wtorek, 28 listopada 2023

Do Szwajcarii przez przełęcz San Gottardo. Kaskady Trummelbach i Lucerna.



Aczkolwiek moje wycieczki najczęściej odbywałam w pojedynkę lub z moją córką Martą, to podczas pobytu w Włoszech trzykrotnie się zdarzyło, że skusiła mnie oferta biura podróży w Saronno, gdzie w tym czasie mieszkałam. Oferowało ono jednodniowe, niedzielne wycieczki autokarowe, pod opieką pilota, który miał pełnić również rolę przewodnika. Były to propozycje wyglądające bardzo atrakcyjnie, więc postanowiłam zaryzykować, gdyż miejsca docelowe były dość odległe i bez własnego środka komunikacji raczej słabo dostępne. Na pierwszy ogień wybrałam wycieczkę do Szwajcarii; skusiła mnie możliwość zobaczenia Lucerny i jej krytych mostów a do tego w planie była jeszcze piękna alpejska dolina Lauterbrunnental, słynąca ze swoich siedemdziesięciu dwóch wodospadów, z czego dwa najsłynniejsze to Staubbach i Trummelbach. Z Saronno wyjechaliśmy skoro świt i po chwili autokar (wypełniony  do ostatniego miejsca) ruszył w kierunku Como. W Chiasso przekroczyliśmy granicę ze Szwajcarią a następnie przez Lugano i Bellinzonę udaliśmy się w stronę przełęczy San Gottardo. 
Tu czekała na nas wspaniała niespodzianka - ponieważ droga szybkiego ruchu wiedzie nieopodal bardzo malowniczej, starej dziewiętnastowiecznej drogi, która pnie się niezliczonymi zakosami po zboczach Doliny Tremolo, widok z okien autokaru był po prostu niesamowity. Ciasne zakręty serpentyny pięły się po zielonej ścianie stromego zbocza, przyprawiając o zawrót głowy. Żałowałam, że z racji szybkości, z jaką jechał autokar nie byłam w stanie zrobić żadnego zdjęcia, gdyż sceneria zmieniała się po prostu w mgnieniu oka. Nowa droga również jest serpentyną, lecz jej zakręty nie są aż tak liczne. Niebawem osiągnęliśmy najwyższy punkt na przełęczy (2108 m n.p.m.), gdzie autokar zatrzymał się na chwilę, abyśmy mogli popatrzeć na przepiękną panoramę Alp Lepontyńskich (tam zrobiłam zdjęcie tytułowe). Po tym krótkim postoju pojechaliśmy dalej i niebawem mogliśmy podziwiać głęboką, szmaragdowo zieloną dolinę Schollenen.


Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów dojechaliśmy do dwóch jezior rynnowych- Brienzersee i Thunersee. Nazwy jezior pochodzą od miejscowości, leżących na ich przeciwległych krańcach a pomiędzy nimi jest przesmyk lądu, gdzie rozsiadło się miasteczko (nomen omen) Interlaken. Tu autobus skręcił na południe i wjechał w dolinę Lauterbrunnental. Środkiem doliny płynie rzeka o spienionych, białych wodach, nie bez powodu nosząca nazwę Weisse Lutschine a wzdłuż jej koryta biegnie droga prowadząca w głąb doliny. Dolina jest dość szeroka; po jej obu stronach ciągną się wyniosłe pasma Alp Berneńskich. Z lewej strony autokaru widzieliśmy ich pochyłe, zalesione stoki, zaś z prawej kilkusetmetrowe, pionowe skalne ściany, gdzie z ogromnej wysokości spadały w dół większe i mniejsze strumienie wody, tworząc przepiękne wodospady. Miałam nadzieję, że zatrzymamy się w tym miejscu choć na chwilę, tym bardziej, że przejeżdżaliśmy koło największego z nich, niemal trzystumetrowego wodospadu Staubbach. Niestety, nie mieliśmy tego w planie a poza tym czekała na nas główna atrakcja, czyli wodospad Trummelbach. Bardzo żałowałam, ale cóż, musiałam się zadowolić robieniem zdjęć przez okno autokaru, który na moje szczęście w tym miejscu jechał dość wolno. Obiecałam sobie, że jeśli będzie taka możliwość, spróbuję to samo zrobić w drodze powrotnej, co mi się zresztą udało, bo już wiedziałam, na czym mam skupić uwagę.



