piątek, 15 marca 2013

Piemont. Stresa - "skamieniałe zwierzaki" na Monte Mottarone.



Kiedy w 2011 roku podjęłam decyzję o zakończeniu pracy we Włoszech i definitywnym powrocie do domu, była to dla mnie ogromna radość, ale również powód do tego aby ostatnie miesiące wykorzystać jak najlepiej i zobaczyć miejsca, które mnie interesowały a gdzie dotychczas jeszcze nie dotarłam. Postanowiłam, że nie przepuszczę żadnej ku temu okazji, nawet kosztem wypoczynku. Zresztą to co mi się najbardziej dawało we znaki, to nie zmęczenie fizyczne, lecz stres psychiczny związany z wyczerpującą pracą i oddaleniem od Polski oraz mojej rodziny a  owe wyprawy zawsze były dla mnie najlepszym lekarstwem na takie problemy. Dlatego też pewnego kwietniowego dnia, korzystając z dobrej pogody postanowiłam, że po nocnym dyżurze nie pójdę spać, lecz wybiorę się w plener.

Przez kilka kolejnych dni  było bardzo ciepło a przejrzyste powietrze pozwalało dostrzec na horyzoncie łańcuchy Alp pokryte śniegiem. Niestety, miałam wtedy cztery nocne dyżury pod rząd, więc musiałam je odsypiać w dzień aby przed wieczorem odzyskać formę do przetrwania następnej, bezsennej nocy a tu jak na złość zapowiadano, że za kilka dni pogoda zmieni się na gorsze! W związku z tym, chcąc wykorzystać odpowiedni moment, na ostatnią nockę wybrałam się z moim wycieczkowym ekwipunkiem i prosto z pracy pojechałam do Mediolanu a następnie do Stresy, nad Lago Maggiore. Leży ona pomiędzy brzegiem jeziora i łańcuchem niewysokich gór a na jedną z nich, noszącą nazwę Monte Mottarone, można wjechać kolejką linową. Byłam tam kilka lat temu, lecz miałam ochotę znów stanąć na jej  szczycie, skąd roztacza się przepiękny widok na okoliczne jeziora i alpejskie wzniesienia. Mimo iż Monte Mottarone ma jedynie 1300 metrów, jedzie się tam w trzech etapach. Pierwszy i drugi obsługuje kolejka gondolowa a trzeci - wyciąg krzesełkowy. Kiedy dotarłam na górę, przeżyłam prawdziwy szok, gdyż okolica zmieniła się  nie do poznania. W czasie, który minął od mojego poprzedniego pobytu, powstał  tam ośrodek sportów zimowych, restauracje, hotel i wyciągi narciarskie a do tego ustawiono kilka  potężnych anten  przekaźnikowych.

Nie mogę powiedzieć, że te innowacje wprawiły mnie w zachwyt, więc postanowiłam oddalić się jak najszybciej w kierunku przeciwnym do tego z którego przybyłam. Nieco poniżej szczytu dostrzegłam ścieżkę, prowadzącą po wydłużonym grzbiecie góry w kierunku grupy skał, więc nie zwlekając ruszyłam w drogę. Odległość do przebycia była większa niż sądziłam, lecz nie miałam powodów do narzekania, ponieważ szło mi się bardzo przyjemnie. Mimo silnie wiejącego wiatru było cieplutko a ja bardzo lubię taką wietrzną pogodę. Kiedy doszłam na miejsce natychmiast przypomniał mi się film "Piknik pod Wiszącą Skałą" który oglądałam wiele lat temu. Skałki okazały się  bardziej okazałe, niż przypuszczałam widząc je z daleka i były pogrupowane w dość zaskakujący sposób na tej górze o łagodnych, trawiastych zboczach. Z bliska zobaczyłam też, że od zachodniej strony jest ona o wiele bardziej stroma i pełna urwisk, więc nie zdziwiła mnie tabliczka informująca, iż jest to teren ćwiczeń dla szkółki wspinaczki skałkowej. Grzbiet kończył się ogromnym,  płaskim głazem, którego rozmiarów nie byłam  w stanie ocenić, ponieważ stałam na jego szczycie a nie mając żadnej asekuracji, nie chciałam ryzykować podchodzenia do krawędzi, żeby spojrzeć w dół. Za to mogłam do woli cieszyć oczy widokiem leżącego u stóp góry jeziora Orta z ośnieżonymi Alpami w tle. Rozglądając się po okolicy zauważyłam, że okoliczne skały mają bardzo dziwne, wręcz zwierzęce kształty, więc postanowiłam pochodzić wśród nich i uwiecznić je na zdjęciach.


