, gdyż ze szczytu tej góry można podziwiać w całej pełni wspaniałą panoramę północnej części jeziora i alpejskich szczytów. Kiedy pracowałam w Domach Opieki w Saronno i Muggio z okien widziałam znajome sylwetki - Monte Generoso, obie Grigne, Resegone, Monte Bolettone, Monte San Primo i wiele innych. Kochałam ten widok, jednak najczęściej horyzont skrywały opary foschii, więc na ogół mogłam się ich jedynie domyślać... Dość rzadko widoczność poprawiała się na tyle, że było je widać w całej okazałości, jednak sporadyczne była ona po prostu doskonała; światło i cień modelowały zielono-aksamitne stoki a ja  miałam wrażenie, że wystarczy, abym wyciągnęła rękę i będę mogła ich dotknąć... 


W takich chwilach miałam ochotę rzucić wszystko, żeby natychmiast wyruszyć na jeden z górskich szlaków. Byłam naprawdę niepocieszona, jeśli w tym czasie miałam zaplanowane dyżury, gdyż taka fantastyczna pogoda nigdy nie trwa dłużej niż cztery, pięć dni. 
W zasadzie chodzenie po górach zawsze dawało mi ogromną satysfakcję, zdecydowanie jednak była ona większa przy dobrej widoczności. Nie bez znaczenia jest też to, o czym już pisałam, iż  w okresie dużej wilgotności powietrza pot leje się z człowieka strumieniami i zmęczenie bardziej daje się we znaki, do tego trzeba ze sobą zabierać sporo płynów do picia, żeby zapobiec odwodnieniu.


Jednak pewnego razu tak się szczęśliwie złożyło, że po dłuższym okresie, kiedy ciągle padał deszcz, zaczęły wiać silne wiatry i pogoda zrobiła się wprost idealna na taką wyprawę. 
Na dodatek w grafiku miałam właśnie zaplanowany dzień wolny, więc jak to miałam we zwyczaju, poprzedniego wieczora przygotowałam mój wycieczkowy ekwipunek. Nazajutrz, bardzo wczesnym rankiem wsiadłam do pociągu jadącego w kierunku Asso. Stąd lokalnym autobusem udałam się w stronę Bellagio, do niewielkiego skupiska domków, leżących u podnóża góry na terenie Parco San Primo. Na miejscu znalazłam się w dość licznym towarzystwie, bowiem tego dnia przyjechało tam wiele osób, aby odpocząć na świeżym powietrzu, poopalać się i zjeść smakowity obiad w schronisku albo w jednej z malowniczych restauracji.

Część z nich, tak jak ja, zapewne zaplanowała  wędrówkę po okolicznych górach, jednak sądząc po strojach, była to zdecydowanie mniejsza grupa. Po przybyciu na miejsce, niezwłocznie ruszyłam w stronę schroniska "Martina", gdzie zaczyna się ścieżka wiodąca na szczyt. Leży ono na wysokości około 1000 metrów, więc kiedy się tam znalazłam, oczarował mnie widok, jaki roztoczył się przede mną. Zielone stoki wzniesień wokół doliny, szafirowe jezioro i wspaniała panorama Alp na horyzoncie, były widoczne, jak na dłoni. Wprost nie mogłam się doczekać momentu, kiedy stanę na szczycie i zobaczę to wszystko w całej okazałości. Dało mi to dodatkowy impuls, więc raźno zaczęłam się wspinać po nieco błotnistej ścieżce pomiędzy drzewami. I tu mój niezawodny kijek okazał się rzeczywiście niezbędny, gdyż ścieżka ze śliskiej i błotnistej dość szybko zmieniła się w kamienistą. Spore odłamki skał tworzyły swego rodzaju stopnie; niektóre z nich były dość wysokie dla osoby o moim wzroście, niejednokrotnie ich krawędź była nieomal na wysokości moich kolan. Mimo to, szło mi się bardzo dobrze. Ponieważ zbocze jest strome, te kamieniste "schody do nieba" są prawdziwym dobrodziejstwem natury. 


Do pokonania miałam około 600 m przewyższenia, lecz sprzyjało mi rześkie powietrze i cień, który dawał liściasty, niezbyt gęsty las. Ani się obejrzałam, kiedy weszłam na ostatni odcinek ścieżki, gdzie w prześwitach pomiędzy drzewami mogłam już zobaczyć szczyt i błękitne niebo ponad nim. Przeszłam jeszcze kilkadziesiąt metrów i znalazłam się u celu. Widok był oszałamiający! Na wprost widziałam półwysep Bellagio i miejsce, w którym jezioro dzieli się na trzy części. W głębi majaczyły góry w okolicy Chiavenny; poza nimi przestrzeń zamykał niebotyczny łańcuch Alp, gdzie mogłam dostrzec biały rąbek Berniny. Z prawej strony miałam Monte Legnone i majestatyczne Grigne a z lewej Monte Generoso, wspaniałą Monte Rosa i szpiczasty Matterhorn. 

