czwartek, 16 czerwca 2016

Lombardia. Bellagio - druga odsłona.



Jak pisałam w poprzednim poście, pierwsza wizyta w Bellagio zrobiła na mnie ogromne wrażenie; nigdy dotąd nie byłam w miejscu tak malowniczym a do tego wspaniała pogoda podnosiła walory pięknego pejzażu. Jego ukoronowanie stanowił widok prześlicznego bulwaru i wąskich uliczek, pnących się w górę, pomiędzy stylowymi budynkami w żywych, pastelowych kolorach. Pokochałam to miasteczko od pierwszego wejrzenia i co jakiś czas czułam wewnętrzny przymus, aby znowu zobaczyć jego śliczne zakątki.


Bellagio, chociaż od dawna było miejscem, gdzie licznie przybywali turyści z całej Europy, swą dzisiejszą postać zaczęło przybierać dopiero w drugiej połowie XIX wieku, kiedy to dla wygody znamienitych gości, powstały liczne, dobrze wyposażone  hotele. Wcześniej było to po prostu zbiorowisko raczej skromnych domostw, poprzetykanych nieco bardziej okazałymi kamieniczkami i willami należącymi do miejscowych patrycjuszy, gdzie ulewne deszcze spłukiwały rynsztoki a w miejscu, w którym  obecnie jest przystań dla łódek i statków, pędzono krowy do wodopoju. Mimo to, turyści chyba cenili sobie te skromne uroki; liczni przybysze znajdowali lokum w domach stałych mieszkańców, którzy w owych czasach niewiele mogli im zaoferować - pokoje pozbawione wygód, świeże mleko, jaja i kurczaki, kuchnię prostą i niewymyślną. Kiedy trafił się gość bardziej wymagający i żądny luksusu, gospodarz udawał się do kogoś z lokalnych wyższych sfer, aby pożyczyć porcelanową zastawę i srebrne sztućce.

Jednak z biegiem czasu znalazło się kilku prężnych przedsiębiorców, którzy postanowili czerpać zyski z goszczenia turystów, to zaś zaowocowało powstaniem odpowiedniej bazy hotelowej. Sama nigdy nie nocowałam w żadnym z tamtejszych hoteli, gdyż mieszkając w okolicy nie miałam takiej potrzeby, dlatego nic nie mogę powiedzieć o wnętrzach, jednak patrząc na ich piękne bryły i zadbane otoczenie, nietrudno sobie wyobrazić, że ilość gwiazdek jakie im przynależą  z pewnością jest większa niż dwie. Oczywiście, to nie oznacza, że w Bellagio panuje pogoda jedynie dla bogaczy, osoby o mniej zasobnych portfelach mają do dyspozycji pensjonaty, apartamenty i pokoje na wynajem oraz pole campingowe. Ale wróćmy do uroków Bellagio - jak już pisałam, jest tu długi, zabytkowy bulwar, prowadzący z centrum miasteczka w stronę willi Melzi, ozdobiony oleandrami, platanami, palmami i kolorowymi klombami pełnymi  kwiatów.
Szkoda jedynie, że kiedy tam byłam ten piękny widok tracił nieco przez sąsiedztwo opuszczonego hotelu Grande Bretagne; niegdyś był to wspaniały przybytek, w którym, jak wskazuje na to jego nazwa, lubili gościć przybysze z Wysp Brytyjskich.


Niestety, błędy w zarządzaniu sprawiły, że podupadł i na koniec został zamknięty; jednak z tego co wiem, odkupiła go pewna spółka, która ma mu przywrócić dawną świetność, więc nie wykluczone, że niebawem znów zawitają do niego goście. (W internecie znalazłam wiadomość, że ma się to stać w tym roku, ciekawa jestem czy dotrzymano terminu?) Spacerując po bulwarze możemy popatrzeć na górującą nad Bellagio Willę Serbelloni albo panoramę przeciwległego brzegu jeziora, z zielonymi pasmami gór dotykających nieboskłonu i miasteczkami schodzącymi tuż na skraj lazurowej wody.  Możemy też dostrzec półwysep Balbianello z willą tej samej nazwy oraz elegancką, białą sylwetkę Willi Carlotta w pobliskiej Cadenabbi. Kiedy nasycimy oczy barwami kwiatów, zielenią drzew, błękitem nieba i wody, możemy pójść  w przeciwną stronę, przejść przez centralny plac w pobliżu przystani, drogą, która zaprowadzi nas na kraniec półwyspu.


Po drodze mija się Grand Hotel Villa Serbelloni (najbardziej luksusowy hotel w Bellagio) leżący tuż nad brzegiem jeziora u stóp wzgórza, gdzie znajduje się właściwa willa Serbelloni, o której wspominałam powyżej. Willa ma bardzo bogatą historię - niegdyś należała do Viscontich (w owych czasach była raczej niewielkim zameczkiem) później przeszła w ręce rodziny Serbelloni, od której wzięła swą nazwę. Willa swoich murach gościła wielu książąt i królów a nawet samego Leonarda da Vinci. Jej ostatnią właścicielką była Ella Walker, potomkini sławnych gorzelników, którzy stworzyli markę "Johny Walker" (po mężu księżna Thurn und Taxis albo jak mówią Włosi - Torre e Tasso). Księżna była osobą o wielkich zaletach charakteru i szerokim geście o czym świadczy fakt, że w testamencie zapisała willę fundacji Rockefellera; dziś służy ona za miejsce wypoczynku i pracy twórczej uczonym oraz artystom. Idąc drogą wiodącą między wzgórzem i ogrodem przylegającym do hotelu, dotrzemy do przylądka zwanego La Punta, Jest to miejsce, skąd mamy wspaniały widok na trzy odnogi jeziora, skaliste  pasma gór w głębi, eleganckie Menaggio po lewej stronie i śliczną Varennę z Willą Monastero po prawej.


Choć będąc tam zrobiłam wiele zdjęć, to z ręką na sercu wyznaję, że absolutnie nie oddają one urody tego miejsca...To, co na zdjęciu jest po prostu nieostrym drugim i trzecim planem, w rzeczywistości jest uroczą mgiełką spowijającą pejzaż, w której majaczą odległe brzegi i zarysy gór. Jezioro w tym miejscu jest najszersze, przy upalnej pogodzie cały akwen paruje oddając wielką ilość wilgoci, więc zdarza się, że kiedy ciśnienie atmosferyczne spada a wiatr idzie spać, nie ma mowy o podziwianiu widoków i można ich się jedynie domyślać. Na szczęście pogoda zmienia się często, letnie burze oraz wiatr wiejący od gór oczyszczają atmosferę a wtedy znowu można się zachwycać tą piękną okolicą.


