Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

czwartek, 7 marca 2013

Piemont. Verbania, Willa Taranto, czyli spełnione marzenie Kapitana.


Ogrody willi Taranto to  ogród botaniczny zaliczany do najpiękniejszych na świecie, i jedna z największych atrakcji w obrębie Lago Maggiore. Cieszy się  swoją zasłużoną sławą zarówno wśród turystów, jak i  naukowców, którzy przybywają tu nie tylko z całej Europy, ale również z innych, pozaeuropejskich krajów.
Willa TarantoCo ciekawe, jego powstanie nie jest  zasługą społecznego wysiłku, lecz wynikiem pasji pojedynczego człowieka. Był nim  Neil Boyd Mc Eacharn, którego za życia nazywano po prostu Kapitanem. Urodził się w 1884 r  w Szkocji, w bardzo zamożnej rodzinie, należącej do potężnego klanu Mac Donald. Z tego samego klanu wywodził się napoleoński marszałek, Stefan Jakub Józef Aleksander  Macdonald, który z woli cesarza otrzymał tytuł księcia Taranto. Ten sławny przodek Kapitana  przyszedł na świat we Francji, dokąd jego ojciec  Neil McEachen uciekł z powodów politycznych. Wiodło mu się nieszczególnie, więc przyszły dostojnik i filar cesarskiej armii  wychowywał się w bardzo skromnych warunkach, co jak widać nie przeszkodziło mu w karierze. Próbowałam odnaleźć jakieś dane dotyczące stopnia pokrewieństwa Marszałka i Kapitana, lecz wszystko, na co się natknęłam, to przynależność obu rodzin do jednego klanu, oraz podobieństwo nazwisk. Jednak nie wykluczone, ta  więź była silniejsza niż się może dziś wydawać na pierwszy rzut oka...

