niedziela, 6 maja 2012

Lombardia. Mediolan, dach Duomo.



Dach Katedry okazał się jedną z najmilszych niespodzianek, jakie Mediolan kryje w swoim zanadrzu. Kiedy zaczęłam poznawać miasto, nie miałam pojęcia o tej atrakcji, gdyż oglądając kościół z zewnątrz, skupiałam się przede wszystkim na jego niezliczonych detalach architektonicznych. Mediolańska katedra swój obecny kształt przybrała (zważywszy na jej długą historię) w zasadzie niedawno i chyba bije rekord pod względem liczby posągów, płaskorzeźb, pinakli i ażurowych attyk. Patrząc na to niezmierzone bogactwo, nie zastanawiałam się nad obecnością niewielkiej, brzydkiej budki przyklejonej do bocznej ściany, a napis „salita”, czyli „wejście na górę”, umknął mojej uwadze.



Jednak pewnego razu, zupełnie przypadkowo, patrząc z większej odległości na katedrę, dostrzegłam ludzkie sylwetki pomiędzy pinaklami. Zapytałam jakiegoś przechodnia, co robią te osoby na dachu. Otrzymałam bardzo wyczerpującą odpowiedź i dzięki temu dowiedziałam się, że dach jest dostępny dla zwiedzających. Można się tam dostać windą albo po schodach (wejście to była właśnie owa tajemnicza budka) i że warto się tam pofatygować. Oczywiście, nie trzeba było mi tego powtarzać dwa razy. Przekonałam się na własne oczy, że warto było pokonać 201 stopni schodów (stromych, wąskich i pełnych zakrętów), aby znaleźć się na dachu. Jest on zupełnie inny, niż można by oczekiwać - pokryty nie dachówką ani miedzianą blachą, lecz płytami z marmuru, tego samego, którym oblicowano całą Katedrę. Dla przeciętnie sprawnej osoby wejście na dach nie jest szczególnym wyczynem, a stopnie pokonuje się nadspodziewanie szybko. Jedynym utrudnieniem jest wymijanie innych ludzi, zwłaszcza na licznych zakrętach, gdyż chwilami robi się tu naprawdę tłoczno.



Natomiast po dotarciu do celu przed zwiedzającym otwierają się doprawdy nieoczekiwane i zaskakujące perspektywy. Jest to niesamowite uczucie, kiedy można zobaczyć z bliska te wszystkie detale, subtelne niczym koronka, posągi świętych, męczenników i fantastyczne w formie rzygacze. Dach składa się z ułożonych piętrowo tarasów, gdzie przy dobrej pogodzie krążą tłumy zachwyconych turystów. Nad prezbiterium znajduje się dodatkowa konstrukcja w kształcie misternej wieży, zwieńczona pozłacaną figurą Madonny. Mieszkańcy Mediolanu są z niej bardzo dumni i nadali jej pieszczotliwą nazwę „Madonnina”.



Z góry rozciąga się przepiękny widok na dachy miasta, Plac Duomo i pobliską Galerię Wiktora Emanuela. Podczas mojej pierwszej wizyty miałam to szczęście, że dzień był pogodny i mogłam podziwiać łańcuch ośnieżonych Alp na horyzoncie. Jednak największe wrażenie zrobiły na mnie ażurowe przypory, ciągnące się wzdłuż głównego korpusu Duomo, na wysokości pierwszego tarasu. Krążąc po dachu i podziwiając ogrom pracy architektów i rzeźbiarzy, nabrałam szacunku dla mieszkańców Mediolanu i ich determinacji w chęci uczynienia ze swojej katedry czegoś niepowtarzalnego, chociaż muszę przyznać, że osobiście nie do końca mi się ona podoba, ponieważ mojemu sercu bliższe są budowle w innym stylu. Po tej pierwszej przechadzce jeszcze kilkakrotnie byłam na dachu Duomo aby popatrzeć z góry na miasto i po raz kolejny szukać interesujących detali, które być może umknęły moim oczom. 



Dzięki temu mogłam zobaczyć go w delikatnym błękicie letniego dnia, wydobywającego naturalny, biało-różowy kolor marmuru, a później, podczas przepięknego, jesiennego popołudnia (było to niezapomniane przeżycie), gdy pomarańczowy blask zachodzącego słońca nasycał marmur barwą miodu, a niebu nadawał odcień ultramaryny. Jednak najbardziej fascynowało mnie to, że miałam wrażenie, iż architektura i zwiedzający stanowią w pewnym sensie odrębny świat, małą próbkę społeczności, zawieszoną w przestworzach. Podobnie jak na placu u stóp Katedry, również na dachu można zobaczyć zarówno zorganizowane wycieczki z przewodnikiem, zadumanych samotników, flirtujące pary, jak i wygłupiające się dzieci. Ludzie jedzą, opalają się i robią zdjęcia, a wszystko to dzieje się w milczącej asyście niezliczonych posągów i wszędobylskich gołębi...



Wszystkich czytelników zachęcam do obejrzenia pozostałych zdjęć w albumie>


wtorek, 1 maja 2012

Lombardia. Mediolan. May Day!



Święto Pracy "alla italiana" po raz pierwszy zobaczyłam w mediolańskiej telewizji. Był to niezbyt długi reportaż, jednak zdołałam zauważyć, że jest to święto bardzo wesołe i kolorowe, zupełnie odmienne od nadętych pochodów, w jakich brałam udział jako nieletnie dziecię wraz z całą moją szkołą lub później, jako pracownica szpitala, kiedy to trzeba było nawet złożyć podpis na liście obecności. To co zobaczyłam we włoskiej TV, przypominało raczej zielony karnawał albo piknik w centrum miasta. W następnym roku tak się złożyło, że 1-go maja nie miałam dyżuru, więc wybrałam się do Mediolanu, aby zobaczyć manifestację.

Atmosfera w mieście była świąteczna; na Piazza Castello porozstawiano przenośne stoiska z powiewającymi związkowymi i organizacyjnymi flagami, można też było zaopatrzyć się różnego rodzaju lewicową i lewacką literaturę oraz ulotki i plakaty. Na innych straganach wisiały kolorowe koszulki z propagandowymi hasłami; dominował kolor czerwony a wśród wizerunków WIECZNIE ŻYWY "CHE" Guevara; nie zabrakło też Lenina oraz tradycyjnych symboli sierpa i młota. Podkład muzyczny stanowiły utwory zbuntowanego barda - poety Fabrizio de Andre, gdyż jego piękne, pełne poezji i ognia (choć  czasem bardzo kąśliwe i ironiczne) utwory cieszą się wielką estymą w lewicujących kręgach. Po drodze spotykałam tłumy ludzi kolorowo ubranych, z chorągiewkami, kwiatami i balonikami. Mijałam grupy na rowerach ozdobionych pękami zielonych gałązek, zorganizowane, jadące czwórkami przez całą szerokość jezdni. Ulice obstawiali policjanci a ruch samochodowy w centrum był kompletnie wstrzymany. Mimo to, nie wiedziałam na co się zanosi, dopóki nie doszłam do końca via Torino i nie zaczęłam się zbliżać do Corso di Porta Ticinese. Najpierw dobiegł mnie odgłos werbli, później zaczęłam odróżniać tony muzyki. Tłum gęstniał a kiedy doszłam do Corso, zorientowałam się, że to tu właśnie zaczyna się pierwszomajowy pochód.