Niezależnie od pogody, bardzo lubiłam odpoczywać na cyplu w cieniu platanów nieopodal falochronu i patrzeć na jezioro; czułam się wtedy niczym na dziobie statku a widok falującej wody sprawiał, że zapadałam w stan doskonałego relaksu. Chętnie tam siadywałam, ale jeszcze bardziej ciągnęło mnie miasteczko, ze swoimi stromymi uliczkami, uroczymi podwórkami i tarasami pomiędzy domami. Lubiłam zaglądać do sklepików z ceramiką i artystyczną biżuterią oraz butików, gdzie można kupić unikatową odzież, niepowtarzalne szale, kapelusze i torebki. Czasem wstępowałam do cukierni na pyszne lody lub smakowite ciastko, albo wypijałam aromatyczne espresso w jednym ze stylowych barów, gdzie prostota i wyrafinowanie wystroju splatają się w jedną całość.

Żeby było jeszcze ładniej, stare mury domów porastają pnącza a w oknach i przed drzwiami stawia się donice pełne kwitnących roślin. Uwielbiałam patrzeć na śliczne balkony z kutego żelaza splecionego w misterne arabeski, kaskady petunii i pelargonii, kryte galeryjki, niczym mostki łączące budynki po dwóch stronach uliczki, markizy z płótna w pasy i cieniste portyki z arkadami, gdzie w lecie opuszcza się portiery chroniące od nadmiaru słońca.
Jak wspominałam, w Bellagio wypoczywało wielu znakomitych gości- pisarzy, kompozytorów, aktorów i polityków, jednak mnie szczególnie zainteresowała pamiątkowa tablica, którą znalazłam na jednym z budynków. Tablica mówi o tym, że w 1837 roku w tym domu mieszkał Franciszek Liszt z hrabiną Marią d'Agoult, która dla niego pozostawiła swego męża i dwójkę dzieci. Ich długoletni, burzliwy romans sprawił, że przez wiele lat ta niekonwencjonalna para była obiektem powszechnego zainteresowania i licznych plotek. Nie było w tym niczego dziwnego, ponieważ Franciszek mimo młodego wieku cieszył się zasłużoną sławą niezwykle utalentowanego wirtuoza i kompozytora (a przy tym atrakcyjnego mężczyzny) zaś dama jego serca była arystokratką o literackich ambicjach (po rozstaniu z Lisztem powróciła do Paryża, gdzie z powodzeniem  publikowała swe prace pod pseudonimem Daniel Stern).

Kochankowie przybyli do Bellagio w sierpniu (Maria była wówczas w zaawansowanej ciąży) i pozostali do grudnia, kiedy to urodziła się Cosima, ich druga córka, przyszła żona Ryszarda Wagnera. (Swoją drogą, Cosima poszła w ślady matki, gdyż aby związać się z Wagnerem zostawiła swego pierwszego męża, dyrygenta Hansa von 
Bülow, z którym miała dwie córki.) Liszt, mimo swej skomplikowanej sytuacji życiowej chyba nie narzekał na brak weny twórczej. Z różnych przekazów wiadomo, że chętnie bywał w ogrodach willi Melzi, gdzie lubił siadywać w mauretańskiej altanie z widokiem na rzeźbę przedstawiającą Dantego i Beatrycze; ten widok oraz lektura "Boskiej komedii" natchnęły młodego kompozytora do napisania sonaty "Dante". Jak wspominałam wcześniej, Bellagio w owych czasach nie było tym eleganckim miasteczkiem, jakie widzimy współcześnie, jednak jego niezrównane położenie i wspaniały klimat sprawiły, że Liszt pisał o nim, iż jest to miejsce pobłogosławione przez niebo i stworzone, aby być scenerią życia dla miłości. Z pewnością, pobyt w tym miejscu u boku ukochanej osoby ma szczególny urok; ja bywałam tam w pojedynkę, ale wcale mi to nie przeszkadzało w cieszeniu się jego szczególną atmosferą, mogłam bez przeszkód i do woli snuć się znajomymi zaułkami, przysiadać na parkowych ławkach albo w chłodnym wnętrzu jednego z kościołów. Lubiłam mały, skromy, antyczny kościółek San Giorgio, gdzie pod  dzwonnicą jest sklepione przejście, tworzące bramę pomiędzy salitą Genazzini  (to przy niej znajduje się dom, gdzie mieszkał Liszt ze swą ukochaną) a głównym placem, przy którym mieści się Municipio, jak i okazałą, romańską bazylikę San Giacomo, której wyniosła wieża góruje ponad miastem.

Wewnątrz bazyliki możemy zobaczyć obrazy pędzla takich malarzy jak Perugino i Foppa oraz wspaniałe mozaiki szkoły weneckiej; ich złocisty kolor potęguje blask bijący od pięknie podświetlonego ołtarza z pozłacanego drewna co rozjaśnia surowe wnętrze świątyni. Na placu przed kościołem znajduje się fontanna, gdzie na wysokiej kolumnie umieszczono rzeźbę przedstawiającą Madonnę z Dzieciątkiem, szkoda jedynie, że plac jest jednocześnie parkingiem, w sezonie jest tam zawsze mnóstwo samochodów i motocykli, co zdecydowanie psuje nastrój tego zakątka. Swoją drogą, dziwi mnie, że do tej pory nie ograniczono ruchu kołowego na terenie tej części miasta, chociaż nie od dziś mówi się o potrzebie stworzenia parkingów poza ścisłym centrum (były nawet głosy mówiące, że przymierzano się do stworzenia jednego na terenie ogrodów hotelu Grande Bretagne, co mam nadzieję, nigdy nie dojdzie do skutku). Letnie Bellagio to miejsce, gdzie przebywa wielu gości, zarówno takich, którzy przyjeżdżają na dłuższy wypoczynek, jak i przelotnych ptaków, mimo to, nie sprawia wrażenia zatłoczonego, dla wszystkich jest dość miejsca na bulwarze, w parkach i restauracyjnych ogródkach. 

Na szczęście jest tu tyle interesujących miejsc i możliwości zorganizowania sobie odpowiednich rozrywek, że każdy znajdzie coś dla siebie; można oddać się zwiedzaniu zabytków, popłynąć w rejs po jeziorze, odwiedzić inne malownicze miejscowości w okolicy, uprawiać sporty wodne, plażować, udać się w góry pieszo albo na rowerze, czy po prostu korzystać z chwili relaksu na jednej z licznych ławek nieopodal brzegu jeziora i możliwości podziwiania wspaniałego widoku, jaki się przed nami roztacza. 

Zachęcam do obejrzenia pozostałych zdjęć z Bellagio >



sobota, 16 kwietnia 2016

Lombardia. Bellagio, perła Jeziora Como.



"Perła" to zwyczajowy przymiotnik, jakiego używa się w stosunku do  miejsc, które w obrębie pewnego regionu wyróżniają się szczególną urodą. Na całym świecie jest wiele takich pereł a jedna z nich leży właśnie nad jeziorem Como. Jak już o tym niejednokrotnie pisałam, na jego brzegach znajduje się wiele miejscowości przykuwających nasze oczy niezrównaną urodą. Przybyszowi płynącemu statkiem po raz pierwszy, trudno się nie zachwycić eleganckimi miasteczkami Menaggio (link) czy Cernobbio, ze wspaniałą willą Erba gdzie Luchino Visconti spędzał swe dziecięce i młodzieńcze lata, prześlicznym Torno, romantycznym Nesso z jego imponującym wodospadem albo malowniczą panoramą Varenny (pisałam o niej tutaj i tu) z kolorowymi domkami stojącymi tuż na skraju wody.