Niebawem dotarliśmy do końca doliny, gdzie w głębi był parking, schronisko i kilka dużych plansz informacyjnych na temat wodospadu. Szczerze mówiąc, nie odrobiłam lekcji i przed wyjazdem nic nie poczytałam na ten temat, więc zaskoczyło mnie to, że jedynie jego niewielka część, a właściwie tylko ujście do rzeki, znajduje się na zewnątrz, zaś cały ten ogromy strumień wody kłębi się w skalnych korytarzach we wnętrzu góry. 
Niezwykłość wodospadu Trummelbach polega na tym, że jest dostępny jedynie latem, dzięki wymyślnemu systemowi szybów i wind a do jego oglądania służą wykute w skale chodniki i platformy widokowe. Cały wodospad ma ok 140 metrów wysokości i składa się z dziesięciu  krętych tuneli na różnych poziomach. Jego wody pochodzą z topniejących lodowców na zboczach Eigeru, Jungfrau i Mnicha; w łożysku wodospadu przemieszcza się ona w ilości aż 20 000 litrów na sekundę, spada z ogromną siłą i w dalszym ciągu żłobi skałę. Podobno ilość wypłukanego materiału oblicza się na 20 000 ton rocznie. Aby obejrzeć ten cud natury, trzeba cierpliwie poczekać na swoją kolej, gdyż chętnych jest sporo a ze względów bezpieczeństwa tworzy się niezbyt duże, bo czterdziestoosobowe grupy. 




Wszyscy zwiedzający są przewożeni nowoczesną, szybkobieżną windą na wysokość 100 m. po czym cała grupa przemieszcza się w dół po chodnikach i platformach, dzięki którym można z bliska oglądać wodospad. Nie ma problemu, że ktoś zabłądzi albo stanie mu się krzywda, ponieważ droga, choć kręta, nieuchronnie prowadzi do wyjścia a solidne barierki zabezpieczają przed upadkiem. Korytarze są oświetlone lampami elektrycznymi, jednak i tak panuje w nich półmrok, dlatego też robienie zdjęć jest bardzo trudne a chwilami wręcz niemożliwe. Poza tym woda chlapie bez miłosierdzia, tworząc w powietrzu tysiące kropelek i zalewa obiektyw. To samo dotyczy zwiedzających - wejście bez nieprzemakalnej kurtki z kapturem jest skazane na porażkę, tym bardziej, że w korytarzach jest nie tylko mokro ale i zimno. Szczerze mówiąc, osobiście czułam się tam niesamowicie oszołomiona; półmrok, woda spadająca z hukiem w szaleńczym pędzie i konieczność ciągłego ocierania oczu z wszechobecnej wilgoci sprawiły, że czułam się niczym w transie. Kiedy przemierzyłam całą trasę i wreszcie wyszłam na zewnętrzny taras, na widok zieleni i słońca niemal westchnęłam z ulgą.




Oczywiście, było to bardzo ciekawe doznanie, jednak bez wątpienia dość zaskakujące ekstremalnymi warunkami, jakie panują w głębi zbocza. Nie jest to wycieczka dla wszystkich, nie można zabierać na nią młodszych dzieci oraz zwierząt, jest też niewskazana dla osób nie do końca sprawnych fizycznie, cierpiących na klaustrofobię, czy łatwo wpadających w panikę. 

Krótki piknik nad rzeką i kawa w schronisku, zakończyły tę część wycieczki. Kiedy nasza grupa zebrała się ponownie, wyruszyliśmy drogą wzdłuż rzeki, lecz tym razem w odwrotną stronę. Znów przez okna autokaru mogliśmy oglądać srebrne strugi wodospadów spadających ze skalnych ścian i góry wypiętrzające się coraz wyżej w miarę, jak rosła przestrzeń, która nas od nich dzieliła.