Rodzina Mc Eacharn  nie mogła narzekać na brak środków do życia, miała bowiem  w swym posiadaniu rozległe tereny w Australii, liczne kopalnie, a także  kompanię żeglugową oraz zamek Galloway w Szkocji otoczony pięknym ogrodem. Podobno to właśnie ten ogród wpłynął na późniejsze zainteresowanie Neila botaniką. Nieco później  matka wybrała się z wraz z nim w podróż do Europy, wtedy młody Neil po raz pierwszy zobaczył Włochy, a to zapoczątkowało  jego zauroczenie tym krajem trwające aż do śmierci. Nie wykluczone, że te dwie okoliczności spowodowały, iż biegiem czasu nie tylko stał się  zapalonym miłośnikiem nauki o roślinach, lecz stworzenie własnego ogrodu botanicznego stało się dla niego celem życia. Na miejsce realizacji swego zamierzenia wybrał właśnie Włochy ze względu na sprzyjający klimat, miał jednak problemy z nabyciem odpowiedniego terenu. Dopiero ogłoszenie w "The Times" przyniosło oczekiwane efekty, gdyż odpowiedziała na nie  markiza Sant'Elia, mająca do sprzedania posiadłość nad Lago Maggiore. W ten sposób w 1930 r Kapitan stał się właścicielem willi i terenu w Verbanii zwanego "La Crocetta".
Willa TarantoJest to istotnie świetne miejsce  pod takie przedsięwzięcie, leżące tuż nad  brzegiem jeziora, na zboczu niezbyt wysokiego wzniesienia, z którego roztacza się przepiękny widok na okolicę. Dzięki pasji nowego właściciela i jego środkom finansowym, na nowo nabytej ziemi zaczął powstawać prawdziwy ogród z marzeń. Kapitan nadał  posiadłości nazwę "Willa Taranto" na cześć swego sławnego przodka, lecz musiał przerwać pracę nad stworzeniem ogrodu gdy wybuchła II Wojna Światowa, został bowiem powołany pod broń i wyruszył do Australii, gdzie była jego macierzysta jednostka. Swoje dzieło zostawił w dobrych rękach zaufanego współpracownika i administratora, adwokata Antonio Cappelletto. Po powrocie z wojny  kontynuował rozpoczęte wcześniej prace, i z uwagi na swe zasługi  w 1963 roku został ogłoszony honorowym obywatelem Verbanii  gdzie się osiedlił na stałe. Niestety, Kapitan krótko cieszył się efektami długoletniej pracy, gdyż  w 1964 roku niespodziewanie zmarł  w swoim wymarzonym ogrodzie...
Dziś, w centralnym punkcie parku wznosi się cokół z popiersiem Kapitana; skromny pomnik człowieka, który zrealizował swoje marzenie dla pożytku publicznego. Z tego co wiem, ogród nadal jest własnością prywatną, lecz został   przekazany w użytkowanie państwu włoskiemu, z zastrzeżeniem, że ma być pielęgnowany i udostępniony  zwiedzającym zgodnie z ideą, jaka przyświecała jego założycielowi.  Po raz pierwszy otwarto go dla publiczności w 1952 roku, jeszcze za życia Kapitana. Obecnie można go zwiedzać po wykupieniu biletu wstępu w okresie od kwietnia do października.Willa Taranto
W parku znajduje się niewielka rotunda, jest to mauzoleum gdzie spoczywają doczesne szczątki Neila Mc Eacharn'a a także jego najbliższego współpracownika i przyjaciela, Antonia Cappelletti, oraz jego rodziny.
Ogród ma charakter parku angielskiego, powierzchnia całkowita
wynosi ponad
szesnaście hektarów a
Willa Tarantona tym terenie rośnie około dwudziestu tysięcy gatunków i odmian roślin pochodzących z całego świata. Mimo że jest tu wiele zakątków o zupełnie odmiennym charakterze, jego forma jest zadziwiająco naturalna i płynna. Ponieważ leży na zboczu wzniesienia, zastosowano tu układ tarasowy, całość jest tak przemyślnie skomponowana, że rośliny  tworzą dla siebie nawzajem piękne tła. Trudno doprawdy opisać wszystkie  uroki tego parku, zresztą aby je w pełni ocenić należałoby go odwiedzić kilka razy do roku, podczas kwitnienia poszczególnych gatunków. Jako pierwsze wczesną wiosną zakwitają tulipany, następnie  kamelie, później azalie, glicynie, róże i dalie tworzące fontanny kwiecia pośród zieleni i wielokolorowe, kwietne dywany.
willa TarantoOczywiście, jest też mnóstwo innych, równie wdzięcznych kwiatów oraz wiele gatunków drzew i krzewów, a także pięknych, i rzadko spotykanych gatunków paproci. Jest też zakątek z nenufarami, oraz cieplarnia, gdzie rosną rośliny noszące nazwę Wiktoria Cruziana o pływających liściach niemal dwumetrowej średnicy. Nieco na uboczu, w pobliżu bambusowego zagajnika, znajduje się pawilon z roślinami owadożernymi, które są umieszczone w specjalnych  klatkach z siatki o niewielkich oczkach. Sam budynek willi jest niedostępny dla zwiedzających, bowiem znajdują się w nim biura Prefektury Prowincji. Jego architektura, typowa raczej dla krajów Północnej Europy, została nieco zeszpecona przybudówką czy też werandą, która razi oko nowoczesnym wyglądem okien nie pasujących do elewacji. 