Wszystkie one mają wiele uroku, jednak to właśnie Bellagio cieszy się zasłużoną sławą najpiękniejszego z nich, nie tylko dzięki walorom architektonicznym, lecz przede wszystkim z powodu niezrównanego położenia, jedynego w swoim rodzaju. W jednym ze starszych postów (link) pisałam już o tym, że jezioro Como ma kształt odwróconej litery Y. Przestrzeń pomiędzy jego krótszymi ramionami to Triangolo Lariano, trójkątny, górzysty teren; jego szczyt stanowi półwysep, podobnie jak miasteczko noszący nazwę Bellagio. Zaczyna się on w miejscu, gdzie stoki gór schodzą coraz niżej i kończy sporym wzniesieniem; kiedy patrzymy na niego z góry, całość wygląda niczym cielsko ogromnego jaszczura wynurzającego swój łeb z wód jeziora.



Bellagio składa się z kilku frakcji a każda z nich ma nieco inny charakter. Centralna część to ta leżąca na lewym brzegu, gdzie znajduje się przystań dla statków i Municipio, czyli Urząd Miasta. Ma bardzo romantyczny charakter dzięki swoim wąskim uliczkom pnącym się stromo do góry (zwanym we Włoszech salita albo scalinata, ponieważ składają się  z wielu szerszych lub węższych stopni) biegnącym pomiędzy malowniczymi, zabytkowymi domkami. Dzisiejsze Bellagio oczywiście nie jest tym samym miasteczkiem, jakim było w XIX wieku, przybyło tu wiele domostw wzniesionych w poprzednim stuleciu, jednak w większości jest to budownictwo jednorodzinne, które dobrze się komponuje z pejzażem; poza tym ta nowsza część jest położona raczej w centrum półwyspu, z dala od części historycznych, leżących w pobliżu wód jeziora.


W  Bellagio znajdziemy elegancki bulwar, przy którym stoją urocze pensjonaty oraz zabytkowe, luksusowe hotele. Ponad miasteczkiem wznosi się spory pagórek, w północnej części gęsto zadrzewiony, którego teren zamieniono w tarasowy ogród należący do willi Serbelloni.
Na tym samym brzegu, nieco bardziej na północ, leży willa Melzi a tuż za nią, Loppia i San Giovanni, dwie frakcje, gdzie oprócz pięknych, obszernych, historycznych willi, wzniesionych w rozległych ogrodach, znajdziemy wiele innych, ciekawych świadectw przeszłości. W następnych postach napiszę o nich obszerniej a przy okazji opowiem o moich wycieczkach i niezapomnianych wrażeniach, jakie mi przyniosły zmieniające się pory roku; chciałabym pokazać ich kolory, grę światła  i cienia oraz  głębię przestrzeni a innym razem, ten sam pejzaż stłumiony, spowity welonem wilgotnego błękitu.


Przecinając półwysep u nasady, przechodzimy przez frakcję Giuggiate, następnie skręcając w lewo mijamy Regatolę i Oliviero, aby na koniec dotrzeć nad przeciwległy brzeg jeziora, gdzie znajduje się część zwana Pescallo. Podobnie, jak centrum Bellagio, sąsiaduje ona z ogrodami willi Serbelloni, tyle, że nie po lewej a po prawej stronie wzgórza. Tu ponownie możemy przeciąć półwysep w poprzek i dojść do miejsca, gdzie rozpoczęła się nasza wycieczka, czyli do centralnego placu w okolicy przystani. Do Bellagio można dotrzeć z Como autobusem, samochodem lub rowerem, jadąc wzdłuż brzegu jeziora, (pasjonaci rowerów górskich mogą tez skorzystać ze Ścieżki nr 1, górskiego szlaku rozpoczynającego się w Como ) albo w sposób bardziej romantyczny, korzystając z jednego z wielu statków, jakie tu kursują przez cały rok. W czasie, kiedy mieszkałam w Lombardi często odwiedzałam tę okolicę, gdyż pokochałam  ją miłością gorącą i bezwarunkową. Pisałam o tym w moim poście o pierwszym rejsie po jeziorze Como, który zakończył się właśnie w Bellagio.


Miałam wtedy pewne wyobrażenie o celu mojej podroży, ponieważ zawsze byłam wielką miłośniczką epoki romantyzmu; czytając biografie pisarzy, poetów i muzyków, niejednokrotnie napotykałam na wzmianki o tej miejscowości, która w owym czasie była Mekką artystów i kochanków. Zdarzało się, że ilustracje w tych książkach stanowiły reprodukcje litografii przedstawiających pejzaże znad jeziora Como, dlatego też, kiedy statek zbliżył się do Bellagio i zobaczyłam białą sylwetkę willi Melzi a za nią przekrzywiony szczyt Monte Legnone oraz szpiczasty stożek Legnoncino, poczułam się, jakbym kiedyś już tam była...Ktoś, kto patrzy na miasteczko z pokładu statku, musi przyznać, że prezentuje się ono naprawdę prześlicznie, choć od pewnego czasu to urocze nabrzeże nieco szpecą dwa masywne pylony w seledynowym kolorze, wzniesione w miejscu, gdzie przybijają promy krążące w centralnej części akwenu, pomiędzy Menaggio, Bellagio i Varenną.


Faktem jest, że promy niezmiernie ułatwiają komunikację samochodową w obrębie jeziora, dzięki nim nie tylko można zaoszczędzić mnóstwo czasu, oprócz tego sprawiają one, że korki na wąskich i krętych drogach biegnących wzdłuż brzegów są znacznie mniejsze a jazda bardziej bezpieczna. Trzeba przyznać, że te korzyści są ewidentne, gdyby nie prom, ktoś, kto chciałby jechać np. z Menaggio do Lecco, miałby przed sobą trasę dwa razy dłuższą, poza tym, jak już wspomniałam, wzmogłoby to ruch na okolicznych i tak przeciążonych drogach. Mam też wrażenie, że starano się w miarę możliwości wtopić nową przystań w dotychczasowe otoczenie, jednak mimo wszystko, nie da się ukryć, że wcześniej panorama Bellagio prezentowała się lepiej...Dla pozostałych statków jest druga przystań w samym centrum miasta; ze swoim półokrągłym daszkiem i ażurowymi, metalowymi ornamentami, niesie powiew elegancji w stylu belle epoque i dużo lepiej współgra z atmosferą miasteczka. Za nią wznoszą się hotele i domy w ciepłych, pastelowych kolorach z płóciennymi markizami, zielonymi, drewnianymi persjanami i balkonami z kutego żelaza. Nieopodal przystani, tuż nad wodą, są liczne kafejki, bary i restauracje z uroczymi ogródkami pod pergolami spowitymi pnącymi roślinami, gdzie strawa dla ciała jest wzbogacona strawą dla ducha, jaką jest przepiękny widok na jezioro, jego przeciwległy brzeg oraz otaczające je góry.