Po wyjeździe z doliny pojechaliśmy na północny wschód, w stronę ostatniego etapu naszej wycieczki. Po drodze minęliśmy bardzo malowniczy, południowy kraniec Jeziora Czterech Kantonów i niebawem wysiedliśmy w Lucernie. Jest to miasto niespełna stutysięczne i uchodzi za jedno z najpiękniejszych w Szwajcarii. Polemizowałabym z tą opinią, ponieważ osobiście wyżej stawiam Lugano czy Locarno, ale to dlatego, że według mnie mają więcej niewymuszonego wdzięku. Oczywiście, w Szwajcarii wysoko cenię prześliczne, górskie wioski, jednak miasta, choć nie brak w nich uroczych elementów, trochę wieją chłodem. 
Znakiem rozpoznawczym Lucerny są dwa kryte mosty, spinające brzegi  rzeki Reuss, są to Kapellbrucke (Most Kapliczny) i Spreuerbrucke (Most Plewny). Kapellbrucke znajduje się nieopodal miejsca, gdzie rzeka wpada do jeziora. Jest on bardzo długi, obecnie ma 204 metry - od czasu powstania skrócono go o 71 metrów, w związku z umocnieniem i zabudowaniem brzegów rzeki. Jest to najstarszy most drewniany w Europie, szacuje się, że powstał w połowie XIV wieku. Niestety, dwukrotnie uległ częściowej destrukcji, raz podczas wielkiej powodzi w XVIII wieku a po raz drugi w 1993 roku z powodu pożaru. Podczas tych dwóch wypadków uległa zniszczeniu część bardzo oryginalnych, trójkątnych malowideł, jakie umieszczono pod krokwiami dachu w XVII wieku. Pierwotnie było ich 158, po powodzi zostało 112, ale pożar strawił lub poważnie uszkodził aż 86 z nich. Na szczęście most odrestaurowano i wyciągnięto wnioski z tego zdarzenia; w jego obrębie nie wolno używać żadnych źródeł ognia z papierosami włącznie a oprócz tego, zainstalowano czujniki dymu. Most jest usytuowany ukośnie do nurtu rzeki; mniej więcej w połowie przylega do niego ośmiokątna Wieża Wodna (Wasserturm) wzniesiona z piaskowca. Na przestrzeni wieków, była ona częścią miejskich umocnień a także więzieniem i skarbcem. Most Kapliczny jest bardzo piękny, wykonany z ciemnego drewna o mahoniowym odcieniu, kryty gontem i ozdobiony mnóstwem kwiatów; na tle wód rzeki wygląda po prostu zjawiskowo. Bardzo żałowałam, że pogoda trochę się popsuła, powietrze straciło przejrzystość a na niebie pojawiła się warstwa pierzastych chmur, za którymi skryło się słońce. Nie była to aura sprzyjająca robieniu zdjęć i mogłam sobie jedynie wyobrazić, jak pięknie wygląda most w całej krasie swoich kolorów. 






Drugi z drewnianych mostów, czyli Most Plewny, nazwany tak z powodu młyna, jaki  niegdyś działał w pobliżu, jest dużo krótszy i na pierwszy rzut oka skromniejszy. Również on został zniszczony przez wielką powódź a następnie odbudowany. Wzniesiono go z podobnego budulca, jak Most Kapliczny, także i tu zobaczymy cykl trójkątnych malowideł na desce, ze scenami w stylu "dance macabre". Oprócz tego, zdobi go mnóstwo kwiatów i śliczna czerwona wieżyczka; na jej ścianie umieszczono ciekawe malowidło, przedstawiające Ukrzyżowanie. 

Trochę przewrotnie to właśnie ten most, choć nie tak spektakularny, bardziej przypadł mi do gustu, chyba ze względu na swój kameralny charakter. 






Ponieważ nasza wycieczka z racji znacznych odległości do przebycia miała ścisły limit czasowy, siłą rzeczy nie mieliśmy go wystarczająco dużo, aby dokładnie obejrzeć miasto. Jednak nie sposób było zrezygnować ze spaceru po starówce, która jest znana z okazałych kamienic o pięknie malowanych fasadach a także zobaczenia placu, gdzie wznosi się ratusz. W tej części miasta jest też kilka ciekawych fontann, w tym ta najbardziej znana, przedstawiająca legendarną rodzinę Frischi, napotkałam też sympatyczną rzeźbę, przedstawiającą pasterza okrytego peleryną i jego dwie owieczki.