Nagle z tłumu wyskoczyła grupka zakapturzonej młodzieży z twarzami zasłoniętymi bandanami lub arafatkami; w lewej ręce szablon, w prawej puszka sprayu i w mgnieniu oka mury pokryły się napisami -MAY DAY!-MAY DAY!  Grupka ta zniknęła w piorunującym tempie, tak samo, jak się pojawiła. Gdyby nie napisy pozostawione na murach, trudno było by mi uwierzyć w to, co widziałam. Tymczasem pochód się uformował i rozpoczął swój przemarsz. Nie sposób opisać wszystkiego, co można zobaczyć z okazji pierwszomajowej manifestacji: frakcje, stowarzyszenia, grupy związkowe i etniczne, centra socjalne oraz licznych niezrzeszonych, którzy biorą udział pochodzie z własnej i nieprzymuszonej woli. W tym dniu zwykle odbywają się dwie manifestacje - jedna oficjalna - władze, przedstawiciele, etc. z programowymi przemówieniami działaczy związkowych i polityków. I druga, luzacka, choć też jak najbardziej legalna, którą ludzie organizują sami dla siebie, niczym wielką majówkę. Patronem tego drugiego pochodu jest San Precario (w tłumaczeniu na polski jego imię brzmiałoby "Święty Tymczasowy") jest to ironiczna gra słów, ponieważ to, co w Polsce nazywane jest "śmieciowymi umowami " czyli praca bez stałego etatu i zabezpieczenia socjalnego, we Włoszech jest określane mianem prekariat.

Niestety, San Precario ma pod swoim wezwaniem coraz większe rzesze sfrustrowanych i niezadowolonych ludzi... W pochodzie, na masce samochodu, obwożona jest figura naturalnej wielkości przedstawiająca tego świętego w postaci osobnika, który na kolanach i ze złożonymi modlitewnie rękami prosi o pracę (ew. dziękuje uniżenie za to, że ją dostał). W przygotowaniach do pochodu bardzo aktywny udział biorą centra socjalne. Niektóre z nich są wprost znienawidzone przez prawicę i uważane za wylęgarnię anarchistów, lewaków oraz antyglobalistów, przeszkadzających we wprowadzaniu reform służących krajowi (czytaj: partii rządzącej). Centra i organizacje przygotowują swoją ciężarówkę lub minibusa, zdobiąc te  pojazdy z wielką fantazją. Oprócz wrażenia estetycznego, dekoracje te najczęściej niosą również istotny przekaz ideologiczny. Na samochodzie jedzie zespół muzyczny albo pokaźna konsola z didżejem, beczki z piwem lub winem a za nim idą aktywiści i członkowie. Starsi i młodsi, parami i w pojedynkę, na rowerach i pieszo. Niektórzy z potomstwem za rękę albo na rękach, są też tacy, co taszczą swe maluchy w nosidle na plecach lub w wózku. Wraz z ludźmi idą liczne pieski małe i duże a muzycy jadący na ciężarówkach grają co sił.




Część muzykujących zespołów bierze aktywny udział w manifestacji idąc pieszo wraz z całym pochodem, co z pewnością nie jest łatwe, ponieważ ma on do przebycia bardzo długą trasę i trwa kilka godzin. Wiele osób przebiera się w karnawałowe stroje, zakłada maski lub fantazyjne kapelusze. Ludzie niosą transparenty, szturmówki oraz rozmaite hasła wypisane na kartonie przymocowanym do drążków. Swego czasu (bodajże w 2003 roku) ogromne wrażenie zrobiła na mnie grupa komunistów ze Sri Lanki. W tym wesołym tłumie wyróżniali się porządkiem w swoich szeregach i śmiertelną powagą na twarzach. Szli równymi, karnymi czwórkami a każdy z nich niósł czerwoną szturmówkę z wizerunkiem sierpa i młota oraz nazwą organizacji. Na ogół cudzoziemcy biorą liczny udział w tych manifestacjach, traktując je jako okazję do wyartykułowania własnych  problemów i zaznaczenia swojej obecności we włoskim społeczeństwie. Bowiem mimo tej zabawowej otoczki, nietrudno zauważyć co ludziom „leży na wątrobie” wystarczy popatrzeć na hasła, pod którymi to wszystko się odbywa.

Najbardziej palące problemy to brak bezpieczeństwa socjalnego, zaniżone płace, narastające bezrobocie, zwłaszcza wśród ludzi w wieku przedemerytalnym, niedostateczna ilość ofert pracy dla absolwentów, praca na czarno i tzw. „biała śmierć” czyli śmiertelne wypadki przy pracy, jakie mają miejsce najczęściej z powodu naruszania przez pracodawców zasad BHP. Do tego należy także dodać brak akceptacji dla obecności włoskiego wojska w działaniach poza granicami kraju, co budzi spory społeczny sprzeciw. Jednak Włosi mają to do siebie, że potrafią pogodzić nawet najbardziej radykalną ideologię z zabawą a tę świąteczną atmosferę podkręca się na wszelkie możliwe sposoby. Co jakiś czas wszyscy się zatrzymują, tańczą na ulicy, piją niskoprocentowe alkohole lub drinki sprzedawane z ciężarówek. Są też tacy, którzy sięgają po mocniejsze podniety - niejednokrotnie daje się wyczuć zapach marihuany, nierzadko też widać gołym okiem, że ktoś jest pod wpływem czegoś o wiele silniejszego niż skręt.