Kto raz zobaczy ten pejzaż, nigdy go nie zapomni, bo trudno wymazać z pamięci widok porośniętych lasami Prealp schodzących stromo wprost do wody, z miasteczkami i wioskami rozrzuconymi na stokach. Kiedy w pogodny dzień płyniemy po węższej części jeziora i patrzymy na nie z pokładu statku widzimy, że woda ma kolor nie błękitny, lecz szmaragdowy. Dzieje się tak ponieważ odbija się w niej zieleń gór; na wysokości Bellagio jest ono znacznie szersze, więc staje się lustrem nieba i przybiera barwę turkusu. Kiedy wysiądziemy na ląd i pójdziemy na spacer bulwarem wśród  kwitnących oleandrów, możemy przystanąć nad głęboką, falującą wodą i popatrzeć na jej błękit stapiający się z błękitem przestworzy. Myślę, że na ten widok niejednej osobie trudno będzie się oprzeć chęci pozostania w tym miejscu, jeśli nie na zawsze, to z pewnością na bardzo, bardzo długo....


Ten post jest jedynie zapowiedzią, w następnych pokażę to, co możemy zobaczyć w poszczególnych frakcjach Bellagio a także piękno różnych pór roku. Zapraszam!

niedziela, 27 marca 2016

Nadeszła Wielkanoc, za progiem stoi wiosna!



Wszystkim zaprzyjaźnionym blogerom oraz czytelnikom "Sukienki w kropki" życzę, aby te radosne Święta były dla nich okazją do miłych spotkań w rodzinnym gronie, spacerów lub fascynujących wycieczek w ciekawe miejsca, albo po prostu odpoczynku we własnym, przytulnym domu. Niech ten wielkanocny baranek będzie dla nas symbolem zmartwychwstania a zielona rzeżucha i kwiaty oznaką przyrody budzącej się do życia.



Wiosna 
kalendarzowa
już przyszła, 
ta prawdziwa też jest tuż tuż a niedługo nadejdzie lato, niech te ciepłe miesiące przyniosą Wam wiele pięknych chwil na łonie natury i pozwolą spełnić podróżnicze marzenia!

sobota, 5 marca 2016

Lombaria. Certosa di Pavia, czyli pustelnia nieopodal Pavii.


Certosa di Pavia jest jednym z najwspanialszych zabytków Lombardii. Każdego miłośnika sztuki sakralnej ( i nie tylko) który na kilka dni zawita do Mediolanu,  gorąco zachęcam do jej odwiedzenia, ponieważ jest to obiekt naprawdę wart tego aby poświęcić mu nieco czasu. Można tam bez trudu dotrzeć samochodem lub za pomocą komunikacji publicznej w tym drugim wypadku mamy do dyspozycji pociąg albo autobus.

Certosa (w tłumaczeniu na  język polski pustelnia), jak na to wskazuje jej nazwa, leży nieopodal Pawii, od której dzieli ją około ośmiu kilometrów Natomiast do Mediolanu jest ich nieco ponad dwadzieścia, co ( w zależności od środka lokomocji) przekłada się na mniej więcej 20-40 minut jazdy. Ja byłam w Certosie dwa razy, po raz pierwszy na początku mojego pobytu w Lombardii, zachęcona przez Daria i Patrycję właścicieli domu w którym mieszkałam. Od nich dowiedziałam się o tym zabytku a także o jego walorach historycznych i artystycznych. Ta pierwsza wizyta pozostawiła w mojej pamięci niezatarte wspomnienie a jednocześnie pewien niedosyt; ponieważ przepiękna fasada kościoła była właśnie remontowana i przesłaniały ją rusztowania, mogłam zobaczyć jedynie jej fragmenty.

Poza tym, było to w czasach, kiedy dopiero zaczęłam interesować się fotografią, więc nie zawsze byłam zadowolona z efektów moich poczynań w tym względzie; także i tym razem część ujęć w zasadzie była do wyrzucenia... Co prawda kupiłam sobie ładny album przedstawiający uroki tego zabytku, ale to przecież to nie to samo co zrobione przez siebie zdjęcia, których można dowolnie używać. Podczas tamtej wizyty próbowałam sfotografować wnętrze kościoła, jednak było to zadanie przerastające moje umiejętności; zarówno wysokość, na jakiej umieszczono większość pięknych fresków a także niewielka ilość światła sprawiły, że zdjęcia robione bez flesza były prawie nieczytelne (z reguły jego używanie w tego rodzaju obiektach jest zabronione, podobno z uwagi na ochronę malowideł wykonanych farbami na bazie substancji organicznych, które łatwo ulegają rozkładowi).

Po paru latach wybrałam się tam ponownie aby nadrobić zaległości, jednak i tym razem spotkał mnie ogromny zawód, gdyż okazało się, że tymczasem wprowadzono surowy zakaz fotografowania, zarówno we wnętrzu kościoła jak i na klasztornych dziedzińcach... Rozmawiałam na ten temat z jednym z zakonników, który mi powiedział, że ma to na celu ochronę wizerunku obiektu. Z ironią stwierdziłam, że zapewne chodzi o zakaz robienia marnych "turystycznych" zdjęć, które np. po publikacji w internecie mogłyby dać fałszywy obraz zabytku. Jednak wdaje mi się to dość naciągane, bo jak sądzę, chodzi przede wszystkim o to, że odwiedzający pozbawieni możliwości fotografowania z konieczności kupią publikacje dostępne w klasztornym sklepiku (czyli po prostu jak nie wiadomo o co chodzi z pewnością chodzi o pieniądze).

Szczerze powiem, że choć mam szacunek do racjonalnie uzasadnionych zakazów,  to w tym momencie obudziła się we mnie anarchistka i ze złośliwą satysfakcją zaczęłam łamać ten idiotyczny przepis, kiedy tylko mogłam. O ile bez trudu udawało się to na zewnątrz, to w dobrze pilnowanym kościele nie było takiej możliwości, więc pozostały mi jedynie wspomnienia, kilka kiepskich zdjęć z pierwszego pobytu oraz album o którym już pisałam. 


Certosa powstała dzięki Gian Galeazzo Viscontiemu, władcy Mediolanu. W zamyśle miał to być klasztor zakonu kartuzów i kościół przeznaczony na rodowe mauzoleum książęcej rodziny. Budowę rozpoczęto w ostatnim dziesięcioleciu XIV wieku; co ciekawe, pięćdziesiąt lat później, jako główny architekt pracował tu Guiniforte Solari, będący nie tylko jednym z współtwórców mediolańskiej katedry lecz także kościoła Santa Maria delle Grazie, który z kolei Sforzowie, następcy Viscontich, wybrali na miejsce swego ostatniego spoczynku. Certosa di Pavia to obiekt nie tylko bardzo piękny, imponuje również jego wielkość o której daje wyobrażenie zdjęcie ryciny, jaką umieściłam powyżej. Oprócz wspaniałego kościoła, są tu też liczne zabudowania klasztorne, skrzydło pałacowe, przeznaczone dla rodziny książęcej oraz zabudowania gospodarcze. Wszystko to tworzy nadzwyczaj harmonijną całość, otoczoną wysokim, ceglanym murem. Kiedy znajdziemy się w jego pobliżu, widzimy najpierw prześliczną kopułę wznoszącą się nad łamanym dachem kościoła, ozdobioną białymi kolumienkami krużganków, otoczoną licznymi "młodszymi siostrami" strzelistymi wieżyczkami i uroczymi pinaklami.