Saronno i Lucernę dzieli odległość 220km, więc późne popołudnie było właściwym momentem, aby wyruszyć w  drogę powrotną. Wracaliśmy tą samą trasą, jednak  tym razem nie jechaliśmy drogą prowadzącą przez przełęcz, lecz tunelem wydrążonym w górskim masywie. Tunel San Gottardo ma długość nieco ponad 16 km, więc przejazd nim trwa kilkanaście minut. Jest on jednym z bezpieczniejszych dzięki licznym drogom ewakuacyjnym, jednak i tak nie obyło się bez tragedii, kiedy  w 2001 roku wybuchł tam straszliwy pożar, w którym 20 osób straciło życie (inne źródła mówią o 24 ofiarach). 
Zresztą pożary nadal się zdarzają, choć ich skutki nie są tak dramatyczne. Starałam się o tym nie myśleć, ale widok potężnych wentylatorów tłoczących powietrze i wyświetlacze, umieszczone co kilkadziesiąt metrów, nie pozwalały zapomnieć o zagrożeniach. Dzięki monitoringowi kierowca jest na bieżąco informowany, czy porusza się z zalecaną prędkością, jeśli coś jest nie tak, widzi nakaz zwolnienia lub przyspieszenia. Te wskazówki ukazujące się na wyświetlaczach mają na celu wymuszenie na użytkownikach zachowanie stałej odległości pomiędzy pojazdami, co z pewnością pozytywnie wpływa na bezpieczeństwo. Po wyjeździe z tunelu i przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów, znów znaleźliśmy się w znajomym pejzażu Kantonu Ticino, zdominowanym przez niezbyt wysokie góry o zielonych stokach. Jeszcze tylko Bellinzona ze swymi trzema zamkami, Jezioro Lugano, z autostradą prowadzącą po długim moście, granica w Chiasso i wreszcie Como, gdzie wszystko nam mówiło, że zbliża się  koniec podróży. Kiedy przyjechaliśmy do Saronno, zapadał wieczór, to był naprawdę długi dzień, pełen niezwykłych wrażeń...

Szwajcaria, to naprawdę dobrze poukładany kraj, rządzący się własnymi zasadami. Czasem jest to dolegliwe ( przekonałam się o tym, kiedy nie mogłam zapłacić kartą za lody ) ale za to, co ludzie robią tu dla infrastruktury celem przyciągnięcia turystów, naprawdę należy się szacunek. Przedsięwzięcia, takie  jak umożliwienie zwiedzania wodospadu Trummelbach, wysokogórska linia kolejowa na Jungfrau, różne wymyślne kolejki linowe, wyciągi narciarskie, mosty i wiadukty, pozwalające dotrzeć do na pozór niedostępnych miejsc, to nie tylko świadectwo wspaniałej myśli technicznej, ale i potężne inwestycje w turystykę. Dzięki temu przez cały rok ciągną tu tłumy ludzi, aby zwiedzać, odpoczywać i uprawiać sporty (a przy okazji zostawić mnóstwo pieniędzy).

Gdybym miała podsumować tę wycieczkę, to musiałabym powiedzieć, że miała ona swoje wady i zalety. Zaletą było to, że z Saronno komunikacją publiczną trudno jest dotrzeć do tych wszystkich miejsc w jeden dzień a nawet powiedziałabym, że jest to niemożliwe, więc korzyść była ewidentna. Natomiast fakt, że trzeba się poruszać w określonym tempie i rygorystycznie trzymać planu oraz ram czasowych, to dla mnie duży minus, bo uwielbiam elastycznie zarządzać czasem przeznaczonym na zwiedzanie. Jednym słowem, siła wyższa, bo nie można mieć wszystkiego na raz!

Więcej zdjęć z tej wycieczki jest w albumie>


wtorek, 31 października 2023

Post na Święto Zmarłych - kilka słów o Tadeuszu Borowskim i jego poezji.

 ***



…. I czuję, jak w milczeniu nocy 
upływa ze mnie jakby krew 
z otwartych żył, coś co jest mną
i w mroku wsiąka bezpowrotnie, 
a we mnie pustka tak jak brzeg, 
z którego odpływ odszedł w morze,
bezwładnie leży. Monotonnie
daleki mrok jak morze szumi
i prąd wiruje gdzieś koło mnie,
który jest mną. Krwią swoją czuję,
że płynie we mnie i zabiera
wszystko co moje. Tak utonąć
w nocy i w drzewie, które nocą
martwe w dalekim mroku stoi
jak wyrzeźbione z czarnej gliny
ponad popiołem nieba. Może
światy spalają się w milczeniu
jak ja się spalam? Mrok kosmiczny
porywa popiół, z prądem niesie
i to jest noc, i to jest świat
o nazwach prostych, drzewo, kamień, cierpienie
lub po prostu ty...

Ten wiersz towarzyszy mi przez moje całe dorosłe życie...
Miałam osiemnaście lat, kiedy dostałam miniaturową książeczkę, gdzie na kartkach z delikatnej, kremowej bibuły wydrukowano zbiór utworów poetyckich Tadeusza Borowskiego. Wcześniej poznałam jego opowiadania, jednak ta część jego twórczości była mi całkowicie nieznana. Poezja towarzyszyła mi od zawsze i miałam wiele wierszy, które przychodziły mi do głowy w różnych sytuacjach, jednak poezja Borowskiego od pierwszego czytania stała mi się tak bliska, jak żadna przedtem. Jego wizja świata, miejsca człowieka w kosmosie i pytania, jakie zadaje na temat człowieczej egzystencji, wydają mi się tak istotne i trafne, że choć od tamtego czasu minęło wiele lat, większość tych wierszy pamiętam do dziś.