Pochód nie przemieszcza się prostą, najkrótszą drogą, jego trasa ma kształt zbliżony do rozciągniętej litery „S”. Kiedy manifestanci miną okolicę Dumo, cała ta ogromna grupa ludzi wykonuje następny zakręt, aby dojść do Piazza Castello, gdzie ulega rozwiązaniu. Jednak zabawa trwa dalej; na placu przed zamkiem Sforzów oraz w parku Sempione na jego tyłach, jeszcze długo w noc trwają koncerty, organizowane są konkursy i wiele innych atrakcji. Pochód pierwszomajowy w Mediolanie widziałam kilkakrotnie, jednak mam nieodparte wrażenie, że wraz z narastającym kryzysem zaczyna się on przeradzać z ludowego festynu w sposób na odreagowanie głębokiej, społecznej frustracji. Jest mniej wesoło, bardziej agresywnie, nie trzeba też długo szukać, aby zobaczyć kogoś (niestety, najczęściej bardzo młodego) kompletnie pijanego lub odurzonego narkotykami, zamroczonego, leżącego na ulicy. Wszystko to sprawia bardzo niemiłe wrażenie, iż to radosne święto zaczyna się dewaluować. Sądzę, że jest to jeszcze jeden przejaw nie tylko kryzysu ekonomicznego, ale przede wszystkim społecznego, który we Włoszech jest coraz bardziej widoczny. W tej sytuacji, chyba nie bez powodu zawołaniem jest MAY DAY! co przecież oznacza nie tylko Majowy Dzień, lecz jest też powszechnie znane, jako wołanie o pomoc w obliczu śmiertelnego zagrożenia.




Centro Sociale (Centrum Wspólnoty) – to miejsce, gdzie ludzie (najczęściej ze środowisk robotniczych, choć nie tylko) z danej dzielnicy, spotykają się czasem jedynie po to, aby wspólnie spędzić czas, lecz są też takie, które podejmują bardzo istotne działania w sferze kulturalnej i politycznej. Ich największy rozwój przypada na koniec lat sześćdziesiątych; jest to bardzo interesujący i ważny aspekt życia społecznego we Włoszech. Szczególną rolę odegrały tzw. Centri Sociali Autogestiti ( Samodzielnie Zarządzane Centra Wspólnoty) związane z kontrkulturą młodzieżową, postrzegane jako anarchistyczne lub w najlepszym razie lewicowe. Ich historia jest odzwierciedleniem konfliktów społecznych, z jakimi boryka się włoskie społeczeństwo. W Mediolanie dużą rolę odegrało bardzo prężne Centrum "Leoncavallo". Ma ono niezwykle burzliwe dzieje, kilkakrotnie próbowano je zlikwidować a dwóch osiemnastoletnich członków centrum, Fausto i Iaio, poniosło śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach. Panuje opinia, że zabójcami byli członkowie prawicowej bojówki, lecz ich rodziny i przyjaciele uważają, iż brały w tym udział służby specjalne.

Zdjęcia z pochodu 1- majowego są w albumie>

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Ogród włoski.



Ogród włoski to skrzyżowanie uporządkowania z nieokiełznaną naturą. Nie jest tak rozległy i pełen nieoczekiwanych perspektyw jak park angielski, ale też nie tak uporządkowany jak oparty na symetrii i geometrycznych formach ogród francuski. W ogrodzie włoskim znajdziemy tarasy, rzeźby, fontanny, dyskretne altany oraz belwedery, skąd można podziwiać szczególnie piękne widoki. Nie brak w nim malowniczo zgrupowanych drzew i strzyżonych szpalerów na wzór francuski zaś murki i balustrady zdobią wielkie wazy pełne rosnących w nich kwiatów. Trawniki zdobią kolorowe rabaty i kwitnące krzewy a wśród tych ostatnich prym wiodą kamelie i azalie. Bardzo lubię ten rodzaj ogrodu, podobnie jak park angielski, natomiast ogród francuski, niezależnie od swojej urody męczy mnie szybko, więc dłuższy spacer po jego uporządkowanych alejkach jest dla mnie swego rodzaju pokutą. Zwiedzając zabytkowe wille miałam  okazję oglądać wspaniałe ogrody willi Carlotta, Melzi i Taranto, mające różny charakter i założenie. Pięknym przykładem typowego ogrodu włoskiego jest długi i wąski ogród willi Monastero w Varennie, leżący na wschodnim brzegu jeziora Como.


Jednak tym razem nie o takich ogrodach chcę napisać, lecz o moim własnym, choć wyimaginowanym ogrodzie, którego nie ma na żadnej mapie, gdyż istnieje on jedynie w mojej pamięci i wyobraźni...


Są tam te wszystkie rośliny, które mnie zachwyciły i na które co roku czekałam z utęsknieniem aby wreszcie zakwitły... Są w nim mimozy i magnolie, hortensje o ogromnych kwiatach, miniaturowe różyczki, wspaniale kwitnące kamelie i oleandry. Kiedy nadchodziła wiosna a w przydomowych ogródkach zaczynało się zielenić, zdarzało mi się nadłożyć drogi, żeby zobaczyć co nowego rozkwita za płotem sąsiada. Gdy zima miała się ku końcowi, niespodziewanie zakwitały oczary o niepozornych kwiatach wydających delikatny zapach i żółte mimozy. Pierwsze dni wiosny należały do magnolii, zaś po nich przychodził czas na fioletowe glicynie, pokrywające kaskadami delikatnych kwiatów pergole i murki. Z dnia na dzień na ulicach robiło się różowo od migdałowców i drzewek podobnych do naszych czereśni, pokrytych wielkimi kiściami białych i różowych kwiatów.


Kiedy zazieleniło się na dobre, zaczynały kwitnąć pnące jaśminy o orientalnym, oszałamiającym zapachu a przy płotach milin amerykański bujnie rozpościerał swe gałęzie ozdobione szkarłatnymi, trąbkowymi kwiatami, wyłaniającymi się z gęstwiny ciemnozielonych liści. Często zza wysokiego muru odgradzającego prywatną posesję docierał upajający, nieznany mi zapach niewidocznych roślin a balkony oraz ogródki na dachach i tarasach przypominały ogromne kosze pełne zieleni i kwiatów w pełnym rozkwicie. Nie sposób też zapomnieć o skromnych kwiatach lawendy, tej klasycznej, niebieskiej o drobnych kwiatkach i jej bardziej imponującej odmianie o ciemno fioletowych kłoskach. I tak przez całe lato, dzień za dniem i tydzień za tygodniem, trwała ta kwiatowa zmiana warty... Pamiętam też, jak po raz pierwszy zobaczyłam kwitnące drzewko laurowe. Nie spodziewałam się, że kwitnie tak ładnie i obficie, przywabiając pszczoły swoimi drobnymi, żółtymi kwiatkami. W moim wyimaginowanym ogrodzie nie może też zabraknąć okazałych platanów, sadzonych na poboczach ulic w karnych szeregach, wyglądających niczym żołnierze ubrani w mundury o ochronnych barwach. Ich srebrnoszara kora z delikatnym odcieniem zieleni zawsze budziła mój zachwyt. Są tam również inne drzewa, okrutnie okaleczone na przedwiośniu z poobcinanymi gałęziami, z których został zaledwie pień i parę grubych konarów.