Do Certosy wchodzi się przez obszerną, sklepioną bramę, gdzie piękne freski dają nam przedsmak tego, co zobaczymy, kiedy przejdziemy dalej. Ale mimo tej zapowiedzi, gdy naszym oczom ukazuje się fasada kościoła sprawiająca wrażenie koronki wyrzeźbionej w marmurze, nie sposób oprzeć się uczuciu niezmiernego podziwu dla talentu architektów i rzeźbiarzy, którzy stworzyli to wspaniałe dzieło. Niejednokrotnie na łamach tego bloga dawałam wyraz mojemu uwielbieniu dla stylu romańskiego, ponieważ według mnie jest on najbliższy duchowi ewangelii; budowle sakralne z późniejszych okresów, choć w założeniu wzniesione na chwałę Stwórcy, moim zdaniem zaspokajają raczej nasze ludzkie potrzeby...


Jednak także w tych pozostałych przypadkach, takie rozważania nie mają żadnego wpływu na moje poczucie, że patrzę na coś, czego uroda przemawia jeśli nie bezpośrednio do serca, to z pewnością do mojego umysłu co sprawia, że zachwyt nad kunsztem artystów jest dla mnie nieodłącznym aspektem zwiedzania. Fasada Certosy powstawała na przestrzeni trzydziestu lat i jest dziełem wielu rąk lecz mimo to, wygląda pięknie i spójnie. Nie będę tu wymieniać wszystkich rzeźbiarzy, gdyż takie informacje bez trudu można znaleźć w internecie, warto jednak wspomnieć, że większości byli oni synami lombardzkiej ziemi lub pochodzili z przyległego Kantonu Ticino (że wspomnę tu nazwiska Solari, Briosco czy Amedeo). Świątynia składa się z trzech naw i ma wyraźnie gotycki charakter dzięki smukłym kolumnom i krzyżowo-żebrowym sklepieniom, jednak można tu znaleźć także liczne elementy przynależne do epoki renesansu. Stało się tak z uwagi na zmiany, jakie wprowadzono do pierwotnego projektu kościoła; ponieważ jego budowa trwała ponad sto lat, naturalną koleją rzeczy w tym czasie zmienił się gust i obowiązujący styl, co oczywiście nie pozostało bez wpływu na realizację. 

We wnętrzu znajdziemy liczne dzieła bardzo utalentowanego malarza Ambrogio da Fossano zwanego Bergognone, który co prawda urodził się w sąsiednim Piemoncie, jednak to właśnie Lombardii poświęcił swoje siły twórcze. Oprócz Certosy, także w wielu kościołach Mediolanu, Lodi i Bergamo można do dziś oglądać jego niezwykle piękne freski oraz umieszczane w ołtarzach olejne malowidła na desce (były to jego ulubione techniki) poza tym wiele innych, wykonanych przez niego obrazów, można zobaczyć w najważniejszych muzeach na całym świecie. Tym razem oczarował mnie przede wszystkim fresk jego pędzla przedstawiający Madonnę, której Gian Galeazzo Visconti ofiarowuje model Certosy; dominuje na nim wspaniały błękitny kolor o odcieniu zbliżonym do ultramaryny, jakiego nie widziałam nigdzie poza tym miejscem. Urzekła mnie też niepospolita uroda Marii, miałam okazję oglądać kilka Madonn namalowanych przez Bergognone, zarówno bezpośrednio, jak i na reprodukcjach;  mam wrażenie, że zazwyczaj pozowała do nich ta sama modelka, ponieważ w większości mają one bardzo podobne rysy twarzy. Te wizerunki może nie tyle uderzają klasyczną urodą oblicza, co wyrazem słodyczy i zadumy nad cudem, jaki stał się udziałem Marii. W jej spojrzeniu, które kieruje w stronę swojego dziecka nie ma matczynej radości, można z niego wyczytać pełne lęku pytanie w jaki sposób wypełni się jego przeznaczenie... Oprócz Bergognone także inni, sławni  malarze pozostawili tu dowody swojego talentu, wystarczy wymienić nazwiska Morazzone, Cerano, czy Guercino. W kościele można też podziwiać przepięknie intarsjowane rzeźbione stalle oraz okazały pomnik grobowy fundatora, księcia Gian Galeazza. Jednak pośród tych wszystkich wspaniałości mnie najbardziej urzekł inny nagrobek, będący dziełem Cristofora Solariego.


Miał on być miejscem pochówku Ludovica Moro i jego żony Beatrice d'Este, jednak los zrządził inaczej; Moro dokonał żywota we francuskiej niewoli a jego żona, która zmarła przy porodzie i odeszła z tego świata w bardzo młodym wieku, została pochowana w mediolańskim kościele Santa Maria delle Grazie. Na nagrobku możemy zobaczyć książęcą parę spoczywającą obok siebie a ich twarze są wspaniałym przykładem rzeźby portretowej. Przepięknie oddane stroje i realizm postaci są po prostu uderzające, dzięki temu możemy się dowiedzieć jak niewielkiej postury była księżna; nie tylko jest przedstawiona jako dużo niższa od męża, widać także, że dodawała sobie wzrostu chodząc w butach na bardzo grubych platformach.


Mnie uderzyło to, że jej twarz została przestawiona z wyrazem nieopisanego spokoju, rysy są zmiękczone w sposób naturalny dla pozycji leżącej, dzięki czemu ta młoda kobieta wygląda niczym pogrążona w głębokim, spokojnym śnie. Długo nie mogłam rozstać się z tym miejscem, na szczęście podczas pierwszej wizyty udało mi się zrobić zdjęcia, które choć w części oddają piękno tego monumentu. Po zwiedzeniu kościoła przeszłam do części klasztornej, gdzie mogłam zobaczyć tzw. mały krużganek, czyli wewnętrzny ogród z fontanną pośrodku, otoczony prześlicznym portykiem, ozdobionym smukłymi, marmurowymi kolumnami i płaskorzeźbami z terakoty. Jego urok kompletuje niezwykle piękny widok na boczną ścianę kościoła i transept oraz kopułę wznosząca się ponad nimi.