Patrząc na ten wytwór przyrody miałam wrażenie, że widzę ogromnego węża pełznącego po zboczu.


Ta skałka przypomina mi jakiegoś ogromnego zwierzaka, który zakleszczył się pomiędzy skałami i wyje, wzywając pomocy.


A ta, według mnie bardzo przypomina głowę małpki.


Tu ktoś, czy coś pełznie, może to dinozaur?


A to głowa dinozaura z bliska.


To zapewne są jaja dinozaura. 


Niestety, jedno jest potłuczone....


To jeszcze jeden prehistoryczny płaz i do tego uśmiechnięty!


Czyja stopa mogła zostawić ten ślad?!!


To wielka skała na końcu górskiego grzbietu, o której pisałam powyżej. Przy odrobinie fantazji można założyć, że te ślady pozostawili przedstawiciele obcej cywilizacji...


Ten skalny przekładaniec przypomina ogromną kanapkę Big Mac.


A ta księżniczkę zaklętą w kamienną ropuchę....

Mam nadzieję, że te moje przyrodnicze odkrycia  spodobają się oglądającym. Dodam jeszcze, że część zdjęć robiłam pod słońce, więc ich jakość nie jest najlepsza, ale tylko w ten sposób widać było podobieństwa, które chciałam pokazać. Niestety, pogoda nie była już tak fantastyczna, jak jeszcze poprzedniego dnia; widoczność znacznie się pogorszyła i mimo wiatru welon foschii spowijał dalszą okolicę, co wyraźnie widać na zdjęciach.

Zapraszam do obejrzenia pozostałych zdjęć w albumie >

czwartek, 7 marca 2013

Piemont. Verbania, Willa Taranto, czyli spełnione marzenie Kapitana.



Ogrody willi Taranto, to  ogród botaniczny zaliczany do najpiękniejszych na świecie i jedna z największych atrakcji w obrębie Lago Maggiore. Cieszy się  swoją zasłużoną sławą zarówno wśród turystów, jak i  naukowców, którzy przybywają tu nie tylko z całej Europy, ale również z innych, pozaeuropejskich krajów. Co ciekawe, jego powstanie nie jest  zasługą społecznego wysiłku, lecz wynikiem pasji pojedynczego człowieka, którym był Neil Boyd Mc Eacharn, za życia nazywany po prostu Kapitanem.


Urodził się on w 1884 roku w Szkocji, w bardzo zamożnej rodzinie, należącej do potężnego klanu Mac Donald. Z tego samego klanu wywodził się napoleoński marszałek Stefan Jakub Józef Aleksander Macdonald, z woli cesarza noszący tytuł księcia Taranto. Ten sławny przodek Kapitana przyszedł na świat we Francji, dokąd jego ojciec Neil McEachen uciekł z powodów politycznych. Wiodło mu się nieszczególnie, więc przyszły dostojnik i filar cesarskiej armii wychowywał się w bardzo skromnych warunkach, co jak widać, nie przeszkodziło mu w karierze. Próbowałam odnaleźć jakieś dane dotyczące stopnia pokrewieństwa napoleońskiego marszałka i Kapitana lecz wszystko, na co się natknęłam, to przynależność obu rodzin do jednego klanu oraz podobieństwo nazwisk. Jednak nie wykluczone, że ta więź była silniejsza, niż się może dziś wydawać na pierwszy rzut oka...


Rodzina Mc Eacharn nie mogła narzekać na brak środków do życia, miała bowiem w swym posiadaniu rozległe tereny w Australii, liczne kopalnie oraz kompanię żeglugową a w Szkocji zamek Galloway, otoczony pięknym ogrodem. Podobno to właśnie ten ogród wpłynął na  zainteresowanie Neila botaniką. Nieco później matka wybrała się z wraz z nim w podróż do Europy; wtedy młody Neil po raz pierwszy zobaczył Włochy a to zapoczątkowało  jego zauroczenie tym krajem, trwające aż do śmierci. Nie wykluczone, że te dwie okoliczności spowodowały, iż z biegiem czasu stał się zapalonym miłośnikiem nauki o roślinach; w konsekwencji stworzenie własnego ogrodu botanicznego stało się dla niego celem życia. Na miejsce realizacji swego zamierzenia wybrał właśnie Włochy, przede wszystkim ze względu na sprzyjający klimat. Dość długo na przeszkodzie tym zamierzeniom stały problemy z nabyciem odpowiedniego terenu, dopiero ogłoszenie w "The Times" przyniosło oczekiwane efekty, kiedy odpowiedziała na nie markiza Sant 'Elia, mająca do sprzedania posiadłość nad Lago Maggiore. W ten sposób w 1930 r Kapitan stał się właścicielem willi i terenu w Verbanii, zwanego "La Crocetta".