Sądzę, że  nie ma sensu robić rozbioru poezji na elementy pierwsze, poezja to rzecz ulotna i każdy, kto się z nią zetknie, wyczyta z niej swoją prawdę. 
 

Kiedy patrzę na zdjęcia Tadeusza Borowskiego, widzę człowieka ( zdawać by się mogło) pełnego wewnętrznej radości i dalekiego od zadawania trudnych pytań. Ten wizerunek dziwnie nie przystaje do jego życiorysu pełnego traumatycznych zdarzeń - począwszy od dzieciństwa, kiedy został rozdzielony z rodzicami, którzy udali się na przymusowe zesłanie, pierwszych lat dorosłości naznaczonych wojną, poprzez obóz koncentracyjny później obóz dla dipisów, aż do powrotu do Polski i jej pokrętnej, powojennej rzeczywistości. Jego życie osobiste również było pełne bólu i rozterek - trudne miłości, polemiki, jakie toczył i dramatyczne wybory światopoglądowe, to wszystko dla młodego człowieka mogło się stać głęboką przepaścią nie do przekroczenia. Jeśli jego wiersze i opowiadania zawierają egzystencjalny ciężar, który musiał nosić ze sobą każdego dnia, to powiem, że był on cięższy, niż kamień Syzyfa...

Tadeusz Borowski zmarł 3 lipca 1951 roku, w tydzień po narodzinach córki. W chwili śmierci miał 29 lat, nie wyklucza się, że popełnił samobójstwo.


wtorek, 24 października 2023

Lombardia. Bergamo Alta, czyli starówka, gdzie czas się zatrzymał.



Bergamo - chyba nie ma Polaka, który przynajmniej raz nie słyszał o tym mieście...Jest ono bardzo popularne, przede wszystkim wśród osób, które chcą odwiedzić Północne Włochy, ponieważ na jego obrzeżach mieści się port lotniczy Orio al Serio, gdzie z wielu miast naszego kraju można dolecieć za stosunkowo niewielkie pieniądze. Niestety, drugie skojarzenie ma wydźwięk tragiczny - wczesną wiosną 2020 roku, kiedy lawinowo zaczęły się zachorowania na COVID-19 media, również w Polsce, codziennie donosiły o zatrważającej ilości zgonów w tym mieście, która podobno sięgnęła 6500 osób.


Bergamo ma bogatą historię, sięgającą czasów rzymskich. Jest to spore miasto,  leżące u podnóża Alp Bergamskich, liczące ponad 120 tys. mieszkańców, dobrze skomunikowane z niedalekim Mediolanem i wieloma atrakcyjnymi miejscowościami, otaczającymi lombardzkie jeziora. Choć mogłoby się wydawać, że miasto tej wielkości nie oferuje przybyszowi zbyt wielu zakątków, gdzie w ciszy i spokoju można zatopić się w historii, to w przypadku Bergamo czeka nas miła niespodzianka. Składa się ono z dwóch wyraźnie wyodrębnionych części, większa z nich to leżące na równinie Bergamo Bassa, czyli Dolne Miasto, zwarte, dobrze rozplanowane z wieloma ciekawymi budowlami z różnych epok. Od chwili powstania było znaczącym ośrodkiem przemysłowo - handlowym, co widać po wielu okazałych urzędach i budynkach użyteczności publicznej. Na terenie Dolnego Miasta znajdziemy między innymi dworzec kolejowy i autobusowy, stadion, szpital, hotele, liczne sklepy, bary i restauracje. Nie brakuje też obiektów oferujących strawę duchową - jest tu wiele zabytkowych kościołów, teatr im. Dionizettiego a przede wszystkim Akademia Carrara, muzeum, gdzie można zobaczyć wspaniałe obrazy malarzy ze szkoły weneckiej, Tycjana, Veronese, Tintoretta i mojego ulubieńca Canaletta, którego kocham za wspaniałe weduty Wenecji, pełne światła i żywych, nasyconych kolorów. Dolna część Bergamo jest pełna życia i ruchu, jednak to nie wszystko, co ta miejscowość oferuje przybyszowi, gdyż jak wspomniałam powyżej, ma ona w zanadrzu wspaniałą niespodziankę, jaką jest Bergamo Alta, czyli Górne Miasto. 