Duży krużganek (125x100m) jest ozdobiony równie bogato, jednak jego uroda jest zupełnie innego rodzaju; o ile w małym piękno jest mocno skondensowane w dużym zauważamy przede wszystkim zieloną połać rozległego trawnika, otoczonego podobnym portykiem, ponad którym wznoszą się niewielkie domki, niegdyś będące mieszkaniem dwudziestu czterech zakonników. Każdy z tych domków składał się z pomieszczenia mieszkalnego, maleńkiej kapliczki i mikroskopijnego ogródka ze studnią i kamiennym siedziskiem. Zakon kartuzów dla którego wzniesiono klasztor był zakonem kontemplacyjnym, więc mnisi większość czasu spędzali w tych pustelniach na modlitwie oraz uprawianiu grządek z ziołami i warzywami, zaś pozostałą żywność dostarczano im z zewnątrz przez specjalne okienko.

Wspólna modlitwa i posiłek w głównym refektarzu przylegającym do małego krużganka, były dozwolone jedynie w dni świąteczne, poza tym mnichów obowiązywała surowa reguła samotności i milczenia. Po kartuzach Certosę przejęli cystersi, następnie karmelici, później znów wrócili kartuzi a dziś ponownie mieszkają tu cystersi, chociaż od 1866 roku cały obiekt jest własnością państwa włoskiego. Obecnie w klasztorze żyje jedynie siedmiu zakonników należących do tego zgromadzenia; zajmują się oni oprowadzaniem turystów, produkcją rozmaitych nalewek a także uprawą ziół, które sprzedają w sklepie wyglądającym niczym dawna apteka. Oprócz owych produktów można tam nabyć różnego rodzaju zdjęcia, albumy i pamiątki związane z Certosą. Ich główną zaletą jest to, że na ogół są raczej w dobrym guście i nie straszą tandetnym wyglądem. 

 
Nieopodal w długim korytarzu prowadzącym do sklepu jest ciekawa wystawka, stworzona z kart dawnego zielnika. Oglądając ją wyobrażałam sobie pracowitych zakonników jak przed wiekami zasuszali i opisywali te rośliny, które całkiem nieźle przetrwały do naszych czasów...

Odwiedzając Certosę, należy koniecznie zajrzeć do muzeum w dawnym Pałacu Książęcym, który tworzy ścianę zamykającą główny dziedziniec po lewej stronie. Został on wzniesiony na potrzeby dworu Viscontich i Sforzów, jako ich letnia rezydencja; był też miejscem, gdzie książę zatrzymywał się, kiedy polował w okolicznych lasach. Pomysłodawcą i organizatorem muzeum był Luca Beltrami, ten sam, który nadzorował prace podczas restauracji Castello Sforzesco w Mediolanie (pisałam o tym tutaj). Dzięki niemu w muzeum możemy obejrzeć bogatą gipsotekę, zbiory renesansowej rzeźby, malowideł na desce oraz wiele innych, ciekawych artefaktów. Jak pisałam na wstępie, naprawdę warto poświęcić kilka godzin na dotarcie do Certosy i jej zwiedzanie, gdyż jest to świetny przykład lombardzkiej architektury sakralnej, który z pewnością zapadnie w pamięć każdego miłośnika historii i sztuk pięknych.


Więcej zdjęć można obejrzeć w albumach >



Kościół i klasztor nożna zwiedzać do południa oraz po południu (w lecie nieco dłużej) wstęp jest wolny, jednak dobry obyczaj nakazuje wrzucenie choć niewielkiej kwoty do jednej z kościelnych skarbonek. Dojazd z Mediolanu jest dość prosty, jak już pisałam w tym celu można skorzystać z pociągu Tre Nord relacji Milano - Pavia. Po krótkiej podróży wysiadamy na stacji Certosa w zasadzie niemal na tyłach klasztoru, więc wystarczy iść asfaltową ścieżką wzdłuż muru jaki go otacza w prawo lub w lewo, bo tak, czy inaczej, dojdziemy do bramy wejściowej. Jeśli wybierzemy autobus, należy dojechać zieloną linią metra do stacji Famagosta w kierunku Abiategrasso, po wyjściu na ulicę znajdziemy się nieopodal przystanku autobusu odjeżdżającego w kierunku Pavii. Wysiadamy w centrum miasteczka Certosa, skąd do klasztoru doprowadzi nas piękna, zadrzewiona aleja.

Natomiast gdyby kogoś zainteresowały wielkie, miedziane kotły na jednym ze zdjęć, informuję, że nieopodal jest wytwórnia popularnego włoskiego serka "Certosa"  gdzie niegdyś podczas jego produkcji używano właśnie takich urządzeń.  Obecnie są one jedynie pamiątką przeszłości i ozdobą trawnika przed fabryczką.

niedziela, 14 lutego 2016

Lombardia. Val Perlana - bazylika San Benedetto, fascynujący zabytek zagubiony w górach.



Val Perlana, to głęboki wąwóz, przecinający z góry na dół górskie pasmo, zwane Monti di Tremezzo. Nazwa doliny pochodzi od strumienia Perlana, wpadającego do jeziora Como, pomiędzy niewielkimi miejscowościami Lenno i Ossuccio. Źródło strumienia znajduje się na Monte Galbiga (1698 m) będącej częścią długiego łańcucha wzniesień, jakie widzimy po lewej stronie, kiedy płyniemy statkiem z Como do Bellagio. Choć od tej chwili minęło kilkanaście lat, nadal pamiętam mój pierwszy taki rejs, jakby to było wczoraj...


Widok zielonych, zalesionych stoków stromo schodzących w kierunku wody, z wioskami rozrzuconymi wzdłuż brzegu, oczarował mnie tak bardzo, że kiedy zamknę oczy, nadal go widzę siłą mojej wyobraźni... Wyższe partie gór to rozległe, trawiaste łąki, niegdyś będące pastwiskami, gdzie niejednokrotnie można napotkać budynki, jakie przed laty służyły za schronienie pasterzowi i jego zwierzętom. Dziś zdarza się, że są one przerabiane na letnie domy lub gospodarstwa agroturystyczne, lecz większość została opuszczona i powoli idzie w ruinę. Pamiętam, że podczas tego pierwszego rejsu poczułam przemożne pragnienie aby stanąć na szczycie tych wzniesień i żal mi ścisnął serce na myśl, iż pozostanie ono tylko w sferze marzeń... Jednak stało się inaczej, kiedy nieco oswoiłam się z włoskimi realiami, zaczęłam się zapuszczać w okoliczne góry; początkowo były to krótkie spacery, które z biegiem czasu przerodziły się w coraz dłuższe, całodzienne wyprawy.