Gdy je zobaczyłam po raz pierwszy wydawało mi się to straszliwym barbarzyństwem i byłam niezmiernie zdziwiona, widząc te same drzewa w środku lata z kopułą delikatnych gałązek i mnóstwem dorodnych liści. Zrozumiałam, że takie cięcie to konieczność, kiedy po pierwszej letniej burzy, połączonej z porywistym wiatrem i ulewą, ulice pokryły się połamanymi gałęziami z drzew, których na wiosnę nie poddano tym brutalnym zabiegom. No i wreszcie pinie, o ogromnych szyszkach i koronach w kształcie parasola, których charakterystyczny kształt jest tak jednoznacznie związany ze śródziemnomorskim pejzażem. W ogrodzie mojej pamięci rosną też ogromne araukarie, drzewa figowe z palczastymi liśćmi i drzewo, którego nazwy długo nie znałam a które wprawiło mnie w zachwyt kwiatami o upojnym zapachu, nieco podobnymi do kwiatów naszego kasztanowca, lecz dużo większymi i w delikatnym kolorze lila. Dopiero podczas wizyty w ogrodzie botanicznym willi Taranto, dowiedziałam się, że nosi ono nazwę paulownia... I wreszcie są też drzewa kasztanowe, pokrywające swą bujną zielenią stoki gór z jadalnymi owocami, niczym zielone jeże w kolczastych skorupkach. Kiedy opuszczałam Włochy na zawsze, zabrałam mój wyimaginowany ogród ze sobą; w mojej pamięci wciąż trwają jego wszystkie barwy i zapachy, śpiew kosów budzący mnie o poranku, to całe piękno, które przez długie lata cieszyło moje oczy i leczyło obolałą duszę...

Więcej zdjęć >

niedziela, 29 kwietnia 2012

Lombardia. Mój Mediolan.


Mediolan zdecydowanie różni się od innych, włoskich miast, które miałam okazję poznać w czasie mojej emigracji. Przede wszystkim dlatego, że jego zasadnicza, centralna część,  nadająca mu charakterystyczny, wielkomiejski styl, pochodzi z końca XIX i początku XX wieku ( w większości włoskie miasta mają centra o wiele starsze z odmienną architekturą i bardzo wąskimi ulicami). Jest to doprawdy imponująca zabudowa: ogromne kamienice i  miejskie pałace ze wspaniałymi, wewnętrznymi dziedzińcami. Te dziedzińce częstokroć zdobią posągi, fontanny i mnóstwo pięknie utrzymanych roślin. Niezbyt często można je zobaczyć ponieważ z reguły wejścia strzeże portier i potężna brama, która na ogół pozostaje zamknięta. 

Posiadanie apartamentu w takim budynku to nie tylko prestiż, lecz również duży majątek. Inny interesujący mediolański akcent to przestronne, wielkomiejskie arterie, wybrukowane dużymi, kamiennymi płytami. Bardzo narzekają na nie kierowcy a część mieszkańców wręcz nalega, aby pokryć je asfaltem. Jednak wiele osób uważa, że byłaby to niedopuszczalna ingerencja w bądź co bądź, historyczną tkankę miasta (nieskromnie dodam, że również jestem przeciwna temu pomysłowi). Inna rzecz, która wzbudziła moje ogromne zadziwienie, gdy przybyłam do Mediolanu, to ogromna ilość drutów, kabli i przewodów, tworząca ponad ulicami swego rodzaju pajęczynę, widok raczej niespotykany w Polsce. Ta cała plątanina to nie tylko trakcje tramwajowe, ale coś, czego przeznaczenia nawet nie próbowałam dociekać. Jest tu też ogromna ilość samochodów jadących, jak się da i parkujących, gdzie się da oraz tłumy ludzi. To wszystko daje miastu szczególny, choć  nieco chorobliwy urok. Czasem sprawia ono wrażenie, że  jest jakimś chaosem, wirem, który wciąga nas  wbrew naszym zamiarom, innym razem zdaje się być bezpiecznym schronieniem, ludzkim stadem, gdzie nawet idąc w pojedynkę, wciąż stanowimy cząstkę całości. To chyba właśnie ta dwoistość sprawiła, że zawsze tak mnie  fascynowało..


Niejednokrotnie przemierzałam je pełna energii i entuzjazmu, biegałam na wystawy i robiłam "rundy" po ulubionych sklepach. Wszystko mnie wtedy cieszyło: muzyka ulicznego grajka, uśmiech lub uprzejme słowo przypadkowej osoby. Innym razem czułam się niczym Jonasz w brzuchu wieloryba; ogromne, ciężkie budynki przytłaczały mnie swoim widokiem a rzesze ludzi przelewające się w pośpiechu po ulicach, pędziły nie wiadomo gdzie, niczym potępione dusze Dantego lub liście gnane wiatrem. To przygnębiające wrażenie dopadało mnie najczęściej gdy zapadał jesienny zmierzch, kiedy zimno i wilgoć przenikały mnie do kości a cuchnący smog zatykał płuca. W takich chwilach, bardziej niż zwykle dokuczało mi poczucie samotności, ten zły nastrój pogłębiał widok walających się śmieci, żebrzących ludzi siedzących na ulicach i natrętne wielkomiejskie hałasy.  Wszystko to sprawiało, że na jakiś czas uciekałam z tego miasta potępieńców, jednak po pewnym czasie znów przychodził dzień, kiedy zaczynało mi brakować jego lilowej przedwieczornej poświaty i widoku pomnika Garibaldiego na via Dante z Castello Sforzesco w tle... 
   

Nieopodal była moja ulubiona księgarnia  "Librerie Riunite" gdzie chętnie zaglądałam, bo za niewielkie pieniądze mogłam tam kupić świetne książki z końcówek wydań. Na wprost niej, po drugiej stronie ulicy, miałam drogerię "Lusch" cudnie pachnącą na całą okolicę, z kosmetykami i mydłami robionymi ręcznie. Idąc dalej, mijałam urocze bary i lodziarnie oraz sklepy z pięknie zaaranżowanymi wystawami. Nie mogłam się oprzeć temu miastu! Początkowo spędzałam tam cały mój wolny czas, wciąż odkrywając nowe interesujące i malownicze zakątki. Przyciągały mnie przepiękne kościoły wypełnione skarbami sztuki, wąskie uliczki, barokowe kamienice ze ślicznymi balkonami z kutego żelaza a także te nowoczesne z wiszącymi ogrodami na dachach i tarasach. Uzbrojona w nieodłączny przewodnik oraz mapę, godzinami chodziłam po mieście, znajdując moje ulubione miejsca, niczym znajomych, dla których zawsze ma się chwilę czasu. Pomału stworzyłam moją prywatną mapę takich miejsc. Jej centralnym punktem stał się kościół San Gottardo, znajdujący się w pobliżu Placu Duomo i stanowiący integralną część Palazzo Reale ( w przeszłości pełnił on funkcję pałacowej kaplicy ).