Jest to istotnie świetne miejsce pod takie przedsięwzięcie, leżące tuż nad  brzegiem jeziora, na zboczu niezbyt wysokiego wzniesienia, skąd roztacza się przepiękny widok na okolicę. 
Dzięki pasji nowego właściciela i jego środkom finansowym, na nowo nabytej ziemi zaczął powstawać prawdziwy ogród z marzeń. Kapitan nadał  posiadłości nazwę "Willa Taranto" na cześć swego sławnego przodka. Niestety, musiał przerwać pracę nad stworzeniem ogrodu, gdy wybuchła II Wojna Światowa, został bowiem powołany pod broń i wyruszył do Australii, gdzie była jego macierzysta jednostka. Swoje dzieło zostawił w dobrych rękach zaufanego współpracownika i administratora, adwokata Antonio Cappelletto. Po powrocie z wojny na stałe osiedlił się we Włoszech i kontynuował rozpoczęte wcześniej prace; w 1963 roku z uwagi na zasługi został ogłoszony honorowym obywatelem Verbanii. Niestety, Kapitan krótko cieszył się efektami swych długoletnich wysiłków, gdyż  w 1964 roku niespodziewanie zmarł  w swoim wymarzonym ogrodzie...


Dziś, w centralnym punkcie parku wznosi się cokół z popiersiem Kapitana; skromny pomnik człowieka, który zrealizował swoje marzenie dla pożytku publicznego. Z tego co wiem, ogród nadal jest własnością prywatną, lecz został  przekazany w użytkowanie państwu włoskiemu, z zastrzeżeniem, że ma być pielęgnowany i udostępniony zwiedzającym, zgodnie z ideą, jaka przyświecała jego założycielowi. 


Po raz pierwszy otwarto go dla publiczności w 1952 roku, jeszcze za życia Kapitana. Obecnie wstęp do ogrodu jest płatny, można go zwiedzać w wyznaczonych godzinach od kwietnia do października. W parku znajduje się niewielka rotunda; jest to mauzoleum, gdzie spoczywają doczesne szczątki Neila Mc Eacharn'a oraz jego najbliższego współpracownika a zarazem przyjaciela, Antonia Cappelletti i jego rodziny.
Ogród ma charakter parku angielskiego, jego powierzchnia całkowita wynosi ponad
szesnaście hektarów; na tym terenie rośnie około dwudziestu tysięcy gatunków i odmian roślin pochodzących z całego świata. Choć jest tu wiele zakątków o zupełnie odmiennym charakterze, jego forma pozostaje zadziwiająco naturalna i płynna. Ponieważ leży na zboczu wzniesienia, zastosowano tu układ tarasowy a całość jest tak przemyślnie skomponowana, że rośliny tworzą dla siebie nawzajem piękne tła. Trudno doprawdy opisać wszystkie uroki tego parku, zresztą aby je w pełni ocenić należałoby go odwiedzić kilka razy do roku, podczas kwitnienia poszczególnych gatunków.


Jako pierwsze wczesną wiosną zakwitają tulipany, następnie  kamelie, później azalie, glicynie, róże i dalie, tworzące fontanny kwiecia pośród zieleni i wielokolorowe, kwietne dywany. Oczywiście, spotkamy tam mnóstwo innych, równie wdzięcznych kwiatów oraz wiele gatunków drzew i krzewów a także pięknych i rzadko spotykanych gatunków paproci. Jest też zakątek z nenufarami i cieplarnia, gdzie rosną rośliny noszące nazwę Wiktoria Cruziana, o pływających liściach niemal dwumetrowej średnicy. Nieco na uboczu, w pobliżu bambusowego zagajnika, znajduje się pawilon z roślinami owadożernymi, umieszczonymi w specjalnych klatkach z siatki o niewielkich oczkach. Sam budynek willi jest niedostępny dla zwiedzających, bowiem znajdują się w nim biura Prefektury Prowincji. Jego architektura, typowa raczej dla krajów Północnej Europy, została nieco zeszpecona przybudówką czy też werandą, która razi oko nowoczesnym wyglądem okien, nie pasujących do elewacji. Natomiast to co mnie zachwyciło w tym parku, to przepiękne, wspaniale utrzymane trawniki.

Miałam wrażenie, że jest to jakiś niespotkany gatunek murawy, która odpowiednio przycięta, sprawia wrażenie zielonego aksamitu. W czasie, kiedy tam byłam, kwitły też maleńkie stokrotki a było ich takie zatrzęsienie, że niektóre trawniki wyglądały niczym przyprószone śniegiem. Zapewne ten nadzwyczajny efekt jest też wynikiem odpowiedniej pielęgnacji, dzięki niej trawa bardzo gęsta, krótko przycięta, jakby lekko kędzierzawa, tworzy wspaniałe tło dla kwiatowych rabat. Wszystko to było bardzo piękne, jednak tak się niefortunnie złożyło, że pogoda spłatała mi niezbyt miłą niespodziankę. Rankiem dzień zapowiadał się na dość pogodny, lecz około południa niebo mocno się zachmurzyło a niebawem zaczął padać deszcz. Gdzieś dalej była burza, bowiem od strony Alp widać było błyskawice i od czasu do czasu dobiegał stłumiony odgłos grzmotów. Zwiedzanie ogrodu i robienie zdjęć spod parasola to oczywiście nie było tym, o czym marzyłam, no ale cóż, trzeba było pogodzić się z okolicznościami. Załamanie pogody nie wypłoszyło zwiedzających; kto jak ja miał parasol, kontynuował przechadzkę, inni chwilowo pochowali się  pod gęstymi drzewami, w altanach i pawilonach. Deszcz zresztą szybko przestał padać, lecz niebo nadal pozostało nieco zachmurzone a powietrze ciężkie i wilgotne. Zapewne blask słońca ożywiłby kolory kwiatów i zieleń drzew, jednak mimo wszystko nie miałam powodu do narzekania. 


Znalazłam tam wiele uroczych miejsc, w których chętnie pozostałabym na dłużej, lecz pamiętałam o tym, co napisano w ulotce, jaką otrzymałam wraz z biletem - że łączna długość ścieżek w ogrodzie wynosi siedem kilometrów! Jest to niemało a należy przecież doliczyć jeszcze czas na choćby pobieżny rzut oka na tabliczki znamionowe umieszczone przy roślinach. W kilku miejscach zatrzymałam się mimo wszystko, bowiem trudno było nie poświęcić dłuższej chwili maleńkiemu mauzoleum, gdzie spoczywa Kapitan lub jego pomnikowi; w końcu jedynym co mogłam ofiarować w zamian za to piękno, jakie stworzył ku radości naszych oczu, był moment zadumy i cichej modlitwy nad jego grobem...
Mogłabym jeszcze długo pisać o oczkach wodnych, fontannach, mostkach nad dolinkami, czy skarpach porośniętych gąszczem azaliowych krzewów, lecz myślę, że zainteresowani odniosą więcej korzyści z wykonanych przeze mnie zdjęć ( jak zwykle, zapraszam do obejrzenia albumów)  niż moich opisów. 


Jednak nie mogę sobie odmówić podzielenia się niesamowitą i mrożącą krew w żyłach przygodą, jaka mnie tam spotkała. Otóż muszę się tu przyznać do panicznego, atawistycznego strachu przed wężami. Być może, datuje się on od  "bliskiego spotkania" oko w oko z padalcem, jakie przeżyłam w wieku lat trzech a może zapoczątkowały go opowiastki mojej Babci o "wężu  kusicielu" dość, że sama myśl o tym gadzie powoduje, iż włosy jeżą mi się na głowie. Zwiedzając park doszłam do miejsca, gdzie ponad sadzawką ustawiono śliczny posążek, przedstawiający chłopca trzymającego w rękach złowioną rybkę. Doszłam do wniosku, że ponieważ to miejsce znajduje się nieco wyżej, to stojąc za figurką, mogę zrobić kilka ciekawych zdjęć ogrodowych tarasów z willą w tle. Zaczęłam ustawiać się, aby uzyskać jak najlepsze ujęcie, jednak nie wychodziło mi to tak, jak tego chciałam, więc zrobiłam kilka kroków do tyłu a wtedy raptem poczułam pod butem coś dziwnego. 