Jedną z nich była wycieczka do San Benedetto, kościoła o niemal tysiącletniej historii, przy którym niegdyś znajdował się niewielki klasztor braci benedyktynów. 
Jest to cenny zabytek budownictwa romańskiego, wzniesiony z wapienia wydobywanego z kamieniołomów w niedalekim Moltrasio. Jego budowniczymi byli mistrzowie kamieniarscy, którzy przeszli do historii jako magistri comacini i intelvesi (wspominałam o nich kilkakrotnie w moich postach min. tutaj). Leży on w połowie zbocza Monte Galbiga, na wysokości 810 m; dotarcie do niego nie jest szczególnie trudną wyprawą, choć miejscami ścieżka pnie się bardzo stromo. Do San Benedetto można dojść zarówno z Ossuccio, jak i z Lenno, idąc po lewej lub po prawej stronie wąwozu, można też rozpocząć wędrówkę w jednej miejscowości a zakończyć w drugiej zataczając przy tym koło. Dzięki temu wycieczka jest bardziej urozmaicona, gdyż po drodze można odwiedzić Sacro Monte di Ossuccio (pisałam o nim tutaj) i piękne Sanktuarium Madonna del Soccorso, natomiast pod koniec wycieczki zboczyć do klasztoru zwanego Abbazia dell' Aquafredda, wzniesionego na obrzeżach Lenno.
Na taką właśnie wyprawę wybrałam się w towarzystwie dwóch znajomych Włoszek, Silvany i Aldy, mieszkających w jednej z sąsiednich miejscowości nieopodal Limbiate.

Do Como dotarłyśmy lokalnym pociągiem a następnie pojechałyśmy autobusem do Ossuccio, gdzie rozpoczęłyśmy nasz trekking. Ścieżka poprowadziła nas pomiędzy kaplicami Sacro Monte, dzięki czemu miałam okazję zobaczyć je ponownie a także porównać ich obecny stan z tym, w jakim je widziałam po raz pierwszy.
Na przestrzeni tych kilku lat, które minęły od mojej pierwszej wizyty, wykonano tam wiele prac konserwatorskich a rzeźby odkurzono i zrekonstruowano. Wcześniej Sacro Monte przedstawiało widok dość opłakany, natomiast po renowacji nieco razi nowością i jaskrawymi barwami (co podobno jest zgodne z jego pierwotnym wyglądem) jednak pocieszające jest to, że ten cenny zabytek sztuki sakralnej znajdujący się na liście UNESCO nie ulega dalszej degradacji. Poświęciłyśmy też nieco czasu na odwiedzenie Sanktuarium i krótki odpoczynek na jego pięknym tarasie, skąd jest wspaniały widok  na jezioro Como. Pogoda nam dopisała, był początek października, kiedy to we Włoszech zaczyna się złota jesień; zwykle w tym czasie nadal jest bardzo ciepło, ale już nie upalnie a liście powoli zmieniają swą barwę. W powietrzu nie widzi się foschii, więc często jest ono wprost kryształowo przejrzyste, co sprawia, że kolory stają się głębokie i nasycone, w stopniu mogącym przyprawić o zawrót głowy kogoś, kto podobnie jak ja, nigdy nie miał dość oglądania tego przepięknego pejzażu.

Po chwili wytchnienia ruszyłyśmy w dalszą drogę; początkowo szłyśmy mulatierą, pomiędzy poletkami otoczonymi niskimi murkami wzniesionymi metodą "al secco" pośród pachnących ziół, drzewek oliwnych i laurowych krzewów. Dalej poprowadziła nas wygodna ścieżka, biegnąca pomiędzy zielonymi pastwiskami; na koniec weszłyśmy w gęsty las, porastający zbocze góry. Tu już było widać pierwsze oznaki jesieni, liście kasztanowców zaczynały zwijać się i płowieć a niewielkie brzozy na skraju szlaku, niczym złociste fontanny wystrzelały pomiędzy ciemnozielonymi świerkami. Dzień był przepiękny, powietrze lekkie i niezbyt wilgotne, więc z radością, choć nie bez pewnego wysiłku, szłyśmy w górę. Jak wspominałam na wstępie, ścieżka miejscami pnie się dość ostro, więc co jakiś czas zatrzymywałyśmy się, żeby wyrównać oddech. Cała trasa ma długość około trzynastu kilometrów; można rzec, iż jest to niezły kawałek drogi, zważywszy, że do pokonania jest także 600 m przewyższenia. Nasz szlak prowadził  zboczem głębokiego wąwozu, aż do chwili, kiedy przekroczyłyśmy wąski strumień San Benedetto, toczący w dół swe wody i tworzący niewielkie kaskady w łożysku wypełnionym skalnymi odłamkami. Nieopodal znalazłyśmy małą tabliczkę, upamiętniającą turystkę, która w tym miejscu straciła życie skutkiem upadku ze skarpy; ta smutna pamiątka przypomniała nam, że nigdy dość ostrożności na górskich szlakach.


Okazało się, że do opactwa było już niedaleko i po przejściu niewielkiego odcinka drogi wyszłyśmy na otwartą przestrzeń. W głębi rozległej polany, na tle zielonego zbocza łańcucha Monti di Tremezzo, po drugiej stronie wąwozu ukazała się nam szara bryła kościoła i niewielki budynek dawnego klasztoru. Opactwo San Benedetto na pierwszy rzut oka nie oszałamia swoją urodą, architektonicznie jest dość skromne i mało ozdobne, wręcz prymitywne, lecz według mnie, właśnie ten aspekt w połączeniu z jego historią daje nam poczucie, że patrzymy na coś zupełnie wyjątkowego. Wygląda, jak by je wzniosły ręce niezbyt wyrafinowanych budowniczych, skupiających się przede wszystkim na jego funkcji użytkowej; jednak kiedy przyjrzymy mu się uważnie, zadziwi nas nie tylko precyzja w obróbce kamiennych elementów oraz ich doskonałe dopasowanie, ale także sposób, w jaki związano budynki z pochyłym, nierównym terenem, świadczący o wiedzy i kunszcie ówczesnych architektów.  Dla ozdoby świątyni przydano jej dwa rzędy arkatur oraz bloczki kamienne, ułożone ukośnie niczym zęby piły, odcinające tympanon od fasady. Ponad drzwiami widać okrągły zarys, który być może niegdyś był rozetą, choć uboga sylwetka kościoła nie wskazuje na to, że ten zamysł mógł być kiedykolwiek zrealizowany.


Podobna skromność i umiarkowanie cechuje trzy absydy; centralna, największa a nich, ma trzy otwory okienne typu monofora i cztery półkolumny połączone rzędem arkatur; dwie mniejsze, znajdujące się po jej obu stronach wyglądają podobnie z tą różnicą, że mają jedynie pojedyncze okna. Dzwonnica, wzniesiona na bazie kwadratu, jest kompletnie pozbawiona ozdób i wszystko wskazuje na to, że pełniła również rolę wieży obserwacyjnej. Obok kościoła wznosi się mały budynek niegdyś będący klasztorem, obok są ruiny dawnych zabudowań gospodarczych a na skarpie na wprost kościoła znalazłyśmy wkopaną w zbocze dawną piwnicę oraz źródło obudowane kamieniami.