San Gottardo mieści się na tyłach Pałacu, lecz mimo to, jego wieża jest doskonale widoczna. Pamiętam, jak podczas pierwszej przechadzki po mieście stanęłam przed katedrą i po prawej stronie zobaczyłam tę śliczną, smukłą wieżę z czerwonej cegły, ozdobioną piętrowo ułożonymi, białymi kolumienkami. Jej piękno urzekło mnie jak kiedyś, wiele lat temu, urzekła wieża kościoła świętego Matiasa w Budapeszcie. Tamtą wieżę zobaczyłam w nocy, na tle szafirowo - czarnego nieba, jej podświetlony szczyt wyglądał niczym odwrócony kielich białej lilii zawieszony w przestrzeni. Stałam wtedy przed dworcem Keleti i patrzyłam zachwycona, nie mogąc oderwać oczu od tego widoku. Wieżę San Gottardo ujrzałam w dzień, jej czerwona sylwetka z koronką białych kolumienek i gzymsów wydawała się tak elegancka i skromna przy napuszonym, przeładowanym Duomo! Od tej pory stała się moim drogowskazem i punktem odniesienia. Podczas mych późniejszych wędrówek niejednokrotnie trafiałam w miejsca, gdzie nagle w perspektywie ulicy ukazywała mi się w całej swojej wspaniałości. Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy nie znałam jeszcze miasta, więc trochę  błądziłam zanim trafiłam na właściwą uliczkę, która zaprowadziła mnie do kościoła. 
Tam właśnie znalazłam moje magiczne miejsce; nigdzie nie czułam takiego spokoju jak wtedy, gdy wchodziłam i siadałam w jego chłodnym, cienistym wnętrzu. Rzadko ktoś tam zaglądał, czasem spotykałam osobę zatopioną w modlitwie, czasem turystę albo studenta Akademii Brera szkicującego jakieś ciekawe detale. 

Piękno tej świątyni zszarzało, pokryła je patyna wieków a kurz przysypał subtelne marmurowe detale (całe Palazzo Reale jest w nie najlepszym stanie, prowadzone są tu prace restauracyjne, przewidziane na wiele lat). Nazwałam ten kościół „królową w łachmanach” i czasem wydawało mi się, że dzieje mu się straszna krzywda a jego nadzwyczajne piękno powinno być wyeksponowane i zyskać należytą oprawę. Jednak po chwili przychodziła mi do głowy refleksja, że być może, właśnie ta patyna i pozorne opuszczenie daje mu największy walor. Patyna jest świadectwem czasu, który przeminął a kurz przynieśli tu ludzie, których nie ma od stuleci. Kto wie, czy wymyty i odświeżony, kościół nie stanie się jedynie piękną dekoracją, odzyska dawny blask lecz straci swą duszę?


czwartek, 26 kwietnia 2012

Mediolan niezbyt turystyczny.



W centrum Mediolanu praktycznie non stop trwa swego rodzaju show... Na każdym kroku można tu zobaczyć artystów i amatorów, którzy wszelkimi sposobami starają się zainteresować przechodniów, przykuć choć na chwilę ich uwagę a przy okazji zarobić parę groszy. Najczęściej są to znane również z naszych ulic "żywe posągi" stojące godzinami niemal nieruchomo, choć zdarza się, że taki "posąg" nagle zmienia pozycję, kiedy ktoś podchodzi bliżej, strasząc przechodnia i wykorzystując element zaskoczenia, aby wprawić swą ofiarę w osłupienie. Takie żarty najczęściej kończą się wybuchem śmiechu a następnie wrzuceniem kilku monet do plastikowego kubka. Niektóre postacie noszą pięknie wypracowane, teatralne kostiumy, innym, których nie stać na kostium musi wystarczyć choćby własna, goła skóra, pomalowana na złoty kolor. Niejednokrotnie zdarza się też, że pod grubym makijażem można dostrzec rysy twarzy świadczące o cudzoziemskim pochodzeniu. 


Najczęściej tego zajęcia podejmują się mężczyźni, chyba ze względu na trud związany z kilkugodzinnym staniem w nie zawsze wygodnej pozie, w pełnym słońcu, kiedy żar leje się z nieba lub na mrozie. Podczas moich mediolańskich wycieczek, zawsze miałam w kieszeni monety przygotowane na datki dla ulicznych artystów, gdyż osobiście nie uważam tego zajęcia za banalną żebraninę, lecz ciężką i wyczerpującą pracę. Niestety, to bogate i piękne miasto nie dla wszystkich jest oazą szczęśliwości...Ludzie chwytają się rozmaitych zajęć, czasami po prostu z desperacji, choć oczywiście są również tacy, dla których jest to pomysł na doraźny, wakacyjny zarobek bez wiązania się etatem. Oprócz „żywych posągów" na ruchliwych ulicach w okolicy Duomo można spotkać wielu handlarzy, oferujących przeróżne mechaniczne zabawki- miauczące kotki, szczekające pieski, gumowe pająki czy ośmiornice, służące chyba do straszenia. Handel podobnymi zabawkami zdominowali Azjaci i najczęściej odbywa się on bez koniecznego zezwolenia. Co jakiś czas media ostrzegają, że mogą one być szkodliwe dla zdrowia, gdyż materiały użyte do ich wyrobu przeważnie nie posiadają wymaganych atestów. Mimo to, proceder kwitnie; czasami wprost trudno przejść ulicą pomiędzy handlującymi prezentującymi swoje towary i ich potencjalnymi klientami. Jest to zarazem nieustający, amatorski teatr uliczny, gdzie każdy może przejąć rolę protagonisty. W centrum miasta zawsze jest też kilku artystów, którzy od ręki, podczas krótkiego posiedzenia, za pomocą ołówka lub węgla mogą nam wykonać portret o znacznym stopniu podobieństwa. Te seanse zwykle przyciągają kilku gapiów, obserwujących i komentujących, zwłaszcza gdy modelką jest młoda i ładna dziewczyna. Nie brakuje też Chińczyków, którzy za drobną opłatą na paskach kartonu napiszą ideogramami nasze imię lub mądrą sentencję, mogącą służyć za drogowskaz na drodze życia. Pewnego lata, w Mediolanie zapanowała moda na robienie baniek mydlanych. W pasażu za katedrą często można było spotkać kilku Filipińczyków, prezentujących w celach reklamowych sztukę robienia owych baniek za pomocą małego przyrządziku. Był to doprawdy bajeczny widok, kiedy na kilkudziesięciu metrach deptaka zaczynały fruwać setki opalizujących, tęczowych kul.  



Znaczną grupę wśród ulicznych handlarzy stanowią przybysze z Afryki, którzy wyspecjalizowali się w sprzedaży książek i plecionych bransoletek do zawiązywania na nadgarstku, wykonanych z kolorowych nitek. Ci ostatni z reguły biorą naiwnych „pod włos" i przez zaskoczenie wiążą upatrzonej osobie taką plecionkę dając do zrozumienia, że to prezent a następnie dopominają się o pieniądze. Ofiara, żeby nie wyjść na skąpca i gbura płaci, choć są też tacy, którzy nie dają się podejść i "prezent" zwracają. Jest tu także znaczna grupa emigrantów wyspecjalizowanych w handlu podrabianymi torbami znanych włoskich firm. Za sklepową ladę służy im prześcieradło rozłożone na chodniku a na nim kuszą torebki z logo Prady lub Trussardi. Są to tanie imitacje za 20-30 euro, czyli zaledwie ułamek ceny, jaką trzeba zapłacić za oryginał niestety, jakość produktu jest adekwatna do wartości.... Handlarzy prześladują stróże prawa i w związku z tym, trwa swego rodzaju gra w policjantów i złodziei. Policja próbuje zlikwidować ten niezgodny z prawem proceder, lecz handlujący w porę ostrzegani przez „czujki” w piorunującym tempie chwytają cztery rogi prześcieradła robiąc z niego zgrabny tobołek i odchodzą swobodnym krokiem udając, że nie mają nic wspólnego z czymś tak obrzydliwym jak nielegalny handel. Oczywiście, po przejściu policji wszystko wraca do normy, jednak pewnego razu, zdarzyło mi się widzieć policjantów, którzy wrócili niespodziewanie łapiąc delikwentów na gorącym uczynku. 


Kilka lat temu wszystkie dzienniki mówiły o spektakularnym ukaraniu amerykańskiej turystki bardzo wysokim mandatem ( było to o ile dobrze pamiętam, dwadzieścia tysięcy euro) za kupno takiej torebki. Miałam wrażenie, że był to jedynie tzw. fakt medialny, rozdmuchany dla odstraszenia innych, potencjalnych nabywców. Tak, czy inaczej, handel uliczny mimo iż nielegalny, kwitnie nadal. Zdawać by się mogło, że w rzeczywistości nikomu nie zależy na jego faktycznej likwidacji, więc robi się pewne posunięcia, aby zachować twarz i pozory praworządności. W powszechnym odczuciu  Włochy absolutnie nie radzą sobie z problemem emigracji i można by długo dyskutować na temat przyczyn tego stanu rzeczy. Z całą pewnością, po latach boomu ekonomicznego nadeszły lata chude i kryzys daje się odczuć na każdym kroku. Państwo ma wiele problemów z zapewnieniem należytego poziomu życia swoim obywatelom a ogromna fala emigrantów bardzo obciąża niedopinający się budżet. Po wojnie i upadku ustroju faszystowskiego pozostał tu paniczny lęk przed posądzeniem o rasizm i naruszanie praw człowieka, więc kraj jest przepełniony cudzoziemcami szukającymi lepszego bytu. Obywatele Europy zwykle przyjeżdżają z niezbędnymi dokumentami, natomiast  Azjaci i Afrykanie to najczęściej uchodźcy przybywający nielegalnie drogą morską. Niejednokrotnie zdarza się, że te próby kończą się tragicznie i dochodzi do zatopienia łodzi wraz z pasażerami. Ci, których podróż przebiegnie  szczęśliwie, są umieszczani w obozie przejściowym na wyspie Lampedusa a po pewnym czasie mogą się przenieść w głąb kraju, więc jest tu naprawdę ogromna rzesza Afrykanów, Arabów i Azjatów, nie licząc osób z uboższych krajów Europy.

Bella Italia nie jest w stanie zapewnić im wszystkim godnego bytu i uczciwej pracy, więc zdesperowani ludzie z konieczności imają się niezbyt legalnych zajęć różnego rodzaju. Niestety, część z nich wchodzi w naprawdę ostry konflikt z prawem – mnożą się napady i rozboje, kwitnie sutenerstwo i handel narkotykami. Narkomania jest zresztą prawdziwą plagą społeczną Włoch. Media dostarczają danych statystycznych na temat jej rozmiarów, które brzmią wprost nieprawdopodobnie, są jednak oparte na ciągłym monitoringu stężenia narkotyków  w ściekach komunalnych, dokąd są wydalane ich metabolity poprzez układ moczowy zażywających. Jak każde duże miasto, również Mediolan ma swoją ciemną  stronę. Są tu miejsca gdzie lepiej się nie pokazywać, a jeśli już, to należy "przyspieszać ruchy" dobrze trzymać torebkę czy teczkę i często oglądać się za siebie. Ta brzydka twarz Mediolanu to bezdomność, gwałty, żebranina oraz kradzieże w biały dzień, w centrum miasta. Częstokroć autorami tych kradzieży są dzieci, bezdomne, kupowane lub porywane przez gangi i zmuszane do przestępstw albo prostytucji. Są to niewyobrażalne tragedie;  mimo iż jest wiele instytucji i organizacji, które robią co mogą, aby pomóc tym nieszczęśnikom, to straszne, drugie życie rozrasta się niczym nowotwór, niewidoczny na pierwszy rzut oka. W czasie moich wędrówek często mijałam żebrzących ludzi: Cyganki z niemowlętami przy piersi, młodych włóczęgów z psami, kaleki... Niejednokrotnie zastanawiałam się, ile w takim życiu jest własnego wyboru a ile bezradności i rozpaczy? Gdzie jest ta cienka granica, która oddziela nadzieję od upadku? Tak łatwo jest zasnąć na ławce w parku, kiedy nie ma się domu, do którego można wrócić, tak łatwo przestać się myć, bo po kilku dniach człowiek się przyzwyczaja... Łatwo jest usiąść na ulicy z kubkiem po Coca – Coli, w mieście, gdzie nikt nas nie zna, nikogo nie obchodzimy i nawet ten, kto wrzuci nam monetę, nie patrzy nam w oczy a za chwilę o nas zapomni...


Pewnego lata, będąc w Como, tuż koło baru McDonald's zobaczyłam przystojną Rosjankę, siedzącą na walizkach. Wyglądała jak przeciętna turystka, więc pomyślałam, że czeka na autobus lub taksówkę. Z ogromnym zaskoczeniem zauważyłam stojący przed nią plastikowy kubek a w nim drobne monety. Nie musiałam nawet uruchamiać wyobraźni, gdyż dobrze znałam taki scenariusz, kiedy ludzie przyjeżdżali do pracy, której nie było i zostawali na ulicy, najczęściej bez pieniędzy i żadnego punktu zaczepienia. Następnego lata Rosjanka też tam była ze swoim kubkiem, poznałam ją bez trudu, choć tym razem nie miała  ze sobą walizek i w brzydkiej, znoszonej odzieży nie wyglądała już niczym turystka, która przysiadła na chwilę. Po pewnym czasie przestałam ją widywać i niejednokrotnie myślałam o tym, gdzie jest i co się z nią stało? Czy znalazła pracę, czy też uzbierała dość pieniędzy żeby wrócić do domu?  A może jej życie weszło w ostatni, ostry zakręt, z którego już nie ma  wyjścia? We włoskiej telewizji wielokrotnie widziałam programy, w których poruszano te trudne tematy. Mówiono w nich o ludziach wykolejonych, bezdomnych, bez nadziei na lepsze jutro. Grupa młodych zaangażowanych  dziennikarzy lokalnych mediów tropiła różne zbrodnicze afery związane z handlem żywym towarem i zniewoleniem ludzi do żebraniny. Mówiono wręcz o procederze kupna na terenie Rumunii kalekich osób a nawet o ich celowym okaleczaniu!  Podobno za tym wszystkim stoi potężna organizacja o charakterze mafijnym, więc wiele instytucji a także niektórzy księża ostrzegają, żeby żebrzącym nie dawać pieniędzy, bo są one natychmiast zabierane a "pracodawcy" tych nieszczęśników traktują ich gorzej niż zwierzęta.


W związku z tym, wiele osób "poszło po rozum do głowy" i zamiast pieniędzy ofiarowuje w takich wypadkach coś do zjedzenia, próbując w ten sposób pogodzić ludzkie odruchy z rozsądkiem. Na ulicach widać też wielu bezdomnych, śpiących nawet w dzień wprost na ulicy, całkowicie obojętnych na resztę świata. Kiedyś, pod koniec lata, tuż obok Dworca Centralnego, zauważyłam młodą Murzynkę. Siedziała zawsze w tej samej pozycji, niczym pogrążona we śnie, wtulona w kąt na ławce pod wiatą, gdzie kiedyś był przystanek autobusowy. W zimowej czapce, otulona płaszczem, obstawiona jakimiś reklamówkami i workami, tkwiła tam z zamkniętymi oczami i rękami schowanymi w rękawach.. Przechodziłam tamtędy codziennie i widziałam ją zawsze nieruchomą, niczym posąg wykuty z kamienia. W innym kącie dworca, pod arkadami, gdzie zatrzymują się taksówki mieszkali dwaj mężczyźni, którzy najczęściej przez całe dnie spali w swoich śpiworach. Jeden z nich, ciemnoskóry, wyróżniał się długimi dredami okrytymi wielkim beretem w kolorach rasta, zaś drugi, w nieodłącznej wojskowej kurtce, zwracał uwagę bujną ciemną brodą. Obok ich posłań  zauważyłam mały, afrykański bębenek. Nigdy nie słyszałam, żeby któryś z nich na nim grał, instrument zwykle leżał obok, bezużyteczny. Pewnego dnia zobaczyłam, jak brodacz zakończył swą ziemską wędrówkę. Karabinierzy wezwali pogotowie, zatrzymało się kilka przypadkowych osób, po chwili nadjechał ambulans a jego obsługa szybko włożyła zwłoki do plastikowego worka. Kompan zmarłego przełożył bębenek w inne miejsce, po czym na powrót zwinął się w kłębek na swoim barłogu, jakby się nic nie stało...


W Mediolanie jest spora grupa niezwykle ofiarnych wolontariuszy zwanych "City Angels" którzy patrolują dworce i inne newralgiczne punkty miasta, starając się pomagać ludziom stojącym na krawędzi, organizują im noclegi i posiłki. Nie wszyscy bezdomni są skłonni podporządkować się regułom panującym w schroniskach, jednak mimo to, pękają one w szwach, więc czasem trudno znaleźć tam nocleg, zwłaszcza w okresie zimy. Pomocy potrzebującym udziela także "Caritas" oraz wiele innych organizacji i stowarzyszeń, w  tym bracia Kamilianie. Pewnego razu, widziałam jednego z nich na ulicy przed kościołem, rozmawiającego z grupą bezdomnych emigrantek. Przyzwyczajona do widoku zadbanych duchownych, zdziwiłam się na widok jego znoszonego, poplamionego habitu z czerwonym krzyżem na piersi i zniszczonych rąk z połamanymi paznokciami. Nie wiedziałam wtedy, że stałam obok człowieka, który poświęcił swoje życie nieustannej, ciężkiej pracy na rzecz bezdomnych i prostytutek a dziełem jego życia były liczne schroniska dla bezdomnych. Nieco później  zobaczyłam go w lokalnej telewizji, było to pośmiertne wspomnienie o nim  gdyż zmarł niedługo po naszym przypadkowym, przelotnym spotkaniu. Ludzie, którzy go dobrze znali i wiedzieli jak wiele zrobił dla innych, mówią, że odszedł człowiek święty. Za życia nazywał się Ettore Boschini.


Więcej zdjęć mediolańskiego show off można zobaczyć w albumie>

środa, 25 kwietnia 2012

Lombardia. Mediolan, okolice Katedry.



W Mediolanie, podobnie jak w Wenecji, rządzą gołębie, a na placu przed Katedrą jest ich prawdziwe zatrzęsienie. Ponieważ brudzą, przez co stwarzają zagrożenie epidemiologiczne oraz przyczyniają się do degradacji zabytków, Zarząd Miasta toczy z nimi ciągłą walkę. Jest to walka trochę nierówna, gdyż wspomagają je ekolodzy, a także turyści uwielbiający fotki w towarzystwie ptaków, które chętnie siadają ludziom na ramionach. Gołębie w wielkich stadach przemieszczają się z furkotem skrzydeł z jednej strony placu na drugą. Aby je przywabić, ludzie używają resztek jedzenia lub kukurydzy sprzedawanej przez pokątnych handlarzy, którzy dziwnym trafem zawsze potrafią wypatrzyć w tłumie potencjalnego klienta. Są też tacy, którzy zachęcają do kupna ziarenek, proponując, że zrobią nam zdjęcie w towarzystwie gołębi. Ten proceder zwalczają piesi i konni karabinierzy patrolujący plac, lecz ponieważ włoskie siły porządkowe nie odznaczają się nadmierną surowością, ma to wymiar raczej symboliczny.






Konni karabinierzy również stali się swego rodzaju atrakcją turystyczną. Ludzie podchodzą do nich na pogawędki, niejednokrotnie też stróże porządku wraz ze swoimi wierzchowcami pozują do zdjęć. Być może jest to "szatański spisek" w celu wyeliminowania gołębi za pomocą zdrowej konkurencji? Ale ptaki nie dają za wygraną, gdyż na placu zawsze znajdzie się coś do jedzenia, a trzy rumaki nie są w stanie obsłużyć wszystkich chętnych do pamiątkowej fotografii, nie mówiąc o osobach, które po prostu boją się koni. Na Placu Duomo jest zawsze mnóstwo turystów, chyba nie mniej niż gołębi. Przez cały rok dopisują Japończycy, a od wiosny do jesieni napływają Amerykanie i nacje europejskie.





Cały ten tłum kłębi się na placu przed katedrą, w okolicznych ulicach i pasażach handlowych. Kiedy nadchodzi lato, a wraz z nim prawdziwe, nawet czterdziestostopniowe upały, zmęczeni ludzie szukają odrobiny cienia w galerii Wiktora Emanuela i pod portykami otaczającymi plac. Galeria to piękny budynek na planie krzyża o czterech wejściach, przykryty szklanym dachem. Jest ogromna, wewnątrz można pospacerować, zrobić luksusowe zakupy lub coś zjeść w jednej z wielu restauracji (jest też McDonald's dla osób mniej zasobnych). Główną atrakcją Galerii, jakiej absolutnie nie można przeoczyć, jest "byk", czyli fragment mozaiki podłogowej przedstawiający herb Turynu, w którym widnieje wizerunek tego dorodnego zwierzęcia. Byk jest przedstawiony realistycznie, ze wszystkimi anatomicznymi szczegółami. Panuje przesąd, że kto po raz pierwszy przybywa do Mediolanu, obowiązkowo musi wykonać pewien rytuał zapewniający spełnienie najskrytszego marzenia. W tym celu należy postawić piętę prawej nogi na genitaliach byka, pomyśleć o tym, czego się pragnie, i trzykrotnie obrócić się wokół własnej osi.





Chętnych do tego rytuału nigdy nie brakuje, więc czasami tworzą się prawdziwe kolejki turystów, gdyż prawie wszyscy, bez względu na wiek i płeć, poddają się temu zwyczajowi. Przewodnicy przyprowadzają tu wycieczki, aby każdy turysta mógł przywołać Panią Fortunę i zapewnić sobie powodzenie. Niestety, powoduje to szybkie zużycie marmuru; kiedy kilka lat temu przyjechałam do Mediolanu, zamiast intymnych części byka w posadzce widniało jedynie głębokie wyżłobienie od obcasów. Mozaikę zrekonstruowano, więc znów bez przeszkód można zapewnić sobie trochę szczęścia. Wychodząc na tyły galerii, trafiamy prosto na Piazza della Scala, gdzie mieści się ta znana całemu światu opera. Kiedy znalazłam się tam po raz pierwszy, stanęłam jak wryta, gdyż oczekiwałam imponującego gmachu, a tymczasem zobaczyłam niewielki, dwupiętrowy budynek z piękną, bardzo elegancką fasadą w neoklasycznym stylu. Mimo tego pierwszego wrażenia okazało się, iż w rzeczywistości jest to budynek naprawdę okazały, choć niewysoki.





La Scala przez długie lata była w remoncie, więc spektakle odbywały się w innym teatrze. Niestety, nie udało mi się zobaczyć żadnego przedstawienia, gdyż nabycie biletu graniczy z cudem; w większości są one wykupione z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, a ja, pracując w systemie zmianowym i z perspektywą nagłych zastępstw, nie mogłam robić dalekosiężnych planów. Przed teatrem znajduje się ładny skwer z pomnikiem Leonarda da Vinci, a wokół posągu jest duży krąg granitowych ławek. Ten miły plac, ze względu na swe położenie, cieszy się dużym powodzeniem jako miejsce odpoczynku, więc w ciepłe dni ławki są po prostu oblężone. Tuż obok La Scali, w jednej z bocznych ulic, znalazłam jedno z moich magicznych miejsc - śliczną, stylową kawiarnię "Verdi". Ze swoimi czerwonymi portierami, maleńkimi stolikami o marmurowych blatach i krzesełkami obitymi czerwonym aksamitem, wydawała się czymś żywcem przeniesionym z czasów, gdy Giuseppe Verdi mieszkał tuż obok, w hotelowym apartamencie przy via Manzoni.




Ale oprócz magicznej atmosfery ta kawiarnia ma jeszcze jeden wabik. Można tam godzinami oglądać stare pocztówki, gazety, afisze i zdjęcia. Te oryginalne są częścią wystroju i wiszą oprawione na ścianach albo stoją na wystawce, lecz są również dodruki, które można nabyć za niewielką sumę. Szczególnie mi się podobały zdjęcia starego Mediolanu z przełomu XIX i XX wieku, a także postery reklamowe z tego okresu. Są tam też nowsze egzemplarze, plakaty kinowe i zdjęcia popularnych gwiazd filmowych z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Centrum miasta jest pełne rozmaitych atrakcji, częste są też wystawy uliczne. Swego czasu ogromnym zainteresowaniem cieszyły się wielkie fotogramy wystawione na pobliskiej via Dante "Ziemia widziana z nieba" oraz "Italia widziana z nieba". Te przepiękne zdjęcia przez kilka tygodni gromadziły wielkie rzesze oglądających. Miało to miejsce w pierwszych latach mojego pobytu we Włoszech, więc niektóre z tych zdjęć stały się dla mnie swego rodzaju objawieniem i inspiracją do przyszłych podróży.






Innym, bardzo interesującym ewenementem była uliczna wystawa rzeźb Fernando Botero. W okolicy katedry można było oglądać kilkanaście monumentalnych ludzkich postaci oraz dwa zwierzaki: "Kota" i "Konia". Luzacką atmosferę lata 2007 uświetniła wystawa "Cow-Parade", kiedy to w całym mieście napotkało się kolorowe krowy, pomalowane w najbardziej fantastyczne wzory. Można było je oglądać na stacjach metra, dworcach i na ulicach. Budujące było to, że nikt nie próbował dewastować tej wystawy, która w dobrym stanie dotrwała aż do końca. Ludzie ją oglądali z wielkim zainteresowaniem - niektórzy sadzali na krowach małe dzieci i robili sobie pamiątkowe zdjęcia z krówką w tle. W biurze Informacji Turystycznej wyłożono specjalne mapy, więc zainteresowani, wędrując po mieście, mogli obejrzeć wszystkie elementy tej sympatycznej ekspozycji. Ja, mimo chęci, nie zdołałam tego dokonać, ale udało mi się zobaczyć i sfotografować jej dość istotną część.


Więcej zdjęć można zobaczyć w albumach>


https://photos.google.com/album/AF1QipO8_tB1_hpuOMU5P0Vy4jwWTMH44v7weeKs5GRb?hl=pl