willa TarantoNatomiast to co mnie zachwyciło w tym parku, to przepiękne, wspaniale utrzymane trawniki. Miałam wrażenie, że jest to jakiś niespotkany gatunek murawy, która odpowiednio przycięta sprawia wrażenie zielonego aksamitu. W czasie kiedy tam byłam, kwitły też maleńkie stokrotki, a było ich takie zatrzęsienie, że niektóre trawniki wyglądały niczym przyprószone śniegiem. Zapewne ten nadzwyczajny efekt jest też wynikiem odpowiedniej pielęgnacji i to dzięki niej trawa bardzo gęsta, krótko przycięta, jakby lekko kędzierzawa, tworzy wspaniałe tło dla kwiatowych rabat. Tak się jednak niefortunnie złożyło, że pogoda spłatała mi niezbyt miłą niespodziankę. Rankiem dzień zapowiadał się na dość pogodny, lecz około południa niebo mocno się zachmurzyło, i zaczął padać deszcz. Gdzieś dalej była burza, bowiem od strony Alp widać było błyskawice i od czasu do czasu dobiegał stłumiony odgłos
willa Tarantogrzmotów. Zwiedzanie ogrodu i robienie zdjęć spod parasola, to oczywiście nie było to, o czym marzyłam, no ale cóż, trzeba było pogodzić się z okolicznościami. Załamanie pogody jednak nie wypłoszyło zwiedzających, kto jak ja, miał parasol kontynuował przechadzkę, inni chwilowo  pochowali się  pod gęstymi drzewami, w altanach i pawilonach. Deszcz zresztą szybko przestał padać lecz niebo nadal pozostało nieco zachmurzone, a powietrze ciężkie i wilgotne.  Zapewne blask słońca ożywiłby kolory kwiatów i zieleń drzew, jednak mimo wszystko nie miałam powodu do narzekania. Znalazłam tam wiele uroczych miejsc, w których chętnie zatrzymałabym się na dłużej, lecz pamiętałam o tym, co napisano w ulotce, jaką otrzymałam wraz z biletem - że łączna długość ścieżek w ogrodzie wywilla Tarantonosi siedem kilometrów! Jest to niemało, a należy przecież doliczyć jeszcze czas na choćby pobieżny rzut oka na tabliczki znamionowe umieszczone przy roślinach. W kilku miejscach zatrzymałam się mimo wszystko, bowiem trudno było nie poświęcić dłuższej chwili maleńkiemu mauzoleum gdzie spoczywa Kapitan lub jego pomnikowi, w końcu jedynym co mogłam ofiarować w zamian za to piękno, jakie stworzył ku radości naszych oczu był moment zadumy i cichej modlitwy nad jego grobem...
Mogłabym jeszcze długo pisać o oczkach wodnych, fontannach, mostkach nad dolinkami, czy skarpach porośniętych gąszczem azaliowych krzewów, lecz myślę, że zainteresowani odniosą więcej korzyści z wykonanych przeze mnie zdjęć ( jak zwykle, zapraszam do obejrzenia albumów) willa Taranto niż moich opisów. Jednak nie mogę sobie odmówić podzielenia się niesamowitą i mrożącą krew w żyłach przygodą, jaka mnie tam spotkała. Otóż muszę się tu przyznać  do panicznego, atawistycznego strachu przed wężami. Być może, datuje się on od  "bliskiego spotkania" jakie przeżyłam w wieku lat trzech oko w oko z padalcem, a może zapoczątkowały go opowiastki mojej Babci o "wężu  kusicielu", dość, że sama myśl o tym gadzie powoduje, iż włosy jeżą mi się na głowie. Zwiedzając park doszłam do miejsca, gdzie ponad sadzawką ustawiono śliczny posążek przedstawiający chłopca trzymającego w rękach złowioną rybkę. Doszłam do wniosku, że ponieważ to miejsce znajduje się nieco wyżej, stojąc tam mogę  zrobić kilka ciekawych zdjęć ogrodowych tarasów z willą w tle. 
willa TarantoZaczęłam ustawiać się aby uzyskać jak najlepsze ujęcie, jednak nie wychodziło mi to tak, jak tego chciałam, więc zrobiłam kilka kroków do tyłu a wtedy raptem poczułam pod butem coś dziwnego. W pierwszej chwili myślałam, że to jakiś porzucony kabel lub gumowa rura odprowadzająca wodę z sadzawki. Obejrzałam się i zamarłam. Stałam na wężu! Właściwie był to jego ogon, bowiem głowa gada tkwiła pod cokolikiem rzeźby. Miałam ochotę uciekać gdzie pieprz rośnie lecz wąż wyglądał na nieżywego, postanowiłam więc przyjrzeć mu się dokładniej. W pierwszej chwili pomyślałam, że złamałam mu kręgosłup w momencie kiedy na niego nastąpiłam. Mimo mojej obawy przed gadami, nigdy nie posunęłabym się do ich zabijania, więc zaczęłam się pocieszać myślą, iż prawdopodobnie był martwy już wcześniej. Nigdy nie słyszałam otym, aby wąż ginął po nastąpieniu na jego ogon. A może się mylę? Zastanawiające było jednak to, że nie widziałam go podchodząc do sadzawki, co mogło by przemawiać za tym, że pojawił się kiedy stałam tyłem do posągu. Tak, czy inaczej, nie było mi przyjemnie, wydawało mi się też, że jego bracia i siostry pełzają gdzieś wokół mnie, ukryci w trawie. Na szczęście mój spacer po parku miał się ku końcowi, więc powoli powędrowałam do wyjścia, tym razem patrząc uważnie pod nogi. Żałowałam, iż pogoda mi nie dopisała, myślałam też o tym, żeby wybrać się tam ponownie w okresie kwitnienia tulipanów, miałam też w projekcie  wariant jesienny, kiedy węże zapadają w zimowy letarg, a kolorowe liście zdobią drzewa. Jednak mimo to, nigdy więcej nie wróciłam do pięknego ogrodu, jaki sobie wymarzył  Kapitan... Mój pobyt we Włoszech dobiegał końca, a nadal było jeszcze tak wiele miejsc, które chciałam zobaczyć! Były to dla mnie bardzo trudne wybory, lecz rozsądek nakazywał mi na pierwszym planie umieścić te, gdzie jeszcze nie byłam. Do tego wciąż musiałam wybierać pomiędzy urokami  sztuki i architektury, a alpejskimi ścieżkami gdzie także ciągnęło mnie serce.
Jeszcze raz potwierdziło się to, o czym wspominałam  niejednokrotnie, że nie starczyło by mi życia, aby zobaczyć wszystko, co jest warte widzenia we Włoszech...