Jak już pisałam, całość przedstawia się bardzo skromnie i świadczy o tym, że było to miejsce nie tyle przeznaczone do życia spędzanego na modlitwie i kontemplacji, co poświęcone przede wszystkim pracy fizycznej. Niegdyś na zboczu tych gór znajdowały się pastwiska i pola uprawne, dopiero później, kiedy zostały opuszczone i zaprzestano ich kultywacji, wziął je w swoje posiadanie bujnie rosnący las. Społeczność zakonna przetrwała w tym miejscu jedynie dwa stulecia; kiedy poniżej powstał klasztor i kościół Acquafredda,  opactwo przestało pełnić swoją funkcję a zakonnicy opuścili je definitywnieW następnych stuleciach było używane przez okolicznych wieśniaków jako schronienie dla zwierząt i ludzi, aż powoli zamieniło się w niemal kompletną ruinę. Na szczęście, nie doszło do jego całkowitego upadku, ponieważ w połowie XX wieku podjęto prace nad zabezpieczeniem kościoła, co jednak tylko na krótko poprawiło sytuację tego zabytku.

Dzięki wieloletnim wysiłkom lokalnej społeczności, w latach osiemdziesiątych XX wieku  ponownie podjęto się restrukturyzacji obiektu, która tym razem dała lepsze wyniki i pozwoliła nie tylko na należyte zabezpieczenie świątyni oraz klasztoru, ale przywróciła temu miejscu również jego wymiar duchowy. Co prawda dziś w klasztorze nikt nie mieszka, lecz mimo to, kościół nadal pełni swą dawną funkcję i kilka razy do roku odprawia się w nim nabożeństwa.
Miałyśmy szczęście, ponieważ zastałyśmy kościół otwarty; idąc nie miałyśmy pewności, że tak będzie, jednak ku naszej radości mogłyśmy wejść do jego wnętrza. Muszę powiedzieć, iż  mimo swojego surowego wystroju zrobiło ono na mnie ogromne wrażenie, nie sposób było nie zachwycić się prostotą tej świątyni, którą jeszcze bardziej podkreślały współcześnie dodane elementy, doskonale wpisujące się w jej styl: kamienny ołtarz, proste, nieliczne meble służące do odprawiania liturgii oraz ławki wykonane z surowego drewna i świeczniki z kutego żelaza. Wchodząc do kościoła, zauważyłam granitową płytę, umieszczoną tuż przed wejściem niczym swego rodzaju próg, gdzie wyryto znak równoramiennego krzyża wpisany w okrąg, rzecz, jakiej nie widziałam nigdy dotąd. Tuż za drzwiami, w przedsionku kościoła, znajduje się niewielka kolumna z kropielnicą, wykonaną współcześnie z terakoty. Niestety, oryginalna, wyrzeźbiona w białym marmurze z Muso, została skradziona w latach 70-tych XX wieku.

Mówi o tym tablica umieszczona w pobliżu; nie kryję, że ów napis był dla mnie świadectwem nie tylko ludzkiej podłości i zachłanności, lecz także tego, co w ludziach najlepsze - starania, aby ocalić od ruiny i zapomnienia to, co kiedyś inni podobni nam, stworzyli przed  wieloma wiekami...
Wszystkie trzy długo chodziłyśmy po kościele. Nie przeszkadzając sobie nawzajem, oglądałyśmy jego nawy, oddzielone rzędami ciężkich, kamiennych kolumn tworzących arkady o łagodnie wysklepionych łukach, drewniane belki stropu dźwigające kamienne płyty dachu i patrzyłyśmy przez małe okienka na świat rozświetlony słońcem. Wnętrze nie jest otynkowane, nie ma tam żadnych fresków ani ozdób, na których mogłoby spocząć nasze oko. Mimo to, jak nigdy dotąd, odczułam tam duchowy wymiar świątyni, której nie trzeba przydawać niczego więcej, ponieważ ona sama w sobie jest skończona, pozostając niemal częścią natury, tak, jak jest nią górska grota. Sądzę, że moje dwie towarzyszki miały podobne odczucia, bo także nie przejawiały żadnej chęci do opuszczenia tego niezwykłego miejsca. Na chwilę przysiadałyśmy w zadumie na ławkach, obserwując grę światła i cienia pomiędzy kolumnami, aby za moment ponownie wstać, jeszcze raz przejść wszerz i wzdłuż wnętrze kościoła, żeby popatrzeć przez jego wąskie okienka na pełną słońca dolinę.

Żal mi było opuszczać tę świątynię, gdyż w jej chłodnym, cienistym wnętrzu poczułam się częścią jej niemal tysiącletniej historii. Było to tak piękne i niespodziewane, że kiedy wychodziłam na zewnątrz, miałam wrażenie, że dobrowolnie wyrzekam się czegoś cennego, czego już nigdy nie zaznam...Jeszcze raz obeszłam kościół wokoło i ruszyłyśmy w drogę powrotną. Ponownie przekroczyłyśmy strumień Perlana, po czym przeszłyśmy na drugą stronę wąwozu. Stąd jeszcze raz mogłyśmy spojrzeć na szare mury San Benedetto, wznoszące się pomiędzy drzewami. Miałyśmy do przejścia kilka kilometrów, należało się pośpieszyć, ponieważ południe minęło dość dawno a nas czekała jeszcze  podróż powrotna. Cieszyłam się, że idziemy inną drogą, ponieważ po wyjściu z gęstego lasu od czasu do czasu znajdowałyśmy się na otwartej przestrzeni, co pozwalało nam patrzeć na szafirowe  wody jeziora w dole, półwysep z willą Balbianello i czerwone dachy zabudowań Lenno.  Na drugim brzegu jeziora Como, widać było jak na dłoni zielone stoki gór w obrębie Triangolo Lariano a w głębi za nimi, szary masyw Grigni, który zaczynał nabierać pomarańczowej poświaty od promieni słońca,  powoli chylącego się ku zachodowi. W miarę jak schodziłyśmy coraz niżej, przybywało domostw posadowionych na obrzeżach Lenno, otoczonych bujnymi ogrodami; na chwilę przerwałyśmy wędrówkę, żeby wstąpić do opactwa Aquafredda  (napiszę o nim przy innej okazji) i po niedługim czasie doszłyśmy do centrum miasteczka. Zeszłyśmy na nabrzeże, gdzie postanowiłyśmy odpocząć przed dalszą  podróżą w ogródku przytulnej kawiarenki z pięknym widokiem na jezioro.


W sumie miałyśmy za sobą pięć godzin marszu (co prawda podzielonego na dwa etapy, bo w kościele spędziłyśmy sporo czasu) i trzynaście kilometrów drogi, więc po tym wysiłku przyszła nam ochota na mocną kawę i sporą porcję lodów. Zjadłyśmy je bez żadnych wyrzutów sumienia, gdyż należała się nam ta drobna nagroda za osiągnięcie celu wyprawy. Nasza satysfakcja z niej była tym większa, że dzień był bardzo piękny, opactwo okazało się naprawdę fascynujące a do tego, choć szłyśmy razem po raz pierwszy okazało się, że ta wspólna wędrówka była całkiem udana. Poniżej zamieszczam zdjęcie wąwozu Val Perlana, uważne oko dostrzeże niemal na jego środku (tuż pod białą strzałką)  maleńki, szary punkt pośród zieleni - to właśnie szczyt wieży kościoła, widoczny pomiędzy drzewami.


Więcej zdjęć z tej wycieczki można zobaczyć w albumie>