Aby poznać jego urocze zaułki i wspaniałe zabytki, należy udać się na wzgórze, gdzie od czasów Longobardów mieścił się ośrodek władzy. Władza ta wielokrotnie się zmieniała, panowali tu książęta z mediolańskiego rodu Viscontich, później Republika Wenecka a za czasów Napoleona Bergamo weszło w skład Królestwa Włoch. Po Kongresie Wiedeńskim, wraz z całą Lombardią znalazło się w granicach Cesarstwa Austro-Węgierskiego, aby na koniec stać się częścią odrodzonych Włoch. Ta bogata historia zostawiła po sobie mnóstwo zabytków; całe wzgórze jest ich pełne i nie znajdziemy tam żadnych nowszych obiektów. Chyba jedynym wyjątkiem jest  kolejka szynowo - linowa, zwana we Włoszech funicolare, jednak również tutaj zadbano o to, aby  ta użyteczna innowacja nie zniszczyła zabytkowego charakteru tej części miasta. Kolejka powstała w latach 80- tych XIX wieku, co ciekawe, zastosowano tu rozwiązanie podobne do tego, jakie znajdziemy w warszawskich ruchomych schodach na Placu Zamkowym a mianowicie, górną stację kolejki ukryto w zabytkowym budynku Palazzo Suardi, jednym z najstarszych  pałaców Bergamo, wzniesionym w XIV wieku.

Bergamo zwiedzałam z moją córką Martą, która przyjechała do mnie na Święta Wielkanocne. Każdy jej przyjazd był dla nas okazją do wspólnego zwiedzania i oglądania różnych ciekawych miejsc; tym razem wybór padł na niezbyt odległe Bergamo, gdzie przede wszystkim chciałyśmy zobaczyć spektakularne Górne Miasto. Po krótkiej podróży pociągiem wysiadłyśmy na dworcu w Dolnym Mieście, skąd bez problemu trafiłyśmy do stóp wzniesienia, gdzie posadowiła się bergamska starówka. Aby dotrzeć na górę, mogłyśmy skorzystać z szybkiej kolejki funicolare, jednak wybrałyśmy Salita della Scaletta, uroczą drogę pieszą, dzięki czemu miałyśmy świetny widok na zielone zbocza wzgórza w wiosennej szacie i potężne mury obronne, wzniesione przez Wenecjan w XVI wieku.

Po pokonaniu sporej ilości schodów a następnie kamiennego wiaduktu, dotarłyśmy do Porta San Giacomo, pięknej bramy z białego marmuru, ozdobionej rzeźbą przedstawiającą lwa św. Marka, widomego znaku weneckiego panowania. Tuż za bramą, weszłyśmy w plątaninę wąziutkich, brukowanych uliczek, gdzie nasz wzrok przyciągały malownicze detale - balkony z kutego żelaza, śliczne okienka z małymi szybkami oprawionymi w ołów, wyblakłe freski, kamienne portale i wymyślne, mosiężne kołatki. Wielokondygnacyjne budynki sprawiały, że ulice wyglądały niczym głębokie, niemal bezludne tunele. Jedynie w ścisłym centrum, na placykach przed popularnymi lokalami gastronomicznymi, widać było większe grupki osób. Była to przede wszystkim młodzież i turyści, ci ostatni niezbyt liczni, bo do rozpoczęcia sezonu było jeszcze dość daleko. 




Nieco więcej ludzi zastałyśmy na Piazza Vecchia; nie było w tym nic dziwnego, ponieważ wraz z przyległym Piazza Duomo  jest to serce miasta, ze wspaniałymi zabytkami, z których palma pierwszeństwa należy do kaplicy grobowej Bartolomeo Colleoniego. Ten dzielny kondotier wyróżniał się nie tylko wielką sprawnością jako żołnierz i dowódca, oprócz tego, cieszył się wielkim  szacunkiem swoich współczesnych, ponieważ był człowiekiem lojalnym wobec swoich mocodawców a do tego łaskawym zwycięzcą - nigdy nie dopuszczał do zwyczajowych rabunków i gwałtów wobec zwyciężonych. Tu może zmartwię tych, którzy uwierzyli w pikantną legendę, co do atrybutów, mających związek z nazwiskiem i herbem Colleonich - nieprawdą jest, jakoby ów bohater miał trzy jądra ! Faktycznie, trzykrotnie powtórzony wizerunek męskich genitaliów (coglioni) znajduje się w jego herbie, również przydomek, który z biegiem czasu stał się nazwiskiem, ma podobną proweniencję, jednak jedno i drugie było notowane w tej rodzinie już na początku XII stulecia a Bartolomeo żył w wieku XV, co jednoznacznie zaprzecza popularnej legendzie.