Nieco bliżej, pomiędzy zielonymi kopcami Prealp, widać było szafirowe fragmenty jezior Lugano, Varese i Maggiore.
Od strony południowej, za niecką Pian del Tivano, wznosił się łańcuch Monte Palanzone i Monte Bolettone, Corni di Canzo i Cornizzolo. Jeszcze dalej leżała Dolina Padu, zatopiona w rozedrganej, błękitnej poświacie. Słońce stało wysoko, więc nad całą powierzchnią lombardzkiej równiny unosił się leciutki opar foschii przesyconej światłem. Gdzieś tam był Mediolan i Limbiate a nieco bliżej Erba i pagórki Brianzy... Trudno mi było oderwać oczy od tej wspaniałej panoramy roztaczającej się wokół. Jak zwykle, zrobiłam ogromną ilość zdjęć i z żalem ruszyłam w drogę powrotną. Co ciekawe, chyba tylko ja przyszłam na szczyt od strony Parco San Primo. Po drodze nie spotkałam nikogo, mimo to na górze było dość sporo osób, co wskazywało na to, że przyszły one od strony Piano del Tivano lub Colmy di Sormano, miejsca gdzie kończy się sławny etap wyścigu "Giro d"Italia" popularnie nazywany "Muro di Sormano". Ta droga na szczyt to dość szeroka i wygodna ścieżka, nie sprawiająca większych problemów, lecz ja nie chciałabym być w ich skórze jeśli zechcą  schodzić do schroniska po "schodach" co może się skończyć przykrym bólem kolan. 


Być może, część z nich miała w planie przejście  "ścieżki nr 1" pięknego szlaku łączącego Como i Bellagio, którą na rowerze bez problemu można pokonać w ciągu jednego dnia. Ci, którzy wybierają wariant pieszy, na ogół po zejściu z Monte Palanzone zatrzymują się na noc w schronisku. Mój plan nie był tak ambitny, choćby z racji trzech wygłodniałych zwierzaczków czekających w Lmbiate, aż wrócę i napełnię ich miseczki. Pogratulowałam też sobie pomysłu przejścia od strony północnej, bo teraz idąc wygodną ścieżką, mogłam nie tylko odpocząć, ale również do woli delektować się widokiem otwartej przestrzeni, bez konieczności patrzenia pod nogi. Pogoda była wspaniała, wiał lekki, orzeźwiający wiatr; dzięki niemu dość wysoka temperatura nie dawała mi się we znaki, choć słońce paliło naprawdę mocno. 


Kiedy pokonałam długi odcinek drogi prowadzący wzdłuż grzbietu, doszłam do miejsca, gdzie  należało skręcić i zejść w dół, w stronę Piano Rancio. Tu, na szczycie Monte Ponciv, zobaczyłam  jakiś przekaźnik a tuż obok, dziwne monstrum, którego w pierwszej chwili nie mogłam z niczym skojarzyć.  W tym momencie nieco poniosła mnie fantazja, bo jedyne co mi przyszło do głowy, to maszyny w kształcie wieży, w których przemieszczali się Obcy z "Wojny Światów". Przez chwilę przemknęła mi przez głowę myśl, że może za chwilę usłyszę żałosne "Uaaa", niczym bohater książki błądzący w porannej, londyńskiej mgle...

Jednak nic takiego się nie wydarzyło i po przejściu kilkudziesięciu metrów zobaczyłam monstrum z drugiej strony; okazało się, że to po prostu najniewinniejsza w świecie część mobilnego wyciągu narciarskiego.
Uspokojona poszłam dalej, kiedy w połowie drogi natknęłam się na stado krów. Trochę mnie zbił z tropu ich widok, ponieważ w dzieciństwie pod wpływem przestróg mojej mamy, zakodowało mi się w pamięci, że są to stworzenia niebezpieczne.
Na szczęście pasły się spokojnie i ani im było w głowie szarżować w moją stronę, więc w nagrodę za dobre sprawowanie zrobiłam im kilka zdjęć.
Gdy skontrolowałam czas, okazało się, że niestety - ostatni bezpośredni autobus z Parco San Primo do Asso, odjedzie beze mnie...Gdybym nie marudziła po drodze podczas robienia zdjęć i snucia fantazji rodem z science fiction, za chwilę pojechałabym w stronę domu, tymczasem czekało mnie jeszcze siedem kilometrów marszu do Magreglio, gdzie był następny przystanek i więcej autobusów odjeżdżających w stronę Asso. Miałam jednak szczęście w tym nieszczęściu, na parkingu w dolinie natknęłam się na sympatyczną, francuską rodzinę, która właśnie odjeżdżała w stronę Piano Rancio. Bez problemu zrobili mi miejsce w samochodzie, dzięki czemu do przejścia pozostała mi jedynie połowa trasy.


Nie narzekałam, bo asfaltowa droga w dół prowadziła przez las porastający zbocze; pomiędzy drzewami znowu mogłam popatrzeć na prawą odnogę jeziora zwaną Lecco i wspaniałe, majestatyczne sylwetki obu Grigni. Mimo to, kiedy dotarłam do przystanku z ulgą zdjęłam plecak i usiadłam na ławce. To był wspaniały dzień i piękna wycieczka, lecz pięć godzin marszu zrobiło swoje... 

Jak zwykle zapraszam do obejrzenia zdjęć w  albumie w Zdjęciach Google >