W pierwszej chwili myślałam, że to jakiś porzucony kabel lub gumowa rura, odprowadzająca wodę z sadzawki. Obejrzałam się i zamarłam. Stałam na wężu! Właściwie był to jego ogon, bowiem głowa gada tkwiła pod cokolikiem rzeźby. Miałam ochotę uciekać, gdzie pieprz rośnie, lecz wąż wyglądał na nieżywego, więc postanowiłam przyjrzeć mu się dokładniej. W pierwszej chwili pomyślałam, że złamałam mu kręgosłup w momencie, kiedy na niego nastąpiłam. Mimo mojej obawy przed gadami, nigdy nie posunęłabym się do ich zabijania, więc zaczęłam się pocieszać myślą, iż prawdopodobnie był martwy już wcześniej. Nigdy nie słyszałam o tym, aby wąż ginął po nastąpieniu na jego ogon. A może się mylę? Zastanawiające było jednak to, że nie widziałam go podchodząc do sadzawki, co mogło by przemawiać za tym, że pojawił się kiedy stałam tyłem do posągu. Tak, czy inaczej, nie było mi przyjemnie, wydawało mi się też, że jego bracia i siostry żadni zemsty pełzają gdzieś wokół mnie, ukryci w trawie. Na szczęście mój spacer po parku miał się ku końcowi, więc powoli powędrowałam do wyjścia, tym razem uważnie patrząc pod nogi. Żałowałam, iż pogoda mi nie dopisała, choć szczerze mówiąc, widok błyskawic ponad górami, to było coś naprawdę pięknego. Myślałam też o tym, żeby wybrać się tam ponownie za rok, w okresie kwitnienia tulipanów, miałam też w projekcie wariant jesienny, kiedy węże zapadają w zimowy letarg a kolorowe liście zdobią drzewa. Jednak mimo to, nigdy więcej nie wróciłam do pięknego ogrodu, jaki sobie wymarzył Kapitan... Mój pobyt we Włoszech dobiegał końca a nadal było jeszcze tak wiele miejsc, które chciałam odwiedzić! 


Były to dla mnie bardzo trudne wybory, lecz rozsądek nakazywał mi na pierwszym planie umieścić te, gdzie jeszcze nie byłam. Do tego wciąż musiałam wybierać pomiędzy urokami sztuki i architektury a alpejskimi ścieżkami, gdzie także ciągnęło mnie serce.
Jeszcze raz potwierdziło się to, o czym wspominałam niejednokrotnie, że nie starczyło by mi życia, aby zobaczyć wszystko, co we Włoszech jest warte obejrzenia...

 Więcej zdjęć >

sobota, 2 marca 2013

Lombardia i Piemont. Lago Maggiore oraz jego okolica.



Lago Maggiore, to jedno z największych włoskich jezior. Leży ono na pograniczu dwóch prowincji, jego wschodnia strona należy do Lombardii, natomiast zachodni brzeg to już Piemont. Od Mediolanu dzieli je około godzina jazdy pociągiem lub samochodem.  

Położone nieco na zachód od jeziora Como, jest też od niego znacznie większe. Jego południowa część rozlewa się pośród płaskiej Równiny Padańskiej, natomiast północny kraniec otaczają łańcuchy Alp. 




W przeciwieństwie do jeziora Como, które w okresie wiosenno - letnim odbija zielone stoki gór i nabiera szmaragdowego koloru, Lago Maggiore w pogodny dzień ma kolor szafirowy a widziane z dużej wysokości staje się wręcz chabrowe. Przy kiepskiej pogodzie pojawiają się tu całkiem spore fale, którym zazwyczaj towarzyszą zadziwiająco ciemne chmury przesłaniające niebo. Wody jeziora stają się wtedy stalowo – szare, niczym wody naszego Bałtyku. W poprzek jeziora przebiega granica ze Szwajcarią, jednak nie ma to żadnego wpływu na podróż statkiem, którym można popłynąć z części włoskiej aż do szwajcarskiego Locarno. Jest to bardzo piękna wycieczka, lecz trwa wiele godzin, z tego powodu odradzałabym ją osobom nerwowym i źle znoszącym pobyt na ograniczonej przestrzeni pokładu. Wzdłuż brzegu jeziora prowadzą wygodne drogi, jest również pociąg relacji Mediolan – Locarno. Mieszkańcy Mediolanu i okolicy pragnący tu spędzić miły dzień, mogą też  dotrzeć nad jezioro jednym z licznych pociągów lokalnych, należących do sieci "TreNord" relacji Mediolan-Laveno. Jeśli ktoś planuje jednodniową wycieczkę "objazdową" warto zapytać o możliwość nabycia całodobowego biletu kumulacyjnego ważnego na terenie Lombardii, gdyż dzięki niemu możemy bez przeszkód jeździć wszystkimi pociągami regionalnymi a także autobusami i środkami komunikacji miejskiej. 




Jeżeli lubimy przygodę i wędrówki "gdzie oczy poniosą", jest to rozwiązanie idealne, ponieważ można wsiadać i wysiadać w dowolnym miejscu, nie troszcząc się o szukanie kasy biletowej. Jednak należy zwrócić uwagę, aby nie przekroczyć granicy prowincji i nie próbować podróży z lombardzkim biletem na terenie Piemontu! Jeśli środek lokomocji przekracza tę granicę, jest on ważny jedynie do ostatniego przystanku na terenie Lombardii a na część piemoncką należy wykupić drugi bilet. Z reguły wystarczy powiadomić o tym kierowcę autobusu, poprosić aby chwilę zaczekał z odjazdem, wysiąść na odpowiednim przystanku i opłacić pozostałą część trasy. Podczas mojego pobytu we Włoszech Piemont jeszcze nie oferował biletów kumulacyjnych, ale warto zasięgnąć stosownej informacji, bo być może coś się zmieniło od tej pory. Podobne udogodnienie oferuje armator statków; płacąc określoną kwotę mamy możliwość pływania do woli przez cały dzień po włoskiej części jeziora, możemy zmieniać prom na statek i wysiadać, gdzie nam serce podpowiada. Bilety opiewają na określony dystans, zwykle należy poprosić o "biglieto cumulativo fino a..." czyli bilet kumulacyjny aż do...  tu należy określić, czy chcemy płynąć do Arony, czy też będziemy krążyć pomiędzy Laveno i Stresą lub wybieramy się również do eremu Świętej Katarzyny. Oczywiście, mając jasno określony plan, możemy kupić zwykły bilet albo z opcją " A/R" czyli "tam i z powrotem". Możliwości jest wiele, więc należy zapytać w kasie albo punkcie informacji turystycznej, gdzie pracownik przedstawi nam wszystkie dostępne warianty. W pełni sezonu rejsy są bardzo liczne, nieco gorzej jest wiosną i jesienią;  w  zimie ich większa część jest zawieszona, lecz mimo to, żegluga nigdy nie zamiera całkowicie. 




Stacja końcowa kolei TreNord w Laveno, podobnie jak ta w Como, znajduje się na samym skraju wody. Wystarczy wyjść z pociągu i przejść przez ulicę by wsiąść na prom, który przewiezie nas na przeciwległy brzeg jeziora. Tam, w miejscowości Intra znajduje się duży port, będący swego rodzaju węzłem komunikacyjnym żeglugi śródlądowej w tej okolicy. Można stąd popłynąć zarówno na północ, do Szwajcarii, jak i na południową, włoską stronę, gdzie znajdziemy liczne atrakcje, warte naszej uwagi. Są to między innymi dwa przepiękne parki - ogród botaniczny willi Taranto w Verbanii i ogrody willi Pallavicino w Stresie, gdzie dodatkowo  można  zobaczyć z bliska wiele gatunków zwierząt. Po drugiej stronie jeziora widać w oddali klasztor Świętej Katarzyny Na Skale, który opisywałam w poprzednim poście link. Statki kursujące po  jeziorze zawijają również do niewielkich, lecz bardzo malowniczych miejscowości a wśród nich największą popularnością cieszy się właśnie Stresa. Leży ona u podnóża góry noszącej nazwę Monte Mottarone, na jej szczyt można wejść jedną z licznych ścieżek lub wygodnie wjechać kolejką linową. Mniej więcej w połowie drogi znajduje się stacja przesiadkowa "Giardino Alpinia", nazwana tak od interesującego ogrodu botanicznego, w którym rosną rośliny alpejskie w swoim naturalnym środowisku. Wjazd kolejką na górę zapewnia niezapomniane wrażenia; w miarę, jak wagonik się wznosi, ogarniamy wzrokiem coraz większą połać jeziora i położoną na wprost Stresy Zatokę Boromeuszy (Golfo Borromeo) z trzema wysepkami leżącymi w jej obrębie. Rodzina hrabiów  Borromeo jest sławna między innymi z tego, że wydała jednego ze świętych, znanego nam, Polakom, jako Św. Karol Boromeusz.   





Te trzy nieduże wyspy są znane jako Isole Borromee i w dalszym ciągu należą do żyjących współcześnie potomków owej rodziny. Najmniejsza z nich to Isola Madre, niewielki skrawek ziemi, gdzie wzniesiono  willę otoczoną pięknym ogrodem. Druga z wysp to Isola Bella, ongiś wspaniała siedziba głowy rodu, która ma bardziej reprezentacyjny charakter. Znajduje się tam imponujący, barokowy pałac (otwarty dla zwiedzających) i jedyny w swoim rodzaju, tarasowy ogród w stylu włoskim. Ogrodowe tarasy zdobią posągi, niezliczone, bardzo zadbane rośliny oraz piękna fontanna, wyglądająca niczym teatralna dekoracja. Dodatkową atrakcją jest mieszkająca tam rodzina białych pawi, swobodnie krążąca wśród odwiedzających. Kilka lat temu na wyspach miał miejsce bardzo głośny we Włoszech ślub Lawinii Borromeo i Johna "Jaki" Elkanna. Młody Elkann jest jednym z dziedziców Giovanniego Agnelli a po śmierci dziadka został jego następcą i objął prezesurę firmy "Fiat".

Ślub odbył się w prywatnej kaplicy na Isola Madre, w bardzo wąskim gronie składającym się jedynie z najbliższych krewnych. Następnie nowożeńcy, wraz ze swoim niewielkim orszakiem, udali się motorówkami do pałacu na Isola Bella, gdzie odbyło się huczne wesele, na którym pojawił się już cały  „wielki świat” czyli potentaci przemysłowi i arystokracja a także wiele osób związanych z kulturą.




Mimo tych niewątpliwych ogrodowo – pałacowych wspaniałości, również trzecia z wysp, zwana Isola Pescatori (Wyspa Rybaków) cieszy się sporym gronem swoich zagorzałych zwolenników (ja również się do nich zaliczam). Długa i wąska, do dziś zachowała swój rybacki charakter, choć nie brakuje tu także pracowni artystycznych, sklepików z pamiątkami i uroczych restauracyjek. Rodzina Borromeo ma w swym posiadaniu także zamek w miejscowości Angera, leżący na południowym końcu jeziora, na wprost innego urokliwego miasteczka, zwanego Arona, gdzie wzniesiono kolosalny pomnik Karola Boromeusza, o którym niedawno pisałam tutaj.





Północny kraniec Lago Maggiore ma zupełnie odmienny charakter, lecz i tu nie brakuje ciekawych miejsc. Jest tam niewielkie, urocze miasteczko Ghiffa, ze swoim Sacro Monte i Muzeum Kapeluszy a jeszcze dalej na północ, nieopodal miasteczka Cannero, znajdują się na jeziorze dwie mikroskopijne wysepki, gdzie niegdyś wzniesiono obronne zamki, znane

jako Castelli di Cannero. Mają one za sobą bardzo bogatą historię, niestety, dziś pozostały z nich jedynie malownicze ruiny, sprawiające wrażenie, że  wyrastają wprost z toni jeziora.



Tuż przy samej granicy ze Szwajcarią leży Cannobio, gdzie warto zobaczyć miejsce znane jako L'Orrido di Sant' Anna. Jest to głęboki wąwóz, w którym płynie strumień, noszący tę samą nazwę co miasteczko. Nad nim, nieopodal kamiennego mostu, stoi niewielki kościółek pod wezwaniem Świętej Anny; od niego to wywodzi się nazwa wąwozu. Cannobio jest ostatnią miejscowością po stronie włoskiej. Na znajdującym się nieopodal przejściu granicznym dla pieszych, podobnie, jak w innych, przygranicznych miejscowościach, panuje zazwyczaj dość znaczna swoboda ruchu; ja także kilkakrotnie przekraczałam granicę ze Szwajcarią w różnych miejscach, gdzie nikt nie pytał mnie ani o dokumenty, ani o czas, jaki mam zamiar spędzić w tym kraju. Jedynie dwa razy spotkałam się z kontrolą paszportową, raz w pociągu na trasie Mediolan – Lugano i po raz drugi, kiedy przypłynęłam statkiem do Locarno.




Właściwie należałoby jeszcze raz wspomnieć o panoramie wokół jeziora, która chyba nie pozostawia obojętnym nikogo z odwiedzających te strony... Tak, jak już pisałam wcześniej, południowa część jeziora ma w większości płaskie brzegi z nielicznym i  niewysokimi pagórkami, natomiast na północy okolica jest zdecydowanie górzysta. Wyższe wzniesienia są po lewej, zachodniej stronie a ponieważ większość z nich znacznie przekracza wysokość 1000 m, często aż późnej wiosny ich szczyty pokrywa warstwa śniegu, co w połączeniu z szafirowym kolorem wody i nieba, daje obraz wprost niewyobrażalnej urody. Wschodni brzeg to łagodne, zielone łańcuchy Prealp a pomiędzy nimi, nieco dalej na wschód, znajduje się  jezioro Lugano, podobnie jak Lago Maggiore podzielone na część włoską i szwajcarską.

Kiedy kończy się nasz rejs po jeziorze a statek skieruje się do Laveno, nieopodal, po lewej stronie, widzimy charakterystyczną, trójkątną skałę, wyłaniającą się z wody. Jest to Rocca di Calde’ miejsce warte, aby je odwiedzić, ze względu na interesujący, romański kościół pod wezwaniem Świętej Weroniki, gdzie z tarasu przed świątynią roztacza się piękny widok na jezioro. Samo Laveno leży u podnóża dość sporego wzniesienia, noszącego nazwę Sasso di Ferro.





Można tam wejść jedną z licznych i bardzo wygodnych ścieżek lub wjechać wyciągiem kubełkowym, który funkcjonuje od wiosny do jesieni. Na szczycie góry znajduje się punkt widokowy, zwany Poggio Sant' Elsa i restauracja z obszernym tarasem. Przy dobrej pogodzie jest  stąd niezapomniany widok na włoską część jeziora, otaczające je Alpy z masywem Monte Rosa na czele, Wyspy Boromeuszy i białe wyrobiska w zboczach gór na zachodnim brzegu. To właśnie tam leży niewielka miejscowość Candoglia znana ze swoich kamieniołomów, gdzie wydobywa się piękny szary i biało - różowy marmur, z którego zbudowano mediolańskie Duomo. Niegdyś, bloki tego surowca transportowano stąd drogą wodną przez jezioro, następnie rzeką Ticino i systemem kanałów, aż do  Mediolanu link.  Nie mniej piękny jest widok na południu, otulony lazurową mgiełką, z panoramą Doliny Padu i rozległym, zielonym  wzniesieniem Campo dei Fiori. Ze względu na sprzyjające prądy powietrza, Sasso di Ferro jest jednym z ulubionych miejsc do uprawiania lotniarstwa a ponieważ jest tu też lotniarska szkółka, więc nie jeden raz zdarzyło mi się widzieć nawet po kilkadziesiąt osób, latających jednocześnie. W sezonie wiosenno – letnim jest to również jedno z ulubionych miejsc piknikowych, zarówno ze względu na piękno okolicy, jak i z powodu wspaniałego, rześkiego powietrza, którego tak bardzo brakuje w Lombardii. Osobiście najbardziej lubiłam wycieczki w te strony nie w środku lata, lecz w kwietniu lub maju albo na przełomie września i października. Kiedy nadchodzi fala upałów, powietrze nad jeziorem często traci przejrzystość i robi się bardzo duszno. Natomiast wiosna i wczesna jesień to wymarzony okres zarówno na wędrówki, jak i fotografowanie. 


Jeśli ktoś ma ochotę na obejrzenie innych zdjęć z Lago Maggiore, wystarczy że kliknie w jeden z linków. do Zdjęć Google>


https://photos.google.com/album/AF1QipMm-pz1CE-j2FVY99Lg3e60HYQp1TU10fEy7-iL?hl=pl


Lub>

https://photos.google.com/album/AF1QipNaJUkpOIfkqbH-xm7q5A6SUNN1gwShHN5uGB7D?hl=pl