Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

niedziela, 29 kwietnia 2012

Lombardia. Mój Mediolan.



Mediolan zdecydowanie różni się od innych włoskichMediolan miast, które miałam okazję poznać w czasie mojej emigracji. Przede wszystkim dlatego, że jego zasadnicza, centralna część, która nadaje mu charakterystyczny, wielkomiejski styl, pochodzi z końca XIX i początku XX wieku ( w większości włoskie miasta  mają centra o wiele starsze, z odmienną architekturą, i bardzo wąskimi ulicami). Jest to doprawdy imponująca zabudowa: ogromne kamienice a właściwie miejskie pałace, ze wspaniałymi wewnętrznymi dziedzińcami.Te dziedzińce częstokroć zdobią posągi, fontanny i mnóstwo pięknie utrzymanych roślin. Niezbyt często można je zobaczyć ponieważ z reguły wejścia strzeże portier i potężna brama, która na ogół pozostaje zamknięta. Posiadanie apartamentu w takim budynku to nie tylko prestiż, lecz również duży majątek. Inny interesujący mediolański akcent to przestronne, wielkomiejskie arterie, wybrukowane dużymi, kamiennymi płytami. Bardzo narzekają na nie kierowcy a część mieszkańców wręcz nalega aby pokryć je asfaltem. Jednak wiele osób uważa, że byłaby to niedopuszczalna ingerencja na bądź, co bądź, historycznej tkance miasta (nieskromnie dodam, że również jestem przeciwna temu pomysłowi).  Inna rzecz, która wzbudziła moje ogromne zadziwienie gdy przybyłam do Mediolanu, to ogromna ilość drutów, kabli i przewodów, tworząca ponad ulicami swego rodzaju pajęczynę, widok raczej niespotykany w Polsce. Ta cała plątanina  to nie tylko trakcje tramwajowe, ale coś, czego przeznaczenia nawet nie próbowałam dociekać. Jest tu też ogromna ilość samochodów  jadących jak się da i parkujących gdzie się da, oraz prawdziwe tłumy ludzi. To wszystko daje miastu  szczególny, choć  nieco chorobliwy urok. Czasem sprawia ono wrażenie, że  jest jakimś chaosem, wirem, który wciąga nas  wbrew naszym zamiarom, innym razem zdaje się być bezpiecznym schronieniem, ludzkim stadem, gdzie nawet idąc w pojedynkę, wciąż stanowimy cząstkę całości. To chyba właśnie ta dwoistość sprawiła, że zawsze tak mnie  fascynowało... Niejednokrotnie przemierzałam je pełna energii i entuzjazmu, biegałam na wystawy i "robiłam rundy" po ulubionych sklepach. Wszystko mnie wtedy cieszyło: muzyka ulicznego grajka, uśmiech, lub uprzejme słowo przypadkowej osoby. Innym razem czułam się niczym Jonasz w brzuchu wieloryba.  Ogromne, ciężkie budynki przytłaczały mnie swoim widokiem a rzesze ludzi przelewające się  w pośpiechu po ulicach pędziły nie wiadomo gdzie,  niczym potępione dusze Dantego, lub liście gnane wiatrem. To przygnębiające wrażenie dopadało mnie najczęściej gdy zapadał jesienny zmierzch, kiedy zimno i wilgoć przenikały mnie  do kości a cuchnący smog zatykał płuca. W takich chwilach, bardziej niż zwykle, dokuczało mi poczucie samotności a ten zły nastrój pogłębiał  widok walających się śmieci, żebraków siedzących na ulicach, i natrętne wielkomiejskie hałasy.  Wszystko to sprawiało, że na jakiś czas uciekałam z tego miasta potępieńców. Jednak po pewnym czasie znów przychodził dzień, kiedy zaczynało mi brakować widoku pomnika Garibaldiego na via Dante, z Castello Sforzesco w tle. Nieopodal była też moja ulubiona księgarnia  "Librerie Riunite" gdzie za niewielkie pieniądze mogłam kupić świetne książki z "końcówek" wydań, a na wprost niej, po drugiej stronie ulicy, drogeria "Lusch" cudnie pachnąca na całą okolicę,  z kosmetykami i mydłami robionymi ręcznie. Nie mogłam się oprzeć temu miastu! Początkowo spędzałam tam cały mój wolny czas, wciąż odkrywając  nowe, interesujące, i malownicze zakątki. Przyciągały mnie przepiękne kościoły wypełnione skarbami sztuki, wąskie uliczki, barokowe kamienice ze ślicznymi balkonami z kutego żelaza, i te nowoczesne, z wiszącymi ogrodami na dachach i tarasach. Uzbrojona w nieodłączny przewodnik i mapę, godzinami chodziłam po mieście, znajdując moje ulubione miejsca niczym znajomych, dla których zawsze maMediolan się chwilę czasu. Pomału stworzyłam moją prywatną mapę takich miejsc. Jej centralnym punktem stał się kościół San Gottardo, który znajduje się  w pobliżu Placu Duomo i stanowi integralną część Palazzo Reale ( w przeszłości pełnił funkcję pałacowej kaplicy ). Mieści się nieco z tyłu Pałacu, lecz mimo to, jego wieża jest doskonale widoczna. Pamiętam, jak podczas pierwszej przechadzki po mieście stanęłam przed katedrą i po prawej stronie zobaczyłam tę śliczną, smukłą wieżę z czerwonej cegły, ozdobioną piętrowo ułożonymi, białymi kolumienkami. Jej piękno urzekło mnie, jak kiedyś, wiele lat temu, urzekła wieża kościoła świętego Matiasza w Budapeszcie. Tamtą wieżę zobaczyłam w nocy, na tle szafirowo - czarnego nieba. Jej podświetlony szczyt  zawieszony w przestrzeni wyglądał niczym odwrócony kielich białej lilii. Stałam wtedy przed dworcem Keleti i patrzyłam, nie mogąc oderwać oczu od tego widoku. Tę ujrzałam w dzień a jej czerwona sylwetka z koronką białych kolumienek i gzymsów wydawała się tak elegancka i skromna przy napuszonym, przeładowanym Duomo! Od tej pory stała się moim drogowskazem i punktem odniesienia. W przyszłości niejednokrotnie trafiałam w miejsca, gdzie nagle, w perspektywie ulicy, ukazywała mi się w całej swojej wspaniałości. Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy nie znałam jeszcze miasta, więc trochę  błądziłam zanim trafiłam na właściwą uliczkę, która zaprowadziła mnie do kościoła. Tam właśnie znalazłam moje magiczne miejsce. Nigdzie nie czułam takiego spokoju, jak wtedy, gdy wchodziłam i siadałam w jego chłodnym, cienistym wnętrzu. Rzadko ktoś tam zaglądał, czasem spotykałam osobę zatopioną w modlitwie, czasem turystę, lub studenta Akademii Brera. Piękno tej świątyni zszarzało, pokryła je patyna wieków a kurz przysypał subtelne marmurowe detale (całe Palazzo Reale jest w nie najlepszym stanie, prowadzone są tu prace restauracyjne przewidziane na wiele lat). Nazwałam ten kościół „królową w łachmanach” i czasem wydawało mi się, że dzieje mu się straszna krzywda a jego nadzwyczajne piękno powinno być wyeksponowane i zyskać należytą oprawę. Jednak po chwili przychodziła mi do głowy refleksja, że  właśnie ta patyna i pozorne opuszczenie daje mu największy walor. Ta patyna jest świadectwem czasu, który przeminął,  ten  kurz przynieśli tu ludzie, których nie ma od stuleci. Być może, wymyty i odświeżony kościół  stanie się jedynie piękną dekoracją, odzyska blask, lecz straci swą duszę?
Więcej zdjęć>

4 komentarze:

  1. Bardzo lubię takie opowieści. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Miło mi że Ci się podobało. Życzę wielu pięknych majowych wycieczek na rowerku! Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. zdjęcia urocze, zwłaszcza jedno z takim wewnętrznym ogrodem mnie urzekło. swoiste piękno miastu nadają wypełnione wodą kanały i pełne ludzi wokół nich bulwary, choć ten kanał z walącym się przy nim zadaszeniem ma wyjątkowy urok. zabrakło mi tu fontann, których bez liku było w rzymie, czyżby tylko rzym miał ich taką przeogromna ilość?
    i jeszcze jedno zdanie. jak przyjechałem do chicago, wyjątkowo drażnił mnie widok słupów z porozwieszanymi na nich, nierówno zwisającymi kablami, energetycznymi, telefonicznymi i cholera jeszcze wie jakimi. na całe szczęście w polsce tego kablowego bałaganu nie mamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do tych "drutów" też nie mogłam się nadziwić ale z czasem przywykłam, chociaż też błogosławię Polskę za ich brak. Fontanny w mieście nie są liczne (jeśli nie liczyć tych w parkach), szczególną urodą nie grzeszą, nie są też tak charakterystyczne i okazałe jak w Rzymie a do tego nie zawsze są czynne.

      Usuń