 Więcej zdjęć >
https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5561504867974745809?banner=pwa

 http://picasaweb.google.com/elzbieta.przymenska/WillaTaranto#

22 komentarze:

  1. Przepiękne zdjęcia, w fontannie się chyba zakochałam :):)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dziwię się, bo jest naprawdę śliczna, też mnie urzekła i zrobiłam jej mnóstwo zdjęć.

      Usuń
  2. No cóż, i w raju takim jak ten ogród bywają węże; Sukienko, on na pewno był nieżywy, węże tak nieruchomo nie giną, a poza tym, jeśli przydeptałabyś mu ogon, broniłby się, atakując Twoją nogę; obrazy godne pędzla mistrza, pieniste koronki kwitnących azalii, równiutkie rabaty kwiatów w różnych kolorach, wszechobecna zieleń ... piękne miejsce, a zdjęcia cudne, mimo deszczu; pozdrawiam serdecznie, też z deszczem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę mnie pocieszyłaś, choć jego zgon nadal jest dla mnie okryty tajemnicą...nie raz myślałam jaki piękny jest ten ogród w słońcu, skoro nawet podczas deszczu gra kolorami. Pozdrawiam pogórze i jego mieszkańców!

      Usuń
  3. Niesamowite miejsce, pełne uroczych zakamarków. Wspaniałe założenie ogrodowe, bogactwo barw i roślin. To prawdziwy rajski zakątek.
    Cudne zdjęcia. .
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za odwiedziny! Słusznie zauważyłeś, że jest tam ogromna rozmaitość zakątków o różnym charakterze. W połączeniu z dużym obszarem sprawia to, że na koniec ma się wrażenie iż zwiedziło się kilka ogrodów. Również pozdrawiam!