Niemniej cechowała go wielka duma rodowa i osobista, której dał wyraz zamawiając sobie imponujący grobowiec. Jest to wspaniały monument w renesansowym stylu, wyróżniający się na tle otaczających go późnogotyckich budowli. Twórcą projektu i jego głównym wykonawcą był Giovanni Antonio Amadeo, znany również z tego, że miał znaczący udział w stworzeniu wspaniałych dzieł dla Certosy nieopodal Pavii link. Nie będę tu szczegółowo opisywać kaplicy i jej detali, gdyż jest to trudne bez nieskończonego mnożenia pochlebnych przymiotników. Jest to budowla  bardzo wysmakowana, z fasadą ozdobioną licznymi elementami z marmuru w kolorze białym, szarym i różowym oraz niezbyt dużą, ale bardzo dekoracyjną rozetą. Również wnętrze kaplicy budzi zachwyt dzięki pięknym obrazom, licznym posągom i płaskorzeźbom. Całe to bogactwo tworzy harmonijną, choć dość kokieteryjną całość i szczerze mówiąc, mimo obecności sarkofagów, nie przytłacza grobową atmosferą. W kaplicy spoczął nie tylko Bartolomeo, jeszcze za jego życia pochowano tu córkę Colleonich Medeę, która zmarła w wieku piętnastu lat. 

Choć jak już wspomniałam, nie był to absolutnie szczyt sezonu turystycznego, wewnątrz było dużo ludzi i panowało spore zamieszanie, co utrudniało dokładne przyjrzenie się wszystkim intersującym detalom; mimo to, trudno było nie dostrzec, że na życzenie fundatora powstał monument naprawdę wyjątkowy. 




W pewnym sensie kaplica Colleonich  jest  częścią bazyliki Santa Maria Maggiore, gdyż powstała w miejscu jej dawnej zakrystii, jednak ma osobne, zewnętrzne wejście, tuż obok portalu, który prowadzi do wnętrza kościoła. Ciekawostką jest to, że bazylika nie posiada zwyczajowej, okazałej fasady z głównym wejściem, w zamian za to, są tu dwa piękne portale z rzeźbami, przedstawiającymi postacie świętych, Chrystusa i apostołów, autorstwa Giovanniego da Campione. Oprócz tego, północny portal ozdobiono dwoma lwami wykutymi w czerwonym marmurze, natomiast przy południowym także zobaczymy dwa lwy, tym razem z marmuru w kolorze białym. Nieopodal tych portali, są jeszcze dwa dodatkowe, mniej ozdobne wejścia. Bazylika z zewnątrz zachowuje surowy styl romański, natomiast jej  wnętrze w XVII wieku poddano poważnym zmianom, nadając mu barokowy wystrój, jednak mimo to, w katedrze nadal można znaleźć pozostałości fresków z XIV wieku. Nieopodal kaplicy Colleonich znajduje się jeszcze jedna część kompleksu należącego do Piazza Duomo, jest to baptysterium, które mimo ciekawej formy i ładnej, marmurowej okładziny, na tle kaplicy prezentuje się dość skromnie. Plac zamyka katedra pod wezwaniem św. Aleksandra; jej budowę rozpoczęto pod koniec XV wieku, jednak prace zakończono dopiero w ostatnich latach XVII stulecia. W  XIX  wieku świątynia znów przeszła liczne przeróbki, w tym czasie dodano jej elegancką fasadę z białego marmuru. Ciekawą informacją jest to, że w okolicy Bergamo, w małej wiosce Sotto il Monte, urodził się Angelo Giuseppe Roncalli, znany jako papież Jan XXIII  kanonizowany w 2014 roku. W jednej z kaplic katedry przechowuje się jego tiarę, trumnę oraz kilka przedmiotów osobistych.

Ze względu na zakaz używania flesza, zrezygnowałam z robienia zdjęć we wnętrzach kompleksu, gdyż w słabo oświetlonych pomieszczeniach było dość  trudno o ich przyzwoitą jakość. Poza tym, szczerze mówiąc, w owym czasie nie myślałam o prowadzeniu bloga, więc też nie czułam potrzeby fotografowania wszystkiego, jak to miało miejsce nieco później.




Tuż obok możemy zobaczyć inne ważne zabytki Bergamo, jednym z nich jest XII wieczne Palazzo della Ragione, przez wieki będące politycznym centrum miasta. Palazzo, podobnie jak wiele podobnych budowli tego typu, jest wzniesione w (zdawać by się mogło) odwróconym porządku - ciężki masywny korpus posadowiono na raczej lekkim portyku loggii. Ten porządek miał istotne uzasadnienie - Sala Rady niejednokrotnie bywała ostatnim schronieniem władz miasta przed rozsierdzonym tłumem niezadowolonych współmieszkańców... Jedyną w swoim rodzaju ciekawostką tego budynku jest Meridiana, podłogowy gnomon albo inaczej zegar słoneczny, będący jednocześnie kalendarzem, zbudowany  w XVIII wieku. Jego działanie polega na tym, że po posadzce, gdzie umieszczono marmurowe płyty z odpowiednimi znakami przesuwa się promień słońca, w sposób adekwatny do pory dnia i roku. Niegdyś był on niezawodny w swoich wskazaniach, jednak obecnie z racji przesunięcia osi Ziemi nie jest już tak dokładny, jak w czasach kiedy go zbudowano. Pod arkadami loggii można przejść z Piazza Duomo na Piazza Vecchia, gdzie po przeciwnej stronie placu znajduje się śliczna fontanna z różowego marmuru. Za nią wznosi się Palazzo Nuovo, z piękną neoklasyczną fasadą z marmuru w kolorze białym. Jest to siedziba biblioteki im. Angelo Mai, instytucji bardzo ważnej dla włoskiej kultury z uwagi na wartość historyczną posiadanych zbiorów. Obecnie biblioteka posiada ok. 700 tys. woluminów, w tym inkunabuły, starodruki, autografy i manuskrypty a także fotografie i czasopisma.  


Innym interesującym zabytkiem jest znajdująca się nieopodal Torre Civica, czyli Wieża Miejska, wzniesiona w XI- XII wieku. Pełniła ona wiele funkcji, była wieżą mieszkalną, siedzibą podesty a nawet więzieniem. Kilkakrotnie przebudowywana i podwyższana, obecny kształt przybrała w XIX wieku. W okresie średniowiecza wieżę wyposażono w zegar i dzwony, największy z nich, zwany Campanone, waży 7 ton. Zgodnie z tradycją dzwon bije sześćdziesiąt  razy w południe, tyleż samo o godzinie dziewiątej jeśli zbiera się Rada Miejska, natomiast aż sto osiemdziesiąt razy o godzinie dwudziestej drugiej, co niegdyś było sygnałem dla mieszkańców, że należy zamknąć miejskie bramy a w domach zgasić światła. Obecnie wieża jest udostępniona jako punkt widokowy a na górę można wjechać windą. Chodząc po mieście zatoczyłyśmy wielkie koło; po drodze mijałyśmy małe sklepiki z lokalnymi produktami, o pięknie zaaranżowanych wystawach z wielkanocnymi akcentami, przytulne bary i kawiarenki. Ta część miasta jest naprawdę urzekająca a możliwość podziwiania jej urody w ciszy i spokoju dawała naszej wycieczce dodatkowy walor. Być może, w pełni sezonu turystycznego to się zmienia, nie wiem, ponieważ nie miałam takiego doświadczenia, dla nas było to miejsce, gdzie miałyśmy wrażenie, że naprawdę  czas się zatrzymał.
Spacerując, dotarłyśmy na wzgórze św. Eufemii, gdzie już w  średniowieczu mieściła się twierdza zwana  Rocca di Bergamo. Na przestrzeni wieków była poddawana różnym modernizacjom i ulepszeniom, gdyż z racji swego dominującego położenia zawsze stanowiła bardzo ważny element miejskich umocnień. 



Współcześnie w cytadeli mieści się Muzeum Historyczne a na jej dziedzińcu odbywają się uroczystości patriotyczne. Z twierdzy jest wspaniały widok na niezbyt odległe Alpy Orobie i również bardzo malowniczą, bliższą okolicę. Osobiście urzekła mnie piękna zielona łąka rozciągająca się na zboczu wzgórza, świetne miejsce odpoczynku dla kotów i ludzi...


Dla porządku dodam, że w Bergamo był jeszcze jeden zamek, zwany Castello di San Vigilio. Jego ruiny z imponującą wieżą znajdują się na wysokim wzgórzu, będącym świetnym punktem widokowym, podobnie jak do Bergamo Alta można tam dojechać kolejką szynowo -linową.

Jeśli ktoś chciałby zobaczyć więcej zdjęć uroczych zakątków Bergamo i elementów Meridiany jest link do albumu >