      Usuń
  4. Ano właśnie - brakłoby życia na odwiedzenie, przeczytanie, wysłuchanie, ....i tysiące innych rzeczy. Ale najważniejsze, że nam się chce wciąż poznawać nowe i wracać do "znanych". Też mam zawsze dylemat - natura, czy sztuka - dzieło boskie czy ludzkie, a tu jak wszędzie trzeba harmonii i choć u mnie zdecydowanie góruje sztuka na turystycznym szlaku to lubię zrobić sobie też taką odskocznię na łono natury, a ogrody lubię szczególnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie Małgosiu, tak jak piszesz: harmonia przede wszystkim, także z naszym wnętrzem. Wtedy podróż i zwiedzanie dają nam prawdziwą radość i satysfakcję.

      Usuń
  5. Na 26 maja mam zaplanowaną wycieczkę do Villi Taranto,mam nadzieję, że będzie pogoda i będzie pełna kwitnących kwiatów. Widziałam w Merano takie ogrody,coś pięknego, nie chciało mi się z nich wychodzić. A w ogóle to w tym roku większość moich wyjazdów będzie w Alpy, tylko dwie będą do miasta - Rzym i Siena. Bardzo się z tego cieszę. Pozdrawiam.Alina.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widzę rok dobrze się zapowiada! Cieszę się wraz z Tobą i będę niecierpliwie czekać na opisy, zdjęcia i wrażenia. Mam nadzieję że pogoda nie spłata Ci takiego figla jak mnie! Również pozdrawiam!

      Usuń
  6. Zakochałam się w tym ogrodzie, zdjęcia z ogrodów mogę oglądać godzinami. Trochę mi smutno, że ten ogród botaniczny jest tak daleko ode mnie, bo z chęcią bym tam się wybrała. Uwielbiam odwiedzać wszelkiego rodzaju ogrody. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może zawitasz nad Lago Maggiore, wtedy koniecznie odwiedź to miejsce, naprawdę warto wydać kilkanaście euro na bilet, jeśli ktoś lubi ogrody botaniczne. Również pozdrawiam!

      Usuń
  7. Jak tam pięknie i kolorowo, a w Polsce zima na maxa. Serdecznie pozdrawiam i zazdroszczę ciepełka na południu Europy.
    Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też bym chciała trochę ciepła, chociaż w Lombardii o tej porze też nie jest zbyt ciekawie pod tym względem. U nas na Mazurach też śnieg pada, więc tyle "mojego" co powspominam...Również pozdrawiam!

      Usuń
  8. Czuję chłodne lato na twoich zdjęciach, a to jest to, co lubię!I wcale nie odnoszę wrażenia, że miałas niekorzystną pogode, przeciwnie, jestem zachwycona.

    To co piszesz w podsumowaniu jest smutną prawda, z drugiej strony, gdybysmy mogli wszystko i wszędzie, nie trzeba by było dokonywac wyborów, może byłoby mniej ciekawie?

    Pozdrawiam z zabielonego Wrocławia;)
    Jak u Ciebie?



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację chłodne lato nie jest złe! Tego dnia kiedy byłam w willi Taranto pogoda się wahała, po burzy i deszczu chwilami nawet słońce ładnie zaświeciło. Z wyborami tak już jest, przymajmniej pozostają jakieś marzenia do spełnienia...
      W Ostródzie też zadymka i sporo śniegu, więc na pociechę pozdrawiam cieplutko!

      Usuń
  9. Te kolory w zestawieniu z uporczywą bielą za oknem, to prawdziwa uczta dla oczu, i duszy! :)) BBM

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też z przyjemnością na nie patrzę i wspominam, nawet trochę tęsknę, ale własny domek zawsze najlepszy...Pozdrawiam!

      Usuń
  10. chyba nikomu nie starczy życia, ale nie każdy czuje taką potrzebą jak my ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z niewiadomego powodu zniknęła moja odpowiedź, więc piszę jeszcze raz:masz rację, gdyż sama znam wiele osób z emigracji, których to raczej nie interesuje choć są też tacy, co nigdzie nie wyruszają ponieważ oszczędzają pieniądze...Pozdrawiam!

      Usuń
  11. Wspaniała opowieść, piękne ilustracje. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń